Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Najlepsze amerykańskie opowiadania kryminalne 2010 ebook

Lee Child

3 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 675 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Najlepsze amerykańskie opowiadania kryminalne 2010 - Lee Child

Edgar Allan Poe, który powieść traktował podejrzliwie, zdecydowanie wolał coś, co można przeczytać bez odkładania książki, czyli opowiadania. Mistrz powieści detektywistycznej Elmore Leonard powiedział kiedyś o opowiadaniach, że to taki rodzaj prozy, w którym autor rezygnuje ze wszystkiego, co w trakcie lektury pomijają czytelnicy; taki, w którym liczy się każde słowo. Właśnie w ten sposób można określić wybrane przez Lee Childa dwadzieścia opowiadań, które znalazły się w tej antologii, a wyszły spod pióra pisarzy zarówno sławnych – na przykład Kurta Vonneguta, Dennisa Lehane’a czy Phillipa Margolina – jak i błyskotliwych debiutantów.

"Klub Eda Lyby'ego" to historia żyjącego w skorumpowanym mieście człowieka posądzonego o zbrodnię, której nie popełnił. W "Sprawiedliwości w kazdym caly" sprawca brutalnego napadu i morderstwa mimo obciążających dowodów zostaje uniewinniony – właśnie po to, by „sprawiedliwości stało się zadość”. "Połów" jest poruszającą opowieścią o mężczyźnie, który w dzieciństwie przeżył traumę i wciela się w rolę detektywa, by rozwikłać zagadkę śmierci pewnej dziewczyny. W "Szaleństwie pułkownika Warburtona" na scenę wkracza sam Sherlock Holmes, by rozwiązać pewną zagadkową sprawę sprzed wielu lat.

Te i pozostałe opowiadania – poza tym, że wszystkie są perełkami w swoim gatunku – łączy jedno: przestępstwo, którym zazwyczaj jest morderstwo lub groźba jego popełnienia. I jeszcze coś: w przeciwieństwie do klasycznych kryminałów, ich autorzy zamiast skupiać się wyłącznie na pytaniach „kto” i „jak”, kładą nacisk na „dlaczego”.

Opinie o ebooku Najlepsze amerykańskie opowiadania kryminalne 2010 - Lee Child

Fragment ebooka Najlepsze amerykańskie opowiadania kryminalne 2010 - Lee Child

Wydanie elektroniczne

Tytuł ory­gi­nału:THE BEST AME­RI­CAN MY­STE­RY STO­RIES 2010

Co­py­ri­ght © Ho­ugh­ton Mif­flin Har­co­urt Pu­bli­shing Com­pa­ny 2010 All ri­ghts re­se­rved

In­tro­duc­tion co­py­ri­ght © Lee Child 2010

The Best Ame­ri­can My­ste­ry Sto­ries™ is a tra­de­mark of Ho­ugh­ton Mif­flin Har­co­urt Pu­bli­shing Com­pa­ny

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros An­drzej Ku­ry­to­wicz s.c. 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Jan Ka­bat 2014

Re­dak­cja: Ewa Pawłowska

Zdjęcie na okładce: Ey­evi­ne

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: Nick Ca­stle

ISBN 978-83-7985-048-8

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

O książce

Ed­gar Al­lan Poe, który po­wieść trak­to­wał po­dejrz­li­wie, zde­cy­do­wa­nie wolał coś, co można prze­czy­tać bez odkłada­nia książki, czy­li opo­wia­da­nia. Mistrz po­wieści de­tek­ty­wi­stycz­nej El­mo­re Le­onard po­wiedział kie­dyś o opo­wia­da­niach, że to taki ro­dzaj pro­zy, w którym au­tor re­zy­gnu­je ze wszyst­kie­go, co w trak­cie lek­tu­ry po­mi­jają czy­tel­ni­cy; taki, w którym li­czy się każde słowo. Właśnie w ten sposób można określić wy­bra­ne przez Lee Chil­da dwa­dzieścia opo­wia­dań, które zna­lazły się w tej an­to­lo­gii, a wyszły spod pióra pi­sa­rzy zarówno sław­nych – na przykład Kur­ta Von­ne­gu­ta, Den­ni­sa Le­ha­ne’a czy Phil­li­pa Mar­go­li­na – jak i błysko­tli­wych de­biu­tantów.

Klub Eda Lyby’ego to hi­sto­ria żyjącego w sko­rum­po­wa­nym mieście człowie­ka posądzo­ne­go o zbrod­nię, której nie popełnił. W Spra­wie­dli­wości w każdym calu spraw­ca bru­tal­ne­go na­pa­du i mor­der­stwa mimo obciążających do­wodów zo­sta­je unie­win­nio­ny – właśnie po to, by „spra­wie­dli­wości stało się zadość”. Połów jest po­ru­szającą opo­wieścią o mężczyźnie, który w dzie­ciństwie przeżył traumę i wcie­la się w rolę de­tek­ty­wa, by roz­wikłać za­gadkę śmier­ci pew­nej dziew­czy­ny. W Sza­leństwie pułkow­ni­ka War­bur­to­na na scenę wkra­cza sam Sher­lock Hol­mes, by roz­wiązać pewną za­gad­kową sprawę sprzed wie­lu lat.

Te i po­zo­stałe opo­wia­da­nia – wszyst­kie są perełkami w swo­im ga­tun­ku – łączy jed­no: przestępstwo, którym za­zwy­czaj jest mor­der­stwo lub groźba jego popełnie­nia. I jesz­cze coś: w prze­ci­wieństwie do kla­sycz­nych kry­mi­nałów, ich au­to­rzy za­miast sku­piać się wyłącznie na py­ta­niach „kto” i „jak”, kładą na­cisk na „dla­cze­go”.

LEE CHILD

Pi­sarz bry­tyj­ski, od 1998 miesz­kający w No­wym Jor­ku. W 2009 wy­bra­ny pre­ze­sem sto­wa­rzy­sze­nia My­ste­ry Wri­ters of Ame­ri­ca. Kształcił się na praw­ni­ka, po­tem pra­co­wał w te­atrze i te­le­wi­zji Gra­na­da. Zwol­nio­ny po 18 la­tach z pra­cy w wy­ni­ku re­struk­tu­ry­za­cji, za­in­we­sto­wał we własną ka­rierę li­te­racką. W 1997 uka­zała się jego pierw­sza po­wieść – Po­ziom śmier­ci. Książka zdo­była na­grodę An­tho­ny Award za naj­lep­szy de­biut kry­mi­nal­ny i za­początko­wała serię thril­lerów ze wspólnym bo­ha­te­rem, byłym żan­dar­mem woj­sko­wym Jac­kiem Re­ache­rem, m.in.: Echo w płomie­niach, Siła per­swa­zji, Jed­nym strzałem (po­wieść ze­kra­ni­zo­wa­na jako Jack Re­acherz To­mem Cru­ise’em w roli tytułowej), Eli­ta zabójców, Ju­tro możesz zniknąć, 61 go­dzin, Cza­sa­mi war­to umrzeć, Ostat­nia spra­wa, Po­szu­ki­wa­ny i Nig­dy nie wra­caj. W 2014 ma uka­zać się Twen­ty Se­conds Ago. Książki Chil­da pu­bli­ko­wa­ne są w 43 kra­jach. Tom Cru­ise po­now­nie wcie­li się w Re­ache­ra w ad­ap­ta­cji Nig­dy nie wra­caj (pre­mie­ra fil­mu pla­no­wa­na w 2015 roku).

www.le­echild.com

Po­wieści Lee Chil­da

Jack Re­acher

PO­ZIOM ŚMIER­CI

UPRO­WA­DZO­NY

WRÓG BEZ TWA­RZY

PO­DEJ­RZA­NY

ECHO W PŁOMIE­NIACH

W TAJ­NEJ SŁUŻBIE

SIŁA PER­SWA­ZJI

NIE­PRZY­JA­CIEL

JED­NYM STRZAŁEM

BEZ LITOŚCI

ELI­TA ZABÓJCÓW

NIC DO STRA­CE­NIA

JU­TRO MOŻESZ ZNIKNĄĆ

61 GO­DZIN

CZA­SA­MI WAR­TO UMRZEĆ

OSTAT­NIA SPRA­WA

PO­SZU­KI­WA­NY

NIG­DY NIE WRA­CAJ

20 SE­KUND TEMU

Opo­wia­da­nia te są fikcją li­te­racką, a na­zwi­ska, po­sta­ci i wy­da­rze­nia w nich za­war­te sta­no­wią wytwór wy­obraźni au­torów. Wszel­kie po­do­bieństwa do praw­dzi­wych wy­padków, miejsc ak­cji, a także osób, żyjących czy zmarłych, są przy­pad­ko­we.

Przed­mo­wa

Co roku, kie­dy za­sia­dam do na­pi­sa­nia słowa wstępne­go do no­we­go wy­da­nia Naj­lep­szych ame­ry­kańskich opo­wia­dań kry­mi­nal­nych, przy­chodzą mi do głowy dwie rze­czy. Po pierw­sze: czy mogę na­pi­sać o czymś, o czym nie na­pi­sałem przy oka­zji po­przed­nich edy­cji? Po dru­gie: czy ktoś to w ogóle czy­ta, czy też (postępując mądrze) prze­cho­dzi od razu do opo­wia­dań?

No cóż, na wy­pa­dek gdy­by ta książka wpadła w ręce nie­zo­rien­to­wa­ne­go czy­tel­ni­ka, oto kil­ka uwag, o których należy pamiętać.

• Kry­mi­nał to bar­dzo sze­ro­ki ga­tu­nek li­te­rac­ki, obej­mujący każdą opo­wieść, w której przestępstwo (za­zwy­czaj mor­der­stwo) albo groźba przestępstwa (tworząca su­spens) sta­no­wią główny wątek fabuły albo te­mat. Opo­wia­da­nia de­tek­ty­wi­stycz­ne to je­den z pod­ga­tunków, po­dob­nie jak wy­da­rze­nia opo­wia­da­ne z punk­tu wi­dze­nia przestępcy, po­wieści su­spensu (nie­uchron­ne zło, którego sprawcą jest człowiek), po­wieści szpie­gow­skie (przestępstwa wo­bec państwa, których skut­kiem jest więcej ofiar niż w przy­pad­ku po­je­dyn­cze­go mor­der­stwa), a także li­te­ra­tu­ra opi­sująca pro­ce­du­ry po­li­cyj­ne, czer­piąca z hi­sto­rii, opie­rająca się na hu­mo­rze, za­gad­kach, działaniach sa­mot­ne­go de­tek­ty­wa, określana jako noir, i tak da­lej.

• Jeśli ktoś spo­dzie­wa się tu­taj głównie opo­wia­dań de­tek­ty­wi­stycz­nych, to będzie za­wie­dzio­ny. Już pra­wie nikt nie pi­sze wy­bit­nych hi­sto­rii, opar­tych wyłącznie na de­duk­cji; ob­ser­wa­cja ukry­tych tropów i wskazówek, które wy­ko­rzy­stu­je ge­nial­ny de­tek­tyw, odeszła do la­mu­sa. Głównym ele­men­tem współcze­snych opo­wia­dań de­tek­ty­wi­stycz­nych jest w większości przy­pa­dek, łut szczęścia albo in­tu­icja de­tek­tywa (taj­nia­ka, funk­cjo­na­riu­sza po­li­cji albo ama­to­ra, który może się ode­rwać od co­dzien­nych zajęć – go­to­wa­nia, upra­wia­nia ogródka, szy­dełko­wa­nia, pi­sa­nia, strzyżenia czy też za­kupów).

• Współcze­sna li­te­ra­tu­ra kry­mi­nal­na sku­pia się głównie na od­po­wie­dzi na py­ta­nie „dla­cze­go” za­miast „jak” lub „kto”. Tym sa­mym większość hi­sto­rii opie­ra się na ana­li­zie psy­cho­lo­gicz­nej – do­ko­ny­wa­nej przez de­tek­ty­wa, sa­me­go czy­tel­ni­ka czy też bo­ha­te­ra opo­wieści.

• Gra­ni­ca między li­te­ra­turą kry­mi­nalną a kla­syczną za­tarła się nie­mal całko­wi­cie. Tacy au­to­rzy kry­mi­nałów, jak El­mo­re Le­onard, Ro­bert B. Par­ker, Den­nis Le­ha­ne, Geo­r­ge Pe­le­ca­nos, Ja­mes El­l­roy i inni z pew­nością tworzą dzieła li­te­rac­kie. Tacy wy­bit­ni pi­sa­rze, jak Joy­ce Ca­rol Oates, Mi­cha­el Cha­bon, Paul Au­ster, Jo­na­than Le­them, Sal­man Ru­sh­die i inni mają w swo­im do­rob­ku również opo­wia­da­nia oraz po­wieści de­tek­ty­wi­stycz­ne i kry­mi­nalne.

• Ni­niej­szy zbiór obej­mu­je naj­lep­sze opo­wia­da­nia kry­mi­nal­ne opu­bli­ko­wa­ne w roku 2009. Czy­tel­nik może je na­zwać kry­mi­nal­ny­mi, de­tek­ty­wi­stycz­ny­mi czy po pro­stu określić je jako kla­syczną prozę, i za każdym ra­zem będzie miał rację. Ce­lem tego wy­da­nia, jak każdego z po­przed­nich (a jest to czter­na­sta edy­cja) było ze­bra­nie naj­lep­szych hi­sto­rii kry­mi­nal­nych roku; sądzę, że się nam to udało – ko­lej­ny raz.

Piszę tu w licz­bie mno­giej, mając na myśli moją koleżankę po fa­chu, Mi­che­le Slung, która czy­ta co roku tysiące opo­wia­dań, by wy­szu­kać te naj­bar­dziej war­tościo­we; Nata So­be­la, naj­lep­sze­go agen­ta li­te­rac­kie­go na świe­cie, który dzięki bezbłędne­mu wy­czu­ciu i sma­ko­wi li­te­rac­kie­mu po­tra­fił wska­zać dzie­siątki pierw­szorzędnych utworów spośród za­re­ko­men­do­wa­nych; licz­nych re­dak­torów ma­ga­zynów li­te­rac­kich, którzy przedłużają mi sub­skrypcję i nie­jed­no­krot­nie wska­zują rze­czy god­ne uwa­gi; i oczy­wiście Lee Chil­da. Jest po­wo­dem do zdu­mie­nia i jed­no­cześnie wdzięczności, że Child, au­tor licz­nych be­st­sel­lerów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, An­glii i Bóg wie, gdzie jesz­cze, po­mi­mo licz­nych zajęć i obo­wiązków zgo­dził się prze­czy­tać pięćdzie­siąt opo­wia­dań, które wy­brałem w tym roku jako naj­lep­sze (lub które po­do­bały mi się naj­bar­dziej), i do­ko­nał ściślej­szej se­lek­cji, wska­zując dwa­dzieścia naj­wy­bit­niej­szych. Nie wspo­mi­nając już o na­pi­sa­niu do­sko­nałego i ory­gi­nal­ne­go wstępu.

