Nagrobek z lastryko - Krzysztof Varga - ebook
Opis

Babcia i dziadek żyli jak pies z kotem. W 2006 roku wydali na świat córkę. Kilkadziesiąt lat później ta powiła bohatera-narratora, lecz bez udziału mężczyzny. Główny bohater już nikogo nie spłodzi. Około roku 2070 przerwie łańcuch nieszczęść, który zwykliśmy nazywać życiem. Ponura logika przedstawia się zatem tak: zła rodzina, pół rodziny, brak rodziny, nicość. To nie jest dobry kierunek - przekonuje Krzysztof Varga w swojej futurystycznej powieść o wydźwięku prorodzinnym. Żart? Bynajmniej! "Nagrobek z lastryko", mimo że jest utworem wielce przewrotnym, został napisany ku rozwadze. W tej powieści spotkały się wszystkie najlepsze cechy pisarstwa Vargi: szlachetna melancholia, głęboka ironia, stylistyczna dyscyplina. ( Dariusz Nowacki)

Tragizm ludzkiej egzystencji, nad którą nieuchronnie wisi chmura ostateczności, metafizyka dziejów ludzkich - to przecież dotyczy każdego z nas - pomyślałem, czytając najnowszą powieść Krzyśka Vargi. "Nagrobek z lastryko", to smutno-piękna, choć nierzadko z humorem napisana książka. Krzysiek skończył z literackim rokendrolem, który zresztą zawsze mi się u niego podobał. Tak jak dawniej - zanurzony w Warszawie, w ludzkich historiach i trochę w punku - teraz staje się megadojrzałym pisarzem. Szacun po trzykroć. ( Muniek Staszczyk)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 427

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z 0.0.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice tel./fax +48 18 353 58 93 e-mail: [email protected], [email protected], [email protected], [email protected], [email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa tel./fax +48 18 351 02 78, tel. +48 18 351 00 70 e-mail: [email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: [email protected], [email protected], [email protected], [email protected]

Dział marketingu: [email protected], [email protected]

Dział sprzedaży: Beata Motyl, MTM Firma ul. Zwrotnicza 6, 01-219 Warszawa tel./fax +48 22 632 83 74 e-mail: [email protected]

Skład: D2D.PL

ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52 e-mail: [email protected]

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA

Portret Autora © by AGATA ENDO NOWICKA

Dziękujemy PDW za wyrażenie zgody na wykorzystanie rysunku

Copyright © by KRZYSZTOF VARGA, 2007

Redakcja MAGDALENA BUDZIŃSKA

Redakcja techniczna ROBERT OLEŚ / design plus

Korekta MAŁGORZATA POŹDZIK / design plus MAŁGORZATA PASZ / design plus

Projekt typograficzny i skład ROBERT OLEŚ / design plus

ISBN 978-83-7536-323-4

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

1

Na tym zdjęciu są moi dziadkowie na wakacjach w Chorwacji w 2005 roku, ponad trzydzieści lat przed moimi narodzinami.

Wtedy wszyscy jeździli na wakacje do Chorwacji, więc nie ma tu żadnej sensacji ani niezwykłości. Byli dwójką zagranicznych turystów pośród ośmiu milionów odwiedzających tamtego lata Chorwację. Z tych ośmiu milionów dwa miliony to byli Polacy, więc dziadkowie za każdym razem, na każdym rogu, gdy tylko słyszeli syczący polski język miotający najgorsze obelgi i najbardziej wulgarne przekleństwa z witalnością katiusz, milkli i wreszcie mieli pretekst, żeby ze sobą nie rozmawiać. Tak lawirowali pomiędzy słowami i ciszą i bywało, że modlili się laicko, aby opatrzność zesłała im polską rodzinę przy stoliku obok w restauracji lub na portowej promenadzie. Mogli wtedy w ciszy znosić te głośne, proste pretensje i wydumane żądania innych Polaków do swoich żon, mężów, dzieci, kelnerów, kucharzy, recepcjonistów, Chorwatów, Włochów i Niemców i porozumiewać się tylko skrzywieniami ust i rozszerzaniem oczu.

Na tym zdjęciu on (letnia koszula Springfield, 129 złotych, lniane spodnie, Galeria Mokotów, 199 złotych, sandały hd, sklep Szuz Szop, 299 złotych, torba Dr. Martens, sklep firmowy na Marszałkowskiej, wyprzedaż, 99.90 złotych) obejmuje ją (top na ramiączkach Jackpot, 59.90 złotych, spódniczka no name z second handu na Chmielnej, 35 złotych, klapki w kwiatki H&M, 19,75 złotych, lakier do paznokci Max Factor, sklep Sephora, 30 złotych, okulary przeciwsłoneczne podróbka Armani, uliczne stoisko pod dworcem Śródmieście, 20 złotych) i spoglądają oboje w obiektyw aparatu „Canon PowerShot A95” (Media Markt, ul. Ostrobramska, 1135 złotych). To zdjęcie jest jedną z siedmiuset dwudziestu milionów pamiątkowych fotografii, jakie w lecie 2005 roku wykonano w Chorwacji za pomocą pięciu milionów trzystu czternastu tysięcy cyfrówek, z czego milion siedemset sześćdziesiąt trzy tysiące dwieście czterdzieści trzy zdjęcia od razu skasowano, a resztę pokazano znajomym po powrocie. Jego atrakcyjność polega na tym, że moi dziadkowie wyglądają na nim na żywych, choć są już trochę martwi. Umrzeć do końca mieli dopiero wiele lat później, ale w tamtym roku zaczęli już nieco gnić. Szczególnie dziadek – jako starszy i bardziej zepsuty.

Zdjęcie zabrałem z mieszkania przy Łowickiej, razem z paroma książkami i kilkoma starymi kompaktami, bo lubię to, co zbędne. Podobają mi się nieorganiczne śmieci, które można przetrzymywać dowolnie długo, bez lęku, że zagnieżdżą się w nich robaki. Lubię utlenione kompakty i zaśniedziałe książki; nie trzeba tracić czasu na słuchanie i czytanie, a jednocześnie coś się posiada, jakieś dobro, choć trochę niwelujące ogrom posiadanego zła. Czyste śmieci, niepotrzebne resztki dawnej nadprodukcji literackiej, muzycznej, fotograficznej, dawnych sztuk masowych i elitarnych.

Zabrałem więc nieco śmieci z tamtego mieszkania i dorzuciłem do tego, co już miałem wcześniej – atlasu samochodowego Europy z końca xx wieku z zaznaczonymi wszystkimi autostradami i tunelami wykutymi w alpejskich skałach, katalogu firmy meblowej IKEA i antologii młodej poezji polskiej, wydanej w Krakowie mniej więcej w tym czasie co katalog IKEI. Jednorazowe produkty, wszystko zupełnie bez wartości, aż miło popatrzeć na okładki, przekartkować ostrożnie, żeby się nie rozpadło. Chyba jedyne zachowane egzemplarze, choć zdaje się, że nie podnosi to ich zerowej wartości rynkowej, bo nie ma antykwariatów i nie istnieją kolekcjonerzy zainteresowani posiadaniem, a więc kupieniem ode mnie atlasu samochodowego Europy, katalogu IKEI i antologii młodej poezji polskiej sprzed ponad siedemdziesięciu lat. Nawet jeśli można się z nich dowiedzieć, jak wyglądała sieć europejskich dróg, ile kosztował kawałek kartonu w paski Sztokholm oraz ładnie pogięty drut o nazwie Uppsala, oraz o czym chciałaby mówić poezja, która nic nie mówi.

Lubię dziwne, absurdalne słowa, które znajduję na wkładkach do płyt i w antologii wierszy. Nie muszę rozumieć – wystarczy, że czuję ich niepojętość, nieprzystawalność i muzealność; gdyby ktoś tytanicznym wysiłkiem zechciał stworzyć muzeum zapomnianych form stylistycznych i rozpoznawalnych kiedyś słów, miałby we mnie wiernego gościa. Strasznie to ciekawe widzieć, jak ludzkość nieudolnie usiłowała oddać swoje proste i głupie myśli, strojąc je w metafory, porównania i neologizmy. Jak bardzo się wysilała, aby z jasnych przekazów stworzyć wstęgi Mobiusa. Trochę szkoda, że nikt już tego nie zbada, nie spróbuje wyjaśnić, czemu pisano tak dużo o samotności, tęsknocie i tym podobnych oczywistościach, używając zupełnie niezrozumiałych słów. Dziwne praktyki miały wtedy miejsce, dziwny to był świat, głupi i tępy, ale czy to dobrze, że się skończył?

Nie lubię rzeczy, które muszę mieć, bo jeśli nawet lubię coś mieć, to nienawidzę musieć. Nie lubię papierosów, od których jestem uzależniony, i moich wyblakłych na słońcu ubrań, bo muszę je nosić; nie znoszę swoich spiętych drutem okularów, na których używanie skazuje mnie niedowidztwo, nienawidzę się golić i równie mocno nienawidzę zarostu. Czuję się brudny, gdy pierwsze włoski cicho i bezboleśnie wybijają spod skóry, odczuwam w sobie śmierdzącość i bezdomność, gdy swędzący zarost ma trzy dni, lecz coraz mocniej przeraża mnie konieczność sięgnięcia po maszynkę. Zdaje się, że jest w tym pewien paradoks, ale zaiste – gównianego ciężaru. Nie mam rzeczy, którą bym naprawdę lubił, a przecież nie mam zbyt wiele. Niestety, większość z nich jest mi niezbędna i dopiero te znaleziska po dziadkach swoją niepotrzebnością choć trochę równoważą konieczną nicość całej reszty.

Zdjęcie z Chorwacji – najpiękniejsza z niepotrzebnych rzeczy, bo pokazuje wspaniałą kobietę i oszalałego mężczyznę połączonych irracjonalnym uczuciem – wisi teraz w kuchni mieszkania na Saskiej Kępie, gdzie się niedawno wprowadziłem. Nie jestem już bezdomny, a jedynie tak się czuję, co zresztą nie ma znaczenia, bo zawsze czułem się beznadziejnie, a z czasem czuję się coraz gorzej. Jestem domny, jak dawni ludzie, mam własne miejsce do stękania, narzekania i umierania. Żyję pośród niemych płyt, książek i zdjęć, zupełnie jak moi dziadkowie, choć nie ma w moim mieszkaniu na ulicy Zwycięzców ani miłości, ani nienawiści, ani nawet zwykłych, neutralnych rozmów o potrzebie kupienia chleba, gazety, papieru toaletowego. Jest we mnie tylko spokój słonia, który wie, co ze sobą zrobić w chwili, gdy zbliża się słoniowa wieczność.

Mieszkam w domu obok knajpy, w której można nielegalnie dostać kartoflany bimber i arabskie papierosy, rzeczy co najmniej przydane, a jeśli chodzi o papierosy – niezbędne. Pierwszy raz w życiu mieszkam koło knajpy i zupełnie nie mam ochoty do niej chodzić, może dlatego że muszę. Przykrość polega na tym, że papierosy w knajpie nie tylko są nielegalne, ale i zabójczo drogie. Knajpa też jest nielegalna i wchodzi się do niej przez pralnię na rogu Zakopiańskiej, mówiąc: „Chciałbym odebrać futro ze sztucznych nutrii”. Oni odpowiadają: „Ależ pan oddawał futro ze sztucznych tchórzy”, na co trzeba rzec: „Ach, pomyliłem się, to było futro ze sztucznych norek”. W każdym razie takie kretyńskie hasło obowiązywało tydzień temu i jeśli właściciele tej pralnianej knajpy, do której nikt nie przynosi ubrań, pościeli, ręczników ani firanek, nie są skrajnymi idiotami, to hasło powinno dziś brzmieć inaczej. „Gdzie mógłbym kupić tabletki na strach?” – pyta konspiracyjnie klient, „A czy boi się pan śmierci?” – pada zwrotne pytanie. „Nie, ja boję się życia” – odpowiadam i wpuszczają mnie dalej, tam gdzie w ciemnościach rozświetlonych czarnymi żarówkami siedzą ludzie, przyciągnięci tu przez strach za włosy, za nogi, za serce; palą papierosy, zapijając bimbrem, a potem piją bimber, zagryzając tytoniowym dymem. Nigdy nie widziałem, żeby ktokolwiek przynosił tu coś do prania, nawet pieniądze, więc chciałbym zobaczyć kogoś, kto w ogóle ma jakieś futro, z czegokolwiek. Kto dźwiga na plecach coś ciężkiego, co nie jest ciągłym lękiem, niepewnością bądź tylko zupełną rezygnacją.

Kłopot w tym, że nie wiem, co zrobię, jeśli rzeczywiście zmienią hasło, a papierosy się skończą. Na dobrą sprawę nie mam nic lepszego do roboty niż palenie. Spokojne zajęcie, które – póki co – bezboleśnie zabija czas. W pewnym momencie zabijanie czasu będzie bardziej boleć, ciało zacznie chudnąć, tłuszcz i mięśnie zamieniać się w tkanki bólu. A przecież jedyne, co jeszcze da się zabić, to czas. Wszystko inne już zostało zabite. Nigdy nie miałem okazji spróbować tych wszystkich zabitych rzeczy. Został mi tylko czas, mogę obżerać się nim do przesytu, jeść go na śniadanie łyżkami jak zupę mleczną, kroić wielkie krwiste steki czasu na obiad, napychać się sandwiczami czasu na kolację i spać potem przez długie, ciężkie godziny, aż kolejny poranek nie postawi mnie przed wyborem, w jakiej formie czas będzie dziś moim posiłkiem.

Czas nie smakuje, ale syci, a to najważniejsze. Miliardy ludzi sprzed lat marzyły o czasie. Wciąż głodni czasu, przejedzeni niedoczasem, zapychali się fast foodami wolnych chwil łapanych w biegu, między jednym zajęciem a drugim. Aby w przyszłości mieć więcej czasu, w teraźniejszości więcej pracowali. Starali się lepiej zarabiać, aby kiedyś móc wydawać pieniądze na mający nadejść czas wolny. Wyczekiwana paruzja czasu jednak nigdy nie następowała. Ponieważ nauczyli się, że wszystko jest do kupienia, sądzili, że czas także sprzedaje się w ładnych pudełkach i pakuje do firmowych toreb, papierowych, bo ekologicznych i eleganckich jednocześnie. Jestem ziszczeniem ich marzeń o wolnym czasie, choć nie mogli wiedzieć, że te marzenia zrealizują się jako nudny horror.

Ja o czasie nie marzyłem, ale mam go w nadmiarze. Nic nie musiałem robić, żeby go dostać. Jakbym dostał w mordę – za darmo i bez pytania, czy chcę. Ale nie chcę w mordę, dlatego wypowiadam po raz kolejny idiotyczną formułę: „Chciałbym odebrać futro ze sztucznych nutrii” i przepłacam za trzy paczki arabskich papierosów, zamiast iść na bazar pięć przecznic stąd i kupić taniej, ale z narażeniem życia. Wolę zabijać czas, niż zostać zabitym, całkiem prosty wybór. Życie postawiło mnie przed prostymi wyborami, chyba powinienem się cieszyć.

To moje pierwsze własne mieszkanie, choć aż się boję tak o nim myśleć. Drżę przed własnością, bo ciężko się ją zostawia. Przyzwyczajony do swoich rzeczy człowiek traci odwagę, choć ja nie jestem pewien, czy byłem odważny, zanim zostałem właścicielem tego mieszkania, które jest tylko krótkim przystankiem w mojej drodze ku innej chwilowości. Będę więc tu mieszkał ze świadomością, że ten ostateczny dom jest tylko na trochę.

Własność oznacza problem z podjęciem decyzji. A ja nienawidzę podejmowania decyzji. Wszystkie, które do tej pory w życiu podjąłem, były złe. Co gorsza, podejmowałem je bez przekonania i radości, bez determinacji i odwagi. Nawet zabijanie w moim wykonaniu jest niepewne, niezdecydowane i gdyby dało się zabić trochę, ale nie do końca, chciałbym tak robić. Podobnie chciałbym popełniać samobójstwa: na śmierć, ale tak żeby potem można było znów żyć i kiedy życie na powrót stanie się nie do zniesienia, zabić się jeszcze raz. Jeśli mógłbym świadomie i z przekonaniem dokonywać niewłaściwych decyzji, byłbym miliarderem swoich błędów, bajecznie bogatym kolekcjonerem klęsk, ale okazało się to dla mnie nieosiągalne. Pozostałem ubogim właścicielem małych błędów. Choć trzeba przyznać, że świat ostatnio nie wymaga ode mnie decydowania nawet o sobie. Pozwala mi trwać w spokoju i nie zawraca sobie mną głowy. Głowa świata jest od dawna w jego dupie – stamtąd trudniej kogokolwiek zauważyć. Mnie tym bardziej. Jak dla mnie – może tak zostać.

Szczęśliwie nie mam pieniędzy, a te, które miewam, wydaję na przemycane papierosy i kawę, o którą coraz trudniej. Kawę można kupić łatwo i legalnie, bez silenia się na wyrafinowanie tajne hasła. Ten nałóg nie podlega ściganiu. Ale kawa jest strasznie droga. Wybrałem sobie niestety rujnujące nałogi, jestem luksusowym mężczyzną. Dlaczego nie uzależniłem się od onanizmu? Równie zabójcze jak papierosy, ale darmowe. Chyba chodzi o to, że za darmo nie ma przyjemności. Gdybym musiał za to płacić, sprawa byłaby warta zachodu. Jeśli onanizm dostawałoby się po wypowiedzeniu tajnego hasła i przejściu przez tajny korytarz, i gdyby czasami onanizmu brakowało, i trzeba byłoby na niego czekać całymi długimi, ciemnymi, zimnymi nocami, jeślibym na onanizm wydawał większe pieniądze niż na kawę i papierosy, dałoby się mówić nawet o rozkoszy.

Być może brakuje mi wyobraźni. Przeżyłem rzeczy niewyobrażalne, które wyjałowiły mnie z pomysłowości. Nie chcę walić. Wolę palić. A najbardziej to palić i pić kawę. Wydaje mi się, że dziś już nikomu nie chce się onanizować. Właściwie nie ma po co. Szkoda energii. Kiedyś chyba więcej czasu poświęcano na rozmowy i rozmyślanie o pieniądzach. Więcej czasu marnowano też na onanizm. Liczenie pieniędzy i walenie konia stanowiły solidne fundamenty tamtej kultury, po której został katalog ikei i antologia młodej poezji. Jak widać, nie na tyle solidne jednak, żeby utrzymać w pionie stary świat. Nie były to takie fundamenty jak te, na których stały świątynie Majów i Azteków. Po nich pozostała, prócz kamiennych piramid, piłka nożna, w którą grali jednak, odbijając skórzaną kulę biodrami. Jest to chyba trochę bardziej wyrafinowane niż kopanie. Jeśli chodzi o składanie ofiar, też byli bardziej wyrafinowani, co nie oznacza, że delikatniejsi. My mordujemy dzisiaj delikatniej, może dlatego że z mniejszym przekonaniem. Ale nie pozbędziemy się mordowania, bo to czysta fizjologia, jak jedzenie, spanie i wydalanie. Spróbujmy wyprzeć się jedzenia – umrzemy z głodu, wyprzeć się spania – zdechniemy z wycieńczenia, oprzyjmy się konieczności wydalania, a wybuchniemy jak rozdeptane purchawki.

Masturbacyjny fundament kultury, w której żył mój dziadek, pokruszył się, a stojące na nim budowle osunęły się w proch, bo zaschnięta sperma kruszy się i nie jest w stanie unieść żadnego pałacu ani zamku. Udręczony członek opada, a wraz z nim idzie w dół gospodarka i kultura, giełda i listy bestsellerów, cała rzeczywistość flaczeje, parcieje i traci wigor.

Główna refleksja życiowa dziadka dotyczyła pieniędzy, onanizm, zdaje się, pozostawał na drugim planie. Czy mieć ich dużo, tych pieniędzy, rozważał dziadek, kosztem własnej wolności i czasu, czy też mieć mało, ale nic nie musieć? A może mieć ich aż tyle, żeby nic nie musieć; tak, to jest stan najdoskonalszy, odkrywał dziadek, wyskakując gwałtownie z wanny, ale jak go osiągnąć? Tak się zapadał w te rozmyślania, że całe jego ciało czerwieniało od gwałtownego wycierania szorstkim ręcznikiem, bo zapominał przestać się wycierać. Całe ciało prócz twarzy, która zadowolona z najnowszego odkrycia odbijała się niewyraźnie w zaparowanym lustrze.

Czy zabić się prawie śmiertelnie pracą po dwanaście godzin dziennie w wielkiej firmie sprzedającej idee produktów, awansować, zająć kluczowe stanowisko, przejąć pakiet kontrolny akcji, a następnie sprzedać go i żyć do śmierci z odsetek bankowych, zastanawiał się dziadek. Ale jeśli zabiję się śmiertelnie, zanim się wzbogacę? – martwił się nagle. A jeśli naprawdę umrę na śmierć z przepracowania, czyż nie jest to gorsza śmierć niż ta popełniona z nudów i przyzwyczajenia? I nie mogąc dojść do porozumienia z samym sobą, dziadek raz się wzbogacał, ale zaraz potem przerażony wizją pracy-zabójcy rzucał ją, jak rzuca się palenie albo picie. Z przekonaniem o ostatecznym uwolnieniu się i stłumioną świadomością, że nałóg i tak kiedyś powróci.

I biedniał potem tak bardzo i tak zaskakująco szybko, że znów musiał się przed pracodawcami upokarzać i mozolnie wzbogacać, by potem, stojąc już na granicy umiarkowanego bogactwa, spadać łatwo w przepaść biedy. Jego organizm wcale nie zauważał rzucenia pracy i nadal w takim samym tempie trawił i domagał się drogich posiłków oraz alkoholi w barach, nie zwalniając metabolizmu. A ciało dziadka tak samo szybko jak dawniej zużywało i brudziło ubrania, wymuszając zakupy nowych majtek, skarpetek, koszul oraz proszków do prania i płynów do płukania. Bieda sprowadzała dziadka do odpowiedniego wymiaru, co on nazywał oczyszczeniem, mimo że w biedzie rzadziej się mył. Bo jak się okazało, jedyne czego mniej potrzebował, to mydeł, żeli, szamponów i peelingów. Dziadek brudził się i pocił o wiele intensywniej, gdy więcej zarabiał; kiedy przestawał zarabiać, jego pory ograniczały produkcję potu, włosy przestawały się przetłuszczać, a skóra twarzy obsypywać łojowymi pryszczykami. Nawet włosy zarastające mu uszy, wykłębiające się z dziurek od nosa, krzaczkujące na plecach i na klatce piersiowej rosły jakby wolniej, choć nadal uparcie.

Dziadek jednak nie wytrzymywał długo w ubóstwie i po kilku tygodniach, może paru miesiącach, znów składał aplikację, przynosił życiorys, dzwonił, pytał, załatwiał i jak zwykle kończyło się to sukcesem, i dziadek dostawał kolejną pracę, z której po kilkunastu miesiącach, może dwóch-trzech latach, postanawiał się ostatecznie wyzwolić.

Te dylematy są mi całkowicie obce i dziś brzmią muzealnie, jak książki noblistów i piosenki o miłości. W moim wypadku sprawa jest załatwiona – pieniądze w większej niż prawie żadnej ilości nie wchodzą w grę. Późny wnuk osiągnął stan, nad którym rozmyślanie zatruło umysł jego przodka. Trzeba było czasu pokoju, czasu wojny i czasu katastrofy, żeby ziściły się marzenia, choć oczywiście nie tak, jak powinny.

Mimo że wiem, gdzie jestem, bo umiem nazwać dzielnicę i ulicę, na której mieszkam, to jednocześnie jestem nigdzie, bo nie potrafię nazwać czasu, w którym żyję, ani przewidzieć niedalekiej nawet przyszłości; zarówno swojej, jak i tego, co mnie otacza: kraju, świata, wszechświata i tym podobnych bzdur. Ciekawe, że kiedyś umiano przewidywać przyszłość, a jeśli nawet robiono to źle, to jednak wierzono w te przepowiednie.

Tak, refleksje dziadka, jeśli krążyły również wokół onanizmu, to chyba na dalekich orbitach. Zapewne nie wystarczało mu czasu i energii na masturbację, bo wszystkie swoje wizje i pomysły koncentrował wokół kwestii związanych z pracą, nie-pracą, pieniędzmi oraz ich brakiem. To, że jego myśli plątały się wokół kobiet, nie pozostawia wątpliwości, ale czy miały ciąg dalszy pod kołdrą, pod prysznicem, na sedesie? Nie wykluczam, że nachodziły go fale upodleń onanistycznych, pod wpływem wspomnień, projekcji, wszystkiego, co nie było aktualnie prawdziwe, a jednocześnie pozwalało szybko i bez większego wysiłku, z niewielką pomocą przeszłości lub niespełnialnej przyszłości znów powrócić do teraźniejszości. Wyprawy dziadka w rejony kameralnych rojeń o innej rzeczywistości niż ta, na którą uważał się niewinnie skazany, kończyły się zawsze szybko stłumionym buntem.

Dziadek był skrajnie heteroseksualny, była to wówczas powszechna przypadłość, nie sądzę, by jakoś bardzo odstawał od dominującej większości. Lubił mieć kobiety bez łupieżu i grzybicy, z gładką, nakremowaną skórą, z włosami, które nie łamały się ani nie rozdwajały, kobiety umiejące uporać się z problemem cellulitisu i okresu, z białymi zębami, w czarnej bieliźnie. Lubił mieć prawdziwe kobiety. Pisał do niech e-maile i esemesy, dzwonił, umawiał się, przekładał spotkania, przepraszał, kłamał, pożądał kobiet z teledysków, porzucał kobiety z rzeczywistości, wysłuchiwał wyrzutów, może miał nawet jakieś własne wyrzuty sumienia, ale zagłuszał je drinkami, wzruszającymi piosenkami oraz francuskimi i koreańskimi filmami.

W reklamach po wieczornych wiadomościach (czy kochał się w ich prezenterce, tej w garsonce, w bluzce, z włosami, rzęsami i brwiami?) kobiety z grzybicą stóp miały długie, piękne nogi, a kobiety z połamanymi włosami miały faliste i gęste loki. Między kilkusetodcinkowymi serialami pojawiały się w antraktach piękniejsze od aktorek (tych w sukienkach, z ustami i sutkami) chore kobiety, których jeszcze dłuższe, smuklejsze nogi pokrywały żylaki i krwawe nacieki. Te z popękaną skórą miały gładkie ciała, których bardzo chciał dotknąć, może nawet delikatnie pocałować, polizać, poślinić, mimo że zasadniczy głos dobywający się gdzieś z wnętrza tych kobiet, jakby siedział w nich dybuk, informował go, iż ciała są chropowate, pomarszczone, pogięte, pełne bolesnych ran. On jednak pragnął wsadzić palec w te rany, zbadać, czy naprawdę istnieją i czy rzeczywiście sprawiają takie straszne cierpienie, sugerowane przez zmrużenie oczu czy podniesienie górnej wargi. Kobiety, których pragnął, cierpiały, dotykały skroni kciukami, wskazującymi i środkowymi palcami obu dłoni, ich oczy się zamykały, a usta otwierały w bezgłośnym krzyku, ich piękne, białe zęby pękały od lizania lodów, odłamywały się od gryzienia spaghetti, kruszyły od czekolady.

Pewnie dlatego zdarzało mu się, zanim poznał moją babcię, spotykać z kobietami mającymi krótkie nogi i krótkie włosy, za to bez widocznych objawów chorób skórnych. Chodził często na randki z dziewczynami o małych zębach, na których odłożył się wieloletni nalot od kawy, herbaty i papierosów, mimo że szorowały te swoje drobne, krzywe pieńki zalecanymi pastami. Nie bolały ich dziury w tych zębach, nie doskwierały im żylaki, bo nie miały żylaków ani na swoich krótkich, trochę za grubych nogach, ani w odbytach, ani na podniebieniach, w przełykach. Bolały je wszystkie inne rzeczy, zwłaszcza serca, choć nie miały choroby wieńcowej. Serca bolały je z powodu cierpienia, jakie zadawał im cały świat, a wraz ze światem mój dziadek.

W konsekwencji dziadek uznawał się za nadwrażliwą ofiarę kulturowej bezduszności. Nie miał tego, co pragnął mieć, dostawał to, czego raczej nie chciał. Potrafił sobie jednak dużo wmówić i osiągał w tym sukces, a jak wiadomo, sukces był najważniejszy. Gros dziadkowej energii zużywane było na przekonywanie samego siebie, co powodowało, że usiłując przekonać innych, nie był już tak wiarygodny. Nikt nie chciał mu wierzyć, co wprawiało go w bolesną konsternację, bo sobie przecież wierzył bez zastrzeżeń. W tej specjalności był człowiekiem sukcesu, zrobił karierę i się zrealizował. A więc dokonał trzech rzeczy, których mnie się nie udało. Jestem, zdaje się, doskonałym przeciwieństwem mojego dziadka. Kwestii, czy jestem podobny do mojego ojca, nie da się jednak rozwiązać, bo nie mam ojca. Moim jedynym rodzicem była matka, która teraz ma w swoim bezimiennym grobie ciepłą satysfakcję – jak zwykle wyszło na jej. Zmarnowałem się, nie ma dwóch zdań. Tylko czy naprawdę jest to moja wina, czy też mogę się podzielić choć częścią odpowiedzialności z historią XXI wieku? Czy ktoś widział równie zasraną historię, jak dzieje tego stulecia?

Och, zawsze wychodziło na jej, bez względu na to, na co i którędy wychodziło, górą, dołem, na twardo, na miękko, zawsze prawda była po jej stronie, choćby fałszywa, ale jednak prawda. Posiadała genialną zdolność wmawiania wszystkim dookoła, że cokolwiek nie miałoby miejsca, ona to przewidziała, ale nikt nie chciał jej słuchać, i proszę bardzo, stąd wszystkie nieszczęścia. Trzęsienie ziemi w Pakistanie, dziesiątki tysięcy ofiar. A nie mówiłam? Wielodniowa sraczka wnuczka sąsiadów z dołu. A nie mówiłam? Pani spod szóstki poszła szybko do piachu. A nie mówiłam? Cena ropy osiągnęła tysiąc dolarów za baryłkę. A nie mówiłam? Gdyby wszyscy jej słuchali, pani spod szóstki żyłaby do tej pory i nie miałaby raka, benzynę rozdawano by za darmo, a ziemia nie odważyłaby się już nigdy i nigdzie zatrząść. Ale głupi świat nie chciał jej słuchać. No i do diabła ze światem. Niech się idzie pieprzyć. Nie potrzeba nam świata. Nie? Na pewno? No to nie. I proszę bardzo – świata rzeczywiście już nie ma. W sumie jak zwykle wyszło na jej.

W swoim najgłębszym, najświętszym przekonaniu zawsze miała rację. Potrafiłaby przewidzieć każdą oczywistość i zapobiec dowolnemu nieszczęściu, gdyby tylko dano jej szansę. Kiedy zrozumiała, że to przekonanie jest najświętsze, pojęła automatycznie, że ona sama jest święta. Jest skutek, była zatem wcześniej przyczyna. Logika była jej żelazną bronią, której używała bezwzględnie. Logika jej prywatnego chowu, uprawiana pod szkłem, z dala od zatrutego środowiska, wyrosła na wierną jak pies, mięsożerną roślinę. Moja matka uznała się za skatowaną męczennicę, patronkę talerzy i płynu do mycia naczyń, pogromczynię przypalonego tłuszczu, który w starciu z nią nie miał żadnych szans, wizjonerkę proszku do czyszczenia zlewozmywaka, niosącą wysoko sztandar ścierki do kurzu. Była Marianną na barykadzie kuchni, Joanną d'Arc klozetu, Emilią Plater garnków, władczynią wszystkich warzyw i mięs, wywaru wołowego i gotowanych kartofli, którym rozkazywała, aby gotowały się tak, żeby były miękkie, ale się nie rozpadały.

Jak ona to robiła, skąd wiedziała, że akurat w tej minucie naszego krótkiego życia należy odcedzić kartofle, że marchew właśnie osiągnęła doskonałość swej delikatnej miękkości, seler zelżał odpowiednio, buraki doszły do siebie, a pory wydelikatniały? Imponująca była wiedza mojej matki o pośmiertnych właściwościach wieprzy, wołów i cielaków, o nielotnych tragediach kurczaków i indyków; na wiedzy o martwych zwierzętach i wyrwanych z ziemi jarzynach budowała przeświadczenie o swojej ogólnej mądrości w sprawie ludzi i miejsca, które zamieszkują. Chciała z tłuszczu zrobić złoto, z rosołu szampana, z żołądka mózg, a z łaknienia świadomość.

Słyszę, jak teraz monotonnie dudni spod ziemi: Gdybyś się mnie choć raz w życiu posłuchał, nie miałbyś tych wszystkich kłopotów. Żyłbyś normalnie jak człowiek, bo byłbyś normalnym człowiekiem, a nie jakimś niewiadomoczym, które żyje niewiadomopoco. Co ty robisz ze swoim życiem, to jest twoja sprawa i nie mam zamiaru się do tego wtrącać, ale gdybyś posłuchał mnie chociaż raz, nie zrobiłbyś tego wszystkiego, co zrobiłeś, mówiła, nalewając zupę do mojego talerza albo wkładając włoszczyznę do garnka lub wrzucając na wrzątek skrupulatnie obrane kartofle z precyzyjnie wydłubanymi czarnymi oczkami, po których zostawały brązowiejące plamki. Każda marchew oskrobana tak, żeby usunąć najmniejszy ślad brudu, a jednocześnie nie uronić ani jednej czystej obierki, dowodziła moich błędów, bo gdzie mi było do tej chirurgii, gdzie do tego warzywnego zegarmistrzostwa? Każda pietruszka i każdy seler dowodziły mojej pierdołowatości i wołowodupności. Ale ty oczywiście wiedziałeś swoje, powtarzała matka przy każdej skrobanej pietruszce i każdej marchewce. Moja wołowodupność, do której uparcie wracała, musiała mieć związek z wołowiną, na której gotowała wywary, więc za każdym razem, kiedy powracała do swojej kuchennej pieśni o moim upadku, czułem się jak poćwiartowana krowa gotowana w garnku z warzywami. No to teraz masz, dodawała matka w takt chlupania wpadających do garnka kartofli, i pewnie już jest za późno, żebyś nauczył się żyć normalnie. No mam. Nie wiem tylko, czy człowiek w ogóle żyje normalnie. Normalnie to nawet umrzeć nie można, więc co dopiero normalnie żyć? I zastanawiam się, jak można nie mieć kłopotów po ogólnoświatowej katastrofie.

Bezgłośnie nienawidziłem jej masowo produkowanego „a nie mówiłam”, tego powracającego jak wykupiona w prime time reklama „gdybyś chociaż raz w życiu mnie posłuchał”, dołączanego czasami za darmo dla stałych klientów „ja jednak zawsze mam rację”. Tych jednoznacznych, ciężkich westchnień, aluzyjnych stęknięć, teatralnego ocierania potu z czoła, gwałtownego siadania na krześle z jęknięciem i łapaniem się za głowę, tego kuchennego Stanisławskiego, odgrywanego latami dla jednego widza. Dlatego teatr nigdy mnie nie wabił swoją umownością i nawet w szkole się nim nie interesowałem, choć nachodziły mnie skrajne zainteresowania, pośród których pornografia i loty kosmiczne były w pewnym momencie dominujące.

Choć w sumie nic w tym nadzwyczajnego, nikt się już teatrem nie interesował, a uczniów, którzy łaskawie patrzyli na pornografię i loty w kosmos, było całkiem sporo. Za czasów młodości mojego dziadka podobno popularny był amerykański serial „Kosmos 1999” i rosyjskie papierosy „Kosmos”, jeśli zaś chodzi o pornografię, to niestety, dostępna była tylko w niemieckiej wersji językowej. W naszej szkole wszyscy przeżyliśmy fascynację grą „Kosmos 2222” i napojem „Kosmiczna Pustka”, bo jeśli chodzi o papierosy, to ciężko przeżyć fascynację czymś, co jest prawie zupełnie nieosiągalne. Czegoś, co nie jest dostępne, można pożądać i pragnąć, ale fascynować się tym nie da. Paliliśmy zdobyte za duże pieniądze, przemycane assady i husajny tak łapczywie, tak rozpaczliwie, że nie starczało już czasu ani siły, by się nimi zafascynować. Trzeba było dostarczyć organizmowi nikotyny, ustom dymu, rękom zajęcia, a fascynację zostawić na to, co każdy z nas miał w swoim komputerze i w swojej lodówce. Spędzaliśmy całe noce i dnie, nie wstając od monitorów i otwierając tylko kolejne „Kosmiczne Pustki”. Żaden z nas nigdy nie był w teatrze i nigdy nie wpadł mu do głowy pomysł, by się tam udać. Być może dlatego że matka każdego z nas odgrywała swoje monodramy w kuchniach, z których chcieliśmy uciec, gdzieś daleko, gdzieś w kosmos, ale ciągle w nich siedzieliśmy, słuchając plusku wpadających do wrzątku kartofli i deklamowanych z prawdziwą pasją zrzędliwych rad i upartych napomnień.

Ciekawsze dramaturgicznie rzeczy działy się w sklepach i na stacjach benzynowych. Było to straszniejsze i niebezpieczniejsze niż teatr oraz „Kosmos 2222” razem wzięte. Można tam było ujrzeć piękniejsze niż w teatrach i komputerach kobiety w skrajnej histerii, straszniejsi mężczyźni ujawniali w tych miejscach swoje ciemne strony, spokojniejsze matki okazywały się podłymi kurwami, emocje były tam bogatsze, wypowiadane sekwencje mądrzejsze, lepszy tekst, lepsza gra i reżyseria, wyraźniej padało światło i mocniej oddziaływała muzyka, bo to był teatr ostateczny. Jeśli ktoś tam umierał, to starał się to zrobić naprawdę; krew, pot i gówno mieszały się ze sobą w prawdziwych proporcjach – wszystkie wydalano ze strachu. Po co mi były sztuczne uczucia odgrywane za marne pieniądze z dotacji, skoro można widzieć performance codzienności za darmo.

Co innego filmy, horrory, dreszczowce, masakry piłami, dekapitacje maczetami, jedzenie ofiar żywcem. Każdy z nas lubił patrzeć na takie rzeczy. Przeoglądani „Kosmosem 2222”, przepici „Kosmiczną Pustką” gapiliśmy się szeroko rozwartymi oczami na urywane głowy, wyciągane hakami żyły, wyszarpywane kłami jelita i wydłubywane szponami oczy. Wzbudzaliśmy w sobie sztuczny śmiech, mający pokryć prawdziwy lęk przed nieprawdziwościami na ekranie. Mnie też się to raczej podobało, odpowiadał mi ten smak sztucznych flaków, mózgów rozbryzgujących się na naszych twarzach, krwi wlewającej się nam w usta.

Dzięki temu jednak nie chciałem nigdy zabić mojej matki, bo zrozumiałem z tych filmów, że śmierć, mimo że tak łatwa i dostępna, jest paskudna i nieestetyczna, i moja matka, pomimo swojej potworności, na takie okropieństwa, jakie oglądałem prawie każdego wieczoru, nie zasługuje. A i ja wolałem się nie brudzić i trudzić za bardzo, bo zawsze byłem leniwy i unikałem wysiłku, a żeby porządnie porąbać ciało, poćwiartować, połamać kości, zebrać wnętrzności do torby, wytrzeć podłogę, a potem to wszystko gdzieś wywieźć, zakopać, trzeba się jednak zawziąć, zamęczyć, a ofiara miała być tylko jedna.

Nie żałuję, że tego nie zrobiłem. Mimo wszystkiego, co mnie z nią łączyło, byłem kochającym synem. A ona była chyba porządną matką, a w każdym razie starała się i bardzo mocno w to wierzyła. Nikt do mnie w życiu nie powiedział „Ty skurwysynu!”. To o czymś świadczy, nie?

Nie słuchałem jej, nauczyłem się nie słyszeć jej głosu, nawet kiedy podnosiła go z wysiłkiem. Specjalnie dla mnie zaczęła mówić bezgłośnie i mogłem co najwyżej zgadywać słowa z ruchu jej ust, ale mnie te słowa ani trochę nie interesowały. Zresztą znałem je wszystkie na pamięć, tę tabliczkę mnożenia nieszczęść, patriotyczny wiersz na święto powstania, akademię ku czci własnej z okazji kolejnej swojej rocznicy. Wolałem patrzeć; patrząc, sprawiałem wrażenie zasłuchanego, mimo że uszy natychmiast zarastały mi niewidzialną pajęczyną. Od pewnego momentu spoglądałem na nią jak pies przepraszający, że zesrał się w pokoju na dywan. Była w tym fałszywa nuta i były prawdziwe uczucia (niechęci, znudzenia, złości), zlewające się z tymi sztucznymi zasłuchaniami, uwierzeniami, obietnicami w jedną cuchnącą kuchennymi dusznościami breję. I widziałem ją, jak coraz szybciej się garbi i marszczy, chudnie i flaczeje, jak jej nogi pokrywają się siatką fioletowych połączeń, a ręce brązowymi plamkami, dłonie zaczynają coraz mocniej drżeć, coraz trudniej utrzymać jej ciężkie garnki i pozorny spokój, kiedyś będący jej cenną marką. Widziałem rzadkie włosy odgarniane wierzchem mokrej ręki wyciągniętej ze spienionego zlewozmywaka, w którym nieustannie i obłąkańczo myła talerze i patelnie. Pozbawiona wszelkich nałogów, które wypełniały ciało i umysł jej ojca, całkowicie poświęciła się swojej nerwicy ciągłego zmywania i przecierania mokrą ściereczką blatu stołu, moja Matka Dziewica.

2

Dziadkowie poznali się w Krakowie, na początku wieku, około godziny dwudziestej trzeciej, w którejś z tych zatłoczonych, zadymionych, niehigienicznych knajp, które dziadek tak tkliwie wspominał, a których babcia nienawidziła, bo przychodziły tam dziewczyny z humanistycznych wydziałów uniwersytetu. Babcia była jedną z nich, studiowała romanistykę i chętnie wplatała w zdania francuskie słowa, kiedy chciała okazać zachwyt lub zniesmaczenie. Każdą wypowiadaną kwestię kończyła krótkim „nespa”? Miało to uciąć ewentualną próbę polemiki. Miała dwadzieścia trzy lata, a dziadek trzydzieści trzy oraz pięć piw i trzy setki wódki w sobie. Ona w sobie miała miłość do książek, obrazów, filmów i piosenek.

On miał wyraźną nadwagę i własny samochód – srebrną toyotę corollę kupioną na kredyt. Ona za to posiadała w domu reprodukcje zdjęć Henri'ego Cartiera-Bressona i Roberta Doisneau, oprawione w antyramy i powieszone w kuchni wynajmowanego razem z dwiema innymi studentkami mieszkania na Kazimierzu. Jedna z nich miała na ścianie Klimta, a druga Van Gogha. Wszystkie trzy miały kłopoty z mężczyznami.

W jednej z tych antyram, zapewne po „Pocałunku” Doisneau, wisi dziś zdjęcie z Chorwacji, które ktoś zrobił im w miejscowości Baska na wyspie Krk, w restauracyjce na nabrzeżu, gdzie podawano kalmary z grilla i smażone sardynki. Jedli je chyba codziennie, dziadek smak kalmarów wspominał jeszcze za mojego dzieciństwa, choć od tamtych wakacji minęły dekady i dziadek przez ten czas pochłonął setki śmieciarek jedzenia.

Na jego jasnoniebieskiej koszuli z prawej strony widać ślad po sardynce. Z czasem tych śladów przybywało, pod koniec życia nie potrafił odejść od stołu w czystej koszuli. Bawełna nasiąkała olejami, oliwami, margarynami, jego głowa nasiąkała utyskiwaniem babci, niemogącej się pogodzić z postępującym niechlujstwem męża. Nie potrafiła mu wybaczyć, że się tak nieudolnie starzeje, niedołężnieje bez godności. Oskarżała go, że zafaflunia się, zaślinia, jakby robił to z rozmysłem, na złość jej nie domykając ust, z których wypadały kawałki jedzenia, nie powstrzymując strużki śliny wyciekającej mu spomiędzy warg. Póki całkowicie nie ogłuchł, słyszał babcię mówiącą z tą swoją nienaganną dykcją: Jesz jak świnia. Bo jestem świnią, odpowiadał dziadek, jestem świnią i zdechnę jak świnia. Kiedy umierał, powiedział: Świnie zdychają bez imion. Miał na imię Piotr Paweł. Na tym zdjęciu trzyma w jednej ręce kieliszek białego wina, a w drugiej, którą obejmuje babcię, papierosa. Papierosy były wtedy bardzo tanie, dziadek Piotr Paweł palił dwie paczki marlboro dziennie. Zazdroszczę mu tych tanich papierosów, zazdroszczę mu, że był świnią; wiedział, kim jest.

Zastanawiam się, zaciągając się syryjskim papierosem z przemytu, jakim zwierzęciem ja jestem. Szczurem kryjącym się w ruinach, psem z podkulonym ogonem wąchającym gnijące odpadki, wychudzonym kotem snującym się bez celu po ruinach miasta? Nie umarł jak świnia. Świnie zarzyna się mechanicznie, w skomputeryzowanych rzeźniach lub, nielegalnie, w tajnych oborach. Dziadek umarł we własnym łóżku, nie został zabrany do hospicjum, choć miał to zapisane w swoim ubezpieczeniu. Moja babcia nie chciała, aby umierał spokojnie w sterylnej umieralni, w której wolontariuszka będzie mu delikatnie wycierać zaślinione usta, mówiąc do niego przyjemne brednie, a on swoim szklanym wzrokiem pożółkłych białek będzie wodził za jej dupą i nogami. Spokój to wszystko, czego pragnęła; spokój, cisza i nieobecność umierania w jej domu. W domu mogło być wszystko, w dowolnych ilościach, prócz choroby i śmierci, nawet pojedynczych. A jednak postanowiła, że Piotr Paweł umrze w domu. A on udawał, że wcale nie umiera.

Dziadek przez czterdzieści lat regularnie, co miesiąc, opłacał wzrastające kwartalnie składki ubezpieczenia, tylko po to, żeby i tak umrzeć, i to w domu, a nie w pachnącej proszkiem do zmywania podłogi poczekalni przed drogą na cmentarz. Zapach, jaki unosił się wokół jego umierania, to woń moczu, lekarstw i niepranej bielizny.

Ubezpieczenie na życie nie utrzymało go przy życiu, choć może wybawiło od śmiertelnego wypadku. Gdyby nie był ubezpieczony, z pewnością zginąłby w katastrofie lotniczej lub samochodowej, a babcia już nie wiedziała, co byłoby lepsze – żeby umarł nieubezpieczony, ale wcześniej, czy że umiera z pełnym pakietem socjalnym, ale późno i w dodatku tak uciążliwie.

Gdy czasami, po kolejnym rzuceniu pracy na zawsze, jeszcze szybciej niż poprzednio szedł do nowej pracy, często przyczyną było właśnie ubezpieczenie. Nie-praca była wolnością, dopóki z towarzystwa ubezpieczeniowego nie przyszło gorzkie wypomnienie, że od dwóch miesięcy z dziadkowego banku nie dochodzą przelewy na ustaloną kwotę. Dziadek szedł więc do nowej pracy, żeby mieć pieniądze na opłacenie ubezpieczenia gwarantującego mu, że może nie zawracać sobie głowy własną śmiercią.

Rzadko komu udaje się wybrać miejsce śmierci, nawet samobójcom. Dziadek był uparty i sobie to miejsce wybrał, ale umierając, kwiczał ze strachu i w tym się jego świńskość spersonalizowała. W czasie tego umierania babcia trzymała go za rękę, uściskiem mocnym i zimnym. Ten uścisk był jak jej nienawiść do niego; a ta nienawiść była błękitna jak reklamy banków i plakaty kandydatów w wyborach do sejmu. Jej krew też była błękitna, zimna jak morze nad ranem czy podwójnie miętowy cukierek. Tuż przed zgonem pochyliła się nad nim, coś cicho szepcząc do jego wielkiego, nakrapianego brązowymi plamkami, porośniętego drobnymi, sztywnymi kłaczkami ucha. Druciane włosy wychodziły mu ze wszystkich otworów, z uszu, nosa, z ust, oczu. Miał wszystko zarośnięte; wyłożony włosami przełyk, zarośnięte oczy, jedynie głowa od lat była zupełnie łysa. Był jak stary ogród, pełen tajemnic, pułapek i niebezpieczeństw. Ogród w nieporządku, nieplewiony, chaotyczny, przed którego zamkniętą na zardzewiałą kłódkę bramą stoję ja – jak dwunastoletni chłopak pokryty gęsią skórką ze strachu i podniecenia, którego wyobraźnia rośnie na nawozie gotyckich powieści i mrocznych thrillerów.

Babcia po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat mówiła do niego szeptem, intymną mową czułości. Szeptała czule, że go nie kocha od bardzo dawna, nawet już nie pamięta od kiedy. Ten dzień, kiedy przestała go ostatecznie i nieodwołalnie kochać, nastąpił wiele lat temu, ale nie wie dokładnie kiedy, jaka była pora roku, jaki dzień tygodnia. Jej uczucie słabło latami, jak starzejący się człowiek, ale czy zniknęło pod wpływem jakiegoś wydarzenia, jakiegoś dziadkowego wybryku, bezmyślnego zdania, czy też wywietrzało jak resztka zapachu po gotowaniu niedzielnego obiadu, po którym w poniedziałek nie ma już śladu w powietrzu – tego babcia Anna zupełnie nie pamiętała. I nie była to kwestia jej wieku, moja babcia z wiekiem miała coraz ostrzejszą i wyraźniejszą pamięć. Dlatego że coraz bardziej chciało się jej pamiętać. Powiedziała mu też, że kiedyś chciała wyprowadzić się do innego mężczyzny, ale zrobiło jej się go żal i żałuje teraz tego żalu, a może raczej żałości, żałuje swojego ówczesnego współczucia, którym go poczęstowała, a on nawet nie poczuł jego smaku. Znienawidziła go, bo mogła mieć lepsze życie, a nie miała, i niech jej się nie pyta, co to znaczy lepsze życie. Lepsze życie, to życie bez niego. Teraz będzie żyła bez niego, bo on właśnie umiera i zostawia ją samą, ale na lepszość jest już za późno.

Patrzył na nią oczami, w których nie było już chyba widać żadnego zrozumienia, choć babcia miała nadzieję, że dziadek ją słyszy i pojmuje każde słowo – starała się, mimo złości i zdenerwowania, mówić powoli i wyraźnie. Dodała też, że nigdy nie odwiedzi jego grobu na cmentarzu na Wólce Węglowej i w tym właśnie momencie dziadek dowiedział się, gdzie będzie pochowany. Moja zapobiegliwa babcia wykupiła już kilka tygodni wcześniej kwaterę, uprzedzając kamieniarzy, że grób ma być przede wszystkim tani, a więc nie chce marmurów ani granitów, ale najzwyklejsze lastryko, bez tych wszystkich fikuśnych ozdób, za które trzeba dodatkowo płacić, a litery mają być płytko wykute, nic się nie stanie, jeśli za jakiś czas, po brudnych deszczach, staną się nieczytelne. Na koniec wyszeptała mu, że rozważa właśnie niepójście na jego pogrzeb, bo ją to strasznie nudzi, zresztą nie ma sobie co głowy zawracać umarłymi, zbyt dużo czasu straciła już na żywych.

Ostatnim pogrzebem, w jakim uczestniczyła, była kremacja jej młodszego brata w 1994 roku, któremu nie udało się testowanie świeżo tuningowanego, kradzionego golfa. To był pierwszy rajd, chrzest uliczny samochodu, który po tym, jak brat Anny ukradł go na parkingu koło hotelu Forum, został udoskonalony i miał być za dwa dni przerzucony na Wschód. Jednak brat mojej babci był kompletnym idiotą i postanowił golfa najpierw wypróbować, zamiast wydać zarobione na kradzieży pieniądze na jakąś sensowną bzdurę w galerii handlowej, albo nawet w klubie nocnym. Bolała ją wtedy jego strata, mimo iż od zawsze uważała go za kretyna i nie była to opinia na wyrost.

Mamo, to debil, powiedziała babcia Anna, gdy brat miał pięć lat, a ona już prawie osiem i nikomu nie udawało się zapanować nad jej ekspansywną dziecinną przemądrzałością. Debil i kretyn, dodała, wydymając małe, cienkie usta, nic wartościowego z niego nie wyrośnie, powiedziała moja ośmioletnia babcia. Bo babcia wyrosła już wtedy na najlepszą uczennicę w całej szkole, najzdolniejszą wokalistkę na zajęciach muzycznych i najpilniejszą słuchaczkę zajęć z plastyki. Codziennie przynosiła do domu kolejne piątki, chwaląc się nimi głośno już od progu. Jej brat nie dostawał piątek, dostawał pały, ale przynajmniej się nimi nie chwalił. Był skryty i milczący; może naprawdę nie miał nic do powiedzenia, choć przecież mógł go swędzić pokryty białymi plamami język, aby opowiedzieć rodzicom i swojej przemądrzałej, nadętej siostrze, jak z kolegami na osiedlu skopali wczoraj frajera, co się włóczył tu nie wiadomo dlaczego, z szalikiem w niedobrych kolorach, jak jakiś pijany, chociaż chyba był trzeźwy. W każdym razie, jak go Kretyn częstował z grzywki, to nie czuł od niego wcale alkoholu, pewnie narkoman jakiś, takie bydło normalnie się kręci po osiedlu, że też policja coś z tym nie zrobi, za co my płacimy podatki. Ale Kretyn nie zdobywał się na takie wystąpienia, od słów wolał czyny i kiedy Anna znów głośno chwaliła się kolejnymi piątkami, zakładał po prostu kurtkę i wychodził z domu, a czasami nawet nie wracał na noc i rodzice martwili się, czy aby nic mu się nie stało, czy nikt go nie napadł po zmroku.

Mówiłam wam, że to imbecyl, powtarzała babcia, ale oczywiście nikt mnie nie chciał słuchać, w tym domu nikt mnie nie słucha, wznosiła teatralnie ku sufitowi chude rączki, odwracała się i szła do swojego pokoju pisać pamiętnik.

Cicho już bądź, nie mów tak głośno, prosiła czasami ugodowo moja prababcia, zamiast dać Annie w dupsko i kazać iść odrabiać lekcje albo próbować tłumaczyć: przecież to twój brat, twoja krew, nasza krew, ta sama sperma, ten sam śluz. Lekcje zresztą babcia miała zawsze odrobione, a co do brata – miała przecież rację, o czym jej matka dobrze wiedziała. Ocenę ośmiolatki uznano chyba z ulgą za oczywistość; wreszcie ktoś to powiedział, dobrze, że nie ja, dobrze, że to dziecko, dzieci różne rzeczy gadają, ach, Aniu, co ty wygadujesz.

Potem, przez wiele lat, aż do śmierci Kretyna nikt głośno nie podważył wyroku Anny. Jej brat zginął na Marszałkowskiej, między skrzyżowaniem z Alejami Jerozolimskimi a placem Konstytucji, gdy przy prędkości stu trzydziestu kilometrów na godzinę usiłował zmieścić się między chłodnią wiozącą półtusze wieprzowe a autobusem linii 131. Po wypadku problem debilizmu Kretyna przestał istnieć, podobnie jak on sam.

Kretyn nie pierwszy i nie ostatni raz gdzieś się nie zmieścił. Zazwyczaj nie mieścił się w ławkach szkolnych, bo był nad wiek wyrośnięty i standardowe rozmiary nie spełniały jego potrzeb. Zamiast wciskać się w za ciasne ławki, siedzieć nocnikowato na za niskich krzesłach, wolał nie przychodzić do szkoły i nie znosić tych upokorzeń. Nie mieścił się też w nowe buty, bo nim wraz z rodzicami wrócił ze sklepu obuwniczego, jego noga urosła z numeru 44 do 45 i trzeba było iść próbować wymienić zakup, najlepiej od razu na 46. Nie mieścił się w zeszłoroczne bluzy i spodnie od dresu, więc rodzice musieli kupować co sezon nowe, dzięki czemu był najmodniejszym dresiarzem na osiedlu, błyszcząc każdej wiosny nową kolekcją Adidasa. Bo Kretyn nosił tylko nowe, oryginalne i niekradzione ubrania. Kradł samochody, nie ubrania, miał zasady, tylko dzięki zasadom człowiek jest w stanie przetrwać na tym świecie, uważał. Większość rodzinnych pieniędzy szła na ubranie Kretyna, Annie pozostawały piątki, dyplomy i szkolne laury. Babcia rosła powoli i tylko wzdłuż, numer jej miseczki pozostał niezmieniony od trzynastego roku życia aż do końca, ubrania można jej było kupować rzadko, bo dbała o te, które już miała, i starała się nosić je, dopóki się dało.

Kretyn do trumny też się nie zmieścił, bo urósł dwa centymetry w kostnicy. Dębowa trumna była kupowana na 195 centymetrów wzrostu, bo wstrząśnięci śmiercią syna rodzice zapomnieli, że ostatnio mierzył 197 centymetrów, a gdy grabarze usiłowali go wepchnąć do drewnianego pudła, miał już 199 centymetrów. Jak się do niego nie zabierali, zawsze wystawała głowa albo kolana. Dociskanie wieka także nic nie dawało, pokrywa za każdym razem odskakiwała, ukazując kościste kolana Kretyna ubrane po raz pierwszy (choć już nie w życiu) w garnitur, kupiony w Domach Centrum, niedaleko hotelu Forum, gdzie Kretyn ukradł golfa. Grabarze wreszcie, po długim namyśle, złamali mu nogi, żeby lepiej ułożyły się w trumnie. Tułów leżał na baczność, za to nogi przyjęły formę rombu, dzięki czemu Kretyn swoją trumienną postawą przypominał ogromną kukiełkę, której waciane nóżki dyndają swobodnie pod sztywnym korpusem.

Wyroki Anny bywały surowe, ale zawsze sprawiedliwe. To ona pierwsza głośno powiedziała o debilizmie Kretyna, kiedy moi pradziadkowie woleli jego imbecylizmu nie zauważać. Od śmierci Kretyna pozwalano jej wydawać sądy w sprawach nie tylko rodzinnych, ale także podwórkowych i szkolnych. Siostra nieboszczyka uzyskała status osiedlowej wdowy, której nie wolno skrzywdzić, a której należy słuchać. Trup Kretyna unosił się nad jej głową jak ciężka aureola, noszona jednak z lekkością i odpowiedzialnością jednocześnie.

Anna przemykała w asyście ochroniarzy ze starszych klas do toalety dla chłopców; tam przyprowadzano podsądnych, a ona, stojąc na sedesie, wydawała wyroki: za kradzież kanapki trzeba było zjeść całą kredę, a za donosicielstwo przeganiano nago po korytarzu, od łazienki dla chłopców, gdzie zapadała o tym decyzja i rozbierano szamoczącego się podsądnego, do łazienki dla dziewcząt, gdzie już czekało na niego przeniesione tam ubranie. Skazany nie miał innego wyjścia, jak tylko biec szybko i nago przez tłum rozpłakanych ze śmiechu uczniów. Wzorowa uczennica Anna wzorowo wypełniała swoje nielegalne obowiązki najwyższej sędziny, rozstrzygając skargi o pobicie przed blokiem, a nawet sędziując w podwórkowych meczach piłkarskich, bo tylko jej słuchano, gdy decydowała o rzucie karnym bądź nie uznawała bramki strzelonej z ewidentnego spalonego.

Bolała ją strata Kretyna, lecz nie tak mocno jak boli strata czegoś, czego się nigdy nie miało. Gdyby była jedynaczką, być może cierpiałaby bardziej, mocniej tęskniła niemożliwą do ukojenia tęsknotą, choć nie wiedziałaby, za kim i dlaczego tak tęskni. Byłoby to uczucie puste i bolesne, ale można by je nazwać prawdziwym. To, co czuła po śmierci brata, było sztucznym poczuciem obowiązkowego smutku, nawet nie rozpaczy. Jeśli coś rzeczywiście ją bolało, to raczej nuda schematycznego obrządku, bo Anna nienawidziła tracić czasu. Ceremonia odbywała się skrupulatnie według instrukcji obsługi pieca do spalania zwłok, w asyście delikatnej muzyki relaksacyjnej i zapachu pianki do czyszczenia tapicerki foteli, w których przed szybą pokazującą ostatnią drogę trumny z lodówki do pieca siedzieli średnio smutni żałobnicy. Uroczystość przeciągała się z nieznanych przyczyn, trumna z Kretynem wciąż nie mogła dojechać, mimo że na korytarzu krematorium śmigały wózki z innymi trumnami i tylko brata Anny wciąż nie dowożono. Wszyscy byli już trochę zniecierpliwieni i chcieli iść do domu, szkoda tracić czasu na przykre obowiązki, z których nic pożytecznego nie wynika, ani rozrywka, ani pieniądze, ani nawet dobre jedzenie, bo nie przewidziano stypy, rodzina nie zapraszała na poczęstunek, bo nie miała kogo. Anna była niejadkiem, a moi pradziadkowie akurat znajdowali się w połowie diety odchudzającej i nie mogli jej przerwać, bo cały efekt poszedłby na marne, długie tygodnie z samą tylko gotowaną na parze kapustą na nic.

Pokój pożegnań przypominał małą salę projekcyjną w kinie z ambitnym repertuarem, do którego na filmy przychodzi po kilka osób. Wygodne fotele, szerokie przejścia między rzędami, duży ekran, cicho pracujące urządzenia, projekcja niepoprzedzona serią reklam, artystyczne kino europejskie. Na pogrzeb Kretyna przyszło sześcioro widzów: rodzice, Anna, ciotka, wujek i sąsiadka z bloku, która chodziła na wszystkie pogrzeby, więc okazała się gotowa nawet na takie eskapady jak podróż na Wólkę Węglową autobusem miejskim. Fotel Anny znajdował się w pierwszym rzędzie, z prawej strony, tam, gdzie trumna zaczynała swoją krótką, samobieżną podróż do pieca. Nikt z przyjaciół Kretyna nie przyszedł, nie było nawet jego domniemanej narzeczonej Angeliki, bo domniemana narzeczona i tak komu innemu obciągała, co Kretynowi nigdy do głowy nie przyszło.

Kiedy Kretyn wreszcie wjechał do pieca i zamknęły się za nim ostateczne drzwi, a muzyka subtelnie się wyciszyła, babcia wstała z ulgą i z takim samym uczuciem wróciła do domu, zamknęła się w swoim pokoju i zapisała w pamiętniku: „Nigdy w życiu nie pójdę już na żaden pogrzeb, nawet na swój”. Obietnicy dotrzymała, bo, mimo pewnych wyrzutów sumienia, nie poszła na pogrzeb dziadka, a swojego nie miała, ponieważ nikt nie wie, gdzie są jej zwłoki.