Najbardziej lubił wtorki. Opowieść o życiu codziennym Jana Pawła II - Brygida Grysiak, Ks. Abp Mieczysław Mokrzycki - ebook

Najbardziej lubił wtorki. Opowieść o życiu codziennym Jana Pawła II ebook

Brygida Grysiak, Mieczysław Mokrzycki

4,7

Opis

Wyjątkowa opowieść o życiu codziennym Jana Pawła II.
Ksiądz arcybiskup Mieczysław Mokrzycki - drugi osobisty sekretarz Papieża - w rozmowie z dziennikarką TVN24 Brygidą Grysiak odsłania nieznane fakty z życia Ojca Świętego.


Opowiada, jak wyglądał zwykły dzień Jana Pawła II w Watykanie, co go wzruszało, co rozśmieszało, o czym rozmawiał z ważnymi politykami, komu się zwierzał, co czytał, co naprawdę lubił śpiewać, kogo zapraszał na święta, jak spędzał Sylwestra i dlaczego lubił wtorki…

Ks. Abp Mieczysław Mokrzycki był osobistym, drugim sekretarzem Jana Pawła II w latach 1996-2005 (przez dziewięć lat). Obecnie jest arcybiskupem Lwowa.

Brygida Grysiak jest reporterką TVN24.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 143

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (10 ocen)
7
3
0
0
0

Popularność




Najbardziej lubił wtorki

Opowieść o życiu codziennym

Jana Pawła II

ks. abp Mieczysław Mokrzycki

Brygida Grysiak

Kraków

Redakcja techniczna:

Ewa Czyżowska

Łamanie:

Joanna Łazarów

Korekta:

Anna Kendziak, Janusz Krasoń, Aneta Tkaczyk

Okładka:

Piotr Suchodolski

Zdjęcie na okładce:

Servizio Fotografico de „L’Osservatore Romano”

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2008 r.

ISBN 978-83-7595-055-7

ISBN wersji cyfrowej 978-83-7595-483-8

Wydawnictwo M

ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków

tel. 012-431-25-50; fax 012-431-25-75

e-mail: [email protected]

www.mwydawnictwo.pl

www.ksiegarniakatolicka.pl

Wstęp

Kiedy zamykam oczy, widzę, jak zakłada pelerynkę i maszeruje na taras. Widzę, jak w skupieniu odmawia Różaniec, jak w nocy czyta przy biurku w sypialni, jak spacerujemy w ogrodach Castel Gandolfo... 

Zawsze w cieniu. Od pierwszego dnia do ostatniej wspólnej chwili. Wystarczy zamienić z nim kilka słów, by mieć przypuszczenie graniczące z pewnością, dlaczego Jan Paweł II wybrał właśnie jego. Piękny, bo dobry, prosty człowiek. Prosty w najlepszym tego słowa znaczeniu. Kiedy wspomina codzienność u boku Ojca Świętego, nieśmiało się uśmiecha. Kiedy pytam o najtrudniejsze chwile tej codzienności, zakłopotany bawi się biskupim pierścieniem. Gdy pytam, czy płakał po śmierci Papieża, mówi: Tylko niech Pani tego nie pisze... I wyciera oczy. Ksiądz Mieczysław Mokrzycki, dziś arcybiskup Lwowa, był przy Janie Pawle II przez dziewięć lat. Jako drugi po Stanisławie Dziwiszu sekretarz żył papieskim życiem. Od porannej mszy świętej do ostatniej, wieczornej modlitwy. Dziś mówi, że żył w cieniu świętości. Świętość mówiła do niego: Mieciu...

Początki posługi

Przez Lwów do Watykanu, 

czyli pierwsze spotkanie przy windzie

Nie byłem na to przygotowany, nie ukończyłem szkoły dyplomatycznej. Skończyłem tylko normalne studia doktoranckie, teologiczne,opowiada z rozbrajającą szczerością. Szybko się przekonał, że Jan Paweł II nie szukał dyplomaty. Po Irlandczyku, Zairczyku i Wietnamczyku chciał mieć przy sobie drugiego Polaka. Od początku był przy nim „Stasiu”, bo tak mówił do księdza Stanisława Dziwisza. W Środę Popielcową 1996 roku dołączył „Mieciu” – w ten sposób zwracał się do Mieczysława Mokrzyckiego. W papieskich apartamentach zrobiło się jeszcze bardziej polsko, jeszcze bardziej rodzinnie. Rodzinnie, dyskretnie, wśród swoich, dodaje.Dyskrecja była coraz bardziej pożądana, bo Papież był coraz starszy i coraz bardziej schorowany. Potrzebował już nie tylko kogoś, kto zorganizuje pracę kancelarii, ale kogoś, kto także podtrzyma w chwili słabości, kto pomoże się umyć i przebrać. 

