Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos ebook

Tom Wolfe  

4.3 (10)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 652 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos - Tom Wolfe

Kiedy Rosjanie w październiku 1957 roku wprowadzili na orbitę Sputnika 1, pierwszego sztucznego satelitę, w USA wybuchła panika. Amerykanie sądzili, że następnym krokiem ZSRR będzie wystrzelenie w kosmos platform orbitalnych, z których Sowieci zaczną zrzucać na przeciwników bomby wodorowe. Rozpoczął się wyścig kosmiczny i żeby wyjść na prowadzenie, Stany Zjednoczone musiały wystrzelić na orbitę człowieka, a potem bezpiecznie sprowadzić go na Ziemię.

„Adrenalina, testosteron i codzienne przesuwanie granic możliwości – to wszystko pojawia się w dynamicznie opisanej historii amerykańskich pilotów doświadczalnych i pierwszych astronautów. Pozycja do pochłonięcia w jeden wieczór. Polecam!” – Radek Kosarzycki, Pulskosmosu.pl

„«Najlepsi» to nie tylko fantastycznie napisany dokument o odwadze, ryzyku i chłodnej kalkulacji, ale też zapis epoki wypraw, za którymi tęsknimy od ponad 40 lat. Książka Toma Wolfe jest inspiracją dla współczesnych astronautów i mam nadzieję, że ci, którzy przeczytają ją teraz, za kilkanaście lat staną znowu na Księżycu, a potem na Marsie. Bo to opowieść, która naprawdę potrafi motywować” – Piotr Stanisławski, Crazynauka.pl

Opinie o ebooku Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos - Tom Wolfe

Fragment ebooka Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos - Tom Wolfe

Tytuł oryginału: The Right Stuff by Tom Wolfe

Korekta: Jacek Bławdziewicz

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

Copyright © 1979 by Tom Wolfe

All rights reserved.

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by for the polish translation by Jan Kraśko

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN 978-83-268-2147-9 (epub), 978-83-268-2148-6 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

I
ANIOŁY

W ciągu pięciu, najwyżej dziesięciu minut zadzwoniły do niej jeszcze trzy. Pytały, czy słyszała, że coś się tam stało.

– Jane? Mówi Alice. Słuchaj, właśnie dzwoniła do mnie Betty i powiedziała, że coś się tam stało, tak słyszała. A ty? Słyszałaś coś?

Tak to ujmowały, wszystkie, jedna po drugiej. Chwyciła słuchawkę, by tymi samymi słowami przekazać wiadomość kilku innym.

– Conny? Mówi Jane Conrad. Słuchaj, właśnie dzwoniła do mnie Alice i powiedziała, że coś się tam stało, tak słyszała...

Słowo „coś” należało do oficjalnego Języka Żon Pilotów i używały go, by krążyć po omacku wokół wiadomego tematu. Jane Conrad miała ledwie dwadzieścia jeden lat i była tu nowa, a ponieważ nikt o tym „czymś” nigdy głośno nie mówił, temat liznęła tylko pobieżnie. Lecz dzień dopiero się zaczynał! A w jak cudownej okolicy miała doznać nieuchronnego olśnienia! Jak cudownie sama wyglądała! Smukła, z gęstymi kasztanowymi włosami, wielkimi brązowymi oczyma, z lekko wystającymi kośćmi policzkowymi, była trochę podobna do aktorki Jean Simmons. Ojciec Jane miał ranczo w południowo-zachodnim Teksasie. Wysłał córkę na wschód, do college’u Bryn Mawr, i tam, na otrzęsinach pierwszego roku w Gulph Mills Club w Filadelfii, poznała przyszłego męża, Pete’a, który studiował na ostatnim roku w Princeton. Pete – niski, krępy blondyn – lubił sobie tęgo pożartować i w każdej chwili gotów był wyszczerzyć się w szatańskim uśmiechu, odsłaniającym szparę między przednimi zębami. Miał w sobie coś z Wiejskiego Prostaczka-Żartownisia, ale prostaczka u progu życiowego startu. Tryskał energią, miał ambicje, biła z niego pewność siebie i joie de vivre. Pobrali się dwa dni po tym, jak skończył Princeton. W zeszłym roku Jane urodziła pierwsze dziecko, syna, któremu dali na imię Peter. A teraz, w tak spokojnym i cichym roku 1955, mieszkają tu, na Florydzie, w miasteczku Jacksonville. Dzisiaj przez gałęzie sosen otaczających ich dom świeci słońce, a powietrze tchnie świeżością oceanu. Bo ocean i wspaniała, lśniąca bielą plaża są ledwie o kilometr stąd! Każdy, kto w pobliżu przejeżdża, widzi maleńki domek Jane, który połyskuje wśród drzew jak chatka z bajki, jak drogocenny klejnot. Dom jest z cegły, ale Jane i Pete pomalowali go na biało, więc tam, gdzie docierają promienie słońca, ściany skrzą się w słońcu tysiącami refleksów przenikających rozbuchaną zieleń sosen. Okiennice pomalowali na czarno, przez co biel zyskała na intensywności. Domek ma zaledwie sto dwa metry kwadratowe powierzchni użytkowej, ale Jane i Pete zaprojektowali go sami i to jest dla nich najistotniejsze. Że ciasnota? Ciasnota się nie liczy. Wykonawcą projektu był ich przyjaciel, który dał im wszelkie możliwe zniżki, dlatego domek kosztował tylko jedenaście tysięcy dolarów. Na zewnątrz świeci słońce, a w środku z każdą minutą rośnie zdenerwowanie i gorączka, bo pięć, dziesięć, piętnaście i w końcu prawie wszystkie, prawie dwadzieścia żon dołącza do telefonicznego kręgu, próbując ustalić, co się stało. A tak naprawdę „Co się stało” znaczy: czyjemu mężowi.

Po trzydziestu minutach ze słuchawką w kurczowo zaciśniętej dłoni – a taki ranek nie jest tutaj czymś niezwykłym – żona zaczyna odnosić wrażenie, że telefon nie stoi już na biurku, nie wisi na kuchennej ścianie: aparat telefoniczny eksploduje teraz w jej brzuchu. Mimo to rzeczą o wiele gorszą byłoby usłyszeć za chwilę dzwonek do drzwi. W tym punkcie protokół jest nader sztywny, choć nigdzie niezapisany: rozstrzygających wieści nie może przekazać kobieta, a już na pewno nie może ich zdradzić przez telefon. Tej sprawy pokpić nie wolno! – o to tu chodzi. Nie, kiedy nadejdzie czas, wieści przekaże mężczyzna, człowiek z jakimś autorytetem, moralnym czy urzędowym, najlepiej duchowny lub towarzysz świeżo poległego. Co więcej, złe wieści musi przynieść osobiście. Musi stanąć przed frontowymi drzwiami, zadzwonić i, tkwiąc w progu niczym filar spokoju i opoka wszelkiej kompetencji, podać złe nowiny jak rybę na lodowej tacy. Dlatego ów telefoniczny krąg, te rozmowy między żonami były jak oszalałe i złowieszcze trzepotanie skrzydeł aniołów śmierci. Tak więc, gdy nadchodziły rozstrzygające wieści, dzwonił dzwonek – żona przyłapywała się wtedy na tym, że wytrzeszcza oczy i patrzy w stronę drzwi, jakby już do niej nie należały, jakby nie mogła już nic zrobić, ani ich zamknąć, ani otworzyć – a w progu stał posępny mężczyzna... który przyszedł ją zawiadomić, że niestety, coś się tam stało, że zwłoki męża leżą na bagnach, w lesie albo wśród wysokich traw, zwęglone, „spalone do stopnia utrudniającego identyfikację”, co każdy, kto spędził w bazie lotniczej kilka lat (na szczęście Jane była tu krótko), traktował jako nader zręczny i dowcipny eufemizm określający ludzkie ciało wyglądające teraz jak olbrzymi kurczak wyjęty za późno z pieca, jak spalona kaczka z czarnobrązowawą skórą, tłusta, mazista, zeskwierczała, spurchlona i spieczona. Jednym słowem, ciało człowieka w takim stanie miało nie tylko spaloną twarz, włosy i uszy – nie wspominając już o ubraniu – ale również dłonie i stopy, a to, co zostało z ramion i nóg, było zgięte w łokciach i kolanach i sztywne jak drut, spalone na brejowatą czarnobrązową masę podobnie jak sam korpus, skutkiem czego ów mąż, ojciec, dżentelmen, oficer, to oczko w głowie czyjejś matki, ten Cudowny Bobas, Jego Królewska Mość Dzidziuś sprzed dwudziestu kilku lat został zredukowany do zwęglonego kawałka mięsa ze sterczącymi skrzydełkami i kikutami nóg.

Mój własny mąż?! O czym one mówią? Czy to w ogóle możliwe? Jane słyszała już, jak młodzi mężczyźni, wśród nich Pete, rozmawiają o innych – młodych mężczyznach, którzy „przypruli”, „zadołowali”, „udupili maszynę”, „przyładowali” albo „przydziurawili”, lecz rozmowy te nigdy nie dotyczyły kogoś, kogo znali osobiście, kogoś z eskadry. Zresztą gawędzili o tym tak, jak rozprawia się o sporcie: lekko, potoczyście, używając specyficznego żargonu. „Wycyckali go na spalonego, i dupa, brachu” – tak to mniej więcej brzmiało, jak komentarz do meczu piłki nożnej. I już! I to wszystko! Ani w listach, ani w rozmowach nigdy nie padło choćby jedno słowo o zwęglonym ciele, z którego błyskawicznie uszło życie, z którego uleciał serdeczny śmiech, cały dowcip, gesty, nastroje, zmartwienia, niedbałe wzruszenie ramion, czułość i zakochane spojrzenie – zawsze tylko ty, najdroższa! – z którego niczym lekkie westchnienie uleciało dosłownie wszystko, pozostawiając za sobą przerażenie trawiące właścicielkę leśnego domku, młodą kobietę płonącą w gorączce, dziewczynę oczekującą konfirmacji na świeżo upieczoną wdowę. Nie, nigdy o tym nie wspominali, nie tym okaleczonym, zamputowanym językiem.

Następna seria telefonów znacznie zwiększyła prawdopodobieństwo, że to właśnie Pete’owi coś się przytrafiło. W eskadrze było tylko dwudziestu pilotów i wkrótce zatrwożone i rozdygotane anioły śmierci zdołały namierzyć dziewięciu, dziesięciu z nich. Wiedząc, że pogłoski o wypadku zdążyły się już rozejść, mąż, który mógł dotrzeć do telefonu, dzwonił czym prędzej do domu, by uspokoić żonę, że nie, to nie jemu coś się przytrafiło. Wiadomość natychmiast przekazywano dalej i rozgorączkowanie sięgało zenitu. Telefon Jane zadzwonił znowu. Jedna z żon mówiła:

– Nancy miała właśnie telefon od Jacka. Jest na lotnisku i mówi, że coś się tam stało, ale nie wie co. Dziesięć minut temu widział, jak startuje Frank D. z Gregiem z tyłu, więc nic im nie jest. Słyszałaś coś nowego?