Do suk­ce­su tej se­rii przy­czy­ni­li się także w sposób nie­zwy­kle ważny, choć nie bez­pośred­nio, po­przed­ni wspa­nia­li re­dak­to­rzy, którzy poświęcili tyle uwa­gi i cza­su tym co­rocz­nym edy­cjom: nieżyjący już Ro­bert B. Par­ker, Sue Gra­fton, Evan Hun­ter (Ed McBa­in), Do­nald E. We­stla­ke, Law­ren­ce Block, Ja­mes El­l­roy, Mi­cha­el Con­nel­ly, Nel­son De­Mil­le, Joy­ce Ca­rol Oates, Scott Tu­row, Carl Hia­asen, Geo­r­ge Pe­le­ca­nos i Jef­fe­ry De­aver.

Po­nie­waż od­daję się nie­mal ob­se­syj­nym po­szu­ki­wa­niom i lek­tu­rze każdego opo­wia­da­nia kry­mi­nal­ne­go, ja­kie opu­bli­ko­wa­no, prześla­du­je mnie pa­ra­no­icz­ny lęk, że mogę prze­oczyć jakąś war­tościową rzecz, jeśli więc je­steś au­to­rem, re­dak­to­rem lub wy­dawcą albo na­tra­fiłeś na coś god­ne­go uwa­gi, przyślij mi książkę, ma­ga­zyn, a na­wet po­je­dyn­cze kart­ki z tek­stem na ad­res: The My­ste­rio­us Bo­ok­shop, 58 War­ren Stre­et, New York, NY 10007. Jeśli dany utwór uka­zał się naj­pierw w wer­sji elek­tro­nicz­nej, należy przesłać wy­druk. Ko­niecz­nie dołącz in­for­ma­cje po­zwa­lające skon­tak­to­wać się z au­to­rem. Ma­te­riały dotąd nie­pu­bli­ko­wa­ne nie będą ze zro­zu­miałych względów bra­ne pod uwagę. I żadne nie będą zwra­ca­ne. Jeśli nie masz za­ufa­nia do pocz­ty, dołącz do ko­re­spon­den­cji zaad­resowaną i opa­trzoną stem­plem kartę.

Opo­wia­da­nie musi być na­pi­sa­ne przez ame­ry­kańskie­go albo kanadyjskie­go au­to­ra i opu­bli­ko­wa­ne w Sta­nach Zjed­no­czo­nych lub Ka­na­dzie w roku ka­len­da­rzo­wym 2010. Im wcześniej je otrzy­mam, tym chętniej je roz­patrzę. Z po­wodów zna­nych je­dy­nie tu­ma­nom (bez ob­ra­zy), którzy cze­kają do Bożego Na­ro­dze­nia z przesłaniem opo­wia­da­nia opu­bli­ko­wa­nego mi­nio­nej wio­sny, co zda­rza się każdego roku, zgrzy­tając zębami, czy­tam sto­sy opo­wia­dań, pod­czas gdy moja żona i przy­ja­cie­le przy­stra­jają cho­inkę i cieszą się świętami. Jeśli za­mie­rzasz tak zro­bić, to byłoby do­brze, żebyś do­star­czył mi coś na­prawdę do­bre­go, bo przystąpię do lek­tu­ry z wściekłością, nad którą le­d­wie pa­nuję. W związku z napiętym pla­nem wy­daw­ni­czym osta­tecz­ny ter­min nad­syłania prac upływa 31 grud­nia. Jeśli two­je opo­wia­danie tra­fi do mnie dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny później, nie będę go czy­tał. Na­prawdę.

O.P.

Wpro­wa­dze­nie

Wy­da­je się, że wszy­scy wiedzą, czym jest opo­wia­da­nie, ale teo­re­tycz­na dys­ku­sja do­tycząca tego ga­tun­ku jest dość ogra­ni­czo­na. De­fi­ni­cja, da­le­ka od jed­no­znacz­ności, wy­wo­dzi się z dwóch źródeł: pierw­szym jest Ed­gar Al­lan Poe, który po­wie­dział, że trak­tu­je po­wieść po­dejrz­li­wie i woli coś, co można prze­czy­tać za jed­nym ra­zem; dru­gim jest Mark Twa­in, który oświad­czył – mając na myśli list, nie po­wieść – Prze­pra­szam, że jest tak długi; nie miałem cza­su go skrócić.

Niektórzy przy­pi­sują ten dru­gi cy­tat Pas­ca­lo­wi, ale jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że zda­nie to padło właśnie z ust Twa­ina, au­to­ra licz­nych po­wie­dzo­nek. Tak czy in­a­czej, sens w obu przy­pad­kach jest oczy­wi­sty i sprzecz­ny z tym, co au­to­ma­tycz­nie się na­su­wa: nada­nie hi­sto­rii krótkiej for­my wy­ma­ga więcej cza­su i wysiłku niż jej roz­wi­nięcie w dłuższą opo­wieść. W świe­tle stwo­rzo­nej przez Po­ego kon­cep­cji „jed­ne­go razu”, opo­wia­da­nie upo­dab­nia się do wy­piesz­czo­ne­go klej­no­tu, którym ko­ne­ser po­tra­fi się za­chwy­cać, tak jak sma­kosz za­chwy­ca się do­sko­nałym wi­nem albo wy­ra­fi­no­wa­nym da­niem.

Nie je­stem tego taki pe­wien.

Kwe­stio­nując na początek Po­ego: jego słowa są pełne in­te­re­sow­ności. Żadna for­ma li­te­rac­ka nie od­zna­cza się wyższością nad jakąkol­wiek inną formą. Wszy­scy pi­sa­rze mio­tają się w głębi du­szy. Wszy­scy próbu­je­my za­ro­bić na chleb po­wsze­dni i stwo­rzyć coś, co się sprze­da. Nie­pod­ważalna według Po­ego kon­cep­cja „utwo­ru na je­den raz” była po­dyk­to­wa­na wy­mo­ga­mi ówcze­sne­go ryn­ku wy­daw­ni­cze­go. Poe sta­rał się odpędzić wid­mo głodu, pisząc dla pe­rio­dyków, których za jego życia było mnóstwo i których licz­ba bez­u­stan­nie rosła. Wierz­cie mi, gdy­by mógł sprze­dawać tysiącstro­ni­co­we po­wieści, robiłby to i dzi­siaj byłby zna­ny jako ktoś, kto głosi ich wyższość nad krótki­mi for­mami. Jed­nak ry­nek po­trze­bo­wał nie­wiel­kich kawałków li­te­ra­tu­ry, więc Poe je do­star­czał. Char­les Dic­kens je­chał na tym sa­mym wo­zie, ale on po pro­stu dzie­lił swo­je (tysiącstro­ni­co­we) po­wieści na mniej­sze kawałki, które dru­ko­wa­no w od­cin­kach, ku wiel­kie­mu za­chwy­to­wi czy­tel­ników, głównie dla­te­go że chcie­li się do­wie­dzieć, co będzie da­lej. Ar­tur Co­nan Doy­le pla­su­je się gdzieś pośrod­ku; ka­non pod hasłem Sher­lock Hol­mes to z pew­nością se­ria opo­wia­dań, ale „Sher­lock Hol­mes” to także jed­na, nie­po­dziel­na całość, uwiel­bia­na i wzbu­dzająca za­chwyt swo­im całokształtem, nie zaś epi­zo­dycz­nym cha­rak­te­rem, jak­by rzecz ist­niała pod po­sta­cią gi­gan­tycz­nej po­wieści, nie­za­leżnie od swej cha­otycz­nej hi­sto­rii wy­daw­ni­czej.

I te­raz, by za­kwe­stio­no­wać założenie kryjące się w słowach Twa­ina: gwa­ran­tuję z całym prze­ko­na­niem, że żadne opo­wia­da­nie w ni­niej­szej an­to­lo­gii nie za­brało au­to­ro­wi więcej cza­su niż jego po­wieści. Na­wet w przy­bliżeniu. A jed­nak każde zda­nie jest sta­ran­nie opra­co­wa­ne i wygładzo­ne; tak, każde z opo­wia­dań było czy­ta­ne i po­pra­wia­ne, po­now­nie czy­ta­ne i po­pra­wia­ne – ale tak też się dzie­je z każdym zda­niem i roz­działem w po­wieści, które są znacz­nie dłuższe od opo­wia­dań; wysiłek w obu wy­pad­kach jest pro­por­cjo­nal­ny i porówny­wal­ny.

A za­tem, czy opo­wia­da­nia w tym zbio­rze nie są cu­dow­nie wy­piesz­czo­ny­mi klej­no­ta­mi, którymi ko­ne­ser może się cie­szyć jak wy­kwint­nym posiłkiem czy wi­nem? No cóż, owszem, jed­nak nie z po­wodów, które są uważane za pew­nik.

Opo­wia­da­nia po­zwa­lają na odro­binę swo­bo­dy. Pre­zen­to­wa­ni tu au­to­rzy, jako po­wieścio­pi­sa­rze, są w pew­nym stop­niu ogra­ni­cze­ni w tym, co piszą; cho­dzi zarówno o względy eko­no­micz­ne, jak i ocze­ki­wa­nia. Jed­nak na współcze­snym ryn­ku wy­daw­ni­czym opo­wia­da­nia nie są obar­czo­ne ry­zy­kiem fi­nan­so­wym, nie pod­le­gają też ogra­ni­cze­niom, ja­kie na­rzu­cają ocze­ki­wa­nia czy­tel­ników. Tak więc au­to­rzy mogą pisać o różnych rze­czach i, co więcej, mogą to robić na różne spo­so­by.

Po­wieści są ple­cio­ne na wzór na­szyj­ników, z długiej se­kwen­cji po­mysłów, które łączą się z sobą ni­czym klej­no­ty i węzły; opo­wia­da­nia mogą za­wie­rać tyl­ko jedną myśl. Po­wieści muszą brać za cel całe spek­trum po­ru­sza­nych za­gad­nień; opo­wia­da­nia mogą się ogra­ni­czyć do szyb­ko za­da­wa­nych ciosów, a główna myśl może być je­dy­nie za­su­ge­ro­wa­na (jak w słyn­nym pięcio­wy­ra­zo­wym opo­wia­da­niu Er­ne­sta He­min­gwaya: Na sprze­daż. Dzie­cięce buty. Nie­no­szo­ne). Do pew­ne­go stop­nia zni­ko­mość główne­go te­ma­tu – czy skąpa wie­dza na jego te­mat – sta­je się cnotą. Byłem kie­dyś w luk­su­so­wym bu­ti­ku na Ma­di­son Ave­nue w No­wym Jor­ku. Sprze­da­wa­no tam pióra, no­tat­ni­ki i temu po­dob­ne rze­czy. Jakaś ko­bie­ta po­pro­siła, żeby po­ka­za­no jej kil­ka fi­lo­faxów – nie­wiel­kich skórza­nych kołono­tat­ników. Po­ka­za­no jej dwa. Za­dzwo­niła ze swo­jej komórki i oznaj­miła: „Mająnie­bie­skie i zie­lo­ne”. Wysłuchała od­po­wie­dzi i oznaj­miła: „Wca­le nie je­stem pa­syw­nie agre­syw­na!”.

No cóż, nie­możliwe, by ten podsłucha­ny in­cy­dent mógł za­in­spi­ro­wać kogoś do na­pi­sa­nia po­wieści. Za mało ma­te­riału. Ale mógłby za­in­spi­ro­wać do opo­wia­da­nia. Każdy pi­sarz ma w głowie szu­fladę z ety­kietką „Wspa­niałe po­mysły, których nie mogę wy­ko­rzy­stać w po­wieści”. Można jed­nak wy­ko­rzy­stać je w opo­wia­da­niach.

Po­dob­nie każdy pi­sarz ma w głowie szu­fladę z ety­kietką „Wiel­kie głosy, których nie mogę…” i „Wiel­kie po­sta­ci, których nie mogę…”, i „Wiel­kie sce­na­riu­sze, których nie mogę…”, i tak da­lej. Pi­sa­rze spe­cja­li­zujący się w ga­tun­ku noir mogą od­czuć w pew­nym mo­men­cie po­kusę, by spróbować cze­goś we­sel­sze­go, a ci od książek dla do­ra­stających dzie­ci mogą zatęsknić za czymś do­zwo­lo­nym od lat osiem­na­stu albo ob­wa­ro­wa­nym jesz­cze ostrzej­szy­mi re­stryk­cja­mi. Ry­nek opo­wia­dań po­zwa­la roz­winąć te skrzydła. Często re­zul­ta­tem jest wy­czu­wal­ne między wier­sza­mi wrażenie świeżości, en­tu­zja­zmu, no­wa­tor­stwa i radości ze stro­ny au­to­ra. Wy także od­nie­sie­cie to wrażenie i być może po­zwo­li nam ono pełniej, le­piej zro­zu­mieć, czym jest opo­wia­danie – w dzi­siej­szej kul­tu­rze przy­najm­niej: ob­co­wa­niem z praw­dzi­wym mi­strzo­stwem, jak w ba­se­bal­lu… długi męczący se­zon do­bie­ga końca i wszy­scy cze­kają na cel­ny rzut.

Gary Ale­xan­der

Char­lie i pi­ra­ciZ „Al­fred Hitch­cock’s My­ste­ry Ma­ga­zi­ne”

Imię jego: Juan Gama. Pod ta­kim mia­nem występuje. Nie jest La­ty­no­sem, ale jego skóra ma śnia­dy od­cień dzięki sy­ryj­skiej krwi ze stro­ny mat­ki. Uj­dzie, w każdym ra­zie jeśli cho­dzi o tego wścib­skie­go grin­go, który zwie się Char­lie i sie­dzi przy sąsied­nim sto­li­ku.

– Hi­sto­ria Cam­pe­che jest nie­zwykła – mówi Char­lie Pe­asho­oter, obok słod­kiej bułecz­ki i soku po­ma­rańczo­we­go leży otwar­ty prze­wod­nik. – Je­dy­ne prócz ko­lum­bij­skiej Car­ta­ge­ny mia­sto w obu Ame­ry­kach oto­czo­ne mu­rem, który miał od­stra­szać pi­ratów. Z pew­nością wie pan o tym, señor. Prze­pra­szam, jeśli nudzę.

