Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Najcenniejszy prezent ebook

Susan Meier

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Najcenniejszy prezent - Susan Meier

Rory Wallace przyjeżdża do Pensylwanii, by kupić sklep należący do Shannon Raleigh. Śnieżyca zatrzymuje go w jej domu na kilka dni. On i jego córeczka Finley nie przepadają za Bożym Narodzeniem, bo wiążą się z nim bolesne wspomnienia. Shannon wciąga ich w przygotowania świąteczne: dekorację domu, pieczenie ciastek, ubieranie choinki. Czy nastrój, który potrafiła stworzyć, otworzy ich serca?

Opinie o ebooku Najcenniejszy prezent - Susan Meier

Fragment ebooka Najcenniejszy prezent - Susan Meier

Susan Meier

Najcenniejszy prezent

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Shannon Raleigh spojrzała na swoje odbicie w dużym lustrze własnej służbowej łazienki i odebrało jej głos. Wysokie czarne botki i krótka czerwona sukienka, z obramowanym białym futerkiem dekoltem, odsłaniały zdecydowanie zbyt wiele, zarówno na dole, jak i na górze.

– Nie mogę tak wejść do pokoju pełnego dzieciaków!

Przez uchylone drzwi dobiegło głośne westchnienie jej asystentki, Wendy.

– Dlaczego nie pozwolisz ocenić tego mnie?

– Bo wciąż powtarzasz, że wyglądam doskonale, kiedy tak nie jest. Skoro nie mogę się schylić, to jak mam podprowadzać dzieci do Świętego Mikołaja?

– To się nie schylaj. – Kolejne westchnienie. – Jesteś wyższa niż Carlie, ale nikt poza tobą nie zmieści się w te ciuchy. Skoro Carlie utknęła w śnieżycy, jeżeli ty nie zostaniesz pomocnicą świętego, nie zrobi tego nikt inny…

Dzwonek telefonu przerwał jej w pół słowa i Shannon usłyszała profesjonalne:

– Dom towarowy Raleigh’s. Przy telefonie asystentka Shannon Raleigh, Wendy.

Zapadła cisza, Wendy uważnie słuchała swojego rozmówcy. Shannon jeszcze raz zerknęła w lustro. Czerwona sukienka miała ładny odcień, doskonale współgrający z jej ciemnymi włosami i dodający wyrazistości niebieskim oczom. W jakichkolwiek innych okolicznościach uznałaby strój za wyjątkowo twarzowy.

Minął już rok, odkąd ostatnio czuła się piękna i seksowna. Ale nie o to chyba chodziło w pomieszczeniu pełnym dzieci.

Zresztą zwyczajnie bała się chwili, kiedy tam wejdzie. Jak zdoła wytrzymać cztery godziny w otoczeniu uroczej dzieciarni? Tak bardzo marzyła o własnych dzieciach, choćby całej gromadce. Niestety, nie mogła ich mieć. Dlatego to zadanie ją przerastało. Nie zniesie widoku słodkich twarzyczek i cienkich głosików wypowiadających życzenia.

– Shannon?

– Nie wejdę tam.

– Jak chcesz. Dzwoniła Tammy z obuwia. Przez ostatnią godzinę nie pojawił się żaden klient, a śnieżyca przybiera na sile. Sprawdziła w internecie i bardzo prawdopodobne, że spadnie jeszcze ze trzydzieści centymetrów.

Shannon szybkim krokiem wyszła z łazienki i wyjrzała przez okno. Z nieba leciały wielkie śniegowe płaty, pokrywając świąteczne dekoracje i srebrne dzwonki zwieszone na lampach ulicznych głównej ulicy Green Hill w Pensylwanii. Biały puch osiadał we wnękach sklepowych wystaw i tworzył na parkowej altanie wysoki biały kapelusz.

– Cholera!

Wendy, zapatrzona na skąpy strój pomocnicy Świętego Mikołaja, powtórzyła jak echo:

– Cholera!

– Daj spokój, może być kłopot. – Shannon odwróciła się od okna. – W każdym razie klienci już dzisiaj nie przyjdą.

– Ludzie obawiają się problemów z dotarciem do domów. Im dłużej tu siedzimy, tym gorzej na drogach.

– Dobra, ogłoś, że zamykamy za kwadrans. Ja zadzwonię do radia, niech to podadzą do wiadomości.