Ale Jane nie słyszała nic oprócz tego, że inni mężowie się odnaleźli, że są bezpieczni. Inni. Bo Pete’a wśród nich nie było. I tak, w ten słoneczny dzień na Florydzie, niedaleko bazy lotniczej marynarki wojennej pod Jacksonville, w maleńkim domku, w prawdziwej chatce z bajki, jeszcze jedna piękna kobieta miała się wkrótce dowiedzieć o zasadzie quid pro quo rządzącej w pracy męża, o niewzruszonej regule „coś za coś”, o nigdzie niespisanych, acz zawsze obowiązujących warunkach, na jakich pracy owej się podjął. I nagle, jakby mając przed oczyma pełen wykaz służb i dyżurów, Jane uświadomiła sobie z całą mocą, że z dwudziestu chłopców latających w eskadrze męża brakuje tylko dwóch: pilota nazwiskiem Bud Jennings i... Pete’a. Chwyciła za słuchawkę i zrobiła coś, na co w sytuacjach alarmowych patrzono bardzo krzywym okiem: zadzwoniła na lotnisko. Odebrał oficer dyżurny.

– Chcę rozmawiać z porucznikiem Conradem – powiedziała. – Mówi żona.

– Przykro mi – odparł dyżurny i... głos mu się załamał. – Przykro mi... Ja... – Nie umiał znaleźć słów! Prawie szlochał! Szlochał!!! – On... To znaczy... On nie może podejść do telefonu!

Chryste! Pete nie może podejść do telefonu!!!

– Ale to bardzo ważne! – krzyknęła.

– Przepraszam, ale... to niemożliwe... – Oficer dyżurny z trudem artykułował słowa, bo cały czas tłumił w sobie płacz. Płacz! Jezu! – Porucznik Conrad nie może podejść do telefonu.

– Dlaczego? Gdzie on jest?

– Przykro mi, ale... – Chlipnięcie, jękliwe westchnienie i płaczliwe posapywanie. – Nie wolno mi tego mówić, nie... Muszę... Muszę już kończyć! – Głos żołnierza rozmył się w gwałtownym przypływie emocji i usłyszała trzask odkładanej słuchawki.

Oficer dyżurny! Dobiło go już samo brzmienie jej głosu!

W jednej chwili cały świat zastygł, znieruchomiał, zakrzepł w bezruchu. Jane nie była już w stanie wyliczyć, ile czasu upłynie, nim zabrzmi dzwonek do drzwi, nim w progu stanie mężczyzna z kamienną twarzą, Ponury Przyjaciel Wdów i Sierot, który zawiadomi ją – tym razem oficjalnie – że Pete nie żyje, że zginął.

Nawet na środku bagniska, nawet między zbutwiałymi, przegniłymi pniami sosen, pośród zgorzelinowych szumowin, martwych pnączy kanianki, nawet tam, gdzie miliardy komarzych jaj, gdzie najgorsza, gdzie przejrzała kloaka, smród ciała „spalonego do stopnia utrudniającego identyfikację” zabijał wszystkie inne zapachy. Gorąco, jakie wytwarza eksplozja paliwa samolotowego, jest tak intensywne, że dosłownie wszystko – guma, plastik, celuloid, paznokcie, włosy, krew, protoplazma, innymi słowy wszystko oprócz najtwardszych metali – nie tylko zaczyna płonąć, ale też wydzielać najbardziej cuchnące gazy, jakie tylko zna chemia organiczna. To prawdziwy horror. I łatwo go wyczuć. Sączy się przez nozdrza, wypala jamę nosową, przenika do wątroby i zżera wnętrzności niczym czarny gaz, aż w końcu wszędzie, dosłownie wszędzie, w powietrzu, w ciele, w całym wszechświecie nie istnieje nic poza upiornym odorem spalenizny. Kiedy helikopter wylądował między sosnami, osiadając na moczarach, smród uderzył Conrada, nim zdążyli otworzyć na oścież luk wyjściowy. A przecież od miejsca katastrofy dzieliła ich spora odległość – stąd nawet nie widzieli wraku. Resztę drogi musieli przebyć na piechotę. Zrobili kilka kroków i zapadli się po kolana w wodę. Zrobili kilka następnych i wpadli w błoto po pachy. Szli, ciężko pracując całym ciałem, rozgarniając szlam, spienione szumowiny i łodygi martwych roślin, omijając zbutwiałe pnie sosen, ale wysiłek był niczym w porównaniu z zapachem, jaki musieli znosić. Conrad, dwudziestopięcioletni podporucznik, miał tego dnia służbę oficera do spraw bezpieczeństwa lotów i zgodnie z regulaminem musiał osobiście zbadać miejsce wypadku. Ale tak naprawdę to eskadra, do której trafił, była pierwszym przydziałem służbowym w jego karierze; nigdy przedtem takich miejsc nie oglądał, nigdy przedtem nie czuł tak odrażającego smrodu, nie widział tego, co miał za chwilę zobaczyć.

Gdy dotarli do samolotu, a był to model SNJ, Conrad stwierdził, że kadłub maszyny jest wypalony, pokryty bąblami, że wbił się w bagnisko, że osłona kabiny jest roztrzaskana, a jedno skrzydło oderwane. Za sterami siedziało to, co zostało z jego przyjaciela Buda Jenningsa. Bud Jennings, sympatyczny chłopak, młody, obiecujący pilot, był teraz straszliwym, spieczonym kawałem mięsa. I nie miał głowy. Głowa po prostu zniknęła, przepadła bez śladu. Najpewniej zerwało mu ją z kręgosłupa, jak zrywa się ananasa z łodygi. Tylko że co z nią? Jak kamień w wodę – nigdzie jej nie było.

Przemoczony do suchej nitki Conrad stał w bagnie i dumał, co u diabła robić. Pokonanie pięciu metrów w tym wynaturzonym paskudztwie to koszmarna walka. Za każdym razem, gdy zadzierał głowę, widział istne delirium gałęzi, pnączy, nakrapianych cieni i jaskrawe cętkowane światło sączące się przez korony drzew – wszechobecny baldachim zieleni z miliardami dziur filtrujących promienie słońca. Mimo to znów wszedł w śmierdzącą breję i ruszył przed siebie. Koledzy podążyli za nim.

Conrad wciąż patrzył w górę. I wkrótce odgadł wszystko. Bo tam, między wierzchołkami drzew, widniał korytarz z połamanych gałęzi, prawdziwy tunel znaczący trasę, jaką przebyła spadająca maszyna. Przedzierali się przez bagno, idąc dziwacznym szlakiem wyrysowanym dwadzieścia, trzydzieści metrów nad nimi. Gwałtowny skręt. Tak, tutaj musiało odpaść skrzydło... Znów ostry zakręt w prawo i skos w dół. Szli, nie spuszczając wzroku z rozłożystych konarów. Potem stanęli. Na środku pnia widniała olbrzymia sącząca się rana. Dziwne. Koło rany ujrzeli... Ki diabeł? Jakaś choroba atakująca drzewa? Między gałęziami wisiało coś w rodzaju worka, brązowawej guzowatej torbieli, takiej, jakie widuje się czasem na drzewach zakażonych pasożytami, a wokół niej, wokół tej torbieli, ujrzeli żółtawe śluzowate skrzepy, jakby choroba zainfekowała worek ropnicą i wyciskała z niego jakiś ohydny i szybko krzepnący sok. Z tym że to nie mógł być sok, bo w soku nie ma krwi. Sekundę później... Conrad nie musiał nic mówić. Wszyscy zrozumieli. Guzowaty worek był wykładziną hełmu lotniczego z przymocowanymi słuchawkami. Żółtawe śluzowate skrzepy tworzyły niegdyś mózg Buda Jenningsa. Pień drzewa roztrzaskał osłonę kabiny samolotu i poszatkował głowę pilota na kawałki. Jak przejrzałego melona.

Zgodnie z protokołem dowódca eskadry nie mógł ujawnić nazwiska Buda, dopóki nie odnajdą jego żony, Loretty, i dopóki ponury, acz kompetentny Przyjaciel Wdów i Sierot nie zawiadomi jej o śmierci męża. Ale Loretty Jennings nie było w domu i nigdzie nie mogli jej znaleźć. Stąd zwłoka – i aż za dużo czasu na to, by inne żony, te rozdygotane anioły śmierci, zgorzały w ogniu paniki ze słuchawkami w dłoniach. Bo dorachowały się prawie wszystkich pilotów i brakowało im tylko dwóch: Buda Jenningsa i Pete’a Conrada. Orzeł czy reszka? Zapałka z łepkiem czy bez łepka? Na kogo wypadnie, na tego... Takie wyliczanki nie były tu niczym niezwykłym.

Loretta Jennings robiła zakupy w centrum handlowym. Kiedy wróciła do domu, przed drzwiami zastała pewnego mężczyznę: Przyjaciela Wdów i Sierot z kamienną twarzą. Cetno-licho, para nie para, entliczek-pentliczek – to Loretta przegrała tę grę. To dziecko Loretty (w łonie nosiła drugie) nie będzie miało ojca. I to właśnie ona, ta młoda kobieta, musiała przejść przez cały horror ostatniej drogi męża, przez horror, który w wyobraźni Jane Conrad był już jej horrorem, którego nieuchronność przyjmowała za pewnik i który znosić miała do końca swych dni. Ten ponury uśmiech losu przyniósł Jane tylko nieznaczną ulgę.

W dniu pogrzebu Buda Jenningsa Pete sięgnął w głąb szafy i wyjął swój galowy płaszcz, jak każe regulamin. Ten płaszcz był najszykowniejszym elementem stroju oficera marynarki wojennej. Pete nigdy go jeszcze nie nosił, nie miał po prostu okazji. Uszyty z grubej granatowej wełny, z dwoma rzędami złotych guzików z przodu, sięgał mu niemal kostek i ważył chyba z pięć kilo. Był świetnie dopasowany w pasie, miał pagony, pięknie wykrojone wielkie klapy, głębokie zakładki na rękawach, a z tyłu rozcięcie, które biegło od pasa w dół. W przyszłości ani Pete, ani żaden inny Amerykanin żyjący w połowie dwudziestego wieku nie mógł się już chyba poszczycić strojem tak imponującym i tak arystokratycznym jak ten właśnie płaszcz. W eskadrze było ich dwudziestu, więc, niczym w dziecięcej wyliczance o małych Indianach, na pogrzeb przybyło dziewiętnastu. Dziewiętnastu małych Indian w galowych płaszczach utworzyło równy, równiuteńki rząd. Ach, ci chłopcy z marynarki! Jak mężnie wyglądali! A jacy byli młodzi! Ich różowe, gładkie twarzyczki, tak dokładnie wygolone, tak szczupłe i pociągłe, tak waleczne i dzielne, znieruchomiały, zastygły nad olbrzymimi wyłogami kołnierzy. I zaśpiewali stary hymn marynarki wojennej, w którym od czasu do czasu pobrzmiewała dziwna, żałobna nutka, hymn, który zawierał zwrotkę dopisaną specjalnie ku czci lotników. Kończyła się tak: „Za tych, co życie w przestworzach narażają, modły wznosimy: niech cało powracają”.