Juan uśmie­cha się bla­do i przy­ta­ku­je głową, sta­rając się uda­wać, że an­giel­ski to dla nie­go obcy język. Siedzą w La Par­ro­qu­ia, ka­wia­ren­ce pod gołym nie­bem przy Cal­le 55. Jaj­ka i kawa na śnia­da­nie to do­mo­wa ru­ty­na, do której przy­wykł. Wie, że ru­ty­na i sche­ma­tycz­ne za­cho­wa­nia mogą być nie­bez­piecz­ne, ale sześć mie­sięcy w Cam­pe­che przytępiły jego czuj­ność.

Leżące na półwy­spie Ju­ka­tan nad Za­toką Mek­sy­kańską Cam­pe­che od­po­wia­da wiel­kością Ta­co­mie i Shre­ve­port. Jest tro­pi­kal­ne i ma­low­ni­cze, poza tym mało kto je od­wie­dza. Juan Gama przy­pusz­cza, że zwy­kle prze­by­wa tu około pięciu­set przy­jezd­nych, w tym różnej maści eu­ro­pej­scy grin­gos. Gdy­by do­szli do wnio­sku, że uciekł na południe od gra­ni­cy, to prze­szu­ki­wa­li­by gorące miej­sca w ro­dza­ju Aca­pul­co czy Can­cun, gdzie można za­sza­leć w większym sty­lu.

Juan Gama skończył właśnie dwa­dzieścia czte­ry lata. Choć jest ubra­ny tyl­ko w pod­ko­szu­lek i szor­ty, uda­je mu się za­cho­wać nie­co nie­chluj­ny wygląd. Jego oku­la­ry w dru­cia­nych opraw­kach są brud­ne, a kręcone czar­ne włosy roz­czo­chra­ne. Jest chu­dy i odro­binę nie­zgrab­ny, utył też około sied­miu ki­lo­gramów, głównie w pa­sie. Od lat nie czuł się tak roz­luźnio­ny.

– Pi­rat – po­wta­rza i uda­je, że to słowo spra­wia mu trud­ności.

– Zga­dza się – po­twier­dza Char­lie, zaglądając do prze­wod­ni­ka. – Proszę posłuchać: an­giel­scy, ho­len­der­scy i fran­cu­scy pi­ra­ci plądro­wa­li re­gu­lar­nie Cam­pe­che od chwi­li jego założenia w szes­na­stym wie­ku. Dzie­wiątego lu­te­go tysiąc sześćset sześćdzie­siątego trze­cie­go roku połączy­li swe siły i za­bi­li wszyst­kich mężczyzn, ko­bie­ty i dzie­ci. Po tej napaści ko­lo­nial­ne władze hisz­pańskie po­sta­no­wiły oto­czyć mia­sto mu­rem. Za­miar ten zre­ali­zo­wa­no w ciągu następne­go półwie­cza i wy­eli­mi­no­wa­no za­grożenie. Od tej pory każdy atak pi­rac­ki był od­pie­ra­ny.

Nie wszyst­kie ko­bie­ty zo­stały za­mor­do­wa­ne, w każdym ra­zie jeśli wie­rzyć Te­re­sie, dziew­czy­nie Ju­ana, która ma bzi­ka na punk­cie tego te­ma­tu. Te­re­sa po pro­stu wie, że pew­na jej an­te­nat­ka przeżyła – piękność, którą znie­wo­lił ka­pi­tan pi­ratów. Prześla­du­je ją wewnętrzny kon­flikt z po­wo­du pi­rac­kiej krwi, która płynie w jej żyłach, i tego, co uczy­nio­no z jej przod­ka­mi.

Juan nadal kiwa głową, uśmie­chając się przy tym.

Char­lie za­ini­cjo­wał roz­mowę i się przed­sta­wił. Jest star­szy od Ju­ana o dzie­sięć lat. Szczupły, mu­sku­lar­ny i opa­lo­ny, w ele­ganc­kich spodniach i pu­lo­we­rze, ma pro­ste i białe zęby. Prze­działek we włosach jest równiut­ki ni­czym pro­mień la­se­ra. Miła po­wierz­chow­ność świadcząca o pry­wat­nej edu­ka­cji, choć nos wy­da­je się zbyt długi, a bruz­dy no­so­we zbyt wyraźne, by człowiek ten mógł ucho­dzić za hol­ly­wo­odz­kie­go przy­stoj­nia­ka. Uśmie­cha się często, a nie­bie­skie oczy uni­kają bez­pośred­nie­go kon­tak­tu. Mówi ba­ry­to­nem o do­sko­nałej dyk­cji i pach­nie wodą kolońską.

Char­lie ema­nu­je nie­wy­mu­szoną sym­pa­tią. Trak­tu­je Ju­ana jak go­spo­darz po­pu­lar­ne­go pro­gra­mu te­le­wi­zyj­ne­go swo­je­go gościa.

– Tak. Bar­dzo ciężkie cza­sy – mówi Juan, znów sku­piając się na jaj­kach.

– W rze­czy sa­mej. De­fi­ni­cja pi­rac­twa jest obec­nie od­mien­na i bar­dziej złożona. Je­den ze słowników określa ją jako bez­praw­ne wy­ko­rzy­sta­nie czy­je­goś wy­na­laz­ku, dzieła albo kon­cep­cji. Od­no­si się to głównie do kwe­stii na­ru­sza­nia praw au­tor­skich. Te fir­my pro­du­kujące opro­gra­mo­wa­nie dosłownie sza­leją, praw­da? Oczy­wiście, sens pojęcia „pi­rac­two” jest jesz­cze szer­szy. Do­ty­czy na przykład me­to­dycz­nej ma­ni­pu­la­cji przy grach lo­so­wych na te­re­nie trzech stanów. Ma­ni­pu­la­cji war­tej dwa mi­lio­ny do­larów.

Juan Gama wy­pusz­cza z dłoni wi­de­lec i pod­no­si wzrok.

Char­lie Pe­asho­oter uśmie­cha się znie­wa­lająco.

– Sądziłeś, Ju­anie, że przyślą ja­kie­goś osiłka, który połamie ci pal­ce?

Ju­ano­wi Ga­mie dosłownie ode­brało mowę.

– Spo­koj­nie. Tak robiło się kie­dyś, za daw­nych czasów. Proszę, dokończ swój posiłek. Po­tem po­ga­da­my.

• • •

– Je­stem kon­sul­tan­tem – wyjaśnia Char­lie, kie­dy spa­ce­rują ma­le­con, czy­li bul­wa­rem biegnącym wzdłuż Za­to­ki Mek­sy­kańskiej. – Zro­zum to, Ju­anie. Przysłano mnie tu w celu ne­go­cja­cji, roz­wiąza­nia tego pro­ble­mu. Je­stem rozsądnym człowie­kiem, a moi zle­ce­nio­daw­cy to rozsądni lu­dzie. Ot i wszyst­ko.

Idą pod gorącym bez­chmur­nym nie­bem. Woda ma wy­ra­zi­sty od­cień stłumio­nej zie­le­ni, ni­czym oranżada z li­mon­ki.

– Jak mnie zna­lazłeś?

– Będę mówił do cie­bie „Juan”, jeśli nie masz nic prze­ciw­ko temu.

– Nie mam.

– Wy­szko­liłeś bry­gadę fa­cetów po­tra­fiących li­czyć kar­ty, i to na skalę dotąd nie­znaną. Szliście jak bu­rza i zgar­nia­liście pie­niądze, za­nim ka­sy­na zdążyły so­bie uświa­do­mić, co się stało. To byli twoi kum­ple z kor­po­ra­cji stu­denc­kiej, sta­rzy przy­ja­cie­le z lat szkol­nych?

– Nie. Chłopa­ki z aka­de­mi­ka, niektórzy wciąż się uczą – mówi Juan.

– Wy­na­gro­dze­nie?

– Pięćdzie­siąt pro­cent mi­nus kosz­ty prze­lo­tu, wyżywie­nia i ho­te­lu.

– Za­ro­bić i zwiać, że się tak wyrażę. Ist­ny blitz­krieg. Szko­liłeś ich i wy­mie­niałeś tak szyb­ko, że zni­ka­li, za­nim kto­kol­wiek zdążył puścić w obieg ich zdjęcia. Twój sys­tem był dru­zgocąco pro­sty i sku­tecz­ny. Kru­pie­rzy od blac­kjac­ka, którzy wi­dzie­li już wszyst­ko, jak im się zda­wało, ani razu się nie połapa­li. Cha­pe­au bas, sza­now­ny pa­nie.

– Hm, dzięki. Ale jak mnie zna­leźliście?

– Wszyst­ko zależy od za­sobów, ja­ki­mi się dys­po­nu­je. Każdy się złożył i główko­wał. Usta­le­nie two­je­go miej­sca po­by­tu było praw­dzi­wym wy­zwa­niem.

– Li­cze­nie kart nie jest przestępstwem, sam wiesz. Jeśli ktoś się orien­tu­je, ja­kie kar­ty zo­stały w po­daj­ni­ku, to szan­se prze­chodzą z ka­sy­na na gra­cza. To wszyst­ko.

– Kwe­stia ety­ki.

Juan Gama wy­bu­cha głośnym śmie­chem.

– Och, przy­znaję, że to hi­po­kry­zja, ale tak już jest – za­pew­nia Char­lie. – Tak czy owak, moi zle­ce­nio­daw­cy chcą od­zy­skać swo­je pie­niądze.

Juan jest bli­ski zwy­mio­to­wa­nia posiłku. Przy­sta­je i bie­rze głęboki wdech.

Char­lie kładzie mu dłoń na ra­mie­niu i uśmie­cha się przy­jaźnie.

– Ju­anie, proszę, spróbuj się odprężyć. Wszyst­ko będzie do­brze. Gang­ste­rzy po­kro­ju Bug­sy’ego, Moe Gre­ena czy Wil­lie­go Szpi­kul­ca już od dzie­siątków lat nie robią w tym in­te­re­sie.

Juan wzdry­ga się w du­chu.

– Cho­dzi ci o ne­go­cja­cje?

– Właśnie. Lu­dzie, którzy pro­wadzą w dzi­siej­szych cza­sach ka­sy­na, wy­wodzą się z dużych kor­po­ra­cji. Są pokłosiem kon­glo­me­ratów roz­ryw­ki i hie­rar­chii ple­mien­nej. Ro­zu­mieją, że przetrącone ko­la­na nie wpływają do­dat­nio na bi­lans. Poj­mują zna­cze­nie kom­pro­mi­su i de­cy­zji biz­ne­so­wych.

Juan kiwa po­nu­ro głową.

– Po­dział pół na pół za­pew­nił ci około mi­lio­na dolców. Wygląda na to, że żyjesz kon­ser­wa­tyw­nie. Z dru­giej stro­ny nie ocze­ku­je­my, że odłożyłeś wszyst­ko co do gro­sza.

– Zga­dza się.

– Od­li­cza­my to, co zapłaciłeś tym swo­im chłopa­kom. Je­stem upo­ważnio­ny po­zo­sta­wić ci dzie­sięć pro­cent. Na czy­sto. Od­dasz nam dzie­więćdzie­siąt pro­cent z mi­lio­na, a resztę so­bie za­trzy­masz. Tu­taj to ozna­cza, że je­steś usta­wio­ny na całe życie. Trak­tują to oszu­stwo jako cze­sne za naukę, której im udzie­liłeś. Co ty na to, koleś?

– Hm. Tak. Okay.

– Kie­dy?

Juan wpa­tru­je się w wodę oce­anu.

– No cóż, nie trzy­mam tej for­sy w wa­liz­ce pod łóżkiem.

Char­lie par­ska śmie­chem.

– Aha. Za­gra­nicz­ne ban­ki?

– Wiel­ki Kaj­man – im­pro­wi­zu­je Juan.

– Spe­cja­li­zo­wałeś się w sta­ty­sty­ce, za­nim po­rzu­ciłeś uczel­nię bez dy­plo­mu, Ju­anie. Ge­nial­ny, choć nie­za­an­gażowa­ny stu­dent. Cieszę się, że to właśnie ja przy­wra­cam spokój i po­czu­cie sta­bil­ności two­je­mu życiu.

– Do­ce­niam to, Char­lie.

– Jak myślisz? Kie­dy?

– Może ju­tro.

– Po­wiedz­my, że ju­tro, i to de­fi­ni­tyw­nie. Dzięki cu­dom elek­tro­ni­ki możemy do­ko­nać trans­ak­cji z prędkością światła. Po­trze­ba je­dy­nie do­brej woli. Pod­czas śnia­da­nia w La Par­ro­qu­ia. Ja sta­wiam. – Char­lie wręcza mu kar­teczkę. – Nu­mer kon­ta.

Mówisz, że spra­wa jest załatwio­na. Ja dzwo­nię i uzy­skuję po­twier­dze­nie. A po­tem żyjesz długo i szczęśli­wie.

– Okay.

Char­lie wska­zu­je wodę.

– Dzi­siaj jest dzie­wiąty lu­te­go. Cóż za zbieg oko­licz­ności.

– Hm?

– Rocz­ni­ca ma­sa­kry, to­tal­nej gra­bieży. – Char­lie za­ta­cza ręką łuk w stronę lądu, ku bra­mie, czy­li ka­mien­ne­mu mo­no­li­to­wi wznie­sio­ne­mu przez człowie­ka. Mur po tej stro­nie daw­no już zniknął. Stoją na zie­mi, którą na­nie­sio­no w la­tach pięćdzie­siątych. – Znaj­du­je­my się na po­zio­mie mo­rza. Przed wznie­sie­niem for­ty­fi­ka­cji pi­ra­ci przy­bi­ja­li po pro­stu do brze­gu i wkra­cza­li na ląd. Tra­ge­dia, tra­ge­dia, tra­ge­dia.

Juan myśli o pi­ra­tach Te­re­sy. Opo­wieść Char­lie­go musi za­wie­rać jakiś morał, ale nie pyta, co to ta­kie­go.

– Juan Gama to hisz­pański od­po­wied­nik Joh­na Doe, in­ny­mi słowy prze­ciętne­go zja­da­cza chle­ba – ciągnie Char­lie. – Na­iw­nie pro­ste, ale ma w so­bie coś sym­pa­tycz­ne­go i fi­glar­ne­go.

Juan nie znaj­du­je słów, pa­trzy tyl­ko na swo­je sto­py.

– Nie­ste­ty, żyje­my w do­rosłym świe­cie, Ju­anie – do­da­je Char­lie.

• • •

Char­lie sie­dzi na brze­gu łóżka. Jest wcze­sny wieczór, a on ob­ser­wu­je ciem­niejący ho­ry­zont i mo­rze, co­raz żywot­niej­sze. Char­lie znaj­du­je się na po­zio­mie czwar­te­go piętra, być może bez­pośred­nio nad miej­scem, w którym pi­ra­ci od­wa­la­li swoją ro­botę. Ten ho­tel cie­szył się po­pu­lar­nością pod­czas spe­ku­la­cyj­ne­go bo­omu naf­to­we­go na przełomie lat sie­dem­dzie­siątych i osiem­dzie­siątych. Te­raz jest nad­gry­zio­ny zębem cza­su, nie­zu­pełnie czy­sty i pra­wie pu­sty.

