Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Najlepsze amerykańskie opowiadania kryminalne 2011 ebook

Harlan Coben

3 (19)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 658 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Najlepsze amerykańskie opowiadania kryminalne 2011 - Harlan Coben

Dwadzieścia „najlepszych z najlepszych” amerykańskich opowiadań kryminalnych wybranych osobiście przez mistrza gatunku, Harlana Cobena. Dwadzieścia historii o zbrodni, śmierci i karze, opatrzonych zaskakującymi puentami. Jedne z nich przyprawią czytelnika o śmiech lub łzy, inne – wywołają dreszcz przerażenia. Znajdziemy tu teksty uznanych pisarzy, jak Lawrence Block, James Grady, Mickey Spillane czy Max Allan Collins, jak również utwory twórców, którzy dopiero zdobywają popularność.

W ZADZIORNEJ stary wdowiec odnajduje sens życia dzięki młodej złodziejce. KTO MI UKRADŁ MAŁPKĘ? opowiada o poszukiwaniach skradzionego akordeonu na meksykańskim pograniczu. W PATROLU towarzyszymy doświadczonemu policjantowi oraz młodej dziennikarce, zaplątanym w kradzież i morderstwo. CZASEM HIENA opowiada o nieudanej policyjnej interwencji. W SOLOWYCH WYSTĘPACH umierający na raka dwaj starsi mężczyźni postanawiają jak najlepiej wykorzystać swoje ostatnie dni. DZIECIOBÓJCA odpowiada na pytanie, dlaczego nawet morderca nie powinien zadzierać z babcią dbającą o dobro wnuczki. NA KOŃCU SZNURKA pozwala wziąć udział w zamachu stanu u boku amerykańskiego szpiega rezydującego w Afryce. W OSTATNIM DOMKU tubylcy próbują przepędzić młode małżeństwo z ich chatki nad jeziorem. CHIN YONG-YON PRZEJUMUJE SPRAWĘ opowiada historię Chinki, która postanawia pomóc córce pracującej jako detektyw. MARTWY OD DAWNA uczy nas, że zło może pojawić się w najmniej spodziewanym miejscu.

Opinie o ebooku Najlepsze amerykańskie opowiadania kryminalne 2011 - Harlan Coben

Fragment ebooka Najlepsze amerykańskie opowiadania kryminalne 2011 - Harlan Coben

Wydanie elektroniczne

HAR­LAN CO­BEN

Współ­cze­sny pi­sarz ame­ry­kań­ski, któ­ry uzna­nie w krę­gu mi­ło­śni­ków li­te­ra­tu­ry sen­sa­cyj­nej zdo­był trze­cią książ­ką Bez skru­pu­łów, opu­bli­ko­wa­ną w 1995. Jako pierw­szy współ­cze­sny au­tor otrzy­mał trzy pre­sti­żo­we na­gro­dy li­te­rac­kie przy­zna­wa­ne w ka­te­go­rii po­wie­ści kry­mi­nal­nej, w tym naj­waż­niej­szą – Ed­gar Poe Award. Świa­to­wa po­pu­lar­ność Co­be­na za­czę­ła się w 2001 od thril­le­ra Nie mów ni­ko­mu, be­st­sel­le­ra w USA i Eu­ro­pie (ze­kra­ni­zo­wa­ne­go w 2006 przez Gu­il­lau­me’a Ca­ne­ta; obec­nie w USA po­wsta­je re­ma­ke). Ko­lej­ne po­wie­ści, za któ­re otrzy­mał wie­lo­mi­lio­no­we za­licz­ki od wy­daw­ców, m.in. Bez po­że­gna­nia, Nie­win­ny, W głę­bi lasu, Za­gi­nio­na, Na go­rą­cym uczyn­ku, Wszy­scy mamy ta­jem­ni­ce, Schro­nie­nie, Zo­stań przy mnie i Se­conds Away uczy­ni­ły go me­ga­gwiaz­dą ga­tun­ku i jed­nym z naj­chęt­niej czy­ta­nych au­to­rów, tak­że w Pol­sce. W mar­cu 2013 uka­zał się jego nowy thril­ler Six Years.

Tego au­to­ra

NIE MÓW NI­KO­MU

BEZ PO­ŻE­GNA­NIA

JE­DY­NA SZAN­SA

TYL­KO JED­NO SPOJ­RZE­NIE

NIE­WIN­NY

W GŁĘ­BI LASU

ZA­CHO­WAJ SPO­KÓJ

MI­STY­FI­KA­CJA

NA GO­RĄ­CYM UCZYN­KU

KLI­NI­KA ŚMIER­CI

ZO­STAŃ PRZY MNIE

SZEŚĆ LAT PÓŹ­NIEJ

Jako współ­au­tor

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZ­ŁĄ­CZY

NAJ­LEP­SZE AME­RY­KAŃ­SKIE OPO­WIA­DA­NIA KRY­MI­NAL­NE 2011

z My­ro­nem Bo­li­ta­rem

BEZ SKRU­PU­ŁÓW

KRÓT­KA PIŁ­KA

BEZ ŚLA­DU

BŁĘ­KIT­NA KREW

JE­DEN FAŁ­SZY­WY RUCH

OSTAT­NI SZCZE­GÓŁ

NAJ­CZAR­NIEJ­SZY STRACH

OBIE­CAJ MI

ZA­GI­NIO­NA

WSZY­SCY MAMY TA­JEM­NI­CE

SCHRO­NIE­NIE

KIL­KA SE­KUND OD ŚMIER­CI

www.har­lan­co­ben.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE BEST AME­RI­CAN MY­STE­RY STO­RIES 2011

Co­py­ri­ght © Ho­ugh­ton Mif­flin Har­co­urt Pu­bli­shing Com­pa­ny 2011

All ri­ghts re­se­rved

In­tro­duc­tion co­py­ri­ght © Har­lan Co­ben 2011

The Best Ame­ri­can My­ste­ry Sto­ries™ is a tra­de­mark of Ho­ugh­ton Mif­flin Har­co­urt Pu­bli­shing Com­pa­ny

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Ro­bert Wa­liś 2013

Re­dak­cja: Bar­ba­ra Sy­czew­ska-Ol­szew­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: Cor­bis/Fo­to­Chan­nels

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki pol­skiej: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-043-4

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Przed­mo­wa

W czter­na­sto­let­niej hi­sto­rii an­to­lo­gii The Best Ame­ri­can My­ste­ry Sto­ries (Naj­lep­sze ame­ry­kań­skie opo­wia­da­nia kry­mi­nal­ne) na jej kar­tach po­ja­wia­ły się tek­sty naj­więk­szych pi­sa­rzy two­rzą­cych w tym ga­tun­ku, ta­kich jak El­mo­re Le­onard, Mi­cha­el Con­nel­ly, Ja­mes Lee Bur­ke, Den­nis Le­ha­ne, Lau­ra Lip­p­man, Jef­fe­ry De­aver czy Law­ren­ce Block. Ko­lej­ne wy­da­nia an­to­lo­gii wzbo­ga­ca­ło nie­prze­cięt­ny­mi dzie­ła­mi wie­lu twór­ców głów­ne­go nur­tu, ta­kich jak John Updi­ke, Jay McI­ner­ney, Ro­xan­na Ro­bin­son, Rus­sell Banks, Ali­ce Mon­roe oraz, rzecz ja­sna, nie­zrów­na­na Joy­ce Ca­rol Oates. Uwa­żam jed­nak, że naj­więk­szą siłą se­rii po­zo­sta­ją opo­wia­da­nia mało zna­nych pi­sa­rzy, któ­rzy do­pie­ro cze­ka­ją na uzna­nie kry­ty­ków oraz po­pu­lar­ność.

Ich opo­wie­ści rzad­ko mają szan­sę zna­leźć się na ła­mach ta­kich uzna­nych pro­pa­ga­to­rów współ­cze­snej fik­cji li­te­rac­kiej, jak „The New Yor­ker”, „The Atlan­tic” czy „Har­per’s Ma­ga­zi­ne”. Więk­szość wcze­snych dzieł tych nie­zwy­kle uta­len­to­wa­nych pi­sa­rzy od­kry­to na ła­mach dzien­ni­ków li­te­rac­kich, wy­da­wa­nych z pa­sją, ale w tak nie­wiel­kich na­kła­dach, że mało kto ma oka­zję się z nimi za­po­znać. Zna­le­zio­no je rów­nież w cza­so­pi­smach in­ter­ne­to­wych.

Dzię­ki na­szej an­to­lo­gii sze­ro­kie gro­no od­bior­ców po­zna­ło pi­sar­stwo Scot­ta Wo­lve­na, któ­re­go opo­wia­da­nie Con­trol­led Burn pier­wot­nie uka­za­ło się w „Har­pur Pa­la­te”, a na­stęp­nie tra­fi­ło do zbio­ru The Best Ame­ri­can My­ste­ry Ma­ga­zi­ne 2003 (Naj­lep­sze ame­ry­kań­skie opo­wia­da­nia kry­mi­nal­ne 2003 roku). Ta oraz ko­lej­ne opo­wie­ści, któ­re rów­nież pu­bli­ko­wa­li­śmy, po­zwo­li­ły Scot­to­wi pod­pi­sać umo­wę z wy­daw­nic­twem Scrib­ner’s i wy­dać pierw­szy zbiór opo­wia­dań.

Tekst Toma Fran­kli­na Po­achers po­ja­wił się na ła­mach „Te­xas Re­view”, a na­stęp­nie w na­szej an­to­lo­gii z 1999 roku. Opo­wia­da­nie zdo­by­ło Ed­gar Al­lan Poe Award przy­zna­wa­ną przez My­ste­ry Wri­ters of Ame­ri­ca i po­zwo­li­ło au­to­ro­wi pod­pi­sać umo­wę z wy­daw­nic­twem Wil­liam Mor­row, a na­stęp­nie zo­sta­ło wy­bra­ne do zbio­ru The Best Ame­ri­can Sto­ries of Cen­tu­ry (Naj­lep­sze ame­ry­kań­skie opo­wia­da­nia kry­mi­nal­ne stu­le­cia). Fran­klin na­pi­sał kil­ka po­wie­ści, w tym Cro­oked Let­ter, Cro­oked Let­ter, któ­rą no­mi­no­wa­no do Ed­gar Al­lan Poe Award w ka­te­go­rii „naj­lep­sza po­wieść 2010 roku”.

Opo­wia­da­nie All Thro­ugh the Ho­use Chri­sto­phe­ra Co­ake’a tra­fi­ło do an­to­lo­gii z tek­sta­mi z 2004 roku po tym, jak za­de­biu­to­wa­ło na ła­mach „The Get­tys­burg Re­view”. Na­stęp­nie zo­sta­ło jed­ną z głów­nych atrak­cji zbio­ru We ’re in Tro­uble wy­daw­nic­twa Ho­ugh­ton Mif­flin Har­co­urt.

Na­peł­nia mnie nie­zwy­kłą sa­tys­fak­cją i po­ko­rą świa­do­mość, że ni­niej­sza se­ria ma tak po­tęż­ny wpływ na bran­żę li­te­ra­tu­ry kry­mi­nal­nej oraz na ka­rie­ry nie­zwy­kle uta­len­to­wa­nych pi­sa­rzy. Mo­że­my się za­sta­na­wiać, czy au­to­rzy, któ­rych utwo­ry zna­la­zły się w tym wy­da­niu an­to­lo­gii, pój­dą w śla­dy Co­ake’a, Fran­kli­na i Wo­lve­na, od­no­sząc po­dob­nie za­słu­żo­ny suk­ces.

Cho­ciaż pi­sa­łem o tym w po­przed­nich czter­na­stu to­mach, czu­ję się w obo­wiąz­ku po­wtó­rzyć, że cho­ciaż wie­lu lu­dzi utoż­sa­mia opo­wia­da­nia „kry­mi­nal­ne” z „de­tek­ty­wi­stycz­ny­mi”, ja po­strze­gam ten dru­gi ga­tu­nek jako część znacz­nie szer­sze­go nur­tu. De­fi­niu­ję go jako fik­cję li­te­rac­ką, w któ­rej cały po­mysł bądź fa­bu­ła opie­ra­ją się na zbrod­ni lub za­gro­że­niu zbrod­nią. Lu­bię za­gad­ki i opo­wie­ści z klu­czem, ale obec­nie nie pi­su­je się ich wie­le, gdyż ga­tu­nek wy­ewo­lu­ował (na szczę­ście bądź nie­ste­ty, za­leż­nie od punk­tu wi­dze­nia) w for­my sku­pia­ją­ce się na bo­ha­te­rach, gdzie więk­szy na­cisk kła­dzie się na mo­ty­wy po­peł­nie­nia zbrod­ni, a nie na po­szu­ki­wa­nie spraw­cy i od­kry­wa­nie jego spo­so­bu dzia­ła­nia. W ostat­nich la­tach gra­ni­ca mię­dzy li­te­ra­tu­rą kry­mi­nal­ną a in­ny­mi ro­dza­ja­mi fik­cji co­raz bar­dziej się za­cie­ra, co skut­ku­je po­wsta­wa­niem co­raz mniej­szej licz­by god­nych uwa­gi opo­wie­ści de­tek­ty­wi­stycz­nych, ale za to więk­szej ilo­ści war­to­ścio­wej li­te­ra­tu­ry.

Z przy­jem­no­ścią dzię­ku­ję Har­la­no­wi Co­be­no­wi, że zgo­dził się wcie­lić w rolę re­dak­to­ra te­go­rocz­ne­go wy­da­nia an­to­lo­gii. Odło­żył na bok inne za­ję­cia i do­trzy­mał krót­kie­go ter­mi­nu, dzię­ki cze­mu w sie­dzi­bie Ho­ugh­ton Mif­flin Har­co­urt strze­li­ły kor­ki szam­pa­nów i ka­pe­lu­sze wy­le­cia­ły pod su­fit. Szcze­rze dzię­ku­ję tak­że wszyst­kim po­przed­nim re­dak­to­rom, za­czy­na­jąc od Ro­ber­ta B. Par­ke­ra, któ­ry za­po­cząt­ko­wał to dzie­ło w 1997 roku. Po nim po­ja­wi­li się Sue Gra­fton, Ed McBa­in, Do­nald E. We­stla­ke, Law­ren­ce Block, Ja­mes El­l­roy, Mi­cha­el Con­nel­ly, Nel­son De­Mil­le, Joy­ce Ca­rol Oates, Scott Tu­row, Carl Hia­asen, Geo­r­ge Pe­le­ca­nos, Jef­fe­ry De­aver i Lee Child.

Cho­ciaż bez­u­stan­nie sta­ram się tro­pić i czy­tać wszyst­kie pu­bli­ko­wa­ne opo­wia­da­nia, wpi­su­ją­ce się w nurt li­te­ra­tu­ry kry­mi­nal­nej i de­tek­ty­wi­stycz­nej, prze­ra­ża mnie myśl, że mogę prze­ga­pić war­to­ścio­wy tekst. Je­śli je­steś au­to­rem, re­dak­to­rem albo wy­daw­cą bądź chcesz po­móc ko­muś ta­kie­mu, to wy­ślij do mnie książ­kę, cza­so­pi­smo albo luź­ne kart­ki pod ad­res: The My­ste­rio­us Bo­ok­shop, 58 War­ren Stre­et, New York, NY 10007. Je­śli tekst po raz pierw­szy uka­zał się w po­sta­ci elek­tro­nicz­nej, to mu­sisz do­star­czyć wy­druk. Nie za­po­mnij o da­nych kon­tak­to­wych au­to­ra. Z oczy­wi­stych przy­czyn nie będę brał pod uwa­gę nie­pu­bli­ko­wa­nych tek­stów. Ma­te­ria­ły nie będą zwra­ca­ne. Je­śli nie ufasz po­czcie, do­łącz za­adre­so­wa­ną ko­per­tę ze znacz­kiem, a po­wia­do­mię cię, że otrzy­ma­łem two­je opo­wia­da­nie.

