Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 15 min Lektor: Tomasz Sobczak

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 15 min Lektor: Tomasz Sobczak

Opis ebooka Nagle pukanie do drzwi - Etgar Keret

Zbiór opowiadań Etgara Kereta w nowej odsłonie, autorami nowego projektu graficznego są Przemek Dębowski i Wojtek Kwiecień-Janikowski.

Jego bohaterowie, mimo usilnych starań, specjalizują się w życiowych błędach, co skutkuje ponadprzeciętnie dużą liczbą rozstań, rozwodów, rozbitych rodzin i porażek zawodowych. Rubiego, na przykład, prześladują postaci z jego własnych kłamstw, a pewną młodą dziewczynę odwiedzają byli adoratorzy, którzy popełnili samobójstwo. Ruben przesiaduje w kawiarni i rozmawia z nieznajomymi, za każdym razem udając kogoś innego, a płatny morderca dostępuje reinkarnacji w postaci pluszowego misia.

Obcowanie z bohaterami Kereta to spacer po zwariowanym świecie ludzkich wyborów, z których żaden nie jest słuszny. Nawet u Boga nie ma co szukać pomocy - ten bowiem tkwi na wózku inwalidzkim. Od pogrążenia się w rozpaczy ratuje tylko czarny, jadowicie inteligentny humor autora i solidna dawka autoironii. Przejdźmy przez to razem - powiedziałby pewnie Keret, gdyby od pierwszej strony nie siedział przed komputerem trzymany na muszce przez nieproszonych gości...

Zapraszamy na fan page Etgara Kereta na FB!

Te opowiadania to najzabawniejsza, najmroczniejsza i najbardziej przejmująca rzecz, jaką ostatnio czytałem.

Jonathan Safran Foer

Magiczne opowiadania Kereta raz jeszcze - jeszcze dojrzalsze i bardziej zajmujące.

„Haaretz"

Rewelacyjny pisarz, zupełnie niepodobny do wszystkich pozostałych. Głos nowego pokolenia.

Salman Rushdie

Keret potrafi powiedzieć więcej w sześciu akapitach niż większość pisarzy na sześciuset stronach.

„People"

Z recenzji poprzednich książek:

Keret potrafi subtelnie, ale bezbłędnie potrącać w czytelniku te struny, które odpowiedzialne są za tak zwane „szmery w sercu".

„Exklusiv"

Opowiastki to krótkie, ledwie na parę kartek, dowcipne, przewrotne, niekiedy słodkie jak romanse lub zapętlone jak kryminały. Wartki, oszczędny język doprawiony odrobiną naiwności i surrealizmu, groteska, śmiech przez łzy.

„Gazeta Wyborcza"

Keret, nazywany czołowym pisarzem młodego izraelskiego pokolenia, nie jest ideowcem, działaczem, prorokiem. Jego dowcip, ironia, niekiedy nawet szyderstwo - łączą się dyskretnym współodczuwaniem udręk ludzkich.

„Nowe Książki"

Tylko Keret potrafi w jednym tekście pomieścić tyle obrazoburczej kpiny, tyle świetnej zabawy i tyle podskórnego smutku.

„Życie Warszawy"

Opinie o ebooku Nagle pukanie do drzwi - Etgar Keret

Fragment ebooka Nagle pukanie do drzwi - Etgar Keret

Etgar Keret

NAGLE PUKANIE DO DRZWI

Przełożyła Agnieszka Maciejowska

Tytuł oryginału:

Copyright © by Etgar Keret

Published by arrangement with The Institute for the Translation of Hebrew Literature

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Nagle pukanie do drzwi

– Opowiedz mi jakąś historię – rozkazuje brodaty człowiek, który siedzi na kanapie u mnie w salonie.

Sytuacja, muszę przyznać, nie jest dla mnie specjalnie miła. Ja przecież opowiadania pisuję, a nie opowiadam. A i tego nie robię na zamówienie. Ostatni człowiek, który prosił mnie, żeby mu coś opowiedzieć, to był mój syn. Było to jakiś rok temu. Opowiadałem mu o wróżce i tchórzofretce, nie pamiętam nawet, co dokładnie, ale po dwóch minutach już spał. Tutaj jednak sytuacja jest zasadniczo inna. Bo mój syn nie ma brody. Ani pistoletu. Bo mój syn ładnie o opowiadanie poprosił, a ten człowiek usiłuje je na mnie rozbójniczo wymusić.

