Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Najgorsze dopiero nadejdzie ebook

Robert Małecki  

3.97222222222222 (72)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 363 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Najgorsze dopiero nadejdzie - Robert Małecki


Zgliszcza spalonego domu kryją w sobie ponurą tajemnicę. Marek Bener ma przed sobą ostatnie dziennikarskie zadanie. Nie wie jednak, że to początek kryminalnej gry, w którą zostaje uwikłany. Przeszłość daje o sobie znać, gdy okazuje się, że ofiarą pożaru jest dawny przyjaciel Benera, który przed laty uwiódł mu narzeczoną. Najgorsze dopiero nadejdzie. Wkrótce kobieta również znika bez śladu. Dziennikarz nie przypuszcza nawet, że z pozoru zwykły dzień przerodzi się w walkę o życie. Czy Marek Bener wygra wyścig z czasem?

Opinie o ebooku Najgorsze dopiero nadejdzie - Robert Małecki

Fragment ebooka Najgorsze dopiero nadejdzie - Robert Małecki

Copyright © Robert Małecki, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

Redaktor prowadząca: Klaudia Bryła

Redakcja: Magdalena Marciniak-Cąkała

Korekta: Magdalena Wójcik

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Fotografie na okładce:

100ek/shutterstock

Lora liu/shutterstock

Gilmanshin/shutterstock

Fotografia autora na skrzydełku: Łukasz Piecyk

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2016

eISBN 978-83-7976-519-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Prawda nie jest tym, czego można dowieść.

Antoine de Saint-Exupery, Ziemia, ojczyzna ludzi,

tłum. Maria Morstin-Górska, Instytut Wydawniczy PAX,

Warszawa 1998

Jestem sobie prawdą, fałszem i zagadką też (…),

Jestem i wyrokiem, nawet sędzią, nawet katem…

Kim jestem – jestem sobie, sł. Ryszard Riedel,

muzyka: Ryszard Riedel, Jerzy Styczyński

Mojej Kasi – za dziesięć lat szczęścia

PROLOG

Miałem krew na rękach, chociaż nigdy nikogo nie zabiłem.

Otarłem pot z czoła. Po chwili usłyszałem swój świszczący, krótki oddech, który mieszał się z charczeniem i pojękiwaniami nagiego człowieka leżącego u moich stóp. Wciąż próbował stąd uciec, ale brakowało mu siły, by przesunąć się choćby o centymetr. Podłogę i dwie ściany tworzące narożnik tej niewielkiej piwnicy wyłożono grubą, czarną folią. Szeleściła pod każdym moim krokiem i jego spazmatycznym ruchem.

Miałem krew na rękach.

Tak to bywa, kiedy grunt rozstępuje się pod nogami i widzisz, jak wszystko, co do tej pory miałeś, znika w nicości. Przebiegam myślą moje życie i widzę w nim wyraźnie jak znaki ostrzegawcze wszystkie te rozwidlenia dróg, na których poszedłem w złą stronę. Czasami przez przypadek, czasami świadomie. Ale kiedy myślę o niej…

Nie… Po prostu nie mogę…

Czuję, jak zaciska się gardło, łzy napływają do oczu. Jeśli myślicie, że się użalam, jesteście w błędzie. Po prostu podliczam straty i zastanawiam się, ile ciosów musiałbym zadać, by wyrównać wszystkie rachunki.

Nie zostało mu wiele czasu. Z ust na pomarszczoną folię sączyła się krew. Zbierała się w nieregularną plamę mniej więcej w tym samym miejscu, gdzie leżały dwa ukruszone zęby, i niewiele dalej od podłużnej kałuży moczu, której kształt nadawały zagięcia materiału. Czerwonych śladów było więcej. Kropki, rozpryski, smugi, wszystkie połyskiwały w świetle jedynej lampy zawieszonej pod sufitem.

Wcześniej, kiedy mógł jeszcze mówić, błagał o litość, płakał i przepraszał. Bredził coś o złej drodze, błędach młodości i późniejszym nawróceniu. Wreszcie, kiedy argumenty odbijały się ode mnie jak od ściany, zaoferował pieniądze. Dużo pieniędzy. A to tylko bardziej mnie rozwścieczyło.

Smród moczu unosił się i mieszał z metalicznym zapachem krwi, wypełniał ponurą piwnicę.

– Wystarczy – usłyszałem spokojny głos zza swoich pleców.

Mój oddech jeszcze świszczał, a klatka piersiowa unosiła się szybko. Podniosłem ręce na znak, że skończyłem, i niespiesznie odwróciłem się do Aliena. Do tej pory w milczeniu przypatrywał się jatce dokonywanej w piwnicy domu stojącego na uboczu, daleko od przedmieść Torunia.

Nie wystarczy, pomyślałem, chociaż faktycznie nie miałem już ochoty dobijać leżącego. Nie wystarczy, bo zła, które ten facet wyrządził, w żaden sposób nie da się wymazać i zaszpachlować dobrem. Możesz udawać, że wygładziłeś ścianę, ale rysa zawsze w niej będzie. Ze mną było tak samo. Nosiłem w sobie rysę, której nic nie mogło wypełnić. Mimo to pokiwałem głową na znak, że się zgadzam, i odszedłem w stronę drzwi. Dopiero kiedy złapałem klamkę, dostrzegłem zdartą do żywego skórę na kostkach obu dłoni. Zerknąłem na buty i układające się na nich wyraźne smugi bordowej mazi. Podążyłem wzrokiem po śladach na foli do posiniaczonego ciała, opuchniętej twarzy. Widziałem jego cierpienie, ale nie miałem za grosz współczucia.

– No idź już – usłyszałem. – Resztą zajmę się sam.

Spojrzałem na Aliena. W blasku lampy, która wisiała tuż nad jego głową, wyglądał jak upiór. Oczy tonęły w cieniu szerokiego czoła, skóra miała nierzeczywisty żółty kolor, a wytatuowany na szyi ogon kosmicznego stwora z filmu Ridleya Scotta jakby ciaśniej się na niej zaciskał. Sięgnął po brązową butlę, na której drukowanymi literami napisano „KWAS”. Z powrotem przeniosłem wzrok na leżącego mężczyznę. Może mi się tylko zdawało, że podniósł opuchniętą powiekę i spojrzał w moją stronę, a jego usta ułożyły się w sylaby, których nie był w stanie wypowiedzieć.