Przyj­mu­ję tyl­ko tek­sty na­pi­sa­ne przez Ame­ry­ka­nów bądź Ka­na­dyj­czy­ków, któ­re po raz pierw­szy uka­za­ły się w ame­ry­kań­skich lub ka­na­dyj­skich pu­bli­ka­cjach w 2011 roku. Im wcze­śniej otrzy­mam tekst, tym le­piej. Każ­de­go roku zda­rza­ją się za­ku­te łby, któ­re z nie­wia­do­mych przy­czyn cze­ka­ją­do świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia, aby przy­słać mi opo­wia­da­nie wy­da­ne wio­sną, na co nie­odmien­nie re­agu­ję zgrzy­ta­niem zę­bów, gdyż mu­szę czy­tać ster­tę tek­stów, kie­dy moja żona i przy­ja­cie­le ubie­ra­ją cho­in­kę albo w inny spo­sób świę­tu­ją. Je­śli tak zro­bisz, to mam na­dzie­ję, że przy­sła­ne opo­wia­da­nie bę­dzie cho­ler­nie do­bre. Ze wzglę­du na na­pię­ty plan wy­daw­ni­czy osta­tecz­ny ter­min nad­sy­ła­nia zgło­szeń to 31 grud­nia. Je­śli otrzy­mam Twój tekst dwa dni póź­niej, to go nie prze­czy­tam. Przy­kro mi.

O.P.

Wpro­wa­dze­nie

Nie zno­szę tej czę­ści.

Naj­le­piej ją po­miń­cie. Nie żar­tu­ję. Wie­cie, co to jest, praw­da? Oto ta część zbio­ru opo­wia­dań, w któ­rej re­dak­tor za­zwy­czaj za­miesz­cza niby-głę­bo­ki, pseu­do­uczo­ny esej na te­mat zna­cze­nia opo­wia­da­nia jako for­my li­te­rac­kiej. Szcze­rze mó­wiąc, jest to nie­po­trzeb­ne. Ni­niej­szy zbiór po­wstał w celu za­pre­zen­to­wa­nia opo­wia­dań, a nie mo­jej opi­nii na ich te­mat, dla­te­go wpro­wa­dze­nie sta­je się li­te­rac­kim od­po­wied­ni­kiem sła­bej uwer­tu­ry mu­si­ca­lu: po­zwa­la ci za­jąć miej­sce, ale je­śli już sie­dzisz, to chcesz, żeby kur­ty­na jak naj­szyb­ciej po­szła w górę. Ona tyl­ko opóź­nia. Iry­tu­je. Na­wet naj­lep­sze wpro­wa­dze­nie przy­po­mi­na tu­pe­cik, któ­ry może być uda­ny albo nie­uda­ny, ale i tak sta­no­wi tyl­ko na­miast­kę.

To praw­dzi­wa iro­nia losu, że taki nad­miar słów za­po­wia­da for­mę li­te­rac­ką po­le­ga­ją­cą na oszczęd­no­ści. Po­wieść to dłu­go­ter­mi­no­we zo­bo­wią­za­nie. Opo­wia­da­nie bar­dziej przy­po­mi­na upoj­ny ro­mans – in­ten­syw­ną przy­go­dę peł­ną emo­cji, ale za­ra­zem, jak pa­mię­tam z mło­do­ści, upo­ka­rza­ją­co krót­ką. Do­brze, za­po­mnij­cie o tym ostat­nim. Naj­lep­sze opo­wia­da­nia, po­dob­nie jak naj­bar­dziej na­mięt­ne ko­chan­ki, tak do koń­ca nas nie opusz­cza­ją. Pło­ną w na­szej pa­mię­ci i nas prze­śla­du­ją, a nie­któ­re sub­tel­nie za­ska­ku­ją. Inne są jak cios pię­ścią w żo­łą­dek – gwał­tow­ne i spon­ta­nicz­ne. Od­bie­ra­ją od­dech.

Jed­ną z mo­ich ulu­bio­nych za­sad do­ty­czą­cych pi­sa­nia sfor­mu­ło­wał wy­bit­ny El­mo­re Le­onard: „Sta­raj się wy­rzu­cać te czę­ści, któ­re czy­tel­ni­cy za­zwy­czaj po­mi­ja­ją”. Je­śli chce­cie, żeby to wpro­wa­dze­nie do cze­goś Wam się przy­da­ło, to przy­najm­niej za­pa­mię­taj­cie tę re­gu­łę. Naj­lep­si pi­sa­rze o niej pa­mię­ta­ją. Przy każ­dej stro­nie, aka­pi­cie, zda­niu i sło­wie za­da­ją so­bie py­ta­nia: „Czy to cie­ka­we? Czy wcią­ga? Czy to ko­niecz­ne? Czy tyl­ko na tyle mnie stać?” (po­dob­nie naj­lep­si czy­tel­ni­cy, ale to te­mat na inną oka­zję).

To nie ozna­cza, że nie mo­że­cie pi­sać z roz­ma­chem, za­miesz­czać dłu­gich opi­sów, po­wo­ły­wać do ży­cia wy­ra­zi­stych bo­ha­te­rów czy po­dej­mo­wać waż­nych te­ma­tów. Mo­że­cie i po­win­ni­ście. Wszyst­kie świet­ne opo­wie­ści – za­rów­no dłu­gie, jak i krót­kie – za­wie­ra­ją te ele­men­ty. Zresz­tą na ko­lej­nych stro­nach na­po­tka­cie wie­le przy­kła­dów. Wy­glą­da na to, że moje za­da­nie po­le­ga na od­wle­ka­niu po­czu­cia sa­tys­fak­cji po­przez wska­zy­wa­nie tego, co oczy­wi­ste, w cu­dow­nym oszczęd­nym świe­cie opo­wia­dań. Za­tem przejdź­my da­lej.

El­mo­re Le­onard chce nam po­wie­dzieć, że każ­de sło­wo się li­czy. Pi­sa­rze, któ­rych tek­sty zna­la­zły się w tym zbio­rze, po mi­strzow­sku sto­su­ją się do tej re­gu­ły. Na ko­lej­nych stro­nach nie znaj­dzie­cie wpa­try­wa­nia się w czu­bek wła­sne­go nosa, nie­koń­czą­cych się opi­sów zi­mo­wej po­go­dy, roz­trzą­sa­nia wi­zji świa­ta ani mod­nych akro­ba­tycz­nych gier słow­nych, któ­re do­wo­dzą tyl­ko tego, że ktoś ku­pił nowy słow­nik i nie boi się go nad­uży­wać.

A więc co tam znaj­dzie­cie? Mó­wiąc krót­ko, zna­ko­mi­te opo­wie­ści.

Pi­sa­rze, któ­rych dzie­ła zna­la­zły się w tej zróż­ni­co­wa­nej i efek­tow­nej an­to­lo­gii – uzna­ne na­zwi­ska, we­te­ra­ni pió­ra oraz obie­cu­ją­cy no­wi­cju­sze – wzię­li so­bie do ser­ca kre­do El­mo­re’a Le­onar­da, po czym­na­fa­sze­ro­wa­li­je ste­ry­da­mi, pod­nie­śli do dzie­sią­tej po­tę­gi, a na­stęp­nie za­wieź­li do spe­lun­ki koło lot­ni­ska i po­zwo­li­li pić bez umia­ru. Tak, wiem, że to nie ma sen­su, ale nie­za­leż­nie od tej pa­skud­nej ana­lo­gii cze­ka Was nie lada atrak­cja.

Mój przy­ja­ciel Otto Pen­zler i ja ze­bra­li­śmy „naj­lep­sze z naj­lep­szych” opo­wia­da­nia kry­mi­nal­ne. Czę­sto ogar­nia nas no­stal­gia za prze­szło­ścią, za ja­kąś mi­nio­ną zło­tą erą do wy­bo­ru: mu­zy­ki, li­te­ra­tu­ry, kina, sztu­ki. Mam dla Was zna­ko­mi­te wie­ści. Ży­je­my, Wy i ja, dro­dzy Czy­tel­ni­cy, w zło­tej erze li­te­ra­tu­ry kry­mi­nal­nej. Nie prze­sa­dzam. Jesz­cze nig­dy w hi­sto­rii tak wie­lu pi­sa­rzy nie two­rzy­ło tego ro­dza­ju pro­zy w rów­nie zróż­ni­co­wa­ny i umie­jęt­ny spo­sób.

W tym zbio­rze znaj­dzie­cie wszyst­kie ro­dza­je bo­ha­te­rów, zło­czyń­ców, miejsc ak­cji, zbrod­ni, roz­wią­zań i nie­spo­dzia­nek. Pa­ra­fra­zu­jąc sta­re po­wie­dze­nie, te opo­wie­ści przy­pra­wią Was o śmiech, łzy i dresz­cze prze­ra­że­nia oraz sta­ną się czę­ścią Was.

To mi przy­po­mi­na o za­sa­dzie El­mo­re’a Le­onar­da. Czy wi­dzi­cie coś, co war­to po­mi­nąć? Je­śli tak, to tnij­cie bez li­to­ści. Po­dam pierw­szy przy­kład z brze­gu: ni­niej­sze wpro­wa­dze­nie. Roz­brzmie­wa sza­leń­czy śmiech. Głup­cy. Gdy­by­ście omi­nę­li tę część, już za­nu­rzy­li­by­ście się w jed­nym z naj­lep­szych opo­wia­dań kry­mi­nal­nych roku. Za­miast tego utknę­li­ście tu­taj ze mną.

Na szczę­ście nie na dłu­go. Od­wróć­cie stro­nę. To ostat­nie zmar­no­wa­ne sło­wa w tym zbio­rze. Da­lej. Baw­cie się do­brze.

Har­lan Co­ben

Brock AdamsZa­dzior­na

Z: „Se­wa­nee Re­view”

Była kie­szon­kow­cem.

Naj­czę­ściej gra­so­wa­ła na sta­cji me­tra przy Trzy­dzie­stej Czwar­tej Uli­cy i Hol­lo­way, gdzie każ­de­go ran­ka Ge­rald cze­kał na po­ciąg na tej sa­mej zim­nej be­to­no­wej ław­ce. Ob­ser­wo­wał ją przez gru­be szkła oku­la­rów. Była mło­da, de­li­kat­na i chu­da jak pa­tyk, mia­ła krót­kie, po­tar­ga­ne czar­ne wło­sy i po­ru­sza­ła się jak duch, na zmia­nę po­ja­wia­jąc się i zni­ka­jąc w kłę­bią­cym się tłu­mie.

Spra­wia­ła, że z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał na te po­ran­ki. Na jej wi­dok prze­cho­dzi­ły go ciar­ki. Gdy na nią pa­trzył, czuł, że żyje. Zda­rzy­ło się to po raz pierw­szy, od­kąd pew­ne­go nie­dziel­ne­go ran­ka zna­lazł Do­lo­res, któ­rą po­ślu­bił pięć­dzie­siąt trzy lata wcze­śniej, z twa­rzą w mi­secz­ce płat­ków che­erios, mar­twą za spra­wą uda­ru.

Dziew­czy­na no­si­ła czar­ne leg­gin­sy, krót­ką, nie­bie­ską dżin­so­wą spód­nicz­kę, a tak­że dwie kurt­ki – wia­trów­kę na dżin­so­wej. Ge­rald po­dej­rze­wał, że po­trze­bo­wa­ła wie­lu kie­sze­ni. Cza­sa­mi za­kła­da­ła oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, mimo że znaj­do­wa­li się pod zie­mią.

Była do­bra, zręcz­na, szyb­ka i spryt­na, ale nie chci­wa – przez chci­wość ła­two wpaść. Ge­rald po­znał jej sche­mat dzia­ła­nia, gdy ob­ser­wo­wał ją w dro­dze do pra­cy.

Tak na­praw­dę wca­le nie je­chał do pra­cy. Po śmier­ci i po­grze­bie Do­lo­res, gdy ro­dzi­na i przy­pad­ko­wi go­ście za­peł­ni­li mu lo­dów­kę żyw­no­ścią, któ­ra z cza­sem sple­śnia­ła, zo­stał sam w domu. Od dzie­wię­ciu lat był na eme­ry­tu­rze, ale nig­dy ni­cze­go szcze­gól­ne­go z żoną nie ro­bił. Nie po­dró­żo­wa­li, nie cho­dzi­li na przy­ję­cia ani nie za­pi­sa­li się do klu­bu. Miesz­ka­li ra­zem, za­cho­wu­jąc wła­sną od­ręb­ność, jed­no obok dru­gie­go. Do­lo­res była czymś sta­łym, co to­wa­rzy­szy­ło Ge­ral­do­wi na co dzień, jak ból w pra­wym trzo­now­cu albo wro­śnię­ty pa­zno­kieć środ­ko­we­go pal­ca u nogi – była czę­ścią jego ży­cia.

Gdy znik­nę­ła, po­zo­stał pu­sty dom oraz dłu­gie go­dzi­ny po­mię­dzy prze­bu­dze­niem a za­śnię­ciem. Ge­rald za­brał się za sprzą­ta­nie, aż po­sprzą­tał wszyst­ko, co się dało. Wte­dy spró­bo­wał wró­cić do pra­cy jako in­spek­tor bu­dow­la­ny, ale fir­ma znacz­nie się zmie­ni­ła od cza­su jego odej­ścia. Te­raz za­rzą­dzał nią chło­pak, któ­ry był sta­ży­stą, gdy Ge­rald prze­cho­dził na eme­ry­tu­rę. Mło­dy ro­ze­śmiał się i po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu, gdy usły­szał jego pro­po­zy­cję. Po chwi­li oczy chło­pa­ka spo­chmur­nia­ły i po­ja­wi­ło się w nich nie­zręcz­ne na­pię­cie, kie­dy zro­zu­miał, że to nie żart. Zmu­sił się do uśmie­chu.

– Bar­dzo chcie­li­by­śmy, że­byś wró­cił, Ge­ral­dzie – po­wie­dział – ale za­trud­nie­nie sie­dem­dzie­się­ciocz­te­ro­let­nie­go męż­czy­zny na pla­cu bu­do­wy to zbyt wiel­kie ry­zy­ko.

Ge­rald uśmiech­nął się i po­ki­wał gło­wą, po czym uści­snął dłoń mło­dzień­ca, w po­rów­na­niu z któ­rą jego wła­sna po­kry­ta od­ci­ska­mi ręka wy­da­wa­ła się bar­dzo sta­ra. Cią­ży­ła mu w kie­sze­ni, gdy opu­ścił plac. Wło­sy Ge­ral­da zbie­la­ły, cho­ciaż no­sił taki sam prze­dzia­łek jak w wie­ku trzy­dzie­stu lat. Miał znisz­czo­ną i po­marsz­czo­ną twarz. Wszyst­ko wo­kół nie­go było nowe, już tu­taj nie pa­so­wał.

Wy­na­jął ga­bi­net w śród­mie­ściu, za­ku­rzo­ny po­ko­ik z du­żym oknem, któ­re rano było peł­ne słoń­ca i błę­kit­ne­go nie­ba. Po­wie­dział wszyst­kim, że zo­sta­nie nie­za­leż­nym pi­sa­rzem. Nie pi­sał zbyt wie­le – od cza­su do cza­su ja­kiś hu­mo­ry­stycz­ny tekst do lo­kal­ne­go bru­kow­ca. Miał też za sobą kil­ka mało en­tu­zja­stycz­nych po­dejść do pa­mięt­ni­ka. Prze­waż­nie wy­glą­dał przez okno i od­dy­chał za­tę­chłym po­wie­trzem. Po­do­ba­ło mu się, że jego ży­cie na­bra­ło ryt­mu. Bu­dził się, przy­go­to­wy­wał do wyj­ścia, je­chał do pra­cy, po czym wra­cał do domu. Jed­nak każ­de­go ran­ka co­raz trud­niej było mu wstać z ław­ki i wsiąść do po­cią­gu, do­pó­ki nie spo­tkał zło­dziej­ki.