Kiedy odkładała słuchawkę, sklep był już pusty. Tylko Wendy wpadła, żeby się pożegnać.

– Dzięki – powiedziała Shannon. – Jedź ostrożnie.

– Mój chłopak zabierze mnie swoją ciężarówką. Damy radę.

– Powodzenia – odparła Shannon z uśmiechem. – Do zobaczenia jutro.

– Jeżeli w ogóle otworzymy.

– Lepiej żeby tak. Przedświąteczny weekend to czas największego zysku.

Wendy wzruszyła ramionami.

– Do świąt jeszcze kilka dni, a przecież nikt nie zrezygnuje z kupna prezentów. Nasz zysk jest bezpieczny. – Pomachała jej i wyszła.

Shannon kilkoma kliknięciami na klawiaturze aktywowała blokady i system alarmowy. Sięgnęła po płaszcz i dopiero wtedy uświadomiła sobie, że zapomniała się przebrać. Jednak drogi zasypywało tak szybko, że wolała nie tracić czasu i pospiesznie wyszła, narzuciwszy tylko długi, biały wełniany płaszcz. Na końcu korytarza pchnęła wahadłowe drzwi prowadzące do działu gospodarstwa domowego. W drodze do wind mijała rzędy półek zastawionych towarem, pod zwisającymi z sufitu świątecznymi dekoracjami. Na pierwszym piętrze przeszła przez dział słodyczy do tylnego wyjścia na parking dla pracowników. Włączyła w swojej terenówce napęd na cztery koła, wyjechała na ulicę i wolno ruszyła krętą drogą do domu oddalonego od miasteczka o dziesięć kilometrów.

Kiedy wysiadła na podjeździe, śnieg sięgał do kostek. Choć od tamtych chwil minął już rok, nagle wydało jej się, że to zaledwie poprzedniego dnia wyszła za mąż i zamieszkała w szczęśliwym, słonecznym Charleston w Karolinie Południowej, gdzie nieczęsto widuje się śnieg, zimowe ubrania i buty. Wkrótce potem zdiagnozowano u niej endometriozę, co pociągnęło za sobą konieczność histerektomii. Mąż rozwiódł się z nią bez ceremonii i nie miała innego wyjścia jak wrócić do domu.

Ale zaledwie zaczęła na powrót przyzwyczajać się do życia w miasteczku i pracy w sklepie, jej rodzice przestali pracować i przenieśli się na Florydę. Teraz oczekiwali, że sprzeda sklep, co miało sfinansować ich emeryturę.

W domu było chłodno. Ledwo zdążyła zdjąć szalik, zadzwonił dzwonek przy drzwiach. Zaskoczona, przeszła do holu, omijając pudła z dekoracjami świątecznymi, które zamierzała rozwiesić jeszcze w tym tygodniu. Zapaliła światło na ganku i nacisnęła klamkę.

Pokryty śniegiem policjant zdjął czapkę.

– Dobry wieczór pani. Trooper Potter – przedstawił się grzecznie.

Zaskoczona, czekała na ciąg dalszy. Czego mógł chcieć od niej policjant?

– Dobry wieczór.

Trooper Potter przesunął się w lewo i wtedy zobaczyła Rory’ego Wallace’a. Wysoki i szczupły, ciemne włosy i płaszcz zasypane śniegiem, ciemne oczy, nieufne, przepraszające.

– Rory?

– Dobry wieczór, Shannon.

– Widzę, że państwo się znają.

– Tak.

Trudno byłoby zapomnieć takiego przystojniaka. Spotykał się z Natalie, jej koleżanką z akademika na pierwszym roku studiów, a Shannon skrycie się w nim durzyła.

– Pan Wallace utknął na międzystanowej i jeżeli go pani nie przygarnie, będzie zmuszony zanocować w sali gimnastycznej szkoły. A ponieważ przyjechał do Pensylwanii, żeby spotkać się właśnie z panią… pozwoliłem sobie go tu przyprowadzić.

– Przyjechałem wcześniej, bo chciałem obejrzeć twój sklep – wyjaśnił Rory – ale wpadłem w tę śnieżycę. Mam nadzieję, że zgodzisz się mnie przenocować. Normalnie nie prosiłbym o tak ogromną przysługę, ale to wyjątkowa sytuacja.

Omal nie parsknęła śmiechem. Większość kobiet chętnie zagubiłaby się w śnieżycy razem z nim. Shannon już zaczęła sobie wyobrażać upojny wieczór…

– Tatusiu, zimno mi.

Nici fantazji zerwały się nagle. Dopiero teraz zauważyła małą dziewczynkę stojącą pomiędzy mężczyznami. Miała na sobie różową kurtkę narciarską i pasujący do niej kolorem plecaczek. Spod kaptura wysuwały się żółte loki.

Cóż za kapryśny los sprowadził tę uroczą istotkę na próg jej domu?

– To moja córka. Właśnie z jej powodu wolałbym nie nocować w szkole.

W zamyśleniu wpatrywała się w słodką małą dziewczynkę o wielkich niebieskich oczach i zabawnych żółtych włosach. Z dotychczasowych doświadczeń wiedziała, że spędzanie czasu z dzieckiem jeszcze nasila tęsknotę za posiadaniem własnego. Ale nie mogła się zdobyć na odesłanie ich do zatłoczonej sali gimnastycznej. Cofnęła się i zaprosiła ich do środka.

Przechodząc obok z torbą i walizką w rękach, otarł się o nią, co przyprawiło ją o gwałtowne wzruszenie, które postanowiła zignorować. Mężczyzna podróżujący z dzieckiem był najprawdopodobniej żonaty, a nawet gdyby nie, ona sama nie zdecydowałaby się zapewne na żaden krok. W ciągu roku, który upłynął od rozwodu, była w stanie patrzeć na mężczyzn wyłącznie pod kątem przydatności do zawodu sprzedawcy. Po tym jak mąż odrzucił ją tak bezceremonialnie po ciężko okaleczającej operacji, mając za nic wspólnie przeżyte pięć lat i jej cierpienie, czuła paraliżujący lęk przed potencjalnym odrzuceniem ze strony innego mężczyzny.

Zresztą Rory przyjechał do Green Hill w interesach. Jego rodzina miała już holding rozmaitych sklepów i Raleig’s będzie im prawdopodobnie pasował do kolekcji. Dlatego kiedy rodzice zażądali, by sprzedała sklep, pomyślała o dawnym chłopaku Natalie. To mogła być szybka, bezbolesna transakcja, a jej właśnie na takim załatwieniu sprawy zależało.

– Okropna pogoda – powiedziała, kiedy postawił torbę w holu.

– Najgorsza od dziesięciu lat – zgodził się policjant, który wciąż jeszcze stał na ganku. – Jeżeli wszystko załatwione, powinienem wrócić na drogę.

– Wszystko w porządku – potwierdziła. – Dziękuję panu.

– Bardzo dziękuję – zawtórował jej Rory.

Policjant pomachał im na pożegnanie i wsiadł do zaparkowanego przy krawężniku samochodu.

Między Shannon i Rorym zapadło niewygodne milczenie. Fakt, że musiał prosić o pomoc osobę, z którą miały go połączyć interesy, był już wystarczająco krępujący, a na domiar złego chyba była w trakcie przeprowadzki. Kartony blokowały pół korytarza i wejście do kuchni i zalegały w salonie i jadalni. Przez to wszystko tylko czuł się jeszcze bardziej winny.

– Bardzo ci dziękuję. Naprawdę.

– Bardzo proszę – uśmiechnęła się uroczo. – Zaraz zrobi się cieplej. Już ustawiłam termostat, ale może na razie zostańcie w kurtkach.

Rory rozpiął i zdjął płaszcz.

– Szczerze mówiąc, po dziesięciu godzinach w samochodzie jest nam zupełnie ciepło. – Pochylił się i pomógł córeczce zrobić to samo, a uświadomiwszy sobie, że jej dotąd nie przedstawił, zwrócił się do Shannon. – Moja córka, Finley.

Shannon przykucnęła obok nich.

– Miło cię poznać, Finley.

– Ciebie też – odparła dziewczynka i popatrzyła na ojca, jak gdyby szukając potwierdzenia, że była grzeczna.

Ściągając jej różową kurtkę, skinieniem głowy okazał aprobatę. Finley potrafiła zachować się bardzo różnie, szczęśliwie nie tym razem. Mógł mieć tylko nadzieję, że nie obrazi ich wybawicielki.

– Świetnie się składa, że utknęliście tutaj akurat teraz – powiedziała Shannon, odwieszając kurtkę Finley do szafy. – Moi rodzice wracają z Florydy w sobotę za tydzień i muszę udekorować dom na święta. W tych wszystkich pudłach są dekoracje, które tu zostawili. Możecie mi pomóc.

Zatem nie przeszkodził jej w pakowaniu. Niestety, Finley zmarszczyła z niesmakiem nosek i zanim odgadł, co się święci, wyrzuciła z siebie:

– Nienawidzę świąt!

Shannon cofnęła się, zaskoczona.

– Nienawidzisz świąt? Jak to możliwe?

– Kto by uwierzył, że tłusty facet w czerwonym ubraniu przynosi prezenty?

Rory rzucił córce ostrzegawcze spojrzenie. Nie chciał jej łajać przy Shannon, ale powinna poznać kilka zasad zachowania w obecności kogoś nieznajomego.

– Jeżeli pokażesz nam nasz pokój, pomogę jej się rozpakować.

– Niestety, mam tu tylko jedną sypialnię, ale to żaden problem. Finley będzie spała w łóżku, a my weźmiemy śpiwory. Możesz rozłożyć swój obok lóżka Finley, a ja prześpię się na sofie.

Rory czuł się okropnie zakłopotany. Podając jej nazwisko policjantowi, nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo zakłóci jej spokój.

– Nie chcę, żebyś nam oddawała swój pokój. Oboje z Finley chętnie prześpimy się w salonie.

Finley tupnęła nóżką.

– Nie chcę spać na podłodze.

Rzucił jej jeszcze jedno ostrzegawcze spojrzenie.

– Możesz spać na sofie.

– Chcę w łóżku.

Poczuł łupanie w głowie. Zdawał sobie sprawę, że ten okres był dla dziewczynki wyjątkowo trudny. Jej matka odeszła od nich dwa lata temu, tuż przed wigilią. Każdego roku o tej porze mała zaczynała zachowywać się nieznośnie, a on starał się jej dogodzić, fundując kilka dni wakacji. Dla niego to przecież także był trudny okres i wspólny wyjazd dobrze robił obojgu. Ale nie zamierzał tolerować tupania nogami, dąsów i dzikich wymagań. W następnym tygodniu miał obejrzeć dom towarowy Raleigh’s i ewentualnie kupić go w imieniu rodzinnego holdingu, więc nie mógł pozwolić, by mała rozkaprysiła się na dłużej.

– To może pokaż nam sypialnię – zwrócił się do Shannon. – Pomogę małej przygotować się do spania.

– Jasne.

Zaprowadziła ich do niewielkiego pokoju na pięterku, równie porządnego i czystego jak reszta domu. Proste, podwójne łóżko nakryte białą narzutą, czerwone poduszki, dywan i zasłony w tym samym odcieniu.

Z ulgą postawił na podłodze ciężką torbę, a Shannon odwróciła się do niego z uśmiechem. Lśniące, czarne skręcone pukle spadały jej na ramiona. Od lat szkolnych tylko trochę wyszczuplała jej twarz i była teraz łagodniejszą i jeszcze piękniejszą wersją tamtej młodej dziewczyny.

Pokój był kobiecy, ale jednocześnie niewiarygodnie seksowny. Nigdy by nie podejrzewał słodkiej Shannon, którą znał w czasach szkolnych, o taki styl i kolorystykę.

– Tam jest łazienka. – Wskazała drzwi po prawej.

– Bardzo dziękuję.

– Zrobię kolację. Przyjdźcie, jak będziecie gotowi. Mam nadzieję, że odpowiadają wam grzanki z serem i zupa. Jestem nie najlepszą kucharką.

– W taki zimny dzień zupa jest genialna.

Zamknęła za sobą drzwi, a Rory przykląkł przed Finley i z czułością pogładził ją po włosach.

– Zamęczysz mnie – powiedział.

– Dlaczego? – spytała niewinnie.

– Pani Raleigh robi nam grzeczność, pozwalając u siebie przenocować. Powinnaś być dla niej miła.

– Przecież byłam.

– Tupiąc nogami i wykrzykując, że chcesz spać w łóżku?

Dolna warga zadrżała podejrzanie.

– Przepraszam.

Właśnie dlatego trudno mu było ją ukarać. Kiedy zwracał jej uwagę, zmieniała się w dziecko ideał, a długie rzęsy zaczynały niepokojąco trzepotać nad wielkimi niebieskimi oczami.

Potarł dłonią zmęczone oczy.