– Bła-gam…

Tak to odczytałem i nawet poczułem ulgę. Nie, nie jestem zwyrodnialcem. Każdy z was po tym, co przeżyłem, zrobiłby dokładnie to samo, ale tylko niewielu ma odwagę się do tego przyznać.

Nacisnąłem klamkę i uchyliłem drzwi w chwili, gdy dotarł do mnie dźwięk odkręcanego korka.

Wyobrażam sobie, że wychodzę z piwnicy, idę wolno schodami w górę, w stronę światła wpadającego przez uchylone drzwi. Kiedy znajduję się przed nimi, słyszę potworny wrzask, taki prosto z trzewi, a potem jęk. W filmach – na pewno to znacie – w tej scenie kamera unosi się w górę, a echo krzyku, którego przecież nikt nie usłyszy, niesie się po spokojnej okolicy. Bo świata nie obchodzi ta jedna ludzka tragedia.

Kiedy wychodzę na zewnątrz, jest noc, a listopadowy wiatr owiewa mi twarz i poranione dłonie. Patrzę na czarne chmury, które przewalają się nisko nad moją głową, i wiem, że do świtu jeszcze kilka godzin. Każdemu mojemu oddechowi towarzyszy kłąb gęstej pary. Na podwórzu panuje cisza, a może tylko ja nie słyszę szumu pobliskiego lasu, chociaż widzę kołyszące się korony brzóz i sosen.

Uruchamiam samochód, wrzucam bieg i zwalniam sprzęgło. Dopiero teraz wyławiam z otoczenia pierwsze dźwięki. Opony szurają na zmarzniętej, gruntowej drodze. Szeleści moja kurtka, kiedy kręcę kierownicą i mijam bramę. Głośno pociągam nosem.

Niespiesznym tempem dojeżdżam do szosy, wrzucam kierunkowskaz, który tyka miarowo. Przepuszczam dwa samochody, a następnie włączam się do ruchu. Silnik wchodzi na wyższe obroty. Po chwili znacznie przekraczam dozwoloną prędkość.

Świat wraca do normalności, ale ja jestem gdzieś daleko stąd.

Wiem, że nie ucieknę od tego. Jest przecież coś, co sprawia, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Jedna myśl, która wwierca się we mnie i ciąży, jakbym połknął kamień. Jedno pytanie, na które nie znam odpowiedzi.

Czy jej krzyku też nikt nie słyszał?

WCZEŚNIEJ

ŚRODA

23 października 2013 roku

1

Skrzypienie zawiasów powinno być dla mnie przestrogą.

Mimo to przekroczyłem próg. Rzuciłem nawet coś na powitanie, a ona ledwie skinęła głową, wpatrując się w ekran laptopa. Pomalowane na niebiesko paznokcie energicznie stukały w klawiaturę.

Wcześniej zobaczyłem swoje odbicie w szklanych drzwiach prowadzących do gabinetu naczelnej i związałem frotką długie włosy. Wygładziłem wymięty T-shirt, wytarłem czubki trampek o nogawki czarnych bojówek. Nie świeciły jak lakierki, ale wyglądały ciut lepiej.

W kieszeni zabrzęczała komórka. Sięgnąłem po nią, ale nie odczytałem SMS-a, bo Majka właśnie skończyła pisać i wbiła we mnie chłodny wzrok.

– Nie spodoba ci się to, co usłyszysz. – Jej głos też miał ujemną temperaturę. Przydałby się polar. – Ale może najpierw byś się, kuźwa, wytłumaczył, co?

Usiadłem w wąskim fotelu ustawionym naprzeciwko jej biurka, na którym sterczał stos równo ułożonych gazet i leżał otwarty notes. Obok komputera stał firmowy kalendarzyk z pobazgranymi kartkami, a przed nim trzy aniołki – a jakże, dupami w moją stronę. Żebym nie zapomniał, jak bardzo właśnie byłem w dupie.

Przez chwilę milczeliśmy. W ręku obracałem telefon. Unikałem jej wzroku. Zerknąłem przez okno na ukryty w cieniu toruński Rynek Nowomiejski. Psa z kulawą nogą. Nawet październikowe słońce, które świeciło od rana, nie chciało tu zaglądać.

Potarłem oczy.

Do Torunia wróciłem dopiero nad ranem po długiej podróży z Berlina. Zasnąłem natychmiast, a kiedy zadzwonił budzik, bezwiednie wyłączyłem alarm. Zerwałem się kilka godzin później z pulsującym bólem głowy i piaskiem, którego nie dało się usunąć spod opadających ze zmęczenia powiek. Walczyłem z każdym mięśniem, żeby wstać, ubrać się i przyjść do roboty. Nie było łatwo i nie chodziło tylko o fizyczne zmęczenie. Po prostu po tym, co stało się w Berlinie, opuściły mnie wszystkie siły. Nie byłem wybrańcem losu. Od trzech lat budziłem się w pustym domu, w którym jedynie zawieszone na ścianach zdjęcia fauny i flory niedostępnych zakamarków świata boleśnie przypominały mi o tym, że kiedyś miałem cudowną żonę. To ona zrobiła te zdjęcia. Byłem z nią szczęśliwy. Teraz czułem się jak żywy trup.

– No, co jest? Nie masz mi nic do powiedzenia? – Naczelna odsunęła się od biurka i założyła nogę na nogę.

Ucisnąłem skronie, bo ból głowy narastał i stawał się nie do zniesienia. Obraz się rozmywał.

– No, ejże! – ponagliła.

Maja Dymowska. Nazywaliśmy ją Majką Dymajką. Świńska blondyna o prostych włosach z grzywką ściętą równo nad brwiami, bywała bezwzględna i zasadnicza jak Terminator. Wyzywająco ubrana, ryzykownie testowała granice wytrzymałości tkanin, które ciasno opinały jej wielki biust i brzuch. Z dumą prezentowała każdy znajdujący się tam wałek. Wraz z nadmiarem kilogramów pojawił się nadmiar libido, o którym w redakcji i na mieście krążyły legendy. A pięćdziesięciojednoletnie ciało Majki wciąż cieszyło się w VIP-owskich sferach niemal hurtowym wzięciem.

– Jeśli masz zamiar milczeć, to lepiej wyjdź. – Wskazała na przeszklone drzwi z niebieskim napisem „Redaktorka Naczelna”. Redaktorka, litości!

– Łeb mnie boli, daj jakąś tabletkę – poprosiłem.

Sięgnęła do torebki i wycisnęła z opakowania podłużną pastylkę. Popiłem jej zimną herbatą. Naczelna skrzywiła się i odstawiła kubek na skraj biurka.

Ukradkiem zerknąłem na ekran telefonu.

„Masz 1 nową wiadomość”.

Świat za tymi drzwiami kusił nie mniej niż ta zapowiedź, która równie dobrze mogła być informacją z banku albo zakichaną reklamą. Ale w porównaniu do tej sytuacji wszystko wydawało się wielką przygodą, jakby na korytarzu czekał na mnie Indiana Jones.

Z rezygnacją schowałem komórkę.

– To był ostatni raz – powiedziałem głosem wypranym z emocji. Nie przekonałem nawet samego siebie. Jej oczywiście też nie, bo prychnęła i zaniosła się sztucznym śmiechem, od którego zapulsowało mi w skroniach.

– Oj, Mareczku. Mareczku… – Pogroziła palcem. – Zawsze to mówisz. I zawsze dajesz ciała.

Nienawidzę, gdy tak się do mnie zwraca, ale jeśli tylko jej o tym powiem, wykorzysta to przy każdej okazji. I będzie uważała za dobry żart. Zabiję ją kiedyś, to pewne, a potem wypatroszę i powieszę, jak Hannibal Lecter tego gliniarza z Florencji.

Przestała się uśmiechać, wstała i poprawiła białą jak śnieg koszulę. Przeszła przed biurko i przysiadła półdupkiem na jego rogu. Producent powinien otrzymać nagrodę, coś w rodzaju „Solidny mebel 2013 roku”. Już słyszałem te owacje.

Jej okryte czarną spódniczką masywne uda znajdowały się tuż naprzeciwko moich kolan. Na nogach miała wysokie czarne szpilki. Że też one to wytrzymywały. Ze stali były, czy jak?

Jej brwi zbiegły się ze sobą. Oddzielała je tylko wąska linia pionowych zmarszczek nad nosem. Gdyby w tym pomieszczeniu znajdowały się głośniki, pewnie usłyszałbym nawoływanie do ewakuacji. Erupcja wulkanu zbliżała się nieuchronnie. Wolałbym, żeby tabletka zaczęła już działać.

– Kuźwa! Gazeta jest w proszku, robią ją studenci w przerwie między wykładami a kserowaniem książek. Strony śmierdzą amatorszczyzną i popłuczynami! – ryknął Wezuwiusz. – A ty, zamiast wrócić tu następnego dnia po urlopie, wysyłasz mi informację, że masz mnie w dupie!

– Że wrócę później – sprostowałem.

– Właśnie! Czyli że masz mnie i naszą gazetę w dupie! – warknęła przez zaciśnięte zęby. – Zresztą nie pierwszy raz odstawiasz taki numer.

Gdybyśmy kręcili film, w tej scenie zapadałbym się w fotelu.

– Majka, powiedziałem, że to się więcej nie powtórzy.

– Masz rację. To się więcej nie powtórzy, kuźwa! – Z powrotem usiadła za biurkiem.

W głowie zabrzmiał mi sygnał ostrzegawczy.

– Co masz na myśli? – spytałem.

– Bierz się do roboty. – Postukała palcem w złoty zegarek na pulchnym nadgarstku. – Nie wiem, czy zauważyłeś, ale minęły dwie godziny od kolegium.

– Przestań pieprzyć, mów, o co chodzi. – W głowie nadal trwało bombardowanie. Przymknąłem oczy.

Naczelna dmuchnęła w grzywkę, a potem zaczęła skubać niebieskie paznokcie, przyglądając się im z niezwykłą uwagą.

– Żarty się skończyły. Zabawa w szkolną gazetkę też – stwierdziła sucho. – Będą zwolnienia.

O kuźwa, przedrzeźniłem ją w myślach. Poczułem się pewniej, ale i tak cały ten majdan miałem gdzieś. Co mnie to obchodzi, psiakrew! Mam ważniejsze sprawy na głowie.

– Zwolnieniami straszą nas od zawsze. Nie wiem, czy nie powinniśmy walnąć o tym tekstu na pierwszą stronę. Kogo chcą zwolnić, skoro tu już prawie nikogo nie ma? Przecież to się kwalifikuje pod mobbing. – Zdobyłem się nawet na uśmiech. Doprawdy ułańska fantazja.

– Mobbing-srobbing. – Zmarszczyła nos. – Nie widziałeś jeszcze wrześniowych wyników sprzedaży. Lato było fatalne, ale prezes dał się przekonać, że to martwy okres i że wrócimy do gry właśnie we wrześniu, z odświeżonym layoutem i eventami. Bla, bla, bla. Nawet zwiększył nam budżet na promocję. Ale już wtedy się nie pitolił i ostrzegał.

– No dobrze, ale przecież Janka przeszła do „Nowości” i tej dziury jakoś nie załataliśmy, więc tu też ma oszczędności. Poza tym Agnieszka Mejer sprzedaje już reklamy dla Agencji Gra. To kolejny etat mniej.

– Mareczku, na jakim ty, kuźwa, świecie żyjesz? – Z niedowierzaniem pokręciła głową, nie przestając zajmować się paznokciami, które – dopiero teraz to zauważyłem – współgrały kolorystycznie z kamyczkami powieszonymi na szyi i podobnymi kolczykami. – Przecież ta foczka zawinęła się razem ze swoimi reklamodawcami. Więc zamiast oszczędności mamy megadziurę w przychodach ze sprzedaży reklam. Ten dział zresztą też przeżyje tsunami.

– No, a ta młoda…

Machnęła ręką.

– Ta młoda z trudem zbiera ogłoszenia drobne i reklamy wielkości pocztowego znaczka od handlarzy z Szerokiej, którzy i tak ledwie zipią. Na marginesie, czytelnikom powinniśmy dorzucać gratis lupę. A my potrzebujemy potężnego zastrzyku. Najsilniejszych, kuźwa, sterydów. – Trzasnęła otwartą dłonią w blat.

Kolejna bomba wybuchła w mojej głowie.

Sterydy to ona musiała żreć garściami w podstawówce.

– No to już nie wiem… – Wzruszyłem ramionami i zamknąłem oczy. Pod powiekami przesuwały mi się obrazy z Berlina. Zielona stacja przewieszona nad skrzyżowaniem, tłumy ludzi wysiadających na peronie, smutny wzrok Marleny Dietrich, która spoglądała na mnie z malowidła na wielkim filarze, a potem oczy tej kobiety, która wyszła z pociągu. Jej zaskoczenie przeradzające się w niepewność, a potem strach. Boże, wszystko na nic! Jak długo będę przeżywał takie rozczarowania? Chciałem wrócić do łóżka i już nigdy się nie obudzić. Zrugałem się w myślach za to, że przylazłem do roboty i musiałem wysłuchiwać jęków tej pindy.

– Ale prezes wie – zawiesiła głos.

Zmieniłem pozycję.

Ding! Dong! Dopiero teraz zrozumiałem, do czego zmierza. Zrobiło mi się duszno, na czole pojawiły się pierwsze krople potu.

– Przykro mi – dodała po chwili.

– Chyba nie chcesz powiedzieć, że… – jęknąłem.

– Chcę powiedzieć, że długo broniłam twojej kształtnej dupy. – Znowu dmuchnęła w grzywkę, a jej wzrok zjechał w okolice mojego rozporka.

Serce zabiło mi mocniej.

– Nic na to nie poradzę. – Majka wyjęła z szuflady jakieś wydruki. – Przepracujesz z nami październik i część listopada, potem weźmiesz zaległy urlop.

Słuchałem tego, co mówiła, ale miałem wrażenie, jakby zwracała się do kogoś innego. Kogoś, kto był w tym pokoju, ale ze strachu schował się w szafie lub pod biurkiem. Nawet nie wiem, czy się za nim nie rozejrzałem, bo przecież ta sprawa nie mogła dotyczyć mnie. Dłonie zrobiły się wilgotne, wytarłem je w bojówki.

– Na pocieszenie mogę ci powiedzieć, że jeszcze dwie osoby stracą etaty – odarła mnie ze złudzeń. – A jeśli nie zwiniemy sztandarów do końca roku, to od stycznia będziesz mógł z nami współpracować. Założysz firmę, będziesz wystawiał nam faktury – przerwała, podając mi wydruki i długopis. – Tylko tyle mogę dla ciebie zrobić.

Uśmiechnęła się. Cieszyła się albo z tego, że wreszcie pozbyła się mnie z redakcji, albo że jest tak wspaniałomyślna, bo nie da mi zdechnąć z głodu.

– Podpisz – ponagliła.

Spojrzałem na dokumenty.

– Co to jest?

– Najlepsza opcja. Rozwiązanie umowy za porozumieniem stron. Dzięki temu nie będziesz miał żadnych kwasów w papierach.

Zrobiło mi się słabo.

Marek Bener – zobaczyłem swoje imię i nazwisko wydrukowane w miejscu, w którym miałem postawić parafkę. Powinienem podrzeć te papiery w cholerę, rzucić skrawki na jej biurko i iść prosto do lekarza po zwolnienie. A zaraz potem do prawnika. W takiej sytuacji każdy normalny człowiek próbuje się ratować. Powinienem stąd spieprzać.

– Urząd Pracy daje kasę na założenie działalności. Mógłbyś złożyć tam papiery, dostaniesz trochę szmalu na komputer i…

Nie słuchałem jej. Walczyłem ze sobą. Lont skrzył się, iskry gnały w kierunku dynamitu. Lata pracy dla tego szmatławca, piątek, świątek i niedziela, dyżury weekendowe, zero życia osobistego. Wielu informatorów, którzy mi ufali i dzięki którym zapełniałem czołówki, podnosząc sprzedaż i jednocześnie ciśnienie urzędnikom, politykom i ich przydupasom. Wszystko to przestaje się liczyć, kiedy liczą się pieniądze. Szlag! A ja ich tak potrzebowałem! Poszukiwania sporo mnie kosztowały, wydawałem na nie prawie każdą zarobioną złotówkę. Zamiast remontować stary dom po dziadku albo wymienić samochód, odkładałem kasę na chwile takie jak ta sprzed kilku dni. Bo w tej kwestii żadnego sygnału nie mogłem bagatelizować.

Sięgnąłem po kartki i przedarłem je szybko, żeby ukryć drżenie rąk. A potem spojrzałem na Majkę. Nie zrobiło to na niej wrażenia, domyśliła się mojej reakcji. Zgarnęła skrawki i wyrzuciła do kosza.

Podszedłem do drzwi.

– Okej, jeśli chcesz sam złożyć wypowiedzenie, masz czas do jutra – oznajmiła, a ja szarpnąłem klamkę.

– Do jutra – powtórzyłem i wtedy stało się coś, czego mogłem się spodziewać.

– Marek? – Wyczułem nutę troski, jakby odezwała się do mnie inna osoba. Widocznie to był ten moment, w którym skarconego pieska można łaskawie podrapać za uchem. – A co z Agatą?

Zatrzymałem się w progu, zadrżała mi żuchwa. Musiałem zacisnąć zęby.

– Czy te informacje z Berlina, no wiesz, te nagrania z monitoringu na stacji…

Odwróciłem się do niej, ale nie wytrzymała mojego spojrzenia.

– Fałszywy alarm! – uciąłem i trzasnąłem drzwiami z nadzieją, że wyskoczy z tych czarnych szpilek.

Redakcja „Gazety Miejskiej” mieściła się na pierwszym piętrze w niepozornej kamienicy przy Rynku Nowomiejskim, tuż u początku Browarnej. Pod nami był zakład fryzjerski i pracownia zegarmistrza, który zasłynął walką ze strażnikami miejskimi, policją i tutejszym sądem o parkowanie samochodu. Stawiał go przy przejściu dla pieszych w pobliżu dworca PKS. Na drzwiach do zakładu powiesił plakat z Układu zamkniętego z wizerunkiem Janusza Gajosa, a do internetu wrzucił kilkuminutowy filmik z monitoringu, na którym widać jak na dłoni wykroczenia innych kierowców. Ale policjanci podeszli tylko do niego. I tylko jego poczęstowali mandatem. Wcześniej, jak twierdził, zakładali na jego samochód blokady, ale w końcu, chcąc dobrać mu się do tyłka, zasadzili się po przeciwnej stronie ulicy na parkingu przy stacji paliw i supermarkecie. Zegarmistrz wiedział o tym, bo informację sprzedał mu kolega ze Straży Miejskiej, a mimo to zaparkował tam gdzie zawsze. Sprawa zakończyła się wyrokiem nakazowym. Pisałem o tym ponad rok temu.

Teraz miałem wrażenie, że ktoś powinien opisać niesprawiedliwość tego świata w stosunku do mnie.

Wybrałem numer i przyłożyłem telefon do ucha. Stałem przed witryną zegarmistrza i cały czas wpatrywałem się w oczy Gajosa ukryte za szkłami okularów i jego rozpiętą pod szyją koszulę. Kiedy Rak odebrał, rzuciłem tylko hasło „Na schodach” i rozłączyłem się. Przemaszerowałem do pobliskiego warzywniaka po cztery piwa i zawróciłem w stronę teatru. W pobliżu Baja Pomorskiego znajdowały się betonowe schody prowadzące w dół do Stawu Komtura, gdzie urządzono boiska i zewnętrzną siłownię. Mimo słońca ranek był chłodny, a średniowieczne, grube mury chroniły przed wiatrem. Przysiadłem na zimnym stopniu i otworzyłem browara, oblewając się gęstą pianą. Wytarłem ręce w spodnie. Byłem w połowie, gdy pojawił się Rak. Wyciągnąłem w jego stronę butelkę, ale nie drgnął. Wzruszyłem tylko ramionami i pociągnąłem kolejny łyk.

– Poleciałeś? – spytał.

Pokiwałem tylko głową i raz jeszcze podałem mu piwo.

– No dobra, ale tylko jedno, bo mam dziś sporo jeżdżenia. – Zdjął kapsel i przetarł dłonią szyjkę. – Mnie też spuściła na drzewo. Zakładam firmę, od grudnia mam być na kontrakcie.

Wypił kilka łyków i skrzywił się.

– Będzie dobrze – rzucił.

Nie wiem, czy pocieszał siebie czy mnie.

Nie chciało mi się gadać. Z Radosławem Rakiem, fotoreporterem „Miejskiej”, znałem się od kilku dobrych lat, był sporo młodszy ode mnie, ale na szczęście rozumieliśmy się bez słów. Usiadł obok, stuknęliśmy się butelkami i bez słowa piliśmy. Czas leciał. Z każdym kolejnym łykiem czułem, że powoli przetrawiam koktajl gniewu, żalu i frustracji. Pieprzę Majkę i całą resztę. Coś się wymyśli.

Nagle Radek uśmiechnął się i podniósł rękę na powitanie.

– Hej! – krzyknął.

Spojrzałem w stronę, w którą patrzył. Na dole stała blondynka w pikowanej kurtce. Nawet nie dojrzałem, czy ładna. W każdym razie z daleka całkiem, całkiem. Zaczęła wspinać się po schodach.

– Twoja? – zagadnąłem po cichu.

Rak odwrócił się do mnie i wyszczerzył zęby.

– Myśl, chłopie. – Przyłożył palec do skroni. – To studentka, robi u nas staż. Jak dobrze pójdzie, wkrótce zajmie twoje miejsce.

Piwo przyjemnie przelewało się w żyłach. Wyplułem gumę do żucia i nasypałem do kubka kawę. Pokój socjalny był wąski jak stary tramwaj. Ledwie mieścił się tu niewielki regał, mała lodówka i dwa drewniane taborety ze stolikiem wielkości szachownicy. Z jedynego okna rozciągał się monotonny widok na spękaną elewację kamienicy po drugiej stronie Browarnej.

Czajnik pstryknął, woda przestała bulgotać. Nalałem do kubka tyle, że ledwie mogłem go podnieść. O wsypaniu cukru nie było mowy.

– Hej – usłyszałem niski głos studentki poznanej na schodach. Mogła mieć góra dwadzieścia kilka lat. Uroda króliczka Playboya, wysokie odsłonięte czoło i proste włosy sięgające ramion. Szczupła sylwetka. Ale mój wzrok najbardziej przyciągnęły bose, pięknie opalone, smukłe stopy i pomalowane na czerwono paznokcie. Umiała przyciągać uwagę. – Masz chwilkę?

Kiwnąłem głową, a ona weszła do wąskiego pomieszczenia.

– Wiesz, cieszę się, że mogę z tobą pracować. – Wsadziła dłonie w tylne kieszenie dżinsów.

Podniosłem brwi i uśmiechnąłem się. Chciałem nawet coś powiedzieć i wyprowadzić ją z błędu, ale zalała mnie falą słów.

– Od dawna czytam wszystkie twoje teksty, znam je doskonale. Masz strzelbę w dłoni, a nie pióro. – Uśmiechnęła się, w jej oczach pojawił się błysk. – I powiem ci, że na ostatnim semestrze przerabialiśmy twoje teksty. Ale dosłownie wszystkie, te reporterskie, wiesz. I nawet mój profesor, no ten Rychliwiecki od mediów, na pewno go znasz, mówił, że w regionie nie ma lepszego reportera. Znasz go, tak? Bo on dziwił się nawet, że nie pojechałeś szukać szczęścia do Warszawy. W sumie ja też się dziwię, przecież mogłeś zrobić karierę. To znaczy wciąż możesz pewnie, gdybyś chciał. To znaczy na pewno już zrobiłeś, ale tu lokalnie, ale tak wiesz, mógłbyś szerzej…

Słuchałem jej jednym uchem. Miała w sobie coś sympatycznego, spontanicznego i radosnego zarazem. Nagle wydała mi się do kogoś podobna. Kogoś, kogo musiałem znać. Nie dawało mi to spokoju. Te rysy twarzy.

– Przepraszam – przerwałem jej. – Przypomnij mi, jak się nazywasz, bo mam wrażenie, że…

Przedstawiła mi się na schodach, ale nie zapamiętałem. A może znałem ją z czasów, kiedy zaliczałem panienki jak kolejne piwa w weekendowym rejsie po toruńskich pubach?

– Myślisz, że się znamy? – Poprawiła włosy i znowu odsłoniła równe, lśniące zęby.

– No, tak jakby – wydusiłem i upiłem gorzkiej kawy. – Więc jak?

– Aldona Terlecka – wypowiedziała swoje nazwisko wyraźnie jak radiowy spiker, a potem wyciągnęła smukłą, wypielęgnowaną dłoń. – Teraz zapamiętasz?

Uścisnąłem ją powtórnie.

– Proszę, proszę. Córka króla stali? – Tym razem to ja się uśmiechnąłem, bo podobieństwo do jednego z najbogatszych torunian zrobiło się jakby wyraźniejsze.

Pokiwała głową.

– Już rozumiem. – Nie przestawałem się uśmiechać.

– Co takiego? – Po jej twarzy przemknął cień niepokoju.

– Nic, nic…

– Wiem, co myślisz – zaczęła. – Ale to nie tak. Nie biorę od niego pieniędzy.

– Taaa, jasne. Nawet się nie spostrzeżesz, jak ojciec kupi ci tego szmatławca i zajmiesz miejsce Majki. Przypomnę ci to wtedy, okej?

– Ojciec od dawna nie kupuje mi zabawek.

– Ho, ho – zaśmiałem się i zrobiłem duże oczy. Tak, zachowywałem się jak pajac.

– Nie wierzysz?

No, jakoś nie wierzyłem.

– Przecież mogłabym siedzieć u niego jako prezeska jednej z wielu jego spółek. I kasa lepsza, i kłopotów mniej. Ale mnie to nie bierze. – Aldona minęła się z Rakiem w przejściu, ale nie odeszła. – I jeszcze jedno. Ten tekst o moim ojcu też był niezły.

Dziewczyna zniknęła z mojego pola widzenia, ale dostrzegłem, że Rak odprowadza ją wzrokiem do samego biurka. Być może próbował ją nawet w drodze rozebrać. Bose stopy też zrobiły na nim wrażenie.

Przełknąłem ślinę.

– Ona tak zawsze?

– Co zawsze? – spytał.

– No, z tymi stopami.

– Aaa, o to chodzi… – Rak mrugnął okiem. – Czad, nie?

Tak, czad. W końcu na robieniu wrażenia Rak znał się tak samo dobrze. Dzisiaj na przykład nałożył żółte trampki, niebieskie dżinsy z wywiniętymi nogawkami i fioletowy sweter z dekoltem typu serek. A na szyi miał coś, co nazwałbym chomątem – taki niby modny szalik.

– Ale już zdążyłeś ją do siebie zrazić – dodał.

– Bardzo śmieszne. Od kiedy tu jest?

– Od piątku.

– Czemu mi nie powiedziałeś? – warknąłem. – Przecież to córka Terleckiego!

– Myślałem, że po nazwisku sam załapiesz – zaśmiał się. – Ale grunt, że twój tekst jej się podobał. Zjechałeś gościa jak burą sukę, groził ci sądem, do redakcji wysłał stado prawników, a ona, proszę, jeszcze cię chwali.

– Twarda sztuka.

– Kto? Terlecki? – spytał Rak.

– Nie. Ona, idioto!

– Też racja.

– Ale dość gadania. Odstaw kawę, jedziemy do pożaru.

– Dokąd? – Pociągnąłem kolejny łyk.

– Z kim nie spytasz?

Oplułem się kawą i raz jeszcze zrobiłem duże oczy.

– Z nią? – wyszeptałem z niedowierzaniem. – Chyba cię pogięło.

– Decyzja Dymajki. – Rozłożył ręce. – Masz gładko wprowadzić koleżankę do zawodu. Tak się gapiłeś na jej gołe stopy, że chyba pójdzie ci to łatwo, co?

Ogromna październikowa chmura przypuszczała szturm na miasto. W miarę jak schodziła niżej, Toruniowi zwyczajnie brakowało tlenu. Miasto z minuty na minutę stawało się coraz bardziej szare, ponure i duszne.

Rak prowadził. W milczeniu minęliśmy rozkopane centrum, przebijaliśmy się przez sznur samochodów kierujących się na jedyny most przez Wisłę, a później gnaliśmy na zachód w stronę wylotówki na Bydgoszcz, jakbyśmy zamierzali brać udział w akcji gaśniczej.

– Rozejm, Terlecka – rzuciłem i przekrzywiłem głowę w stronę tylnego siedzenia. Nawet uśmiechnąłem się krzywo. – Ten temat jest twój, ja się tylko przyglądam.

Siedziała spięta, z torebką na kolanach. Klasyczny żółtodziób na pierwszej akcji. Wiedziałem, że będzie mnie potrzebowała. To miał być jej tekst, ja jechałem jedynie dla własnej rozrywki.

– Okej, rozejm – wydusiła z siebie. – Ale za karę musisz mi trochę pomóc. Podpowiedzieć, co mam tam robić. No wiesz, żeby zebrać dobry materiał. Bo ja pierwszy raz na taką akcję jadę, rozumiesz? Wcześniej już pisałam różne teksty do gazety studenckiej, ale o pożarze, takiego interwencyjnego, to jeszcze nigdy.

Rak spojrzał dyskretnie w moją stronę. Kątem oka widziałem, że się uśmiecha.

– Intuicja. Zaufaj jej – powiedziałem z powagą wykładowcy uniwersyteckiego.

Zaczęła coś mówić, ale przyłożyłem palec do ust.

– Ciiiii, żadnych słów. Tylko intuicja – wyszeptałem. – Słuchać, nie gadać. Pamiętaj o tym.

Przygryzła dolną wargę. Lekcja pierwsza zakończona.

Sam kiedyś zaczynałem podobnie. Też byłem przejęty i wystraszony. Ale widocznie jaki początek kariery, taki też koniec. Bo to chyba był mój zawodowy koniec. Intensywnie myślałem nad tym, co teraz zrobię. Miałem 37 lat, znałem się tylko na tej robocie i nie widziałem siebie w innej roli. Tak, znałem tę śpiewkę wszystkich pseudo-ekspertów od rynku pracy, którzy przy każdej okazji klepali o potrzebie zmiany, przestawiania się na nowe zawodowe tory, bo takie czasy. Znałem i rzygałem nią. Zwykłe sranie w banie.

À propos tego ostatniego, smród przywołał mnie do rzeczywistości. Mijaliśmy właśnie niebieskie zabudowania oczyszczalni ścieków po lewej, a po prawej wielki stadion żużlowy – Motoarenę – wybudowany za ponad sto milionów tylko po to, by każdego roku odbywały się na nim imprezy, których łączny czas ledwie przekraczał dobę. Tymczasem koszty utrzymania tej budowli, chociaż wyglądała, jakby zabrakło pieniędzy na elewację, sięgały miliona złotych rocznie. Intuicja podpowiadała mi, że ta buda nigdy na siebie nie zarobi. Ode mnie pieniędzy nie dostawała, bo od urodzenia mam alergię na żużel.

Spojrzałem dyskretnie na Radka. Milczał. Z radia dolatywały niemrawe brzdęki kapeli, której muzycy musieli cierpieć na niestrawność. Czy tylko grał luzaka, czy ci młodzi naprawdę inaczej myślą? Może faktycznie są bardziej przystosowani i biorą życie jak leci. Byle do przodu.

Chwilę później wóz podskoczył lekko na poprzecznych nierównościach – pamiątce po ptasiej grypie. To właśnie w Toruniu, w 2006 roku, odkryto pierwszy przypadek tej choroby w Polsce. Świat oszalał, więc nasz kraj też. Do miasta przyjechali wszyscy najważniejsi, łącznie z premierem Marcinkiewiczem. Sztab kryzysowy nie spał, nie jadł, nie pił, tylko myślał. Nic dziwnego, że do walki z ptakami i ich chorobą podeszliśmy jak do dżumy. Kiedy jeden z łabędzi padł na tę chorobę wybito całe ich stado, które kręciło się w pobliżu Bulwaru Filadelfijskiego nad Wisłą. Potem najmądrzejszy z mądrych wymyślił, że trzeba chronić świat przed wirusem i zastosować specjalne śluzy dla pojazdów wyjeżdżających z miasta, bo to właśnie na oponach mogły znajdować się ptasie odchody i roznosić w ten sposób zarazę po całym kraju. Życiowa praktyka podpowiadała, że częściej obsrane przez ptaki bywały karoserie niż opony, ale w chwilach zagrożenia dla ludzkości liczy się nie praktyka, tylko przepisy. W rzeczywistości śluzami nazywano dwie szmaty nasączone specyfikiem, który miał neutralizować roznoszenie choróbska. Ułożono je poprzecznie do drogi w wyciętych w asfalcie szczelinach. Ptasia grypa zniknęła, szczeliny niezupełnie.

Miasto od dawna ma szczęście do bezpłatnej promocji. I to na wielu polach. Sunęliśmy właśnie wprost na najszybciej budowany kościół w Polsce – dumę ojca dyrektora. Wielka kopuła w formie zamkniętej korony wystawała nad ścianą lasu. Można by pomyśleć, że szeroka arteria wybudowana została właśnie po to, by zmotoryzowanych grzeszników prowadzić jak po sznurku do świątyni. Na szczęście droga przed lasem uciekała w prawo. Wyjechaliśmy z miasta i po niespełna kilometrze dotarliśmy do skrzyżowania przy supermarkecie i Ośrodku Doradztwa Rolniczego. Skręciliśmy w lewo. Teren przy smętnym, obitym żółtą blachą biurowcu wyglądał na opuszczony. Naprzeciwko niego, za kępą drzew, dumnie prezentowały się morelowe zabudowania odnowionego folwarku, w których od dawna zadomowiła się Caritas, organizując tam bursę szkolną i ośrodek szkoleń.

Toczyliśmy się wolno, droga lekko opadała w kierunku hotelu Daglezja. Dalej dostrzegłem stary dom, kostkę z lat siedemdziesiątych, a obok ogrodzenia strażackiego pick -upa, zieloną octavię i kilku mundurowych. Na gruntowej drodze obsypanej pożółkłymi liśćmi samochodem mocno zabujało. Minęliśmy już wjazd na hotelowy parking, a z drugiej strony – domki jednorodzinne. Zjechaliśmy jeszcze niżej, przejeżdżając obok wysokich drzew i sięgających do pasa ruin folwarcznego muru.

Radek zatrzymał wóz kilka centymetrów przed zderzakiem zielonej octavii należącej do toruńskich kryminalnych. Wyskoczył, zabrał plecak z aparatem i zniknął.

Przed nami rozpościerała się wielka wolna przestrzeń domknięta przez ledwie dostrzegalny w oddali wał przeciwpowodziowy. Byłby to piękny widok, gdyby nie ten dom.

Czarne jęzory sadzy lizały cementową elewację nad tonącymi w czerni oknami parteru i piętra. We framugach złowrogo sterczały ostre fragmenty szyb, ich resztki rozprysły się na betonowym chodniku wokół domu. Gdzieniegdzie poodpadał tynk, odsłaniając czerwone cegły.

– Co teraz? – spytała Aldona, ale zignorowałem ją.

Miejsce pożaru ogrodzono policyjną taśmą. Po ganku, do którego prowadziło kilka stopni, kręcili się ludzie w cywilnych ubraniach. Dwóch strażaków wpatrywało się w ścianę domu, stojąc po pas w chaszczach zaniedbanego ogrodu. Jeden z nich wypełniał papiery, drugi wyraźnie wskazywał coś palcem.

Zmieniłem zdanie i postanowiłem zabrać się do roboty, to było silniejsze ode mnie. Sięgnąłem po niewielki kołonotatnik, rozpisałem długopis, robiąc kilka mazów, a potem zapisałem na górze strony słowo „pożar” wraz z dzisiejszą datą i odwróciłem się do stażystki.

– Patrz i ucz się.

Ruszyliśmy w stronę spalonego domu, ona kilka metrów za mną. Październikowy wiatr zamiast babiego lata niósł ostry zapach spalenizny.

Nie rozpoznałem funkcjonariusza, który dostrzegł mnie i szedł teraz w moją stronę. Obaj zbliżaliśmy się do furtki. Kiedy tylko stanąłem przy uchylonej bramie, młody policjant z okularami na nosie, w typie szkolnego lizusa, pokazał ręką, żebym nie wchodził.

– Z gazety? – spytał i zerknął przez moje ramię na Aldonę.

Potwierdziłem skinieniem głowy.

– To do rzecznika – rzucił.

Uścisnąłem mu rękę i przeszedłem na „ty”.

– Jedziemy na tym samym wózku – zacząłem. – Ty nie możesz mi nic powiedzieć, a ja nie mogę cię zacytować. Ale na szczęście jest rzecznik. Zgadza się?

Potwierdził.

– I pewnie powinienem do niego zadzwonić.

Znowu potwierdził, ale przekręcił głowę jak pies, który coś wyczuł.

– I on wszystko mi powie, tak? – kontynuowałem.

– Tak.

– Ale żeby mógł mi cokolwiek powiedzieć, to najpierw ty musisz mu wszystko zrelacjonować, prawda?

– No tak.

Sięgnąłem po telefon i wybrałem numer do rzecznika, a kiedy usłyszałem wolny sygnał, przekazałem słuchawkę policjantowi stojącemu przede mną.

– Zaczynajmy. – Uśmiechnąłem się.

Zdębiał. Wziął do ręki aparat i meldował. A ja wszystko dokładnie spisywałem. Kiedy skończył, podziękowałem mu i poprosiłem, by pozdrowił swojego szefa, a mojego kolegę, Jacka Jankowskiego.

– Dobrze go znasz? – Podrapał się w ucho.

– Wystarczająco. – Wręczyłem mu swoją wizytówkę. – Gdybyś kiedyś czegoś potrzebował, chciał coś nagłośnić, to chętnie pomogę.

Zapewniłem, że nie będę go cytował w gazecie, i opowiedziałem kilka barwnych historyjek z Jackiem Jankowskim w roli głównej. Zasługiwał na to, bo dzięki niemu szybciej niż inni dziennikarze dowiedziałem się, że w budynku spłonął mężczyzna, a prawdopodobną przyczyną pożaru mogło być nieostrożne obchodzenie się z ogniem – cokolwiek miało to znaczyć. Nie umiał tego wyjaśnić, a ja nie drążyłem.

Aldona cały czas przysłuchiwała się rozmowie i robiła własne notatki.

Tak, prokurator już był. Tak, ciało przewieziono do szpitala miejskiego. Nie, nie wiadomo, kiedy będzie sekcja. O tym zdecyduje lekarz sądowy.

Potem dołączył do nas strażak, stanął obok z rękami w kieszeniach kurtki z odblaskami. Sam z siebie rzucił tylko półgębkiem, że ogień gasiło pięć jednostek. Tak, dalej prowadzone są działania. Oczywiście, biegły dokonał oględzin. Nie wiem, kiedy będą wyniki, bo to nie moja działka. Więcej wie rzecznik, pan zadzwoni, to się dowie.

Podziękowałem i pożegnałem obu. Poszedłem wzdłuż płotu do rogu działki. Stał tam blaszany garaż. Aldona szła za mną, pisała coś w notatniku. Przez uchylone skrzydło drzwi garażowych zauważyłem technika kryminalistyki, który w lateksowych rękawiczkach lustrował wnętrze.

Raz jeszcze spojrzałem na dom. Z tej perspektywy za tło służył szpaler drzew bogatych w brązowe liście, który szczelnie odgradzał budynek od hotelu i siedziby Caritasu. Zastanowiło mnie, kto i kiedy wezwał pomoc, wróciłem więc do funkcjonariuszy, którzy stali jeszcze przy bramie, i zadałem im to pytanie.

– To trzeba z dyżurnym rozmawiać. Pod sto dwanaście – stwierdził strażak.

– Z Torunia? – Wolałem się upewnić.

– Nie, z Chełmży.

Przyjąłem do wiadomości. Rozejrzałem się za Radkiem, ale nie namierzyłem go. Może szukał dobrego ujęcia gdzieś za domem.

– Zostań w wozie, zimno jest – rzuciłem do dziewczyny, a ona posłusznie wykonała moje polecenie. Nigdy nie będzie dobrą dziennikarką.

Postanowiłem wykorzystać nieobecność kolegi i przeszedłem się do pobliskich domów. W pierwszym nie było nikogo. W bliźniaku natomiast drzwi otworzyła dziewczynka z czarną jak smoła kręconą czupryną i stwierdziła, że rodziców nie ma. Miałem zamiar podejść do drugiej furtki, ale wtedy zauważyłem, że w moją stronę zbliża się starsza kobieta z chustką na głowie i w czarnym płaszczu. Taszczyła dwie pękate reklamówki zakupów.

– Pan do kogo? – Zasapana podeszła do bramki i postawiła przy niej pakunki.

– Marek Bener, „Gazeta Miejska”. Chciałem się dowiedzieć czegoś o tym wypadku.

Kobieta wyprostowała się. Sięgnęła po klucze i uchyliła furtkę, ale nie ruszyła się z miejsca.

– To tragedia, panie. – Pokiwała głową. Jej twarz składała się głównie ze zmarszczek.

– Znała pani ofiarę?

– Nie znałam za dobrze. Od czasu do czasu się sobie ukłoniliśmy, gdy mijaliśmy się na drodze. On w samochodzie, ja piechotą. Lepiej znałam jego żonę.

– A kiedy to się stało?

– Obudziło mnie wycie syren. Było coś koło trzeciej w nocy.

– I co pani widziała?

– No, panie, ogień prawie do nieba. – Przetarła dłonią czoło. – Dom płonął jak pochodnia, gorąco było aż tutaj. Dalej nas nie wpuszczali.

– Nas?

– No bo z sąsiadami tu staliśmy, zeszło się też kilka osób z hotelu. – Zatoczyła ręką.

– A długo gasili ten pożar? – dopytałem, notując uzyskane informacje.

– Do rana, panie. Ogień buchał jak szalony, nie mogli sobie z tym poradzić. Kiedy ugasili pożar, wróciłam do domu, może pospałam godzinkę w fotelu, a kiedy robiłam wnuczce śniadanie, widziałam, jak jechał karawan. Przeżegnałam się. Cały czas myślałam, że dom stał pusty.

– Zaraz. To nikt tam nie mieszkał? – zdziwiłem się.

– Panie, oni remontowali ten dom, bo on go dostał w spadku po jakimś krewnym. Zastanawiali się, czy nie zburzyć i nie wybudować nowego, ale może kredytu nie dostali, czy co, więc remont zaczęli. I on tu przyjeżdżał z żoną. Krzątali się, wynosili jakieś graty z piwnicy.

– A skąd pani to wie?

– No bo ja w tamtą stronę na spacery z psem chodzę, no więc jak ich widziałam, to zagadałam tak grzecznościowo przez płot, rozumie pan?

Pokiwałem głową.

– Tragedia, tragedia. – Otarła łzę z pomarszczonego policzka.

– A nazwisko? – spytałem.

– Gertruda Sendlak, z domu Jątrzyk.

Musiałem powstrzymać uśmiech.

– Pytałem o ofiarę.

– A tak, naturalnie. – Przyłożyła rękę do policzka i wbiła wzrok w ziemię.

– Pamięta pani? – spytałem po dłuższej chwili.

Najpierw wzruszyła ramionami.

– Ten jego krewny, no ten, który tu kiedyś mieszkał i zapisał mu dom, to był Zdzisław Mrozik – odparła. – Ale jak nazywał się ten młody, to nie wiem. To znaczy wiedziałam, ale nie pamiętam. Jakieś takie krótkie nazwisko. Coś na „C”, chyba.

Podziękowałem jej i skierowałem się w stronę parkingu Daglezji. Z tej perspektywy widziałem dachy kilku samochodów stojących na parkingu. Odwróciłem się w