Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 343 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Najczarniejszy strach - Harlan Coben

Nowe wydanie. Na Myrona jak grom spada wiadomość, że ma nieślubnego syna, którego istnienia nawet nie podejrzewał. Co więcej, Jeremy choruje na rzadką odmianę białaczki - by go uratować, konieczny jest przeszczep szpiku kostnego. Niestety, jedyny zarejestrowany dawca, niejaki Taylor, przepadł bez śladu. Myron ustala jego prawdziwe nazwisko - Lex. Ale Lex jest nieuchwytny, a podający się za niego człowiek przez telefon każe mu pożegnać się z chłopcem. Powtarza przy tym maniakalnie "siej ziarno". Siej Ziarno to przydomek seryjnego porywacza i mordercy opisanego w serii artykułów przez Stana Gobbsa - dziennikarza, którego media i FBI oskarżyły o fabrykowanie informacji. Są na to niepodważalne dowody. Czy rzekomy zabójca i dawca to jedna i ta sama osoba?

Opinie o ebooku Najczarniejszy strach - Harlan Coben

Fragment ebooka Najczarniejszy strach - Harlan Coben

O książce

Siódma powieść Cobena z Myronem Bolitarem

„Czego się boisz najbardziej? – szepcze głos. – Wyobraź sobie najczarniejszy strach… A teraz wyobraź sobie coś znacznie, znacznie gorszego”.

Nawet nie podejrzewał jego istnienia…

Myron Bolitar dowiaduje się, że ma trzynastoletniego syna. który umiera. Chłopca, cierpiącego na rzadką odmianę białaczki, może uratować tylko przeszczep szpiku kostnego. Niestety, jedyny potencjalny dawca znika. A kiedy Myron próbuje go odnaleźć, zostaje wciągnięty w sieć intryg. Tajemnica rodzinna, brutalne porwanie, zabawa w kotka i myszkę między ambitnym dziennikarzem i FBI. Wszystko to wydaje się mieć jakiś związek z tajemniczym dawcą.

HARLAN COBEN

Współczesny amerykański pisarz, który uznanie w kręgu miłośników literatury sensacyjnej zdobył swoją trzecią książką Bez skrupułów, opublikowaną w 1995 r. Jako pierwszy współczesny autor otrzymał trzy prestiżowe nagrody literackie przyznawane w kategorii powieści kryminalnej, w tym najważniejszą – Edgar Poe Award. Światowa popularność Cobena zaczęła się w 2001 r. od thrillera Nie mów nikomu, zekranizowanego w 2006 r. Kolejne powieści, za które otrzymał wielomilionowe zaliczki, m.in. Na gorącym uczynku, Wszyscy mamy tajemnice, Zostań przy mnie, Schronienie, Kilka sekund od śmierci, Sześć lat później i Tęsknię za tobą uczyniły go megagwiazdą gatunku i jednym z najchętniej czytanych autorów, także w Polsce. Twórczość pisarza wciąż budzi zainteresowanie filmowców: na podstawie Sześć lat później powstaje film z Hugh Jackmanem w roli głównej, a prawa do ekranizacji Tęsknię za tobą zostały kupione przez Warner Bros.

www.harlancoben.com

Tego autora

NIE MÓW NIKOMUBEZ POŻEGNANIAJEDYNA SZANSATYLKO JEDNO SPOJRZENIENIEWINNYW GŁĘBI LASUZACHOWAJ SPOKÓJMISTYFIKACJANA GORĄCYM UCZYNKUKLINIKA ŚMIERCIZOSTAŃ PRZY MNIESZEŚĆ LAT PÓŹNIEJTĘSKNIĘ ZA TOBĄMyron BolitarBEZ SKRUPUŁÓWKRÓTKA PIŁKABEZ ŚLADUBŁĘKITNA KREWJEDEN FAŁSZYWY RUCHOSTATNI SZCZEGÓŁNAJCZARNIEJSZY STRACHOBIECAJ MIZAGINIONAWSZYSCY MAMY TAJEMNICEMickey BolitarSCHRONIENIEKILKA SEKUND OD ŚMIERCIODNALEZIONYJako współautorAŻ ŚMIERĆ NAS ROZŁĄCZYNAJLEPSZE AMERYKAŃSKIE OPOWIADANIA KRYMINALNE 2011

Tytuł oryginału:DARKEST FEAR

Copyright © Harlan Coben 2000All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Andrzej Grabowski 2004

Redakcja: Klemens Górski

Zdjęcie na okładce: © Moment/Getty Images

ISBN 978-7985-239-0

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Kiedy ojciec daje synowi, obaj się śmieją.

Kiedy syn daje ojcu, obaj płaczą.

Przysłowie żydowskie

Tę książkę dedykuję Twojemu ojcu.

I mojemu.

— Czego się boisz najbardziej? — szepcze głos. — Zamknij oczy i wyobraź sobie najczarniejszy strach. Widzisz? Czujesz? Najgorszą udrękę dostępną wyobraźni?

— Tak — mówię po dłuższym milczeniu.

— Dobrze. A teraz wyobraź sobie coś gorszego, coś znacznie, znacznie gorszego…

Z artykułu Stana Gibbsa Przerażony umysł, „New York Herald” z 16 stycznia

1

Godzinę wcześniej, nim jego świat rozpękł się niczym dojrzały pomidor pod obcasem szpilki, Myron ugryzł świeży pasztecik o smaku podejrzanie zbliżonym do kostki zapachowej z pisuaru.

— No i? — spytała matka.

Po pyrrusowym zwycięstwie nad własnym gardłem zdołał przełknąć kęs.

— Niczego sobie — odparł.

Pokręciła głową z dezaprobatą.

— O co chodzi?

— Że też ja, prawniczka, nie nauczyłam cię lepiej łgać.

— Starałaś się, jak mogłaś.

Wzruszyła ramionami i machnęła ręką na „pasztecik”.

— Piekłam pierwszy raz w życiu, bube. Powiedz prawdę.

— Smakuje jak kostka pisuarowa.

— Jak co?

— Kostka z męskiej toalety. Z pisuaru. Wkładają je tam, żeby pachniały.

— I ty je jesz?

— Nie…

— Czy to dlatego twój ojciec spędza tyle czasu w toalecie? Chrupie kostki? A ja myślałam, że dokucza mu prostata.

— Żartowałem, mamo.

Uśmiechnęła się niebieskimi oczami ze śladami czerwieni, której nie usuwają krople do oczu, czerwieni, której nabywa się, często gęsto płacząc. Zwykle miała dystans do swojej roli. Popłakiwanie nie było w jej stylu.

— Ja też, filucie. Myślisz, że ty jeden w tej rodzinie masz poczucie humoru?