Char­lie nie ma nic prze­ciw­ko temu. Nie prze­pa­da za ludźmi i lubi się cie­szyć swoją pry­wat­nością.

Składa au­to­ma­tycz­ne­go col­ta.25, rozkłada i po­wta­rza wszyst­ko od nowa do chwi­li, aż każda ru­cho­ma część bro­ni po­kry­ta jest cie­niutką warstwą sma­ru. Ście­ra jej nad­miar i po­dzi­wia ten me­cha­nicz­ny wytwór ludz­kiej wy­obraźni, który pa­su­je do­sko­na­le do jego dłoni.

Prze­szmu­glo­wa­nie bro­ni nie sta­no­wiło naj­mniej­sze­go kłopo­tu. No pro­ble­ma. Klien­ci Char­lie­go prze­wieźli go do Mon­ter­rey na pokładzie pry­wat­ne­go od­rzu­tow­ca. Tu­taj przy­był czar­te­rem.

Pod­cho­dzi do okna i pod­no­si nabój ku gasnącemu światłu. W do­mo­wym warsz­ta­cie Char­lie wydrąża fa­bryczną amu­nicję, aż ołowia­ne ścian­ki stają się nie­mal prze­zro­czy­ste.

Nikt nie po­tra­fi działać z tak bli­ska jak ja, myśli z dumą. Nikt. I Char­lie ma rację. Sym­pa­tia, jaką bu­dzi, po­zwa­la mu załatwiać sprawę z bli­ska. Wszy­scy lubią Char­liego. Na­wet naj­bar­dziej po­dejrz­li­wa ofia­ra nie ma zwy­kle pojęcia, co ją cze­ka.

Zim­na stal przy uchu. Na­tych­mia­sto­wa świa­do­mość zdra­dy. Je­den strzał o ni­skiej prędkości po­ci­sku, nie­wie­le głośniej­szy od klap­sa, kanał słucho­wy jako na­tu­ral­ny tłumik. Bul­got do­by­wający się z ust, gałki oczne ucie­kające w górę ni­czym ro­le­ty, po­tem nicość. Nie ma bałaga­nu, nie ma sprząta­nia.

Spe­cja­liści me­dy­cy­ny sądo­wej, którzy usu­wa­li po­ci­ski z pap­ko­wa­tych mózgów jego ofiar, twierdzą, że kule przy­po­mi­nają pająki. Jest to je­dy­ny pew­niak w le­gen­dzie Char­lie­go Pe­asho­ote­ra, który posługu­je się damską bro­nią i nig­dy nie chy­bia.

Char­lie wsu­wa col­ta do ka­bu­ry, za­hip­no­ty­zo­wa­ny spek­ta­ku­lar­nym po­ka­zem światła, wyjącego wia­tru i za­ci­nającego nie­mal po­zio­mo desz­czu. Drze­wa pal­mo­we wy­gi­nają się jak łuki, a na po­wierzch­ni ho­te­lo­we­go ba­se­nu widać białe grzy­wa­cze. Nig­dy wcześniej nie był w tro­pi­kach i te­raz jest zdu­mio­ny. Wy­da­je się, że po­go­da zmie­nia się tak szyb­ko, jak po­dają to w te­le­wi­zji, gdzie ga­dające i sta­ran­nie ufry­zo­wa­ne głowy ko­men­tują zdjęcia sa­te­li­tar­ne.

Nie­po­koi go to za­da­nie do­tyczące Ju­ana Gamy. Jego zle­ce­nio­daw­cy wysłali go na­tych­miast, gdy tyl­ko zlo­ka­li­zo­wa­li Ju­ana i zo­rien­to­wa­li się w jego śnia­da­nio­wych na­wy­kach. Char­lie nie ma zie­lo­ne­go pojęcia, jaki jest ad­res Ju­ana, choć zdołano usta­lić, że miesz­ka nie­da­le­ko z ko­bietą o imie­niu Te­re­sa i jej bra­tem Pe­re­zem.

Juan to ka­pryśny młody człowiek, któremu bra­ku­je wdzięku. Spra­wia jed­nak wrażenie rozsądne­go. Po­wi­nien po­ja­wić się ju­tro. Kie­dy już poda ma­gicz­ny nu­mer kon­ta, a trans­ak­cja zo­sta­nie prze­pro­wa­dzo­na, on, Char­lie, zwa­bi go w ja­kieś od­lud­ne miej­sce i załatwi sprawę do końca. Bądź co bądź, nie cho­dzi wyłącznie o pie­niądze. Cho­dzi też o za­sa­dy. Żela­zne za­sa­dy.

Char­lie gasi światło. Kłaść się z ku­ra­mi. To jego de­wi­za. Wpa­tru­je się w upstrzo­ny przez mu­chy su­fit i znów nie może się na­dzi­wić, że jego zle­ce­nio­daw­cy często przedkładają zemstę nad fi­nan­sową re­kom­pen­satę. Nie może tego zro­zu­mieć, tak jak nie może zro­zu­mieć se­ryj­nych zabójców. Nig­dy ich nie poj­mo­wał. Dla­cze­go nie za­bi­jać dla za­ba­wy i jed­no­cześnie zy­sku?

Zie­wa i do­cho­dzi do wnio­sku, że są lu­dzie i lu­dzi­ska.

• • •

Juan Gama wpa­tru­je się w su­fit, który nie jest upstrzo­ny przez mu­chy. Te­re­sa to nie­zwy­kle su­mien­na go­spo­dy­ni.

– Masz ja­kieś kłopo­ty?

– Dla­cze­go py­tasz?

– Cho­dzi o to, jak się za­cho­wy­wałeś, kie­dy wróciłeś po śnia­da­niu. – Te­re­sa się waha. – I o to, jak za­cho­wu­jesz się te­raz, jak mnie tuliłeś, kie­dy już prze­sta­liśmy się ko­chać. Nig­dy wcześniej mnie tak nie tuliłeś.

Te­re­sa jest star­sza od Ju­ana. To ser­decz­na, namiętna ko­bie­ta z lśniącymi czar­ny­mi włosa­mi i uf­ny­mi ocza­mi. Ma ob­fi­te bio­dra i sięga mu wzro­stem do ra­mion. Pra­cu­je jako agent­ka biu­ra podróży w ho­te­lach. Juan po­znał ją pod­czas jed­no­dnio­wej wy­ciecz­ki do majańskich ruin w Edz­na. Juan wyróżniał się w gru­pie fran­cu­skich tu­rystów.

Po­tem za­brał ją na ko­lację. Je­dli smażone­go gra­ni­ka i pili wino. Po­tem zno­wu pili i trzy­ma­li się za ręce. Te­re­sa po­wie­działa mu, że spra­wia wrażenie zagubione­go. Już nie, od­parł.

Te­re­sa wzięła Ju­ana do swo­je­go domu w sta­rym mieście oto­czo­nym mu­rem. Od tej pory tam miesz­ka, po­społu z jej bezużytecz­nym bra­tem Pe­re­zem, który jest w jego wie­ku. Te­re­sa jest dla Ju­ana ko­chanką, matką i naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Wszyst­kim tym i czymś więcej.

Oto­czo­ne mu­rem mia­sto znaj­du­je się w sa­mym środ­ku urba­ni­stycz­nej od­no­wy. Po obu stro­nach wąskich uli­czek wykłada­nych gład­ki­mi białymi ka­mie­nia­mi biegną rzędy par­te­ro­wych i jed­no­piętro­wych domów o ozdob­nych drzwiach, ku­tych w żela­zie bal­ko­nach i pa­ste­lo­wych tyn­kach. Te, które nie zo­stały jesz­cze do­pro­wa­dzo­ne do ładu, są w trak­cie re­mon­tu; z chwiej­nych bam­bu­so­wych rusz­to­wań zwie­szają się wia­dra z farbą. Mia­sto po­kry­wa się każdym ko­lo­rem, z wyjątkiem lu­kre­cji.

Dom Te­re­sy jest man­da­ryn­ko­wy. Jej fron­to­wy pokój to mi­ni­mu­zeum. Jako oso­ba wy­wodząca się z pra­sta­rej miej­sco­wej ro­dzi­ny – niektórzy z jej przodków wal­czy­li z pi­ra­ta­mi, jak twier­dzi – ma ich pra­daw­ne por­tre­ty, a także wi­ze­run­ki złych osob­ników po­kro­ju Pete’a Ku­ter­no­gi i Czar­no­bro­de­go. Prze­cho­wu­je starą broń – w rzeźbio­nym kre­den­sie i na ścia­nie – pi­sto­let skałkowy, kulę ar­mat­nią, garłacz i kuszę.

Po­wiew sztor­mu wpra­wia w drżenie drew­nia­ne żalu­zje, które stu­kają jak pałecz­ki per­ku­syj­ne. Juan wsta­je z łóżka i opusz­cza żalu­zje.

– Czułam, że przed czymś ucie­kasz, ale nie chcesz mi się zwie­rzyć.

Leży na boku, obrócona do nie­go ple­ca­mi.

– Nie chcę cię ni­czym obar­czać – za­pew­nia, nie do końca kłamiąc.

– Możesz, Ju­anie.

– Wszyst­ko będzie do­brze.

– Two­je imię i na­zwi­sko. Juan Gama. Wiem, że nie są praw­dzi­we.

– Chciałabyś po­znać moje praw­dzi­we…

– Nie. Chcę cię znać ta­kim, jaki je­steś.

Juan Gama – John Doe, myśli. Mu­siał stra­cić ro­zum. Całko­wi­ty idio­tyzm. No, ale za­wsze trak­to­wał życie jak grę.

Jest pe­wien, że ona śpi, kie­dy słyszy jej py­ta­nie:

– Wi­działeś dziś Pe­re­za?

– Nie – kłamie.

– Nie słyszałam, żeby wrócił. Ten okrop­ny sztorm, El Nor­te. Mam na­dzieję, że go nie do­padł.

Zim­ne wia­try północ­ne, które cza­sem się po­ja­wiają, miej­sco­wi na­zy­wają El Nor­te.

– Nic mu nie będzie. To duży chłopak.

– Nie jest dużym chłopa­kiem, Ju­anie. To dziec­ko.

Juan uda­je, że za­sy­pia.

– Cza­sem przy­po­mi­nasz mi Pe­re­za, Ju­anie.

Juan nie za­sy­pia. Nie po­tra­fi zmrużyć oka. Wie, że choć Char­lie wy­da­je się porządnym gościem, to jed­nak jego do­broć ma swo­je gra­ni­ce.

Gdy­bym tyl­ko miał pie­niądze, które mógłbym mu dać, ubo­le­wa w du­chu.

• • •

Char­lie Pe­asho­oter po­pi­ja kawę w La Par­ro­qu­ia; już daw­no minęła pora, kie­dy Juan Gama je śnia­da­nie. Char­lie jest roz­cza­ro­wa­ny, ale nie za­sko­czo­ny. Trud­no mu so­bie wy­obra­zić, by chci­wość przyćmie­wała komuś in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy, ale taka jest ludz­ka na­tu­ra.

Sztorm trochę zelżał. Nie przy­pra­wia już oczu o łzy i nie wzbi­ja małych tsu­na­mi w kałużach brud­nej wody. Nie jest to ide­al­na po­go­da na lot. Jed­nakże nie ma tego złego. Char­lie słyszy, jak taksówkarz przy sąsied­nim sto­li­ku skarży się kel­ne­ro­wi, że żaden sa­mo­lot nie może wylądować na lot­ni­sku z po­wo­du bocz­nych wiatrów i wody na pa­sie star­to­wym.

Lot­ni­sko, myśli Char­lie. Zda­je się na wy­czu­cie i pyta kel­ne­ra, gdzie jest Juan, i do­wia­du­je się od mężczy­zny, że Juan po­wie­dział, iż wy­la­tu­je dziś rano z mia­sta na krótką wy­cieczkę.

• • •

Pe­rez pa­trzy przez po­krytą stru­ga­mi wody szybę. Sa­mo­lot na pa­sie na­bie­ra szyb­kości, jego koła wzbi­jają pióro­pu­sze wody. Uno­si się bez tru­du nad zie­mią. Ma­szy­na Pe­reza mogłaby wznieść się z taką samą łatwością, żeby za­brać go pod­czas lotu po­wrot­ne­go do mia­sta Mek­syk, ale nie ma jej tu­taj. Można w ta­kich wa­run­kach wy­star­to­wać, ale nie wylądować, zo­stała więc zawrócona.

Pe­rez nie ro­zu­mie la­ta­nia – jak pod­czas złej po­go­dy sa­mo­lot może wzbić się w górę, ale nie może wylądować. Za­ma­wia w ba­rze jesz­cze jedną whi­sky. Taki już jego pech, że El Nor­te sza­le­je od trzech dni. Chwi­la­mi czu­je się tak, jak­by nad głową wi­siała mu wiel­ka czar­na chmu­ra.

Grin­go, chłopak jego sio­stry, od którego nig­dy nie do­stał na­wet peso, wręczył mu bi­let na sa­mo­lot i pie­niądze na je­dze­nie, bary i pokój ho­te­lo­wy, który za­re­zer­wo­wał w Mek­sy­ku. Grin­go po­wie­dział, że in­te­res, który miał tam załatwić, zo­stał odwołany, po co więc zmar­no­wać taką okazję?

Grin­go nie miał żad­nych in­te­resów, o których Pe­rez by wie­dział, i nie ru­szył się z domu od cza­su, kie­dy wlazł Te­re­sie do łóżka, ale Pe­rez się z nim nie spie­rał.

Pe­rez pije i się uśmie­cha. Po­dej­rze­wa, że za tym wszyst­kim stoi Te­re­sa, która chce, żeby brat usunął się na kil­ka dni, by mogła pobyć sama z grin­go i wyciągnąć od nie­go pro­po­zycję małżeństwa. Choć Juan nie jest kimś szczególnie atrak­cyj­nym jak na An­glo, Te­re­sa zda­je się go lubić bar­dziej niż on ją.

Jeśli cho­dzi o to, czy Juan zo­sta­nie, czy też nie, Pe­rez nie ma usta­lo­nej opi­nii. Fa­cet jest bo­ga­ty jak każdy grin­go, ale do chwi­li tego pre­zen­tu pod po­sta­cią wy­ciecz­ki nie po­ja­wiły się żadne pie­niądze. Dom należy również do Pe­re­za, a Te­re­sa jest pra­co­wi­ta. Przez brak szczęścia i złych szefów Pe­rez nie po­tra­fił się utrzy­mać w żad­nej ro­bo­cie, ale dzięki sio­strze na sto­le za­wsze jest fa­so­la i tor­til­le.