- To była Opatrzność. Można tak powiedzieć. Bo nigdy o tym nie myślałem i, mówiąc tak po ludzku, nigdy o to nie zabiegałem. Po skończonych studiach miałem zostać jakiś czas w Rzymie. Ksiądz arcybiskup Jaworski poprosił mnie, żebym pracował przy procesie beatyfikacyjnym sługi Bożego arcybiskupa Józefa Bilczewskiego. Chciał, bym po studiach podjął pracę w Rzymie i jednocześnie zajmował się procesem. Poprosił więc kardynała Dziwisza, wtedy jeszcze księdza prałata Dziwisza, żeby znalazł mi jakieś zajęcie w Watykanie. Znalazł. Przez sześć miesięcy pracowałem w Kongregacji do Spraw Kultu. Wtedy dałem się lepiej poznać i księdzu prałatowi Dziwiszowi, i Ojcu Świętemu. 

- Polubiliście się od razu?

- Myślę, że tak. Bardzo dobrze nam się współpracowało. Rozumieliśmy się. Można powiedzieć, byliśmy tej samej myśli. 

- Co tak naprawdę Was połączyło?

- Myślę, że jakiś sentyment Ojca Świętego do archidiecezji lwowskiej. Za sprawą arcybiskupa Baziaka, który był ostatnim przed wojną arcybiskupem Lwowa. Potem został administratorem w Krakowie i wybrał Karola Wojtyłę na biskupa pomocniczego, konsekrował go. Następnie przyjaźń z kardynałem Jaworskim. Więc chyba jakieś większe zaufanie. Pewność co do osoby, co do kapłana, a jednocześnie sentyment do kapłanów lwowskich.

- Kiedy przeczytałam, jakie jest Księdza zawołanie biskupie, to pomyślałam sobie, że już wiem, co Was połączyło...

- Pokora... Trudno mi tu coś powiedzieć o sobie. Powiem tak: to zawołanie jeszcze się umocniło poprzez posługę Ojcu Świętemu. 

Arcybiskup Eugeniusz Baziak wyświęcił Karola Wojtyłę na biskupa, z kardynałem Marianem Jaworskim – kapelanem Baziaka i jego późniejszym następcą – Karol Wojtyła przyjaźnił się od dawna. W 1967 roku, kiedy ksiądz Jaworski stracił lewą dłoń w wypadku kolejowym, Wojtyła – już metropolita krakowski – odwiedzał go w szpitalu.Jako papież, często zapraszał do siebie. Kardynał Jaworski był jednym z niewielu gości, którzy nocowali w papieskich apartamentach. To właśnie z jego rąk 17 września 1987 roku młody Mieczysław Mokrzycki przyjął święcenia kapłańskie. Potem wyjechał do pracy duszpasterskiej na Ukrainę. Był sekretarzem arcybiskupa lwowskiego Mariana Jaworskiego. Dziś zajął jego miejsce i mieszka we Lwowie. Ale zanim tam wrócił, trafił do Watykanu. 

- Jak wyglądało Wasze pierwsze spotkanie? To, od którego wszystko się zaczęło? 

- Ojciec Święty poprosił mnie do siebie, do swojego gabinetu i powiedział: „Chciałbym, żeby ksiądz razem ze mną tutaj pracował, pomagał księdzu Stanisławowi. I myślę, że będzie nam razem dobrze”. Były to bardzo proste słowa. Ja się ucieszyłem i podziękowałem. 

- Było trochę lęku?

- Był lęk. Wcześniej miałem okazję spotykać się z Ojcem Świętym, ale w całkiem innych okolicznościach. Nie w prywatnym domu, mieszkaniu Ojca Świętego.

- Czego bał się Ksiądz najbardziej? 

- Że nie podołam, że nie dam rady. Bo nie byłem na to przygotowany. Jednak te obawy wkrótce zniknęły, gdyż szybko przekonałem się, że Ojciec Święty nie szukał wykształconego dyplomaty. Przyjmował każdego takim, jakim był i ile potrafił dawać z siebie drugiemu człowiekowi. To bardzo mobilizowało, żeby jak najlepiej odpowiadać na wezwanie, na potrzeby Ojca Świętego. Na każde spotkanie szedłem pogodny, bez stresu, bez niepokoju. 

- Powróćmy pamięcią do tamtej Środy Popielcowej. Już Ksiądz wie, że będzie służył Papieżowi. Musi teraz spakować swoje życie i przewieźć je do Watykanu... 

- To było 21 lutego, dobrze pamiętam. Pracowałem w kongregacji. Ksiądz Dziwisz powiedział mi tak: „To najlepsza okazja, żebyś się spokojnie przeprowadził. Ojciec Święty po południu wyjeżdża na mszę świętą do świętej Sabiny”. Wyjechał, jak co roku, na liturgię i posypanie głów popiołem. Było około godziny 16. Nie zdążyłem zjeść obiadu. Pożyczyłem samochód od kolegi, księdza Mariana Babuli, który też pracował w kongregacji, i szybko się przeprowadziłem. Zapakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i przyjechałem do Watykanu.

- Dużo tych rzeczy było?

- Niedużo. Trochę ubrań, kilka książek. Tam, gdzie mieszkałem wcześniej, u księdza Mariana, też miałem malutki pokoik. Byłem księdzem po studiach, ciągle żyłem jak student. Na dziedziniec Watykanu wyszły po mnie siostry z apartamentu Ojca Świętego. Wyjechaliśmy razem na piąte piętro, do mojego nowego mieszkania. 

Nowego mieszkania i nowego życia. Zostawił rzeczy w pokoju i zszedł piętro niżej. Tam mieszkał Papież. Była godzina 18.30, kiedy Jan Paweł II pojawił się w korytarzu. Wyszedł z windy i z uśmiechem powiedział: „No, witamy księdza! Życzę, żeby się wszystko dobrze układało”. I jeszcze: „Zobaczymy się na kolacji”. Arcybiskup wspomina dziś, jak bardzo się wtedy denerwował. Spotkanie z Ojcem Świętym, po raz pierwszy w jego apartamentach. Ta kolacja, która miała dać początek nowej codzienności, i świadomość, że pokój nad papieskim apartamentem to wielka łaska, ale i wielkie wyzwanie. 

- Przyszedł Ksiądz do Jana Pawła II, kiedy Ojciec Święty miał już za sobą 18 lat pontyfikatu i 70 pielgrzymek. Był chory. Jakiego człowieka Ksiądz spotkał? 

- Ojciec Święty nie był jeszcze tak bardzo chory. Używał laski, ale jeszcze niepublicznie. Kiedy wchodził do Auli Pawła VI, od samochodu szedł z laską, ale potem całą scenę przemierzał już bez niej. To były dopiero początki, pierwsze objawy choroby Parkinsona. Ojciec Święty przyjmował to z wielką pokorą i ufnością.

- Na Filipinach już tą laseczką machał...

- To był cały on. Zawsze potrafił zrobić albo powiedzieć coś, co chwytało za serce. 

- W domu też?

- Miał wyjątkowe poczucie humoru. Pamiętam, jak zostałem prałatem. Miałem 36 lat. To było rok po tym, jak przyszedłem do Ojca Świętego. Miał mnie za młodego. Kiedy patrzył na mnie, to zawsze się uśmiechał. Kiedy na audiencje nie zakładałem sutanny prałackiej, pytał gestem, gdzie jest ta sutanna z czerwoną obszywką... Najbliższe otoczenie widziało to i śmiało się. Ja też się śmiałem. 

- Kiedy najbardziej? 

- Kiedyś Ojciec Święty mówi do mnie tak: „Mieciu, prała-cię mama?”. 

- I co Ksiądz odpowiedział? Prała? 

- Byłem zaskoczony. W pierwszej chwili nie zrozumiałem. A potem śmiałem się szczerze. Ojciec Święty też się śmiał. 

- Dużo było takich chwil?

- Dużo. Kiedyś przyniosłem Ojcu Świętemu list od pewnego biskupa. Chyba francuskiego. Ojciec Święty pracował. Wchodzę do jego gabinetu i mówię, że jest list. I przekręciłem nazwisko. Ojciec Święty nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Śmiał się chyba przez pięć minut. Mnie też się udzieliło. Aż ksiądz Stanisław musiał interweniować. Bo nie wiedział, o co chodzi. 

- Traktował Księdza trochę jak syna? 