Sto­so­wa­ła sche­ma­ty, któ­rych nie znał nikt poza Ge­ral­dem. Nie ko­rzy­sta­ła z win­dy, tyl­ko ze scho­dów od po­łu­dnia. Zwin­nie zbie­ga­ła po stop­niach, po czym zbli­ża­ła się do to­rów i opie­ra­ła ple­ca­mi o be­to­no­wą ko­lum­nę. Sta­ła zwró­co­na twa­rzą do czar­nej dziu­ry tu­ne­lu, ale cały czas dys­kret­nie się roz­glą­da­ła. Spę­dza­ła tak kil­ka mi­nut. Kie­dy w tu­ne­lu od­zy­wał się huk pierw­sze­go po­cią­gu, a tłum gro­ma­dził się przy kra­wę­dzi pe­ro­nu, wta­pia­ła się w ludz­ką ciż­bę, a na­stęp­nie przy­stę­po­wa­ła do dzia­ła­nia, gdy drzwi wa­go­nu otwie­ra­ły się z sy­kiem. Ge­rald wi­dział, jak dziew­czy­na roz­su­wa su­wa­ki to­re­bek i od­pi­na port­fe­le od łań­cusz­ków, pod­czas gdy tłum tło­czy się i prze­py­cha. Wy­cią­ga­ła srebr­ne wiecz­ne pió­ro z kie­sze­ni na pier­si ma­kle­ra, od­ry­wa­ła mały klej­not od sza­la Hin­du­ski, a gdy tłum zni­kał w wa­go­nie i po­ciąg od­jeż­dżał z pe­ro­nu, cho­wa­ła zdo­bycz pod kurt­ką, po czym wy­cho­dzi­ła wyj­ściem od pół­no­cy i wra­ca­ła na­stęp­ne­go dnia.

Dla Ge­ral­da była zwy­kłą cie­ka­wost­ką aż do dnia, gdy okra­dła po­li­cjan­ta. Gli­niarz był mło­dy i spra­wiał wra­że­nie ner­wo­we­go. Co dwa dni wpa­dał na sta­cję, żeby wy­go­nić że­brzą­cych włó­czę­gów. W śro­dę rano wła­śnie sta­nął nad jed­nym z nich.

– Mu­sisz stąd odejść, ko­le­go.

Włó­czę­ga pod­niósł wzrok.

– Daj spo­kój.

– Tu­taj nie wol­no że­brać.

– Czło­wie­ku, po­zwól żyć.

– Nie utrud­niaj – od­rzekł po­li­cjant. Miał na bio­drach cięż­ki pas z krót­ko­fa­lów­ką, pi­sto­le­tem, pał­ką i in­ny­mi przy­bo­ra­mi po­przy­pi­na­ny­mi za po­mo­cą skó­rza­nych pa­sków z za­trza­ska­mi. Od­bez­pie­czył po­jem­nik z ga­zem pie­przo­wym. – Po pro­stu odejdź.

Na pe­ron z hu­kiem wje­chał po­ciąg, a lu­dzie wy­sko­czy­li z wa­go­nów jak sar­dyn­ki z pusz­ki, kie­ru­jąc się do cze­ka­ją­cych sa­mo­cho­dów. Na oczach Ge­ral­da dziew­czy­na prze­ci­snę­ła się przez tłum za ple­cy po­li­cjan­ta, za­bra­ła mu gaz pie­przo­wy, po czym wy­mknę­ła się wyj­ściem od pół­no­cy. Gli­niarz się­gnął do pasa, nie tra­fił na po­jem­nik z ga­zem i za­sko­czo­ny po­pa­trzył w dół.

– Psia­krew, uwa­żaj na du­chy. – Włó­czę­ga za­śmiał się, szcze­rząc brud­ne zęby.

Tam­te­go ran­ka Ge­rald się w niej za­ko­chał.

• • •

Za­trzy­mał się na skra­ju tłu­mu, opar­ty dłoń­mi o słup. Prze­su­nął pal­cem po zim­nym szorst­kim be­to­nie. Na sta­cji me­tra za­wsze pach­nia­ło me­ta­lem i my­dłem, ma­szy­na­mi i ludź­mi, któ­rzy wła­śnie wy­szli spod prysz­ni­ca. Obok Ge­ral­da sta­nął chu­dy męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze ze słu­chaw­ką te­le­fo­nu w uchu, przez co wy­glą­dał jak ro­bot. Wy­dzie­rał się na ko­goś po dru­giej stro­nie li­nii, zu­peł­nie jak­by wrzesz­czał w pust­kę. Na ław­ce sie­dzia­ło dwóch chłop­ców trzy­ma­ją­cych pu­deł­ka z dru­gim śnia­da­niem. Je­den ude­rzył dru­gie­go ręką w ra­mię, po czym obaj się ro­ze­śmia­li.

Wo­kół Ge­ral­da hu­czał tłum, buty trza­ska­ły i stu­ka­ły o zim­ny be­ton.

Ze­szła scho­da­mi od po­łu­dnia, w ciem­nych oku­la­rach, z kurt­ka­mi za­pię­ty­mi pod szy­ję, by ochro­nić się przed li­sto­pa­do­wym chło­dem. Opar­ła się o swój słup. Ge­rald ob­ser­wo­wał ją ką­tem oka. Czuł, że dziew­czy­na pa­trzy na nie­go. Prze­su­nął rękę wy­żej po po­wierzch­ni słu­pa, tak żeby jego ma­ry­nar­ka sze­rzej się roz­chy­li­ła. Umiesz­czo­ny w we­wnętrz­nej kie­sze­ni port­fel wy­sta­wał na do­bre czte­ry cen­ty­me­try. Na pew­no go zo­ba­czy­ła.

Po­ciąg wsu­nął się na sta­cję jak wąż. Otwo­rzy­ły się drzwi. Tłum ru­szył i oto­czył Ge­ral­da, któ­ry spoj­rzał w kie­run­ku zło­dziej­ki i stwier­dził, że znik­nę­ła. Wpa­dła na nie­go ko­bie­ta z baj­glem i po­bru­dzi­ła mu ma­ry­nar­kę twa­roż­kiem.

– Prze­pra­szam – bąk­nę­ła, na­wet na nie­go nie pa­trząc.

Tłum we­pchnął go do wa­go­nu i za­mknę­ły się za nim drzwi.

Ze­wsząd biło cie­pło, od grzej­ni­ków w po­cią­gu i od stło­czo­nych ciał. W po­wie­trzu uno­si­ła się woń kawy. Ge­rald do­tknął kie­sze­ni. Port­fel znik­nął.

Po­ciąg ru­szył i sta­cja za­czę­ła prze­su­wać się za szy­bą. Ge­rald pa­trzył, jak zło­dziej­ka zmie­rza ku wyj­ściu od pół­no­cy.

Trzy­mał się me­ta­lo­wej po­rę­czy nad gło­wą i uśmie­chał, pod­czas gdy po­ciąg za­nu­rzał się w ciem­ność. Za okna­mi prze­my­ka­ło graf­fi­ti po­kry­wa­ją­ce ścia­ny tu­ne­lu. Ge­rald za­mknął oczy i wy­obra­ził so­bie dziew­czy­nę wspi­na­ją­cą się po scho­dach, wy­cho­dzą­cą na zim­ne i ostre miej­skie po­wie­trze, pę­dzą­cą chod­ni­kiem z opusz­czo­ną gło­wą i rę­ka­mi w kie­sze­niach, pod­czas gdy wiatr tar­ga jej wło­sy. Zło­dziej­ka skrę­ca w jed­ną z uli­czek i cho­wa się za śmiet­ni­kiem. Od­su­wa kurt­kę, wyj­mu­je port­fel, otwie­ra go, prze­glą­da za­war­tość, pa­trzy zdu­mio­na. Żad­nych pie­nię­dzy, kart kre­dy­to­wych, do­ku­men­tów. Tyl­ko kar­tecz­ka. Trzy­ma ją w ró­żo­wych pal­cach. Na jed­nej stro­nie wid­nie­je na­pis „Wpad­ka”. Od­wra­ca kart­kę. „Ale je­steś za­dzior­na. Znajdź mnie ju­tro”. Sa­pie, wy­dy­ma war­gi, zgnia­ta li­ścik i cho­wa go do kie­sze­ni. Jest wście­kła. Przy­po­mi­na ma­lut­ką ogni­stą kulę.

Ge­rald uśmiech­nął się i po­czuł, jak jego sto­py ko­ły­szą się w rytm ru­chów po­cią­gu.

• • •

Na­stęp­ne­go ran­ka była tam, gdzie za­wsze. Opie­ra­ła się o słup z rę­ka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­siach i przy­gry­za­ła dol­ną war­gę. Wbi­ła wzrok w Ge­ral­da. Usiadł na ław­ce i od­wza­jem­nił spoj­rze­nie. Lu­dzie prze­my­ka­li po­mię­dzy nimi. Przy­je­chał i od­je­chał po­ciąg. Dziew­czy­na prze­pu­ści­ła tłum z ich port­fe­la­mi, to­reb­ka­mi i bi­żu­te­rią. Wkrót­ce sta­cja nie­mal opu­sto­sza­ła. Ka­sje­rzy skoń­czy­li zmia­nę, a zna­jo­my po­li­cjant od­da­lił się w stro­nę pół­noc­ne­go wyj­ścia. Zło­dziej­ka po­de­szła do Ge­ral­da, a od­głos jej kro­ków na be­to­nie od­bi­jał się ci­chym echem. Za­trzy­ma­ła się i po­now­nie skrzy­żo­wa­ła ręce.

– Po co to było? – burk­nę­ła.

Ge­rald się uśmiech­nął. Oparł dło­nie na ław­ce i od­chy­lił się do tyłu, za­kła­da­jąc nogę na nogę.

– Za­sko­czo­na? – spy­tał.

– We­zwie pan po­li­cję?

– Nie za­mie­rzam.

– To o co cho­dzi?

Po­pa­trzył na jej sto­py. No­si­ła czar­ne ba­le­ri­ny.

– Wi­du­ję cię tu­taj każ­de­go ran­ka – od­rzekł. – Chy­ba po pro­stu bra­ko­wa­ło mi to­wa­rzy­stwa.

– Pró­bu­je mnie pan po­de­rwać?

– Nie.

– Ile pan ma lat?

– Nie pró­bu­ję cię po­de­rwać.

– W po­rząd­ku. – Ro­zej­rza­ła się po sta­cji. W po­bli­żu krę­cił się do­zor­ca z chwy­ta­kiem do śmie­ci, któ­rym zbie­rał kub­ki po ka­wie i pa­pier­ki po owo­co­wych ba­to­nach. Usia­dła obok Ge­ral­da i wy­ję­ła z kie­sze­ni zgnie­cio­ną kar­tecz­kę. Ob­ró­ci­ła ją w pal­cach. – Co to zna­czy „za­dzior­na”?

– Nie znasz tego sło­wa?

– Nie.

Za­brał jej kart­kę.

– To zna­czy śmia­ła, zu­chwa­ła.

– Ale ja je­stem za­dzior­na.

– Zga­dza się. – Od­dał jej kart­kę. Zło­ży­ła ją i wsu­nę­ła do kie­sze­ni. Po­pa­trzy­ła na swo­je sto­py. Scho­wa­ła wło­sy za usza­mi. – Mam na imię Ge­rald. A ty?

Ob­li­za­ła usta.

– Są­dzi pan, że je­stem za­dzior­na?

– Owszem.

– Może mnie pan tak na­zy­wać.

– Nie masz imie­nia?

– Na pew­no go panu nie po­dam.

– Za­dzior­na to tro­chę za dłu­gie imię.

– Niech pan je skró­ci. Nie za­mie­rzam się przed­sta­wić.

– Skró­cić? Na przy­kład na Zadi?

Wsta­ła i za­pię­ła kurt­ki, naj­pierw dżin­so­wą, po­tem wia­trów­kę.

– Może być. – Od­wró­ci­ła się i ru­szy­ła w stro­nę pół­noc­ne­go wyj­ścia.

– Do zo­ba­cze­nia ju­tro! – za­wo­łał Ge­rald, a jego głos od­bił się echem od ścian sta­cji.

We­pchnę­ła ręce w kie­sze­nie i znik­nę­ła mu z oczu.

Na­stęp­ne­go ran­ka przy­niósł jej kawę. Zadi sta­ła po dru­giej stro­nie pe­ro­nu i wpa­try­wa­ła się w Ge­ral­da, cze­ka­jąc, aż po­ciąg od­je­dzie ze sta­cji, po czym po­de­szła i się przy­sia­dła. Nie ode­zwa­ła się ani sło­wem.

– Po­my­śla­łem, że lu­bisz słod­ką, więc do­da­łem dużo cu­kru. A tak­że mnó­stwo śmie­tan­ki.

Wzię­ła na­pój.

– Dzię­ki. – Upi­ła ły­czek i ob­li­za­ła usta. – Już dru­gi dzień z ko­lei stra­ci­łam przez pana łup.

– Oj.

– Jak tak da­lej pój­dzie, bę­dzie mi pan mu­siał po­móc.

– Uśmiech­nę­ła się do nie­go, uka­zu­jąc ró­żo­we i de­li­kat­ne dzią­sła nad gór­ny­mi zę­ba­mi. Ciem­ne oczy roz­bły­sły. Ge­rald po­czuł, że wy­peł­nia go ra­dość.

– Przy­nio­słem ci kawę – od­rzekł. – Cze­go jesz­cze chcesz?

– Coś wy­my­ślę.

• • •

Przez dwa ty­go­dnie po­ja­wia­ła się na sta­cji każ­de­go ran­ka. Ge­rald prze­pusz­czał swój po­ciąg, żeby z nią po­roz­ma­wiać. Co­dzien­nie spóź­niał się do pra­cy. Oczy­wi­ście nie było ni­ko­go, kto by to za­uwa­żył.

Zadi opo­wia­da­ła mu o so­bie. Mia­ła dwa­dzie­ścia dwa lata i od sze­ściu lat sama o sie­bie dba­ła. Wy­lą­do­wa­ła na uli­cy, kie­dy zo­sta­wił ją chło­pak. Bła­gał ją, żeby się do nie­go wpro­wa­dzi­ła. Zgo­dzi­ła się, ale po mie­sią­cu ją wy­rzu­cił.

– „Za­bie­raj swo­je kla­mo­ty i spie­przaj”, tyl­ko tyle miał mi do po­wie­dze­nia – rze­kła Zadi, ob­ra­ca­jąc w pal­cach ku­bek z kawą. – Wie­dzia­łam, że ro­dzi­ce nie po­zwo­lą mi wró­cić, byli za bar­dzo wku­rze­ni tym, że się wy­pro­wa­dzi­łam. Dla­te­go prze­nio­słam się do śród­mie­ścia do jed­nej z przy­ja­ció­łek, ale po pew­nym cza­sie stwier­dzi­ła, że nie ma dla mnie miej­sca, więc za­czę­łam sy­piać tu­taj. – Mach­nę­ła ręką, wska­zu­jąc ogrom­ne wnę­trze.

– Na sta­cji? – spy­tał Ge­rald.

– Za tam­ty­mi au­to­ma­ta­mi. Jest tam dość prze­strze­ni, a ma­szy­ny grze­ją. Poza tym gli­nia­rze tam nie za­glą­da­ją.

– Nie jest to naj­wy­god­niej­sze miej­sce na świe­cie.

– Nie. – Piła kawę, pa­trząc na au­to­ma­ty z na­po­ja­mi. – Spę­dzi­łam tu­taj wy­star­cza­ją­co dużo cza­su, żeby przej­rzeć lu­dzi na wy­lot. W koń­cu za­czę­łam ich okra­dać. To ła­twe. Te­raz star­cza mi kasy na za­pła­ce­nie jed­nej szó­stej czyn­szu.