Trzy miesiące później następny pilot z eskadry Conrada miał wypadek i „spalił się do stopnia utrudniającego identyfikację”. Pete znów wyciągnął z szafy swój płaszcz, a Jane znów ujrzała osiemnastu małych Indian, mężnie wypinających pierś na pogrzebie. Niedługo potem Pete’a przeniesiono z Jacksonville do bazy lotniczej marynarki wojennej Patuxent River w stanie Maryland. Ledwie zdążyli się tam urządzić, gdy dostali wiadomość, że kolejny pilot z eskadry w Jacksonville – ich bliski przyjaciel, kumpel, którego bardzo często zapraszali na kolację – zginął na Atlantyku, kilka kilometrów od brzegu, podczas rutynowych ćwiczeń na lotniskowcu. Katapulta, przyspieszacz startowy, nawaliła i straciła nagle ciśnienie, skutkiem czego samolot stoczył się wolno z pokładu i, z silnikiem daremnie wyjącym na pełnych obrotach, runął wprost do oceanu, czatującego osiemnaście metrów niżej. I poszedł na dno jak kamień, i zniknął. Ot tak, po prostu.

Pete’a przeniesiono do Patuxent River – do Pax River, jak brzmiała nazwa bazy w żargonie pilotów – by mógł uczęszczać na zajęcia w nowo otwartej szkole pilotów oblatywaczy. Uznawano to za poważny awans w karierze młodego oficera. Teraz, kiedy wojna w Korei dobiegła końca i kiedy zabrakło szansy na loty bojowe, wszyscy najlepsi „chłopcy z szybkich” pragnęli zdobyć szlify pilota oblatywacza. Nie nazywali tego „lotami próbno-doświadczalnymi”, nie, nigdy. W wojsku zawsze mówili: „oblatywanie”, tylko tak. W owym czasie samoloty odrzutowe były używane ledwie od dziesięciu lat i marynarka wojenna wciąż testowała nowe modele myśliwców. A Pax River uchodziła za jej główny ośrodek doświadczalny.

Jane podobał się nowy dom, który tam sobie kupili. Może nie tak jak ich bajkowa chatka w Jacksonville, ale z drugiej strony to oczywiste, bo przecież tego domu sami nie projektowali. Zamieszkali w osiedlu zwanym North Town Creek, dziesięć kilometrów od bazy. North Town Creek, podobnie jak baza, leżało na półwyspie porośniętym karłowatą sosną, który wcinał się głęboko w wody zatoki Chesapeake. Tak więc znów (już po raz drugi!) utknęli między sosnami i krzewami rododendronu, bo te ostatnie rosły tu na każdym kroku. Loty i ćwiczenia naziemne Pete’a pochłaniały mnóstwo czasu. Wszyscy kursanci z jego grupy, z Grupy 20, narzekali, jak straszne obrywają cięgi i, rzecz jasna, cięgi te uwielbiali, bo szkółka w Pax River należała do ekstraklasy sił lotniczych marynarki wojennej. Całym światem towarzyskim Pete’a i Jane byli chłopcy z Grupy 20 oraz ich żony. Z nikim innym się nie zadawali. W tygodniu wciąż bywali u siebie na kolacjach, a w weekend niemal zawsze ktoś urządzał większe party; chodzili też razem na ryby albo jeździli na nartach wodnych po zatoce. Prawdę mówiąc, nawiązywanie kontaktów z ludźmi spoza lotniczego światka przychodziło im niełatwo, bo chłopcy umieli rozmawiać wyłącznie o... lataniu. Jednym z ulubionych zwrotów, jakie przewijały się często w tych rozmowach, było „wyciskanie rury na maks”. Tym terminem oblatywacze określali badanie maksymalnych możliwości danego samolotu, na przykład minimalnego promienia skrętu przy takiej to a takiej szybkości, i tak dalej. „Wyciskanie rury na maks”, testowanie osiągów maszyny, zdawało się największym wyzwaniem i dostarczało najwięcej satysfakcji podczas oblatywania. Określenie jak określenie – wcale nie brzmiało strasznie, przynajmniej początkowo. O właśnie, brzmiało tak, jakby chłopcy znów rozprawiali o sporcie.

Do czasu.

Pewnego słonecznego dnia jeden z kursantów Grupy 20, jeden z tych roześmianych młodzieńców, z którym jadali kolacje, z którym pili, z którym jeździli na nartach wodnych, podchodził do lądowania na A3J, lekkim samolocie szturmowym. Nie dopatrzył, zanim podniósł klapy, szybkość spadła poniżej dopuszczalnej, przeciągnął maszynę, rozwalił się i „spalił do stopnia uniemożliwiającego identyfikację”. I wyjęli galowe płaszcze, zaśpiewali pieśń o tych, co życie w przestworzach narażają, odwiesili płaszcze do szaf i pewnego wieczoru po kolacji zaczęli rozmawiać o katastrofie. Mali Indianie, których los tym razem oszczędził, kręcili i potrząsali głowami, mówiąc, że kumpla im cholernie szkoda, ale po kiego diabła tak długo zwlekał z podniesieniem klap?! Tak, tak, powinien był wiedzieć, czym to pachnie.

Nie minął tydzień, jak zginął następny kursant z Grupy 20. Leciał maszyną tego samego typu, A3J, i też podchodził do lądowania. Przedtem musiał wykonać zwrot o dziewięćdziesiąt stopni, nawaliły stery, jedna klapa tylnego stabilizatora zakleszczyła się w pozycji „do góry”, druga „w dół”, maszyna wpadła w korkociąg, runęła na ziemię z wysokości dwustu czterdziestu metrów, zostały z niej szczątki, a pilot „spalił się do stopnia uniemożliwiającego identyfikację”. I znów wyciągnęli galowe płaszcze, i znów śpiewali o tych, co w przestworzach, a kiedy płaszcze powędrowały do szaf, gdy nadszedł wieczór i zjedli już kolację, stwierdzili, że tak, zmarły był facetem w porządku, ale miał za mało doświadczenia i awaria sterów wpędziła go w zaułek, z którego nie umiał znaleźć wyjścia.

Wszystkie żony chciały krzyknąć: „Boże! Przecież to była awaria samolotu! Sa-mo-lo-tu! Na jakiej podstawie sądzicie, że którykolwiek z was poradziłby sobie lepiej?!”. Jednak zarówno Jane, jak i reszta żon podświadomie wiedziały, że czegoś takiego nie wolno im nawet sugerować. Bo Pete nigdy po sobie nie okazywał, że dręczą go obawy o własne życie. Nigdy. Zadać pytanie i podważać pewność siebie młodego pilota? To zagrywka nie tylko zła, ale wręcz niebezpieczna. I to także należało do niepisanego kodeksu obowiązującego Żonę Oficera. Od tej chwili za każdym razem, kiedy Pete miał lot i nie wracał na czas do domu, Jane ogarniał niepokój. Bała się – nie! była pewna! – że mąż zapędził się w jeden z tych zaułków, o których gadali z takim uniesieniem, w jedną z owych ślepych uliczek, które tak bardzo ożywiały wszystkie rozmowy przy kieliszku.

Niedługo potem ich kolejny przyjaciel oblatywał F-4, najnowszy i najszybszy samolot marynarki wojennej, znany jako Fantom. Wystartował, osiągnął pułap sześciu tysięcy metrów, obrócił maszynę nosem w dół i lotem nurkowym runął prosto do zatoki Chesapeake. Okazało się, że w jego aparaturze tlenowej brakowało złącza przewodów, że nastąpiło niedotlenienie krwi, skutkiem czego na dużej wysokości stracił po prostu przytomność. I znów wyciągnęli galowe płaszcze, i znów śpiewali o tych, co w przestworzach, a schowawszy płaszcze do szaf, mali Indianie nie mogli się wprost nadziwić: jak to w ogóle możliwe, żeby ktoś zapomniał sprawdzić złącza przewodów tlenowych?! A nawet jeśli zapomniał, musiał być chyba w cholernie kiepskim stanie, bo co, tak od razu zasnął? Tak szybko?!

Kilka dni po tym wydarzeniu Jane stała w oknie swego domku w North Town Creek. Nagle mniej więcej na wysokości lotniska ujrzała dym unoszący się nad sosnami. Ot, smugę dymu, nic więcej. Nie słyszała grzmotu eksplozji, nie słyszała syren, nie słyszała żadnych innych odgłosów. Przeszła do innego pokoju, żeby odpędzić dręczące myśli, ale... skąd ten dym? Nie mogła znaleźć żadnego wytłumaczenia. Wróciła do okna. Na podwórzu domu naprzeciwko ujrzała grupkę ludzi. Stali i... patrzyli w stronę jej domu, jakby naradzając się, co robić. Jane odwróciła wzrok, ale nie wytrzymała – znów spojrzała w okno. Kątem oka dostrzegła sylwetkę mężczyzny zmierzającego ścieżką do frontowych drzwi... jej domu. Dobrze wiedziała, kim ten mężczyzna jest; takie koszmary nawiedzały ją w snach, i to nieraz. Z tym że to nie był sen. Nie, Jane nie śniła, przeciwnie, była rozbudzona, czujna i przytomna. Ba! Przytomna jak nigdy w życiu! Sparaliżowana, kompletnie dobita widokiem, po prostu stała i czekała, aż zadzwoni dzwonek. Czekała, lecz nie słyszała najmniejszego szmeru. Wreszcie nie mogła już dłużej wytrzymać. W przeciwieństwie do snu na jawie Jane była zbyt opanowana i zbyt grzeczna, by nie otwierając drzwi, wrzasnąć: „Precz! Odejdź stąd!”. Więc je otworzyła. W progu nie ujrzała nikogo, absolutnie nikogo. Na podwórzu po drugiej stronie ulicy też nikogo nie było. Na trawnikach i na porośniętych rododendronami ścieżkach w promieniu stu metrów od domu nie było po prostu ludzi.

Wtedy zaczął się okres, kiedy to miewała i koszmarne sny, i halucynacje, ciągle, ustawicznie. Halucynacje mogło wywołać dosłownie wszystko: kłąb dymu, telefon, który przestał dzwonić, nim zdążyła podnieść słuchawkę, wycie syreny, nawet warkot ruszających ciężarówek (przecież lotnicze wozy ratunkowe tak warczą!). Zerkała wówczas w okno, na ścieżce widziała sylwetkę mężczyzny idącego do drzwi i czekała na dzwonek. Jedyna różnica między snem a halucynacjami polegała na tym, że sceny ze snów zawsze przeżywała w ich domku w Jacksonville. Ale w obu przypadkach uczucie, że tym razem dzieje się to naprawdę, było aż nadto realne.