– Powiem ci, co zrobimy. Zostaniesz tutaj, a ja porozmawiam z naszą gospodynią. Przez ten czas rozpakuj piżamę i szczoteczkę do zębów i spróbuj się zastanowić, jak chciałabyś, żeby się zachowywała mała dziewczynka, gdybyśmy gościli ją u nas.

Najwyraźniej zadowolona z wyznaczonego zadania, gorliwie pokiwała głową.

Dom był niewielki, ale wygodny i funkcjonalnie urządzony. Widocznie dom towarowy Raleigh’s wciąż prosperował doskonale. Może jednak podróż do Pensylwanii nie była błędem, jak już zaczął podejrzewać, siedząc przez dziesięć godzin w samochodzie na zasypanej śniegiem drodze międzystanowej?

Shannon była w kuchni. Wciąż w płaszczu, krzątała się, wyciągając jedzenie z szafek i lodówki.

– Jeszcze raz bardzo ci dziękuję.

– Nie ma sprawy.

Położyła chleb i ser na stole i zaczęła rozpinać płaszcz.

– W końcu zrobiło się ciepło – powiedziała z uśmiechem.

Rozpięła drugi guzik, ale przy trzecim zawahała się dziwnie.

– Lepiej od razu powieszę go w szafie.

Minęła gościa i wyszła przez wahadłowe drzwi. Chcąc pomóc przy szykowaniu kolacji, podążył za nią.

– Czy mógłbym w czymś pomóc? – zapytał w chwili, gdy płaszcz opadł z jej ramion, odsłaniając jasnoczerwoną sukienkę.

Kiedy odwróciła się, zaskoczona, zobaczył, że sukienka jest bardzo skąpa i odsłania całkiem spory fragment rowka między piersiami. Wysokie czarne buty podkreślały długie zgrabne nogi.

Była ubrana jak Mikołaj rodzaju żeńskiego, o ile miałby być młodą, obdarzoną fantastycznym biustem miłośniczką ekstremalnie krótkich spódniczek.

Jego uśpione hormony zbudziły się natychmiast, ale przecież nie mógł sobie pozwolić na myślenie o niej w taki sposób. Był jej gościem, a poza tym miał niesforną córkę, która była w jego życiu najważniejsza. Zresztą następnego dnia mieli wystąpić niejako po dwóch stronach barykady. Ona będzie próbowała sprzedać mu swój sklep, on będzie wynajdywał powody, by go nie kupić.

Przełknął więc wszystkie dwuznaczne uwagi, które natychmiast przyszły mu do głowy.

– Interesujący wybór stroju do pracy – zauważył tylko.

Roześmiała się nerwowo.

– Miałam zastąpić pomocnicę Świętego Mikołaja w naszym stoisku z zabawkami.

– Cóż… sukienka jest bardzo… – szukał właściwego określenia.

Sukienka miała być świąteczna i słodka i zapewne na kimś niższym byłaby tylko taka. Shannon była wysoka i smukła, a jednocześnie bardzo kobieca. Nie miał jednak odwagi, by jej to powiedzieć.

– Świąteczna – dokończył więc tylko.

Owinęła się płaszczem, używając go jako tarczy.

– Właśnie o to nam chodziło. O stworzenie świątecznej atmosfery. Na szczęście matka natura uratowała mnie przed publicznym występem w tym stroju.

– Ja… chciałem tylko zapytać, czy mógłbym pomóc przy kolacji.

Machnęła ręką w kierunku jego czarnego garnituru i białej koszuli.

– Na pewno chcesz szykować grzanki i przecierać pomidory w tym stroju?

W odpowiedzi zdjął marynarkę, poluzował krawat i podwinął rękawy koszuli, a Shannon musiała się ostro upomnieć w myślach. Nie wolno jej snuć na jego temat żadnych fantazji. Cóż, kiedy wyglądał jak młody bóg. A jej zawsze podobały się podwinięte rękawy białej koszuli i ich kontrast z opaloną skórą przedramion. Ale była przekonana, że jest żonaty, co zamykało drogę do jakichkolwiek kroków. Poza tym zamierzała sprzedać mu sklep.

Powiesiła płaszcz w szafie, a potem szybko przebrała się w spodnie od dresu i T-shirt. Kiedy wróciła do kuchni, jej gość stał przy blacie i smarował chleb masłem.