Opo­wie­dzia­ła Ge­ral­do­wi o miesz­ka­niu w śród­mie­ściu, któ­re wy­naj­mo­wa­ła z piąt­ką in­nych osób w swo­im wie­ku. Bez­u­stan­nie na­stę­po­wa­ła ro­ta­cja lu­dzi – po­przed­ni miesz­kań­cy zni­ka­li, a na ich miej­sce po­ja­wia­li się nowi. Zadi spa­ła na pod­ło­dze w kuch­ni. Czynsz był ni­ski.

– Do­brze się tam czu­jesz? – spy­tał Ge­rald.

– Nie.

Po­chy­li­ła się, trzy­ma­jąc brzeg pa­pie­ro­we­go kub­ka opusz­ka­mi pal­ców. Za­sę­pi­ła się i wbi­ła wzrok w pe­ron. Kurt­ki wy­brzu­szy­ły się na ra­mio­nach i ple­cach. Ge­rald uniósł rękę i za­trzy­mał ją kil­ka cen­ty­me­trów za jej ple­ca­mi. Za­wa­hał się, po­pa­trzył na dziew­czy­nę, po czym de­li­kat­nie po­ło­żył dłoń na jej kurt­ce.

– Je­śli kie­dyś bę­dziesz po­trze­bo­wa­ła miej­sca do spa­nia, to u mnie jest go pod do­stat­kiem.

– Nie za­mie­rzam się z pa­nem prze­spać.

– Wca­le tego nie chcę.

– Mógł­by pan być moim dziad­kiem.

– Pew­nie tak.

Ko­lej­ny po­ciąg po­ja­wił się na sta­cji i od­je­chał, lecz Ge­rald nie za­bie­rał dło­ni z jej ple­ców. Na­stęp­ne­go dnia Zadi nie przy­szła. Sie­dział na ław­ce z dwo­ma kub­ka­mi kawy i ob­ser­wo­wał tłum wsia­da­ją­cy do czte­rech ko­lej­nych po­cią­gów, po czym wró­cił do domu.

• • •

Pod ko­niec mie­sią­ca mia­sto sta­ło się ciem­ne, sza­re i zim­ne. Uli­ce były śli­skie, a wy­so­kie bu­dyn­ki wy­glą­da­ły, jak­by ktoś wy­ciął je z mo­krej tek­tu­ry i przy­piął do nie­ba.

Każ­de­go ran­ka Ge­rald prze­sia­dy­wał na sta­cji, wy­pa­tru­jąc Zadi na pe­ro­nie, przy­glą­da­jąc się lu­dziom ubra­nym w płasz­cze i no­szą­cym tecz­ki. Wi­dział ko­bie­ty z otwar­ty­mi to­reb­ka­mi, nie­dba­le za­rzu­co­ny­mi na ra­mio­na, męż­czyzn po­krzy­ku­ją­cych do te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych, pod­czas gdy ich tecz­ki sta­ły nie­pil­no­wa­ne na zie­mi. Praw­dzi­wa ko­pal­nia skar­bów. Jed­nak Zadi nie było.

Ge­rald ob­ser­wo­wał z okna ga­bi­ne­tu szyb­kie na­dej­ście lo­do­wa­tej zimy. Na­wie­wa­ny śnieg two­rzył brud­ne za­spy wzdłuż kra­wę­dzi da­chów. Go­łę­bie po­cząt­ko­wo tło­czy­ły się po­śród kro­kwi, aż w koń­cu cał­ko­wi­cie znik­nę­ły. Pró­bo­wał wy­peł­nić każ­dy dzień. Roz­li­czył ksią­żecz­kę cze­ko­wą. Roz­wią­zy­wał krzy­żów­ki. Pi­sał, ba­wiąc się róż­ny­mi hi­sto­ria­mi, na­cią­ga­ny­mi opo­wie­ścia­mi o pięk­nych zło­dziej­kach. Prze­waż­nie jed­nak wy­glą­dał przez okno. Za­sta­na­wiał się, czy w miesz­ka­niu Zadi jest ogrze­wa­nie, a tak­że czy dziew­czy­na na­praw­dę ma się gdzie po­dziać.

Co­dzien­nie w dro­dze do domu za­glą­dał do po­bli­skie­go skle­pu. Lu­bił do­ty­kać świe­żych wa­rzyw, wa­żyć w dło­ni doj­rza­łe owo­ce. Po­wo­li cho­dził mię­dzy sto­iska­mi, nie śpie­sząc się, sta­ran­nie pla­nu­jąc po­sił­ki. To wy­ma­ga­ło cza­su. Przy­nie­sie­nie za­ku­pów do domu i ugo­to­wa­nie ko­la­cji po­zwa­la­ło mu wy­peł­nić wie­czór. Za­nim wszyst­ko zjadł i po­zmy­wał na­czy­nia, nad­cho­dzi­ła pora snu i ko­lej­ny dzień do­bie­gał koń­ca.

Na ty­dzień przed Bo­żym Na­ro­dze­niem, gdy wła­śnie pod­sma­żał ce­bu­lę, usły­szał pu­ka­nie. Zo­sta­wił skwier­czą­cą ce­bu­lę na pa­tel­ni i otwo­rzył drzwi. W pro­gu sta­ła Zadi, sma­ga­na zim­ny­mi po­dmu­cha­mi wia­tru. Ręce wsa­dzi­ła głę­bo­ko w kie­sze­nie, mo­kre ba­le­ri­ny po­kry­wał brud­ny śnieg.

Wbi­ja­ła wzrok w zie­mię, ry­su­jąc czub­kiem buta wzo­ry w śnie­go­wej brei.

– Cześć – po­wie­dzia­ła.

– Cześć – od­rzekł Ge­rald, po czym od­su­nął się, wpusz­cza­jąc ją do środ­ka.

Za­pa­rzył kawę i usma­żył ol­brzy­mi omlet z ośmiu jaj z zie­lo­ną pa­pry­ką, ce­bu­lą i po­sie­ka­ną kieł­ba­są. Zadi, mil­cząc, sie­dzia­ła z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi przy ku­chen­nym sto­le. Ob­ser­wo­wa­ła Ge­ral­da. Prze­ciął omlet na pół ło­pat­ką, po­ło­żył po­łów­kę na ta­le­rzu i po­sta­wił przed dziew­czy­ną. Po­tem usiadł i za­czął za­ja­dać po­zo­sta­łą część pro­sto z pa­tel­ni. Zadi pa­trzy­ła na swo­ją por­cję.

– Nie lu­bisz ja­jek? – spy­tał Ge­rald.

– Lu­bię – od­rze­kła. – Tyl­ko to wy­glą­da tak ład­nie, że nie chcę tego ze­psuć.

– To tyl­ko omlet.

– Już daw­no nie ja­dłam omle­tu.

Za­czę­ła jeść i opo­wie­dzia­ła mu, jak wró­ci­ła do miesz­ka­nia i za­sta­ła drzwi za­bi­te de­ska­mi. Nie wie­dzia­ła, co się sta­ło ani kto jest wła­ści­cie­lem lo­ka­lu. W koń­cu zna­la­zła jed­ne­go ze współ­lo­ka­to­rów na ław­ce w par­ku i wszyst­kie­go się do­wie­dzia­ła.

– Po­szło o nar­ko­ty­ki albo coś w tym ro­dza­ju. Po­dob­no przy­szli gli­nia­rze i ich zgar­nę­li. Wła­ści­ciel­ka za­bi­ła drzwi de­ska­mi. Po­wie­dzia­ła, że ma do­syć wy­naj­mo­wa­nia miesz­ka­nia bez­war­to­ścio­wym szcze­nia­kom.

– Szko­da – rzu­cił. – To nie two­ja wina.

– Uhm.

Skoń­czy­ła jeść, a Ge­rald za­brał ta­lerz i wsta­wił do zle­wu. Na­lał jej kawy, po czym po­now­nie usiadł przy sto­le. Zadi moc­no ści­snę­ła ku­bek.

– Jak zna­la­złaś mój dom?

– Kil­ka ty­go­dni temu śle­dzi­łam pana. – Od­gar­nę­ła wło­sy z twa­rzy i spoj­rza­ła na nie­go. – Po­wie­dział pan, że mogę przyjść, je­śli będę w po­trze­bie.

– Zga­dza się. To nadal ak­tu­al­ne. Po pro­stu za­sta­na­wia­łem się, jak mnie zna­la­złaś.

– Nie chcę się na­rzu­cać.

– Nie na­rzu­casz się.

Na­pi­ła się kawy.

– Do­bre je­dze­nie.

Sie­dzie­li przy sto­le i pili kawę. Znów za­czął pa­dać śnieg, w ci­szy gro­ma­dząc się na pa­ra­pe­cie jak bia­łe piór­ka. Szron po­krył szy­by. Grzej­nik włą­czył się z ję­kiem i cie­płe po­wie­trze wy­peł­ni­ło kuch­nię. Zadi przy­ci­snę­ła prze­mo­czo­ne buty do pły­tek.

– Chcesz su­che ubra­nie? – spy­tał Ge­rald.

Ski­nę­ła gło­wą. Zo­sta­wił ją przy sto­le i po­szedł na górę. W sy­pial­ni była gar­de­ro­ba. Po pra­wej stro­nie le­ża­ło mnó­stwo jego szpar­ga­łów, a po le­wej wciąż wi­sia­ły stro­je Do­lo­res. Nie wie­dział, co z nimi zro­bić. Buty sta­ły w rów­nym rząd­ku pod ścia­ną, wszyst­kie poza jed­ną parą – brą­zo­wy­mi cięż­ki­mi bu­ta­mi, któ­re mia­ła na so­bie przed śmier­cią i bez­ład­nie ci­snę­ła w kąt. Ge­rald wziął kil­ka par spodni i ja­kieś bluz­ki, po czym za­niósł je na dół.

Zadi sie­dzia­ła na ka­na­pie w sa­lo­nie. Po­ło­żył ubra­nia na ni­skim sto­li­ku.

– Ale re­tro ciu­chy! – za­wo­ła­ła, do­ty­ka­jąc szkar­łat­nej bluz­ki z frędz­la­mi na rę­ka­wach. – Skąd pan to ma?

– Na­le­ża­ły do mo­jej żony.

Po­ki­wa­ła gło­wą i przyj­rza­ła się ubra­niom.

– Zmar­ła kil­ka lat temu – do­dał Ge­rald.

– Na co?

– Mia­ła udar.

Zadi wzię­ła brą­zo­we spodnie i wsta­ła. Przy­ło­ży­ła ubra­nie do sie­bie i zmie­rzy­ła je wzro­kiem, po czym unio­sła nogę i po­ru­szy­ła pal­ca­mi.

– Tę­sk­ni pan za nią?

Po­ki­wał gło­wą.

– Czę­sto.

– Wło­żę je. – Za­bra­ła szkar­łat­ną bluz­kę i brą­zo­we spodnie, po czym znik­nę­ła w ła­zien­ce.

Dłu­go nie wra­ca­ła. Ge­rald włą­czył te­le­wi­zor. Nada­wa­no po­wtór­kę Dru­ży­ny A. Mr T wła­śnie ko­goś bił. Ge­rald po­gło­śnił.

– Jak mia­ła na imię? – spy­ta­ła Zadi. Sta­ła w drzwiach, wy­glą­da­jąc szczu­pło, czy­sto i mło­do w ubra­niu Do­lo­res.

– Kto?

– Pań­ska żona.

– Mia­ła na imię Do­lo­res.

Zadi po­pa­trzy­ła na swo­je od­bi­cie w ciem­nym oknie.

– Bar­dzo ład­nie – po­wie­dzia­ła, uno­sząc rękę, ob­ra­ca­jąc się i sta­jąc na czub­kach pal­ców. Śnieg pa­dał ci­cho i cięż­ko.

• • •

Tej nocy Ge­rald ulo­ko­wał Zadi w po­ko­ju go­ścin­nym. Przy­niósł po­ściel z gór­nej pół­ki w sza­fie i przy­go­to­wał po­sła­nie, a ona pa­trzy­ła na nie­go, sto­jąc w pro­gu. Uśmiech­nę­ła się.

– Nie­źle pan so­bie ra­dzi jak na fa­ce­ta.

– Mu­sia­łem się na­uczyć. – Wsu­nął prze­ście­ra­dło pod rogi łóż­ka.

– Mój eks­chło­pak był w tym bez­na­dziej­ny. Za­wsze mu­sia­łam mu po­ma­gać. – Usia­dła na skra­ju łóż­ka. – Za­wra­ca­nie dupy.

Ge­rald oparł po­dusz­ki o ramę.

– Je­śli chcesz, mo­żesz po­oglą­dać te­le­wi­zję, lecz nie mam HBO ani in­nych cie­ka­wych ka­na­łów i nie wiem, gdzie się po­dział pi­lot.

Wpeł­zła na łóż­ko i opar­ła się o po­dusz­ki.

– Ni­cze­go mi nie trze­ba. Chy­ba po pro­stu się po­ło­żę, je­stem wy­koń­czo­na. – Uśmiech­nę­ła się do nie­go. Mia­ła ja­sną cerę i za­ró­żo­wio­ne po­licz­ki. Wło­sy opa­da­ły jej na brwi i roz­kła­da­ły się za nią na po­dusz­ce.

Ge­rald wy­co­fał się z po­ko­ju.

– Do­brze, to do­bra­noc – po­wie­dział i za­mknął za sobą drzwi.

Na­stęp­ne­go dnia obu­dził się o siód­mej i ubrał. Uchy­lił drzwi do po­ko­ju Zadi i zaj­rzał do środ­ka. Spa­ła pod koł­drą, spod któ­rej wy­sta­wa­ła jed­na noga, ob­na­żo­na i ró­żo­wa, zwi­sa­ją­ca do pod­ło­gi. Spodnie Do­lo­res le­ża­ły obok łóż­ka. Ge­rald po­pa­trzył na skó­rę Zadi, po­ru­sza­ją­cej się przez sen. Po­krę­cił gło­wą i za­mknął drzwi.

W ga­bi­ne­cie po raz pierw­szy od kil­ku ty­go­dni po­czuł po­trze­bę pi­sa­nia. Wy­jął z szu­fla­dy ostat­ni szkic pa­mięt­ni­ka i prze­czy­tał pierw­szą stro­nę. Po­spo­li­ty i miał­ki styl. Nud­ny opis szkol­ne­go przed­sta­wie­nia, któ­re od­by­ło się wie­ki temu, w trze­ciej kla­sie. Zło­żył kart­ki na pół, wrzu­cił je do ko­sza, po czym umie­ścił czy­sty ar­kusz w ma­szy­nie do pi­sa­nia. Za­czął pi­sać, tym ra­zem roz­po­czy­na­jąc opo­wieść od śmier­ci Do­lo­res. Pi­sał z ogniem w ser­cu, a sło­wa z hu­kiem po­ja­wia­ły się na kart­ce jak za spra­wą ude­rze­nia pio­ru­na. Zo­ba­czył sie­bie, jak prze­ta­cza się na pu­stą po­łów­kę łóż­ka, cie­sząc się wol­ną prze­strze­nią i wtu­la­jąc w po­dusz­kę, pod­czas gdy słoń­ce świe­ci przez okna, a po­tem jak wsta­je, chwiej­nie idzie po scho­dach i wi­dzi wło­sy Do­lo­res roz­ło­żo­ne na sto­le, ręce bez­wład­nie zwi­sa­ją­ce wzdłuż bo­ków, mle­ko po­wo­li ska­pu­ją­ce na płyt­ki pod­ło­go­we.

Po­tem po­ja­wi­ła się Zadi, kula ognia w pu­stym domu. Odło­żył kart­ki i wró­cił do domu.

Za­stał ją na ka­na­pie, ubra­ną w ko­lej­ny strój żony, sta­ry ba­weł­nia­ny dres. Przy­rzą­dzi­ła pra­żo­ną ku­ku­ry­dzę i sie­dzia­ła sku­lo­na pod ko­cem, oglą­da­jąc te­le­wi­zję.

– Do­brze się ba­wisz? – spy­tał.

– Jesz­cze jak.