Na niższym kursie był taki prymus, młody chłopak, główny rywal ich dobrego przyjaciela Ala Beana. Pewnego razu wystartował myśliwcem, żeby przećwiczyć lot nurkowy na ciągu. Jednym z najtrudniejszych elementów każdego ćwiczenia w powietrzu, elementów, których zlekceważyć w żadnym wypadku nie wolno, jest wyrobienie w sobie odruchu uważnego śledzenia wszystkich wskaźników: nie odrywając oczu od deski rozdzielczej, „dajesz po garach” i wyciskasz rurę na maks. O to właśnie chodzi. Tak więc ten prymus, rywal Ala Beana, wprowadził maszynę w lot nurkowy, wbił wzrok w zegary i karnie, z wielką precyzją zaczął odczytywać co trzeba. Odczytywał i odczytywał, aż udupił sprawę, gruchnął w ziemię i „spalił się do stopnia uniemożliwiającego identyfikację”. Znów nałożyli galowe płaszcze, znów śpiewali o tych, co w przestworzach, a schowawszy płaszcze do szaf, mali Indianie uznali, że zmarły był wspaniałym facetem i naprawdę świetnym, wprost genialnym kursantem; prawdę mówiąc, miał w sobie aż za dużo z kursanta, bo się zagapił i nie wyjrzał na czas przez okno. Beano – Al Bean – nie był geniuszem. Lecz jakkolwiek na to patrzeć, żył.

Jak wiele innych żon pilotów z Grupy 20, Jane chciała porozmawiać o tej pechowej serii śmiertelnych wypadków, chciała przedyskutować sprawę z mężem i z resztą kursantów, żeby zbadać, jak to wszystko znoszą. Ale ów niepisany kodeks zabraniał rozmów na ten temat, zabraniał rozmów o strachu przed śmiercią. Ani Jane, ani jej koleżanki nie mogły też o tym porozmawiać z innymi mieszkańcami bazy, porozmawiać tak szczerze, od serca. Fakt, można było zamienić słowo z żoną pilota i wyznać, że się zamartwiasz. Ale co z tego? Która z nich się nie zamartwiała? Rzuciłaby ci pewnie spojrzenie z cyklu: „Po co o tym myśleć?”, i tyle. Gdyby Jane wyjawiła, że dręczą ją koszmarne sny, niewykluczone, że uszłoby jej to płazem. Ale halucynacje?! Nigdy. W życiu żony pilota marynarki wojennej nie było miejsca na tego rodzaju anomalie.

Seria wypadków zdążyła już pochłonąć dziesięć ofiar i niemal wszyscy polegli należeli do kręgu najbliższych przyjaciół Pete’a i Jane. Byli młodymi ludźmi, którzy nieraz ich odwiedzali, którzy siadywali naprzeciwko Jane i jak cała reszta rozprawiali o wspaniałej przygodzie, jaką jest oblatywanie maszyn bojowych. Lecz ci, którzy jeszcze żyli, wcale nie stracili rezonu i zachowywali się tak jak przedtem! I gadali z takim samym, kompletnie niewytłumaczalnym ożywieniem i rozradowaniem! Jane obserwowała męża, chcąc stwierdzić, czy nie upada przypadkiem na duchu, ale żadnych tego typu oznak nie zauważyła. Gadał jak najęty, rozrabiał, żartował i śmiał się tym swoim zaraźliwym śmiechem Wiejskiego Prostaczka-Żartownisia. Jak zawsze. I wciąż cenił sobie towarzystwo kursantów takich jak Wally Schirra czy Jim Lovell. Młodzi piloci, a przynajmniej większość z nich, byli z reguły milczący i, co normalne w tym dziwacznym zawodzie, ożywiali się dopiero w powietrzu. Ale nie Pete, Wally i Jim. Nie, oni nie powściągali języka, nigdy. Wprost uwielbiali gadać i żartować. Pete nazywał Jima „Chwiejniakiem”, bo „Chwiejniak” to ostatnia ksywka, jaką pilot chciałby nosić. Wally Schirra był do tego stopnia towarzyski, że aż serdeczny; lubił robić ludziom kawały, gustował w straszliwych kalamburach i temu podobnych zabawach. Wszyscy trzej – nawet wtedy, gdy trwała seria tych śmiertelnych wypadków – uwielbiali rozmawiać o zdarzeniach takich jak choćby osobliwe przypadki Mitcha Johnsona, pilota marynarki wojennej, któremu los płatał nader częste i szczególne figle. Wyglądało na to, że życie Mitcha Johnsona spoczywało w rękach dwóch aniołów. Jeden anioł był dobry, drugi zły. Anioł zły pakował go w katastrofy, po których z przeciętnego pilota zostałaby tylko mokra plama, anioł dobry zaś z tych katastrof go ratował, i to tak skutecznie, że Johnson wychodził z nich bez najmniejszego zadrapania. Ot, choćby wczoraj – takie właśnie historyjki opowiadali przy Jane! – Mitch Johnson podchodził do lądowania na lotniskowcu. Ale podszedł za nisko, nie trafił na pas i przyładował w rufę pod pokładem. Nastąpiła ogłuszająca eksplozja, tył samolotu buchnął ogniem i wpadł do wody. Wszyscy obserwujący katastrofę skonstatowali: „Dobry anioł miał dzisiaj wolne. Biedny Johnson”. Wciąż jeszcze dyskutowali, jak usunąć szczątki, gdy nagle na mostku zadzwonił telefon i jakiś lekko przytłumiony, trochę niepewny głos powiedział: „Mówi Johnson. Słuchajcie, jestem w ładowni, w magazynie, i luk jest zamknięty, cholera. Nie mogę zapalić światła, bo tu ciemno jak diabli, i nie wiem, gdzie jest włącznik. W dodatku potknąłem się o jakiś drut czy kabel i chyba skaleczyłem się w nogę”. Oficer dyżurny trzasnął słuchawką i przysiągł, że dorwie tego ciężkiego skurwysyna, który w takiej chwili robi tak niesmaczne kawały. Ale telefon zadzwonił znowu i tym razem lekko zamroczony facet zdołał przekonać kumpli, że to naprawdę on, że to naprawdę Mitch Johnson. Nie, dobry anioł wcale go nie opuścił. Podczas katastrofy samolot grzmotnął w puste bębny amunicyjne, co złagodziło siłę uderzenia, trochę Johnsona zamroczyło, ale zabić go nie zabiło. Kadłub maszyny rozniosło na kawałki, więc Mitch po prostu wysiadł i otworzył luk prowadzący do ładowni. W ładowni było ciemno choć oko wykol, na podłodze walały się kable służące do mocowania zapasowych silników samolotowych, ale dobry anioł przeprowadził Mitcha i przez druty, i wskazał mu telefon. Jedyną raną, jaką odniósł nasz dzielny pilot – raz się potknął! – był siniak na goleni. O tak! Ten to miał ciąg do wypadków! Zdumiewająca rzecz, bo opowiadając tego rodzaju historyjki, Pete i Wally dosłownie pękali ze śmiechu. Jakby to były anegdoty z życia sportowców! Tak, anegdoty, nic więcej!

Kilka dni później Jane robiła zakupy w kantynie na Saunders Road, tuż koło głównej bramy wjazdowej do bazy. Usłyszała wycie syren, a potem warkot lotniczych wozów ratunkowych. Instynktownie chciała natychmiast pędzić do domu, ale nie, tym razem postanowiła zachować spokój. Zmusiła się do pozostania w kantynie i dalej robiła zakupy. Robiła je przez pół godziny, aż kupiła wszystko, co miała na liście. Dopiero wtedy ruszyła z powrotem do North Town Creek. Kiedy tam przyjechała, zobaczyła na chodniku... mężczyznę. Mężczyzna szedł. Czarny garnitur, biała koloratka... Był przed nią, widziała go od tyłu, ale i tak nie miała żadnych wątpliwości co do jego profesji: to pastor z kościoła episkopalnego, jej pastor. Otworzyła szerzej oczy, ale nie, pastor nie zniknął i nadal zmierzał w stronę frontowych drzwi. A przecież teraz Jane nie spała, nie było jej w domu, nie wyglądała oknem: siedziała w samochodzie, na ulicy, przed, przeeeed domem. Więc to nie sen, nie halucynacja. Pastor szedł do jej drzwi... naprawdę.

Takiego poruszenia na lotnisku w Pax River nie pamiętali nawet najstarsi piloci. W dodatku widzieli to wszyscy, bo chyba wszyscy wylegli na pas startowy, jakby odbywały się tam jakieś pokazy.

Ted Whelan, jeden z przyjaciół Conrada, wystartował myśliwcem. Już podczas startu wada konstrukcyjna samolotu spowodowała wyciek z systemu hydraulicznego. Na desce rozdzielczej Whelana zapaliła się czerwona lampka, więc musiał porozmawiać z ziemią. Było sprawą oczywistą, że nim zdoła zawrócić i usiąść, wyciek sparaliżuje stery. Musiał skakać, nie wiedział tylko kiedy ani gdzie, i to właśnie chciał uzgodnić z wieżą. Zdecydowali, że katapultuje się na wysokości dwóch tysięcy pięciuset metrów, dokładnie nad lotniskiem, przy takiej to a takiej szybkości. Maszyna spadnie do zatoki Chesapeake, a on spokojnie wyląduje na spadochronie. Z zimną krwią, jak przystało na wytrawnego pilota, Whelan zdołał naprowadzić samolot na kurs i dokładnie nad lotniskiem, na wysokości dwóch tysięcy pięciuset metrów, odpalił ładunek miotający.

Wszyscy kumple stojący na pasie zadarli głowy. Ujrzeli, jak Whelana wyrzuca z kabiny. W uprzęży spadochronu typu Martin-Baker wyglądał jak maleńka czarna grudka szybująca dwa i pół kilometra nad ziemią. Spadał. Patrzyli. Czekali, aż otworzy się spadochron. Czekali sekundę, dwie, czekali jeszcze kilka sekund. Maleńka grudka nie była już maleńką grudką. Rosła, rosła w oczach, pędziła coraz szybciej i szybciej. I wtedy – rzecz to nie do opisania – nadeszła owa straszliwa chwila, kiedy wszyscy, którzy znali się choć trochę na skokach, zrozumieli, co się zaraz stanie. Ale nawet oni, ci, którzy zrozumieli, nawet oni doświadczali iście nieziemskiego uczucia, bo nigdy dotąd czegoś takiego nie widzieli, nie oglądali tego z tak bliska, od początku do końca, nie obserwowali tego z miejsc, które nagle zyskały status loży honorowej. Whelan spadał z taką szybkością, że oczy zaczęły płatać ludziom figle. Jego sylwetka zdawała się wydłużać, rozciągać, była teraz znacznie większa i mknęła ku ziemi z tak potwornym pędem, że nie mogli już rozróżnić jej zarysów. W końcu śmignęła jak czarna rozmazana smuga i usłyszeli coś, co przypominało odgłos eksplozji. Ale to nie była eksplozja, to nie był wybuch. Nie, usłyszeli koszmarny trzask, straszliwe plaśnięcie ludzkiego ciała o beton. Ted Whelan, jego hełm, skafander kompensacyjny, spadochron, uprząż – to wszystko gruchnęło w sam środek pasa startowego, dokładnie w cel, tuż przed tłumem obserwujących. Strzał idealny, strzał w dziesiątkę. Nie ulegało wątpliwości, że Whelan żył aż do chwili zderzenia z ziemią. Przez mniej więcej trzydzieści sekund widział, jak baza lotnicza Pax River, półwysep, na którym się rozlokowała, cały okręg Baltimore, cała kontynentalna Ameryka, jak cały możliwy do ogarnięcia rozumem świat mknie ku niemu, by go zabić. Kiedy podnosili zwłoki, przypominały worek ze sztucznym nawozem.