– Będzie tak lać przez czter­dzieści dni i nocy, jak w cza­sie po­to­pu? Jeśli zo­ba­czysz łódź ze zwierzętami, zwie­waj na wzgórza.

Pe­rez śmie­je się z tego okle­pa­ne­go dow­ci­pu, który padł z ust stojącego obok grin­go. Fa­cet posługu­je się łama­nym hisz­pańskim.

– Cho­ler­ny pech – ciągnie grin­go. – Na lot­ni­sku w Mek­sy­ku cze­ka na mnie moja dziew­czy­na.

– Człowie­ku, nie mu­sisz mówić mi o pe­chu – za­pew­nia Pe­rez.

– Spędziłem dwa ty­go­dnie w Cam­pe­che. Do­radz­two. Cho­ler­nie tęskni­my do sie­bie. Jeśli ro­zu­miesz, o co mi cho­dzi.

Pe­rez ro­zu­mie. Tam­ten się uśmie­cha sze­ro­ko i mru­ga. Jest tak uprze­dzająco grzecz­ny i od­zna­cza się głosem o tak do­sko­nałym brzmie­niu, że po­wi­nien być pre­zen­te­rem w ame­ry­kańskiej te­le­wi­zji.

– Współczuję, sta­ry. Jadę tam na urlop. Jeśli ma się pie­niądze, to wszędzie się można za­ba­wić.

Grin­go wzdy­cha.

– Kiep­sko z na­szym sa­mo­lo­tem. A ma nas od­wie­dzić sio­stra mo­jej dziew­czy­ny. Jest w two­im wie­ku. Dia­bel­nie gorąca.

Pe­rez pa­trzy na nie­go.

Grin­go uno­si dłonie i za­kreśla w po­wie­trzu kształt klep­sy­dry. Pe­rez znów sku­pia uwagę na sa­mo­lo­tach, które kołują na pa­sie star­to­wym i roz­bry­zgują wodę. Ostat­nio han­dlo­wał na uli­cy drew­nia­ny­mi re­pli­ka­mi statków pi­rac­kich, których nie chciał kupić żaden tu­ry­sta. A te­raz, kie­dy wresz­cie ma w port­fe­lu plik pe­sos, los po­zba­wia go przy­jem­ności.

Grin­go strze­la pal­ca­mi.

– Mam po­mysł. Po­dob­no w Me­ri­dzie się prze­jaśnia. Je­stem pe­wien, że star­tują stamtąd ja­kieś sa­mo­lo­ty. Da­le­ko to?

Me­ri­da, sto­li­ca sta­nu Ju­ka­tan, leży w od­ległości trzech go­dzin jaz­dy sa­mo­cho­dem, pro­sta dro­ga, wyjaśnia Pe­rez i do­da­je:

– Z po­wo­du po­go­dy może to po­trwać trochę dłużej, choć nie­wie­le.

– Mam sa­mochód, ale nie wiem, jak tam do­je­chać.

– Ja wiem – za­pew­nia Pe­rez.

– Wyświad­czyłbyś mi przysługę, uwal­niając mnie od sio­strzycz­ki. Wyglądasz na człowie­ka, który po­tra­fi to załatwić.

Ko­lej­ny uśmiech i mru­gnięcie. Jest miłym, przy­ja­ciel­skim gościem, poza tym łączy ich wspólny pro­blem.

– Dla­cze­go nie? – mówi Pe­rez. – Co mam do stra­ce­nia?

• • •

Następny dzień, nie­dzie­la, jest ja­sny w prze­ci­wieństwie do chłod­ne­go i posępne­go na­stro­ju Ju­ana. Te­re­sa pro­po­nu­je, żeby wzięli je­dze­nie i coś do pi­cia i po­szli na główny plac. Będzie kon­cert i wiel­ki tłum. Po­patrzą so­bie na lu­dzi i posłuchają mu­zy­ki.

– Prześla­dują cię de­mo­ny, które masz w głowie, a ja mar­twię się o Pe­re­za. Za­po­mni­my o tym – mówi.

Juan wzru­sza ra­mio­na­mi.

– Po­znał jakąś ko­bietę. To wszyst­ko.

– Spa­ko­wał wczo­raj rze­czy i nie po­wie­dział mi ani słowa.

– Jest do­rosły, Te­re­so.

– Tyl­ko według me­try­ki, Ju­anie.

Juan pusz­cza to mimo uszu. Pro­po­nu­je, żeby kupić je­dze­nie i drin­ki na stra­ga­nach, ale oszczędna Te­re­sa pa­ku­je chleb, ser i na­po­je. Od pla­cu dzie­li ich osiem prze­cznic; Juan nie­sie ko­szyk, drugą ręką ści­ska jej dłoń. Po­nie­waż to ko­niec ich związku, chwi­la wy­da­je się słodko-gorz­ka.

Juan jest prze­ko­na­ny, że Pe­rez prze­by­wa obec­nie w mieście Mek­syk, że je, pije i używa so­bie na całego. I wie, że wy­sta­wiając Char­lie­go do wia­tru, naraża się na poważne re­per­ku­sje. Juan wy­obraża so­bie, jak Char­lie uda­je się na lot­ni­sko i wyciąga od­po­wied­nie in­for­ma­cje od jego pra­cow­ników. In­for­ma­cje do­tyczące pla­nu podróży Ju­ana Gamy.

Gdy­by Char­lie wie­dział, gdzie miesz­ka, to zja­wiłby się u Te­re­sy, nie w knaj­pie. Juan ob­li­cza, że ma je­den dzień, by uciec. Dzi­siaj.

Siedząc na ławce, pa­trzy na lu­dzi i ka­pelę. Nie wi­dzi i nie słyszy ni­cze­go. Jego myśli wędrują ku ru­let­ce, naj­czyst­szej z gier w ka­sy­nie.

Samo koło, bo­ga­to in­kru­sto­wa­ne drew­nem, wi­rujące na pre­cy­zyj­nych łożyskach, jest two­rem piękna. Czy to w ru­chu, czy w spo­czyn­ku, po­tra­fi hip­no­ty­zo­wać. Od gra­cza nie wy­ma­ga się ja­kie­go­kol­wiek uczest­nic­twa. Kładzie się na plan­szy pie­niądze, a kru­pier je zgar­nia.

Juan Gama, spe­cja­li­sta od sta­ty­sty­ki z ma­te­ma­tycz­nym umysłem; kto jak kto, ale on po­wi­nien od­zna­czać się rozsądkiem. Nie po­tra­fił się po­wstrzy­mać, tak jak człowiek uza­leżnio­ny od he­ro­iny nie po­tra­fi się po­wstrzy­mać przed wbi­ciem igły w żyłę. Na po­do­bieństwo jed­ne­go z tych zde­ge­ne­ro­wa­nych ha­zar­dzistów tra­cił swo­je zy­ski z li­cze­nia kart równie szyb­ko, jak się po­ja­wiały.

Ma dość pie­niędzy, by przeżyć następny rok. A po­tem co? Będzie się o to mar­twił po upływie dwu­na­stu mie­sięcy. Dzi­siaj pro­blem sta­no­wi Char­lie.

Wy­ro­zu­miały Char­lie… Czy oka­załby współczu­cie, gdy­by Juan zdołał go prze­ko­nać, że stra­cił mnóstwo pie­niędzy, grając w ru­letkę? Jak brzmi to po­wie­dzon­ko? Je­steś tyl­ko chwi­lo­wym właści­cie­lem za­sobów ka­sy­na? Czy Char­lie prze­ka­załby swo­im sze­fom, że mimo wszyst­ko od­zy­ska­li swo­je pie­niądze, bo wróciły do nich?

Ja­sne, cze­mu nie. Cuda się zda­rzają.

– Do­brze się czu­jesz? – pyta Te­re­sa.

– Co?

– Nie chcesz ze mną roz­ma­wiać. Jak­byś był w tran­sie.

– Prze­pra­szam.

Te­re­sa wsta­je z miej­sca.

– Po­nie­waż nie ba­wisz się do­brze, ja też nie po­tra­fię. Zresztą i tak chcę spraw­dzić, czy Pe­rez jest w domu.

Dla­cze­go nie? – myśli Juan, pod­nosząc się wol­no z ławki. Obej­mu­je Te­resę i ru­szając nie­spiesz­nie, za­czy­na opo­wia­dać jej o wszyst­kim.

• • •

Char­lie Pe­asho­oter jest pod wrażeniem. To małe miesz­ka­nie spra­wia wrażenie nie­zwy­kle schlud­ne­go, a sa­lon to an­ty­kwa­riat pełen mi­li­ta­riów, nie wspo­mi­nając już o ga­le­rii łotrzyków: pi­ra­ci i ko­lo­nial­ni bo­ga­cze na por­tre­tach. Widać do­tyk ko­bie­cej dłoni – ser­wet­ki i woń świe­czek. Wystrój jest za­pew­ne dziełem sio­stry tego pe­cho­we­go chłopa­ka z pro­ble­mem al­ko­ho­lo­wym.

Żeby do­stać się do ter­mi­na­lu, Char­lie kupił bi­let do Can­cu­in. Kie­dy nie za­uważył nig­dzie Ju­ana, wy­snuł lo­gicz­ny wnio­sek, że fa­cet posłużył się kimś w swo­im pla­nie, ob­li­czo­nym na zmy­le­nie prze­ciw­ni­ka. Ko­lej­ny ele­ment lo­gi­ki: po co Juan miałby się wy­pa­plać przed kel­ne­rem, jeśli chciał zwiać z mia­sta? Wy­star­czyło dać w łapę pra­cow­ni­ko­wi biu­ra i do­wie­dzieć się, że człowiek o imie­niu Pe­rez też nabył bi­let. I zi­den­ty­fi­ko­wać go.

Nie­wy­klu­czo­ne, że nie­uczci­we zy­ski Ju­ana Gamy nie znaj­dują się na ja­kimś za­gra­nicz­nym kon­cie, myśli Char­lie. Może Juan jest sta­roświec­ki i cho­wa wszyst­ko w ma­te­ra­cu. Do­mysł oka­zu­je się słuszny. W pudełku na buty, w małym schow­ku za gar­de­robą, być może nie­zna­nym na­wet pani domu, znaj­duje się dru­gie pudełko z piętna­sto­ma tysiącami w zie­lo­nych i pe­sos.

Juan pod­su­wa mu drobną sumkę. Będą jed­nak mu­sie­li uciąć so­bie po­gawędkę o tym kon­cie na Wiel­kim Kaj­ma­nie.

Char­lie wygląda przez szcze­linę w zasłonach. I oto jest ten śmier­dziel, wra­ca do domu z pik­ni­ku. Jego uro­czo pulch­na dama ma za­czer­wie­nio­ne oczy i ści­ska jak skarb chu­s­teczkę. Char­lie cofa się w mrok.

• • •

– Jak mogłeś zro­bić Pe­re­zo­wi coś ta­kie­go? – pyta nie po raz pierw­szy pociągająca no­sem Te­re­sa. – Wy­sta­wić go na wa­bia?

– Hej, świet­nie się te­raz bawi – za­pew­nia Juan. – Char­lie szu­ka mnie, nie Pe­re­za. Nic mu się nie sta­nie.

– Już coś się stało. Czuję to. Jak mogłeś mnie przez tyle mie­sięcy oszu­ki­wać?

– Nie oszu­ki­wałem. Tyl­ko, hm, nie mówiłem ci wszyst­kie­go. Ale za­mie­rzałem to wkrótce zro­bić.

– Kłamiesz. Kie­dy wyjeżdżasz?

– Bezzwłocznie. Wrócę, jak tyl­ko będę mógł. Obie­cuję.

– Kłamiesz. Co to za za­pach?

Są już w środ­ku. Juan ma właśnie za­mknąć drzwi, kie­dy za­sty­ga bez ru­chu. On też to wy­czu­wa.

– Męskie per­fu­my. Nig­dy ich nie używałeś.

– Ja używam. – Char­lie wyłania się z cie­nia. – Proszę mi wy­ba­czyć. Drzwi były otwar­te.

– Kłamiesz – oświad­cza Te­re­sa, co­fając się w stronę Ju­ana.

Juan sta­je przed nią, chro­niąc ją swo­im ciałem.

– Posłuchaj, Char­lie, po­trze­buję jesz­cze kil­ku dni.

Char­lie wzdy­cha i robi współczującą minę.

– Ju­anie, Ju­anie, Ju­anie. Trze­ba się było zdo­być na szcze­rość. Za­wiodłem się na to­bie. Do­szli­byśmy do po­ro­zu­mie­nia.

Juan zwie­sza głowę.

– Gdzie jest mój brat? – pyta Te­re­sa.

– Młody obie­cujący człowiek. Mogę się założyć, że hula so­bie w Mek­sy­ku. Och, prze­pra­szam, sio­stro – od­po­wia­da Char­lie, mru­gając przy tym po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Kłamiesz. On też. Obaj kłamie­cie.

Char­lie pa­trzy na Ju­ana wzro­kiem pełnym roz­ba­wie­nia.

– No cóż, wiem, skąd po­cho­dzi określe­nie „mek­sy­kańska złośnica”, szczęścia­rzu. No do­bra, Ju­anie, jak wygląda na­sza sy­tu­acja?

– Jesz­cze je­den dzień, Char­lie. Jest pro­blem z nu­me­ra­mi kont…

– Prze­stań go okłamy­wać, to może on prze­sta­nie okłamy­wać mnie.

– Słucham? – zwra­ca się do niej Char­lie.

Te­re­sa pa­trzy na nie­go, wpa­tru­je się w jego mar­twe, ser­decz­ne oczy. Wie, że to się nie skończy do­brze.

– Nie ma żad­nych pie­niędzy oprócz tych, które cho­wa w moim domu, i myśli, że o tym nie wiem. Po­wiedz mi, gdzie jest mój brat, a będziesz mógł wziąć tę forsę i pójść so­bie.

– Nie ma pie­niędzy? – zwra­ca się do Ju­ana Char­lie. – Muszą być.

– Są. Na­prawdę są, Char­lie.

Juan wy­ma­wia słowo „na­prawdę” jak sprze­daw­cy sa­mo­chodów w te­le­wi­zyj­nych re­kla­mach. Char­lie uświa­da­mia so­bie te­raz, że nie ma żad­nych pie­niędzy. Przy­kry fakt, owszem, ale roz­wiąza­nie tej sy­tu­acji się nie zmie­ni.

Przy­su­wa się do Ju­ana, kle­pie go po ra­mie­niu i mówi:

– Pie­niądze. Sko­ro tak twier­dzisz. Do­sko­na­le. Do diabła, wy­star­czy zna­leźć te­le­fon i wyjaśnić wszyst­ko. Miej­my to już z głowy, okay?

