Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 278 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Najgorsza sprawa - James Patterson

Ktoś uprowadza dzieci najbogatszych mieszkańców Nowego Jorku. Rodzice są bezsilni, nie mogą im pomóc. Porywacza nie interesuje bowiem okup ani dostęp do władzy – on organizuje ofiarom swoisty egzamin z wiedzy na temat ekologii i biedy na świecie. Cena, jaką muszą zapłacić za negatywny wynik testu jest niezwykle wysoka – śmierć od kuli. Detektyw Michael Bennett, przydzielony do Oddziału Dochodzeń Specjalnych policji, zajmuje się sprawą zaginięcia osiemnastoletniego syna właściciela międzynarodowej firmy farmaceutycznej. W śledztwie, które w krótkim czasie zmienia się w pościg za psychopatycznym zabójcą, wspomaga go agentka FBI, Emily Parker. Niestety, nie udaje im się zapobiec kolejnemu porwaniu i morderstwu – tym razem ofiarą jest nastoletnia dziewczyna. Przebiegły i bardzo ostrożny morderca krok po kroku realizuje swój dokładnie przemyślany plan, dla którego widownią ma być całe miasto. W jego pozornym szaleństwie jest ukryty cel – i jedynie Bennett umie go dostrzec...

Opinie o ebooku Najgorsza sprawa - James Patterson

Fragment ebooka Najgorsza sprawa - James Patterson

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Ktoś upro­wa­dza dzie­ci naj­bo­gat­szych miesz­kań­ców No­we­go Jor­ku. Ro­dzi­ce są bez­sil­ni, nie mogą im po­móc. Po­ry­wa­cza nie in­te­re­su­je bo­wiem okup ani do­stęp do wła­dzy – on or­ga­ni­zu­je ofia­rom swo­isty eg­za­min z wie­dzy na te­mat eko­lo­gii i bie­dy na świe­cie. Cena, jaką mu­szą za­pła­cić za ne­ga­tyw­ny wy­nik te­stu jest nie­zwy­kle wy­so­ka – śmierć od kuli. De­tek­tyw Mi­cha­el Ben­nett, przy­dzie­lo­ny do Od­dzia­łu Do­cho­dzeń Spe­cjal­nych po­li­cji, zaj­mu­je się spra­wą za­gi­nię­cia osiem­na­sto­let­nie­go syna wła­ści­cie­la mię­dzy­na­ro­do­wej fir­my far­ma­ceu­tycz­nej. W śledz­twie, któ­re w krót­kim cza­sie zmie­nia się w po­ścig za psy­cho­pa­tycz­nym za­bój­cą, wspo­ma­ga go agent­ka FBI, Emi­ly Par­ker. Nie­ste­ty, nie uda­je im się za­po­biec ko­lej­ne­mu po­rwa­niu i mor­der­stwu – tym ra­zem ofia­rą jest na­sto­let­nia dziew­czy­na. Prze­bie­gły i bar­dzo ostroż­ny mor­der­ca krok po kro­ku re­ali­zu­je swój do­kład­nie prze­my­śla­ny plan, dla któ­re­go wi­dow­nią ma być całe mia­sto. W jego po­zor­nym sza­leń­stwie jest ukry­ty cel – i je­dy­nie Ben­nett umie go do­strzec…

JA­MES PAT­TER­SON

Czo­ło­wy ame­ry­kań­ski au­tor po­wie­ści sen­sa­cyj­nych i mło­dzie­żo­wych, we­dług ran­kin­gu „For­be­sa” naj­le­piej za­ra­bia­ją­cy pi­sarz świa­ta. W swo­im do­rob­ku ma pra­wie 100 ksią­żek w kil­ku cy­klach wy­daw­ni­czych, m.in. Alex Cross (21 ty­tu­łów z czar­no­skó­rym de­tek­ty­wem Ale­xem Cros­sem; 3 ty­tu­ły sfil­mo­wa­ne), Ko­bie­cy Klub Zbrod­ni (12 ty­tu­łów; w la­tach 2007-2008 se­rial te­le­wi­zyj­ny pro­du­ko­wa­ny przez 20th Cen­tu­ry Fox), Mi­cha­el Ben­nett (6 ty­tu­łów) oraz Da­niel X i Witch & Wi­zard (se­ria dla mło­dzie­ży). Pat­ter­son jest li­de­rem świa­to­wych sta­ty­styk sprze­da­ży; łącz­nie sprze­da­no po­nad 220 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy jego po­wie­ści.

www.ja­me­spat­ter­son.com

MI­CHA­EL LE­D­WID­GE

Pi­sarz ame­ry­kań­ski, au­tor kil­ku­na­stu po­wie­ści sen­sa­cyj­nych, m.in. Be­fo­re the De­vil Knows You’re Dead oraz (z Ja­me­sem Pat­ter­so­nem) Ne­go­cja­tor, Szyb­ki nu­mer, Ter­ror na Man­hat­ta­nie, Naj­gor­sza spra­wa, Kłam­stwo do­sko­na­łe, Zoo, I,Mi­cha­el Ben­nett i Gone.

Tego au­to­ra

DOM PRZY PLA­ŻY

DRO­GA PRZY PLA­ŻY

KRZY­ŻO­WIEC

MIE­SIĄC MIO­DO­WY

RA­TOW­NIK

SĘ­DZIA I KAT

SZYB­KI NU­MER

OSTRZE­ŻE­NIE

BI­KI­NI

REJS

POCZ­TÓW­KO­WI ZA­BÓJ­CY

(z Lizą Mar­klund)

KŁAM­STWO DO­SKO­NA­ŁE

WY­CO­FAJ SIĘ ALBO ZGI­NIESZ

ZOO

DRU­GI MIE­SIĄC MIO­DO­WY

Alex Cross

W SIE­CI PA­JĄ­KA

KO­LEK­CJO­NER

JACK I JILL

FIOŁ­KI SĄ NIE­BIE­SKIE

CZTE­RY ŚLE­PE MYSZ­KI

WIEL­KI ZŁY WILK

NA SZLA­KU TER­RO­RU

MARY, MARY

ALEX CROSS

PO­DWÓJ­NA GRA

TRO­PI­CIEL

PRO­CES ALE­XA CROS­SA

GRA W KOT­KA I MYSZ­KĘ

JA, ALEX CROSS

W KRZY­ŻO­WYM OGNIU

ZA­BIĆ ALE­XA CROS­SA

CEL: ALEX CROSS

BOŻE NA­RO­DZE­NIE ALE­XA CROS­SA

Ko­bie­cy Klub Zbrod­ni

TRZY OB­LI­CZA ZE­MSTY

CZWAR­TY LIP­CA

PIĄ­TY JEŹ­DZIEC APO­KA­LIP­SY

SZÓ­STY CEL

SIÓD­ME NIE­BO

ÓSMA SPO­WIEDŹ

DZIE­WIĄ­TY WY­ROK

Pri­va­te

DE­TEK­TY­WI Z PRI­VA­TE

DE­TEK­TY­WI Z PRI­VA­TE: IGRZY­SKA

Mi­cha­el Ben­nett

NE­GO­CJA­TOR

TER­ROR NA MAN­HAT­TA­NIE

NAJ­GOR­SZA SPRA­WA

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

WORST CASE

Co­py­ri­ght © Ja­mes Pat­ter­son 2010

All ri­ghts re­se­rved

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Lit­tle, Brown and Co. Inc., New York, USA

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Mag­da­le­na Bu­gaj­ska 2013

Re­dak­cja: Piotr Choj­nac­ki

Ilu­stra­cja na okład­ce: Bort­N66/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-187-5

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Su­san Ma­lo­ney, Sue Naj­ork, Mar­le­ne Stang i Kary Tan­gre­di

J.P.

Dla Mary Ann O’Don­nell, naj­lep­sze­go do­rad­cy na świe­cie. Szcze­gól­ne po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się „Wuj­ko­wi” Edo­wi Kel­ly’emu i sę­dzie­mu Jo­emu Le­no­wi

M.L.

PrologDacie szansę pokojowi… albo…

1

Przy­sa­dzi­sty, szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna czuł się lek­ko oszo­ło­mio­ny, gdy po przej­ściu pod mar­mu­ro­wym łu­kiem zna­lazł się w Wa­shing­ton Squ­are Park. Po­ło­żył na zie­mi ple­cak, zdjął okrą­głe oku­la­ry i osu­szył łzy rę­ka­wem swo­jej sta­rej dżin­so­wej kurt­ki.