Pete znów wyjął z szafy swój płaszcz i razem z Jane, razem z grupą małych Indian, poszli na pogrzeb Teda Whelana. To, że nie grzebali Pete’a, wcale Jane nie pocieszało. To, że pastor odwiedził ją nie jako smętny Przyjaciel Wdów i Sierot – przyszedł w sprawach kościelnych, po datek – nie przyniosło ani ulgi, ani spokoju. To, że Pete nie wykazywał najmniejszej chęci, by przemyśleć swoje dalsze życie i tragiczny bez wątpienia koniec, też nie dodawało jej odwagi. Jeszcze jeden koszmarny sen, następna halucynacja, i następna, i następna, a każda będzie po prostu bardziej realistyczna niż poprzednia. Bo Jane już zrozumiała. Zrozumiała wreszcie cały układ, pojęła sedno rzeczy, choć nikt jej tego nie wyjaśniał, nie pisnął nawet słowa. Wiedziała już nawet, dlaczego Pete – student, absolwent Princeton, którego poznała na otrzęsinach w Gulph Mills Club! – nigdy nie przestanie latać, dlaczego rzuci tę morderczą pracę dopiero w trumnie. Bo Bóg jej świadkiem, była pewna, że na każdego z małych Indian czeka trumna.

Siedem lat później, kiedy w saloniku stali koło niej fotograf i reporter z czasopisma „Life”, kiedy obserwowali jej twarz, kiedy na trawniku przed domem kłębił się tłum dziennikarzy z prasy i z telewizji czekających na choćby słowo, na gest, na cokolwiek – a może na ukradkowe spojrzenie przez szparę w zasłonach! – kiedy wszyscy, co do jednego, pożerali ją drapieżnymi oczyma, kiedy zadawali wzrokiem nieme pytania, kiedy formułowali je, używając tak wielu słów – „Co pani teraz czuje? Czy się pani boi? Ameryka chce wiedzieć!” – kiedy to wszystko widziała i słyszała, chciało jej się śmiać, lecz nie mogła przywieść na usta choćby cienia uśmiechu.

„Dlaczego pytacie dopiero teraz?” – taką im szykowała odpowiedź. Ale oni nie mieliby zielonego pojęcia, o co jej chodzi.

II
TO COŚ

Katastrofa za katastrofą. Co za upiorna seria... A jednak jeszcze długo potem Pete i Jane spotykali pilotów z innych baz marynarki wojennej, z baz sił powietrznych, z piechoty morskiej, z których każdy przeżył własną, równie koszmarną passę. Poznali na przykład Mike’a Collinsa, pilota z sił powietrznych, siostrzeńca J. Lawtona Collinsa, byłego szefa sztabu armii. Mike odbył jedenastotygodniowe szkolenie bojowe w bazie sił powietrznych USA w Nellis, koło Las Vegas, i podczas tych jedenastu tygodni w katastrofach zginęło dwudziestu dwóch kursantów, co dawało niezwykłą wprost średnią: dwóch tygodniowo. Poznali oblatywacza Billa Bridgemana. W roku 1952, kiedy Bridgeman stacjonował w bazie sił powietrznych w Edwards, podczas kursu trwającego dziewięć miesięcy zginęło sześćdziesięciu dwóch pilotów. Średnia: 1,7 tygodniowo. Te dane dotyczyły tylko pilotów szkolonych na maszynach bojowych. Nie obejmowały oblatywaczy, kolegów Bridgemana, którzy też ginęli nader regularnie.

Niesamowite, to fakt. Z tym, że takich horrendalnych serii zdawał się doświadczyć każdy weteran latający na małych, wyczynowych samolotach odrzutowych. Każdy z nich przeżył kiedyś złą passę.

Z czasem marynarka wojenna miała opracować dane statystyczne, które wskazywały, że zawodowy pilot wojskowy, czyli taki, który zamierzał latać przez dwadzieścia lat, jak Conrad, ma dwadzieścia trzy procent „szans” na to, by zginąć w katastrofie samolotowej. Przy czym statystyki nie obejmowały poległych na polu walki, albowiem tego rodzaju zgonów wojsko nie traktowało jako śmierci w wypadku. Co więcej, istniało wprost olbrzymie, bo dokładnie licząc pięćdziesięciosześcioprocentowe prawdopodobieństwo, że w trakcie kariery zawodowej pilot marynarki wojennej będzie się musiał katapultować i ratować życie za pomocą spadochronu. W erze myśliwców odrzutowych katapultowanie się było niczym innym jak odpaleniem ładunku nitrogliceryny, którego eksplozja wyrzucała delikwenta z kabiny niczym żywy pocisk armatni. Katapultowanie się groziło takimi niebezpieczeństwami – na twardych obrzeżach kabiny ludzie tracili kolana, ręce i życie, a zderzenie z powietrzną „ścianą” czyhającą na zewnątrz zdzierało im skórę z twarzy – że wielu pilotów wolało raczej walczyć z opornym samolotem, niż skakać. I chcąc za wszelką cenę sprowadzić maszynę na ziemię, ryzykowali i walczyli do samego końca. I ginęli.

Statystyki nie były chronione tajemnicą wojskową, ale nie były też szeroko znane, bo publikowano je bez wielkiego rozgłosu w czasopismach medycznych. Jednak żaden pilot, a już na pewno nie żona pilota, nie musiał analizować statystyk, by poznać prawdę. Wystarczyły pogrzeby, które w sposób najdrastyczniejszy z drastycznych zastępowały wszelkie tabele i zestawienia. Czasami, gdy młodziutka żona wojskowego pilota jechała na zlot szkolnych koleżanek, docierał do niej bardzo dziwny fakt: otóż koleżanki w ogóle nie chodziły na pogrzeby! W takich chwilach Jane spoglądała na męża... Pete Conrad, Princeton, rok 1953... Pete miał na sobie ten żałobny płaszcz więcej razy niż którykolwiek z jego rówieśników smoking! Ilu z tych roześmianych, szczęśliwych chłopców zdążyło pochować z górą tuzin przyjaciół, kumpli czy współpracowników? (Zmarłych tragicznie podczas wykonywania codziennych obowiązków). W owym czasie, w latach pięćdziesiątych, absolwenci Princeton zadzierali nosa, że mogą ubiegać się o pracę na Wall Street, na Madison Avenue czy w czasopismach takich jak „Time” lub „Newsweek”, bo mniemali, że to gra wielce ryzykowna, agresywna i tylko dla najlepszych. Było w modzie snuć okrutne pogawędki o zażartej, brutalnej, iście morderczej rywalizacji, jaka ich tam czeka, lecz gdy któryś z tych młodzieńców umierał podczas pełnienia obowiązków służbowych – a zdarzało się to bardzo, bardzo rzadko – umierał zapewne w drogiej restauracji na Manhattanie, gdzie zadławił się kawałkiem chateaubrianda, znakomicie skądinąd przyrządzonego. Ilu z nich podjęłoby tę morderczą pracę na Madison Avenue, ilu z nich by tam wytrzymało, gdyby wiedzieli, że istnieje dwudziestotrzyprocentowe prawdopodobieństwo, prawdopodobieństwo jak jeden do czterech, iż praca ta ich zabije? Panowie, hm... Mamy tu drobny problem z tą epidemią przypadków gwałtownej śmierci... Tak...

Ale czy naprawdę istniała jakaś zasadnicza różnica między Pete’em (albo Wallym Schirrą, Jimem Lovellem czy którymkolwiek z nich) a jego rówieśnikami z college’u? Chyba nie, z wyjątkiem tego, że Pete kochał latanie. Jego ojciec był filadelfijskim maklerem i pośrednikiem i Pete pamiętał z dzieciństwa dom na przedmieściach Main Line, limuzynę i szofera. Kryzys zniszczył giełdę i pośrednictwo – wspaniałe, niezwykle dochodowe interesy – zabrał dom, samochód i służących, niebawem rodzice się rozwiedli, a ojciec wyjechał na Florydę. Może dlatego, że podczas pierwszej wojny światowej był obserwatorem balonowym – bardzo niebezpieczny proceder, gdyż balony stanowiły bezcenny łup dla nieprzyjacielskich samolotów – jego syna, Pete’a, zafascynowało latanie. Pete poszedł na uniwersytet w ramach tak zwanego Planu Hollowaya, programu stypendialnego zainicjowanego jeszcze w czasach drugiej wojny światowej, zgodnie z którym studenci odbywali latem ćwiczenia wraz z kadetami Akademii Marynarki Wojennej i kończyli Princeton jako oficerowie. Tak więc Pete obronił dyplom, dostał patent oficerski, ożenił się z Jane i ruszył do Pensacoli na Florydzie, gdzie miał rozpocząć szkolenie lotnicze.

Dopiero wówczas, patrząc na to z perspektywy lat, między życiem Pete’a a życiem jego rówieśników zaistniała nader znacząca różnica.

Młody człowiek mógł rozpocząć szkolenie lotnicze, wierząc, że wstępuje do swego rodzaju szkoły technicznej, gdzie zdobędzie określony zasób umiejętności. Zamiast tego stwierdzał, i to natychmiast, że wstąpił do jakiegoś... bractwa. A w tym bractwie, choć było bractwem wojskowym, ludzi wcale nie klasyfikowano wedle stopnia, skutkiem czego nie istnieli tu chorążowie, porucznicy czy kapitanowie. Mieszkańcy tego dziwnego światka dzielili się na tych, którzy to w sobie mają, i na tych, którzy tego nie mają. Jednak to coś, owa specyficzna cecha, nie zostało nigdy nazwane ani też nigdy o tym w żaden konkretny sposób nie mówiono.

Jeśli zaś chodzi o to, czym właściwie owa cecha była... Cóż, z pewnością była synonimem męstwa. Lecz nie męstwa w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, to jest gotowości do ryzykowania życia. Uważano chyba, że gdyby rzecz sprowadzała się tylko do tego, męstwem imponować mógłby każdy głupiec, bo poświęcić życie wcale nie jest trudno. Nie, w tym hermetycznym bractwie chodziło zapewne o to, że człowiek powinien umieć wsiąść do kawałka stalowej rury, śmignąć jak pocisk w niebo, nadstawiając łeb, wycisnąć rurę na maks, a później mieć jeszcze tyle werwy, refleksu i doświadczenia, by w ostatniej chwili wprowadzić maszynę w ślizg, wylądować – a nazajutrz znów wystartować, by startować dzień w dzień, nawet w nieskończoność, jeśli zaszłaby taka potrzeba – i robić to wszystko w imię sprawy, która znaczy coś dla tysięcy, dla milionów ludzi, która znaczy coś dla nacji, dla ludzkości, dla Boga wreszcie. Nie istniał też żaden sprawdzian rozstrzygający, czy dany pilot to coś w sobie ma, czy też nie. Zamiast tego istniała praktycznie biorąc nieskończona seria sprawdzianów. Tak, brachu, kariera pilota wojskowego przypominała karkołomną wspinaczkę na jedną z tych babilońskich piramid zbudowanych z setek schodów i występów – im wyżej, tym większy zawrót głowy! – przypominała wspinaczkę na gigantyczny, koszmarnie stromy ziggurat. W dodatku pełznąc nieustannie pod górę, zawsze, ale to zawsze trzeba było udowadniać, iż jest się tym wybranym, jednym z namaszczonych, którzy to coś w sobie mają, którzy mogą pełznąć coraz wyżej, wyżej i jeszcze wyżej, którzy pewnego dnia – jeśli taka będzie wola boża – mogą nawet dopełznąć na sam szczyt okupowany przez elitę elit, przez garstkę tych, których widok wyciskał ludziom łzy z oczu: przez Bractwo Błękitnych Rycerzy.