– Póki jesteśmy sami, chciałbym cię przeprosić za zachowanie Finley. Ma teraz ferie i nie chciałem zostawiać jej z nianią na cały tydzień. Ale wiem, że potrafi być niesforna.

– To jeszcze dziecko – odparła, chcąc mu oszczędzić zmartwienia.

– Niby tak, ale ostatnio coraz bardziej przypomina rozkapryszoną nastolatkę.

Stał tak blisko, że czuła zapach jego płynu po goleniu. Roześmiała się, żeby pokryć zmieszanie.

– Może łatwiej byłoby jej dogadać się z matką?

Roześmiał się niewesoło.

– Pewno tak. Ale jestem przekonany, że ani ona, ani jej nowy mąż nie poświęcają ani Finley, ani mnie nawet jednej myśli.

– Och. Przepraszam.

Czyli nie jest żonaty, tylko rozwiedziony…

Finley pojawiła się w kuchni w chwili, gdy stawiał na stole grzanki, a Shannon nalewała zupę do jasnozielonych miseczek ustawionych na słonecznożółtych podkładkach. Wdrapała się na krzesło i rozłożyła sobie serwetkę na kolanach.

Tęsknota uderzyła w Shannon jak poryw lodowatego wiatru. Przypomniała sobie marzenia o kupowaniu ślicznych dziecinnych ubranek i zabieraniu córeczki do parku, na lekcje tańca i gimnastykę…

Pospiesznie ucięła te myśli, nie pozwalając, by przytłoczył ją smutek i przygnębienie. Jeszcze do końca nie zarzuciła myśli o byciu matką – może z braku własnego dziecka mogłaby adoptować cudze?

Finley westchnęła ciężko.

– Nie lubię czerwonej zupy.

– W takim razie zjedz grzankę – odparł Rory bardzo ojcowskim tonem.

Mała westchnęła jeszcze ciężej, jak gdyby konieczność dostosowania się do sytuacji była czystą torturą. Ojciec ignorował ją, Shannon natomiast obserwowała ciekawie.

Rory odwrócił się do niej.

– To naprawdę uroczy, stary dom.

Spotkali się wzrokiem. Miał najciemniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziała, bezdenne i hipnotyzujące.

Postarała się otrząsnąć z wrażenia. Uleganie jego urokowi nie miało sensu. Nie w obecności jego córki; nie, kiedy miała w perspektywie robienie z nim interesu.

– Rzeczywiście, to, co zdołałam odnowić, jest fantastyczne. Ale ogrzewanie wymaga pilnej wymiany.

– Cóż… to, co już zrobiłaś, to imponujące osiągnięcie.

– Naprawdę? – Zerknęła na niego z powątpiewaniem.

Wszystko, co chciał powiedzieć, wyleciało mu z głowy. Wielkie niebieskie oczy były jak letnie niebo i świerzbiły go palce, by dotknąć bujnych czarnych splotów.

Finley wydała z siebie kolejne westchnienie.

– Nie chcę tej zupy.

– Już się umówiliśmy, że zjesz grzankę.

– Ale nie chcę, żeby to tu stało.

– Tutaj?

– Przede mną!

Zanim zdążył zareagować, Shannon wstała z uśmiechem.

– To się jej pozbądźmy.

Sięgnęła przez stół, zabrała miseczkę i wylała zupę do zlewu. Potem wróciła do stołu i usiadła, jakby nic się nie stało.

Teoretycznie, rzeczywiście nic się nie stało. Dzięki spokojnemu zachowaniu udało się oddalić widmo awantury.

Oczywiście Rory zdawał sobie sprawę, że to on powinien był zareagować, ale po dziesięciu koszmarnych godzinach w śnieżycy był równie wykończony jak Finley.

– Nie chcę tej grzanki.

– Finley…

– Jestem zmęczona.

Zanim zdążył jej przypomnieć, że on czuje się podobnie, Shannon znów wstała od stołu.

– Mam na to doskonały sposób: kąpiel w bąbelkach.

Finley momentalnie poweselała.

– Naprawdę?

– W łazience są wszystkie możliwe płyny. Może razem przygotujemy ci kąpiel?

Finley zeskoczyła z krzesła.

– Super!

Obie zniknęły w holu, a Rory potarł dłonią nieogolony podbródek.

Był bardzo ciekaw, co wcześniej doprowadzi go do rozpaczy: własna córka czy hormony?