- Można tak powiedzieć. Miał do nas ojcowski stosunek. Ksiądz Stanisław mówił, że Ojciec Święty nie od razu darzył wszystkich zaufaniem. Przez jakiś czas zachowywał rezerwę. Mnie po pierwszym spotkaniu powiedział tak: „Mieciu, możesz być spokojny. Ojciec Święty od razu cię zaakceptował. Ma pełne zaufanie”. I to było widać. Ojciec Święty zawsze, słowem czy gestem, dawał mi znak, że czuje się dobrze w moim towarzystwie i akceptuje moją posługę. 

Papieski apartament

Czyli biurko w sypialni i konwalie w gabinecie

To miejsce było przepełnione ciszą i pokojem,wspomina.Bał się, że przygniecie go świętością, a ujęło prostotą. Surowa, ascetyczna wręcz forma i ciepła, rodzinna treść. Tak to czuł. Potem już wiedział, że tak po prostu było. 

- Jak pachniało u Ojca Świętego? Pamięta Ksiądz ten zapach?

- Pachniało świeżością. Ojciec Święty lubił świeże powietrze. Lubił mieć otwarte okno w gabinecie. Nawet wtedy, kiedy było chłodno. I trochę wiosną pachniało, bo na stoliku zawsze stały kwiaty. 

- Jakie? 

- Różne. Zwykle małe, skromne. Siostra Jana, na przykład, co roku wiosną przynosiła z ogrodu sióstr urszulanek konwalie. Stały w kaplicy i u Ojca Świętego właśnie. Mocno pachniały. 

W sypialni były trzy okna. Dwa wychodziły na bramę świętej Anny. Jedno – na rogu – na plac świętego Piotra. Okna były ładne, bo duże. Pokoje bardzo wysokie. Proste meble odziedziczone po poprzednikach – Janie Pawle I i Pawle VI. W rogu sypialni stało biurko. Jan Paweł II bardzo lubił przy nim pracować. Także przed snem. Arcybiskup Mokrzycki przypomina sobie, jak kilka lat później już Benedykt XVI tłumaczył mu wyższość biurka w sypialni nad biurkiem w gabinecie. Wtedy zrozumiałem, dlaczego Ojciec Święty Jan Paweł II tak chętnie pracował w sypialni. Tam wszystkie okna można było zasłonić z zewnątrz okiennicami. Nie wpadały promienie słoneczne, nie świecił księżyc ani światła ulicznych latarni. A w gabinecie jedno z okien zawsze było otwarte. Taka była tradycja, nie można było go zasłaniać. To z tego okna Ojciec Święty wygłaszał Anioł Pański. Było bardzo duże i szybko się nagrzewało. W pokoju zawsze było gorąco, a w sypialni nie.Oprócz biurka w sypialni stały łóżko, szafa na bieliznę i komoda, i fotografia rodziców w srebrnej ramce. Nad drzwiami – obraz Brata Alberta Ecce Homo. Jan Paweł II mógł na niego patrzeć, kiedy leżał w łóżku. I patrzył. W sypialni był jeszcze jeden obraz – Jezusa Miłosiernego. Jak mówi arcybiskup 

Mokrzycki, może nie największej artystycznej wartości, ale dla Ojca Świętego bardzo ważny. Jakoś Ojciec Święty był z tym obrazem związany. Ofiarował mu go ksiądz kardynał Deskur. W gabinecie z kolei – ogromny obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Na biurku – fotografia księcia Adama Sapiehy. I setki, raczej tysiące książek. Była jeszcze taka bardzo duża figura Matki Bożej Niepokalanego Poczęcia. Stara, drewniana, która stała na małym kamieniu w rogu gabinetu. Bardzo wymowna. Ojciec Święty często się przy niej zatrzymywał i ją całował.