Usiadł obok niej. Przy­su­nę­ła się bli­żej. Wzię­ła po­dusz­kę z jed­ne­go koń­ca ka­na­py, uło­ży­ła mu ją na ko­la­nach i opar­ła na niej gło­wę, po czym prze­krę­ci­ła się na bok, żeby wi­dzieć ekran. Oglą­da­ła ja­kiś te­le­dysk.

– Co dzi­siaj ro­bi­łaś? – spy­tał Ge­rald.

– Wła­śnie to. Cały dzień się obi­ja­łam. Coś wspa­nia­łe­go. – Ro­ze­śmia­ła się. Po raz pierw­szy usły­szał jej dźwięcz­ny śmiech, przy­po­mi­na­ją­cy od­głos dzwo­nów ru­ro­wych, któ­ry brał po­czą­tek w jej pier­si i od­bi­ja­jąc się, do­cie­rał do ję­zy­ka. Po­czuł dresz­cze na ple­cach. – A pan?

– Tro­chę pi­sa­łem.

– O czym?

– O to­bie.

Prze­wró­ci­ła się na ple­cy i po­pa­trzy­ła na nie­go.

– Pi­sze pan o mnie?

– Zga­dza się. – Wbił wzrok w ekran. Mu­zy­cy gra­li w ja­kimś ma­ga­zy­nie. Czuł na so­bie jej lo­do­wa­te i in­ten­syw­ne spoj­rze­nie.

– Le­piej, żeby pan pi­sał o mnie cie­ka­wie. Nie chcę być nud­ną po­sta­cią.

– Nie je­steś.

– I le­piej, że­bym była ład­na – do­da­ła, po czym po­now­nie od­wró­ci­ła się do te­le­wi­zo­ra.

• • •

Zo­sta­ła u nie­go. Jeź­dził do ga­bi­ne­tu i pi­sał, a po­tem wra­cał i roz­ma­wiał z nią o tym, jak mu mi­nął dzień. Od rana cze­kał na te chwi­le na ka­na­pie, na cię­żar jej gło­wy na swo­ich ko­la­nach, na jej od­dech tak bli­sko swo­jej twa­rzy.

Zo­stał w domu w Boże Na­ro­dze­nie. Wła­śnie piekł ciast­ka, gdy ze­szła do kuch­ni, po­wol­na i za­spa­na.

– We­so­łych świąt – po­wie­dział.

Usia­dła przy sto­le i ziew­nę­ła.

– Niech pan tak nie mówi, to brzmi strasz­nie ko­mer­cyj­nie.

– A jak mam mó­wić?

– Może „wszyst­kie­go naj­lep­sze­go”, jak pod­czas in­nych uro­czy­stych oka­zji?

– Do­brze, za­tem wszyst­kie­go naj­lep­sze­go. Z mio­dem czy z ga­la­ret­ką? Cho­dzi mi o cia­stecz­ka.

– Z mio­dem.

– Do­bry wy­bór. – Wło­żył ciast­ka do pie­kar­ni­ka, wy­jął miód z szaf­ki i po­sta­wił go przed nią na sto­le. – Będą się pie­kły kil­ka mi­nut.

– Mam dla pana pre­zent – po­wie­dzia­ła, po czym zaj­rza­ła pod stół i za­ła­ma­ła ręce. – Tyl­ko nie wiem, czy się panu spodo­ba.

– Co to ta­kie­go?

– Niech pan obie­ca, że się panu spodo­ba. Albo że przy­najm­niej tak pan po­wie.

– Obie­cu­ję. Po­wiem, że mi się po­do­ba.

– Spry­ciarz. – Po­bie­gła na górę, wró­ci­ła z brą­zo­wą pa­pie­ro­wą tor­bą i wrę­czy­ła ją Ge­ral­do­wi. Usia­dła przy sto­le i cze­ka­ła.

Otwo­rzył tor­bę. W środ­ku znaj­do­wa­ła się ram­ka do zdjęć. Wy­jął ją i zo­ba­czył, że za szkłem tkwi kar­tecz­ka, któ­rą zo­sta­wił w port­fe­lu, od­wró­co­na stro­ną ze sło­wem „za­dzior­na”. Zadi za­zna­czy­ła kred­ka­mi wszyst­kie za­gię­cia, któ­re po­wsta­ły, gdy po­gnio­tła li­ścik, i każ­dy z frag­men­tów po­ko­lo­ro­wa­ła inną kred­ką. Efekt koń­co­wy był taki, jak­by ktoś po­trak­to­wał pędz­lem wy­schnię­tą, po­pę­ka­ną zie­mię na pu­sty­ni. Sło­wo „za­dzior­na” zo­sta­ło ob­wie­dzio­ne ja­skra­wą czer­wie­nią. Szyb­ka wzmac­nia­ła in­ten­syw­ność barw. Ge­rald ob­ró­cił ram­kę w pal­cach.

– Po­do­ba się panu? – spy­ta­ła Zadi.

– Bar­dzo – od­rzekł i po­sta­wił pre­zent na sto­le przed sobą.

– Na pew­no?

– Bar­dzo mi się po­do­ba. – Po­pa­trzył na nią. Za­ru­mie­ni­ła się i od­wró­ci­ła gło­wę. – Ni­cze­go dla cie­bie nie mam – uspra­wie­dli­wił się. – Mogę ci coś ku­pić.

– Nie trze­ba. I tak mnó­stwo pan zro­bił.

Spę­dzi­li cały dzień na ka­na­pie, oglą­da­jąc świą­tecz­ne baj­ki o re­ni­fe­rze Ru­dol­fie, bał­wan­ku Fro­stym i Wy­spie Nie­chcia­nych Za­ba­wek, aż za okna­mi za­padł zmierzch i roz­pa­dał się śnieg. W koń­cu Ge­rald po­szedł na górę i po­ło­żył się do łóż­ka. Za­mknął oczy.

Nie wie­dział, jak dłu­go spał. Na­gle Zadi we­szła do sy­pial­ni. Po­czuł ją, gdy tyl­ko się po­ja­wi­ła. Mia­ła na so­bie ko­szul­kę i majt­ki. Prze­szła na pal­cach po dy­wa­nie do łóż­ka, lek­ko od­chy­li­ła koł­drę i wśli­zgnę­ła się pod nią. Zwi­nę­ła się w kłę­bek obok Ge­ral­da i po­ło­ży­ła na nim ob­na­żo­ną nogę. Mia­ła gład­ką i mięk­ką skó­rę. Pod­nio­sła jego rękę, po­ło­ży­ła mu gło­wę na pier­si i ob­ję­ła go w pa­sie. Ge­rald po­czuł wło­sy Zadi na swo­im pod­bród­ku, a jej rzę­sy mu­snę­ły mu pierś. Mię­śnie mu się na­pię­ły.

– Je­steś dla mnie taki miły, Ge­ral­dzie – po­wie­dzia­ła. Po­wo­li opu­ścił rękę i przy­gar­nął Zadi do sie­bie, a ona ob­ję­ła go nogą i od­wza­jem­ni­ła uścisk.

– Mo­gła­bym się w to­bie za­ko­chać.

– Nie mo­gła­byś – wy­szep­tał.

Wdy­chał za­pach jej wło­sów; pach­nia­ła mio­dem, jabł­ka­mi i sobą. Po­tem po­ca­ło­wał ją w czu­bek gło­wy. W od­po­wie­dzi Zadi prze­su­nę­ła się i dwu­krot­nie le­ciut­ko po­ca­ło­wa­ła go w usta. Na­stęp­nie znów opar­ła gło­wę na jego pier­si i za­snę­ła. Ge­rald wbił wzrok w su­fit i słu­chał jej od­de­chu.

• • •

Gdy się obu­dził, ja­skra­we pro­mie­nie słoń­ca oświe­tla­ły jej twarz. Po­trzą­snął Zadi. Drgnę­ła, za­mru­ga­ła i unio­sła po­wie­ki.

– Hej – po­wie­dzia­ła.

– Wsta­waj. Chcę cię gdzieś za­brać. To spóź­nio­ny pre­zent świą­tecz­ny.

Sto­czy­ła się z nie­go i prze­wró­ci­ła na ple­cy, po czym za­kry­ła twarz koł­drą.

– Chce mi się spać – od­par­ła, zer­ka­jąc po­nad brze­giem po­ście­li.

– Masz ocho­tę na śnia­da­nie?

– Upiecz jesz­cze tro­chę cia­ste­czek – po­pro­si­ła. – Tyl­ko po ci­chu. – Uśmiech­nę­ła się, prze­wró­ci­ła na dru­gi bok i za­kry­ła gło­wę po­dusz­ką.

Ge­rald zszedł na dół i zaj­rzał do lo­dów­ki. Skoń­czy­ło się mle­ko. Wło­żył buty, płaszcz i ka­pe­lusz, po czym wy­szedł z domu. Po­wie­trze było rześ­kie i draż­ni­ło noz­drza. Słoń­ce od­bi­ja­ło się od so­pli zwi­sa­ją­cych z oka­pu.

Wło­żył ręce do kie­sze­ni i udał się do skle­pu przy tej sa­mej uli­cy. Gdy wszedł przez roz­su­wa­ne drzwi, cie­pło i blask go otu­li­ły. Uśmiech­nął się do ka­sjer­ki, pod­szedł do pół­ek w głę­bi skle­pu i wziął kar­ton mle­ka. Ob­ró­cił go w dło­ni i spraw­dził datę waż­no­ści. Zer­k­nął na tyl­ną stro­nę opa­ko­wa­nia, gdzie za­miesz­cza­no ogło­sze­nia o za­gi­nio­nych dzie­ciach, i pod in­for­ma­cją o skład­ni­kach od­żyw­czych zo­ba­czył roz­ma­za­ne zdję­cie Zadi.

Nie mógł ode­rwać wzro­ku od fo­to­gra­fii. Oczy dziew­czy­ny pa­trzy­ły na nie­go z zim­ne­go kar­to­nu. Nik­ki Ty­ler, lat szes­na­ście, przed ro­kiem ucie­kła z domu. Wzrost. Waga. Nu­mer te­le­fo­nu i ad­res ro­dzi­ców. Za­le­d­wie czter­dzie­ści pięć mi­nut jaz­dy od cen­trum, nie­ca­łą go­dzi­nę od domu Ge­ral­da.

Od­sta­wił kar­ton na pół­kę i wy­brał inny, ze zdję­ciem ma­łe­go czar­no­skó­re­go chłop­ca. Za­pła­cił za mle­ko i wró­cił do domu.

Zadi sie­dzia­ła na ka­na­pie i oglą­da­ła te­le­tur­niej Do­bra cena.

– Dłu­go cię nie było – po­wie­dzia­ła. Owi­nę­ła się ko­ca­mi, spod któ­rych wy­sta­wa­ła tyl­ko jej gło­wa, i wpa­try­wa­ła się w ekran. Z pro­fi­lu jej nos wy­da­wał się mały, a usta były cien­kie i ró­żo­we. Od­wró­ci­ła się w stro­nę Ge­ral­da i po­sła­ła mu uśmiech. – Tę­sk­ni­łeś za mną?

Ge­rald prze­ło­żył mle­ko z ręki do ręki.

– Strasz­li­wie – od­rzekł.

Upiekł cia­stecz­ka i zje­dli kil­ka przed te­le­wi­zo­rem. Po­tem spa­ko­wa­li dru­gie śnia­da­nie, wsie­dli do sa­mo­cho­du i ru­szy­li na pół­noc w stro­nę szo­sy mię­dzy­sta­no­wej. Dro­gi były pu­ste. Wszę­dzie wo­kół le­ża­ła pła­ska po­wło­ka świe­że­go śnie­gu, w kil­ku miej­scach spię­trzo­ne­go przez wiatr do po­sta­ci spi­cza­stych bez. Nie­bo mia­ło ciem­no­nie­bie­ską bar­wę i wy­da­wa­ło się bar­dzo od­le­głe. Zadi przy­ci­snę­ła nos do szy­by.

– Do­kąd je­dzie­my? – spy­ta­ła.

– Ul­ti­ma Thu­le – od­po­wie­dział Ge­rald.

– Gdzie?

– Na ko­niec świa­ta.

Wje­cha­li na par­king obok ol­brzy­mie­go za­mar­z­nię­te­go je­zio­ra. Ge­rald wy­siadł z auta i wy­jął z ba­gaż­ni­ka koc oraz je­dze­nie. Ru­szy­li w stro­nę je­zio­ra. Ostroż­nie zszedł z pia­sku na lód, któ­ry bez tru­du go utrzy­mał.

– Uwa­żaj – po­wie­dział, po czym wziął Zadi za rękę. Po­wę­dro­wa­li po lo­dzie, zo­sta­wia­jąc głę­bo­kie śla­dy w syp­kim śnie­gu.

– Zu­peł­nie jak spa­cer po księ­ży­cu – za­uwa­ży­ła, moc­no ści­ska­jąc go cie­płą dło­nią i wo­dząc wzro­kiem po błę­kit­nym ho­ry­zon­cie. Czu­ła, że jej sto­py są mięk­kie w ze­tknię­ciu z lo­dem.

Sto me­trów od brze­gu Ge­rald roz­ło­żył koc i usiadł. Wrę­czył Zadi ka­nap­kę. Je­dli i pa­trzy­li na je­zio­ro. Nie­da­le­ko miej­sca, w któ­rym się za­trzy­ma­li, lód był po­pę­ka­ny, a da­lej zia­ły ol­brzy­mie dziu­ry wy­peł­nio­ne wodą. Sre­brzy­sto­błę­kit­ne i bia­łe kry dry­fo­wa­ły co­raz da­lej ku ho­ry­zon­to­wi.

– Kie­dyś za­bie­ra­łem tu­taj żonę – rzekł Ge­rald. – Lu­bi­ła te wy­ciecz­ki. Mó­wi­ła, że to wy­glą­da, jak­by świat pró­bo­wał utrzy­mać się w jed­nym ka­wał­ku, lecz nie da­wał rady. Przy­cią­ga­nie tego, co jest poza świa­tem, jest zbyt sil­ne, dla­te­go zie­mia roz­pa­da się i od­pły­wa.

– Ład­nie po­wie­dzia­ne – przy­zna­ła Zadi.

– Kie­dy tu­taj by­li­śmy, czu­ła się, jak­by­śmy sie­dzie­li na sa­mym skra­ju świa­ta.

Zadi po­ki­wa­ła gło­wą, żu­jąc ka­nap­kę. Wzię­ła Ge­ral­da za rękę, po­ło­ży­ła so­bie jego dłoń na ko­la­nach i moc­no ści­snę­ła. Po­wie­trze było nie­ru­cho­me i zim­ne. Wod­ne ptac­two ha­ła­so­wa­ło na skra­ju je­zio­ra. Lód trzesz­czał i ję­czał.

– Co da­lej za­mie­rzasz? – spy­tał Ge­rald. Ob­ser­wo­wał pta­ki dzio­bią­ce w śnie­gu. Czuł, że dziew­czy­na na nie­go pa­trzy.

– Co masz na my­śli?

– Cho­dzi mi o to, co zro­bisz ze sobą. – Po­czuł, że Zadi za­ci­snę­ła obie ręce na jego szorst­kiej dło­ni. – Nie tę­sk­nisz za ro­dzi­ca­mi?

– Byli dla mnie nie­do­brzy.

– Na­praw­dę? Dla­te­go ode­szłaś?

Ści­snę­ła jego dłoń.

– Nie za­mie­rzam cię okła­my­wać – od­par­ła. Pa­trzy­li, jak lód pły­nie po głę­bo­kiej wo­dzie.

Od­je­cha­li, kie­dy słoń­ce za­czę­ło się ob­ni­żać. Nie­bo było bez­chmur­ne, a blask od­bi­ty od śnie­gu i lodu po­ma­lo­wał ho­ry­zont na żół­to­po­ma­rań­czo­wo. Zadi od­chy­li­ła się do tyłu na sie­dze­niu pa­sa­że­ra i za­mknę­ła oczy.

– Za­trzy­mam się na par­kin­gu – rzekł Ge­rald.

Zadi mruk­nę­ła coś za­spa­nym gło­sem.