Juan stoi jak przy­ku­ty do miej­sca.

Char­lie ob­da­rza go uj­mującym uśmie­chem, a po­tem daje kuk­sańca, który jest dość bo­le­snym kuk­sańcem.

– Chodź, ważnia­ku, je­den te­le­fon wszyst­ko załatwi.

– Nie – mówi chra­pli­wym szep­tem Te­re­sa.

Ale nie stoi już tam, gdzie po­przed­nio, za ple­ca­mi Ju­ana. Prze­sunęła się w cień. Może ją też będzie mu­siał załatwić. Trzy zle­ce­nia za cenę jed­ne­go. Życie jest jed­nak nie­spra­wie­dli­we.

Zdążył już nie­mal wy­pchnąć Ju­ana na zewnątrz. Trzy­mając moc­no za nad­gar­stek swoją ofiarę, Char­lie się od­wra­ca. Mru­ga, przy­zwy­cza­jając wzrok do mro­ku, i spogląda z tym swo­im uśmie­chem na Te­resę. Zer­ka na ścianę pełną pi­rac­kich pamiątek. Cze­goś tam bra­ku­je.

Sięga do kie­sze­ni, do­znając olśnie­nia i wiedząc, co to ta­kie­go. Sięga za późno. W chwi­li gdy do­by­wa pi­sto­le­tu, bełt prze­szy­wa mu krtań.

– Raz już prze­gna­liśmy ta­kich jak ty. Możemy zro­bić to po­now­nie – oświad­cza Te­re­sa.

Nie mówi do Char­lie­go Pe­asho­ote­ra, który leży na podłodze i jej nie słyszy. Mówi do Ju­ana, który wy­pa­da za drzwi i rzu­ca się do uciecz­ki, pod­czas gdy ona znów ładu­je kuszę.

R.A. Al­len

Szma­rag­do­we Wy­brzeżeZ „The Li­te­ra­ry Re­view”

Nie wy­czu­wało się wia­tru. Nie­bie­sko­zie­lo­na po­wierzch­nia za­to­ki była całko­wi­cie płaska, a nad nią zwie­szały się opa­ry – za­ni­kająca po­zo­stałość po­ran­nej mgły. Apa­tycz­ne fale ob­my­wały z plu­skiem linię przypływu. Wa­itron za­pa­lił pa­pie­ro­sa, opie­rając się nie­dba­le o drew­nianą ba­lu­stradę, która ota­czała ta­ras Joe’s Crab Trap. Chwi­la po­ran­ne­go za­sto­ju: bar­ma­ni przy­go­to­wy­wa­li sałatki owo­co­we z myślą o wcze­snym wie­czo­rze, po­moc­ni­cy kel­ne­ra za­mia­ta­li z de­sek za­piasz­czo­ne fryt­ki, per­so­nel re­stau­ra­cji od­da­wał się kie­ra­to­wi ubocz­nych zajęć, za które nikt mu nie płacił, ale których wy­ma­gało oszczędne sze­fo­stwo; nikt nie miał za­mia­ru za­trud­niać lu­dzi do pu­co­wa­nia lu­ster, od­ku­rza­nia sto­lar­ki, po­le­ro­wa­nia sta­li i cze­go tam jesz­cze.

Z po­wo­du mgiełki blask słońca był roz­pro­szo­ny i wszędo­byl­ski. Wa­itron czuł, jak drażni mu siatkówki oczu na­wet w cie­niu za­da­sze­nia. Mgiełka tłumiła też odgłosy plaży: pisk dzie­ci, głuche ude­rze­nia piłki siat­ko­wej, strzępy mu­zy­ki, prze­raźliwe krzy­ki mew. Prze­su­wał wzro­kiem wzdłuż wy­brzeża, ze wscho­du na zachód, tak da­le­ko, jak po­zwa­lał mu na to wzrok. Ile ko­biet mógł do­strzec między zni­kającymi bie­gu­na­mi w polu jego wi­dze­nia? Trzy­sta? Po­nad pięćset? Z pew­nością mniej, niż było ich w sierp­niu.

Na­ra­stała w nim po­trze­ba, bu­zująca ni­czym para – po­trze­ba sek­su-plus. Seks-plus sta­no­wił spełnie­nie, o którym, jak do­sko­na­le wie­dział, nig­dy nie marzą prze­ciętni mężczyźni; on jed­nak czer­pał z nie­go nie­by­wałą sa­tys­fakcję. Miała jed­nak swoją cenę, a była nią sama po­trze­ba – chęć – która przy­po­mi­nała jed­no­cześnie głód, łaknie­nie wody i pragnie­nie nar­ko­ty­ku. Nad­szedł czas, by za­zna­czyć to te­ry­to­rium i ru­szyć da­lej. Tego wie­czo­ru kończył się jego tur­nus, on sam zaś miał się spa­ko­wać i ru­szyć za kil­ka dni do Ko­lo­ra­do, po­now­nie zni­kając w ru­cho­mym świe­cie se­zo­no­wych kel­nerów. Pora była od­po­wied­nia, jak ko­rzyst­na dla nie­go ko­niunk­cja pla­net. Mu­siał zna­leźć tę od­po­wied­nią ko­bietę. Mu­siał spróbować jesz­cze tej nocy.

– Ro­bert? – Nie kto inny, tyl­ko Hol­comb, szef dzien­nej zmia­ny; je­dy­ny, który zwra­cał się do nie­go po imie­niu, tym praw­dzi­wym. Stał w drzwiach, z rękami na bio­drach. – Mógłbyś w miarę szyb­ko od­ku­rzyć wen­ty­la­to­ry?

Był to je­den z ubocz­nych obo­wiązków Wa­itro­na, co za­wdzięczał swo­je­mu wy­so­kie­mu wzro­sto­wi. Przez se­kundę czy dwie pa­trzył na Hol­com­ba zim­nym wzro­kiem.

– Jak skończę palić – od­parł, strząsając popiół na de­ski ta­ra­su.

Hol­comb wszedł z po­wro­tem do re­stau­ra­cji. Nie mógł nic więcej po­wie­dzieć i obaj do­sko­na­le o tym wie­dzie­li – se­zon do­biegł końca. Wa­itron po­now­nie sku­pił uwagę na plaży. Ile dziewcząt w wie­ku od dwu­na­stu do dwu­dzie­stu czte­rech lat? Ile z od­po­wied­ni­mi włosa­mi? Z od­po­wied­nim ciałem?

W jego zamyśle­nie wdarł się stu­kot – jakiś człowiek wy­mie­niał gon­ty na da­chu główne­go bu­dyn­ku re­stau­ra­cji. Wa­itron ob­ser­wo­wał go obojętnie. De­karz za­li­czał się do typu bu­dow­lańców, od których jesz­cze kil­ka se­zonów wcześniej roiło się w De­stin. Nie­chluj­ne włosy i bro­da, półnagi i opa­lo­ny na nie­praw­do­po­dob­ny brąz, je­den z nie­zli­czo­ne­go motłochu przy­ciąga­ne­go z rol­ni­czych re­jonów południo­we­go wscho­du przez boom bu­dow­lany na szma­rag­do­wym wy­brzeżu ka­li­for­nij­skiej en­kla­wy. Śred­niej po­stu­ry, małpiej bu­do­wy ciała, same ścięgna i żyły. Pas z narzędzia­mi na dżin­sach z obciętymi no­gaw­ka­mi i para brud­nych te­nisówek. W oczach Wa­itrona był do­sko­nałym oka­zem swo­jej kla­sy: bie­dak z Geo­r­gii albo północ­nej Flo­ry­dy, wy­wodzący się z tak zwa­nej białej hołoty, której życie ob­ra­cało się wokół nie­wy­ma­gającej pełnych kwa­li­fi­ka­cji pra­cy, ta­nie­go piwa i awan­tur na osie­dlu przy­czep miesz­kal­nych. Na górze musi być ze czter­dzieści pięć stop­ni, myśli Wa­itron. Jak on to wy­trzy­mu­je?

Jak­by wy­czu­wając czyjś wzrok, de­karz prze­rwał pracę i przy­kucnął na łagod­nie na­chy­lo­nej po­wierzch­ni da­chu, wsparłszy nad­garst­ki na ko­la­nach. W dłoni kołysał mu się młotek. Po­pa­trzył na Wa­itro­na. Miał na le­wym mięśniu trójgłowym pry­mi­tyw­ny ta­tuaż: oko. Wa­itron po­czuł, jak gdzieś z za­ka­marków pamięci napływa ostrzeżenie. De­karz wciąż wle­piał w nie­go spoj­rze­nie bla­dych oczu osa­dzo­nych w jastrzębiej twa­rzy. Wa­itron odwrócił wzrok.

• • •

Oakley cho­dził tam i z po­wro­tem po bal­ko­nie, ule­gając po­nu­re­mu na­stro­jo­wi, który go ogarnął.

– Na­zy­wają nas hołotą z przy­czep miesz­kal­nych – oznaj­mił. – A po­nie­waż świat przy­piął nam taką łatkę, je­steśmy ska­za­ni na zwierzęcą eg­zy­stencję.

– Tak so­bie myślę, że wy­ni­ka to z na­sze­go uro­dze­nia – od­parł łagod­nie Spar­row. – Oso­biście nie czuję się jak hołota.

Od piątej rano wbi­jał gwoździe w kosz­mar­nym upa­le. Te­raz, kie­dy już wziął prysz­nic i prze­brał się w czy­ste rze­czy, chciał się tyl­ko zre­lak­so­wać przy pi­wie, pod­czas gdy słońce za­cho­dziło nad piękną za­toką w dole.

– Czy­tałeś Hob­be­sa, kie­dy sie­działeś w Fo­un­ta­in?

– Tak, czy­tałem Le­wia­ta­na. I eg­zem­plarz Woj­ny pe­lo­po­ne­skiej, który mi przysłałeś. Czy­tałem mnóstwo. Nic się nie zmie­nia: od­wa­lasz ro­botę po czter­dzieści centów za go­dzinę, ćwi­czysz na siłowni, idziesz żreć, kie­dy ci każą, i śpisz, kie­dy gaszą światło. Po­zo­sta­je cho­ler­nie dużo cza­su na naukę.

– Nie od­sta­wiasz ko­mu­ni­stycz­nej pro­pa­gan­dy, co? – zażar­to­wał Spar­row.

– Nie. Mówię tyl­ko, że…

Oakley wy­szedł trzy ty­go­dnie wcześniej. Nieszczęsna fa­scy­na­cja skle­pem ju­bi­ler­skim w Do­than kosz­to­wała go dwa lata i dzie­sięć mie­sięcy.

Spar­row i Oakley byli przy­ja­ciółmi od cza­su szkoły pod­sta­wo­wej na bez­i­mien­nym, pa­lo­nym słońcem osie­dlu, gdzieś na pe­ry­fe­riach Mary Es­ther na Flo­ry­dzie – mia­stecz­ka z ciągiem sklepów, za­wdzięczającemu swe ist­nie­nie po­bli­skiej ba­zie lot­ni­czej. Przeżywa­li wspólnie zarówno chwi­le radości, jak i smut­ku i nieśli so­bie na­wza­jem po­moc w więzie­niu i na wol­ności.

Sie­dzie­li te­raz na bal­ko­nie sy­pial­ni Oakleya na pierw­szym piętrze sta­re­go mo­te­lu Spin­drift, re­lik­tu z lat pięćdzie­siątych, te­raz opusz­czo­ne­go – czerw­co­wy hu­ra­gan na­ru­szył pa­lo­wa­nie, co za­grażało sta­bil­ności za­chod­nie­go skrzydła. Na jego miej­scu, za rok o tej sa­mej po­rze, miał stanąć pa­ste­lo­wy wieżowiec, który można było so­bie obej­rzeć na bil­l­bo­ar­dzie. Oakley miesz­kał tu po kry­jo­mu dzięki do­bro­ci fa­ce­ta o ksy­wie Two-Ele­ven, za­trud­nio­ne­mu nie­gdyś w mo­te­lu w cha­rak­te­rze złotej rączki, obec­nie tym­cza­so­we­go stróża, a także ich sta­re­go kum­pla z więzie­nia. Dla fa­ce­ta nie było z tym żad­ne­go pro­ble­mu, bo zakładał, że de­we­lo­per i tak go zwol­ni, kie­dy przyśle bul­dożery – co mogło nastąpić lada dzień.

Dzięki ukry­te­mu pod pia­skiem sześćdzie­sięcio­me­tro­we­mu ka­blo­wi Oakley kradł prąd od nie­obec­nych właści­cie­li sąsied­nie­go apar­ta­men­tu; wy­star­czało na lodówkę, grzej­nik o po­jem­ności pięćdzie­sięciu pięciu litrów i kil­ka żarówek. Nie było kli­ma­ty­za­cji, ale pod ko­niec września upał tak bar­dzo nie do­ku­czał, żeby nie dało się spać – mniej więcej. Źródłem pie­niędzy na pod­sta­wo­we po­trze­by były dzien­ne wy­pra­wy w cha­rak­te­rze po­moc­ni­ka na wy­czar­te­ro­wa­nych łodziach, które wypływały z East Pass, sprze­daż wędkar­skich ha­czyków tu­ry­stom, ob­ra­bia­nie ich połowów, szo­ro­wa­nie pokładów i nad­bur­cia, do­star­cza­nie lodu na łodzie – krótko mówiąc, pośled­nie ro­bo­ty nad­brzeżnego wy­rob­ni­ka. Jed­nak Oakley, który nie lubił, by nim dy­ry­go­wa­no, i którego drażnił wład­czy styl ka­pi­tanów, zy­ski­wał na przy­sta­ni re­pu­tację mal­kon­ten­ta. Dru­gie źródło jego do­cho­du sta­no­wiły „pra­ce do­ryw­cze”, jak wyjaśnił Spar­ro­wo­wi.

Pa­trzy­li, jak jakaś para młodych lu­dzi zbliża się do krawędzi wody i rozkłada na kocu. W prze­ko­na­niu Spar­ro­wa dziew­czy­na ożywiała nud­ny kra­jo­braz plaży. Robiła wrażenie – płowowłosa blon­dyn­ka poniżej dwu­dziest­ki. Wbrew prze­pi­som usta­no­wio­nym przez miej­sco­wych strażników porządku społecz­ne­go miała na so­bie wyjątko­wo skąpe bi­ki­ni – ko­ra­lo­we w od­cie­niu, pa­ro­dia stro­ju plażowe­go. Spar­row po­czuł dreszcz.

– Pie­przyłeś od cza­su, jak cię zwol­ni­li?