Mówić o tym nie mówiono, jednak wszystko odgrywano tak, że młody człowiek nie mógł po prostu tego nie zrozumieć. Kiedy do Pensacoli przybywali nowi kursanci, prowadzono ich do sali na mały wykład. Oficer zagajał: „Popatrzcie na kolegów siedzących po waszej lewej i prawej stronie”. By wykazać się pilnością, całkiem spora grupka neofitów natychmiast obracała głowy w prawo i w lewo. Wtedy oficer mówił: „Jeden z was trzech odpadnie!”, co oznaczało, że jedna trzecia delikwentów wyleci z kursu i nigdy nie będzie nosić odznaki pilota. Taki był temat wykładu inauguracyjnego, lejtmotyw szkolenia wstępnego. Wiemy już, że jeden z was trzech nie ma jaj – pozostaje tylko stwierdzić, który.

I rzeczywiście, okazywało się, że oficer mówił prawdę. Każdy etap wspinaczki na tę oszałamiająco wysoką piramidę dzielił kandydatów na tych, którzy mają w sobie to coś, by iść dalej, i na tych, którzy wyraźnie zostawali w tyle i... odpadali. Część z nich, tych mniej bystrych czy mniej pracowitych, odpadała już na samym początku szkolenia teoretycznego. Później był kurs pilotażu podstawowego na szkolnych samolotach śmigłowych. I znów kilku z nich zawaliło i odpadło, chociaż tę fazę kursu specjalnie ułatwiano. Potem, krok po kroku, opanowywali coraz trudniejsze elementy szkolenia: lot w szyku, lot na przyrządy, loty na samolotach odrzutowych, loty w ciężkich warunkach atmosferycznych, technikę artyleryjską, a na każdym z tych etapów odpadali kolejni nieudacznicy. I rzeczywiście, wkrótce jedna trzecia pierwotnego naboru została gładko wyeliminowana z szeregów tych, którzy – choć to jeszcze nic pewnego – mieli w sobie to męskie, acz nienazwane coś.

W marynarce wojennej każdy neofita, który zaliczył szkolenie, jakie przechodzili kandydaci na pilotów sił powietrznych, musiał dodatkowo przejść przez coś jeszcze. Otóż gdzieś na oceanie czekał na niego kawał groźnej szarej płyty: pokład lotniskowca. Z tą koszmarną płytą wiązał się chyba najtrudniejszy element szkolenia na maszynach bojowych, mianowicie lądowanie. Delikwent wysłuchiwał niezliczonych wykładów, pokazywano mu na ten temat filmy, stąd wiedział, że lądowanie na lotniskowcu jest bardzo niebezpieczne. Dlatego najpierw ćwiczył na zwykłym lotnisku, gdzie wymalowano zarys pokładu. Kazano mu dotknąć kołami pasa, dać pełny ciąg i natychmiast startować. To było jeszcze względnie bezpieczne – ziemia się przynajmniej nie ruszała – ale mogło straszliwie nadwerężyć... żyroskop duszy, tak to nazwijmy. Bo ten wymalowany na betonie kształt... Jezu! Był tak cholernie mały! I znów sporo kandydatów zawaliło, i znów sporo odpadło. Aż przychodził taki dzień, kiedy tych, którzy pozostali, wysyłano bez uprzedzenia nad ocean, gdzie mieli rozpocząć dłuuuugą serię rozrachunków z tą groźną szarą płytą. Pierwszy dzień był zawsze pogodny i niemal bezwietrzny. Na spokojnej tafli morza lotniskowiec tkwił tak nieruchomo, że stamtąd, z góry, przypominał platformę wspartą na solidnych palach, dlatego pierwsze lądowanie zwykle kandydatom wychodziło. Co za ulga! I jaki zapał do kolejnych prób! Do tej chwili piloci radzili sobie niczym prawdziwe orły i dopiero teraz, dopiero wtedy, gdy stanęli na pokładzie lotniskowca, zaczynali powątpiewać, czy rzeczywiście się do tego zawodu nadają, czy rzeczywiście mają w sobie to męskie coś. Na filmach szkoleniowych pokład wyglądał jak szarawa płyta wykrojona z geometryczną precyzją, płyta niebezpieczna, tak, ale na ekranie zadziwiająco abstrakcyjna. Lecz kiedy się na niej stanęło... Geometria – Chryste, człowieku, to jest jakiś... rondel! Taca! Patelnia! Chwieje się, kołysze, wędruje raz w górę, raz w dół, przechyla się na burtę lewą (to wielkie bydlę naprawdę się przechyla!), kiedy okręt idzie pod falę, przechyla się na burtę prawą. Otwarte morze, wiatr smaga nagi pokład, na pokładzie nie ma relingu czy choćby jakiegoś sznura, a osiemnaście metrów niżej chlupocze woda! To naprawdę taca! Płytka, chybotliwa patelnia! Albo ruchoma brytfanka z grilla! I wcale nie szara, tylko czarna, ze śladami wycieków paliwa lotniczego, od dziobu po rufę wysmarowana niezliczonymi śladami po lądowaniach, zalana oleistymi kałużami płynu hydraulicznego, gorąca, lepka, tłusta, śliska, zjadliwa i złośliwa, bo nieustannie narażona na Bóg wie jakie stresy i urazy – ta cholerna balia dyszała, wprost zionęła gniewem! – stale nadwerężana detonacjami i wybuchami, trawiona ogniem i żarem, drżąca od grzmotu silników, od wizgów, pisków, jęków, nagłych gwizdów, straszliwych wstrząsów, miażdżących uderzeń, rojąca się od ludzików w czarnych hełmach à la Myszka Miki – nosili jaskrawe, czerwono-żółto-szkarłatno-zielone koszule – którzy uwijali się jak w ukropie, ganiali tam i z powrotem, jakby od tego zależało ich własne życie (no, wreszcie to z siebie wydusiłeś!), którzy podhaczali samoloty do prowadnic startowych, którzy te prowadnice zwalniali, by z wściekłą furią grzmiących dopalaczy, z upiornym kabuuum! rozrywającym okręt cisnąć, wyrzucić maszynę za pokład. Jednak manewr startu wydawał się procedurą absolutnie kontrolowaną, uporządkowaną i wysublimowaną w porównaniu z tym, co nasz dzielny orzeł miał ujrzeć za chwilę, a co w stoickim żargonie obsługi pokładowej nazywano „przechwyceniem i zatrzymaniem samolotu”. Stwierdzenie, że na przykład taki F-4 jest w stanie wylądować na tej rozhuśtanej, rozżarzonej płycie, usiąść na niej z szybkością dwustu czterdziestu kilometrów na godzinę, brzmiało nieźle w sali wykładowej, ale ponieważ słuchacze niemal zawsze sądzili, że lądująca maszyna ześlizguje się łagodnie z nieba, stwierdzenie było sprzeczne z odczuciami, jakie ogarniały naszych żółtodziobów stojących na pokładzie. Bo cała prawda docierała do nich dopiero tutaj, brachu, na lotniskowcu! Kiedy samolot był coraz bliżej i bliżej, kiedy kadłub okrętu zapadał się co chwila w fale, mając gdzieś, że prędkość myśliwca wcale nie spada, a pokład nie wykazuje najmniejszej chęci do zastygnięcia w bezruchu – wprost przeciwnie, z każdym mazisto-tłustym ufffsss dźwiga się na półtora, na trzy metry w górę, by zaraz runąć w dół! – nerwy wszystkich nowicjuszy doświadczały nader alarmującego wrażenia, wrażenia, na które żaden wykład nie mógł ich przygotować: To nie samolot ku mnie leci! To kamień! Cegła! Wlazł na nią jakiś biedny kretyn (Taki sam jak ja! Chryste!) i usiłuje sterować! W dodatku ta cholerna, ważąca prawie czternaście ton cegła wcale nie schodzi łagodnym ślizgiem, ona spada na łeb na szyję, i spada nie na pas startowy, tylko na mnie, dokładnie na mnie! Wreszcie ze straszliwym trzaskiem uderza o pokład, niczym rozpędzony pociąg towarowy śmiga na koniec pasa, oślepia ludzi koszmarnym podmuchem i ryczy, ryczy jeszcze głośniej, bo ten sukinsyn pilot zwiększa nagle obroty i daje pełny ciąg startowy! Świst, przeraźliwy, rozdzierający uszy wizg, na pokładzie wykwita rozmazana pręga, ślad roztartej gumy, ale... spokojnie, panowie, tak trzeba, wszystko gra, to tylko lina łapacza rozciągnięta w poprzek pasa startowego! Gdy maszyna wyrżnęła ogonem w pokład, lina chwyciła hak zaczepu sterczący z brzucha samolotu, a ten łoskot, ten straszliwy trzask, to odgłos, jaki powstaje, gdy reszta czternastotonowego cielska, jego pysk, wali z impetem o nawierzchnię lądowiska. Olbrzymie bydlę napina teraz linę i ryczy jak zarzynane, na wypadek gdyby łapacz puścił, pękł, gdyby maszyna „przekoziołkowała”, ześlizgnęła się z pokładu, gdyby pilot musiał szybko startować. A do plującego ogniem potwora już pędzą krasnoludki w hełmach à la Myszka Miki...

Nasz dzielny orzeł patrzy i patrzy, wtem czuje, że ta gigantyczna, spieczona słońcem płyta śmierci wniknęła mu do nosa, do małżowiny usznej, że się tam huśta, przewala to w tę, to w tamtą stronę, i nagle stwierdza, że to koniec, że osiągnął kres swoich możliwości. I to faktycznie koniec, bo idzie do lekarza, a ten oznajmia, że delikwent ma ostre zapalenie zatok bocznych nosa albo chorobę Ménière’a. W ciągu jednego dnia pogorszył mu się wzrok, drętwieją mu ręce i nogi, błędnik jest w takim stanie, że kandydat na pilota nie toleruje już zmian wysokości. Symptomy są prawdziwe, ale tylko częściowo. Nasz dzielny orzeł rzeczywiście kiepsko widzi, stracił władzę w palcach i odporność na ból. Lecz podświadomie czuje, że to tylko usprawiedliwienie i wymówka; kompletnie nie obchodzi go to (jak odnotowuje lekarz pokładowy), że symptomy mogą nie ustąpić i wpłynąć znacząco na życie, jakie czeka go poza kręgiem wybrańców, którzy zachowali w sobie to nienazwane coś.

