Najlepsze miejsce na świecie jest właśnie tutaj - Francesc Miralles, Care Santos - ebook

Najlepsze miejsce na świecie jest właśnie tutaj ebook

Francesc Miralles, Care Santos

4,0

Opis

Iris po śmierci rodziców nie potrafi znaleźć sensu życia ani wskrzesić marzeń z czasów młodości. Przypadkowo odkryta kawiarnia i poznani w niej ludzie powoli zmieniają jej sposób widzenia rzeczywistości i samej siebie. Każdy z sześciu stolików, przy których siada przez sześć kolejnych dni, posiada magiczne właściwości pomagające bohaterce rozliczyć się z przeszłością i rozsmakować w teraźniejszości.

Pod formą lekkiej przyjemnej powieści kryje się poradnik niosący potężną dawkę życiowej mądrości.

Współautor, Francesc Miralles, specjalizuje się w literaturze coachingowej – stoi za światowym sukcesem filozofii ikigai.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 130

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: El mejor lugar del mundo es aquí mismo

Projekt okładki: Studio projektowe &Visual/www.andvisual.pl

Redakcja: Beata Słama

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Orzeszek-Szmytko

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Look Studio/Shutterstock

© 2008 by Care Santos Torres y Francesc Miralles Contijoch.

Translation rights arranged by Sandra Bruna Agencia Literaria, SL and Book/Lab Literary Agency, Poland

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Grzegorz Ostrowski

ISBN 978-83-287-1070-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Dla Sandry Bruny, zawsze magicznej

Nie zapominajmy też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc,

aniołom dali gościnę.

LIST DO HEBRAJCZYKÓW 13, 2 [1]

Nie płacz, dlatego że coś się skończyło; ciesz się, że miało miejsce.

L.E. BOURDAKIAN

CZĘŚĆ PIERWSZASześć magicznych stolików

Utracone marzenia

Niedzielne popołudnie to niezbyt dobra pora na podejmowanie decyzji, zwłaszcza kiedy styczeń okrywa miasto szarą płachtą, która tłumi wszelkie marzenia.

Po obiedzie zjedzonym samotnie przed telewizorem Iris wyszła z domu. Aż do śmierci rodziców, którzy zginęli w wypadku samochodowym, nie przejmowała się zbytnio tym, że jest singielką. Może dlatego, że była chorobliwie nieśmiała, to, że w wieku trzydziestu sześciu lat jej doświadczenie w sferze uczuć sprowadzało się do jednej nieodwzajemnionej platonicznej miłości i kilku randek bez dalszego ciągu, wydawało jej się czymś niemal naturalnym.

Po tamtej tragedii wszystko się jednak zmieniło. Weekendy, spędzane niegdyś z rodziną, teraz nie rekompensowały jej już nudnej pracy telefonistki w towarzystwie ubezpieczeniowym. Została sama. Ale najgorsze było to, że nie umiała już nawet marzyć.

Dawniej Iris wyobrażała sobie najróżniejsze przygody, które nadawały jej życiu sens. Marzyła na przykład, że pracuje w jakiejś organizacji pozarządowej i któryś z kolegów, tak samo stroniący od świata jak ona, zakochuje się w niej i milcząco ślubuje jej dozgonną miłość. Porozumiewają się za pomocą wierszy zawierających szyfrowane wiadomości, które potrafią odczytać tylko oni, odsuwając w czasie ów podniosły moment, kiedy połączą się w trwającym bez końca uścisku.

Tej niedzieli pierwszy raz dotarło do niej, że i to się skończyło. Kiedy posprzątała ze stołu i wyłączyła telewizor, w jej maleńkim mieszkanku zapadła przytłaczająca cisza. Iris miała wrażenie, że braknie jej powietrza. Otworzyła okno i zobaczyła ołowiane niebo bez ptaków.

Wyszła na ulicę. To miała być zwykła przechadzka, bez określonego celu. Tymczasem Iris nie mogła pozbyć się myśli, że coś strasznego zbliża się niepostrzeżenie i przyciąga ją niczym otchłań.