Nie spo­dzie­wał się, że tak się roz­klei. Mój Boże, po­my­ślał, wy­cie­ra­jąc szorst­ką, po­marsz­czo­ną twarz. Te­raz wie­dział, jak czu­li się we­te­ra­ni woj­ny w Wiet­na­mie, kie­dy wi­dzie­li swój wa­szyng­toń­ski po­mnik. Je­śli we­te­ra­ni an­ty­wo­jen­ne­go ru­chu mie­li swój po­mnik – Ścia­nę Łez – to wła­śnie tu­taj. To tu­taj, w Wa­shing­ton Squ­are Park, wszyst­ko się za­czę­ło.

Pa­trząc przed sie­bie na wietrz­ny park, przy­po­mniał so­bie wszyst­kie nie­sa­mo­wi­te rze­czy, któ­re mia­ły tu miej­sce. An­ty­wo­jen­ne de­mon­stra­cje. Bob Dy­lan w piw­nicz­nych klu­bach przy Czwar­tej Uli­cy śpie­wa­ją­cy o tym, w któ­rą stro­nę wie­je wiatr. Oświe­tlo­ne bla­skiem świec twa­rze jego sta­rych przy­ja­ciół, gdy po­da­wa­li so­bie bu­tel­ki i jo­in­ty. Wy­po­wia­da­ne szep­tem obiet­ni­ce, że zmie­nią świat, że uczy­nią go lep­szym.

Spoj­rzał na piąt­ko­wy, po­po­łu­dnio­wy tłum przy głów­nej fon­tan­nie, na lu­dzi po­chy­lo­nych nad sto­ła­mi z sza­chow­ni­ca­mi, tak jak­by spo­dzie­wał się zo­ba­czyć ja­kąś zna­jo­mą twarz. Ale prze­cież to nie­moż­li­we, praw­da? – po­my­ślał i wzru­szył ra­mio­na­mi. Wszy­scy po­szli na­przód, po­dob­nie jak on. Do­ro­śli. Sprze­da­li się. Albo byli w pod­zie­miu. W prze­no­śni. Do­słow­nie.

Tam­te cza­sy, jego cza­sy, już nie­mal cał­ko­wi­cie wy­bla­kły, mi­nę­ły i znik­nę­ły.

Nie­mal, po­my­ślał, gdy klęk­nął i wy­jął pu­deł­ko z ulot­ka­mi z ple­ca­ka.

Ale nie cał­ko­wi­cie.

Na każ­dej z pię­ciu­set kar­tek znaj­do­wa­ły się trzy aka­pi­ty tek­stu za­ty­tu­ło­wa­ne­go MI­ŁOŚĆ MOŻE ZMIE­NIĆ ŚWIAT.

Kto po­wie­dział, że nie moż­na iść do domu? – po­my­ślał. Kie­dy ukła­dał kart­ki, do gło­wy przy­szły mu sło­wa Ke­itha Ri­chard­sa.

„Mam dla was wia­do­mość. Nadal je­ste­śmy ban­dą twar­dych dra­ni. Po­wie­ście nas, a my i tak nie zgi­nie­my”.

Ty to po­wie­dzia­łeś, Ke­ith, po­my­ślał i za­chi­cho­tał. Świę­te sło­wa, bra­cie. Ty i ja.

W ostat­nich mie­sią­cach co­raz czę­ściej wspo­mi­nał lata swo­jej mło­do­ści. Je­dy­ny okres w ży­ciu, gdy czuł, że na­praw­dę coś zna­czy, że zmie­nia świat na lep­sze.

Czy po­wrót do tego te­raz, po tylu la­tach, był kry­zy­sem wie­ku śred­nie­go? Może. Nie ob­cho­dzi­ło go to. Po­sta­no­wił, że znów chce się tak po­czuć. Zwłasz­cza w świe­tle nie­daw­nych wy­da­rzeń. Świat był te­raz w jesz­cze więk­szych ta­ra­pa­tach niż wte­dy, gdy wal­czył o nie­go ze swo­imi przy­ja­ciół­mi. Na­de­szła pora, by znów to zro­bić. Mu­siał znów obu­dzić lu­dzi, za­nim bę­dzie za póź­no.

Dla­te­go te­raz tu stał. Już raz się uda­ło. W koń­cu prze­rwa­li woj­nę. Może znów się uda. Na­wet je­śli dzi­siaj był o wie­le star­szy, jesz­cze prze­cież nie umarł. W żad­nym ra­zie.

Po­li­zał kciuk i wziął pierw­szą kart­kę z kup­ki. Uśmiech­nął się na wspo­mnie­nie nie­zli­czo­nej ilo­ści ulo­tek, któ­re roz­dał w Ber­ke­ley i Se­at­tle oraz w Chi­ca­go w 1968 roku. Był tu zno­wu po tylu la­tach. Nie­sa­mo­wi­te. Ży­cie jest zwa­rio­wa­ne. Znów sie­dział w sio­dle.

2

– Cześć. – Po­dał ulot­kę mło­dej ciem­no­skó­rej ko­bie­cie ze spa­ce­ro­wym wóz­kiem.

Uśmiech­nął się do niej, na­wią­zu­jąc kon­takt wzro­ko­wy. Za­wsze był do­bry w kon­tak­tach z ludź­mi.

– Mam in­for­ma­cje, z któ­ry­mi po­win­na się pani za­po­znać. Je­śli to dla pani nie kło­pot. Do­ty­czą, no cóż, w za­sa­dzie wszyst­kie­go.

– Daj­cie mi spo­kój z tymi głu­po­ta­mi, do cho­le­ry – po­wie­dzia­ła z za­ska­ku­ją­cą gwał­tow­no­ścią i nie­mal wy­trą­ci­ła mu kart­kę z dło­ni.

Mu­szę być przy­go­to­wa­ny na ta­kie re­ak­cje, po­my­ślał i ski­nął gło­wą. Do nie­któ­rych lu­dzi cięż­ko do­trzeć. To nie­uchron­ne. Nie­zmie­sza­ny na­tych­miast pod­szedł do grup­ki na­sto­lat­ków, któ­rzy jeź­dzi­li na de­sko­rol­kach przy po­mni­ku Ga­ri­bal­die­go.

– Dzień do­bry, chło­pa­ki. Mam tu prze­kaz, z któ­rym chciał­bym się z wami po­dzie­lić. Zaj­mie to tyl­ko chwil­kę.

Je­śli in­te­re­su­je was obec­na sy­tu­acja i na­sza przy­szłość, my­ślę, że po­win­ni­ście się nad tym za­sta­no­wić.

Sko­ło­wa­ni, wpa­try­wa­li się w nie­go. Z za­sko­cze­niem za­uwa­żył, że z bli­ska wi­dać im zmarszcz­ki wo­kół oczu. Nie byli na­sto­lat­ka­mi. Mu­sie­li mieć oko­ło trzy­dziest­ki. Wy­glą­da­li groź­nie, a na­wet wred­nie.

– Ja­sna cho­le­ra! To sam John Len­non! – po­wie­dział je­den z nich. – My­śla­łem, że ktoś cię za­strze­lił. A gdzie Yoko? Kie­dy znów zej­dzie­cie się z Pau­lem?

Resz­ta męż­czyzn wy­bu­chła nie­przy­jem­nym śmie­chem.

Co za dup­ki, po­my­ślał i na­tych­miast ru­szył w kie­run­ku głów­nej fon­tan­ny, obok któ­rej wy­stę­po­wał ulicz­ny ko­mik. Tak, losy na­sze­go świa­ta były jed­nym wiel­kim żar­tem. Nie bę­dzie się przej­mo­wał tą ban­dą idio­tów. Mu­siał po pro­stu do­trzeć do wła­ści­wej oso­by i spra­wy same się po­to­czą. Nie­ustę­pli­wość była klu­czem do suk­ce­su.

Kie­dy pod­cho­dził do lu­dzi, od­wra­ca­li wzrok. Ani jed­na oso­ba nie wzię­ła od nie­go ulot­ki. O co, do cho­le­ry, cho­dzi? – za­sta­na­wiał się.

Pięt­na­ście bez­owoc­nych mi­nut póź­niej drob­na ko­bie­ta, któ­ra prze­cho­dzi­ła obok, wzię­ła od nie­go ulot­kę. Wresz­cie, po­my­ślał. Uśmiech na jego twa­rzy za­stygł jed­nak, gdy ko­bie­ta zgnio­tła ją i rzu­ci­ła na chod­nik. Po­biegł za nią i za­nim się przy niej zna­lazł, pod­niósł zmię­tą kart­kę z zie­mi.

– Mo­gła pani przy­najm­niej po­cze­kać, aż znik­nie mi z oczu – po­wie­dział. – Mu­sia­ła też pani na­śmie­cić, praw­da?

– Prze­pra­szam…? – spy­ta­ła ko­bie­ta, wyj­mu­jąc z uszu bia­łe słu­chaw­ki od iPo­da. Nie usły­sza­ła tego, co do niej mó­wił. Czy wszy­scy mło­dzi lu­dzie w dzi­siej­szych cza­sach byli ja­cyś upo­śle­dze­ni? Czy nie wi­dzie­li, do­kąd to wszyst­ko zmie­rza? Czy na­praw­dę ich to nie ob­cho­dzi­ło?

– Och, oczy­wi­ście – mruk­nął pod no­sem, gdy za­czę­ła od­cho­dzić. – Na pew­no prze­pra­szasz. Po­win­naś prze­pro­sić ludz­kość za swo­je ist­nie­nie.

Sta­nął jak wry­ty, gdy wró­cił do wej­ścia do par­ku. Ktoś kop­nął sto­sik ulo­tek i więk­szość z nich nie­sio­na wia­trem prze­la­ty­wa­ła pod łu­kiem, nad chod­ni­kiem w kie­run­ku Pią­tej Alei.

Wy­biegł z par­ku i chwi­lę je go­nił. Wresz­cie sta­nął. Czuł się idio­tycz­nie i był cał­ko­wi­cie wy­czer­pa­ny, gdy usiadł na kra­węż­ni­ku mię­dzy dwo­ma za­par­ko­wa­ny­mi sa­mo­cho­da­mi.

Ukrył twarz w dło­niach i za­czął łkać. Pła­kał przez dwa­dzie­ścia mi­nut, słu­cha­jąc wia­tru i ob­ser­wu­jąc nie­koń­czą­cy się sznur aut.

Ulot­ki? – po­my­ślał, po­cią­ga­jąc no­sem. My­ślał, że może zmie­nić świat dzię­ki kart­ce pa­pie­ru i za­tro­ska­nej mi­nie? Spoj­rzał na sta­rą dżin­so­wą kurt­kę, któ­rą wy­jął z dna sza­fy. Był taki dum­ny, że nadal na nie­go pa­su­je. Na­praw­dę był skoń­czo­nym głup­cem.

Tyl­ko jed­na rzecz mo­gła spra­wić, że lu­dzie za­czną słu­chać i wresz­cie otwo­rzą oczy.

Do­brze, niech bę­dzie to ta jed­na rzecz.

Jed­na rzecz.

Po­ki­wał gło­wą i wresz­cie się w so­bie ze­brał. Nie bę­dzie ni­ko­go pro­sił o po­moc. Musi sam to zro­bić. Do­brze. Ko­niec z tym non­sen­sem. Ze­gar tyka. Nie ma chwi­li do stra­ce­nia.

Zo­rien­to­wał się, że nadal trzy­ma wy­mię­tą ulot­kę. Wy­pro­sto­wał ją na zim­nym chod­ni­ku, wy­jął dłu­go­pis i na­niósł klu­czo­wą po­praw­kę. Za­ło­po­ta­ła jak roz­wi­ja­ją­ca się fla­ga, kie­dy po­zwo­lił, by wiatr po­rwał mu ją z dło­ni.

Bar­czy­sty męż­czy­zna z si­wie­ją­cy­mi wło­sa­mi otarł łzy, kie­dy kart­ka, na któ­rej coś na­pi­sał, za­trzy­ma­ła się na słu­pie la­tar­ni za jego ple­ca­mi.

Sło­wo MI­ŁOŚĆ w ty­tu­le zo­sta­ło wy­kre­ślo­ne. Na tle sza­re­go nie­ba wid­niał te­raz na­pis

KREW MOŻE ZMIE­NIĆ ŚWIAT!

Część pierwszaZ prochu w proch

Rozdział 1

Le­żąc zwią­za­ny w ciem­no­ściach, Ja­cob Dun­ning my­ślał o wszyst­kim, co był­by te­raz w sta­nie od­dać za moż­li­wość wzię­cia prysz­ni­ca.

Wszyst­kie swo­je ma­te­rial­ne do­bra? Pew­nie. Je­den z pal­ców u nogi? Od razu. Je­den z pal­ców u ręki? Hm, za­czął się za­sta­na­wiać. Czy na­praw­dę po­trze­bo­wał ma­łe­go pal­ca le­wej dło­ni?

Nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ny brud po­kry­wał jego po­li­czek, wło­sy. Ten przy­stoj­ny stu­dent pierw­sze­go roku o brą­zo­wych wło­sach miał na so­bie tyl­ko ko­szul­kę z logo New York Uni­ver­si­ty i bok­ser­ki, i le­żał w cia­snym po­miesz­cze­niu na brud­nej be­to­no­wej po­sadz­ce.

Z od­da­li do­cho­dzi­ły od­gło­sy mia­sta. Miał za­sło­nię­te oczy, a ręce przy­ku­te kaj­dan­ka­mi do rury znaj­du­ją­cej się za nim. Kne­bel za­wią­za­ny był moc­nym su­płem na wgłę­bie­niu przy pod­sta­wie czasz­ki.

Wklę­śnię­cie to po ła­ci­nie na­zy­wa­ło się fo­ra­men ma­gnum, wie­dział to. W tym miej­scu rdzeń krę­go­wy prze­cho­dzi w czasz­kę. Ja­cob do­wie­dział się tego ja­kiś mie­siąc wcze­śniej pod­czas za­jęć z ana­to­mii. New York Uni­ver­si­ty był pierw­szym eta­pem w re­ali­za­cji ma­rze­nia ży­cia – zo­sta­nia le­ka­rzem. Jego oj­ciec miał wy­da­nie Ana­to­mii Graya z 1862 roku w swo­im ga­bi­ne­cie, a Ja­cob od dzie­ciń­stwa uwiel­biał prze­glą­dać tę książ­kę. Klę­kał w wiel­kim, mięk­kim fo­te­lu i z bro­dą opar­tą na dło­niach spę­dzał go­dzi­ny, wpa­tru­jąc się w ele­ganc­kie, fa­scy­nu­ją­ce szki­ce, to­po­gra­fię ludz­kie­go cia­ła z miej­sca­mi o na­zwach jak da­le­kie kra­iny, mapy skar­bów.

Ja­cob za­czął pła­kać, gdy wró­ci­ły do nie­go te bez­piecz­ne, szczę­śli­we wspo­mnie­nia. Kro­pla cie­płej wody skap­nę­ła mu na kark i po­cie­kła w dół ple­ców. Uczu­cie swę­dze­nia było nie do znie­sie­nia. Je­śli wkrót­ce nie wsta­nie, na­ba­wi się ob­tarć. Od­le­ży­ny, bak­te­rie gron­kow­ca, cho­ro­by.

Ostat­nią rze­czą, jaką pa­mię­tał, było wyj­ście z baru Con­rad’s w Al­pha­bet City, gdzie nie zwra­ca­no uwa­gi na fał­szy­we do­wo­dy oso­bi­ste, ja­ki­mi po­słu­gi­wa­li się stu­den­ci. Po strasz­li­wie dłu­gich za­ję­ciach w la­bo­ra­to­rium che­micz­nym pró­bo­wał po­de­rwać Heli, osza­ła­mia­ją­cą Fin­kę, z któ­rą stu­dio­wał. Po pią­tym mo­ji­to za­czął mu się jed­nak plą­tać ję­zyk. Stwier­dził, że ma dość, kie­dy za­uwa­żył, że dziew­czy­na chęt­niej roz­ma­wia z bar­ma­nem, któ­ry wy­glą­dał jak mo­del.

Film urwał mu się w chwi­li, gdy wy­szedł na ze­wnątrz. Nie mógł so­bie przy­po­mnieć, jak zna­lazł się tu­taj.

Po raz mi­lio­no­wy pró­bo­wał wy­my­ślić sce­na­riusz, w któ­rym wszyst­ko do­brze się koń­czy. W jego ulu­bio­nym oka­zy­wa­ło się, że to dow­cip stu­den­tów star­szych lat. Ban­da fa­ce­tów z brac­twa po­my­li­ła go z ja­kimś in­nym pierw­szo­rocz­nia­kiem i padł pew­nie ofia­rą po­krę­co­nych otrzę­sin.

Za­czął szlo­chać. Gdzie są jego ubra­nia? Po co ktoś za­brał mu dżin­sy, skar­pet­ki i buty? Sce­na­riu­sze w jego gło­wie sta­ły się zbyt czar­ne, żeby zna­leźć ja­kąś ja­śniej­szą stro­nę. Nie mógł się oszu­ki­wać. Tkwił w naj­gor­szym gów­nie, w ja­kim kie­dy­kol­wiek się zna­lazł.

Za­czął wa­lić gło­wą w rurę, do któ­rej był przy­ku­ty, gdy usły­szał ha­łas. W od­da­li trza­snę­ły drzwi. Ser­ce za­czę­ło mu moc­niej bić. Od­dech zda­wał się nie wie­dzieć, czy chce wy­rwać się na ze­wnątrz, czy do­stać do środ­ka.

Nie­mal do­stał kon­wul­sji, kie­dy usły­szał brzęk i mia­ro­we, zbli­ża­ją­ce się kro­ki. Na­gle po­my­ślał o zło­tej rącz­ce, pra­cu­ją­cym w bu­dyn­ku, w któ­rym miesz­ka­li jego ro­dzi­ce, i o we­so­łym po­brzę­ki­wa­niu pęku klu­czy od­bi­ja­ją­cych się od jego bio­dra. Chu­dy pan Dur­kin, któ­ry za­wsze miał w dło­ni ja­kieś na­rzę­dzie. Na­dzie­ja do­da­wa­ła mu od­wa­gi. Nad­cho­dzi przy­ja­ciel, prze­ko­ny­wał się. Ktoś, kto go oca­li.

– Po­mo­cy! – Ja­cob pró­bo­wał krzy­czeć z kne­blem w ustach.

Kro­ki usta­ły. Usły­szał dźwięk otwie­ra­ne­go zam­ka i po­czuł chłod­ny po­wiew na twa­rzy. Ktoś wy­jął mu kne­bel.

– Dzię­ku­ję! Och, dzię­ku­ję! Nie wiem, co się wy­da­rzy­ło. Ja…

Ja­cob stra­cił dech, gdy coś bar­dzo twar­de­go ude­rzy­ło go w brzuch. Do­stał kop­nia­ka bu­tem z me­ta­lo­wym oku­ciem i wy­da­wa­ło mu się, że żo­łą­dek prze­bił mu się przez krę­go­słup.

O Boże, po­my­ślał Ja­cob, krztu­sząc się z gło­wą na brud­nej, ka­mien­nej po­sadz­ce. Do­bry Boże, pro­szę po­móż mi.

Rozdział 2

Ktoś od­piął Ja­co­bo­wi kaj­dan­ki, cią­gnął go przez ja­kieś dwa­dzie­ścia kro­ków, a na­stęp­nie pchnął na krze­sło z twar­dym opar­ciem. Świa­tło ośle­pi­ło chło­pa­ka, gdy zdję­to mu opa­skę z oczu, a ręce znów zo­sta­ły za­ku­te w kaj­dan­ki za jego ple­ca­mi.

Sie­dział w szkol­nej ław­ce w du­żym po­miesz­cze­niu bez okien. Przed nim znaj­do­wa­ła się sta­ro­mod­na czar­na ta­bli­ca, na któ­rej nic nie było na­pi­sa­ne. Za sobą czuł chłod­ną obec­ność oso­by, przez któ­rą wło­sy na kar­ku sta­nę­ły mu dęba.

Ja­cob łkał po ci­chu, gdy roz­legł się dźwięk od­pa­la­nej za­pal­nicz­ki. Lek­ko ostry za­pach ty­to­niu wy­peł­nił po­wie­trze.

– Dzień do­bry, pa­nie Dun­ning – ode­zwał się głos.

Głos na­le­żał do męż­czy­zny i brzmiał cał­ko­wi­cie nor­mal­nie. To był głos czło­wie­ka wy­kształ­co­ne­go. Ja­co­bo­wi przy­po­mniał się lu­bia­ny przez wszyst­kich na­uczy­ciel ze szko­ły Ho­ra­ce Mann, pan Man­duc­ci.

Chwi­la, a może to był pan Man­duc­ci. Za­wsze wy­da­wał się po­zo­sta­wać tro­chę w zbyt przy­ja­ciel­skich re­la­cjach z nie­któ­ry­mi ucznia­mi. Czy to może być po­rwa­nie? Oj­ciec Ja­co­ba, pre­zes w du­żej fir­mie, był nie­zwy­kle bo­ga­ty.

Ja­cob po­czuł, jak uczu­cie ulgi nie­mal pa­ru­je z po­rów jego skó­ry. W tej chwi­li go­to­wy był ucie­szyć się z po­rwa­nia. Okup nie bę­dzie pro­ble­mem i zo­sta­nie wy­pusz­czo­ny. Pa­so­wa­ło mu to. Pro­szę, niech to bę­dzie po­rwa­nie, za­czął my­śleć.

– Pro­szę pana, moja ro­dzi­na ma dużo pie­nię­dzy – po­wie­dział Ja­cob, bar­dzo sta­ra­jąc się ukryć prze­ra­że­nie w swo­im gło­sie. Nie uda­ło mu się to jed­nak.

– Owszem, ma – ode­zwał się miły głos. Mógł­by na­le­żeć do pre­zen­te­ra ze sta­cji ra­dio­wej na­da­ją­cej mu­zy­kę po­waż­ną. – W tym wła­śnie tkwi pro­blem. Mają za dużo pie­nię­dzy i za mało zdro­we­go roz­sąd­ku. Mają mer­ce­de­sa, ben­tleya, no i priu­sa. Eko­lo­dzy peł­ną gębą. Mo­żesz po­dzię­ko­wać ich hi­po­kry­zji za to, że się tu­taj zna­la­złeś. Na two­je nie­szczę­ście twój oj­ciec za­po­mniał, co mówi Księ­ga Wyj­ścia, roz­dział dwu­dzie­sty, wers pią­ty: „Ja Pan, twój Bóg, je­stem Bo­giem za­zdro­snym, któ­ry ka­rze wy­stę­pek oj­ców na sy­nach”1.

Ja­cob za­drżał na­gle na twar­dym krze­śle, gdy sta­lo­wa lufa pi­sto­le­tu lek­ko do­tknę­ła jego pra­we­go po­licz­ka.

– Te­raz za­dam ci kil­ka py­tań – za­po­wie­dział po­ry­wacz. – Two­je od­po­wie­dzi są bar­dzo, bar­dzo waż­ne. Sły­sza­łeś o za­li­cze­niu i ob­la­niu, praw­da?

Lufa moc­no wbi­ła się w twarz Ja­co­ba, a ku­rek od­bez­pie­cza­ją­cy gwał­tow­nie pstryk­nął.

– Z te­stu, do któ­re­go pod­cho­dzisz, mo­żesz do­stać za­li­cze­nie albo śmierć. Do­brze, py­ta­nie pierw­sze: Jak na­zy­wa­ła się two­ja nia­nia?

Kto? Moja nia­nia? Ja­cob za­czął się za­sta­na­wiać. O co tu, do cho­le­ry, cho­dzi?

– R-R-Rosa? – od­po­wie­dział.

– Zga­dza się. Rosa. Na ra­zie cał­kiem nie­źle ci idzie, pa­nie Dun­ning, a te­raz po­wiedz mi, jak mia­ła na na­zwi­sko.

O cho­le­ra, po­my­ślał Ja­cob. Aban­do? Abra­do? Coś w tym sty­lu. Nie wie­dział. Słod­ka, głu­piut­ka ko­bie­ta, z któ­rą ba­wił się w cho­wa­ne­go. Któ­ra kar­mi­ła go, gdy wra­cał ze szko­ły. Rosa, któ­ra przy­ci­ska­ła swój cie­pły po­li­czek do jego, gdy po­ma­ga­ła mu zdmuch­nąć świecz­ki z uro­dzi­no­we­go tor­tu. Jak mógł nie znać jej na­zwi­ska?

– Czas mi­nął – rzu­cił męż­czy­zna ni­czym w te­le­tur­nie­ju.

– Abra­do? – za­py­tał Ja­cob.

– Nie by­łeś na­wet bli­sko – od­po­wie­dział zde­gu­sto­wa­ny po­ry­wacz. – Na­zy­wa­ła się Ro­sa­li­ta Cha­var­ria. Była oso­bą, wiesz? Mia­ła imię i na­zwi­sko. Tak jak ty. Była czło­wie­kiem z krwi i ko­ści. Tak jak ty. Czy wiesz, że w ze­szłym roku zmar­ła? Rok po tym, jak twoi ro­dzi­ce zwol­ni­li ją z pra­cy, po­nie­waż za­czę­ła za­po­mi­nać o róż­nych rze­czach, wró­ci­ła do swo­jej oj­czy­zny. A to pro­wa­dzi nas do ko­lej­ne­go py­ta­nia:

Skąd po­cho­dzi­ła Rosa?

Skąd, do cho­le­ry, ten fa­cet wie­dział o zwol­nie­niu Rosy z pra­cy? Kto to jest? Jej zna­jo­my? Nie brzmiał jak La­ty­nos.

O co w tym wszyst­kim cho­dzi?

– Z Ni­ka­ra­gui? – strze­lił Ja­cob.

– Błąd. Po­cho­dzi­ła z Hon­du­ra­su. Mie­siąc po tym, jak wró­ci­ła do jed­no­po­ko­jo­wej ru­de­ry na­le­żą­cej do jej sio­stry, mu­sia­ła pod­dać się hi­ste­rek­to­mii. W pod­rzęd­nym szpi­ta­lu na przed­mie­ściach Te­gu­ci­gal­py prze­szła trans­fu­zję krwi, przez któ­rą za­ra­żo­no ją wi­ru­sem HIV. Hon­du­ras ma naj­wyż­szy od­se­tek cho­rych na AIDS na za­chod­niej pół­ku­li. Wie­dzia­łeś o tym? Na pew­no. A te­raz py­ta­nie nu­mer czte­ry: Ile prze­cięt­nie żyje oso­ba za­ra­żo­na wi­ru­sem HIV w Hon­du­ra­sie? Pod­po­wiem ci. O wie­le mniej niż pięt­na­ście lat, któ­re ta­kie oso­by mogą prze­żyć w na­szym kra­ju.

Ja­cob Dun­ning za­czął pła­kać.

– Nie wiem. Skąd miał­bym to wie­dzieć? Pro­szę.

– To nie wy­star­czy, Ja­co­bie – po­wie­dział męż­czy­zna, bo­le­śnie wbi­ja­jąc lufę w jego zęby. – Być może nie wy­ra­żam się wy­star­cza­ją­co ja­sno. Na tej lek­cji nie bę­dzie piąt­ki za stu­dio­wa­nie na uni­wer­sy­te­cie Ivy Le­ague. Nie do­sta­niesz ko­re­pe­ty­to­ra ani żad­ne­go in­ne­go wspar­cia, któ­re po­mo­gło­by ci do­stać lep­szą oce­nę. Nie mo­żesz ścią­gać, a oce­na jest osta­tecz­na. Całe ży­cie uczy­łeś się do tego je­dy­ne­go spraw­dzia­nu, ale od­no­szę wra­że­nie, że się obi­ja­łeś. Na two­im miej­scu za­czął­bym się moc­no gło­wić. Dłu­gość ży­cia z wi­ru­sem HIV w Hon­du­ra­sie! Od­po­wia­daj!

Rozdział 3

W tę nie­dzie­lę oko­ło po­łu­dnia w sali gim­na­stycz­nej szko­ły Holy Name trwa­ło „mar­co­we sza­leń­stwo”2 w wy­ko­na­niu dru­żyn z ka­to­lic­kich pod­sta­wó­wek. Ogłu­sza­ją­cy od­głos od­bi­ja­ją­cych się pi­łek, wrza­ski che­er­le­ade­rek i krzy­ki dzie­cia­ków po­bu­dzo­nych cu­krem i jeż­dżą­cych na rol­kach po la­kie­ro­wa­nej, drew­nia­nej pod­ło­dze wzniósł się aż pod kro­kwie z rzeź­bio­ny­mi anio­ła­mi.

Było nie tyl­ko gło­śno, ale tak­że go­rą­co, tłocz­no, a w po­wie­trzu uno­sił się kurz. Nie mógł­bym być szczę­śliw­szy.

Zna­la­złem się tam, gdzie za­wsze, kie­dy po­ja­wia się cha­os – w sa­mym środ­ku za­mie­sza­nia. Z gwizd­kiem po­wie­szo­nym na szyi sta­łem na par­kie­cie, ob­ser­wu­jąc rzu­ty z dwu­tak­tu i prze­ka­zy­wa­łem uwa­gi, gdy na­sza dru­ży­na ju­nio­rów, bul­do­gów z Holy Name, roz­grze­wa­ła się przed me­czem. Nasi prze­ciw­ni­cy ze szko­ły St. Ann przy Trze­ciej Alei ro­bi­li to samo na dru­gim koń­cu bo­iska.

Po­nie­waż je­den z mo­ich sy­nów, Ric­ky, grał w re­pre­zen­ta­cji szko­ły, a dru­gi, Ed­die, w dru­ży­nie ju­nio­rów, ja­koś bez­wied­nie zgo­dzi­łem się, kie­dy dy­rek­tor­ka, sio­stra She­ilah, za­py­ta­ła, czy za­stą­pię ich tre­ne­ra. Po­cząt­ko­wo by­łem nie­chęt­ny. Jak to? Sa­mot­ny oj­ciec z dzie­siąt­ką dzie­cia­ków? Jak­bym nie miał wy­star­cza­ją­co dużo do ro­bo­ty. Sio­stra She­ilah po­tra­fi­ła po­dejść ta­kich jak ja.

Oka­za­ło się, że by­cie tre­ne­rem – ćwi­cze­nia z pił­ką, kre­śle­nie stra­te­gii na ta­bli­cy, a na­wet skła­da­nie krze­seł po me­czu – na­praw­dę spra­wia mi fraj­dę. Nie wiem, czy któ­ryś z mo­ich bul­do­gów miał w przy­szło­ści tra­fić do NBA, ale ob­ser­wo­wa­nie, jak zdo­by­wa­ją wia­rę w sie­bie i jak z ban­dy in­dy­wi­du­ali­stów sta­ją się spój­ną dru­ży­ną, było nie­zwy­kłe i na pew­no mógł­bym wy­my­ślić gor­sze za­ję­cia na nie­dziel­ne po­po­łu­dnia.

Tuż przed me­czem tłum zro­bił się tak gło­śny, że le­d­wo usły­sza­łem te­le­fon dzwo­nią­cy na moim bio­drze. Nie roz­po­zna­łem nu­me­ru jako służ­bo­we­go, ale to nic nie zna­czy­ło. W moim no­wym od­dzia­le by­li­śmy na zmia­nę w go­to­wo­ści pod­czas week­en­dów. Zgad­nij­cie, czy­ja ko­lej przy­pa­da­ła w ten week­end?

– Ben­nett – krzyk­ną­łem w słu­chaw­kę.

– Mike, tu Ca­rol. Ca­rol Fle­ming.

Cho­le­ra, po­my­śla­łem, za­my­ka­jąc oczy. Wie­dzia­łem. Ca­rol była moją nową sze­fo­wą. Cóż, tak na­praw­dę nową sze­fo­wą mo­je­go sze­fa. Na­czel­nik Ca­rol Fle­ming. Była do­wód­cą Od­dzia­łu Do­cho­dzeń Spe­cjal­nych no­wo­jor­skiej po­li­cji, co ro­bi­ło­by wra­że­nie, na­wet gdy­by nie była pierw­szą ko­bie­tą na tym sta­no­wi­sku.

W stycz­niu prze­nie­sio­no mnie z wy­dzia­łu za­bójstw na pół­noc­nym Man­hat­ta­nie do głów­ne­go od­dzia­łu, któ­rym do­wo­dzi­ła. Mimo że wo­la­łem wy­dział za­bójstw, mu­sia­łem przy­znać, że pra­ca w sek­cji zaj­mu­ją­cej się na­pa­da­mi na bank, kra­dzie­ża­mi dzieł sztu­ki i po­rwa­nia­mi nie była nud­na.

– O co cho­dzi, sze­fie? – za­py­ta­łem.

– Mamy praw­do­po­dob­nie po­rwa­nie w śród­mie­ściu. Mu­sisz zo­ba­czyć się z April Dun­ning przy Za­chod­niej Sie­dem­dzie­sią­tej Dru­giej nu­mer je­den, apar­ta­ment dzie­sięć B. Wy­glą­da na to, że za­gi­nął jej syn, Ja­cob. Jego oj­ciec, Do­nald Dun­ning, jest za­ło­ży­cie­lem i pre­ze­sem…

– La­tvium and Com­pa­ny, mię­dzy­na­ro­do­wej fir­my far­ma­ceu­tycz­nej – do­koń­czy­łem za nią. – Sły­sza­łem o nim.

Czy­ta­łem o nim w ma­ga­zy­nie „For­bes” w po­cze­kal­ni u den­ty­sty mo­ich dzie­cia­ków. Dun­ning był mi­liar­de­rem, któ­ry gry­wał w gol­fa z bur­mi­strzem. Wie­dzia­łem już, do­kąd zmie­rza ta roz­mo­wa.

– Ile lat ma jego dzie­ciak?

– Osiem­na­ście – od­po­wie­dzia­ła.

– Osiem­na­ście? – po­wtó­rzy­łem. – Ja­cob nie za­gi­nął. Ma osiem­na­ście lat.

– Wiem, jak to brzmi, Mike. Do­brze usta­wio­na ro­dzi­na po­szu­ku­je swo­je­go im­pre­zo­we­go sy­nal­ka. Być może, ale i tak chcę, że­byś to spraw­dził. Ode­zwij się, jak tyl­ko bę­dziesz coś wie­dział.

Roz­łą­czy­łem się, a po­tem za­pi­sa­łem go­dzi­nę i ad­res na od­wro­cie kart­ki z li­stą za­wod­ni­ków. Szu­kać cu­dze­go dzie­cia­ka? –po­my­śla­łem. Mia­łem wy­star­cza­ją­co duży kło­pot z utrzy­my­wa­niem w ry­zach swo­ich wła­snych. Za­ma­cha­łem do Se­amu­sa, któ­ry z fu­rią wy­gwiz­dy­wał gra­cza z St. Ann’s, zdo­byw­cę rzu­tu za trzy punk­ty.

– Wcho­dzę, tre­ne­rze? – spy­tał ze swo­im sil­nym, ir­landz­kim ak­cen­tem mój prze­mą­drza­ły dzia­dek ksiądz. – Cią­gle ci po­wta­rzam, że jesz­cze mam to w so­bie.

Po­trzą­sną­łem gło­wą.

– Po­słu­chaj, mon­si­gno­re, mu­szę coś spraw­dzić. Mam na­dzie­ję, że szyb­ko się uwi­nę. Za­stąp mnie, do­pó­ki nie wró­cę. Albo le­piej po pro­stu tu stój i nic nie mów ani nie rób. Pro­szę.

– Na­resz­cie – po­wie­dział Se­amus z ra­do­ścią, wy­ry­wa­jąc mi z rąk no­tat­nik i pod­wi­ja­jąc rę­ka­wy czar­nej ko­szu­li. – Może tym ra­zem uda się wy­grać.

Rozdział 4

Przy Za­chod­niej Sie­dem­dzie­sią­tej Dru­giej nu­mer i stał bu­dy­nek Da­ko­ta, słyn­na ka­mie­ni­ca w pseu­do­go­tyc­kim sty­lu, w któ­rej miesz­kał John Len­non, za­nim zo­stał za­strze­lo­ny przed jej wej­ściem. Rów­nież tu­taj miesz­ka­ła ko­bie­ta, któ­ra uro­dzi­ła dia­bła w Dziec­ku Ro­se­ma­ry, o czym so­bie ra­do­śnie przy­po­mnia­łem. Tego po­po­łu­dnia po­ja­wia­ły się same do­bre zna­ki.

Mi­ną­łem bu­dy­nek i zo­sta­wi­łem sa­mo­chód na na­stęp­nym rogu przy Co­lum­bus, a po­tem wró­ci­łem pie­szo wzdłuż Sie­dem­dzie­sią­tej Dru­giej Uli­cy. Je­śli, co mało praw­do­po­dob­ne, było to jed­nak po­rwa­nie, dom mógł być ob­ser­wo­wa­ny. Zde­cy­do­wa­nie nie chcia­łem, żeby się wy­da­ło, że ro­dzi­na skon­tak­to­wa­ła się z po­li­cją.

Prze­sze­dłem przez kutą bra­mę wej­ścio­wą Da­ko­ty. To wła­śnie przy zwień­czo­nym łu­kiem wej­ściu Chap­man za­mor­do­wał eks­be­atle­sa, strze­la­jąc mu w ple­cy, za­nim Len­non zdą­żył wejść do holu po kil­ku scho­dach znaj­du­ją­cych się po pra­wej stro­nie. Bu­dy­nek stał się miej­scem czę­sto od­wie­dza­nym przez tu­ry­stów. Yoko, któ­ra nadal tu miesz­ka, musi być za­chwy­co­na, kie­dy ob­ser­wu­je lu­dzi szu­ka­ją­cych śla­dów po ku­lach.

Cięż­kie, oku­te mo­sią­dzem drzwi otwo­rzy­ły się, gdy wsze­dłem po scho­dach. Kor­pu­lent­ny por­tier azja­tyc­kie­go po­cho­dze­nia, w zie­lo­nym gar­ni­tu­rze, płasz­czu i czap­ce stał obok ta­blicz­ki:

WSZY­SCY GO­ŚCIE MU­SZĄ BYĆ ZA­PO­WIE­DZIA­NI

– Przy­sze­dłem do pań­stwa Dun­nin­gów – po­wie­dzia­łem, dys­kret­nie po­ka­zu­jąc mu od­zna­kę.

Gdy zo­sta­łem za­anon­so­wa­ny, po­ja­wił się ko­lej­ny, star­szy por­tier, któ­ry po­pro­wa­dził mnie przez hol. Ścia­ny po­kry­te były naj­ciem­niej­szą ma­ho­nio­wą bo­aze­rią, jaką kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem. Ogrom­ny ży­ran­dol i mo­sięż­ne kin­kie­ty rzu­ca­ły mięk­kie świa­tło na nie­zwy­kłe sztu­ka­te­rie na su­fi­cie i bia­łą pod­ło­gę z tra­wer­ty­nu.

Por­tier prze­ka­zał mnie win­dzia­rzo­wi. Na gó­rze drob­ny lo­kaj ski­nie­niem dło­ni wska­zał mi otwar­te drzwi do apar­ta­men­tu 10B.

Przez nie­zwy­kle wy­so­kie prze­szklo­ne drzwi wi­dzia­łem miesz­ka­nie Dun­nin­gów na prze­strzał, aż do Cen­tral Par­ku. Ogrom­ne po­ko­je mia­ły kla­sycz­ny, am­fi­la­do­wy układ, dzię­ki cze­mu każ­de po­miesz­cze­nie mia­ło wię­cej niż jed­no wej­ście, umoż­li­wia­jąc go­ściom unik­nię­cie służ­by. Pod­ło­gi, po­dob­nie jak bo­aze­ria na ścia­nach, zro­bio­ne były z ma­ho­niu ku­bań­skie­go. Po­ło­żo­ne były w jo­deł­kę z ob­ra­mów­ką czar­ne­go orze­cha.

Atrak­cyj­na, czar­no­wło­sa ko­bie­ta szła w moim kie­run­ku szyb­kim kro­kiem przez dłu­gi ko­ry­tarz apar­ta­men­tu. Mia­ła na so­bie wy­mię­tą gra­na­to­wą suk­nię wie­czo­ro­wą i na­wet z więk­szej od­le­gło­ści na jej twa­rzy wi­dać było ból. Moja iry­ta­cja spo­wo­do­wa­na nie­spo­dzie­wa­nym we­zwa­niem na służ­bę znik­nę­ła i po­czu­łem wiel­kie współ­czu­cie. Na­wet w tym ele­ganc­kim ubra­niu i sty­lo­wej sce­ne­rii była zwy­kłą, za­mar­twia­ją­cą się mamą.

– Dzię­ki Bogu, już pan jest. De­tek­tyw Ben­nett, praw­da? – po­wie­dzia­ła z an­giel­skim ak­cen­tem. – Cho­dzi o mo­je­go syna Ja­co­ba. Coś mu się sta­ło.

– Je­stem tu, żeby po­móc go pani od­na­leźć – od­par­łem, pró­bu­jąc do­dać jej otu­chy, i wy­ją­łem no­tat­nik. – Kie­dy ostat­ni raz wi­dzia­ła się pani albo roz­ma­wia­ła z Ja­co­bem?

– Roz­ma­wia­łam z nim trzy dni temu. Ja­cob miesz­ka na te­re­nie uczel­ni. Stu­diu­je na New York Uni­ver­si­ty. Ma po­kój w aka­de­mi­ku Hay­den Hall obok Wa­shing­ton Squ­are Park. Mój mąż nadal tam jest ra­zem z moim oj­cem. Roz­ma­wia­li z jego przy­ja­ciół­mi i nikt nie wi­dział go od piąt­ku. Ani jego współ­lo­ka­tor, ani nikt inny.

Może po­znał ja­kąś faj­ną dziew­czy­nę, chcia­łem jej po­wie­dzieć.

– To, że nie wi­dzia­ło się ko­goś przez kil­ka dni, nie musi ozna­czać, że sta­ło się coś złe­go, pani Dun­ning. Czy ist­nie­je ja­kiś po­wód, dla któ­re­go przy­pusz­cza pani, że coś mo­gło mu się stać?

– Wczo­raj z mę­żem ob­cho­dzi­li­śmy w Le Ci­rque dwu­dzie­stą pią­tą rocz­ni­cę ślu­bu. Od mie­się­cy pla­no­wa­li­śmy to wy­da­rze­nie z Ja­co­bem. Spe­cjal­nie z tej oka­zji dzia­dek Ja­co­ba przy­le­ciał z Bor­de­aux. Ja­cob nie chciał­by prze­ga­pić ta­kiej oka­zji. Jest na­szym je­dy­nym dziec­kiem. Nie ro­zu­mie pan, jak je­ste­śmy so­bie bli­scy. Nie zre­zy­gno­wał­by z na­sze­go wy­jąt­ko­we­go wie­czo­ru ani z rzad­kiej oka­zji spo­tka­nia z dziad­kiem.

Za­czy­na­łem ro­zu­mieć, dla­cze­go tak się mar­twi­ła. Sy­tu­acja, o któ­rej mó­wi­ła, na­praw­dę wy­da­wa­ła się dziw­na.

– Czy mó­wił coś, kie­dy ostat­ni raz z nim pani roz­ma­wia­ła? Coś dziw­ne­go? Może po­znał ko­goś no­we­go albo…

W tym mo­men­cie za­dzwo­nił te­le­fon sto­ją­cy obok niej na sta­ro­świec­kim kre­den­sie. Prze­ra­żo­na spoj­rza­ła na nu­mer, któ­ry się wy­świe­tlił, a po­tem na mnie, pod­czas gdy te­le­fon nie prze­sta­wał dzwo­nić.

– Nie znam tego nu­me­ru – po­wie­dzia­ła, a w jej gło­sie sły­chać było pa­ni­kę. – Nie znam tego nu­me­ru!

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – sta­ra­łem się ją uspo­ko­ić. Za­no­to­wa­łem nu­mer i po­zwo­li­łem, żeby ode­zwa­ły się we mnie in­stynk­ty.

– Po­słu­chaj, April. Spójrz na mnie. Je­śli to ktoś, kto ma coś wspól­ne­go ze znik­nię­ciem Ja­co­ba, cho­ciaż nie są­dzę, że tak wła­śnie jest, mu­sisz za­py­tać, co do­kład­nie masz zro­bić, żeby od­zy­skać syna, do­brze? A je­śli czu­jesz się na si­łach, po­proś, żeby dali ci do te­le­fo­nu Ja­co­ba.

Po po­licz­kach pły­nę­ły jej łzy, gdy te­le­fon znów za­dzwo­nił. Otar­ła je trzę­są­cą się za­ci­śnię­tą dło­nią, za­nim pod­nio­sła słu­chaw­kę. Słu­cha­łem roz­mo­wy na dru­gim apa­ra­cie w ga­bi­ne­cie obok. Kie­dy pod­nio­słem słu­chaw­kę, uru­cho­mi­łem na­gry­wa­nie na au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ce.

– Tak? Mówi April Dun­ning.

– Mam Ja­co­ba – roz­legł się dziw­nie spo­koj­ny głos. – Po­słu­chaj.

Sły­chać było klik­nię­cie i szum, a po­tem coś, co brzmia­ło jak na­gra­nie.

„Py­ta­nie nu­mer dzie­więć: Je­śli uro­dził­byś się w Su­da­nie, ja­kie miał­byś szan­se do­ży­cia do czter­dziest­ki? I co to ma wspól­ne­go z two­im ślicz­nym, czer­wo­nym iPo­dem nano?

– Nie wiem – za­łkał mło­dy męż­czy­zna. – Prze­stań. Pro­szę, prze­stań”.

Na­gra­nie zo­sta­ło wy­łą­czo­ne.

– Za trzy go­dzi­ny otrzy­ma­cie in­struk­cje – ode­zwał się spo­koj­ny głos. – Po­stę­puj­cie do­kład­nie we­dług nich albo nig­dy nie zo­ba­czy­cie już swo­je­go syna ży­we­go. Żad­nej po­li­cji. Żad­ne­go FBI.

Po­łą­cze­nie zo­sta­ło prze­rwa­ne. Kie­dy od­kła­da­łem słu­chaw­kę, usły­sza­łem ha­łas do­cho­dzą­cy z ko­ry­ta­rza. Pani Dun­ning za­no­si­ła się pła­czem, klę­cząc na pod­ło­dze.

– To Ja­cob – jęk­nę­ła. – Ten drań ma mo­je­go Ja­co­ba.

Ka­mer­dy­ner po­ja­wił się przy niej chwi­lę przede mną i po­mógł jej usiąść w fo­te­lu.

Wy­bra­łem nu­mer sze­fo­wej. Nie do wia­ry. To na­praw­dę było po­rwa­nie. Nie mie­li­śmy ani chwi­li do stra­ce­nia. Mu­sie­li­śmy się spie­szyć, je­śli wszyst­kie na­sze eki­py mia­ły być go­to­we za trzy go­dzi­ny. Bę­dzie cięż­ko.

Wyj­rza­łem przez okno. W dole, przy Cen­tral Park West, z au­to­ka­ru wy­sia­da­ła gru­pa tu­ry­stów. Spraw­dza­li swo­je apa­ra­ty, gdy za­czę­li tło­czyć się przy Straw­ber­ry Fields, frag­men­cie par­ku po­świę­co­nym Joh­no­wi Len­no­no­wi. Sy­gnał w te­le­fo­nie wy­da­wał się nie­mi­ło­sier­nie dłu­żyć, pod­czas gdy płacz pani Dun­ning niósł się po po­miesz­cze­niach z wy­so­kim su­fi­tem.

– No da­lej – po­wie­dzia­łem do sie­bie sfru­stro­wa­ny. – Od­bierz.

Rozdział 5

Agent­ka spe­cjal­na FBI Emi­ly Par­ker przy­le­cia­ła na lot­ni­sko Te­ter­bo­ro pry­wat­nym od­rzu­tow­cem i spie­szy­ła te­raz z po­chy­lo­ną rudą gło­wą przez par­king En­ter­pri­se, fir­my wy­naj­mu­ją­cej sa­mo­cho­dy przy szo­sie 46 w sta­nie New Jer­sey. Za­trzy­ma­ła się na mo­ment i spoj­rza­ła na pas, w kie­run­ku lśnią­ce­go sa­mo­lo­tu Gul­fstre­am G300, z któ­re­go przed chwi­lą wy­sia­dła.

Uru­cho­mi­ła sil­nik wy­na­ję­te­go bu­ic­ka le­sa­bre i spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła trze­cia. Jej szef za­dzwo­nił do niej o wpół do pierw­szej, gdy była w swo­im domu pod Ma­nas­sas w sta­nie Wir­gi­nia. Prze­by­cie po­nad czte­ry­stu ki­lo­me­trów za­ję­ło jej mniej niż dwie go­dzi­ny.

To do­pie­ro pil­na ro­bo­ta, po­my­śla­ła. Była przy­zwy­cza­jo­na do ta­kie­go tem­pa, po­nie­waż od dwóch lat sta­ła na cze­le pół­noc­now­schod­nie­go od­dzia­łu CARD, czy­li Child Ab­duc­tion Ra­pid De­ploy­ment3.

„Za­stęp­ca dy­rek­to­ra po­pro­sił, że­bym przy­słał swo­je­go naj­lep­sze­go pra­cow­ni­ka, Emi­ly – po­wie­dział jej John Mur­phy, agent spe­cjal­ny od­po­wie­dzial­ny za The Na­tio­nal Cen­ter for the Ana­ly­sis of Vio­lent Cri­me4. – Zgad­nij, na kogo pa­dło. Na cie­bie”.

Nie do­wie­dzia­ła się wie­le o spra­wie. Tyl­ko tyle, że mia­ła wspo­móc no­wo­jor­ską po­li­cję w spra­wie po­rwa­nia ja­kie­goś dzie­cia­ka, Ja­co­ba Dun­nin­ga. Oj­ciec Ja­co­ba, Do­nald Dun­ning, wy­słał po nią swój sa­mo­lot, co było bar­dzo da­le­kie od zwy­kłych pro­ce­dur sto­so­wa­nych w ta­kich przy­pad­kach.

Za­czę­ła się za­sta­na­wiać, do ja­kie­go spe­cjal­ne­go za­da­nia zo­sta­ła za­an­ga­żo­wa­na.

Gdy wy­je­cha­ła z par­kin­gu, wy­bra­ła nu­mer w te­le­fo­nie. Jej brat, Tom, ode­brał ko­mór­kę po dru­gim sy­gna­le.

– Wła­śnie do­le­cia­łam–po­wie­dzia­ła. – Jak ona to zno­si?

– Wszyst­ko w po­rząd­ku. Otwo­rzy­li­śmy sto­isko z le­mo­nia­dą na pod­jeź­dzie. To ta­kie uro­cze, że ro­bi­cie tak co nie­dzie­la.

– Mała kłam­czu­cha – krzyk­nę­ła Emi­ly. – Sto­isko z le­mo­nia­dą? Przy uli­cy? Och, to cała ona. Już owi­nę­ła so­bie cie­bie wo­kół pa­lusz­ka. W ze­szłym ty­go­dniu jej od­mó­wi­łam. A co z ru­chem na uli­cy? Je­steś tam z nią? Te­raz też? Kto jej pil­nu­je?