Myron nie odpowiedział. Spojrzał na „pasztecik”. Przez ponad trzydzieści lat, odkąd tu mieszkała, matka niczego nie upiekła — ani według przepisów, ani z głowy, ani nawet z ciast w proszku w rodzaju porannych rogalików firmy Pillsbury. Bez dokładnej instrukcji nie potrafiłaby nawet zagotować wody i nie skalała się gotowaniem, za to błyskawicznie wkładała do mikrofalówki podłą mrożoną pizzę, tańcząc palcami po programatorze tak żwawo jak Nurejew w Lincoln Center. Kuchnia w domu Bolitarów była głównie miejscem spotkań — rodzinną świetlicą, jak kto woli — a nie przybytkiem sztuki kulinarnej. Okrągły stół okupowała zastawa z czasopism, katalogów i tekturowych białych pojemników po chińskim jedzeniu na wynos. Na kuchence działo się mniej niż w filmach spółki Merchant-Ivory. A piekarnik był rekwizytem wyłącznie na pokaz jak Biblia na biurku polityka.

Stało się coś niedobrego.

W dużym pokoju, gdzie siedzieli — z pokrytą imitacją skóry białą, wysłużoną, składaną kanapą i turkusowym dywanem, kudłatym jak pokrowiec na deskę klozetową — Myron poczuł się niczym dorosły Greg Brady. Raz po raz zerkał przez okno na zatkniętą przed domem tablicę „Na sprzedaż” jakby to był statek kosmiczny, z którego zaraz wyjdzie jakiś obcy złowrogi stwór.

— Gdzie tata? — spytał.

Matka skinęła z rezygnacją ręką w stronę drzwi.

— Jest w piwnicy.

— W moim pokoju?

— W twoim dawnym pokoju. Wyprowadziłeś się, pamiętasz?

Rzeczywiście się wyprowadził, jako trzydziestoczteroletni nieopierzony młokos. Pediatrzy i psychologowie dziecięcy śliniliby się na taką gratkę i pogwizdywali z dezaprobatą, że marnotrawny syn tak długo nie opuszcza bezpiecznego kokonu rodzinnego, choć dawno temu powinien zmienić się w motyla. Ale Myron miał na to kontrargumenty. Mógł powołać się na kultywowaną w większości kultur tradycję zamieszkiwania dzieci pod jednym dachem z rodzicami i dziadkami i postawić tezę, iż w dobie rozpadu więzi rodzinnych taka filozofia pomogłaby ludziom zakorzenić się, a tym samym przyczynić do rozkwitu społeczeństwa. Gdyby takie rozumowanie kogoś nie przekonało, mógł dostarczyć innych. Miał ich milion.

Ale prawda była znacznie prostsza; lubił przebywać z mamą i tatą w domku na przedmieściach, nawet jeśli przyznanie się do takiej słabości było równie modne, jak słuchanie ośmiościeżkowych nagrań Air Supply.

— Co się dzieje? — spytał.

— Ojciec nie wie, że przyjechałeś. Spodziewa się ciebie za godzinę.

Zaskoczony Myron skinął głową.

— A co on robi w piwnicy?

— Kupił sobie komputer. I tam się nim bawi.

— Tata?

— Sam widzisz. Z człowieka, który bez instrukcji nie potrafi wkręcić żarówki, zamienia się raptem w Billa Gatesa. Cały czas siedzi w interesie.

— W Internecie, mamo.

— W czym?

— To się nazywa Internet.

— Myślałam, że interes. Kupno, sprzedaż, te rzeczy.

— Nie, Internet. Inaczej sieć.

Ellen Bolitar strzeliła palcami.

— O właśnie! Tak czy siak twój ojciec siedzi tam na okrągło i zakłada sieć czy co tam. Rozmawia z różnymi ludźmi. Tak twierdzi. Z zupełnie nieznanymi. Jak kiedyś przez krótkofalówkę, pamiętasz?

Myron pamiętał. Połowa lat siedemdziesiątych. Żydowscy tatusiowie z przedmieść ostrzegali się w drodze do delikatesów przed drogówą. Kawalkada cadillaców seville. „Przyjąłem, dzięki, kolego!”.

— To nie wszystko — ciągnęła. — Pisze pamiętniki. Człowiek, który bez pomocy podręcznika do stylistyki nie zrobi listy zakupów w spożywczym, raptem spisuje memuary jak jakiś wiceprezydent.

Sprzedawali dom. Myron wciąż nie mógł w to uwierzyć. Błądząc spojrzeniem po znanym na pamięć otoczeniu, zatrzymał wzrok na fotografiach biegnących wzdłuż schodów. Dokumentowały dojrzewanie jego rodziny przez pryzmat zmieniającej się mody — spódnic i baczków, to krótszych, to dłuższych, pseudohipisowskich falban, zamszaków, psychodelicznych wzorów, garniturów sportowych, spodni dzwonów, smokingów z żabotami w złym guście nawet w kasynach w Las Vegas — lat upływających z ramki na ramkę, jak ludzkie życie w dołujących reklamach towarzystw ubezpieczeniowych. Przyjrzał się swoim zdjęciom z czasów, gdy grał w koszykówkę — temu z szóstej klasy, na którym wykonywał rzut osobisty, temu z ósmej, na którym szarżował na kosz, temu ze szkoły średniej, na którym robił wsad — i kończącym rząd okładkom „Sports Illustrated” — dwóm z czasów gry w drużynie Uniwersytetu Duke’a i tej z nogą w gipsie, z biegnącym na wysokości jego zagipsowanego kolana pytaniem: CZY TO KONIEC KARIERY? (Wypisana w jego duszy wołami odpowiedź brzmiała: TAK!).

— Źle z nim? — spytał.

— Tego nie powiedziałam.

— I to mówi prawniczka? — Myron pokręcił głową.

— Daję zły przykład?

— Nic dziwnego, że przy takiej matce nie wyrosłem na polityka.

Splotła ręce na kolanach.

— Musimy porozmawiać — powiedziała tonem, który mu się nie spodobał. — Ale nie tutaj — dodała. — Przejdźmy się.

Skinął głową. Wstali, ale nim dotarli do drzwi, odezwała się jego komórka. Wydobył ją z szybkością, która zadziwiłaby szeryfa Wyatta Earpa. Odchrząknął i przyłożył słuchawkę do ucha.

— RepSport MB — odezwał się gładkim zawodowym tonem. — Myron Bolitar, słucham.

— Przez telefon masz miły głos — powiedziała Esperanza. — Jak Billy Dee chowający dwa kolty czterdziestkipiątki.

Esperanza Diaz była jego długoletnią sekretarką, a obecnie partnerką w agencji sportowej RepSport MB (wiernym czytelnikom przypominam: M to Myron, B to Bolitar).

