Najbogatszy człowiek w Babilonie (pełne wydanie) - George S. Clason - ebook
Opis

PEŁNE WYDANIE

W 1926 roku George S. Clason opublikował pierwszą z serii broszur poświęconych oszczędzaniu, które najpewniejszą drogą prowadzą do sukcesu finansowego. Aby dowieść swych racji, autor posłużył się przypowieściami osadzonymi w realiach starożytnego Babilonu. Owe broszury zyskały nieprawdopodobne powodzenie i były masowo kolportowane przez banki i firmy ubezpieczeniowe.

Nic więc dziwnego, że w krótkim czasie ukazały się w formie książki opatrzonej tytułem „Najbogatszy człowiek w Babilonie”. Od pierwszego wydania książka ta – świetnie napisana lekkim piórem, dowcipnie i ze swadą – sprzedawała się w ogromnych nakładach.

„Najbogatszy człowiek w Babilonie” nie dostarcza szybkich rozwiązań, ale znakomicie radzi, jak spłacać długi, zapewnić sobie stały dochód i w rezultacie budować majątek.

Te rady są tak samo skuteczne obecnie, jak skuteczne były osiem tysięcy lat temu w Babilonie. A Babilończycy wiedzieli co nieco o pieniądzach.

To jedna z najlepszych, najpraktyczniejszych książek motywacyjnych poświęconych finansom osobistym i sztuce inwestowania.

George Samuel Clason urodził się w Luizjanie, w stanie Missouri, 7 listopada 1874 roku. Studiował na University of Nebraska – Lincoln. Służył w armii w czasie wojny amerykańsko-hiszpańskiej. Założył wydawnictwo Clason Map Company w Denver i wydał pierwszy atlas drogowy Stanów Zjednoczonych i Kanady. Jego „Najbogatszy człowiek w Babilonie” uważany jest za książkę wszech czasów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 167

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Tytuł oryginału: The Richest Man in Babylon

Przekład: Małgorzata Małecka

Projekt okładki: Maciej Sadowski

Redakcja:Dorota Śrutowska

Korekta:Zofia Kozik

Redakcja techniczna: Teresa Ojdana

Copyright © George C. Clason, 1926

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with Dutton, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Studio EMKA

Warszawa 2017

Wszelkie prawa, włącznie z prawem do reprodukcji tekstów w całości lub w części, w jakiejkolwiek formie – zastrzeżone.

Wszelkich informacji udziela:

Wydawnictwo Studio EMKA

[email protected]

www.studioemka.com.pl

ISBN 978-83-65068-69-9

Skład wersji elektronicznej: Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

Wstęp

Nasz dobrobyt jako narodu zależy od osobistego dobrobytu finansowego każdego z nas jako jednostki.

Książka skupia się na osobistym sukcesie każdego człowieka. Sukces oznacza tu osiągnięcia, które są rezultatem naszych własnych wysiłków i umiejętności. Odpowiednie przygotowanie to klucz do sukcesu. Nasze czyny nie będą mądrzejsze niż nasze myśli. Nasze myślenie nie może być mądrzejsze od naszego zrozumienia.

Ten zbiór recept na zaradzenie pustce w portfelu określono mianem przewodnika na drodze do finansowego oświecenia. I taki właśnie jest jego cel: dostarczyć osobom głodnym sukcesu finansowego wiedzy, która pomoże im w zdobyciu majątku, utrzymaniu go i sprawieniu, by pomnażały go nadwyżki finansowe.

Na kolejnych stronach przeniesiemy się do starożytnego Babilonu, w którym powstały podstawowe założenia dotyczące zarządzania pieniędzmi, stosowane do dziś.

Nowym czytelnikom autor życzy, aby te stronnice okazały się źródłem podobnego natchnienia do pomnażania środków na kontach bankowych, sukcesów finansowych i rozwiązywania problemów dotyczących spraw majątkowych jak to, o którym donoszą mu dotychczasowi czytelnicy.

Wszystkim przedstawicielom kadry kierowniczej, którzy tak chętnie dzielili się tymi opowieściami ze znajomymi, rodziną, współpracownikami i wspólnikami, autor pragnie wyrazić wdzięczność. Nie ma lepszej rekomendacji niż dobra opinia praktyków, którzy doceniają zawarte tu tezy, ponieważ sami odnieśli spore sukcesy, stosując prezentowane zasady.