– Chcesz siku?

Po­krę­ci­ła gło­wą. Ge­rald zje­chał z szo­sy mię­dzy­sta­no­wej na przy­droż­ny par­king. Zo­sta­wił włą­czo­ny sil­nik i ogrze­wa­nie. Sko­rzy­stał z to­a­le­ty, wy­szedł na ze­wnątrz i stał na zim­nie, pa­trząc na ob­ło­ki od­de­chu przed swo­ją twa­rzą. Nie­da­le­ko ja­kaś ro­dzi­na prze­pa­ko­wy­wa­ła ba­ga­że w fur­go­net­ce.

Ge­rald po­trzą­snął pra­wą nogą, po­tem lewą. Ze­sztyw­niał od dłu­giej jaz­dy. Prze­szedł się po par­kin­gu, sta­wia­jąc dłu­gie kro­ki. Ku­pił colę w au­to­ma­cie. Otwo­rzył pusz­kę i upił łyk, po czym wró­cił do ga­blo­ty z mapą i ogło­sze­nia­mi. Przej­rzał re­kla­my po­lis ubez­pie­cze­nio­wych oraz ofer­ty szyb­kie­go za­rob­ku. W pra­wym gór­nym rogu znaj­do­wa­ło się sześć kar­tek ze zdję­cia­mi lu­dzi, ulo­tek in­for­mu­ją­cych o za­gi­nio­nych dzie­ciach, zu­peł­nie jak na od­wro­cie kar­to­nu z mle­kiem. Fo­to­gra­fia Zadi wi­sia­ła na sa­mym środ­ku. Ge­rald po­now­nie prze­czy­tał ad­res ro­dzi­ców dziew­czy­ny, po czym obej­rzał się na za­par­ko­wa­ny sa­mo­chód. Re­flek­to­ry były za­pa­lo­ne, a spod ma­ski wy­do­by­wa­ła się para. W le­sie za par­kin­giem śnieg spo­czy­wał cięż­ką po­wło­ką na ko­na­rach drzew. Ga­łę­zie trzesz­cza­ły od lodu.

Zadi spa­ła na sie­dze­niu pa­sa­że­ra. Roz­chy­li­ła usta i opie­ra­ła się pra­wą skro­nią o szy­bę. Przy­cią­gnę­ła ko­la­na do pier­si i scho­wa­ła dło­nie w rę­ka­wach bluz­ki. Ge­rald pod­krę­cił ogrze­wa­nie i wyj­rzał przez okno. Mrok nie­co się roz­pro­szył, gdy lśnią­ce mia­sto wy­ro­sło przed nimi i prze­gna­ło ciem­ną noc. Ge­rald zje­chał z szo­sy mię­dzy­sta­no­wej, wjeż­dża­jąc do dziel­ni­cy miesz­kal­nej.

Je­chał po­wo­li, szu­ka­jąc ad­re­su wśród po­grą­żo­nych w ciem­no­ści do­mów. Bu­dyn­ki były nie­wiel­kie i znisz­czo­ne, a wzdłuż ulic ro­sły upior­ne drze­wa bez li­ści. Co­raz sil­niej­szy wiatr pod­ry­wał płat­ki śnie­gu z zie­mi i wy­rzu­cał je w po­wie­trze oraz świ­stał wo­kół sa­mo­cho­du. Zadi się obu­dzi­ła. Ziew­nę­ła i po­dra­pa­ła się po no­sie. Wyj­rza­ła przez okno.

– Co my tu­taj ro­bi­my? – spy­ta­ła.

Ge­rald nie od­po­wie­dział. Włą­czył dłu­gie świa­tła, żeby co­kol­wiek wi­dzieć po­śród wi­ru­ją­ce­go śnie­gu.

– Ge­ral­dzie, do­kąd je­dzie­my? – Oczy Zadi wwier­ca­ły mu się w bok gło­wy.

– Za­bie­ram cię do domu.

– Nie miesz­kam w tej oko­li­cy.

– Za­bie­ram cię do two­ich ro­dzi­ców, Nik­ki.

Zadi wy­pro­sto­wa­ła się na sie­dze­niu.

– Ty su­kin­sy­nu. Wie­dzia­łeś? Od jak daw­na?

– Od nie­daw­na…

– Za­pla­no­wa­łeś to wszyst­ko?! To two­ja sztucz­ka, żeby od­wieźć mnie do ro­dzi­ców?! – Uklę­kła na sie­dze­niu, opie­ra­jąc się jed­ną dło­nią o de­skę roz­dziel­czą, i wrzesz­cza­ła Ge­ral­do­wi pro­sto w twarz: – Za­pła­cą ci za to?! Je­steś łow­cą na­gród?!

– Do­wie­dzia­łem się dzi­siaj – od­rzekł Ge­rald. Za­trzy­mał się przed zna­kiem stop i po­pa­trzył na Zadi. – Do­pie­ro dzi­siaj.

– Nie chcę wra­cać. Mó­wi­łam ci, że byli dla mnie nie­do­brzy.

– Wiem.

– Okrop­ni! Na nic mi nie po­zwa­la­li. Nie mo­głam wi­dy­wać się ze swo­im chło­pa­kiem. Za­my­ka­li mnie w po­ko­ju. Za­my­ka­li, Ge­ral­dzie! – Była wście­kła; czuł w uchu jej go­rą­cy od­dech. – Byli tacy nie­do­brzy. Prze­cież ci mó­wi­łam.

Ge­rald wes­tchnął.

– Wiem, Zadi, ale mó­wi­łaś mi wie­le róż­nych rze­czy.

– Ty su­kin­sy­nu.

– Chcę dla cie­bie tyl­ko tego, co naj­lep­sze – od­rzekł, po czym ru­szył.

– Za­trzy­maj sa­mo­chód.

– Co…

– Za­trzy­maj! – wrza­snę­ła mu pro­sto do ucha. Ge­rald jej po­słu­chał i Zadi usia­dła w fo­te­lu. Po­pa­trzy­ła przez przed­nią szy­bę. Wiatr ko­ły­sał au­tem, a śnieg two­rzył de­li­kat­ne wzo­ry w mrocz­nym po­wie­trzu. – Za kogo ty się uwa­żasz, że de­cy­du­jesz, co jest dla mnie naj­lep­sze?

Przez chwi­lę sie­dzie­li w ci­szy. Sil­nik wi­bro­wał; śnieg roz­ta­piał się na ma­sce. Za­tę­chłe po­wie­trze z grzej­ni­ka dmu­cha­ło Ge­ral­do­wi w twarz.

– Nie wiem.

Nie pa­trzy­ła na nie­go. Wbi­ja­ła wzrok w swo­je buty.

– Nie chcesz, że­bym z tobą zo­sta­ła? – spy­ta­ła w koń­cu.

Wy­da­wa­ła się taka mała. Po­now­nie scho­wa­ła ko­la­na pod bluz­ką.

– Wiesz, że to nie­moż­li­we, Nik­ki – od­parł.

Od­wró­ci­ła się w jego stro­nę. Jej oczy przy­po­mi­na­ły wil­got­ne wę­giel­ki.

– Prze­stań mnie tak na­zy­wać. – Otwo­rzy­ła drzwi, a wte­dy lo­do­wa­te po­wie­trze za­wi­ro­wa­ło we­wnątrz auta. Wy­sia­dła, za­pię­ła kurt­kę pod samą szy­ję, po czym za­trza­snę­ła drzwi. Ru­szy­ła wzdłuż uli­cy.

Ge­rald z tru­dem do­się­gnął drzwi po stro­nie pa­sa­że­ra i opu­ścił szy­bę.

– Nik­ki! – za­wo­łał. – Nik­ki, po­cze­kaj! Zadi! – Ro­zej­rzał się po skrzy­żo­wa­niu, po czym wrzu­cił bieg i skrę­cił w ślad za dziew­czy­ną. Szła po­śpiesz­nie skra­jem uli­cy, dep­cząc ubi­ty śnieg, le­żą­cy obok rynsz­to­ku. Wci­snę­ła gło­wę mię­dzy ra­mio­na i scho­wa­ła ręce do kie­sze­ni.

Ge­rald zwol­nił, gdy się z nią zrów­nał.

– Zadi, daj spo­kój.

Przy­śpie­szy­ła kro­ku. Sza­lał sil­ny wiatr, śnieg sy­pał w ciem­no­ści jak pia­sek pod­czas pu­styn­nej bu­rzy. Wzdłuż uli­cy sta­ły la­tar­nie, któ­re rzu­ca­ły żół­te pla­my świa­tła na as­falt. Gdy Zadi prze­szła przez jed­ną z nich, Ge­rald zo­ba­czył śnieg ob­le­pia­ją­cy jej ciem­ne wło­sy. Pod­nio­sła na nie­go wzrok; oczy mia­ła czar­ne i zim­ne. Pu­ści­ła się bie­giem, prze­ci­na­jąc traw­nik i wpa­da­jąc mię­dzy dwa domy.

Ge­rald wy­siadł z sa­mo­cho­du. Wiatr ude­rzył w nie­go z całą siłą, roz­chy­la­jąc mu poły płasz­cza i od­bie­ra­jąc od­dech. Prze­biegł kil­ka kro­ków. Miał nogi zdrę­twia­łe od dłu­giej jaz­dy, zim­na i sie­dem­dzie­się­ciu czte­rech lat ży­cia. Zadi za­ma­ja­czy­ła na mrocz­nym skra­ju czy­je­goś po­dwór­ka. Ge­rald po­now­nie ją za­wo­łał. Wy­szedł spod la­tar­ni na zmro­żo­ną zie­mię przed do­mem. Po­tknął się i wy­su­nął rękę przed sie­bie, żeby zła­pać rów­no­wa­gę. Sta­re ser­ce tłu­kło mu się w pier­si. Gdy po­now­nie pod­niósł wzrok, Zadi już nie było; roz­pły­nę­ła się w ciem­no­ści, wie­trze i zim­nie.

• • •

Ge­rald wró­cił do pu­ste­go i ci­che­go domu. Ubra­nia Do­lo­res, któ­re no­si­ła Zadi, le­ża­ły roz­rzu­co­ne na pod­ło­dze w sy­pial­ni na pię­trze. Łóż­ko było nie­po­ście­lo­ne. Ni­cze­go nie ru­szał. W zle­wie w kuch­ni le­ża­ły reszt­ki cia­stek. Dzie­ło Zadi pod ty­tu­łem Za­dzior­na le­ża­ło na sto­le w kuch­ni. Ge­rald po­sta­wił ob­ra­zek na te­le­wi­zo­rze w sa­lo­nie.

Po­pa­trzył na swój pre­zent. Ko­lo­ry wciąż nie stra­ci­ły na ja­skra­wo­ści i lśni­ły pod szkłem. Kre­ska była de­li­kat­na, ale ciem­na. Wy­obra­ził so­bie jej pa­lusz­ki ca­ły­mi go­dzi­na­mi skru­pu­lat­nie śle­dzą­ce za­gię­cia, któ­ry­mi wcze­śniej na­zna­czy­ła kart­kę. Kre­ska po­dą­ża­ła za nimi, roz­wi­dla­jąc się na ty­siąc od­nóg, z któ­rych każ­da pro­wa­dzi­ła do trzech ko­lej­nych. Li­nie ota­cza­ły się wza­jem­nie, roz­prze­strze­nia­ły po pa­pie­rze i po­now­nie zbie­ga­ły, two­rząc sza­chow­ni­cę moż­li­wo­ści, wy­peł­nia­ją­cą nie­gdyś czy­ste pole pa­pie­ru.

Czę­sto my­ślał o róż­nych moż­li­wo­ściach i ścież­kach ży­cia, któ­re mo­gły być jego udzia­łem. Bez­u­stan­nie kry­ły się w jego pod­świa­do­mo­ści, ni­czym wid­mo­wi Ge­ral­do­wie za­miesz­ku­ją­cy świa­ty, w któ­rych spo­tkał go inny los. Świa­ty, w któ­rych wy­ko­ny­wał inne za­wo­dy, miesz­kał w in­nych mia­stach, oże­nił się z in­ny­mi ko­bie­ta­mi. Świa­ty, w któ­rych Do­lo­res żyła albo nig­dy się nie spo­tka­li. Tyle roz­ma­itych ście­żek, a te­raz do­szły do nich nowe: do­ga­nia Zadi w śnież­ną noc, za­nim dziew­czy­na roz­pły­wa się w cie­niu, a ona wy­pła­ku­je mu się w ra­mię i wra­ca­ją do sa­mo­cho­du. Da­lej miesz­ka­ją ra­zem, mimo że Ge­rald nie po­tra­fi so­bie wy­obra­zić, jak dłu­go, w ja­kim celu ani pod ja­kim pre­tek­stem. A może ją ad­op­tu­je, cho­ciaż to aku­rat nie­moż­li­we. Ro­dzi­ce wciąż jej szu­ka­ją, nig­dy by na to nie przy­sta­li.

I ostat­nia moż­li­wość, któ­rą po­czuł w głę­bi brzu­cha i ode­pchnął od sie­bie siłą ro­zu­mu. Jej noga moc­no obej­mu­ją­ca jego nogę. Jej rzę­sy na jego pier­si. Nie, po­my­ślał, krę­cąc gło­wą. Nie.

Tyle róż­nych ście­żek sta­ran­nie na­kre­ślo­nych de­li­kat­ny­mi pal­ca­mi.

Wiatr ucichł i po­now­nie roz­pa­dał się śnieg. Ge­rald owi­nął się ko­cem, usiadł na ka­na­pie i za­mknął oczy. Usły­szał trzask włą­cza­ją­ce­go się grzej­ni­ka. Wsłu­chi­wał się w jego stu­ka­nie, po­pi­ski­wa­nie i hu­cze­nie, gdy cie­płe po­wie­trze pły­nę­ło przez pu­ste po­ko­je.

Eric Bar­nesCoś ład­ne­go, coś pięk­ne­go

Z: „Pra­irie Scho­oner”

Za­czę­li­śmy wła­my­wać się do do­mów nie po to, żeby kraść. Na­sza czwór­ka chcia­ła po pro­stu spraw­dzić, jak to jest. Gdy skoń­czy­li­śmy osiem­na­ście lat, wciąż to ro­bi­li­śmy, po­nie­waż ża­den z nas nie zna­lazł po­wo­du, żeby prze­stać.

„Te­raz”, szep­cze Will Wil­son, da­jąc znak ru­chem ręki, po czym po ci­chu prze­py­cha mnie po­nad pa­ra­pe­tem okna ko­lej­ne­go domu, do któ­re­go się wła­ma­li­śmy w Ta­co­mie.

Kie­dy by­li­śmy dzieć­mi, mniej wię­cej ośmio – albo dzie­wię­cio­let­ni­mi, mój przy­ja­ciel Ted­dy i ja wra­ca­li­śmy pie­szo ze szko­ły pod­sta­wo­wej imie­nia Sher­ma­na, po dro­dze zbie­ra­jąc kap­sle od bu­te­lek, pa­ty­ki po li­za­kach i nie­do­pał­ki pa­pie­ro­sów. Prze­szu­ki­wa­li­śmy traw­ni­ki i chod­ni­ki, za­glą­da­li­śmy pod ław­ki na przy­stan­kach au­to­bu­so­wych i krę­ci­li­śmy się wo­kół ko­szy, cho­wa­jąc zna­le­zi­ska w se­kret­nych kie­sze­niach, któ­re zro­bi­li­śmy w pod­szew­kach kur­tek. Szli­śmy do domu w desz­czu, ści­ga­jąc nie­do­pał­ki i pa­ty­ki po li­za­kach, pły­ną­ce wą­ski­mi stru­mie­nia­mi wody w rynsz­to­ku, a po kil­ku dniach lub ty­go­dniach, gdy zro­bi­ło się su­cho, szu­ka­li­śmy tych skar­bów w ster­tach od­pad­ków wo­kół otwo­rów od­pły­wo­wych.

Ted­dy i ja by­li­śmy naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi.