A ci, którzy to coś w sobie zachowali, którzy zakwalifikowali się do służby na lotniskowcach – tym bardziej ci, którzy zaliczyli później starty i lądowania nocne – zaczęli się czuć jak dzielni wojownicy Jerubaala. Bo przecież tak wielu innych odpadło! Młodzi zwycięzcy mogli teraz sycić oczy śmiertelnosłodkim, prawdziwie niepowtarzalnym widokiem: mogli spoglądać z góry na stłamszonych, zmarniałych pariasów, na tych, co zostali w tyle, mogli robić przegląd ludzi pozbawionych tego, co w życiu pilota najniezbędniejsze.

Wojsko było bezlitosne. Zamiast kazać się tym biedakom spakować i wysłać ich do domu, marynarka wojenna, tak samo jak siły powietrzne czy piechota morska, próbowała nieudaczników wykorzystać, na przykład w roli kontrolerów ruchu powietrznego. Taki bidula musiał więc dalej chodzić na zajęcia z resztą grupy, choć nie wolno mu było dotknąć samolotu. Z kataraktą największego upokorzenia w oczach siedział na wykładach, wbijał wzrok w zeszyt i wił się pod ukradkowymi spojrzeniami kumpli. A spojrzenia te mówiły: I co z niego zostało? To tylko nędzna mrówka, trędowaty, nieszczęsny palant. Bo jaki egzamin tak naprawdę oblał? Oblał egzamin z męstwa, z samej męskości. Rzecz jasna, o tym też nigdy nie mówiono. Jednak tak, chodziło o samczość, męstwo, męskość, o męską odwagę; bez względu na to, że przyszło im żyć w czasach racjonalnych i nader wyrafinowanych, chodziło o coś pierwotnego, jaskiniowego, o prymitywny impuls do stawienia czoła wyzwaniu.

Może dlatego, że nie można było o tym rozmawiać, wokół tematu zaczęła narastać zabobonna, wręcz mistyczna otoczka. Facet albo to miał, albo nie! Nie mógł mieć połowy czy trzech czwartych. Co więcej, to coś mogło w każdej chwili prysnąć jak bańka mydlana, jak piękny sen! Tak, bo jednego dnia gość wspinał się na piramidę w oszałamiającym tempie, a nazajutrz – dupa! – w najbardziej nieoczekiwany sposób osiągał kres swoich możliwości. Conrad i Schirra spotkali kiedyś pilota sił powietrznych, który w bazie Tyndall na Florydzie miał znakomitego kumpla. Ten kumpel z kolei miał zaczątki na prawdziwego asa i w czasie szkolenia bił kolegów na łeb. Najpierw latał na T-38, i latał jak marzenie, bo T-38 to najszybszy i najostrzejszy samolot szkolno-treningowy. Potem przesiadł się na T-33, co było normalne, bo musieli go sprawdzić i na tej maszynie. T-33 to samolot nie tak szybki i ostry jak T-38, to właściwie lekko zmodyfikowana wersja starego myśliwca odrzutowego P-80. T-33 miał straszliwie ciasną kabinę. Tak ciasną, że pilot ledwo mógł poruszać rękami. O takich samolotach mawiali: „Nimi się nie lata, je się nosi”. Więc ten facet, ten przyszły as, usiadł za sterami T-33 i od razu stwierdził, że ma klaustrofobię, w dodatku klaustrofobię najbardziej paraliżującą z paraliżujących. Próbował, brachu, wszystkiego. Poszedł nawet do psychiatry, co jak na oficera – nie daj Boże dowiedzieliby się o tym przełożeni! – jest poważnym błędem. I na nic, nie pomogło. Przeniesiono go na odrzutowe maszyny transportowe, jak na przykład C-135. Transportowce to samoloty niezwykle potrzebne i użyteczne, latać na nich niełatwo. Wciąż mówiono, że z niego znakomity pilot, ale wszyscy wiedzieli – i jak zawsze byli nader oszczędni w słowach – że tylko ci przydzieleni do eskadr myśliwskich, że tylko „orły” albo „chłopcy z szybkich” – tak siebie nazywali, z ironią, ale i z samozadowoleniem – należą do prawdziwego bractwa. Pilotów latających na transportowcach nie poniżano tak jak tych, co odpadli, niemniej oni też zostali w tyle, bo tego czegoś w sobie nie mieli.

Albo na przykład idzie sobie chłopak na rutynowe badanie lekarskie, czuje się jak milion dolców, a tu nagle dup! i lekarz go uziemia z powodu płaskostopia. Płaskostopia! Naprawdę! Tak bywało! (Ha! A spróbuj sobie te płaskie stopy wygiąć w łuk!) Albo uziemiają człowieka, bo złamał sobie rękę w nadgarstku i częściowo, tylko częściowo, stracił zdolność do poruszania dłonią. Albo dlatego, że troszeczkę pogorszył mu się wzrok, albo z setek innych powodów, które w zwyczajnym fachu nie miałyby najmniejszego znaczenia. Skutkiem tego chłopcy z szybkich uważali lekarzy za swoich naturalnych wrogów. Badania lekarskie były interesem nieprzynoszącym żadnych korzyści, bo w gabinecie pilot mógł co najwyżej utrzymać dotychczasową pozycję lub wszystko stracić. Obiektywnie rzecz biorąc, uziemienie z przyczyn zdrowotnych dyshonorem nie było. Ale jednak było! Tak, bo cóż właściwie oznaczał zakaz lotów? To, że udupiony chłopak nie ma już tego nienazwanego, nienazywalnego i niezbędnego czegoś! (Prysnęło jak piękny sen; cóż, zawsze może prysnąć).

Wszyscy młodzi, ostrzy piloci chcieli się sprawdzić na własną rękę. Robili to w sposób nader zabobonny, niczym prezbiterianie sprzed stu lat, którzy eksperymentowali z własnym życiem, by zbadać, czy należą do grona prawdziwych wybrańców. Kiedy chłopak odbywał szkolenie, czy to w marynarce, czy w siłach powietrznych, przełożeni wbijali mu nieustannie do głowy żelazne reguły dotyczące eksploatacji samolotu i zachowania się w przestworzach. Wielokrotnie zakazywali mu różnych „sztuczek”, takich jak „berek”, latanie „na fastrygę”, zabraniali mu samolotem „kosić”, „orać”, „prasować” czy latać pod mostami. Ale nie wiadomo dlaczego młode orły zawsze wyczuwały, że ci, którzy mają w sobie to coś, mogą zakazy ignorować; nie żeby ich łamanie stawiać sobie za cel, nie, ale by dowieść, że ot tak, po prostu, można je zlekceważyć i że istnieje tylko jeden sposób, by sprawdzić, czy tak rzeczywiście jest. Mało tego. Wyczuwali, że tak naprawdę to instruktorzy właśnie takiej reakcji po nich oczekują, że – co trochę dziwne – będą patrzeć przez palce, jak młody lotnik rzuca wyzwanie wszelkim możliwym ograniczeniom. Wykładowcy mówili na przykład, że pilot nigdy nie powinien startować bez solidnego śniadania – jajka na bekonie, grzanki i tak dalej – bo niski poziom cukru we krwi osłabia czujność. Oczywiście nazajutrz każdy orzeł zjadał śniadanie składające się z filiżanki czarnej kawy, siadał za sterami, pruł świecą w górę, aż waga maszyny neutralizowała ciąg silnika, a prędkość napowietrzna spadała do zera, na jeden krótki ociekający adrenaliną moment zawisał w przestworzach, po czym spadał jak kamień, dopóki nie stała się jedna z trzech rzeczy: dopóki samolot nie odzyskał sterowności i nie zadarł nosa nad horyzont (wtedy wszystko kończyło się dobrze), dopóki nie zerwał się w korkociąg (wtedy orzeł musiał skakać) lub dopóki pilot nie roztrzaskał się z maszyną o ziemię (to ostatnie było zawsze najbardziej prawdopodobne).

Tak samo „berek”, czyli pozorowana walka powietrzna. Berek też był zakazany, więc, co oczywiste, młode orły nie mogły się wprost doczekać, by wystartować w parze, na przykład dwoma F-100, i rozpocząć podniebne harce. Harcowali z szybkością tysiąca dwustu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, a wygrywał ten, który zdołał zajść kolegę od tyłu i przyczepić się mu do ogona („wejść mu w rurę”, jak mawiali). Co zuchwalszy zabijaka nierzadko przesadzał, za ostro wchodził w zakręt, silnik zdychał, a jeśli nie mógł go uruchomić – musiał skakać. Wygrażając pięścią zwycięzcy, zawisał taki na spadochronie, maszyna warta milion dolarów spadała na trawiastą równinę albo na pustynię, robiła wielkie bum!, roztrzaskiwała się w drobny mak, a nasz dzielny orzeł już myślał, co tu zrobić, żeby jak najszybciej dopaść kumpla i jeszcze przed śledztwem uzgodnić z nim szczegóły wspólnej legendy: „Nie wiem, co się stało, panie pułkowniku. Po przechwyceniu celu wyrwałem maszynę z lotu poziomego, wchodziłem na górkę i po prostu zdechł mi silnik”. Berek był zakazany, a za berka, który doprowadził do zniszczenia samolotu, groził sąd wojskowy. Przełożeni wiedzieli, że silnik nie mógł tak „po prostu zdechnąć”, lecz spontanicznie, kierowani identycznym odruchem, myśleli: „Tam do diaska! Facet ma jaja! Za pilota, który nigdy nie próbował tych wariackich sztuczek, nie dalibyśmy złamanego centa”.

Inny wariant wspomnianego wyżej odruchu powodował, że młody orzeł, który zapędził się w ślepy zaułek, niechętnie się do tego przyznawał. Pilot nie cierpiał zgłaszać zagrożenia z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że uruchamiało to cały szereg złożonych i nader publicznych działań na lotnisku: wstrzymywano lądowania wszystkich samolotów, łącznie z tymi, którym najpewniej kończyło się już paliwo; na pas startowy wyjeżdżały wozy strażackie (z góry wyglądały jak maleńkie żółte zabawki), co jeszcze dobitniej podkreślało beznadziejne położenie nieszczęsnego delikwenta; puszczano w ruch całą biurokratyczną machinę, by rozpocząć nieuchronne śledztwo. Po drugie, przed zgłoszeniem zagrożenia młody orzeł musiał sam dojść do wniosku, że nie ma innego wyjścia, innymi słowy musiał przyznać, że jeszcze przed chwilą to coś miał, a teraz potrzebuje pomocy! Ci z wieży dostawali szału na myśl, że w powietrzu lata cała banda młodych asów rozumujących w ten właśnie sposób. Samolot schodził im z radarów, gdy wzywali pilota, chłopak mamrotał coś bez związku i już wiedzieli, że ma najpewniej awarię silnika, że spada, próbując go uruchomić wysięgnikiem zapasowego generatora, którego śmigiełko obracało się w strudze powietrza niczym dziecięcy wiatraczek.

– Whisky Kilo Dwa Osiem, czy zgłaszasz zagrożenie?

To pytanie otrzeźwi go jak nic! I otrzeźwiało.

– Nie, powtarzam, nie – odpowiadał. – Whisky Kilo Dwa Osiem nie zgłasza zagrożenia.

I babuch! Ci, co wierzyli, że Bóg ulepił ich z właściwego materiału, woleli się raczej rozwalić i spłonąć.