Babilon dlatego stał się najbogatszym miastem starożytnego świata, że jego obywatele byli najbogatszymi ludźmi swoich czasów. Doceniali wartość pieniądza. Stosowali mądre zasady ekonomiczne w zdobywaniu pieniędzy, utrzymywaniu ich i pomnażaniu tego, co mieli. Zapewniali sobie to, o czym wszyscy marzymy – dochód na przyszłość.

G.S.C.

Pieniądze są środkiem, za pomocą którego mierzymy ziemski sukces.

Pieniądze pozwalają się cieszyć wszystkim, co najlepsze na tym świecie.

Pieniądze lgną do tego, kto rozumie proste prawa rządzące ich zdobywaniem.

Obecnie pieniędzmi rządzą te same prawa, które obowiązywały, gdy sześć tysięcy lat temu ulice Babilonu wypełniali bogacze.

Mężczyzna, który pragnął złota

Bansir, budowniczy rydwanów z Babilonu, czuł się bardzo zniechęcony. Ze swojego siedziska na niskim murku okalającym jego domostwo spoglądał ze smutkiem na skromną chatkę i otwarty warsztat, w którym stał niedokończony rydwan.

Jego żona często pojawiała się w uchylonych drzwiach. Jej ukradkowe spojrzenia uświadomiły mu, że sakwa z jedzeniem była niemal pusta i powinien wziąć się do pracy nad ukończeniem rydwanu, stukać i pukać, polerować i malować, naciągnąć skórę na ramy kół i przygotować pojazd do transportu, a potem odebrać zapłatę od bogatego klienta.

A mimo to jego zwaliste, muskularne ciało ani drgnęło. Wciąż głowił się nad problemem, którego rozwiązania nie mógł znaleźć. Gorące, tropikalne słońce, typowe dla doliny Eufratu, prażyło go bezlitośnie. Kropelki potu, które zebrały się na czole, niezauważone spłynęły mu na klatkę piersiową.

Za domem rozciągał się widok na tarasowe mury pałacu króla. Niedaleko, na tle błękitnego nieba, odcinała się malowana wieża świątyni Baala. W cieniu tych wspaniałości stała jego chatka, a także wiele innych, mniej zadbanych domostw. Taki właśnie był Babilon – mieszanka przepychu i brudu, nieprzyzwoitego bogactwa i skrajnej nędzy, a wszystko ściśnięte bez ładu i składu wewnątrz murów obronnych miasta.

Gdyby Bansir zechciał spojrzeć za siebie, dostrzegłby hałaśliwe rydwany bogaczy przemykające wśród handlarzy w sandałach i bosych żebraków. Nawet bogaci musieli zejść do rynsztoka, by ustąpić miejsca długiemu sznurowi niewolników, którzy pracowali dla króla – nosili ciężkie bukłaki z koźlej skóry, napełnione wodą, którą podlewano wiszące ogrody.

Bansir był zbyt zajęty własnymi problemami, by słyszeć odgłosy gwarnego miasta czy na nie zważać. Dopiero niespodziewany dźwięk strun znajomej liry wyrwał go z zamyślenia. Odwrócił się i spostrzegł uśmiech swojego najlepszego przyjaciela, muzykanta Kobbiego.

– Niech bogowie hojnie cię obdarzą, miły przyjacielu – ceremonialnie przywitał się Kobbi. – Zdaje się, że doświadczyłeś ich szczodrości tak bardzo, że nie musisz się już trudzić. Cieszę się twoim dobrym losem. Co więcej, chętnie bym go z tobą podzielił. Błagam, byś ze swej kiesy, która pręży się pod naporem monet, bowiem w przeciwnym razie zastałbym cię przy pracy, użyczył mi dwóch szekli do czasu dzisiejszej uczty u bogatego pana. Nie zdążysz nawet poczuć ich braku.

– Gdybym miał dwa szekle – odparł ponuro Bansir – nie mógłbym ich nikomu pożyczyć, nawet tobie, mój najlepszy druhu, ponieważ stanowiłyby moją fortunę. Całą moją fortunę.