W desz­czo­we dni w szko­le pod­czas przerw wzno­si­li­śmy tamy z pia­sku obok pia­skow­ni­cy do sko­ku w dal. Desz­czów­ka pły­nę­ła po pia­sku płyt­kim stru­mie­niem o sze­ro­ko­ści oko­ło trzy­dzie­stu cen­ty­me­trów wzdłuż prze­ciw­le­głej stro­ny szkol­ne­go bo­iska ku du­żej że­la­znej stu­dzien­ce ka­na­li­za­cyj­nej. Inne dzie­cia­ki tak­że przy­cho­dzi­ły bu­do­wać tamy, ale Ted­dy i ja zja­wia­li­śmy się jako pierw­si i wzno­si­li­śmy głów­ną tamę – w kształ­cie łuku o wy­so­ko­ści pięt­na­stu cen­ty­me­trów i sze­ro­ko­ści pół­to­ra me­tra, tak że na­szym ko­le­gom po­zo­sta­wa­ło tyl­ko bu­do­wa­nie mniej­szych kon­struk­cji i pro­sze­nie nas o wy­pusz­cze­nie czę­ści wody.

Pa­mię­tam, jak sie­dzia­łem na po­dwór­ku w sztruk­sach i ny­lo­no­wym płasz­czu, mo­kry jak wszy­scy po­zo­sta­li. Nie mie­li­śmy płasz­czy prze­ciw­desz­czo­wych. Zu­peł­nie jak­by pa­da­ło tak moc­no, że nikt na­wet nie pró­bo­wał się bro­nić. Poza Ted­dym. Wkła­dał je­den z tych ja­skra­wo­żół­tych nie­prze­ma­kal­nych płasz­czy, a jego czar­ne kę­dzie­rza­we wło­sy wy­sta­wa­ły spod żół­te­go kap­tu­ra. Na­gar­niał piach w stro­nę tamy za po­mo­cą żół­tych ka­lo­szy.

Wraz z trwa­niem prze­rwy na­sza tama ro­sła do dwu­dzie­stu cen­ty­me­trów wy­so­ko­ści i trzech me­trów sze­ro­ko­ści, a dzie­cia­ki ba­wią­ce się po­ni­żej za­czy­na­ły krzy­czeć, do­ma­ga­jąc się, że­by­śmy zbu­rzy­li bu­dow­lę i uwol­ni­li wodę, któ­ra znisz­czy tak­że ich kon­struk­cje. Jed­nak Ted­dy i ja nie­zmien­nie się wstrzy­my­wa­li­śmy, na­wet gdy ja­kiś chło­piec pró­bo­wał wy­bić bu­tem dziu­rę w na­szej ta­mie. Za­zwy­czaj był to je­den z tych nadak­tyw­nych, któ­rzy co­dzien­nie mu­sie­li się mel­do­wać u szkol­nej pie­lę­gniar­ki po le­kar­stwo, ta­kich jak Mi­cha­el Coe, z któ­rym się nie przy­jaź­ni­li­śmy i na­wet nie chcie­li­śmy roz­ma­wiać.

Kie­dyś mu­sia­łem ode­pchnąć Co­ego po tym, jak usi­ło­wał kop­nąć na­szą tamę. Mi­cha­el był ni­ski i cięż­ki, no­sił fry­zu­rę na za­pał­kę i ob­ci­sły T-shirt. Prze­wró­ci­łem go w nie­wiel­ką błot­ni­stą ka­łu­żę, a on wpadł w szał, mio­ta­jąc się, wrzesz­cząc i czer­wie­nie­jąc na twa­rzy. Po­skar­żył się na­uczy­ciel­ce, któ­ra za karę ka­za­ła nam przez ty­dzień sie­dzieć obok sie­bie przy złą­czo­nych ław­kach. Opo­wia­da­my, że w ten spo­sób się za­przy­jaź­ni­li­śmy, cho­ciaż Coe po pro­stu cho­dził za mną i Ted­dym do mo­je­go domu po szko­le i zja­wił się nie­pro­szo­ny, gdy ra­zem z opie­kun­ką gra­li­śmy w ba­se­ball za­baw­ko­wy­mi ki­ja­mi albo je­dli­śmy ka­nap­ki z mor­ta­de­lą. Wkrót­ce Coe za­czął przy­pro­wa­dzać do mnie swo­je­go no­we­go ko­le­gę, Wil­la Wil­so­na.

W tam­te desz­czo­we dni na po­dwór­ku, gdy w koń­cu roz­brzmie­wał dzwo­nek oznaj­mia­ją­cy ko­niec prze­rwy, Ted­dy uśmie­chał się, ostroż­nie prze­su­wa­jąc się przed na­szą po­tęż­ną tamą, pod­czas gdy po­zo­sta­łe dzie­cia­ki po­krzy­ki­wa­ły we­so­ło i pod­ska­ki­wa­ły. Kie­dy Coe i inni nadak­tyw­ni ucznio­wie bie­ga­li w kół­ko, rzu­ca­jąc się na twar­dą, mo­krą zie­mię, a na­uczy­cie­le na­wo­ły­wa­li nas z od­da­lo­ne­go o sto me­trów su­che­go wnę­trza szko­ły, Ted­dy za­okrą­glo­nym czub­kiem ja­skra­wo­żół­te­go buta ro­bił w na­szej pia­sko­wej ta­mie nie­wiel­ką dziu­rę, przez któ­rą za­czy­na­ła try­skać woda.

Wte­dy Coe i inni za­bie­ra­li się za bu­rze­nie swo­ich wą­tłych kon­struk­cji, jesz­cze za­nim do­tar­ła do nich po­wódź. Woda pły­nę­ła co­raz szyb­ciej przez po­więk­sza­ją­cy się otwór w na­szej ta­mie, a Ted­dy krą­żył tam i z po­wro­tem, przy­glą­da­jąc się temu wszyst­kie­mu z uśmie­chem.

Cza­sa­mi mia­łem ocho­tę roz­bić ścia­nę na­szej tamy, wsko­czyć na nią mo­kry­mi tramp­ka­mi i po­zwo­lić wo­dzie swo­bod­nie pę­dzić w dół, lecz nig­dy nie zro­bi­łem tego Ted­dy’emu.

Pa­mię­tam, że pew­ne­go dnia po­pa­trzy­łem po­nad gło­wa­mi ota­cza­ją­cych nas dzie­cia­ków i zo­ba­czy­łem no­we­go chło­pa­ka, któ­ry opie­rał się o siat­kę i ob­ser­wo­wał nas z uśmie­chem. Uśmie­chał się jak Ted­dy. Jak­by ro­zu­miał wię­cej niż my. Cho­ciaż gdy dziś o nim my­ślę, wi­dzę Wil­la Wil­so­na, któ­ry ma szczu­płą twarz i osiem­na­ście lat, a nie osiem.

Wiem, że Will Wil­son wy­glą­dał wte­dy mło­do. Był dziec­kiem, lecz nie­zbyt do­brze to pa­mię­tam.

Za­pa­mię­ta­łem jed­nak, że sta­łem obok Ted­dy’ego i by­łem z nie­go bar­dzo za­do­wo­lo­ny. Mój naj­lep­szy przy­ja­ciel, su­chy pod swo­im płasz­czem, i ja, mo­kry i roz­grza­ny na desz­czu, ra­zem wpa­try­wa­li­śmy się w na­szą tamę na szkol­nym po­dwór­ku, z uśmie­chem ob­ser­wu­jąc, jak po­wo­li ule­ga znisz­cze­niu.

Old Town to była naj­bo­gat­sza dziel­ni­ca Ta­co­my i cza­sa­mi jeź­dzi­li­śmy tam tyl­ko po to, żeby się po­roz­glą­dać.

Gdy te­raz wspi­nam się po pa­ra­pe­cie do wnę­trza domu, do­strze­gam czar­ne syl­wet­ki nie­wi­docz­nych me­bli i sza­ry blask bi­ją­cy od okna. Sta­wiam sto­py na drew­nia­nej pod­ło­dze, po­tem na dy­wa­nie i wy­czu­wam wo­kół sie­bie roz­sze­rza­ją­cą się ci­szę. Nie po­tra­fię tego wy­ja­śnić, ale wła­śnie w tej chwi­li z ra­do­ścią zda­ję so­bie spra­wę z tego, że tak na­praw­dę cho­dzi nam o po­gwał­ce­nie spo­ko­ju, wkro­cze­nie w obcą prze­strzeń, do któ­rej do­stę­pu nie bro­nią pi­sto­le­ty, kra­ty czy na­wet zam­ki, ale wia­ra w bez­pie­czeń­stwo. Wia­ra, któ­rą my – jed­nym pro­stym ru­chem – ob­ra­ca­my w ru­inę.

Jak za­wsze od­wra­cam się w stro­nę Wil­la Wil­so­na i ra­zem sto­imy w cie­niu ścia­ny, z uśmie­chem my­śląc o wła­ści­cie­lach i ich dzie­ciach, któ­rzy śpią na pię­trze. Nie­świa­do­mi tego wszyst­kie­go.

Kie­dy mie­li­śmy sie­dem­na­ście i osiem­na­ście lat, czę­sto bu­dzi­li­śmy się w domu Wil­la Wil­so­na. Dom stał przy pu­stej dro­dze mię­dzy dwie­ma dziel­ni­ca­mi, ni­czym nie­pla­no­wa­ny punkt gra­nicz­ny po­mię­dzy dział­ka­mi bu­dow­la­ny­mi. Pa­mię­tam wie­le ta­kich miejsc w Ta­co­mie: za­po­mnia­nych ulic, wzdłuż któ­rych wzno­si­ły się wy­so­kie ogro­dze­nia i roz­ro­śnię­te krze­wy, sła­bo oświe­tlo­nych nie­re­gu­lar­nie roz­sta­wio­ny­mi la­tar­nia­mi. Co ja­kiś czas tra­fia­ły się na­roż­ne skle­pi­ki z wy­bla­kły­mi re­kla­ma­mi pa­pie­ro­sów i ta­nie­go piwa, domy dwu­ro­dzin­ne, sta­re wi­try­ny, drzwi wy­cho­dzą­ce na za­po­mnia­ne uli­ce, mrocz­ne bra­my, któ­re wy­glą­da­ły na opusz­czo­ne, do­pó­ki nie po­pa­trzy­ło się do­kład­niej i nie zo­ba­czy­ło li­stów w skrzyn­ce, mi­go­czą­ce­go błę­ki­tem ekra­nu te­le­wi­zo­ra za za­sło­ną albo trój­ko­ło­we­go ro­wer­ka przy­ci­śnię­te­go do ścia­ny bu­dyn­ku.

W domu Wil­la Wil­so­na pa­no­wa­ły wil­goć i smród. Bu­dzi­li­śmy się na cien­kim twar­dym dy­wa­nie, czu­jąc się fa­tal­nie, jak­by­śmy w ogó­le nie spa­li. Oj­czym Wil­la cią­gle ćwi­czył grę na gi­ta­rze, ja­skra­wo­ró­żo­wym in­stru­men­cie, któ­ry ku­pił w lom­bar­dzie i pod­łą­czył do sta­rej kon­so­li ste­reo zaj­mu­ją­cej całą ścia­nę w sa­lo­nie. Był on jed­nym z za­le­d­wie kil­ku po­miesz­czeń w domu, przez co czę­sto sy­pia­łem opar­ty o ten twar­dy drew­nia­ny sprzęt wy­po­sa­żo­ny w gło­śni­ki za­kry­te ja­sno­brą­zo­wą tka­ni­ną. Bu­dzi­łem się, wciąż sły­sząc pi­ski sprzę­żeń, do­bie­ga­ją­ce z gło­śni­ków. Le­ża­łem z twa­rzą przy­ci­śnię­tą do pod­ło­gi, chcia­ło mi się si­kać i było mi zim­no w prze­mo­czo­nej kurt­ce, a może z po­wo­du wil­got­ne­go po­wie­trza w domu. Okna za­sło­nię­to, a na pod­ło­dze i ka­na­pie nie­mal wy­czu­wa­ło się wil­goć. Bu­dzi­łem się w ci­szy, prze­wra­ca­łem na ple­cy i wpa­try­wa­łem w nie­rów­ny sza­ry su­fit, któ­ry po­kry­wa­ły ty­sią­ce mi­go­czą­cych ró­żo­wych, zie­lo­nych i zło­tych punk­ci­ków, przy­gnę­bio­ny i obo­la­ły, drę­czo­ny przez mdło­ści, sły­sząc obok sie­bie brzę­cze­nie gło­śni­ków oraz po­sa­py­wa­nie in­nych osób śpią­cych w po­ko­ju. Przy­po­mi­na­łem so­bie mo­rze piwa i dwa li­try ginu oraz traw­kę, któ­rą przy­niósł kum­pel ku­zy­na Wil­la, gdyż tego nie dało się za­po­mnieć. Al­ko­hol oraz dym tkwi­ły głę­bo­ko w każ­dej czę­ści mo­je­go cia­ła, któ­re te­raz cho­ro­wa­ło i umie­ra­ło. Wpa­tru­jąc się w su­fit mi­go­czą­cy ró­żem i zie­le­nią, pa­mię­ta­łem każ­de­go drin­ka i każ­de sztach­nię­cie, wciąż czu­jąc ich skut­ki, za­sta­na­wia­jąc się, czy je­stem taki cho­ry, czy po pro­stu upa­lo­ny lub pi­ja­ny. Pod ko­niec wie­czo­ru pi­cie i pa­le­nie jak zwy­kle mi za­szko­dzi­ło, a w moim umy­śle roz­go­rza­ła przy­gnę­bia­ją­ca wal­ka, o któ­rej tyl­ko na chwi­lę uda­ło mi się za­po­mnieć, za­tem na nowo rzu­ci­łem się w ob­ję­cia al­ko­ho­lu i dymu, li­cząc na to, że ko­lej­na daw­ka przy­wró­ci tam­to pier­wot­ne uczu­cie mięk­kie­go cie­pła, któ­re to­wa­rzy­szy­ło pierw­sze­mu sztach­nię­ciu i pierw­sze­mu ły­ko­wi. Jed­nak do tego już nie było po­wro­tu; wszyst­ko sta­ło się pa­skud­ne i zu­ży­te. W koń­cu zaj­mo­wa­łem miej­sce mię­dzy śpią­cy­mi ko­le­ga­mi i wi­dzia­łem Wil­la Wil­so­na, któ­ry sie­dział na ka­na­pie, po­pi­ja­jąc piwo, wpa­tru­jąc się we mnie sza­ry­mi ocza­mi wy­zie­ra­ją­cy­mi z roz­la­nej twa­rzy, ki­wa­jąc do mnie gło­wą, jak­by w ogó­le nie kładł się spać.

Wy­da­rzy­ło się coś złe­go. Ru­sza­łem dło­nią i już wie­dzia­łem, że z kimś się bi­li­śmy, że od­wie­dzi­li­śmy wszyst­kie za­kąt­ki mia­sta. Za­mkną­łem oczy i wi­dzia­łem mrocz­ne syl­wet­ki, któ­re rzu­ca­ły się na sie­bie. Ukry­te twa­rze na czar­nych po­dwór­kach mi­ja­nych do­mów sta­wa­ły się sza­re, gdy pę­dzi­ły gru­pa­mi w bla­dym świe­tle pu­stych par­kin­gów.

Mru­ga­łem i wie­dzia­łem, że to był tyl­ko sen, któ­ry nie do koń­ca pa­mię­ta­łem; sen o ukry­tych twa­rzach tłum­nie prze­mie­rza­ją­cych po­dwór­ka.

Wy­da­rzy­ło się coś złe­go. Tu­taj za­czę­li­śmy i tu­taj skoń­czy­li­śmy, na tej pod­ło­dze, w ci­szy tego ma­łe­go, za­po­mnia­ne­go, nie­mal nie­roz­po­zna­wal­ne­go domu.

– Co się sta­ło? – spy­ta­łem Wil­la Wil­so­na, z tru­dem po­ru­sza­jąc obo­la­ły­mi usta­mi.