Na piętrze były jeszcze prywatna kaplica, kuchnia, refektarz, łazienka, pokoje sióstr sercanek. Sekretarze mieszkali piętro wyżej. Mój apartament składał się z małej sypialni, pokoju dziennego, przedpokoju i łazienki. Okna wychodziły na plac świętego Piotra. Były malutkie. Jeśli ktoś patrzył z dołu, mógł sądzić, że pomieszczenia były bardzo niskie, ale tak nie było. Miały do trzech metrów wysokości.Obok mieszkał Stanisław Dziwisz. Nie musieli mieszkać na piętrze Papieża. Jan Paweł II miał dzwonek. Kiedy potrzebował, dzwonił. Czynił to rzadko, bo w ciągu dnia i tak prawie cały czas byli razem. Od porannej mszy aż do ostatniej wieczornej modlitwy. Choć, jak opowiada arcybiskup, zdarzało się, że Papież dzwonił na nich, niekoniecznie będąc w potrzebie. Zdarzało się tak zwłaszcza w Castel Gandolfo, gdzie system z dzwonkiem działał podobnie, a Ojciec Święty był bardziej rozluźniony. To była dla niego taka zabawa, forma dowcipu. Ojciec Święty nigdy nie mówił, że to zabawa czy dowcip, ale my zawsze wiedzieliśmy. Bo to nie był jeden dzwonek, tylko cała seria dzwonków. Tak specjalnie sobie dzwonił: dzyń, dzyń, dzyń, dzyń... Było słychać na cały dziedziniec. Bardzo, bardzo głośno.

- I kto wtedy biegł do Ojca Świętego?

- Wtedy to biegli wszyscy. 

- I jak już przybiegliście, to co Ojciec Święty mówił?

- Czasami pytał, gdzie jest któraś siostra, bo miała do niego przyjść, a nie przyszła. Czasami chciał nas o coś zapytać albo po prostu zobaczyć. Tyle że my poznawaliśmy po dzwonkach, czy Ojciec Święty ma potrzebę, czy chodzi tylko o pogodny żart. W Castel Gandolfo mieszkałem naprzeciwko księdza Stanisława, więc po takim „normalnym” dzwonku widziałem, czy on idzie do Ojca Świętego. Jeśli szedł, to ja już nie szedłem. A jeśli nie, to biegłem ja. No, a kiedy słyszeliśmy serię dzwonków, zwykle biegliśmy wszyscy. 

- W Watykanie to system pokazywał, czy po dzwonku ktoś do Ojca Świętego poszedł.

- W Watykanie było tak, że kiedy Ojciec Święty dzwonił, to u nas i u sióstr zapalało się światełko. Jeśli ktoś z nas odpowiadał na dzwonek, u reszty światełko gasło. Ale w Watykanie dzwonił rzadko. Bardzo rzadko. Zawsze był samowystarczalny. Starał się być. Do końca. 

Z papieskim apartamentem, oprócz standardowej klatki schodowej, łączyły ich winda i wąska, awaryjna klatka schodowa. Była bardzo praktyczna, bo znajdowała się tuż obok naszych pokoi i blisko kaplicy Ojca Świętego.Korzystali więc z niej nie tylko w sytuacjach awaryjnych. 

Obowiązki drugiego sekretarza

„Mieciu, śpiewaj!”, czyli domowe koncerty. 

I niespełnione marzenie o Bieszczadach

Było ich dużo, bardzo dużo. Tak dużo, że na własne życie nie starczało już czasu. Drugi sekretarz był odpowiedzialny za kancelarię Ojca Świętego. Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej przynosił dokumenty, także listy od wiernych. Ksiądz Mokrzycki je przeglądał i przygotowywał dla Papieża. Organizowałem też życie wewnątrz domu,mówi. Zapraszałem gości na mszę świętą, którą Ojciec Święty odprawiał codziennie rano. Przyjmował też pielgrzymów. Codziennie przyjmował. Wprowadzałem interesantów na prywatne spotkania między audiencjami, które były piętro wyżej, od godziny 11 do 13. 

- Ciężko było?

- To nie była trudna posługa. Bardziej biurowa. Wymagała długiego dnia pracy. 

- Cały świat chciał się spotkać z Ojcem Świętym...

- Zaczynaliśmy od wczesnych godzin rannych, kończyło się późnym wieczorem. Towarzyszyliśmy Ojcu Świętemu od porannej mszy świętej aż do ostatnich godzin. Byliśmy przy nim bez przerwy. Kiedy jadł, spotykał się z gośćmi, kiedy się modlił i kiedy pracował. 

- A rozmawialiście tak po prostu, nie o obowiązkach, tylko od serca?