– Jak to?! – wykrzyknął zdumiony Kobbi. – Nie masz nawet szekla w kiesie, a mimo to tkwisz na tym murze niczym pomnik? Dlaczego nie skończysz rydwanu? Jakże inaczej zaradzisz swojemu głodowi? To niepodobne do ciebie, przyjacielu. Gdzie twoja energia? Czy coś cię trapi? Czy bogowie zesłali ci zmartwienia?

– To chyba udręka od bogów – przyznał mu rację Bansir. – Wszystko zaczęło się od niezrozumiałego snu, w którym byłem bogaczem. U mojego pasa zwisała pokaźna kiesa, ciężka od monet. Miałem w niej szekle, które z ochotą rzucałem żebrakom, sztuki srebra, za które kupowałem eleganckie stroje mojej żonie i wszystko, czego sam pragnąłem; były tam również sztuki złota, które czyniły mnie spokojnym o przyszłość i sprawiały, że nie bałem się wydawać srebra. Ogarnęło mnie cudowne zadowolenie. Nie poznałbyś we mnie swego ciężko pracującego przyjaciela. Nie poznałbyś też mojej żony, z której twarzy zniknęły zmarszczki, tak że promieniała szczęściem. Znów wyglądała jak uśmiechnięta dzieweczka z początków naszego małżeństwa.

– Rzeczywiście, wspaniały sen – przyznał Kobbi. – Ale dlaczego przyjemne uczucia, jakie w tobie obudził, zmieniły cię w ponurą postać siedzącą na murku?

– Właśnie, dlaczego! Ponieważ po przebudzeniu przypomniałem sobie, jak pusta jest moja kiesa i ogarnął mnie bunt. Porozmawiajmy o tym, ponieważ – jak mawiają marynarze – płyniemy na jednej łodzi. W młodości chodziliśmy razem do kapłanów, by nauczyć się mądrości. Jako młodzi mężczyźni wspólnie próbowaliśmy życia. W wieku dojrzałym pozostaliśmy bliskimi przyjaciółmi. Byliśmy zadowoleni. Nie przeszkadzało nam, że musimy długo pracować, i swobodnie wydawaliśmy pieniądze. Przez te wszystkie lata zarobiliśmy ich sporo, ale możemy tylko śnić o radości płynącej z dostatku. Czyżbyśmy byli głupsi od owiec? Mieszkamy w najbogatszym mieście na świecie. Podróżnicy powtarzają, że nie ma sobie równych. Dookoła nas pełno bogactwa, z którego nic do nas nie należy. Po połowie życia spędzonej na ciężkiej pracy, mój przyjacielu, masz pustkę w sakiewce i pytasz mnie, czy użyczyłbym ci dwóch szekli do czasu dzisiejszej uczty u bogatego pana? A co ci odpowiadam? Czy mówię: „Oto moja kiesa, której zawartością chętnie się podzielę”? Nie, przyznaję, że moja sakiewka jest tak samo pusta jak twoja. Co się stało? Dlaczego nie możemy zdobyć tyle srebra i złota, aby wystarczyło nie tylko na strawę i odzienie?

– Nie zapominajmy o naszych synach – ciągnął Bansir – czyż nie idą w ślady ojców? Czy oni i ich rodziny oraz ich synowie i ich rodziny muszą żyć wśród tego przepychu, a mimo to – niczym my – zadowalać się kwaśnym kozim mlekiem i owsianką?

– Nigdy wcześniej nie słyszałem, abyś tak mówił, Bansirze – zadziwił się Kobbi.

– Nigdy wcześniej tak nie myślałem. Od świtu, póki nie powstrzymały mnie ciemności, trudziłem się, budując najwspanialsze rydwany, jakie może zrobić człowiek, mając nadzieję, że pewnego dnia bogowie docenią moje oddanie i pobłogosławią mnie dobrobytem. Jednak tak się nie stało. Wreszcie zdałem sobie sprawę, że to nigdy nie nastąpi. Dlatego moje serce przepełnia smutek. Chciałbym być majętnym człowiekiem. Chciałbym posiadać ziemię i bydło, odziewać się w zdobne szaty i mieć sakiewkę pełną monet. Jestem gotów pracować z całych sił, wkładając w pracę wszystkie umiejętności rąk i zdolności mojego umysłu, ale chciałbym też, aby te trudy zostały sprawiedliwie wynagrodzone. Co się z nami stało? Ponownie pytam cię! Dlaczego nie możemy mieć udziału w dobrach, które w takiej obfitości kupują właściciele złota?

– Gdybym tylko znał odpowiedź – odparł Kobbi. – Pragnę tego samego. To, co zarobię grą na lirze, szybko znika. Często muszę planować i głowić się, by moja rodzina nie przymierała głodem. W głębi ducha marzę o lirze na tyle dużej, by mogła oddać dźwięki rozlegające się w moich myślach. Mając taki instrument, mógłbym tworzyć muzykę godną uszu samego króla.

– Powinieneś mieć taką lirę. Żaden człowiek w Babilonie nie wydobyłby z niej równie słodkich dźwięków. Nie tylko król, ale i sami bogowie byliby zachwyceni. Ale jak ją zdobędziesz, skoro obaj jesteśmy biedni niczym królewscy niewolnicy? Posłuchaj dzwonka! Oto nadchodzą.

Wskazał na długi szereg półnagich, spoconych nosiwodów, z trudem posuwających się wąską uliczką prowadzącą znad rzeki. Maszerowali po pięciu, każdy pochylony pod ciężkim bukłakiem.

– Na ich czele widać dostojnego człowieka.

– Kobbi miał na myśli idącego przodem mężczyznę niosącego jedynie dzwonek. – Łatwo się domyślić, że w swoim kraju był kimś ważnym.

– Wielu wśród nich dostojnych ludzi, takich jak my – przyznał mu rację Bansir. – Wysokich, jasnowłosych mężczyzn z Północy, skłonnych do śmiechu mężczyzn o ciemnej skórze, z Południa, niskich o brązowej skórze, z sąsiednich krajów. Wszyscy maszerują znad rzeki do ogrodów, w tę i z powrotem, dzień po dniu, rok po roku. Nie czeka ich żadne szczęście. Wiązka siana za legowisko i twarde ziarna za posiłek. Trzeba żałować tych biednych dzikusów, Kobbi.

– Żal mi ich. Jednak sprawiłeś, że dostrzegłem, jak niewiele się od nich różnimy, chociaż możemy się mienić wolnymi ludźmi.

– To prawda, Kobbi, chociaż niezbyt przyjemna. Nie chcemy prowadzić takiego niewolniczego życia. Wciąż tylko praca, praca i praca, która prowadzi donikąd. A może dowiedzmy się, jak inni zdobyli złoto, i zacznijmy postępować jak oni? – zastanawiał się Bansir.

– Spotkałem dzisiaj naszego starego przyjaciela, Arkada, jadącego złotym rydwanem – przypomniał sobie Kobbi. – Muszę przyznać, że nie spojrzał ponad moją biedną głową, jak by to uczyniło wielu jemu równych. Zamiast tego pozdrowił mnie wzniesieniem dłoni i uśmiechem, tak aby wszyscy widzieli, że zna muzyka Kobbiego.

– Podobno jest najbogatszym człowiekiem w całym Babilonie – powiedział z namysłem Bansir.

– Ponoć jest tak bogaty, że sam król szuka jego rady w sprawach dotyczących skarbca – odparł Kobbi.

– Tak bogaty – wszedł mu w słowo Bansir – że gdybym spotkał go w ciemnej uliczce, nie oparłbym się chyba pokusie przywłaszczenia sobie jego wypchanej sakiewki.

– Bzdura – potępił go Kobbi – bogactwo człowieka nie sprowadza się do kiesy, którą nosi. Nawet najbardziej wypchana kabza szybko się opróżni, jeśli nie będzie jej zasilał strumień złota. Arkad korzysta z dochodu, który wypycha mu sakiewkę niezależnie od tego, ile wydaje.

– Dochód, tego nam trzeba! – wykrzyknął Bansir. – Chciałbym mieć dochód, który będzie płynął do mojej kiesy niezależnie od tego, czy siedzę na murze, czy też podróżuję w dalekie kraje. Arkad musi wiedzieć, jak zapewnić sobie taki dochód. Czy myślisz, że potrafiłby to wyjaśnić komuś obdarzonemu tak powolnym umysłem jak mój?

– Wydaje mi się, że przekazał tę wiedzę swojemu synowi, Nomasirowi – odparł Kobbi. – W karczmie mówią, że pojechał do Niniwy i, bez pomocy ojca, stał się jednym z najbogatszych ludzi w tym mieście.

– Kobbi, poddałeś mi wyjątkowy pomysł – odparł z błyskiem w oku Bansir. – Szukanie mądrej rady u przyjaciela nic nie kosztuje, a przecież Arkad właśnie nim jest. Nieważne, że nasze kiesy są puste niczym zeszłoroczne gniazdo sokoła. Niech to nas nie powstrzyma. Jesteśmy znużeni naszą biedą pośród obfitości. Chcemy stać się majętnymi ludźmi. Chodź, pójdziemy do Arkada i spytamy go, jak możemy zdobyć dochód.

– Przemawia przez ciebie prawdziwe natchnienie, Bansirze. Dzięki tobie zaczynam na nowo rozumieć. Zdałem sobie sprawę, dlaczego nigdy nie udało się nam zdobyć bogactwa. Nigdy go nie szukaliśmy. Pracowałeś cierpliwie, budując najszybsze rydwany w Babilonie. Z zapałem zajmowałeś się tym dziełem, dlatego odniosłeś sukces. Ja starałem się zostać doskonałym lirnikiem – i to także mi się udało. Osiągnęliśmy sukces w tym, czemu oddawaliśmy się całym sercem. Zatem bogowie sprzyjali naszym wysiłkom. Nareszcie dostrzegliśmy światło tak jasne, jak promienie wschodzącego słońca. Zachęca nas do tego, by wiedzieć więcej i więcej mieć. Z nową wiedzą znajdziemy zacny sposób, by spełnić nasze pragnienia.

– Idźmy do Arkada już dzisiaj – nalegał Bansir. – Poprośmy też innych przyjaciół z młodości, którym nie wiedzie się lepiej niż nam, aby poszli z nami, by również mogli poznać jego mądrość.

– Zawsze myślałeś o przyjaciołach, Bansirze. To dlatego masz ich tak wielu. Będzie jak mówisz. Pójdziemy jeszcze dzisiaj i zabierzemy ich ze sobą.

Najbogatszy człowiek w Babilonie

W starożytnym Babilonie żył niegdyś pewien bardzo bogaty człowiek imieniem Arkad. Jego bogactwo rozsławiło go daleko poza granice miasta. Słynął także z hojności – nie skąpił na dobre dzieła, wspierał rodzinę, nie żałował na własne wydatki. A mimo to każdego roku jego majątek pomnażał się szybciej, niż on był go w stanie wydać.

Przyjaciele z młodości pojawili się u niego i poprosili:

– Arkadzie, powiodło ci się lepiej niż nam. Stałeś się najbogatszym człowiekiem w całym Babilonie, podczas gdy my walczymy o byt. Nosisz najwspanialsze szaty i smakujesz najrzadszych potraw, gdy nasze rodziny muszą zadowolić się byle odzieniem i czymkolwiek, co napełni ich żołądki. A przecież kiedyś byliśmy równi. Uczyliśmy się u tego samego mistrza. Graliśmy w te same gry. Ani w nauce, ani w grach nie byłeś lepszy od nas. A w kolejnych latach nie stałeś się człowiekiem, który byłby bardziej godzien szacunku niż my. Nie pracowałeś ciężej ani pilniej od nas, na ile możemy osądzić. Dlaczego zatem kapryśny los obrał sobie ciebie, byś cieszył się wszystkim, co dobre w życiu, lekceważąc nas, którzy również na to zasługujemy?

Arkad odparł im na to:

– Jeśli nie udało się wam od czasu naszej młodości osiągnąć niczego, co by pozwoliło wzbić się ponad najnędzniejsze potrzeby, to dlatego, że nie nauczyliście się zasad rządzących pomnażaniem majątku lub ich nie przestrzegaliście. Kapryśny los to złośliwy bożek, który nikomu nie sprzyja na stałe. Przeciwnie, rujnuje każdego, kogo obdarzył złotem niezasłużenie. Wzbudza w nich żądzę posiadania, przez co szybko wydają wszystko, co otrzymali, a potem dręczą ich niezaspokojone apetyty i pragnienia. Inni, którym los sprzyja, stają się nieszczęśliwi, gromadząc majątek i bojąc się wydać to, co mają. Wiedzą oni, że nie będą umieli ponownie zarobić pieniędzy. Jeszcze innych dręczy lęk przed złodziejami, przez co skazują się na życie w pustce i cichym nieszczęściu. Są pewnie tacy, którzy potrafią skorzystać z niezasłużonego bogactwa i je pomnożyć, będąc zadowolonymi i szczęśliwymi obywatelami. Jest ich jednak niewielu, a ja znam ich jedynie ze słyszenia. Przypomnijcie sobie ludzi, którzy niespodziewanie odziedziczyli wielką fortunę, i zastanówcie się, czy nie mówię prawdy.

Zebrani przyznali, że w istocie tak właśnie było w przypadku wszystkich znanych im ludzi, którzy niespodziewanie stali się bogaci. Znów zaczęli prosić Arkada, aby wyjawił im, jak udało mu się zgromadzić majątek, a on mówił dalej:

– Gdy byłem młody rozejrzałem się i dostrzegłem wszystkie dobre rzeczy, które przynosiły szczęście i zadowolenie. Zdałem sobie sprawę, że bogactwo je wzmacnia. Bogactwo to moc. Jeśli jesteś bogaty, wiele staje się możliwe. Ktoś może przyozdobić swój dom najdroższymi meblami. Inny pożegluje za morza. Jeszcze inny będzie smakował specjałów z dalekich krajów. Zacznie kupować dzieła znanych złotników i kamieniarzy. Może nawet wybuduje świątynię. Może dokonać nie tylko tego, ale i wielu innych rzeczy budzących zachwyt zmysłów i zadowolenie duszy. Kiedy dostrzegłem to, obiecałem sobie, że zdobędę przypadający mi w udziale zasób dóbr. Nie będę jednym z tych, którzy stoją z boku, z zazdrością patrząc na radość innych. Nie zadowolę się byle odzieniem. Nie wystarczy mi los biedaka. Przeciwnie, stanę się gościem na przyjęciu, na którym rozdają dostatek. Ponieważ – jak wiecie – jestem synem ubogiego handlarza, pochodzę z wielodzietnej rodziny i nie miałem nadziei na spadek, a – jak sami przyznaliście – nie posiadam nadzwyczaj lotnego umysłu, zadecydowałem, że do spełnienia moich pragnień będę potrzebował czasu i wiedzy. Czasu wszyscy ludzie mają pod dostatkiem. Wy, każdy z was, pozwoliliście, by upłynęło wystarczając dużo czasu, byście mogli stać się bogaczami. A mimo to przyznajecie, że nie macie nic, czym moglibyście się pochwalić, za wyjątkiem swoich rodzin, które słusznie są przedmiotem waszej dumy. Jeśli zaś chodzi o naukę, czyż nasz mądry nauczyciel nie mówił, że są dwa rodzaje wiedzy: to, czego nauczyliśmy się i co wiemy, oraz znajomość tego, czego nie wiemy. Dlatego też postanowiłem dowiedzieć się, jak zgromadzić majątek, a potem sumiennie postępować tą właśnie drogą. Czyż nie jest bowiem słuszne, byśmy się radowali, póki żyjemy pod słońcem, skoro będziemy mieć pod dostatkiem smutków, gdy oddalimy się w ciemność świata duchowego? Zatrudniłem się jako skryba w urzędzie rejestrowym i przez długie godziny każdego dnia trudziłem się nad glinianymi tabliczkami. Pracowałem tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, ale nie mogłem się pochwalić kapitałem. Jedzenie i ubranie, ofiara dla bogów i inne wydatki, których nie pamiętam, pochłaniały wszystko, co zarobiłem. Jednak nie rezygnowałem. Pewnego dnia w domu zarządcy miasta pojawił się bankier Algamisz i zamówił kopię Dziewiątego Prawa, mówiąc: „Muszę ją mieć za dwa dni. Jeśli uda ci się to zrobić do tego czasu, dostaniesz ode mnie dwa miedziaki”.

Pracowałem ciężko, ale tekst był długi i kiedy Algamisz wrócił, dzieło nie było ukończone. Zezłościł się i gdybym był jego niewolnikiem, pewnie by mnie pobił. Jednak wiedząc, że zarządca nie pozwoli wyrządzić mi krzywdy, nie bałem się go. Dlatego zapytałem:

– Algamiszu, jesteś bardzo bogatym człowiekiem. Powiedz mi, jak zdobyć majątek, a będę znaczył tabliczki całą noc, tak aby ukończyć pracę przed wschodem słońca.

Bankier uśmiechnął się i powiedział:

– Odważny z ciebie łotr, ale niech będzie.

Przez całą noc przepisywałem tekst, aż rozbolały mnie plecy, a zapach knota przyprawił mnie o taki ból głowy, że ledwie widziałem na oczy. Jednak kiedy Algamisz wrócił rano, tabliczki były gotowe.

– A teraz spełnij swoją obietnicę – powiedziałem.

– Wypełniłeś swoją część umowy, a ja jestem gotowy wypełnić moją – odparł uprzejmie. – Powiem ci, co chcesz wiedzieć, ponieważ robię się stary, a starzejący się język uwielbia pracować. A kiedy młodość pojawia się u starości po radę, otrzymuje mądrość będącą owocem wielu lat. Jednak zbyt często młodym wydaje się, że starzy zdradzają im prawdy, które dotyczą jedynie minionych dni i przez to nie korzystają z nich należycie. Pamiętaj jednak, że to samo słońce, które przyświeca nam dzisiaj, świeciło też w dniu, w którym urodził się twój ojciec, i będzie nadal świeciło, kiedy twój ostatni wnuk przejdzie na stronę ciemności.

– Przemyślenia młodych – ciągnął – są jak jasne światła przelatujące przez niebo niczym meteory, które przyozdabiają nieboskłon. Jednak mądrość przychodząca z wiekiem jest niczym gwiazda, której niezmienne światło wskazuje drogę żeglarzom. Dobrze zapamiętaj moje słowa, bo jeśli ich nie zrozumiesz, dojdziesz do wniosku, że twoja całonocna praca poszła na marne.

Potem posłał mi wnikliwe spojrzenie spod krzaczastych brwi i powiedział dobitnie:

– Poznałem drogę do bogactwa, kiedy zadecydowałem, że część tego, co zarabiam, powinienem zatrzymać dla siebie. Ty też tak postępuj.

Wpatrywał się we mnie, niemal przebijając spojrzeniem na wylot, ale nie powiedział nic więcej.

– To wszystko? – spytałem.

– Wystarczyło, by zmienić serce pasterza w serce bankiera – odparł.

– Ale przecież mogę zatrzymać dla siebie wszystko, co zarabiam – polemizowałem.

– Nic podobnego – uciął. – Czyż nie płacisz krawcowi? Szewcowi? Nie płacisz za jedzenie? Czy możesz mieszkać w Babilonie, nic nie wydając? Co ci zostało z zarobków z zeszłego miesiąca? A zeszłego roku? Głupcze! Płacisz każdemu, ale nie sobie. Ośle, pracujesz dla innych. Równie dobrze mógłbyś zostać niewolnikiem pracującym za odzienie i strawę. Jeśli zatrzymasz dla siebie jedną dziesiątą wszystkiego, co zarabiasz, to ile będziesz miał za dziesięć lat?

Dość dobrze znałem się na liczbach, zatem odparłem:

– Tyle, ile zarabiam przez rok.

– To tylko połowa prawdy – sprostował. – Każda sztuka złota, którą zaoszczędzisz, staje się twoim niewolnikiem. Każdy miedziak, który na niej zarabiasz, jest jej dzieckiem, które również dla ciebie pracuje. Jeśli masz stać się bogaty, to, co odkładasz, musi zarabiać, podobnie jak jego dzieci, tak aby wspólnie złożyły się na dostatek, którego tak pragniesz.

– Wydaje ci