Nadal są­czył piwo.

– Pier­dol się – od­po­wia­dał w koń­cu, prze­ły­ka­jąc. – Prze­cież wiesz. Wiesz, co się sta­ło.

– Mam kaca – rzu­ca­łem i za­my­ka­łem oczy, po czym de­li­kat­nie do­ty­ka­łem ich jed­ną, a po­tem dru­gą dło­nią, czu­jąc ból prze­szy­wa­ją­cy mi czasz­kę, szy­ję i przód klat­ki pier­sio­wej.

– Pier­dol się – mó­wił Will. – By­łeś tam.

A ja wciąż cho­wa­łem oczy w dło­ni, przy­ci­ska­jąc ją nie­co moc­niej, aż ból roz­pa­lał się do bia­ło­ści, a dru­gą ręką szu­ka­łem va­lium w kie­sze­ni dżin­sów, po czym wkła­da­łem ta­blet­kę do ust i prze­gry­za­łem ją przed po­łknię­ciem.

Na­stęp­nie po­wo­li ki­wa­łem gło­wą.

– Ja­sne – mó­wi­łem, zda­jąc so­bie spra­wę, że moja twarz jest wil­got­na tak jak dy­wan, kurt­ka i no­gaw­ki mo­ich spodni. Wie­dzia­łem, że ta wil­goć to spraw­ka domu, w któ­rym je­ste­śmy, desz­czu, w któ­rym bie­gli­śmy, oraz potu, któ­ry to­wa­rzy­szył wszyst­kie­mu, co zro­bi­li­śmy. – Tak – od­po­wia­da­łem. – Tak, masz ra­cję.

Ni­ski, cięż­ki Coe z gra­cją po­ru­sza się w ciem­no­ści, ci­cho od­bi­ja­jąc się od ka­nap, z ła­two­ścią roz­cią­ga­jąc się na dy­wa­nach, dys­kret­nie wę­dru­jąc po sto­łach w ja­dal­niach.

Coe pró­bu­je okrą­żyć po­kój, nie sta­jąc na pod­ło­dze. Pod­cią­ga źle do­pa­so­wa­ne dżin­sy i bez­sze­lest­nie prze­ska­ku­je ze stoł­ka przy for­te­pia­nie na ka­lo­ry­fer, a po­tem na te­le­wi­zor na sto­li­ku na kół­kach, na któ­rym pod­jeż­dża o metr, na­pi­na­jąc ka­bel. Do­pie­ro gdy wy­da­je się, że za chwi­lę ru­nie i na­ro­bi ha­ła­su, Will Wil­son sta­je przed nim, chwy­ta go za szczę­kę i po­trzą­sa jego gło­wą: Nie.

Czę­sto na­sza czwór­ka w ogó­le się nie od­zy­wa. Tyl­ko po­ru­sza­my usta­mi albo po­ka­zu­je­my pal­ca­mi.

Ko­leś wciąż się uśmie­chał, kie­dy zła­ma­łem mu pierw­szy pa­lec. Trzy­ma­jąc go za gę­ste, mo­kre wło­sy, od­chy­li­łem jego gło­wę oraz ko­lej­ny pa­lec i po­cią­gną­łem go na zie­mię, tak że z trza­skiem ude­rzył bo­kiem gło­wy o chod­nik, i bez tru­du zła­ma­łem mu dru­gi pa­lec.

Gdy by­łem dziec­kiem, pew­ne­go wie­czo­ru sta­łem ra­zem z opie­kun­ką i pa­trzy­łem, jak tata po­chy­la się nad zle­wem w kuch­ni i zmy­wa krew z opuch­nię­tej twa­rzy. „Pod­czas bój­ki nic nie po­ra­dzisz, Brian”, po­wie­dział do mnie ci­cho. Dłu­gie wło­sy wpa­da­ły mu do nie­bie­skich oczu. Prze­su­wał pal­ca­mi wzdłuż cien­kich kre­sek pro­wa­dzą­cych do jego ust. Miał dwa­dzie­ścia dwa lata. Może dwa­dzie­ścia trzy. „Po pro­stu chcesz wy­grać, Brian. Po pro­stu chcesz mu zro­bić krzyw­dę”.

Te­raz tłu­kłem tego ko­le­sia po twa­rzy, bi­łem go po no­sie, oku, po­licz­ku. Sta­li­śmy przed skle­pi­kiem w po­bli­żu szko­ły i pa­dał rzę­si­sty deszcz, było już po lek­cjach, a ten osiem­na­sto­la­tek, gość z na­szej szko­ły, z ca­łej siły pchnął Ted­dy’ego na drzwi, po­pi­su­jąc się przed ko­le­ga­mi. Już kil­ka razy w tym ty­go­dniu do­ku­czał Ted­dy’emu i dzi­siaj ka­za­łem mu się od­pier­do­lić, a on od­wró­cił się do mnie, po­chy­lił i wy­ce­lo­wał pa­lec w moją twarz, uśmie­cha­jąc się z góry, bo był o co naj­mniej trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów wyż­szy.

– Skur­wiel – po­wie­dzia­łem ci­cho, czu­jąc kro­ple desz­czu na ustach. Od­dy­cha­łem mia­ro­wo, sta­ra­jąc się zna­leźć wła­ści­wy rytm słów i ru­chów. Czu­łem, jak cały gniew spły­wa przez moją klat­kę pier­sio­wą, ręce i dło­nie.

Lek­ko się ob­ró­ci­łem, za­da­jąc cios, i zo­ba­czy­łem Ted­dy’ego sto­ją­ce­go obok skle­po­wej wi­try­ny. Ob­ser­wo­wał nas.

Ko­le­dzy tego go­ścia na­wet nie drgnę­li.

Po­ja­wił się Will Wil­son. Sta­nął nie­da­le­ko Ted­dy’ego. Nie uśmie­chał się, tyl­ko pa­trzył. W koń­cu ostroż­nie usiadł ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi na mo­krym chod­ni­ku. Rów­nież ob­ser­wo­wał.

Ko­leś od­tur­lał się ode mnie, wstał i od­wró­cił się, pró­bu­jąc mnie od­na­leźć. Pra­we oko miał za­la­ne krwią, po­dob­nie jak lewą stro­nę twa­rzy. Otarł je po­wy­krę­ca­ną dło­nią, a kie­dy mnie do­strzegł, ru­szył na­przód, lecz nie na oślep. Po­wie­dział „nie”, cięż­ko dy­sząc. Za­mach­nął się i pra­wie mnie tra­fił.

– Nie – po­wtó­rzył.

Ude­rzy­łem go w krtań, a kie­dy się po­chy­lił, prze­su­ną­łem się w lewo i pa­trzy­łem, jak się krztu­si. W koń­cu kop­ną­łem go w pierś.

– Nig­dy – po­wie­dzia­łem, plu­jąc krwią, czu­jąc jej smak w gar­dle. – Nig­dy, kur­wa, nie za­cze­piaj mo­je­go przy­ja­cie­la.

Ted­dy wy­stą­pił na­przód i sta­nął na kra­węż­ni­ku w od­le­gło­ści me­tra od nas. Przy­glą­dał się.

Z nosa ko­le­sia pły­nę­ło coś czer­wo­ne­go i żół­te­go. Usiadł, ale prze­wró­ci­łem go z po­wro­tem na ple­cy.

Dło­nie mia­łem mo­kre od śli­ny, krwi i desz­czu.

By­łem zmę­czo­ny. By­łem wście­kły.

On spoj­rzał w stro­nę swo­ich trzech kum­pli, sto­ją­cych na chod­ni­ku. Przez chwi­lę się im przy­pa­try­wał, lecz nie po­pro­sił o po­moc. Ni­cze­go od nich nie ocze­ki­wał.

Zdzie­li­łem go w ucho. Ude­rzył twa­rzą o uli­cę i za­legł na boku. Po chwi­li spy­tał nie­wy­raź­nym gło­sem:

– Dla­cze­go nie prze­sta­niesz?

By­łem zmę­czo­ny. By­łem wście­kły. Nie zna­łem od­po­wie­dzi.

Will Wil­son wstał. Od­wró­ci­łem się w jego stro­nę i w skle­po­wej wi­try­nie za jego ple­ca­mi zo­ba­czy­łem swo­je od­bi­cie. Wło­sy prze­mo­czo­ne desz­czem, prze­sła­nia­ją­ce mi oczy.

Will Wil­son stoi, więc czas się zbie­rać.

Ko­leś wrzesz­czał, chla­piąc krwią i śli­ną na uli­cę.

Pod­sze­dłem do kra­węż­ni­ka, uklą­kłem przy ka­łu­ży i opłu­ka­łem dło­nie w chłod­nej desz­czów­ce. Dwa pal­ce pra­wej dło­ni mia­łem zdrę­twia­łe i wy­gię­te. Zwró­ci­łem twarz w stro­nę nie­ba, po­zwa­la­jąc, żeby deszcz spły­nął mi po oczach i szyi. Zgar­ną­łem wodę, a na­stęp­nie po­now­nie opłu­ka­łem dło­nie w ka­łu­ży. Znów otar­łem twarz, po czym na­sza trój­ka spo­tka­ła się z Coem i po­szli­śmy do domu. Mie­li­śmy po czter­na­ście lat i ża­den z nas nie miał sa­mo­cho­du.

Ted­dy jest przy oknie. W ciem­no­ści jego kę­dzie­rza­we wło­sy wy­da­ją się siwe. Świa­tła ulicz­ne spra­wia­ją, że mięk­ka, okrą­gła twarz bled­nie, co upo­dab­nia go do sta­rusz­ka sto­ją­ce­go przy oknie, któ­ry nie ma nic do ro­bo­ty poza ga­pie­niem się na świat. Po­my­śla­łem, że Ted­dy sta­je w oknie, po­nie­waż wy­pa­tru­je po­li­cji. Jed­nak pew­ne­go razu wy­znał, że chce się prze­ko­nać, na co dana ro­dzi­na pa­trzy w cią­gu dnia.

Will Wil­son prze­trzą­sa szaf­ki i szu­fla­dy, naj­wy­raź­niej li­cząc za­po­mnia­ne pły­ty i książ­ki.

Coe tur­la się po ka­na­pie.

Wie­le lat póź­niej, kie­dy roz­my­ślam o tam­tych wła­ma­niach, wiem, że naj­bar­dziej mi się po­do­ba­ło pa­trze­nie na tę trój­kę we­wnątrz domu, któ­ry przej­mo­wa­li­śmy we wła­da­nie. Bez­sze­lest­nie pod­ska­ki­wa­łem w fo­te­lach, ba­wiąc się w ber­ka z Coem, sta­wa­łem obok Ted­dy’ego, prze­ni­ka­jąc wzro­kiem ciem­ność, z uśmiech­nię­tym Wil­lem Wil­so­nem prze­szu­ki­wa­łem sza­fy i szu­fla­dy. Jed­nak dziś naj­le­piej pa­mię­tam, jak po­śród cie­ni ob­ser­wo­wa­łem trzech naj­lep­szych przy­ja­ciół, któ­rzy od­da­wa­li się ostroż­ne­mu i ci­che­mu noc­ne­mu tań­co­wi.

Może dzie­je się tak dla­te­go, że są zbyt małe, by w nich par­ko­wać, albo po­ło­żo­ne za da­le­ko od do­mów. W każ­dym ra­zie ga­ra­że w roz­le­głych kloc­ko­wa­tych dziel­ni­cach Ta­co­my czę­sto sto­ją opu­sto­sza­łe, z otwar­ty­mi drzwia­mi i szyb­ka­mi po­wy­bi­ja­ny­mi przez oko­licz­ne dzie­cia­ki. W po­ło­wie ostat­niej kla­sy Will Wil­son, Coe, Ted­dy i ja za­czę­li­śmy je pa­lić. O dru­giej albo trze­ciej w nocy prze­kra­da­li­śmy się z ka­ni­strem ben­zy­ny mrocz­ny­mi ulicz­ka­mi, po czym roz­le­wa­li­śmy ją we­wnątrz ga­ra­żu u pod­sta­wy drew­nia­nych ścian, two­rząc wiel­ką ka­łu­żę na środ­ku gład­kiej be­to­no­wej pły­ty. Na­sza czwór­ka rzu­ca­ła pło­ną­ce za­pał­ki, jed­no­cze­śnie ob­ser­wu­jąc ulicz­kę i oko­licz­ne domy, a ga­raż roz­pa­lał się przed nami jak ol­brzy­mi ga­zo­wy pie­kar­nik; ścia­ny bu­cha­ły ni­ski­mi pło­mie­nia­mi, z ka­łu­ży na środ­ku biły me­tro­we ję­zy­ki ognia.

Do koń­ca maja spa­li­li­śmy dzie­więć ga­ra­ży. Sześć dni przed koń­cem roku pu­ści­li­śmy z dy­mem ko­lej­ny. Na­stęp­ne­go dnia na­pi­sa­li o nas w ga­ze­cie, w krót­kiej not­ce o se­ryj­nych pod­pa­le­niach. Lo­kal­ne wła­dze skon­sul­to­wa­ły się z po­li­cją i funk­cjo­na­riu­sze pa­tro­lu­ją­cy dziel­ni­cę North End mie­li od tej pory uważ­niej spraw­dzać małe ulicz­ki.

O dru­giej w nocy wy­szli­śmy z do­mów w czar­nych ko­szul­kach, rę­ka­wicz­kach i ko­mi­niar­kach. Ga­raż zna­leź­li­śmy przy Chey­en­ne Stre­et, za­le­d­wie dzie­sięć prze­cznic od na­sze­go po­przed­nie­go celu.

Will Wil­son po­szedł spraw­dzić, czy w domu palą się świa­tła.

– Cho­le­ra – szep­nął do mnie Ted­dy w ciem­no­ści. – Cho­le­ra. To nie żar­ty. Na pew­no są czuj­ni, Brian. Kur­wa, Brian, to nie żar­ty, kur­wa, mó­wię ci.

– Zga­dza się – od­po­wie­dzia­łem szep­tem. – Zga­dza się, kur­wa.

Will Wil­son wró­cił z za­pał­ka­mi w dło­ni. W ga­ra­żu sta­ły pusz­ki z far­bą i po­jem­nik z roz­pusz­czal­ni­kiem, a tak­że roz­kła­da­ne krze­seł­ko, sta­ry ze­staw do kry­kie­ta oraz tek­tu­ro­we pu­dło peł­ne ksią­żek. Roz­ło­ży­li­śmy wszyst­kie te ru­pie­cie na po­sadz­ce ra­zem z kil­ko­ma de­ska­mi ze scho­dów, po czym po­la­li­śmy je ben­zy­ną i roz­pusz­czal­ni­kiem.

Coe nie­spo­koj­nie krą­żył wo­kół, co chwi­la sta­jąc na pię­tach.

Will Wil­son wy­cią­gnął pu­deł­ko za­pa­łek w stro­nę Ted­dy’ego i mnie, lecz na­wet na nas nie spoj­rzał. Wszy­scy sta­li­śmy obok wej­ścia. W koń­cu Will za­pa­lił za­pał­kę i rzu­cił ją na zie­mię, a za­raz po­tem ko­lej­ną. Ben­zy­na za­pło­nę­ła. Ted­dy raz za ra­zem oglą­dał się przez ra­mię w głąb ulicz­ki.

– No da­lej – po­wie­dział Will Wil­son, wciąż na nas nie pa­trząc, tyl­ko ci­ska­jąc ko­lej­ne za­pał­ki na po­sadz­kę, gdzie błę­kit­ne pło­mie­nie bu­cha­ły już w czte­rech albo pię­ciu miej­scach.

W koń­cu wzią­łem za­pał­kę, po­tar­łem nią o dra­skę i rzu­ci­łem, bo tego ocze­ki­wał ode mnie Will Wil­son. Jed­nak przede wszyst­kim zro­bi­łem to, po­nie­waż pra­gną­łem w tym uczest­ni­czyć. Chcia­łem zo­ba­czyć, co się sta­nie.