— Liczyłem na telefon od Lamara.

— Jeszcze nie zadzwonił?

— Nie.

Myron był niemal pewien, że zmarszczyła brwi.

— No, to leżymy i kwiczymy.

— Jakie leżymy i kwiczymy? Dostaliśmy małej zadyszki.

— Małej? Takiej jak Pavarotti na maratonie w Bostonie.

— Dobre!

— Dzięki.

Bejsbolista Lamar Richardson, wyśmienity lewy środkowy łapacz, zdobywca Złotej Rękawicy, stał się niedawno „wolnym elektronem”. Agenci szeptali te dwa słowa tak nabożnie, jak mufti szepcze: „Chwała Allahowi!”. Szukający nowego menedżera Lamar zawęził w końcu wybór do trzech agencji: dwóch potężnych, z biurami wielkości magazynów hurtowni, i wspomnianej już, małej jak pryszcz, ale gwarantującej osobiste kontakty RepSport MB. Rośnij, pryszczu!

Obserwując bacznie stojącą w drzwiach matkę, Myron przyłożył słuchawkę do drugiego ucha.

— Coś jeszcze? — spytał.

— Nie zgadniesz, kto zadzwonił.

— Elle i Claudia domagają się kolejnego rendez-vous we troje?

— U-u-u, blisko.

Esperanza nigdy nie mówiła mu niczego wprost. Przyjaciele zawsze urządzali mu teleturniej.

— Nie podpowiesz mi trochę?

— Jedna z twoich byłych kochanek.

Serce mu podskoczyło.

— Jessica.

Esperanza zabuczała.

— Nic z tego, nie ta zołza.

Zagadka. Miał za sobą tylko dwa dłuższe związki miłosne: trzynastoletni — z przerwami — z Jessicą (należący do przeszłości), a wcześniej… musiałby się cofnąć aż do…

— Emily Downing? — spytał.

— Dzyń, dzyń!

Serce przeszył mu jak sztylet obraz Emily. Siedziała z podwiniętymi nogami na zniszczonej kanapie w podziemiu akademika, w za dużej bluzie z liceum, w której ginęły co chwila jej rozgestykulowane dłonie, i uśmiechała się do niego po swojemu.

Zaschło mu w gardle.

— Czego chciała? — spytał.

— Nie wiem. Powiedziała tylko z taaakim przydechem, że musi z tobą porozmawiać. Zabrzmiało to bardzo dwuznacznie.

W ustach Emily wszystko brzmiało dwuznacznie.

— Jest dobra w łóżku? — spytała Esperanza.

Będąc nader atrakcyjną biseksualistką, w każdym widziała ewentualnego partnera do łóżka. Myron zastanawiał się, jak to jest mieć i rozważać tyle możliwości, uznał jednak — mądrze — że lepiej nie zagłębiać się w ten temat.

— A co dokładnie powiedziała?

— Nic konkretnego. Ale wyrzuciła z siebie wiązankę namiętnych zachęt: pilne, nóż na gardle, sprawa życia i śmierci itepe, itede.

— Nie chcę z nią rozmawiać.

— Tak myślałam. Potraktować ją wykrętami, jeśli znów zadzwoni?

— Bardzo proszę.

— No, to más tarde.

Kiedy się rozłączył, uderzył w niego jak niespodziewana fala o brzeg drugi obraz. Ostatni rok studiów w Duke. Emily, bardzo opanowana, rzuca bluzę na łóżko i wychodzi… Wkrótce potem poślubiła człowieka, który zrujnował mu życie.

„Oddychaj głęboko — przykazał sobie. — Wdech, wydech. Dobrze”.

— Wszystko w porządku? — zainteresowała się matka.

— Tak.

Z dezaprobatą pokręciła głową.

— Nie kłamię — zapewnił.

— Jasne, naturalnie, przecież ty zawsze sapiesz tak, jakbyś komuś gadał świństwa przez telefon. Jeśli nie chcesz nic powiedzieć własnej matce…

— Nie chcę.

— …która wychowała cię i…

Myron jak zwykle przestał jej słuchać. Znów odbiegała od tematu, rozwodząc się nad przeszłością i tak dalej. Robiła to bardzo często. Była całkiem nowoczesną, wczesną feministką, która maszerowała ramię w ramię z Glorią Steinem, stanowiąc dowód, że — by zacytować hasło z jej koszulki — „Miejsce kobiety jest w domu… i w Senacie”, ale na widok syna cała jej postępowość opadała z niej i spod spalonego stanika wyłaniała się prosta Żydówka w chuście na głowie. Dzięki temu Myron miał ciekawe dzieciństwo.

Wyszli z domu. Nie spuszczając oka z tablicy „Na sprzedaż”, jakby bał się, że nagle wymierzy w nich broń, wyobraźnią przeniósł się do dnia, którego nie widział — słonecznego dnia, kiedy jego rodzice, mama z brzuchem pękatym od ciąży, przyjechali tu pierwszy raz, trzymając się za ręce, oboje wystraszeni i uszczęśliwieni, że ten szablonowy dwupoziomowy dom z trzema sypialniami będzie ich statkiem, ich parowcem „Amerykańskie Marzenie”. A w tej chwili ich rejs, chcąc nie chcąc, dobiegał końca. Nie dla nich były już bzdurne porady: „Zamknij jedne drzwi, otwórz następne”. Tablica „Na sprzedaż” oznaczała kres — kres młodości, wieku średniego, rodziny, świata dwojga ludzi, którzy zaczęli tu wspólne życie, razem walczyli, wychowywali dzieci, na zmianę z innymi rodzicami wozili je do szkoły, pracowali, żyli.

Myron i matka ruszyli ulicą. Przy krawężniku piętrzyły się liście, pewny znak jesieni na przedmieściach, a dmuchawy na trawnikach roztrącały stojące powietrze jak helikoptery nad Sajgonem. Myron szedł wewnętrzną stroną chodnika, omijając żółtorude stosy. Podobał mu się, nie wiedzieć dlaczego, szelest martwych liści pod butami.

— Ojciec rozmawiał z tobą — powiedziała matka; zabrzmiało to jak pytanie — o tym, co się stało.

Myrona ścisnęło w żołądku. Zanurzył stopy w liście, wyżej unosząc nogi i głośniej szeleszcząc.

— Tak.

— Co ci powiedział?

— Że kiedy byłem na Karaibach, poczuł bóle w piersi.