Jak zwykle w niedzielę dzielnica świeciła pustkami, tak jak pusta była dusza Iris. Nie wiedząc, dlaczego to robi, kobieta ruszyła niczym automat w stronę wiaduktu, pod którym jeździły podmiejskie pociągi. Lodowaty świszczący wiatr rozwiewał jej włosy, kiedy patrzyła na wykop poprzecinany bruzdami torów przypominających połyskujące blizny. Spojrzała na zegarek: piąta po południu. Niedługo będzie przejeżdżał pociąg na północ. W niedziele kursowały co godzina.

Wiedziała, że trzy sekundy przed pojawieniem się pociągu wiadukt zadrży jak przy lekkim trzęsieniu ziemi. Dokładnie tyle czasu trzeba było, żeby pochylić się nad przepaścią i dać się pokonać sile ciężkości. Krótki lot i pociąg stratuje ją, jeszcze zanim jej ciało zdąży dotknąć ziemi.

Wszystko odbędzie się bardzo szybko. Cóż znaczy chwila bólu w porównaniu z życiem pełnym goryczy i rozczarowań?

Martwiła ją jedynie myśl o tym, czego już nigdy nie zrobi. Niepokoiło ją również, że sprawi kłopot podróżnym. Połączenia zostaną wstrzymane na czas, kiedy jej pozbawione życia ciało będzie czekać na przyjazd sędziego i lekarza sądowego. Dobrze chociaż, że w niedziele pociągami podmiejskimi jeździ niewiele osób, a tym, które nimi podróżują, zazwyczaj zbytnio się nie spieszy. Z powodu tych komplikacji nikt nie spóźni się na ważne spotkanie, co było dla niej pewną pociechą. Kiedy tak rozmyślała, wiadukt zaczął drgać. Odruchowo pochyliła się do przodu. Już miała zamknąć oczy i pozwolić ciału na upadek, gdy nagle coś wybuchło za jej plecami. Odwróciła się z mocno bijącym sercem i zobaczyła chłopca; miał chyba z sześć lat, może trochę więcej. W dłoni trzymał resztki balona, który właśnie przebił, żeby ją przestraszyć. Roześmiał się na pożegnanie i pobiegł w dół ulicy. Odprowadzała go wzrokiem, czując, że jej kark i dłonie pokrywają się zimnym potem. Miała ochotę pobiec za nim i go złapać. Nie, nie skarciłaby go, jak pewnie by się spodziewał. Uściskałaby małego za uratowanie jej życia. Zanim zrobiła pierwszy krok, zza rogu wyszła tęga kobieta o rumianych policzkach i zawołała:

– Ángel!

Chłopiec uczepił się mocno matki i spojrzał na Iris nieufnie, jakby bał się, że zdradzi, co spsocił.

Ale Iris nawet nie przyszło to do głowy. Nie mogła przestać płakać: właśnie zaczęło do niej docierać, co chciała przed chwilą zrobić.

Kiedy zalane łzami oczy odzyskały zdolność widzenia, jej uwagę przyciągnęła kawiarnia na rogu. Nigdy wcześniej jej nie widziała, mimo że przechodziła tędy tak często. Musieli ją niedawno otworzyć, powiedziała sobie, choć wygląd lokalu raczej nie potwierdzał tego przypuszczenia.

Można by go wziąć za jeden z podobnych do siebie jak dwie krople wody irlandzkich pubów, gdyby nie to, że miał w sobie coś oryginalnego, co czyniło go niepowtarzalnym. Z sufitu zwisały dwie pożółkłe lampy. Proste stoliki, o dziwo, były zajęte.

Najbardziej jednak rzucał się w oczy neon mrugający nad drzwiami, jakby z uporem starał się przyciągnąć jej uwagę. Iris przystanęła i przeczytała po cichu:

NAJLEPSZE MIEJSCE NA ŚWIECIEJEST WŁAŚNIE TUTAJ

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Cyt. za Biblią Tysiąclecia (przyp. tłum).

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz