Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 377 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nagroda - Danielle Steel

Gaëlle de Barbet ma szesnaście lat, gdy niemiecka armia wkracza do Francji. Jej szczęśliwe życie się rozpada...
Jest zaszokowana i bezsilna, kiedy żandarmi aresztują jej najlepszą przyjaciółkę i jej rodzinę, i wywożą do obozu. Niemiecki komendant wojskowy zajmuje posiadłość rodziny Gaëlle na swoją kwaterę. Jej ojciec i brat zostają zamordowani. Matka się załamuje – fizycznie i psychicznie. Zaufani przyjaciele okazują się zdrajcami. A Gaëlle rozpoczyna ryzykowną współpracę z ruchem oporu. Naraża życie, ale jej bohaterstwo i odwaga obracają się przeciwko niej…
Musi uciekać z Lyonu, okryta hańbą, napiętnowana zdradą. Pragnie zacząć wszystko od nowa.
Od Paryża do Nowego Jorku, od sukcesów po najboleśniejsze strat, przez wielkie miłości i macierzyństwo, wzloty i upadki, toczy się niezwykłe życie niezwykłej kobiety. Ale duchy przeszłości i poczucie krzywdy jej nie odstępują…

Opinie o ebooku Nagroda - Danielle Steel

Fragment ebooka Nagroda - Danielle Steel

Redakcja stylistyczna

Anna Tłuchowska

Korekta

Halina Lisińska

Agnieszka Pyśk

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Masson/Shutterstock

Tytuł oryginału

The Award

THE AWARD © 2016 by Danielle Steel

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6157-7

Warszawa 2016. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja

Moim ukochanym, bardzo odważnym dzieciom,

Beatrix, Trevorowi, Toddowi, Nickowi, Sam, Victorii, Vanessie, Maxxowi i Zarze.

Wszyscy mamy bitwy, do których musimy stanąć,

Drogi, które musimy przejść,

Straty, które musimy przeżyć i zaakceptować,

Sytuacje, kiedy jesteśmy niesłusznie oskarżani.

Musimy się odrodzić z popiołów.

Bądźcie odważni jak tylko możecie,

Walczcie, z odwagą, dobrocią, współczuciem i przebaczeniem.

Kochajcie z całych sił,

Dawajcie sobie nawzajem siłę,

I pamiętajcie, jak bardzo Was kocham

I jaka jestem z Was dumna. Zawsze!

Z całego serca, z miłością

mama

Tłumaczenie odezwy generała Charlesa de Gaulle’a z 18 czerwca 1940, kiedy Francja dostała się pod niemiecką okupację:

DO WSZYSTKICH FRANCUZÓW

Francja przegrała bitwę!

Ale Francja nie przegrała wojny!

Oportunistyczny rząd skapitulował, ulegając panice, zapominając o honorze, pogrążając kraj w niewoli. Jednak nic nie jest stracone!

Nic nie jest stracone, ponieważ ta wojna jest wojną światową. W Wolnym Świecie potężne siły się nie poddały. Pewnego dnia te siły zmiażdżą wroga. Tego dnia Francja musi mieć udział w zwycięstwie. I Francja upomni się o swoją wolność i wielkość. To jest mój cel, mój jedyny cel! Dlatego wzywam wszystkich Francuzów, bez względu na to, gdzie się znajdują, żeby przyłączyli się do mnie w działaniu, w ofierze i nadziei.

Nasza ojczyzna znalazła się w szponach śmierci.

Walczmy razem, aby ją uratować!

NIECH ŻYJE FRANCJA!

Charles de Gaulle

Odwaga to nic innego jak tylko siła, która pozwala pokonać niebezpieczeństwo, lęk, niepowodzenie, niesprawiedliwość i nadal mieć wewnętrzne przekonanie, że życie ze wszystkimi swoimi smutkami jest dobre.

1

Delphine Lambert, ciemnowłosa poważna młoda kobieta, czytała w skupieniu „Le Figaro” w swoim mieszkaniu przy rue du Cherche-Midi w lewobrzeżnym Paryżu. Był Nowy Rok. Uważnie studiowała listę, jak zawsze tego dnia, od kilku już lat. Dwudziestodziewięcioletnia publicystka mogła się poszczycić dwiema dobrze przyjętymi książkami i wieloma artykułami. Długie proste włosy zakrywały część jej twarzy, kiedy tak ślęczała nad gazetą. Georges Poitier, mężczyzna, z którym mieszkała, przyglądał się jej z uśmiechem. Zdążył się domyślić, co czyta. Goniła za tym marzeniem, odkąd skończyła siedemnaście lat.

– Czego szukasz? – spytał łagodnie. Lista była publikowana dwa razy do roku – w Nowy Rok i czternastego lipca.

– Przecież wiesz… Babci – odpowiedziała, nie podnosząc wzroku, bo nie chciała się pogubić. Na liście figurowało pięćset nazwisk, a ona obawiała się, że tego, które miała nadzieję zobaczyć, znowu tam nie będzie. Do tej pory się nie pojawiło, mimo wszystkich jej wysiłków w ciągu ostatnich dwunastu lat, a pracowała nad tym niezmordowanie.

– Jak długo jeszcze będą czekać? – mruknęła. Bała się kolejnego zawodu. Jej babcia, Gaëlle de Barbet Pasquier, miała dziewięćdziesiąt pięć lat i przejmowała się tym o wiele mniej niż jej wnuczka, dla której stało się to świętą sprawą. Na liście znajdowały się nazwiska tych, którzy mieli otrzymać Legię Honorową, najwyższe francuskie odznaczenie.

Gaëlle nigdy na to nie liczyła i uważała aspiracje Delphine za zgoła niepotrzebne. Ale Delphine upierała się, że tak po prostu powinno być. Cała rodzina wiedziała, ile wysiłku wkładała w to, żeby jej babcia została zrehabilitowana i odznaczona. Gaëlle miałaby zostać nagrodzona za czyny sprzed wielu lat, z czasów wojny, ale te rozdziały jej życia były tylko odległym wspomnieniem. Rzadko o tym myślała, chyba że pytała ją Delphine, a Delphine właściwie już przestała pytać. Znała całą historię, odwaga babci była dla niej potężną siłą i inspiracją. Babcia była przykładem tego, jaki zdaniem Delphine powinien być człowiek. I bez względu na to, czy rząd się opamięta, naprawi błędy przeszłości i odznaczy ją, czy nie, w oczach Delphine była bohaterką, tak jak dla wielu innych w czasie okupacji Francji siedemdziesiąt dziewięć lat temu.

Nagle zamarła z gazetą w ręku i otworzyła szeroko oczy. Przeczytała jeszcze raz, żeby mieć pewność, że jej się nie przywidziało, i spojrzała oszołomiona na Georges’a.

– O, mój Boże… jest… jest na liście! – W końcu się doczekała. Wszystkie jej pisma, lata dociekliwych badań i wiercenia dziury w brzuchu każdemu członkowi kapituły, którego mogła dopaść, w końcu odniosły skutek. Jej babka zostanie odznaczona Orderem Legii Honorowej, będzie jego kawalerem.

Patrzyła na Georges’a ze łzami w oczach, jej dłoń drżała, gdy podawała mu gazetę. Gaëlle de Barbet Pasquier. Przeczytała to kilka razy, żeby mieć pewność, że to nie pomyłka. W końcu się tu znalazła. Georges uśmiechnął się do niej i pochylił, żeby ją pocałować. Wiedział, jak ciężko na to pracowała. Jej babka też o tym wiedziała i zawsze powtarzała, że pomysł jest bez szans. A jednak w końcu się udało, dzięki Delphine.

– Brawo! Dobra robota – pochwalił ją. Był z niej dumny.

Nie ulegało wątpliwości, że jej babcia to niezwykła kobieta i świat miał się o tym dowiedzieć, bo wyróżnili ją rodacy.

Po chwili wstała od stołu, żeby do niej zadzwonić. Nie mogła się doczekać, żeby jej to powiedzieć. Była pewna, że babcia nie zawracała sobie rano głowy czytaniem gazety, a już na pewno nie rzuciła się na nią tak jak ona. Gaëlle nie była w tym względzie optymistką. Powtarzała, że to się nigdy nie uda. A Delphine udowodniła jej, że się myli. Wytrwałość w końcu została nagrodzona.

Nadal drżały jej dłonie, gdy dzwoniła na komórkę podarowaną kiedyś babci, ale od razu, jak zwykle, włączyła się poczta głosowa.

– Nigdy nie odbiera komórki – poskarżyła się przez ramię Georges’owi.

Babcia uważała, że to zbyt skomplikowane i że komórki nie potrzebuje. Wolała korzystać z telefonu stacjonarnego. Delphine zadzwoniła więc i pod ten numer i długo czekała: może babcia jest czymś zajęta albo poszła do łazienki? Ale ten telefon też pozostał głuchy, poczta głosowa była wyłączona, wróciła więc do stołu strasznie zawiedziona. Nie mogła się doczekać, żeby powiedzieć babci, że to się w końcu stało.

– Pewnie poszła do kościoła – przypomniał jej Georges.

– Albo wyszła z psem. Spróbuję jeszcze raz za kilka minut.

Ale dziesięć minut później i po pół godzinie skutek był ten sam. Delphine nie wiedziała, co ze sobą zrobić, dopóki nie dodzwoni się do babci, i w końcu zadzwoniła do matki. Matka, oszołomiona tak samo jak córka, rozpłakała się, gdy usłyszała nowinę. Życzyły tego Gaëlle z całego serca, chociaż ona sama nie chwaliła się swoimi czynami. Obie były zawiedzione, że nie mogą się z nią skontaktować. Ale Gaëlle, choć w podeszłym wieku, była zdrowa i samodzielna, wstawała wcześnie i zwykle miała plany, które wyciągały ją z domu na cały dzień albo wieczór. Była w świetnej formie, fizycznej i umysłowej, lubiła się spotykać z przyjaciółmi, chodzić do muzeów, do teatru albo zabierać psa na długie spacery po okolicy czy wzdłuż Sekwany.

– Zadzwonię do niej później – powiedziała Delphine do matki i znów zaczęła wpatrywać się w listę, żeby się upewnić, że nazwisko babci nadal tam jest i że to nie przywidzenie, lecz dla nich wszystkich spełnienie marzeń, nagroda, na którą Gaëlle tak bardzo zasługiwała.

Gaëlle Pasquier wstała tego ranka wcześnie, jak zawsze. Zaliczyła poranną gimnastykę, zrobiła sobie grzankę i duży kubek café au lait i delektowała się nią. Codzienne czynności sprawiały jej radość. Wykąpała się i wyszczotkowała świetnie ostrzyżone śnieżnobiałe włosy, ułożone w eleganckiego boba, który podkreślał jej arystokratyczne rysy, a później ubrała się, żeby odwiedzić swoją przyjaciółkę Louise. Obie mieszkały w siódmej dzielnicy, Gaëlle robiła sobie zdrowy spacer ze swojego małego, ale eleganckiego mieszkania przy Place du Palais Bourbon do domu Louise przy rue de Varenne. Dzielnica była wytworna, ale sam budynek niezbyt okazały. Gaëlle miała piękne obrazy, a jej mieszkanie umeblowane było imponującymi antykami. Stworzyła w nim ciepłą, przyjazną atmosferę. Kiedy wychodziła, zabierała ze sobą małą długowłosą brązową jamniczkę Josephine – dostała ją od wnuków i nigdy się z nią nie rozstawała. Na sam widok smyczy Josephine zaczynała szaleć; żeby ją założyć, Gaëlle przemawiała do psa łagodnie i obiecywała miły spacer.

Mieszkała sama i dobrze sobie radziła. W tygodniu przychodziła gosposia, ale obiady gotowała sobie sama, a kiedy tylko mogła, wychodziła z przyjaciółmi. Siedem lat temu, gdy skończyła osiemdziesiąt osiem lat, w końcu niechętnie przeszła na emeryturę. Kochała swoją pracę kuratora w małym, ale znamienitym muzeum, pomagała je zakładać i była mu oddana przez prawie pięćdziesiąt lat.

Chodziła na wszystkie ważne paryskie wystawy, zwykle ze swoją o dziesięć lat młodszą przyjaciółką Louise. Louise miała córkę w Indiach i syna w Brazylii, dlatego ceniła sobie towarzystwo Gaëlle; przyjaźniły się od pięćdziesięciu siedmiu lat, odkąd Gaëlle wróciła do Francji po szesnastu latach spędzonych w Nowym Jorku. Louise była sponsorem muzeum, gdy Gaëlle pomagała przy jego zakładaniu i tak się zaprzyjaźniły.

Gaëlle miała dwie córki, jedną w Nowym Jorku, a drugą w Paryżu, i troje wnuków. Miała więcej szczęścia od Louise – jej rodzina była blisko. Louise widywała dzieci i wnuki tylko raz do roku, gdy jechała je odwiedzić, ale mimo to była wesoła i pogodna. Jej mąż pracował kiedyś w korpusie dyplomatycznym i w młodości też mieszkali za granicą.

Starsza córka Gaëlle była w Nowym Jorku bankierem inwestycyjnym i czarodziejem finansów, jak jej zmarły ojciec. Młodsza, Daphne, lekarz położnik, miała męża kardiologa i kochała swoją pracę tak jak on. Byli zapracowani, ale nalegali, żeby Gaëlle wpadała do nich w każdej chwili. Ona jednak zawsze mówiła, że nie chce im przeszkadzać. Na szczęście miała dość własnych zajęć i przyjaciół, na ogół młodszych, bo niewielu ludzi w jej wieku było tak aktywnych i ciągle tak ciekawych świata.

Jej wnuczka, Delphine, była dziennikarką, młodszy brat Delphine studiował medycynę, chciał tak jak rodzice zostać lekarzem, najmłodszy wnuk był w paryskiej Wyższej Szkole Handlowej, najlepszej takiej uczelni. Gaëlle była z nich wszystkich dumna.

Razem z Louise dobrze się bawiły, planowały rozrywki i wypady – czasami wyskakiwały na weekend zobaczyć wystawę w Rzymie, operę w Wiedniu, jakieś wydarzenie kulturalne w Londynie czy w Madrycie albo przejść się promenadą w Deauville. Życie Gaëlle wciąż było ciekawe, czasem ciekawsze niż życie jej młodszych znajomych.

Pewnym krokiem szła w stronę rue de Varenne, do Louise, z Josephine na smyczy. Zawsze cieszyła się na Nowy Rok, mawiała, że ma na co czekać. Miała pozytywne podejście do życia, chciała żyć teraźniejszością, nie przeszłością. Nie lubiła rozpamiętywać tego, co za nią, wolała patrzeć przed siebie.

Wciąż była szczupła, na bieżąco z modą, choć ubierała się klasycznie i odpowiednio do wieku. W jej stylu i sposobie noszenia się było coś na wskroś francuskiego, chociaż szesnaście lat spędziła w Stanach. Była paryżanką z krwi i kości.

Minęła Muzeum Rodina i Matignon i zatrzymała się przed domem z ciężkimi lśniącymi drzwiami w kolorze ciemnej zieleni. Louise mieszkała w jednym z monumentalnych osiemnastowiecznych domów z wewnętrznym dziedzińcem i powozownią, przebudowaną na garaże. Dom był elegancki, ogród zadbany. Gdy Gaëlle zapukała mosiężną kołatką, otworzył jej portier i grzecznie przywitał. Weszła po schodach, zadzwoniła. Drzwi otworzyła gosposia. Gaëlle zostawiła płaszcz w holu, rozpięła smycz Josephine, a pies wbiegł do salonu, w którym Louise siedziała przy kominku z modnie ostrzyżonym białym pekińczykiem Fifi. Psy ucieszyły się na swój widok i zaczęły się bawić, a Louise uśmiechnęła się promiennie, gdy do salonu weszła Gaëlle.

– Szczęśliwego Nowego Roku! – przywitała Gaëlle przyjaciółkę, pochyliła się, dała jej buziaka i usiadła w wygodnym fotelu obok niej. Na tych dwóch fotelach spędziły przed kominkiem niejedno przyjemne popołudnie i wieczór, rozmawiając o muzeum, dzieciach albo najświeższych planach.

– Gratuluję! – odpowiedziała Louise. Była wyraźnie zadowolona.

– Czego? – Gaëlle wyglądała na zaskoczoną, nie miała pojęcia, o co chodzi. – Tego, że mam na karku dziewięćdziesiąt pięć lat i dożyłam kolejnego Nowego Roku? – spytała, śmiejąc się. – W takim razie ja też ci gratuluję. – Louise miała dopiero osiemdziesiąt pięć lat. Wiek było widać po niej bardziej niż po Gaëlle, była niższa i pełniejsza, miała ciepły, babciny wygląd, ale również była pełna życia, dlatego lubiły ze sobą przebywać. Psy goniły się po pokoju, Josephine porwała jedną z zabawek Fifi.

– Nie czytałaś gazety? – spytała Louise. Była to pierwsza rzecz, jaką codziennie robiła. Obie wiedziały, co się dzieje na świecie, były dobrze poinformowane. Czytały najnowsze książki i pożyczały je sobie. Daphne zawsze mówiła, że mama ją zawstydza, bo ona nie miała czasu czytać powieści, jedynie medyczne czasopisma. Gaëlle czytała namiętnie, podobnie jak Louise.

– Nie cierpię czytać gazet przy śniadaniu – stwierdziła Gaëlle. – To mnie przygnębia, te wszystkie tragedie, zbrodnie przeciwko ludzkości i klęski żywiołowe. Nie zawracałam sobie tym dzisiaj głowy.

– A powinnaś była – skwitowała tajemniczo Louise, wyraźnie ucieszona.

– Czyżby prezydent miał kolejny romans? Przegapiłam najnowszy skandal? – spytała Gaëlle z rozbawieniem.

– Nie, kochana – odparła czule Louise. – W takim razie, szczególnie mi miło, że pierwsza ci gratuluję, kawalerze Orderu.

Gaëlle przyglądała jej się przez chwilę w milczeniu. Nie mogła w to uwierzyć.

– Nie mówisz poważnie. Niemożliwe. Biedna Delphine latami zadręczała kapitułę, ale nigdy nie myślałam, że to możliwe.

Louise wiedziała, że Gaëlle jako nastolatka pracowała dla ruchu oporu i w czasie wojny bohatersko ryzykowała życiem. Później została fałszywie oskarżona o kolaborację z Niemcami. Ten cień snuł się za nią przez całe życie; jej wnuczka odważnie walczyła, żeby go rozproszyć i oczyścić jej imię. W końcu jej się udało.

– No, wreszcie cię zrehabilitowali. Delphine jakoś ich przekonała. Zdobędziesz zaszczyt i uznanie, zasługujesz na nie. – Louise była z niej dumna. Gaëlle wiedziała, że Delphine z pewnością jest w siódmym niebie.

– Skąd wiesz, że to nieprawda, co się mówiło? – spytała ze smutkiem Gaëlle. Cofnęła się pamięcią do tamtych lat. – Może cię okłamywałam?

– Nigdy nie wątpiłam w to, co mi powiedziałaś. Znam cię. Doczekałaś się sprawiedliwości, Gaëlle. Za wszystko, co zrobiłaś.

Gaëlle siedziała w milczeniu. Przez chwilę wpatrywała się w kominek, a potem spojrzała na przyjaciółkę.

– To było tak dawno. Jakie może teraz mieć znaczenie? Ja zawsze znałam prawdę. Nie mogłam uratować ani zmienić życia tylu ludzi… – Na przykład Rebeka, pomyślała. Wszystko zaczęło się od Rebeki, przyjaciółki, którą straciła, kiedy miały siedemnaście lat. Nadal w małym skórzanym pudełku na biurku trzymała jej wstążkę do włosów, patrzyła na nią od czasu do czasu… Rebeka… Jej ukochana przyjaciółka.

– Powinnam zadzwonić do Delphine i jej podziękować – powiedziała w końcu z melancholią w głosie. – Ciężko nad tym pracowała.

Louise widziała, że jest przejęta nowiną. Delikatnie wyciągnęła rękę i pogłaskała jej dłoń.

– Zasługujesz na to, Gaëlle – powtórzyła z przekonaniem. – Nie możesz czuć się winna. Zrobiłaś, co mogłaś, dla nich wszystkich.

Gaëlle kiwnęła głową, pogrążona w myślach. Marzyła tylko o tym, żeby to była prawda.

2

W grudniu 1940 roku, sześć miesięcy po tym, jak Niemcy zajęli Francję, Gaëlle de Barbet od kilku tygodni miała szesnaście lat. Mieszkała z rodzicami w rodzinnym château w Valencin pod Lyonem. Jej o dwa lata starszy brat, Thomas, studiował na paryskiej politechnice.

Od piętnastu miesięcy, odkąd zaczęła się wojna, żyło się ciężko – brakowało jedzenia, a okupacja była dla wszystkich okropna. Jej brat pisał, że w Paryżu pełno jest niemieckich żołnierzy i oficerów. Zmuszali paryżan do przestrzegania surowych zasad, od ósmej obowiązywała wszystkich godzina policyjna. Ciągle sprawdzano dokumenty – każdy, kto skończył szesnaście lat, musiał nosić przy sobie dowód osobisty, a dwa miesiące wcześniej, w październiku, dekret o nazwie „Status ludności żydowskiej” jasno określił stanowisko okupanta wobec Żydów. Francuscy Żydzi w większości stracili pracę, zostali wydaleni z wojska i z posad rządowych. Żydowskich dziennikarzy zwolniono, obowiązywał zakaz wykonywania wolnych zawodów. Wielu żydowskich studentów wydalono z uczelni, wielu Żydów bez powodu aresztowano, byli niemile widziani. Pod miastami wyrastały obozy, w których przetrzymywano żydowskie rodziny; ich firmy i domy przejęli Niemcy. W miastach panowała atmosfera strachu i niepokoju, mniej odczuwalna w Lyonie, gdzie nie prześladowano Żydów aż tak jak w Paryżu, jak informował brat Gaëlle. Ojciec surowo ją przestrzegał, żeby ze szkoły wracała prosto do domu, nie rozmawiała z żołnierzami, choć z jej dokumentów wynikało, że jest katoliczką. Byli arystokratami, mieszkali w tej okolicy od trzystu lat i armia okupanta ich nie zaczepiała. Ojciec nadal nadzorował posiadłość i dzierżawione folwarki. Bogatszych Żydów z Lyonu do tej pory nie tknięto, ale ojciec powiedział Gaëlle, że Żydzi powinni być na tyle mądrzy, żeby wyjechać, zanim zaczną się kłopoty. Wszystko to wydawało się nierealne, ciężko było w to uwierzyć, skoro znajome żydowskie rodziny nie doświadczyły żadnych nieprzyjemności.

Najlepszą przyjaciółką Gaëlle była Rebeka Feldmann. Jej ojciec był najbogatszym i najbardziej szanowanym miejscowym bankierem. Rodzina Feldmannów pochodziła z Niemiec, mieszkali w Lyonie od trzech pokoleń i nie mieli się czego obawiać, w każdym razie tak im się wydawało. Gaëlle powtórzyła Rebece, co mówi jej ojciec, a ona odparła, że jej rodzice też o tym rozmawiali, ale ojciec się nie martwi. Kilku niemieckich oficerów zdeponowało nawet pieniądze w jego banku. Doszły ich jednak pogłoski o tym, że biedniejsze żydowskie rodziny wypędzano z domów do innych miast i o obozach w okolicy. Żadna z dziewczynek nie słyszała, żeby kogoś tam zesłano, na razie krążyły tylko słuchy i pogłoski.

Nie było tajemnicą, że Feldmannom wiodło się o wiele lepiej niż Barbetom, których fortuna z roku na rok powoli się kurczyła. Gaëlle podsłuchała, jak ojciec mówił, że mają dużo ziemi, mało pieniędzy, ale niczego im nie brakuje. Ich château był jednym z najstarszych i najokazalszych w okolicy. Rodzice Gaëlle, poza ostrzeżeniem, żeby nie rozmawiała z żołnierzami, nie ograniczali jej. Nadal codziennie jeździła rowerem do szkoły i zatrzymywała się po drodze u Rebeki. Zawsze starała się mieć tyle czasu, żeby spędzić parę minut w kuchni Feldmannów, gdzie kucharka i dwie pokojówki podawały im świeżo upieczone rogaliki, brioszki i bułeczki nadziewane czekoladą. Była to ulubiona pora dnia dla Gaëlle. Sympatyczna kucharka zawsze dawała im kilka bułeczek do szkoły. Dziewczynki przyjaźniły się od przedszkola. Rebeka miała dwóch młodszych braci, dwunasto– i czternastoletniego, i pięcioletnią siostrę Lotte. Rebeka uważała ją za nieznośną, ale Gaëlle kochała ją od niemowlaka, a i Lotte kochała ją. Bracia chodzili do tej samej szkoły, co one. Feldmannowie mieli wielki dom, nie tak duży jak château Barbetów, ale o wiele bardziej elegancki, z pięknymi meblami i obrazami. Matka Rebeki kupowała luksusowe ubrania w Paryżu, nosiła biżuterię i futra. Gaëlle uwielbiała ich odwiedzać, zawsze czuła się u nich mile widziana. Jej matka była nieśmiała, bardziej powściągliwa i nieco szorstka; Gaëlle lepiej się czuła u Rebeki niż we własnym domu. Zanim Thomas wyjechał na studia, lubił droczyć się z dziewczynkami, ale w ciągu roku spoważniał. Żył okupacją, godzinami rozmawiał o niej z ojcem, kiedy przyjeżdżał do domu. Gaëlle traktował jak dziecko i spędzał z nią niewiele czasu. Dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem, w drodze do szkoły, podjechała do domu Rebeki. Gdy znalazła się za zakrętem, zza którego widać było dom, dostrzegła dwie policyjne ciężarówki i tabun żandarmów. Zwolniła, żeby zobaczyć, co się dzieje, zanim podjedzie bliżej, i widziała, jak dwóch policjantów wyciąga z domu ojca Rebeki, a dwóch innych jego żonę, ściskającą za rączkę pięcioletnią przerażoną i zapłakaną Lotte. Chłopców zepchnęli ze schodów – wylądowali na pupie na dole, dwaj inni żandarmi wsadzili ich do jednego z samochodów. A potem zobaczyła Rebekę, jej rozwiane długie jasne włosy, których nie zdążyła spleść, i to, jak jeden z żołnierzy wrzuca ją do samochodu jak szmacianą lalkę. Była drobna, włosy miała tego samego koloru, co Gaëlle. W szkole często mówili, że wyglądają jak siostry, choć Gaëlle była trochę wyższa. W pewnej chwili, oczy Rebeki napotkały wzrok Gaëlle, potem żandarm wciągnął ją do ciężarówki i zniknęła. Gaëlle zobaczyła, jak jeden z mężczyzn ściąga elegancki homburg z głowy pana Feldmanna, rzuca go na ziemię i zgniata butem. Usłyszała jak mówi:

– Nie będzie panu potrzebny tam, dokąd pan jedzie.

Gaëlle dudniło serce. Przyglądała się tej scenie z przerażeniem i nie miała odwagi podejść. Chwilę później zobaczyła, jak ciężarówka odjeżdża, a za nią samochód komendanta policji. Chciała za nimi pojechać, ale wiedziała, że nie może. Nie mogła pojąć, dlaczego to francuscy żandarmi i policjanci wypędzają ich z domu. Nie robili tego niemieccy żołnierze, ale rodacy. Chwilę później z płaczem podjechała na rowerze do domu i tylnymi schodami wbiegła do kuchni. Kucharka i obie pokojówki wyglądały na przerażone, z piekarnika unosił się zapach przypalanych smakowitości, nikt się nie ruszał.

– Co się stało? Dokąd ich zabierają? – krzyknęła Gaëlle, szlochając, a kucharka odwróciła się do niej z furią.

– Wynoś się stąd! Ale już! Nie masz tu czego szukać! Uciekaj! – Wskazała drzwi. Odzywała się do niej jak nigdy wcześniej. Gaëlle widziała, że pokojówki płaczą. Powiedziano im, że zostaną aresztowane za to, że pracują dla Żydów, jeżeli natychmiast nie opuszczą domu; żandarmi zapowiedzieli, że wrócą. Słychać było odgłosy pośpiesznych kroków na schodach, pozostałe pokojówki się pakowały.

– Dokąd ich zabrali? – spytała Gaëlle kucharkę. Była zrozpaczona.

– Nie wiem… Pewnie do obozu. Dawno powinni byli wyjechać. – Wyglądała na roztrzęsioną, ale zrobiła się nieco łagodniejsza dla Gaëlle niż w pierwszej chwili. – Idź już i nie wracaj. Żandarmi powiedzieli, że po południu dom przejmują Niemcy. Feldmannowie nie wrócą.

– Muszę ją odnaleźć. – Gaëlle była rozgorączkowana.

– Nie, nie musisz. – Przysadzista kobieta chwyciła ją mocno za ramiona i potrząsnęła nią. – Daj spokój. Nie pozwolą ci jej zobaczyć.

– Jak mogą ich tak traktować? – Gaëlle zanosiła się od płaczu, gdy kucharka, zawsze dla niej taka miła, pchała ją ku drzwiom.

– To Żydzi. Zapomnij, że ich znasz. Możesz się przez to tylko nabawić kłopotów. Idź już… – Zdecydowanym ruchem wypchnęła ją za drzwi i zamknęła je za nią na klucz. Gaëlle z trudem zeszła po schodach, wzięła rower i odjechała. Była wstrząśnięta, martwiła się o przyjaciółkę. Policja obeszła się z nimi tak bezdusznie, jakby na samochód wrzucali śmieci. Gaëlle nie miała pojęcia, dokąd ich zabrali. Po drodze do szkoły ze zdenerwowania dwa razy spadła z roweru, podarła sukienkę i spóźniła się. Z zadrapaną ręką i rozbitym kolanem wyglądała jak siedem nieszczęść.

– Co ci się stało? – spytał chłopiec, którego nigdy nie lubiła, gdy weszła kuśtykając do klasy.

– Miałam po drodze wypadek. – Nie chciała opowiadać o tym, co się stało z Feldmannami. Nikomu już nie ufała. W jednej chwili wszystko się zmieniło.

– Gdzie Rebeka? – spytał, ale nie odpowiedziała.

– Nie wiem – mruknęła przez ramię. – Może jest chora. – Albo martwa, pomyślała z przerażeniem. Musiała ją odnaleźć, nie bacząc na to, co powiedziała kucharka. Nie miała zamiaru zapomnieć o niej, ani o nikim z jej rodziny. Dokądkolwiek ich zawieźli, musi ich odnaleźć.

Cały dzień przesiedziała w szkole jak ogłuszona, potem wzięła rower, pojechała do domu i poszła szukać ojca. Wracał właśnie ze stajni, prowadził kulawego konia. Przejeżdżała obok domu Feldmannów, widziała samochody żołnierzy i oficera, kilku mężczyzn wnosiło kufry i walizki. Wprowadzali się.

Opowiedziała ojcu, co się stało rano, a on słuchał ze zmarszczonym czołem.

– Widział cię tam ktoś? Chodzi mi o żołnierzy? – spytał oschle.

– Nie, zaczekałam, aż odjadą. – Nie powiedziała mu, że widziała ją Rebeka i że ich spojrzenia na chwilę się spotkały, zanim wrzucono ją do samochodu. – Potem weszłam do środka i porozmawiałam z kucharką. Nie wiedziała, dokąd ich zabrali.

– Do obozu – powiedział z przekonaniem. On też był wyraźnie wstrząśnięty. Obawiał się tego. Słyszał, że takie rzeczy działy się w Paryżu, ale w Lyonie ani w okolicy do tej pory nic podobnego nie miało miejsca. Skoro zabierają ludzi takich jak Feldmannowie, żaden Żyd nie jest bezpieczny. – Nie chcę, żebyś wracała do tego domu, nie próbuj jej szukać. Nie możesz do niej pojechać, Gaëlle. Jasne? I tak niczego się nie dowiesz. Niebezpiecznie jest nawet pytać.

– Muszę ją odnaleźć, tato – powiedziała żałośnie Gaëlle.

– Nie! – krzyknął. – Idź do swojego pokoju.

Z płaczem weszła do domu i położyła się do łóżka. Potworna scena, którą widziała rano, przewijała się bez przerwy w jej głowie. Matka była dla niej dziś równie surowa. Wiedziała, jak bardzo dziewczynki się kochają, ale trzeba było o tym zapomnieć. Gdyby Gaëlle uparła się, żeby odnaleźć Rebekę, mogła napytać im wszystkim biedy.

– Obiecaj, że nie będziesz próbowała jej szukać. – Matka wyglądała na bladą i chorą. Nie znała Feldmannów za dobrze, jedynie ze szkoły, ale nie miała wątpliwości, że znajomość z nimi stała się niebezpieczna. Skoro ich zabrali, można się było domyślać, że wyślą ich do obozu dla Żydów, może nawet do obozu pracy, pewnie w Niemczech albo na Wschodzie. Na razie schwytanych Żydów przetrzymywano we Francji, krążyły jednak słuchy, że czeka ich coś znacznie gorszego.

Gaëlle nie chciała zejść na kolację. Rodzice zmusili ją, ale nie mogła jeść. Następnego dnia nie było lekcji, została więc w łóżku i rozmyślała o Rebece. Dwa dni później usłyszała, jak dwaj najemni rolnicy ojca rozmawiali o tym, że tydzień wcześniej schwytano Żydów i przewieziono do obozu Chambaran w Vienne, pięćdziesiąt pięć kilometrów na południe od Lyonu, siedemnaście kilometrów od Valencin. Gaëlle poczuła, że to sam Bóg daje jej te informacje. Nazajutrz, zamiast pojechać na rowerze do szkoły, prawie dwie godziny jechała bocznymi wiejskimi drogami, póki nie zobaczyła obozu, którego nigdy wcześniej nie widziała. Był to rozległy teren, ogrodzony wysokim metalowym i drewnianym płotem, z barakami, namiotami i długą stajnią albo stodołami. Widziała, jak ludzie z dobytkiem wchodzą do nich i z nich wychodzą. Mężczyzn, kobiety i dzieci w różnym wieku pilnowali strażnicy z bronią, ale nie było ich tylu, ilu się obawiała. Nie zauważyła psów ani żołnierzy, ani wież strażniczych. Poczuła ulgę.

Pojechała dalej wyboistą drogą. Nikt jej nie zauważył. W pewnym miejscu wąska ścieżka zbliżała się do płotu. Gaëlle stanęła i obserwowała obóz. Po chwili jakimś cudem dostrzegła Michela, jednego z braci Rebeki. Pomachała mu, zauważył ją i podszedł do ogrodzenia.

– Co ty tu robisz? – spytał zdumiony.

– Przyjechałam zobaczyć, jak się macie. Gdzie Rebeka?

Uśmiechnął się do znajomej dziewczyny z długimi jasnymi warkoczami, chociaż w domu uwielbiał ją drażnić i dręczyć.

– Jest w środku, z mamą i Lotte. Tacie udało się ukryć trochę pieniędzy, zapłacił komuś, żebyśmy dostali miejsce w stodole. Na dworze jest w nocy potwornie zimno. – Zbliżały się święta, ziemia była przemarznięta.

– Mogę ją zobaczyć? – spytała zdenerwowana Gaëlle.

– Oszalałaś. Jak cię złapią, zamkną cię z nami.

– Nie zamkną. Nie jestem Żydówką – powiedziała rozsądnie, a on skinął głową i obiecał, że powie siostrze, że tu jest.

Czekała dziesięć minut. Zastanawiała się, czy Michel wróci, aż nagle zobaczyła Rebekę w cienkiej sukience bez płaszcza. Nie zdążyła go włożyć, gdy ich zabierali. Tylko ojciec wziął ze sobą palto, ale po przyjeździe do obozu oddał je żonie; Lotte kuliła się pod nim w stajni razem z matką. Chłopcy mieli na sobie swetry, a Rebeka tylko wełnianą sukienkę, w której miała iść do szkoły. Trzęsła się, gdy podchodziła do płotu, zdumiona widokiem Gaëlle. Myślała, że brat chce jej zrobić żart, kiedy powiedział, że ona tu jest.

– Nie powinnaś tu przyjeżdżać – powiedziała. Widać było, że jest przerażona. Gaëlle szybko zdjęła płaszcz i przecisnęła go przez siatkę. Upadł na ziemię, Rebeka go podniosła. – Rozchorujesz się – zaprotestowała. Czuła się winna, że go bierze, ale był ciepły i ucieszyła się, że go ma.

– Włóż – nalegała Gaëlle. Ich spojrzenia się spotkały, było w nich wszystko, co do siebie czuły. – Nie bądź głupia. Tobie jest bardziej potrzebny niż mnie. Przyjadę jutro – obiecała.

– A jak cię złapią? – spytała Rebeka z trwogą.

– Nie złapią, kocham cię, głuptasie – powiedziała Gaëlle, a Rebeka się uśmiechnęła.

– To ty jesteś głupia, że tu przyjechałaś. Ja też cię kocham. Jedź, żeby cię nie złapali. – W płaszczu drżała mniej.

– Do zobaczenia jutro. – Gaëlle uśmiechnęła się i wsiadła na rower.

– Nic nie szkodzi, jak nie przyjedziesz – rzekła Rebeka z nadzieją, że przyjaciółka jednak przyjedzie.

Gaëlle zawróciła i odjechała. Starała się nie zwracać na siebie uwagi, ale nikt jej nie zauważył.

Do domu wracała dwie godziny, a kiedy dojechała, trzęsła się z zimna. Poszła do swojego pokoju, żeby nikt nie zdążył zobaczyć, że jest bez płaszcza. W nocy zakradła się na strych, żeby znaleźć swoje stare ubrania i następnego dnia zawieźć płaszcz Lotte. Znalazła taki, który powinien być dobry, zwinęła go najmocniej jak się dało, żeby zmieścił się do koszyka na rowerze. Płaszcz był z czarnego aksamitu z gronostajowym kołnierzem, Gaëlle pamiętała, że miała go na sobie dawno temu w Boże Narodzenie, jeszcze za życia babci, która przyjechała do nich w odwiedziny.

Przy kolacji była milcząca, ale rodzice chyba nie zwrócili na to uwagi. Nie było zbyt wielu tematów do rozmów, wszystkie wiadomości były złe. Matka dostała list od Thomasa, prawie cały zamazany przez cenzorów, ale powiedziała, że wynika z niego, że wszystko jest w porządku.

Następnego dnia Gaëlle zamiast do szkoły znów pojechała do przyjaciółki. Rebeka czekała na zewnątrz, obserwując płot i podeszła, gdy tylko zobaczyła nadjeżdżającą Gaëlle, która zatrzymała się pod drzewem. Wzięła płaszcz dla Lotte, Gaëlle dała jej też parę jabłek, batoników czekoladowych i kilka kromek chleba zawiniętych w serwetkę, na wypadek gdyby byli głodni. Nie odważyła się zabrać więcej. Rebeka z wdzięcznością wzięła jedzenie. Miała na sobie płaszcz Gaëlle, o wiele na nią za długi, powiedziała, że warunki w obozie są potworne, ludzie chorują, jest im zimno i mają za mało jedzenia. Dostawali tylko zupę, czerstwy chleb i trochę warzyw, bili się o jedzenie. Nie było gdzie się myć, mieli tu tylko wychodki, w dodatku niewiele. Znali kilka rodzin, które spotkali w obozie. Dwie pracownice jej ojca były zdumione, gdy się dowiedziały, że Feldmannowie też się tu znaleźli. Zrozumiały, że sytuacja jest naprawdę zła.

Od tej pory Gaëlle codziennie prosto po szkole jechała do obozu. Przestała jeść drugie śniadanie i wszystko zawoziła Rebece. Do domu wracała codziennie tuż przed kolacją, matce mówiła, że musi dłużej zostawać w szkole, pomagać przy młodszych dzieciach i sprzątać, a matka jej wierzyła. Jeździła wiernie każdego dnia, z wyjątkiem Bożego Narodzenia i jednego tygodnia w lutym, kiedy zachorowała na grypę. Jakimś cudem żaden z obozowych strażników nigdy jej nie zauważył. Było ich niewielu, na ogół młodzi. W obozie przetrzymywano głównie rodziny z dziećmi, strażnicy nie wykazywali więc zbytniej czujności, uwagę skupiali na kręcących się po obozie ludziach, nie na płocie. Gaëlle odwiedzała Rebekę już od pięciu miesięcy, kiedy w maju po raz pierwszy zauważył ją strażnik. Właśnie podała jej jasnoniebieską wstążkę, w tym samym odcieniu, co ich oczy – obie miały takie same, podobnie jak jasne włosy. Wstążka zahaczyła się o płot, kiedy Rebeka ją chwytała, mały kawałek zaczepił się o drut kolczasty. Gaëlle zerwała go i schowała do kieszeni, a wtedy strażnik krzyknął, że ma stać. Zamarła.

– Ej! Co ty tu robisz? – Skierował broń w dół. Starał się, żeby jego ton brzmiał poważnie.

Był niewiele starszy od nich, mogłyby go znać ze szkoły.

– Zatrzymałam się, żeby zapytać, co to jest – powiedziała niewinnie, uśmiechając się do niego. Wydawało jej się, że serce za chwilę wyskoczy jej z piersi, tak mocno łomotało.

– Obóz letni dla rodzin – odpowiedział, uśmiechając się do niej. Była ładna, tak jak Rebeka, ale na nią nie zwracał uwagi, bo wiedział, że jest Żydówką. – Mieszkasz niedaleko?

Kiwnęła głową, a on znów skierował broń w dół, na ścieżkę.

– Jedź do domu. Nie masz tu czego szukać, to miejsce dla biednych. Przyjeżdżają z miast, żeby zażyć świeżego powietrza.

Gaëlle starała się mieć taką minę, jakby mu wierzyła. Ruszyła drogą, nie oglądając się na Rebekę, ale usłyszała, jak strażnik surowym tonem kazał jej wracać do stajni. Niebezpiecznie było się oglądać, nie zrobiła tego. Zatrzymała się, żeby złapać oddech i uspokoić się, dopiero wtedy, gdy już nie było widać obozu. Wyciągnęła z kieszeni kawałek błękitnej wstążki, trzymała go przez chwilę i myślała o Rebece. Cieszyła się, że nie stało się nic gorszego. Nie mogła uwierzyć, że Feldmannowie siedzą tam już od pięciu miesięcy. Przez cały ten czas przyjeżdżali następni Żydzi, ale nigdzie ich nie wysyłano, trzymano ich po prostu w obozie. Rebeka powiedziała, że krążą pogłoski, że mają zostać przeniesieni, ale na razie nic takiego się nie stało. Ojciec Rebeki próbował spotkać się z komendantem, żeby się dowiedzieć, dokąd ich przeniosą, ale ten nie chciał go widzieć. Do czerwca w obozie było już kilka tysięcy osób. Gaëlle i inni zauważyli, że ze szkoły zniknęło kilku kolegów. Żydowskie rodziny wyparowywały jedna po drugiej, nikt nie mówił, co się z nimi stało. Pewności nikt nie miał, a pytać było niebezpiecznie.

Tego lata dowódca miejscowej jednostki niemieckiej przejął château. Matka Gaëlle zaprowadziła ją do łóżka, jak tylko się o tym dowiedzieli, a ojciec raz jeszcze ostrzegł ją, żeby trzymała się z daleka od żołnierzy. Gdy żołnierze się wprowadzili, Barbetowie zostali przeniesieni na górę do pomieszczeń dla służby na poddaszu, oficerowie zajęli ich pokoje na dole. Służący pracowali teraz dla oficerów i żołnierzy. Barbetowie mogli schodzić na dół w nocy, żeby przygotować sobie posiłek. Agathe, matka Gaëlle, prawie w ogóle nie wychodziła z pokoju. Nerwy miała zszargane od życia w ciągłym strachu, pod jednym dachem z okupantami.

Dowódca był uprzejmy, a Gaëlle, zgodnie z zaleceniami ojca, większość czasu spędzała na górze, chyba że jechała do szkoły albo do Rebeki, a jeździła do niej prawie codziennie. Kiedy zrobiło się cieplej, przywiozła kilka bawełnianych sukienek dla niej i dla Lotte. Rebeka mówiła, że jej matka ciągle płacze i od zimy ma uporczywy kaszel. Pana Feldmanna i innych mężczyzn zmuszono do wydawania jedzenia i sprzątania wychodków. Ciężko było to sobie wyobrazić. Gaëlle wiedziała, że w domu Feldmannów również mieszkają niemieccy oficerowie. Ci z château przynajmniej na razie byli dla nich mili. Jeden zostawił dla niej czekoladki w kuchni, ale jej ojciec Raphaël nie pozwolił zabrać ich na górę. Dużo czasu spędzał teraz poza domem, jeździł do dzierżawców na folwarki. Mówił, że musi im pomagać w pracy, bo brakuje ludzi. Czuł ulgę, że dowódca panuje nad swoimi żołnierzami. Jak dotąd żaden nie zaczepiał Gaëlle.