- Ojciec Święty nie miał na to zbyt dużo czasu. Jego plan dnia był bardzo napięty. Nie chcieliśmy mu też zawracać głowy swoimi sprawami. Na głowie miał cały świat. Ale kiedy wyjeżdżaliśmy na wakacje do Castel Gandolfo, wybieraliśmy się na takie długie przechadzki. I wtedy można było spokojnie porozmawiać. Poopowiadać coś o swoim życiu, o najbliższej rodzinie, o Kościele, o swojej diecezji. Wtedy mieliśmy więcej czasu. Natomiast w ciągu roku rozmowy były krótsze. Jeśli nie było kogoś na posiłku i jedliśmy w najbliższym gronie, Ojciec Święty i my, sekretarze, to wtedy mieliśmy okazję z Ojcem Świętym porozmawiać. 

- O czym wtedy rozmawialiście? Czy Jan Paweł II zwierzał się swoim sekretarzom?

- Ojciec Święty opowiadał czasami, co działo się w ciągu dnia, rozmawialiśmy o planach na dzień następny, ale żeby zwierzać się z jakichś swoich problemów, trudności, raczej tego nie robił. 

- Panu Bogu się zwierzał?

- Raczej z Panem Bogiem załatwiał swoje sprawy.

- A był ktoś, oprócz Pana Boga, z kim Ojciec Święty dzielił swoje problemy?

- Ksiądz kardynał Marian Jaworski, ksiądz profesor Tadeusz Styczeń. To były osoby jemu bliższe. My byliśmy od codzienności, od przygotowania dokumentów. A jeśli potrzebował rady w jakiejś poważnej sprawie, powiedzmy „zawodowej”, zawsze radził się osób kompetentnych.

Mówi otwarcie, że był tylko skromnym sekretarzem. Skromnym, znającym swoje miejsce. Dlatego rozmowy o papieskich problemach, o problemach Kościoła, były domeną bliższych – duchowo i intelektualnie – Ojcu Świętemu. Ale przychodził czas urlopu, wyjazdu do Castel Gandolfo. Kiedy pytam o najmilsze sercu wspomnienie z tamtych lat, arcybiskup opowiada o spacerach w ogrodach papieskiej letniej rezydencji. 

- Ojciec Święty wyjeżdżał do Castel Gandolfo po Wielkanocy, po Bożym Narodzeniu i na wakacje, oczywiście: koniec lipca, sierpień i prawie do końca września. Kiedyś, było to po Wielkanocy, poszedłem z Ojcem Świętym sam na spacer do ogrodu. Podeszliśmy do figury Matki Bożej Niepokalanego Poczęcia. Mieliśmy tam odmówić modlitwę Regina Caeli. Ojciec Święty odmawiał po łacinie. Ja, kiedy już zbliżaliśmy się do tej figury, bałem się, bo wiedziałem, że modlitwa zaraz będzie, a zapomniałem odpowiedzi. Ale nie było tak tragicznie, Ojciec Święty odmawiał razem ze mną i udało mi się. Ale ten mój niepokój pamiętam.

- Słyszałam, że Ojciec Święty lubił w tych ogrodach śpiewać? 

- Tam były takie wspólne spacery, odmawialiśmy Różaniec i ksiądz Styczeń, który przechadzał się z nami, podrzucał jakieś refleksje filozoficzne. A potem, kiedy wracaliśmy do domu, przed figurą Matki Bożej śpiewaliśmy Apel Jasnogórski i pieśni maryjne. Ojciec Święty zawsze mówił: „Mieciu, śpiewaj!”. I musieliśmy śpiewać jakąś pieśń. Na zakończenie dnia Ojciec Święty lubił śpiewać pieśń, którą śpiewali przed laty na kajakach: O, której berła ląd i morze słucha, Jedyna moja po Bogu otucha. 

Pieśni nie znam, więc arcybiskup zaczyna nucić:

O, której berła ląd i morze słucha,

Jedyna moja po Bogu otucha.

O Gwiazdo morska, o święta Dziewico,

Nadziei moich niebieska kotwico!

Ciebie na pomoc błędny żeglarz wzywa,

Spojrzyj, po jakim strasznym morzu pływa!

Jedni rozbici na dnie morskim giną,

Drudzy do Ciebie po ratunek płyną.

Szczęśliwi, którzy ominęli skały,

A przepłynąwszy pełne zdrady wały,

Na brzeg bezpieczny życie swe unoszą

I padłszy na twarz pomoc Twoją głoszą.

Noc mnie obeszła, biją zewsząd trwogi,

Już nie wiem, jakiej mam się trzymać drogi:

Lecz gdy Twe spuścisz na mą łódź promienie,

Świecić mi będą same nocne cienie.

O jakaż ufność w mym sercu się rodzi,

Że Cię zwać Matką, zwać