Dom Kaufmanów, który zawsze był żółty, nowi właściciele pomalowali na biało. Jego nowy kolor kłócił się z otoczeniem. Niektórym domom sprawiono elewacje z aluminium, a innym dobudówki, powiększając kuchnie i sypialnie małżeńskie. Młoda rodzina, która wprowadziła się w miejsce Millerów, pozbyła się charakteryzujących ich siedzibę skrzynek z feerią kwiatów. Nowi właściciele domu Davisów usunęli wspaniałe krzewy, które Bob Davis pielęgnował co weekend. Wszystko to przywodziło Myronowi na myśl najeźdźczą armię zrywającą flagi podbitych.

— Nie chciał ci nic mówić. Znasz ojca. Wciąż uważa, że powinien cię chronić.

Myron, brodząc w liściach, skinął głową.

— To było coś więcej niż bóle w piersi — dodała.

Zatrzymał się.

— Ma wieńcówkę — powiedziała matka, nie patrząc mu w oczy. — Przez trzy dni był na intensywnej opiece. — Zamrugała oczami. — Prawie całkiem zatkało mu arterię.

Myron poczuł skurcz w gardle.

— Zmienił się. Wiem, jak bardzo go kochasz, ale musisz się z tym pogodzić.

— Z czym pogodzić?

— Że ojciec się starzeje. I ja się starzeję — odparła łagodnie a stanowczo.

— Staram się — rzekł po chwili.

— Ale?

— Ale patrzę na ten znak „Na sprzedaż”…

— To drewno, cegły i gwoździe, Myron.

— Słucham?

Przebrnęła przez liście i wzięła go za łokieć.

— Snujesz się osowiały, jakbyśmy obchodzili sziwa, ale ten dom nie jest twoim dzieciństwem. Nie jest członkiem rodziny. Nie oddycha, nie myśli, nie troszczy się. To tylko drewno, cegły i gwoździe.

— Przeżyliście w nim blisko trzydzieści pięć lat.

— I co z tego?

Odwrócił głowę, lecz się nie zatrzymał.

— Ojciec pragnie być z tobą szczery, ale nie ułatwiasz mu sprawy.

— Jak to? Co takiego zrobiłem?

Potrząsnęła głową i spojrzała w niebo, jakby tam szukała natchnienia. Dotrzymał jej kroku. Wsunęła mu rękę pod łokieć i oparła się na jego ramieniu.

— Zawsze byłeś wysportowany. W przeciwieństwie do ojca — powiedziała. — Prawdę mówiąc, była z niego ofiara.

— Wiem.

— Oczywiście. Bo twój tata nigdy nikogo nie udawał. Chciał, żebyś widział w nim człowieka, nawet ułomnego i słabego. Dziwne, ale skutek był taki, że czciłeś go jeszcze bardziej. W twoich oczach zyskał mityczny wymiar.

Myron przemyślał to sobie i, nie oponując, wzruszył ramionami.

— Kocham go — powiedział.

— Wiem, kochanie. Niemniej jest tylko człowiekiem. Dobrym człowiekiem. Ale starzeje się i się boi. Zawsze pragnął, żebyś widział w nim człowieka. Nie chce jednak, żebyś dostrzegł jego strach.

Myron nie podniósł głowy. Są rzeczy, które trudno sobie wyobrazić, gdy chodzi o rodziców — klasycznym przykładem jest seks. Większość ludzi nie umie — i pewnie nawet nie próbuje — wyobrazić sobie rodziców in flagranti delicto. Ale on próbował przywołać w tej chwili inny obraz tabu — ojca, który z ręką na piersi siedzi wystraszony w ciemnościach. Wprawdzie mógł sobie wyobrazić, lecz był to obraz bolesny, nieznośny.

— Co powinienem zrobić? — spytał wreszcie stłumionym głosem.

— Pogódź się ze zmianami. Ojciec przechodzi na emeryturę. Całe życie pracował i jego samoocena, jak u większości mężczyzn z jego pokolenia, debilnie wiernych wzorcowi męskości, wiąże się z pracą. Tata przeżywa trudne chwile. To nie ten sam człowiek. Wasz stosunek się zmienia, a żaden z was nie lubi zmian.

Myron milczał, czekając na dalszy ciąg.

— Ułatw mu sprawę. Troszczył się o ciebie całe życie. O nic cię nie poprosi, ale czas, byś zatroszczył się o niego.

Kiedy na rogu ulicy zawrócili, Myron zobaczył, że przed tablicą „Na sprzedaż” stoi mercedes. Przez chwilę się zastanawiał, czy to może pośrednik handlu nieruchomościami pokazuje klientowi ich dom. Uśmiechnięty ojciec stał na zewnątrz i szeroko gestykulował, rozmawiając z jakąś kobietą. Patrząc na jego twarz — szorstką skórę, która zawsze prosiła się o golenie, wydatny nos, którym zwykle go „dziobał”, gdy chichocząc walczyli ze sobą na niby, ciężkie powieki à la Victor Mature i Dean Martin, siwe kosmyki włosów, które uparcie trzymały się jego głowy po wypadnięciu czarnych — poczuł, jak jakaś ręka szczypie go w serce.

Ojciec pochwycił jego spojrzenie i pomachał ręką.

— Spójrz tylko, kto do nas wpadł! — zawołał.

Emily Downing odwróciła się i lekko uśmiechnęła. Myron popatrzył na nią i nic nie powiedział. Minęło pięćdziesiąt minut. Dziesięć minut później obcas szpilki rozwalił pomidora.

2

Za dużo wspomnień.

Rodzice Myrona ulotnili się. Mimo swego niemal legendarnego nawyku wtrącania się do rozmów, potrafili galopem przebyć Pole Minowe Wścibstwa, z niesamowitą zręcznością omijając pułapki. Bez słowa zniknęli w domu.

Emily spróbowała się uśmiechnąć, ale jej nie wyszło.

— No, no — powiedziała, gdy zostali sami. — Czyżby to był ten orzeł, którego wypuściłam z garści?

— Ostatnim razem powiedziałaś to samo.

— Tak?

Poznali się na pierwszym roku studiów w bibliotece Uniwersytetu Duke’a w Durham. Była wtedy dużą, przyjemnie pulchną dziewczyną, lecz choć z biegiem lat ubyło jej mięśni i ciała, to na tym nie straciła. Wciąż rzucała się w oczy. Była nie tyle ładna, ile — by zacytować piosenkę — papuśna, gorąca jak piec. Jako młoda studentka, z wiecznym bałaganem na głowie z długich, kręconych włosów i szelmowskim uśmieszkiem jak z filmu dozwolonego od lat osiemnastu, miała tak kształtną, pełną krągłości figurę, że niczym ze starego migotliwego projektora filmowego biło z niej słowo „seks”. Cóż z tego, że nie była piękna. Piękno miało niewiele wspólnego z seksapilem. Urodziła się z nim. I nie straciłaby go nawet obleczona w suknię namiot i z głową przybraną rozjechanym kotem.