– Spo­tkałem się ze dwa razy z Am­ber, kie­dy ten zastępca sze­ry­fa, z którym się związała, miał służbę, ale dziew­czy­na za­czy­na się robić opor­na.

Spar­row przy­po­mniał so­bie gorącą i wy­niosłą Am­ber. Par­sknął iro­nicz­nym śmie­chem.

Oakley przyglądał się jesz­cze przez chwilę dziew­czy­nie w skąpym stro­ju, po­tem odwrócił wzrok, jak­by ten wi­dok spra­wiał mu ból.

– Męczy mnie brak for­sy, bra­cie. Po­trze­buję szma­lu. Bez pie­niędzy nie możesz być tym, kim chcesz. Krótko mówiąc: muszę od­szu­kać Davy’ego Red­sto­ne’a.

– Tego pa­se­ra?

– Tak. Wisi mi trzy tysiące dolców za to­war z lom­bar­du, do którego się włamałem, za­nim mnie przy­mknęli. Słyszałem, że fa­cet prze­sia­du­je w ba­rze na północ od Brid­ge trzy­sta trzy­dzieści je­den, w tej kiep­skiej knaj­pie. Wiesz, Oko Sowy. Chcę, żebyś ze mną po­szedł. Żebyś mnie osłaniał.

– To było czte­ry lata temu. Red­sto­ne wy­pnie się na cie­bie.

– Przy­pomnę mu, że dług to dług. Jak za­cznie mi wci­skać kit, to mu dołożę.

Spar­row skinął głową. Nie miał żad­nych wątpli­wości, że vio­len­cia jest praw­do­po­dob­na, może na­wet nie­unik­nio­na. Po­mi­jając staż więzien­ny, Oakley od­zna­czał się siłą i spraw­nością, które służyły jego wy­bu­cho­wej na­tu­rze. Je­den pro­blem: Red­sto­ne nie ru­szał się nig­dzie bez swo­ich lu­dzi. Gdy­by doszło do rozróby, mie­li­by do czy­nie­nia z prze­wagą.

– Będzie ze swo­imi gośćmi – za­uważył Spar­row.

– Nie mam wy­bo­ru.

– Je­stem z tobą, bra­cie.

„Osłaniać” – ozna­czało w ich przy­pad­ku prośbę o wspar­cie, nie­za­prze­czalną i nie­pod­ważalną. A od­po­wiedź Spar­ro­wa była szcze­ra jak czy­ste złoto, szcze­ra w ob­li­czu uwięzie­nia, szcze­ra w ob­li­czu poważnej kon­tu­zji, szcze­ra w ob­li­czu śmier­ci. Obo­wiązek wy­ni­kający z przy­mie­rza, które się wykuło w daw­nych trud­nych cza­sach.

Obo­wiązek. Kie­dyś Spar­row przyjąłby za­po­wiedź bru­tal­nej kon­fron­ta­cji z niekłamaną radością. Ale w mar­cu skończył trzy­dzieści trzy lata. Czy­tał gdzieś, że ten wiek to punkt zwrot­ny w życiu na­wet naj­tward­szych lu­dzi: uświa­da­mia­li so­bie na­gle, że czas płynie. On też so­bie to uświa­da­miał, jak­by nad głową bił mu wiel­ki dzwon. Do­pusz­czał się przeróżnych przestępstw i wy­kro­czeń od dwu­na­ste­go roku życia – większość wiązała się z kra­dzieżami, nie­kie­dy bru­tal­ny­mi i w większości do­ko­ny­wa­ny­mi z po­mocą Oakleya. Jed­nak pod­czas ostat­niej nie­uda­nej ro­bo­ty Oakley sie­dział za krat­ka­mi. Spar­row zmówił się z fałsze­rzem działającym w Atlan­cie – daw­nym kum­plem z więzie­nia – i przez dwa mie­siące roz­pro­wa­dzał lewe dwu­dziest­ki na Ka­ra­ibach. Fe­de­ral­ni cze­ka­li na nie­go przy bram­ce lot­ni­ska między­na­ro­do­we­go w Mia­mi. Na sześciu po­li­cyj­nych na­gra­niach od­gry­wał gwiazdę – własne­go świad­ka oskarżenia.

Władze skon­fi­sko­wały wszyst­ko, co tyl­ko mogły zna­leźć. A to, cze­go nie mogły zna­leźć, za­brał ad­wo­kat. Spar­row do­stał trzy­dzieści mie­sięcy i od­sie­dział wszyst­ko co do dnia w więzie­niu fe­de­ral­nym w Ma­rian­nie, nie mogąc li­czyć na przed­ter­mi­no­we zwol­nie­nie za do­bre spra­wo­wa­nie. Nie cho­dziło o to, że nie mógł wy­trzy­mać. Po pro­stu w pu­dle człowiek miał świa­do­mość, że sys­tem praw­ny zżera mu przyszłość.

Tuż po zwol­nie­niu po­znał Mar­le­ne, w której się za­ko­chał i do której się wpro­wa­dził. Była urzędniczką w biu­rze poręczy­cie­la w Fort Wal­ton. Miała czte­ro­let­nią córeczkę, która uwiel­biała go z nie­wia­do­me­go po­wo­du. Do­szedł więc do wnio­sku: to bez zna­cze­nia, czy do końca życia będzie de­ka­rzem, ko­pa­czem rowów albo po­my­wa­czem – nie za­mie­rzał więcej iść za krat­ki. Czuł się zo­bo­wiązany wo­bec Mar­le­ne. A co do małej Jo­nqu­il, to chciał być dla niej oj­cem, którego nig­dy nie znała. Czy Oakley by to zro­zu­miał? Spar­row miał co do tego wątpli­wości. W tej chwi­li chciał być tyl­ko w domu i oglądać te­le­wizję. Lecz Mar­le­ne wy­je­chała do Way­cross od­wie­dzić matkę, co tłuma­czyło, dla­cze­go on sie­dział te­raz z Oakley­em. Miał głęboką na­dzieję, że nie znajdą Red­sto­ne’a.

– Kie­dy chcesz do nie­go iść? – spy­tał.

– Od razu.

– Skończyła mi się ben­zy­na.

– Weźmie­my mój sa­mochód.

– Kie­dy załatwiłeś so­bie wóz?

– Parę dni temu. Stoi na par­kin­gu pod Hamp­ton. Tu­taj mógłby przy­ciągnąć uwagę. Weź resztę piwa. Idzie­my.

Spar­row ob­rzu­cił plażę ostat­nim tęsknym spoj­rze­niem. Wzma­gał się wiatr.

Hamp­ton Inn znaj­do­wało się w od­ległości dwóch prze­cznic na wschód, przy Sce­nic 98 – sta­no­wiącej nie­gdyś część au­to­stra­dy 98, skąd roz­ciągał się wi­dok na plażę – i dwie prze­cznice na północ. Z Hamp­ton nie można było zo­ba­czyć za­to­ki. Oko­li­ca przy­ciągała nie­zbyt zamożnych lu­dzi – głównie dzie­cia­ki albo ro­dzi­ny ro­bot­ników, którzy oszczędza­li, żeby za­pew­nić po­cie­chom kil­ka dni nad mo­rzem. Siedząc na da­chach, Spar­row ich wi­dział: mamę, tatę i przychówek. Szli gęsie­go – poważni jak żałob­ni­cy – wzdłuż wy­sy­pa­ne­go żwi­rem po­bo­cza z dostępem do plaży, w san­dałach i stro­jach kąpie­lo­wych, obłado­wa­ni ręczni­ka­mi, lodówka­mi prze­nośnymi, ma­te­ra­ca­mi, pa­ra­so­la­mi i in­ny­mi kla­mo­ta­mi.

Oka­zało się, że wóz Oakleya to sta­ry mo­del For­da Tau­ru­sa. Spar­row wsiadł do sa­mo­cho­du i przyj­rzał się uważnie wnętrzu.

– Zwędziłeś wóz z wypożyczal­ni – za­uważył, oglądając ko­lumnę kie­row­ni­cy.

– Tak, ale ta­bli­ce są świeże.

– Jezu.

Oakley uśmiechnął się sze­ro­ko.

– Nie martw się, bra­cie. Będę je­chał zgod­nie z prze­pi­sa­mi.

• • •

– Wi­taj­cie, będę dziś wie­czo­rem was obsługi­wał – oznaj­mił, co sta­no­wiło jego ulu­bio­ny zwrot i przełamy­wało pierw­sze lody, wywołując na ustach gości uśmiech. – Czy mogę na początek za­pro­po­no­wać kok­tajl?

Przy sto­li­ku sie­działy dwie pary po czter­dzie­st­ce i na­sto­let­nia dziew­czyn­ka – córka jed­nej z nich, jak przy­pusz­czał. Dorośli chcie­li kok­taj­le. Kie­dy się za­sta­na­wia­li nad wy­bo­rem, Wa­itron przyglądał się z uwagą dziew­czyn­ce. Miała niewłaściwe włosy – zbyt długie, zbyt ja­sne.

Od­chodząc z zamówie­niem na drin­ki, za­uważył przy ba­rze sa­motną dziew­czynę. Była od­po­wied­nia: drob­nej bu­do­wy ciała, ciem­ne włosy do ra­mion, dwa­dzieścia kil­ka lat. Twarz też wy­da­wała się w porządku – nie­co gor­sza wer­sja Drew Bar­ry­mo­re. Oku­la­ry sta­no­wiły do­dat­ko­wy atut. Zja­wiając się tu­taj z tymi roz­pusz­czo­ny­mi włosa­mi, pro­siła się o seks-plus.

Sto­lik, który obsługi­wał, był już ostat­nim w cza­sie tej zmia­ny. Gdy­by dziew­czy­na przy ba­rze zo­stała do końca, sta­no­wiłoby to ko­lej­ny znak.

Przy­po­mi­nała mu nu­mer czte­ry, który rozkładał się już od ja­kichś dwóch lat w dole znaj­dującym się na za­le­sio­nym te­re­nie około pięćdzie­sięciu metrów od po­bo­cza au­to­stra­dy 7, parę ki­lo­metrów za Nor­walk w Con­nec­ti­cut. Jak w wy­pad­ku po­zo­stałych, za­pa­miętał dokład­nie współrzędne jej miej­sca spo­czyn­ku: kar­ta prze­tar­go­wa, dzięki której mógł uniknąć celi śmier­ci, gdy­by go złapa­li.

Słońce zaszło. Goście przy jego sto­li­ku zre­zy­gno­wa­li z de­se­ru, ale jed­na z ko­biet ku jego iry­ta­cji miała ochotę na kawę. Zerknął na dziew­czynę przy ba­rze. Właśnie zamówiła ko­lejną mar­ga­ritę. Szczęście wciąż mu do­pi­sy­wało.

Wa­itron upo­rał się z kasą, a po­tem przestępował z nogi na nogę przy sta­no­wi­sku kel­nerów, za­wi­jając sztućce w ser­wet­ki i ob­ser­wując dziew­czynę. W końcu dopiła drin­ka, zapłaciła i wyszła, ale nie od stro­ny par­kin­gu przy tra­sie 98, tyl­ko od stro­ny schodów pro­wadzących na plażę. Do­sko­na­le. Wa­itron po­czuł, jak roz­dy­mają mu się noz­drza, a płuca nie­mal roz­ry­wa przy­spie­szo­ny od­dech. Po­li­czył do dzie­sięciu, po czym wy­szedł fron­to­wy­mi drzwia­mi. Po­biegł przez par­king do sa­mo­cho­du, z którego za­brał torbę z po­trzeb­ny­mi rze­cza­mi, a następnie ob­szedł z boku bu­dy­nek re­stau­ra­cji i ru­szył ku plaży. Jej białe szor­ty ułatwiały śle­dze­nie, kie­dy zmie­rzała na wschód, stąpając boso po mo­krym pia­sku, tuż przy li­nii wody.

• • •

Oakley wci­skał gaz do de­chy w dro­dze po­wrot­nej przez za­tokę Choc­ta­what­chee; strzałka szyb­kościo­mie­rza do­cho­dziła do 170. Tau­rus szar­pał jak wier­tar­ka pneu­ma­tycz­na, po­nie­waż w trak­cie po­spiesz­nej uciecz­ki z Oka Sowy za­ha­czy­li o za­par­ko­waną półciężarówkę i te­raz przód wozu utra­cił geo­me­trię.

– Bry­ka się roz­pa­da – za­uważył Spar­row, trzy­mając się podłokiet­ni­ka przy drzwiach.

– Mu­si­my zje­chać z tego mo­stu – po­wie­dział Oakley. – Jeśli we­zwa­li gli­ny, może być kiep­sko.

Spar­row sądził, że jego mo­dli­twy zo­stały wysłucha­ne, kie­dy we­szli do knaj­py i nie za­sta­li pa­se­ra. Po­sie­dzie­li przez chwilę przy ba­rze, chcąc wyciągnąć od małomówne­go bar­ma­na, gdzie jest Red­sto­ne, uda­wa­li poza tym, że zaj­mują się własny­mi spra­wa­mi.

Wieczór prze­szedł w noc. Oko Sowy było spe­luną i od­zna­czało się wy­bu­chową at­mos­ferą, jak wszyst­kie inne spe­luny, ale wszyst­ko prze­bie­gało spo­koj­nie, dopóki jakaś dziew­czy­na z ta­pi­ro­wa­ny­mi włosa­mi i o ner­wo­wych ru­chach nie po­deszła do nich i nie zaczęła się in­te­re­so­wać Oakley­em i jego ta­tuażem w kształcie ko­ni­czy­ny, jak­by był to jakiś sy­gnał przesłany jej przez ko­smitów.

Po­tem wszyst­ko to­czy się szyb­ko: po­ja­wia się dur­ny chłopak dziew­czy­ny.

Oakley wali chłopa­ka na od­lew i wy­bi­ja mu oko ku­flem od piwa.

Znikąd ma­te­ria­li­zują się kum­ple chłopa­ka.

Przedar­li się do drzwi – Spar­row wy­wi­jając stołkiem ba­ro­wym, a Oakley wy­ma­chując składa­nym nożem, który nosił przy pa­sku od dżinsów.

Tau­rus do­tarł do gro­bli na końcu mo­stu. Se­kundę później mu­sie­li wy­ko­nać gwałtow­ny skręt, żeby ominąć SUV-a, który wyjeżdżał z mek­ki tu­rystów zwa­nej 3-Thir­ty-A.

Spar­row syknął przez zęby.

– Zwol­nij trochę.

Oakley zmniej­szył odro­binę szyb­kość.

– Dzie­więćdzie­siątkaósem­ka jest tyl­ko półtora ki­lo­me­tra da­lej. Jak tam do­je­dzie­my, będzie okay.