Po wcieleniu do eskadry myśliwskiej przychodził taki dzień, kiedy młody orzeł otwierał szerzej oczy, by zrozumieć, jak teraz odpadają ci, którzy przegrali ten wspaniały, braterski wyścig. I stwierdzał, że nie odpadali z winy instruktorów czy przełożonych i że nie utrącał ich brak wymaganych kompetencji. Odpadali, bo ginęli. Dopiero teraz zaczynało to do niego docierać. Bo stawka wciąż rosła, powoli, powoluśku, aż w pewnej chwili as przestworzy stawał do gry najbardziej męskiej z męskich, do gry, którą można określić mianem najryzykowniejszego, ale i najwspanialszego hazardu. Latanie na szybkich w piękny, słoneczny dzień – innymi słowy, latanie jednosilnikowymi maszynami odrzutowymi typu ot, choćby Century, takimi jak F-102 czy jakimkolwiek innym kawałem cudownej rury wyposażonej w skrzydła – stawiało pilota przed większym wachlarzem sposobów śmierci do wyboru, niż jego żona i dzieci mogły sobie wyśnić w najkoszmarniejszych snach. Jeśli z szybkością trzystu dwudziestu kilometrów na godzinę gnał po pasie, kończąc rozbieg, i jeśli na desce rozdzielczej zaczynały nagle rozbłyskiwać czerwone lampki, to czy powinien: a) przerwać manewr startu (i spróbować okiełznać potwora napęczniałego paliwem, orząc piaszczyste łachy za końcem pasa); b) katapultować się (i mieć nadzieję, że ta cholerna sztuczka z ładunkiem nitrogliceryny pod tyłkiem zadziała na wysokości zerowej i że kiedy będzie wylatywał z kabiny, nie roztrzaska sobie łokcia albo rzepki kolanowej); c) nie przerywać startu i rozwiązać problem w powietrzu (doskonale wiedząc, że samolot może już płonąć, grożąc w każdej chwili wybuchem)? Miał sekundę na to, żeby uporządkować wszystkie opcje i zacząć działać, a podejmowanie tego rodzaju niewinnych decyzji było związane z wykonywaniem obowiązków służbowych i należało do szarej codzienności. Czasami jakiś orzeł doznawał olśnienia, analizował na zimno wybór, przed jakim stawał w świątek, piątek i niedzielę – udowodnić, że się do tego nadaję, czy zginąć – i sam występował o przeniesienie na maszyny transportowe, rozpoznawcze czy jakiekolwiek inne. A jego niedawni towarzysze szli dalej, zostawiali go w tyle i tylko przez dzień lub dwa zastanawiali się, co też w niego wstąpiło, jaki to złośliwy wirus zaatakował mu duszę... Jednak częściej bywali świadkami czegoś wprost przeciwnego. Niektórzy absolwenci uniwersytetów wstępowali do lotnictwa morskiego jako rezerwiści – unikając w ten sposób powołania do regularnej armii – i mieli najświętszy zamiar wrócić do cywila, gdzie czekała na nich praca czy interes rodzinny. Ale ten obsesyjny wyścig do wierzchołka piramidy pochłaniał ich do tego stopnia, że pod koniec obowiązkowej służby zaciągali się na ochotnika, czym zadziwiali i rodzinę, i najpewniej siebie samych. Co mnie do diabła napadło?! Żaden nie umiał tego wytłumaczyć. Zresztą jak? Przecież słowa, których by użył, zostały wykreślone z oficjalnego słownika. Według statystyk marynarki wojennej dwie trzecie pilotów zaliczanych do najlepszych w swojej grupie – to znaczy dwie trzecie najzadziorniejszych asów – zaciągało się ponownie i praktycznie wszyscy byli absolwentami college’ów. Nasz młody orzeł przypominał teraz kaznodzieję z „Moby Dicka”, który wspina się na ambonę po drabince linowej, by czym prędzej tę drabinkę za sobą wciągnąć; z tym że pilot nie mógł użyć słów niezbędnych do wygłoszenia tych jakże istotnych dla egzystencji kazań. Życie cywilne, nawet ognisko domowe, nawet żona i dzieci zdawały się być nie tylko daleko, ale i gdzieś niżej, tam, w dole, u stóp gigantycznej piramidy.

Wkrótce pilot myśliwski stwierdzał, że pragnie towarzystwa wyłącznie innych pilotów myśliwskich. Bo któż jeszcze był w stanie zrozumieć kwintesencję alternatywy, z którą wszyscy wtajemniczeni mieli codziennie do czynienia (udowodnić, że się do tego nadaję, czy zginąć)? Rozmawiać na inne tematy? A jaki temat da się z tym porównać? Przecież to takie pasjonujące! Rzecz jasna, mówiąc o tym, nie wolno było używać tylu słów. Słowa takie jak „śmierć”, „niebezpieczeństwo”, „odwaga”, „strach” były zakazane i piloci używali ich tylko ironicznie lub w specyficznych przypadkach. Niemniej mogli nawiązywać do tematu za pomocą szyfru lub przykładu. Stąd nieskończenie długie wieczory grupujące lotników rozprawiających o lataniu. Otóż podczas tych pijanych wieczorów (były zmorą życia rodzinnego) wysuwano i udowadniano pewne twierdzenia – wszystko za pomocą szyfru lub przykładu. Jedno z twierdzeń głosiło: Nie ma żadnych wypadków i nie ma zgubnych w skutkach awarii sprzętu. Są tylko piloci bez jaj. (W domyśle: ślepy Los nie może mnie zabić). Kiedy Bud Jennings roztrzaskał się i spalił na bagnach pod Jacksonville, kumple z eskadry Pete’a Conrada skonstatowali: Jak można być takim głupcem?! Okazało się bowiem, że wbrew wyraźnym instrukcjom zawartym w regulaminie Jennings leciał z otwartą osłoną kabiny. Do kabiny wessało tlenek węgla ze strugi spalin, Jennings stracił przytomność i skończył, jak skończył. Wszyscy się zgodzili, że Bud był dobrym pilotem i w ogóle znakomitym facetem, ale to wcale nie zmieniło faktu, że jego epitafium na zigguracie brzmiało tak: Jak można być takim głupcem?! Owszem, to początkowo szokowało, ale kiedy Conrad dotrwał do końca straszliwej serii katastrof w Pax River, mógł już uzupełnić twierdzenie własnymi przemyśleniami. Otóż jego zdaniem pojedynczy błąd nigdy nie doprowadzał do śmierci pilota. Pilota zabijała seria błędów. Ale w takim razie, jak się do tego ma przypadek Teda Whelana? Przecież nawalił mu spadochron i Whelan spadł jak kamień z wysokości dwóch tysięcy czterystu metrów. No cóż, spadochron stanowił tylko ogniwo całego łańcucha, bo po pierwsze: ktoś powinien był zauważyć wadę konstrukcyjną samolotu, która spowodowała wyciek z systemu hydraulicznego i doprowadziła do stanu zagrożenia; po drugie: przed startem Whelan nie sprawdził uprzęży, spadochron główny zawiódł i nie wyciągnął go z fotela. Ale nawet wtedy, kiedy już spadał, nawet po serii dwóch błędów, Whelan miał piętnaście, dwadzieścia sekund na to, żeby uwolnić się od fotela i otworzyć spadochron ręcznie. No bo co? Spadać i nic nie robić? Czekać, aż ziemia wyrżnie ci w gębę?! I wszyscy kumple kiwali głowami. (Tak, tak, Whelan pokpił sprawę, ale ja dałbym na jego miejscu radę!). Kiedy twierdzenie i uzupełnienie twierdzenia zostały zrozumiane i zaakceptowane, wszelkie oficjalne statystyki marynarki wojennej, według których jedna czwarta pilotów ginęła w katastrofach lotniczych, traciły znaczenie. Bo przecież statystyki to nic innego jak wartości przeciętne, a wartości przeciętne odnoszą się do nędznych przeciętniaków.

Fakt, pasjonujący temat, zwłaszcza że mówili o sobie, o własnej skórze. I tak każdego wieczoru w klubach oficerskich baz lotniczych rozrzuconych po całej Ameryce ujrzałbyś, brachu, grupki pilotów wojskowych, którzy z gorliwością rozgorączkowanych szyfrantów wymieniali zakodowane uwagi. O nie, nie znalazłbyś bardziej zniewalającego tematu! W siłach powietrznych byli nawet piloci, którzy żądali od wieży pozwolenia na lądowanie poza kolejnością, żeby tylko zdążyć na piwo. Wywoływali ziemię i, nie owijając niczego w bawełnę, podawali przyczynę: dochodzi czwarta, a punktualnie o czwartej w klubie oficerskim zaczyna się ochlaj. Balangi trwały czasami dziesięć, dwanaście godzin! A jakie odchodziły wtedy rozmowy! Gadali, żartowali, krajali wiadomy temat w kosteczkę, na drobniutkie kawałeczki, krążyli wokół niego, wykonując najprzeróżniejsze manewry pozorująco-mylące, najpierw trzeźwo, później coraz chwiejniej, wreszcie na ślepo, po omacku, oddawali mu szyderczy hołd, czkali, bekali, krzyczeli, ryczeli, śpiewali, a wszystko z humorem i pogardliwą autoironią. Ale nigdy, przenigdy, nie padło ani jedno słowo nazywające rzecz po imieniu! Nie, zazwyczaj mówili ogólnie przyjętym szyfrem. Ot, choćby tak: „Wdepnąłem dzisiaj w nieliche gówno. Jak ostatni palant, kurczę!”. I opowiadali, jak z tego wyszli, jak to się im „pofarciło”. Żeby oddać grozę sytuacji, w jakiej się znaleźli, musieli stosować zawoalowane, lecz ogólnie zrozumiałe aluzje. „Farciarz” mówił na przykład tak: „Zerkam przez ramię na Robinsona (słuchacze wiedzieli, że Robinson to podoficer, radarowiec, który czasami z nimi latał) i widzę, że facet cały zesztywniał i przestał gadać. Wbił gały w ekran i wygląda, brachu, jak trup, jak mumia! No i wtedy już wiedziałem, że ze mną kiepsko!” Coś wspaniałego! O to właśnie chodziło! Bo wszyscy zebrani nieraz słyszeli, jakich rad udzielają sobie podoficerowie: „Nigdy, ale to nigdy nie lataj z porucznikami. Unikaj kapitanów i majorów. Do diabła, zadbaj wreszcie o własną dupę i lataj tylko z pułkownikami albo generałami”. A to z kolei znaczyło, że: Te młode byczki igrają ze śmiercią! Jednak w powietrzu taki podoficer miał swoje zasady. Za wszelką cenę starał się zachować zewnętrzny spokój, jak pilot, tak więc kiedy pilot zrobił coś, co go doszczętnie przeraziło, nie komentował tego ani słowem, zaciskał zęby i wpadał w rodzaj katatonii, co sprawiało, że wyglądał jak mumia. Bomba! To jest to! Mumia! Jedno słowo i wszystko jasne! Pilot ze mnie pierwsza klasa! Igram ze śmiercią! I teraz wszyscy o tym wiecie! W dodatku ani razu nie wspomniałem o tym, o czym wspominać nie wolno!