Lato było długie i gorące, Gaëlle jeździła do Rebeki, kiedy tylko mogła, ale Agathe często chorowała i Gaëlle musiała zostawać, żeby jej pomagać. Rebeka mówiła, że jej mama też cały czas choruje, jak wielu ludzi w obozie. Było kilku lekarzy, ale brakowało leków. Gaëlle zauważyła, że Rebeka bardzo schudła, zostały skóra i kości. Cały czas nosiła niebieską wstążkę. Gaëlle przywiozła jej też czerwoną, ale ona wolała błękitną, tę, której skrawek Gaëlle miała w domu, w szufladzie.

We wrześniu Gaëlle poszła do ostatniej klasy. W czerwcu przyszłego roku czekała ją matura, a potem, jesienią, miała wyjechać na studia do Paryża, ojciec jednak już jej zapowiedział, że nie pojedzie. Nie chciał puścić jej samej do stolicy pełnej niemieckich żołnierzy. Dość miał zmartwienia z Thomasem, który tam mieszkał, mowy nie było, żeby puścił do Paryża dziewczynę. Powiedział, że ze studiami będzie musiała zaczekać, aż skończy się okupacja, że jest potrzebna w domu do opieki nad matką. Thomas przyjechał do nich tylko raz, w sierpniu, na dwa tygodnie, a potem wrócił do Paryża. Pracował w restauracji, żeby częściowo pokryć swoje wydatki. Barbetowie nie zarabiali, bo wszystkie plony, które zwykle szły na sprzedaż, rekwirowali Niemcy, więc nie mieli co sprzedawać, ledwie byli w stanie sami się wyżywić. Ich gosposia, Apolline, czasami odkładała dla nich resztki oficerskich posiłków, chowała je w kredensie, ale jedzenia zawsze było za mało i z dnia na dzień chudli.

W obozie warunki się pogorszyły – wróciły chłody, zima była ostra i wcześnie zaczął padać śnieg. W grudniu mijał rok, odkąd Feldmannowie znaleźli się tutaj. Wydawało się, że to cała wieczność, krążyły pogłoski, że zatrzymanych czeka wywózka, ale na razie nic się nie zmieniło. W obozie żyło wtedy w potwornych warunkach pięć tysięcy ludzi. Niektórych przysłano z Paryża i z Marsylii; w okolicy jak grzyby po deszczu powstawały podobne, bo coraz więcej Żydów wypędzano z domów, wyrywano z codziennego życia i kierowano do obozów, w których czekali na przeniesienie do obozów pracy. Ich ostateczny los nadal był nieznany i dla wszystkich był źródłem niepokoju.

Dziewczynki miały już wtedy siedemnaście lat. Któregoś dnia Rebeka spytała Gaëlle, czy jej zdaniem życie będzie jeszcze kiedyś normalne, a ta zapewniła, że tak. Tyle dobrego, że nikt z Feldmannów nie zachorował poważnie i nigdzie ich nie wywieziono.

Gaëlle zaczynała myśleć, że może po prostu będą ich tu trzymać. Mogła odwiedzać Rebekę prawie codziennie, bo w obozie było teraz tylu ludzi, że strażnicy zwracali na ogrodzenie jeszcze mniejszą uwagę. W ciepłe letnie dni Gaëlle siadała czasami na ziemi, chwytały się z Rebeką za ręce i rozmawiały. Parę razy wyszli się przywitać jej bracia. Rodzice Rebeki nie wiedzieli, że Gaëlle nadal ją odwiedza. Barbetowie też nie. Matki Gaëlle nie obchodziło już wcale to, co się dzieje poza jej pokojem, a ojca nigdy nie było, pochłaniały go sprawy na terenie posiadłości. Gaëlle mogła dzięki temu robić, co chciała.

W marcu 1942 roku, piętnaście miesięcy po tym, jak Feldmannowie znaleźli się w obozie, było jeszcze strasznie zimno. Rebeka była mocno przeziębiona, gdy Gaëlle przyjechała ją odwiedzić, wyglądała, jakby miała gorączkę. Gaëlle pocałowała ją przez płot w policzek i poczuła, że jest rozpalona, chociaż mocno się trzęsła. Dwa dni później Gaëlle też się rozchorowała, widocznie się od niej zaraziła. Matka kazała jej przez tydzień leżeć w łóżku, gosposia przynosiła jej zupę do pokoju na poddaszu. W końcu, gdy tylko poczuła się lepiej, wsiadła na rower, żeby pojechać do obozu. Nadal była słaba, nogi miała jak z waty i jazda zabrała jej więcej czasu niż zwykle. Gdy dojechała na miejsce, z daleka zauważyła, że wszystko wygląda inaczej, ale nie wiedziała, co się stało. Podjechała do ogrodzenia i z przerażeniem stwierdziła, że obóz jest pusty. Więźniowie zniknęli. Nie miała kogo zapytać, dokąd ich przeniesiono. Pewnie do innego obozu w pobliżu, ale nie umiała się tego dowiedzieć. Wyczerpana jazdą stała w milczeniu, wpatrywała się w pustą stodołę i namioty, i z przerażeniem myślała o tym, co się stało z Feldmannami. W końcu odjechała z płaczem, wspominając ostatnie spotkanie z Rebeką, kiedy ją pocałowała. Nie przypuszczała, że to pożegnanie.

W drodze powrotnej wstąpiła do kawiarenki w pierwszej wiosce, poprosiła o kubek herbaty. Było zimno, ona drżała, a kiedy powiedziała, że miała grypę, kobieta, która ją obsługiwała, dała jej herbatę za darmo. Gaëlle od niechcenia zapytała kobietę o obóz, bo po to tam wstąpiła – zależało jej na informacjach, nie na herbacie.

– Co się stało z tymi wszystkimi ludźmi z obozu? – spytała niewinnie, a kobieta zgromiła ją wzrokiem.

– Nie powinnaś o to pytać – powiedziała szeptem. – To tylko Żydzi. Odesłano ich. Zostali wywiezieni w zeszłym tygodniu. Podobno niektórych zaczęli kierować do obozów pracy na Wschodzie. Z Paryża też ich deportują. Krzyż na drogę. Same problemy na nas ściągają. Cieszę się, że ich nie ma. Słyszałam, że niedługo przywiozą nowych, ale nie będą ich już długo trzymać. Wsadzą ich do pociągów i odeślą. Właściwie nie wiem, dlaczego w ogóle zrobili tu obóz. Jest ich za dużo, roznoszą choroby. – Odsunęła się, bo do środka wszedł niemiecki żołnierz, zamówił piwo.

Gaëlle po chwili wstała, podziękowała, odstawiła pusty kubek na ladę i odjechała.