Może to dziwne, ale chyba przesadnie rozdmuchana rewolucja seksualna z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przetoczyła się obok nich, bo kiedy się poznali, byli prawiczkami. Swój rozgłos zawdzięczała, zdaniem Myrona, głównie reklamie i nie przeniknęła przez ceglane mury podmiejskich szkół średnich. Z drugiej strony świetnie umiał racjonalizować swoje przypadki. Najprawdopodobniej sam był sobie winien, jeśli brak rozwiązłości można nazwać winą. Od zawsze, już w liceum, podobały mu się tylko „porządne” panny. Nie interesowały go „przygody”. W każdej poznanej dziewczynie szukał potencjalnej partnerki na całe życie, bratniej duszy, dozgonnej miłości, tak jakby się spodziewał, że każdy związek dwojga ludzi będzie jak z piosenki Carpenterów.

Jego związek z Emily okazał się jednak pełną odkryć seksualną wyprawą w nieznane. Uczyli się od siebie nawzajem nie bez przeszkód, lecz upojnie. Jeszcze teraz, choć szczerze jej nie znosił, czuł tamto rozkoszne napięcie, wciąż pamiętał, jak śpiewały mu koniuszki nerwów i niosła go fala podniecenia, gdy byli ze sobą w łóżku. Albo na tylnym siedzeniu samochodu. W kinie, w bibliotece, raz nawet na wykładzie o Lewiatanie Hobbesa. Jeżeli marzył o tym, by być jak z piosenki Carpenterów, to jego pierwszy dłuższy związek skończył się niczym gorący, zgrzany, spocony, szybki „Raj w świetle deski rozdzielczej” z albumu Meat Loafa Bat Out of Hell.

Jednak na pewno coś ich łączyło. Byli ze sobą trzy lata. Kochał ją i to ona, jako pierwsza dziewczyna w jego życiu, złamała mu serce.

— Czy w pobliżu jest jakaś kawiarnia? — spytała.

— Starbucks.

— Poprowadzę.

— Nie chcę z tobą jechać, Emily.

Uśmiechnęła się.

— Czyżbym straciła urok? — spytała.

— Przestał na mnie działać dawno temu — odparł, co było półkłamstwem.

Poruszyła biodrami. Przypomniał sobie uwagę Esperanzy na jej temat. Nie tylko głos czy słowa, ale każdy ruch Emily był dwuznaczny.

— To ważna sprawa.

— Nie dla mnie.

— Nie masz pojęcia…

— Nieważne, Emily. Dla mnie nie istniejesz. Tak jak twój mąż…

— Były mąż. Rozwiedliśmy się, pamiętasz? A poza tym nie miałam pojęcia, co ci zrobił.

— Niech ci będzie. Zrobił to z powodu ciebie.

— Upraszczasz sprawę. Dobrze wiesz.

Miała rację. Skinął głową.

— Ja wiedziałem, czemu to robię — odparł. — Chciałem, głupi kretyn, udowodnić Gregowi, że jestem lepszy. Ale czym kierowałaś się ty?!

Emily potrząsnęła głową. Rozkołysane włosy opadłyby jej dawniej na twarz. Nowa fryzura była krótsza, wymodelowana, lecz i tak miał przed oczami jej kędzierzawą szopę.

— A czy to ważne?

— Chyba nie, ale zawsze byłem ciekaw.

— Za dużo wtedy wypiliśmy.

— Tak po prostu?

— Tak.

Myron skrzywił się.

— Kiepska wymówka.

— Może chodziło o seks.

— Wyłącznie o stosunek?

— Może.

— W przeddzień ślubu z innym?

Emily podniosła wzrok.

— Byłam głupia, wystarczy?

— Nie mów.

— I pewnie wystraszona.

— Z powodu ślubu?

— Z powodu tego, że wychodzę za niewłaściwego faceta.

— Wstydu nie masz!

Myron pokręcił głową.

Emily chciała coś dodać, ale zamilkła, jakby raptem uszło z niej powietrze. Chciał, żeby sobie poszła, lecz spotkanie dawnej miłości zawsze wyzwala w człowieku nostalgię. Rozpościera się przed nim droga, którą nie poszedł, wielki znak zapytania, perspektywa całkiem innego życia, gdyby wszystko ułożyło się nieco inaczej. Emily nic już go nie obchodziła, lecz jej słowa wciąż boleśnie dotykały jego przeszłości, starych ran.

— Minęło czternaście lat — powiedziała cicho. — Czas skończyć z oglądaniem się za siebie.

Ile go kosztowało „czysto fizyczne” zbliżenie z nią tamtej nocy? Być może wszystko. Na pewno przekreśliło jego życiowe marzenia.

— Masz rację — rzekł i odwrócił się. — Zostaw mnie.

— Potrzebuję twojej pomocy.

Pokręcił głową.

— Rzeczywiście, czas skończyć z oglądaniem się za siebie.

— Napij się ze mną kawy. Z dawną przyjaciółką.

Miał chęć odmówić, ale przeszłość okazała się silniejsza. Skinął głową, bojąc się odezwać. W milczeniu dojechali do kawiarni Starbucks i u barmana, niespełnionego aktora, bardziej aroganckiego niż sprzedawca w miejscowym sklepie z płytami, zamówili dwie wyszukane kawy. W kołomyjce sięgania po odtłuszczone mleko i słodzik doprawili je przy małym stoisku czym się dało i usiedli na metalowych krzesłach z za niskimi oparciami. Z głośników wylewało się reggae z kompaktu Jamaican Me Crazy.

Emily skrzyżowała nogi i łyknęła kawy.

— Słyszałeś może o anemii Fanconiego? — spytała.

Interesujący początek rozmowy.

— Nie.

— To wrodzona anemia, która z czasem uszkadza szpik. Osłabia chromosomy.

Myron czekał na dalszy ciąg.

— Wiesz coś o przeszczepach szpiku kostnego?

Pytania były dziwne, ale postanowił odpowiadać szczerze.

— Co nieco. Znajomy chorował na białaczkę i potrzebował przeszczepu. W synagodze ogłoszono apel do dawców szpiku. Pojechaliśmy wszyscy na badania.

— „Wszyscy”, czyli…

— Mama, tata, cała moja rodzina. Win chyba też.

Przechyliła głowę.

— Co u niego?

— Nie zmienił się.

— Wielka szkoda. Na uniwerku podsłuchiwał, jak się kochamy.

— Tylko kiedy spuszczaliśmy roletę i nie mógł nas podglądać.

Emily zaśmiała się.

— Nigdy mnie nie lubił.

— Byłaś jego ulubienicą.

— Naprawdę?

— Co niewiele znaczy.

— Nie znosi kobiet.

— Nie ma nic przeciwko sypianiu z nimi. Ale jeśli chodzi o stałe związki…

— Dziwak.

Jeszcze jaki.

Łyknęła kawy.

— Kluczę — wyznała.

— Zauważyłem.

— Co się stało z tym znajomym z białaczką?

— Umarł.

Pobladła.

— Przykro mi. Ile miał lat?

— Trzydzieści cztery.

Znów łyknęła kawy, obejmując kubek dłońmi.

— A więc figurujesz w państwowym rejestrze dawców szpiku? — spytała.

— Tak sądzę. Oddałem krew i dostałem legitymację dawcy.

Zamknęła oczy.

— O co chodzi? — spytał.

— Anemia Fanconiego jest śmiertelna. Jakiś czas można z nią walczyć za pomocą hormonów i transfuzji krwi, ale jedynym ratunkiem jest przeszczep szpiku.

— Nie rozumiem. Chorujesz na to?

— Dorośli na to nie chorują.

Emily odstawiła kawę i podniosła wzrok. Myron nie był za dobry w czytaniu z oczu, lecz z jej oczu ból bił jasno jak neon.

— Tylko dzieci.

Jak na czyjś znak z głośników popłynęła smutna melodia. Myron czekał na dalszy ciąg. I szybko się doczekał.

— Chory jest mój syn.

Przypomniał sobie wizytę w jej domu we Franklin Lakes, kiedy zniknął Greg, i chłopca, bawiącego się z siostrzyczką na podwórku. Było to ze dwa, trzy lata temu. Chłopiec miał wtedy dziesięć lat, a jego siostra z osiem. Greg i Emily toczyli właśnie zażartą walkę o przyznanie opieki nad dziećmi schwytanymi w bezpardonową wymianę ciosów, z której nikt nie wychodzi bez szwanku.

— Przykro mi — odparł.

— Musimy znaleźć odpowiedni szpik.

— Myślałem, że dawcą szpiku staje się z reguły ktoś z rodzeństwa.

Rozejrzała się szybko po kawiarni.

— W jednym przypadku na cztery — odparła i zamilkła.

— Ach tak.

— W państwowym rejestrze znaleziono tylko trzech potencjalnych dawców. Wyłoniono ich na podstawie wstępnych badań antygenów krwinek białych, zgodności A i B. Lecz dopiero pełne diagnostyczne badanie krwi i tkanek może ustalić… — Znów urwała. — Wybacz te specjalistyczne szczegóły. Nie chciałam. Ale kiedy masz tak bardzo chore dziecko, zamykasz się w szklanej kuli żargonu medycznego.

— Rozumiem.

— W każdym razie pokonanie tej wstępnej bariery jest jak wygranie loteryjnego losu na drugie premiowe ciągnienie. Prawdopodobieństwo znalezienia odpowiedniego szpiku pozostaje jednak nikłe. Bank krwi wzywa potencjalnych dawców i przeprowadza badania, ale kiedy jest ich tylko trzech, szanse na to, żeby szpik któregoś nadawał się do przeszczepu, są doprawdy niewielkie.

Myron skinął głową, wciąż nie mogąc pojąć, czemu Emily mu to wszystko mówi.

— Mieliśmy szczęście. Szpik jednego z nich okazał się zgodny ze szpikiem Jeremy’ego.

— Wspaniale.

— Niestety, jest pewien problem. — Emily uśmiechnęła się krzywo. — Dawca zniknął.

— Jak to zniknął?

— Nie znam szczegółów. Rejestr dawców jest utajniony. Nikt mi nie powie, co się stało. Trafiliśmy na dawcę, a ten nagle się wycofał. Od lekarza niczego się nie dowiem. Jak mówiłam, dane dawców podlegają ochronie.

— Może ten ktoś zmienił zdanie.

— No, to trzeba go zmusić, żeby zmienił je jeszcze raz, bo inaczej Jeremy umrze.

Wyłożyła kawę na ławę.

— Jak myślisz, co się stało? Zaginął?

— Tak. Zaginął albo zaginęła.

— Zaginął albo zaginęła?

— Nie wiem nic o tej osobie. Nie znam jej wieku, płci, adresu. Ale z Jeremym na pewno nie będzie lepiej, a szanse znalezienia na czas innego dawcy są znikome. — Emily trzymała się dzielnie, ale jej maska pozornego spokoju zaczęła pękać. — Musimy znaleźć tego człowieka.

— I przyszłaś z tym do mnie? Żebym go odszukał?

— Nikt nie mógł znaleźć Grega, a ty i Win go znaleźliście. Kiedy zniknął, Clip zwrócił się z tym do was. Dlaczego?

— To długa historia.

— Nie taka długa, Myron. Wyszkolono was do takich zadań. Jesteście dobrzy.

— Nie do takich spraw. Greg jest sławnym sportowcem. Można się z tym zwrócić do mediów, wyznaczyć nagrody. Wynająć prywatnych detektywów.

— Już to zrobiliśmy. Na jutro Greg zwołał konferencję prasową.

— No i?

— To nic nie da. Powiedzieliśmy lekarce Jeremy’ego, że choć to nielegalne, zapłacimy dawcy za szpik, ile zażąda. Ale jest jeszcze coś. Boję się, że nagłośnienie tej sprawy da wynik odwrotny do zamierzonego, na przykład dawca ukryje się jeszcze głębiej. Sama nie wiem.

— Co na to Greg?

— Mało ze sobą rozmawiamy. A jeżeli już, to niezbyt miło.

— Czy wie o naszym spotkaniu?

Emily podniosła wzrok.

— Nienawidzi cię tak bardzo, jak ty jego. Może nawet mocniej.

Myron uznał to za zaprzeczenie. Emily wpatrywała się w jego twarz tak, jakby szukała w niej odpowiedzi.

— Nie mogę ci pomóc, Emily — powiedział.

Zareagowała na to jak na policzek.

— Współczuję ci — dodał — ale sam mam poważne problemy.

— Chcesz powiedzieć, że nie masz czasu?

— Nie o to chodzi. Detektyw prywatny ma większe szanse…

— Greg zdążył wynająć czterech. Nie ustalili niczego, nawet nazwiska dawcy.

— Wątpię, czy spisałbym się lepiej.

— Chodzi o życie mojego syna!

— Rozumiem to, Emily.

— Nie możesz odłożyć na bok swojej niechęci do Grega i do mnie?

Nie był tego pewien.

— Nie w tym rzecz — odparł. — Nie jestem detektywem, tylko agentem sportowym.

— Wcześniej ci to nie przeszkadzało.

— I jak na tym wyszedłem? Ilekroć w coś się wmieszam, kończy się to katastrofą.

— Mój syn ma trzynaście lat!