Spar­row nie był tego taki pe­wien. Je­den re­flek­tor, który oca­lał, świe­cił pod nie­praw­do­po­dob­nym kątem, ciągnęli też za sobą smugę dymu jak sa­mo­lot opy­lający pola.

– Mu­si­my po­zbyć się tego wozu, i to jak naj­szyb­ciej – za­uważył.

– Gdzie jest ten cho­ler­ny Red­sto­ne? – za­sta­na­wiał się Oakley.

Do­tar­li do au­to­stra­dy 98 i ru­szy­li na wschód; ruch był nie­wiel­ki. Gdy zna­leźli się na wschód od San­de­stin, minęli ra­diowóz drogówki z Flo­ry­dy, który je­chał prze­ciw­ległym pa­sem. Po­li­cjant szarpnął ostro głową w ich stronę. Spar­row się odwrócił i zo­ba­czył, że gli­niarz włączył światła alar­mo­we na da­chu swo­je­go sa­mo­cho­du.

– Mamy to­wa­rzy­stwo – oznaj­mił.

Oakley skręcił przy następnym na­wro­cie, gdy w ich lu­ster­ku po­ja­wił się ra­diowóz, w od­ległości około pół ki­lo­me­tra. Spar­row, posługując się ręka­wem ko­szu­li, zaczął wy­cie­rać podłokiet­nik i wszyst­ko, cze­go mógł w cza­sie jaz­dy do­tknąć.

– Cho­le­ra – po­wie­dział Oakley i za­trzy­mał się na pa­sie awa­ryj­nym. – Żegnaj, for­dzie.

Ru­szy­li bie­giem po tra­wia­stym na­sy­pie i prze­sko­czy­li przez ni­skie za­sie­ki z dru­tu kol­cza­ste­go. Nie­ba­wem pochłonął ich gęsty so­sno­wy las. Prze­dzie­ra­li się przez gąszcz, pod­czas gdy gałęzie chłostały ich po twa­rzach, a długa tra­wa pętała sto­py. Au­to­stra­da, pul­sująca czer­wo­no-nie­bie­skim światłem i roz­brzmie­wająca echem skrzeczącego ra­dia, nikła gdzieś w dali. Ostre liście palm sa­ba­lo­wych prze­bi­jały ma­te­riał dżinsów. Wy­so­ko w górze, na tle dy­nio­wa­te­go księżyca, ma­lo­wały się roz­ca­pie­rzo­ne syl­wet­ki drzew.

Przewrócili się jed­no­cześnie przez zwa­lo­ny pień.

– Co to za miej­sce? – wy­dy­szał Oakley.

– Top­sa­il Hill Park. Re­zer­wat przy­ro­dy – wyjaśnił Spar­row.

– Jeśli uda się nam prze­drzeć przez tę gęstwinę, to wyj­dzie­my na bez­ludną plażę.

– Skąd wiesz?

– Kładłem tu w kwiet­niu dach na biu­rze i pa­wi­lo­nach. Pod­czas prze­rwy na lunch czy­ty­wałem bro­szu­ry re­kla­mo­we. Wiatr napływa od za­to­ki. Mu­si­my mieć go od przo­du.

Piasz­czy­ste podłoże zro­biło się w pew­nym mo­men­cie grząskie i obaj na­gle zna­leźli się w rogożach sięgających pier­si, po pas w wo­dzie. Wy­co­fa­li się; liście li­lii cze­piały się ich jak natłuszczo­ne ban­daże.

– Co te­raz? – spy­tał Oakley.

– Na­tknęliśmy się na Je­zio­ro Mor­ri­sa. Jeśli pójdzie­my w lewo, to do­trze­my do mo­kra­deł pływo­wych, skąd woda spływa do za­to­ki. Tamtędy dojdzie­my do plaży.

Dwa­dzieścia mi­nut później zna­leźli ujście je­zio­ra; ru­szy­li po omac­ku wzdłuż jego brze­gu, cza­sem drogę oświe­tlały im błyski gromów. Gdzieś nad za­toką czaiła się bu­rza.

– Rany! Cho­le­ra! – zawołał Oakley. – Coś ugryzło mnie w nogę.

– Wi­działeś, co to ta­kie­go?

– Za ciem­no. W tych two­ich bro­szu­rach pi­sa­li coś o wężach?

– Tak, są tu mo­ka­sy­ny błotne i grze­chot­ni­ki, ale też spo­ro nie­ja­do­wi­tych.

Słysze­li te­raz ude­rzające fale. Kil­ka mi­nut później zarośla ustąpiły wy­so­kiej na ja­kieś sie­dem metrów wy­dmie zwieńczo­nej morską trawą. Śro­dek tego piasz­czy­ste­go wypiętrze­nia prze­ci­nał stru­mień za­bar­wio­nej ta­niną wody, która two­rzyła ujście i płynęła przez plażę do za­to­ki. Wspięli się na wydmę. Błysk pio­runów i zmien­ne światło księżyca po­zwa­lało im wi­dzieć plażę w dole. Bez­u­stan­ny, gna­ny sztor­mem wiatr pchał ku wy­brzeżom fale z me­tro­no­miczną mo­no­to­nią; słona mgiełka szczy­pała ich twa­rze. Oakley próbował pod­winąć no­gawkę dżinsów, żeby obej­rzeć ranę, ale miał zbyt spuch­niętą łydkę.

– To na pew­no był wąż – po­wie­dział. – Noga mi sztyw­nie­je.

– Mu­si­my dojść do San­de­stin, to ja­kieś trzy ki­lo­me­try wzdłuż tej plaży. Jest tam szpi­tal. Za­pro­wadzę cię na urazówkę.

Brnąc po miękkim pia­sku wy­dmy, uświa­do­mi­li so­bie szyb­ko, że naj­le­piej będzie iść po tward­szym podłożu plaży. Zsunęli się na dół. Czu­li smak ozo­no­we­go od­de­chu bu­rzy. Napływające chmu­ry za­kryły księżyc.

Po­su­wa­li się wzdłuż podnóża wy­dmy, zmie­rzając z upo­rem na zachód, ku światłom wieżowców na osie­dlach San­de­stin. Wiatr dra­pał ich twa­rze jak szli­fier­ka, a błyska­wi­ce prze­ska­ki­wały między chmu­ra­mi albo ude­rzały w wodę na ho­ry­zon­cie.

– Mówiłeś chy­ba, że plaża jest bez­lud­na – przy­po­mniał Oakley, wska­zując ku krawędzi brze­gu.

Ko­lej­ny błysk pio­ru­na dobył z mro­ku dwie po­sta­ci w ak­cie ko­pu­la­cji – mężczy­zna brał ko­bietę od tyłu. Byli obróceni twa­rza­mi do mo­rza. W bla­sku gro­mu naga skóra wy­da­wała się tru­pio bla­da.

– Cho­le­ra – mruknął Oakley. – Zupełnie jak Burt Lan­ca­ster i De­bo­rah jak jej tam na plaży w Stąd do wiecz­ności.

Zro­biło się ciem­no.

Ko­lej­ny błysk.

– Coś tu nie gra – za­uważył Spar­row.

– Masz rację. Sprawdźmy.

Po­de­szli bliżej, odgłos ich kroków był tłumio­ny przez huk żywiołów. Mężczy­zna zawiązał coś na szyi ko­bie­ty – sznur albo pa­sek – a jej ręce przy każdym pchnięciu maj­tały się bezwład­nie jak u szma­cia­nej lal­ki. Głosem do­sta­tecz­nie donośnym, by było go słychać na tle ude­rzających fal, Oakley po­wie­dział:

– No, no, pie­przo­ny gwałci­ciel. W pier­dlu był sposób na ta­kich po­je­bańców. Wsa­dzało im się ku­ta­sa w żałosną dupę.

Był chu­dy i wy­so­ki ni­czym ko­szy­karz. Od­sko­czył jak opa­rzo­ny od dziew­czy­ny, która runęła twarzą w pia­sek. Spar­row za­uważył, że ma po­sie­ka­ne ple­cy.

Fa­cet pod­ciągnął spodnie i rzu­cił się w stronę ja­kie­goś me­ta­licz­ne­go przed­mio­tu, który ster­czał z pia­sku – noża myśliw­skie­go, jak się oka­zało.

– Ma kosę! – krzyknął ostrze­gaw­czo Spar­row, kie­dy mężczy­zna za­to­czył w po­wie­trzu łuk trzy­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wym ostrzem, za­mie­rzając się w twarz Oakleya.

Zaczęli go za­cho­dzić z obu stron, jak ofiarę na spa­cer­nia­ku. Spar­row usłyszał trzask – nóż Oakleya. Fa­cet znów przy­puścił po­zo­ro­wa­ny atak na Oakleya, który upadł do tyłu na pia­sek. Spar­row chwy­cił mężczyznę za łokieć, po­wstrzy­mując go przed za­da­niem cio­su. Tam­ten obrócił się błyska­wicz­nie w jego stronę, ale Spar­row cisnął mu w twarz garść pia­chu.

Mężczy­zna wydał z głębi krta­ni zdu­szo­ny dźwięk i za­to­czył się do tyłu, trąc so­bie oczy. Oakley zdążył się już pod­nieść.

– Masz, po­je­bańcu – rzu­cił, wbi­jając ostrze swo­je­go noża w brzuch fa­ce­ta, a po­tem uchy­lając się przed od­ru­cho­wym cięciem wiel­kie­go ostrza.

Wy­ko­rzy­stując chwi­lo­we ośle­pie­nie prze­ciw­ni­ka, Oakley ude­rzał go raz za ra­zem, ciął i dźgał; szyb­ki cios w przed­ra­mię, po­tem jesz­cze je­den, który miał dosięgnąć kro­cza, ale tra­fił w udo. Spar­row próbował za­ata­ko­wać ko­la­na mężczy­zny, żeby zwa­lić go z nóg, lecz albo chy­biał, albo tra­fiał gdzieś z boku.

Oakley ude­rzał wie­lo­krot­nie, ale rany za­da­ne sześcio­cen­ty­me­tro­wym ostrzem w tułów człowie­ka, którego krwio­bieg wrze od ad­re­na­li­ny, są pra­wie bez­bo­le­sne, nie spo­wo­dują na­tych­mia­sto­wej śmier­ci.

Wi­ro­wa­li w ma­ka­brycz­nym tańcu na krawędzi wody, oto­cze­ni nie­prze­nik­nioną ciem­nością prze­ry­waną chwi­la­mi ośle­piającym bla­skiem błyska­wi­cy. W końcu Oakley zdołał wbić prze­ciw­ni­ko­wi ostrze noża w dolną część klat­ki pier­sio­wej do sa­me­go końca; fa­cet sapnął z bólu. Spar­row zwa­lił go wresz­cie z nóg, ale tam­ten, pa­dając, ciął na ślepo swo­im wiel­kim nożem i prze­je­chał Oakley­owi po brzu­chu, gdy ten na­parł do przo­du. Kie­dy mężczy­zna spróbował się pod­nieść, Spar­row kopnął go w skroń, a po­tem poniżej ucha. Fa­cet nie trzy­mał już noża tak moc­no jak wcześniej. Spar­row wy­rwał mu go z dłoni i za­ci­skając przed­ra­mię na gar­dle prze­ciw­ni­ka, wpa­ko­wał ostrze w jego splot słonecz­ny. Po­czuł na twa­rzy gej­zer krwi. Tam­ten po­dry­gi­wał przez pięć se­kund jak pod­czas or­ga­zmu, w końcu uległ wstrząsowi. Dwa­dzieścia se­kund później był mar­twy.

Oakley leżał na ple­cach, przód ko­szu­li miał prze­siąknięty krwią. Spar­row po­chy­lił się nad nim.

– Hej, bra­cie! Wszyst­ko okay?

Oakley miał wywrócone oczy.

– Między rzeką a urwi­skiem… pełzały węże – wy­mam­ro­tał.

Spar­row potrząsnął przy­ja­cie­lem.

– Co? Co to zna­czy?

Próbował robić mu sztucz­ne od­dy­cha­nie, ale Oakley da­lej bełkotał bez sen­su. Spar­row pod­szedł do na­giej dziew­czy­ny i przewrócił ją na ple­cy. Była bar­dziej bezwładna niż fi­le­to­wa­ny kapłon. Spry­skał ją morską wodą; dziew­czy­na wydała słaby dźwięk. Żyła – przy­najm­niej w tej chwi­li.

W głębi plaży, da­le­ko, zo­ba­czył zbliżające się światła sa­mo­cho­du. Oczyścił garścią pia­sku rękojeść noża myśliw­skie­go, który ster­czał z pier­si mężczy­zny, a po­tem, by za­trzeć ślady, ru­szył bie­giem wzdłuż li­nii wody, z po­wro­tem w stronę na­tu­ral­ne­go zagłębie­nia uczy­nio­ne­go przez ujście je­zio­ra; brnął przez jego ciem­ne wody, aż do­tarł z po­wro­tem do bez­piecz­ne­go schro­nie­nia pośród so­sen.

Nie­ba­wem ciem­ność nad linią brze­gu roz­ja­rzyła się stru­mie­nia­mi i błyska­mi świa­teł – czer­wo­nych, żółtych, nie­bie­skich i nie­bie­sko­białych. Spar­row do­strzegł he­li­kop­ter, a po chwi­li mysz­kujący blask szpe­ra­cza, gniew­ny pa­lec ziem­skie­go boga. Wczołgał się pod ostro­krzew. Zaczęło padać.

• • •

Spędził piątkową noc w re­zer­wa­cie. Deszcz lał ośle­piającymi stru­ga­mi albo mżył. Kie­dy mżył, Spar­row prze­dzie­rał się przez zarośla; w końcu, prze­rażony myślą, że wle­zie w ciem­ności na ali­ga­to­ra albo węża, przy­cupnął w gęstwi­nie dzwonków.

So­bo­ta roz­kwitła upałem, a słońce z od­ległości stu pięćdzie­sięciu mi­lionów ki­lo­metrów tłukło go bez­li­tośnie jak dzie­cia­ka. Zasnął z wy­czer­pa­nia w słabym cie­niu karłowa­te­go dębu, ale obu­dził się go­dzinę później w pa­ni­ce, o którą przy­pra­wiały go palące ukąsze­nia na całym cie­le. Mrówki! Ob­lazły go od stóp do głów i gryzły w twarz, czuł je na­wet w kro­ku; ich żuchwy przy­wie­rały do za­schniętej krwi jego nie­zli­czo­nych ska­le­czeń i za­dra­pań. Rzu­cił się przez zarośla w stronę czar­nych głębi je­zio­ra – pie­przyć ali­ga­to­ry i węże – sko­czył do wody. Do końca dnia prze­sie­dział wśród krzewów, pod osłoną ja­kiejś wy­dmy. Nikt się po nie­go nie zja­wił.