– Oczy­wi­ście, że je­stem przy niej, Em. Co ty so­bie my­ślisz? Że roz­ma­wiam z tobą, sie­dząc w ba­rze? – od­parł jej brat. – Ja i Oli­ve nie od­stę­pu­je­my się na krok.

Tom do­stał pra­cę w fir­mie zbro­je­nio­wej w Be­thes­da, po tym jak mie­siąc temu skoń­czył służ­bę w pie­cho­cie mor­skiej. Miał za­cząć w przy­szłym ty­go­dniu. Wy­na­ję­cie mu miesz­ka­nia w piw­ni­cy jej dwu­po­zio­mo­we­go domu oka­za­ło się ge­nial­nym po­my­słem dla oboj­ga, a ona zy­ska­ła sta­łe­go opie­ku­na do dziec­ka. Emi­ly uśmiech­nę­ła się, wy­obra­ża­jąc so­bie swo­ją uro­czą czte­ro­lat­kę, Oli­vię, na koń­cu za­uł­ka, w zi­mo­wej kurt­ce, za­sta­na­wia­ją­cą się, gdzie po­dzia­li się jej klien­ci.

– A czy my w ogó­le mamy le­mo­nia­dę? – za­py­ta­ła.

– Pod­ją­łem de­cy­zję, że za­stą­pi­my ją kool-aid.

– Kool-aid? Prze­cież to sam cu­kier i barw­ni­ki. Kool-aid! Może wy­pić tyl­ko jed­ną szklan­kę. Jed­ną.

– Grzmisz, jak­bym poił ją pły­nem do spry­ski­wa­czy. A poza tym ona wca­le tego nie pije, tyl­ko pró­bu­je sprze­dać. Po­sta­raj się nie na­ba­wić tęt­nia­ka, do­brze? Prze­ży­łem w Ka­bu­lu, to dam so­bie radę z Oli­vią. Wiesz już, jak dłu­go cię nie bę­dzie?

– Jesz­cze nie, ale dam ci znać. Uca­łuj ją ode mnie, do­brze? Tom? Wiem, że świet­nie się nią zaj­miesz. Po pro­stu wa­riu­ję, jak mu­szę ją zo­sta­wić od cza­su… no wiesz cze­go.

– R-O-Z-W…

– Za­mknij się, Tom, do­bra? Umie li­te­ro­wać le­piej niż ty. Do usły­sze­nia.

Od cza­su kie­dy się roz­wio­dła rok wcze­śniej, Emi­ly prze­nio­sła się do pra­cy w biu­rze CA­SMIRC5, po­nie­waż ofe­ro­wa­li sta­łe go­dzi­ny pra­cy. Ma­te­ria­ły do­ty­czą­ce spraw z każ­de­go za­kąt­ka kra­ju, któ­re do niej spły­wa­ły, nie były przy­jem­ną lek­tu­rą, ale jako oso­ba spe­cja­li­zu­ją­ca się w two­rze­niu pro­fi­li prze­stęp­ców mu­sia­ła przy­jąć pra­cę, jaką jej ofe­ro­wa­no.

Po­sa­da ta była ide­al­na, je­śli cho­dzi­ło o zaj­mo­wa­nie się Oli­vią, ale stwier­dze­nie, że Emi­ly za­czy­na­ła cho­dzić po ścia­nach swo­je­go bok­su w biu­rze w piw­ni­cy Aka­de­mii FBI, by­ło­by eu­fe­mi­zmem.

Emi­ly uśmiech­nę­ła się, gdy wjeż­dża­jąc na au­to­stra­dę, wci­snę­ła gaz do de­chy i wy­prze­dzi­ła ba­je­ranc­kie­go ca­dil­la­ca. Po jej pra­wej stro­nie, jak zja­wa nad ba­gna­mi New Jer­sey, po­ja­wił me­ta­lo­wo-szkla­ny za­rys no­wo­jor­skich wie­żow­ców.

Jesz­cze nie za­rdze­wia­łam, po­my­śla­ła, pę­dząc au­to­stra­dą. Zrób­cie przej­ście, je­dzie twar­dziel­ka!

Rozdział 6

Nig­dy chy­ba nie by­łem rów­nie dum­ny z no­wo­jor­skiej po­li­cji. Mi­nę­ły za­le­d­wie dwie go­dzi­ny, a my już by­li­śmy go­to­wi.

Ja, dwój­ka in­nych de­tek­ty­wów z mo­je­go wy­dzia­łu i po­li­cyj­ny tech­nik cze­ka­li­śmy w miesz­ka­niu Dun­nin­gów. Inny ze­spół de­tek­ty­wów pra­co­wał na te­re­nie uni­wer­sy­te­tu, aby do­wie­dzieć się, gdzie ostat­nio wi­dzia­no Ja­co­ba. Trze­cia eki­pa, zło­żo­na z taj­nia­ków, krę­ci­ła się w oko­li­cach bu­dyn­ku Da­ko­ta, a zwłasz­cza koło Straw­ber­ry Fields w Cen­tral Par­ku.

Po za­strze­le­niu Len­no­na bu­dy­nek stał się pew­ne­go ro­dza­ju ma­ka­brycz­nym sym­bo­lem, po­dob­nie jak po­kry­ty tra­wą pa­gó­rek w Dal­las6. Może to tyl­ko zbieg oko­licz­no­ści, że Ja­cob miesz­kał wła­śnie tu­taj, ale na ra­zie nie mo­gli­śmy wy­klu­czyć, że coś wspól­ne­go ze spra­wą mia­ła ja­kaś nie­zrów­no­wa­żo­na oso­ba, któ­rą przy­cią­gnę­ło to szcze­gól­ne miej­sce.

Eki­pa tech­nicz­na po­li­cji za­ło­ży­ła już pod­słu­chy na te­le­fon Dun­nin­gów. Skon­tak­to­wa­li się z ope­ra­to­rem, któ­ry był go­tów prze­szu­kać mi­lio­ny po­łą­czeń w tym sa­mym mo­men­cie, gdy za­dzwo­ni te­le­fon Dun­nin­gów. Dzię­ki temu zna­leź­li­by­śmy nu­mer, z któ­re­go na­wią­za­no po­łą­cze­nie.

Te­raz po­zo­sta­ło nam tyl­ko naj­trud­niej­sze za­da­nie. Sie­dze­nie i cze­ka­nie do czwar­tej. Sie­dze­nie, ocze­ki­wa­nie i mo­dli­twa.

Kie­dy dzwo­nek te­le­fo­nu roz­legł się o trze­ciej trzy­dzie­ści, ser­ce nie­mal wy­sko­czy­ło mi z pier­si. Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li zo­rien­to­wa­łem się, że to nie był te­le­fon, ale do­mo­fon w kuch­ni.

Por­tier Ar­man­do po­spie­szył, aby od­po­wie­dzieć.

– W holu cze­ka agent­ka FBI, pro­szę pana – za­wo­łał do Do­nal­da Dun­nin­ga.

Co?! – po­my­śla­łem. Kto po­wia­do­mił FBI?

– Wpuść­cie ją – od­parł Dun­ning. Od­wró­cił się do mnie i do­dał: – Czy za­po­mnia­łem panu po­wie­dzieć? Za­dzwo­ni­łem do De­par­ta­men­tu Spra­wie­dli­wo­ści, kie­dy by­łem w aka­de­mi­ku Ja­co­ba. Pro­ku­ra­tor ge­ne­ral­ny Fred Car­roll cho­dził z moją sio­strą, gdy byli w col­le­ge’u. Po­wie­dział, że wy­sy­ła swo­je­go naj­lep­sze­go czło­wie­ka. Mo­że­cie współ­pra­co­wać z FBI, praw­da?

– Oczy­wi­ście – od­po­wie­dzia­łem, wy­mie­nia­jąc nie­pew­ne spoj­rze­nia z de­tek­ty­wa­mi Ra­mi­re­zem i Schult­zem, człon­ka­mi mo­je­go ze­spo­łu. Wszyst­ko było go­to­we. Te­raz przy­sła­li nam fe­de­ral­nych? Co to mia­ło zna­czyć?

Wy­mie­ni­li­śmy o wie­le bar­dziej za­do­wo­lo­ne spoj­rze­nia, gdy dwie mi­nu­ty póź­niej w drzwiach sta­nę­ła wy­so­ka ko­bie­ta o kasz­ta­no­wych wło­sach.

Atrak­cyj­ne ko­bie­ty, na­wet ta­kie, któ­re były wkra­cza­ją­cy­mi na nasz te­ren agent­ka­mi FBI, za­wsze sta­no­wi­ły miłą nie­spo­dzian­kę.

Przez chwi­lę roz­ma­wia­ła w holu z Do­nal­dem Dun­nin­giem i jego żoną, a po­tem we­szła do ga­bi­ne­tu.