— Przykro mi…

— Co mi po twoim współczuciu, do cholery! — Oczy Emily zmniejszyły się, pociemniały. Pochyliła się, zbliżając twarz do jego twarzy. — Policz sobie.

— Co? — spytał, zaskoczony.

— Jesteś agentem. Znasz się na rachunkach. Więc policz.

Odsunął się, jakby chciał zwiększyć dystans.

— O czym ty mówisz?! — spytał.

— Jeremy ma urodziny osiemnastego lipca. Policz sobie.

— Co mam policzyć?

— Powtarzam: Jeremy ma trzynaście lat. Urodził się osiemnastego lipca. Ja wyszłam za mąż dziesiątego października.

Nie skojarzył. Przez kilka sekund słyszał szczebiotanie mamuś, płacz dziecka, głos barmana przekazującego zamówienie drugiemu barmanowi — i wreszcie do niego dotarło. Serce przeszył mu chłód, pierś ścisnęły stalowe obręcze, ledwie mógł oddychać. Otworzył usta, lecz nie dobył z siebie głosu. Miał wrażenie, że oberwał w splot słoneczny kijem bejsbolowym. Wpatrująca się w niego uważnie Emily skinęła głową.

— Tak jest. To twój syn — powiedziała.

3

— Nie masz pewności — odparł.

Wszystko w niej zdradzało wyczerpanie.

— Mam.

— Sypiałaś również z Gregiem.

— Tak.

— W tamtym czasie spędziliśmy ze sobą tylko tę jedną noc. A z Gregiem spałaś wiele razy.

— Owszem.

— To skąd wiesz…

— Krok pierwszy: wyparcie się ojcostwa — przerwała mu z westchnieniem.

— Nie wciskaj mi tu psychologicznych bzdetów!

Myron wymierzył w nią palec.

— Które szybko prowadzi do gniewu — dodała.

— Nie możesz być pewna…

— Byłam od początku.

Usiadł prosto. Choć zachował zewnętrzny spokój, czuł, że ziemia zaczyna pękać i że traci grunt pod nogami.

— Kiedy zaszłam w ciążę, myślałam jak ty: częściej spałam z Gregiem, więc pewnie to jego dziecko. W każdym razie tak sobie wmawiałam.

Emily zamknęła oczy. Myron siedział bez ruchu, w żołądku ściskało go coraz bardziej.

— Kiedy urodził się Jeremy, Greg był dla mnie tak czuły, że nikt nic nie podejrzewał. Ale matka, zabrzmi to strasznie głupio, zawsze wie, kto jest ojcem. Ja wiedziałam. Nie pytaj skąd. Też starałam się wypierać. Wmawiałam sobie: czujesz się winna z powodu tego, co zrobiliśmy, i Bóg cię w ten sposób karze.

— Gadasz jak starozakonna — wtrącił Myron.

— Sarkazm. Twój ulubiony chwyt obronny — odparła niemal z uśmiechem.

— Twoja matczyna intuicja to żaden dowód, Emily.

— Wspomniałeś o Sarze.

— O Sarze?

— Siostrze Jeremy’ego. Jako dawczyni szpiku. Nie może nią być.

— Powiedziałaś, że w przypadku rodzeństwa szanse na to są jak jeden do czterech.

— Tak, w przypadku pełnego rodzeństwa. Ale ich szpik całkiem się różni. Bo Sara jest tylko przyrodnią siostrą Jeremy’ego.

— Tak ci powiedziała lekarka?

— Tak.

Myronowi grunt na dobre uciekł spod nóg.

— A zatem… Greg wie?

Emily potrząsnęła głową.

— Lekarka odciągnęła mnie na bok. Na mocy wyroku sądowego jestem prawną opiekunką Jeremy’ego. Po rozwodzie Greg też może się opiekować dziećmi, ale one mieszkają ze mną. I to ja podejmuję decyzje o leczeniu.

— Tak więc Greg nadal myśli…

— Że Jeremy jest jego synem.

Myron rozpaczliwie płynął po głębi, nie widząc brzegu w zasięgu wzroku.

— Twierdzisz, że wiedziałaś o tym od początku.

— Tak.

— To dlaczego mi nie powiedziałaś?

— Chyba żartujesz. Wyszłam za Grega. Pokochałam go. Zaczęliśmy wspólne życie.

— Mimo to powinnaś mi powiedzieć.

— Kiedy, Myron? Kiedy?

— Zaraz po urodzeniu dziecka.

— Czy ty mnie słuchasz? Przecież powiedziałam ci, że nie miałam pewności.

— Powiedziałaś: matka wie, kto jest ojcem.

— Daj spokój, Myron. Kochałam Grega, a nie ciebie. Jesteś taki sentymentalny, że zażądałbyś, żebym się rozwiodła, wyszła za ciebie i żyła z tobą na przedmieściu jak w bajce, długo i szczęśliwie.

— I zamiast tego wybrałaś życie w kłamstwie?

— Wtedy uważałam, że to słuszna decyzja. Chociaż patrząc z dzisiejszej perspektywy — urwała i łyknęła kawy — w wielu sprawach postąpiłabym inaczej.

Bez powodzenia próbował przetrawić to, co usłyszał. Do kawiarni weszło kolejne stadko młodych mamuś z wózkami. Usiadły przy stoliku w kącie i zaczęły paplać o malutkich Brittany, Kyle’u i Morganie.

— Dawno rozstałaś się z Gregiem? — spytał nieco ostrzej, niż zamierzał. Tak mu się przynajmniej wydało.

— Przed czterema laty.

— Przestałaś go kochać? Cztery lata temu?

— Tak.

— Pewnie nawet wcześniej. Dawno, co?

— Tak — potwierdziła zmieszana.

— Więc mogłaś mi o tym powiedzieć. Wtedy. Przed czterema laty co najmniej. Dlaczego nie powiedziałaś?

— Skończ z tym przesłuchaniem.

— To ty rzuciłaś tę bombę. Jak mam zareagować?

— Jak mężczyzna.

— To znaczy?!

— Musisz mi pomóc. Musisz pomóc Jeremy’emu. Skupmy się na tym.

— Wpierw należy mi się kilka odpowiedzi.

Zawahała się, jakby chciała zaoponować, lecz po chwili, zrezygnowana, skinęła głową.

— Jeżeli pomoże ci to pozbyć się…

— Pozbyć się?! Jak kamienia w nerce?

— Jestem zbyt zmęczona, żeby się z tobą kłócić. Proszę bardzo. Pytaj.

— Dlaczego powiedziałaś mi o tym dopiero teraz?

Jej spojrzenie powędrowało ponad jego ramieniem.

— Raz byłam tego bliska — odparła.

— Kiedy?

— Pamiętasz, jak odwiedziłeś mnie w domu? Kiedy zniknął Greg?

Myron skinął głową. Właśnie myślał o tamtym dniu.

— Spojrzałeś na Jeremy’ego przez okno. Był na podwórku z siostrą.

— Pamiętam.

— Greg i ja walczyliśmy wtedy z sobą na noże o przyznanie opieki nad dziećmi.

— Oskarżyłaś go o znęcanie się nad nimi.

— Od razu zorientowałeś się, że to nieprawda. Zwykły kruczek prawny.

— Też mi kruczek. Następnym razem oskarż go o zbrodnie wojenne.

— A kim ty jesteś, żeby mnie osądzać?

— Mam chyba po temu wszelkie dane.

Przeszyła go wzrokiem.

— W walce o opiekę nad dziećmi nie obowiązuje konwencja genewska. Greg zachował się podle. Więc ja też. Chcesz wygrać, stosujesz wszystkie chwyty.

— Włącznie z ujawnieniem, że nie był ojcem Jeremy’ego?

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo i tak przyznano mi opiekę nad dziećmi.

— To nie jest odpowiedź na pytanie. Znienawidziłaś go.

— Tak.

— I nadal go nienawidzisz?

— Tak — odparła bez wahania.

— Więc dlaczego mu nie powiedziałaś?

— Bo bardziej niż go nienawidzę, kocham Jeremy’ego. Mogłabym zranić Grega. Pewnie z przyjemnością. Ale nie mogłabym zrobić tego synowi, odebrać mu w taki sposób ojca.

— Myślałem, że dla wygranej gotowa jesteś zrobić wszystko.

— Owszem, Gregowi, ale nie Jeremy’emu.

Mimo iż była w tym logika, Myron podejrzewał, że Emily coś przed nim ukrywa.

— Trzymałaś to w tajemnicy przez trzynaście lat.

— Tak.

— Twoi rodzice ją znają?

— Nie.

— Nie powiedziałaś nikomu?

— Nigdy.

— To dlaczego mówisz to mnie?

Pokręciła głową.

— Kpisz czy o drogę pytasz? — spytała.

Położył dłonie na stoliku. Nie drżały. Pojął, że zadaje te pytania nie tylko z czystej ciekawości. Należały do mechanizmu obronnego, były duchowymi zasiekami z drutu kolczastego, fosą broniącą dostępu rewelacjom Emily. Wiedział, że jej wyznanie gruntownie odmieni jego życie. W jego podświadomości unosiły się słowa „mój syn”. W tej chwili jednak były tylko słowami. Domyślał się, że kiedyś dotrze do niego ich sens, lecz na razie zasieki i fosa na to nie pozwalały.

— Myślisz, że chciałam ci powiedzieć? Błagałam cię o pomoc, ale nie słuchałeś. Jestem zdesperowana.

— Zdesperowana na tyle, żeby kłamać?

— Tak — odparła, znowu bez namysłu. — Ale ja nie kłamię, Myron. Uwierz mi.

Wzruszył ramionami.

— Ojcem Jeremy’ego może być ktoś inny — powiedział.

— Słucham?!

— Ktoś trzeci. Przespałaś się ze mną w noc przed ślubem. Wątpię, czy byłem jedyny. Mogłem być jednym z tuzina.

Przyjrzała się mu.

— Chcesz mnie pognębić, Myron? Proszę bardzo, wytrzymam. Ale to niepodobne do ciebie.

— Aż tak dobrze mnie znasz?

— Nawet gdy się gniewałeś, nawet gdy miałeś wszelkie prawo mnie nienawidzić, nie byłeś okrutny. To obce twojej naturze.

— Wpłynęliśmy na nieznane wody, Emily.

— Nie szkodzi.

Poczuł, że coś w nim wzbiera, zatyka go. Chwycił kubek, zajrzał do niego, jakby na jego dnie kryła się odpowiedź, i odstawił. Nie spojrzał na nią.

— Jak mogłaś mi to zrobić? — spytał.

Emily sięgnęła przez stolik i położyła dłoń na jego przedramieniu.

— Przepraszam — powiedziała.

Odsunął się.

— Nie wiem, co więcej powiedzieć. Spytałeś, dlaczego to przed tobą zataiłam. Przez wzgląd na dobro Jeremy’ego. I twoje.

— Bzdura.

— Znam cię, Myron. Ty nie mógłbyś mnie zbyć. Zrobisz to. Odnajdziesz tego dawcę i ocalisz Jeremy’emu życie. O resztę pomartwimy się potem.

— Od jak dawna Jeremy — o mało co nie powiedział „mój syn” — choruje?

— O chorobie dowiedzieliśmy się pół roku temu. Kiedy grał w koszykówkę. Zbyt łatwo nabawiał się sińców. Raptem zaczął dostawać zadyszki. Padać z nóg…

Głos ją zawiódł.

— Jest w szpitalu?

— Nie, w domu. Chodzi do szkoły, dobrze wygląda, tyle że jest blady. I nie może uprawiać sportów. Na razie daje sobie radę, ale… to tylko kwestia czasu. Ma anemię, a komórki szpiku kostnego są takie słabe, że w końcu coś się stanie. Złapie infekcję, która zagraża życiu, a jeśli ją pokona, to i tak w końcu rozwinie się nowotwór. Podajemy mu hormony. Pomagają, ale to tymczasowa terapia, która go nie uzdrowi.

— Uzdrowiłby go przeszczep szpiku?

— Tak. — Twarz Emily rozjaśnił niemal religijny zapał. — Jeżeli przeszczep się przyjmie, Jeremy odzyska zdrowie. Widziałam to u innych dzieci.

Myron skinął głową, usiadł prosto, skrzyżował i rozkrzyżował nogi.

— Mogę go zobaczyć? — spytał.

Opuściła wzrok. W tym momencie zahuczał mikser szykujący zapewne mrożone capuccino, a ekspres wykrzyczał znajomy zew godowy do mleka o różnych smakach. Emily zaczekała, aż hałas ucichnie.

— Nie mogę ci zabronić — powiedziała. — Ale liczę, że postąpisz właściwie.

— To znaczy?

— Bardzo trudno jest mieć trzynaście lat i śmiertelnie chorować. Chcesz mu odebrać ojca?

Myron nie odpowiedział.

— Wiem, że przeżyłeś wstrząs. Wiem, że masz tysiące pytań. Lecz na razie zapomnij o nich. Uporaj się z rozterkami, z gniewem, ze wszystkim. Stawką jest życie trzynastolatka, naszego syna. Skoncentruj się na tym, Myron. Znajdź tego dawcę, dobrze?

Ponownie spojrzał w stronę młodych mamuś, wciąż tokujących o swych pociechach, i ścisnęło mu się serce.

— Gdzie znajdę lekarkę Jeremy’ego? — spytał.