Staram się wytłumaczyć brodaczowi, że jeśli schowa pistolet do kabury, wyjdzie mu to tylko na dobre. Nam obu. Pod lufą wycelowanego w głowę pistoletu trudno wymyślić opowiadanie. Ale facet jest uparty. W tym kraju, wyjaśnia, jeśli czegoś chcesz, musisz się tego domagać siłą. Jest nowym imigrantem, przybył tu niedawno ze Szwecji. W Szwecji jest zupełnie inaczej. Tam, jeśli się czegoś chce, prosi się grzecznie i na ogół dostaje. Tymczasem w rozpalonym i dusznym Lewancie to nie tak. Tydzień wystarcza, żeby zrozumieć, jak to tutaj działa. Albo lepiej – jak to nie działa. Palestyńczycy prosili ładnie o państwo. Dostali? Francy dostali. A przeszli do wysadzania w powietrze dzieci w autobusach i nagle zaczęto ich słuchać. Osadnicy chcieli, żeby ich dopuścić do dialogu. Zostali dopuszczeni? Ni cholery. Zaczęli się bić, polali trochę wrzącym olejem straż graniczną, i nagle zaczęto wychodzić im naprzeciw. Ten kraj rozumie tylko siłę i wszystko jedno, czy chodzi o politykę, ekonomię czy miejsce do parkowania. Tylko siłę tu rozumiemy.

Szwecja, z której wyemigrował brodaty, jest krajem postępowym, odnoszącym sukcesy w wielu dziedzinach. Szwecja to nie tylko ABBA, Ikea i Nagroda Nobla. Szwecja to świat sam w sobie i wszystko, co tam osiągnęli, osiągnęli łagodnością. W Szwecji, gdyby poszedł do domu solistki Ace of Base, zapukał do drzwi i poprosił, żeby mu zaśpiewała piosenkę, toby mu zrobiła herbaty, wyciągnęła spod łóżka gitarę akustyczną i coś zagrała. I wszystko z uśmiechem. Ale tutaj?! Przecież gdyby nie miał pistoletu w garści, zrzuciłbym go ze schodów.

– Spójrz… – próbuję polemizować.

– Żadne „spójrz” – warczy brodacz i mierzy do mnie z pistoletu. – Albo opowiadanie, albo kula w łeb.

Rozumiem, że nie ma rady. Facet nie żartuje.

– Dwóch ludzi siedzi w pokoju – zaczynam. – Nagle słychać pukanie do drzwi.

Brodaty zamiera. Przez chwilę wydaje mi się, że tak go wciągnąłem w opowieść. Ale nie. Wsłuchuje się w coś innego. Ktoś naprawdę puka do drzwi.

– Otwórz – mówi do mnie – i nie próbuj żadnych numerów. Pozbądź się go stąd jak najszybciej, bo inaczej źle się to skończy.

Chłopak w drzwiach jest ankieterem. Ma kilka pytań. Krótkich. Na temat dużej wilgotności tutaj w lecie i jej wpływu na stan moich nerwów. Mówię, że nie jestem zainteresowany udziałem w ankiecie, ale on mimo wszystko wdziera się do mieszkania.

– Kto to? – pyta, wskazując na brodatego.

– To mój siostrzeniec ze Szwecji – kłamię. – Przyjechał pochować tu swojego ojca, który zginął w lawinie śnieżnej. Właśnie przeglądamy testament. Czy będziesz na tyle miły, żeby uszanować naszą prywatność i wyjść?

– Wyluzuj – ankieter klepie mnie po ramieniu. – To wszystkiego kilka pytań. Daj bliźniemu szansę zarobić. Płacą mi od głowy.

I razem ze swoim skoroszytem mości się na kanapie. Obok Szweda. Ja ciągle stoję i próbuję brzmieć przekonująco:

– Proszę cię, żebyś wyszedł – mówię mu. – Przyszedłeś w niedobrym momencie.

– Niedobrym, hę? – ankieter wyciąga zza skoroszytu wielki rewolwer. – Dlaczego niedobry? Bo jestem orientalny? Dla Szwedów, jak widzę, masz kupę czasu. Ale Marokańczykowi, weteranowi, co kawał śledziony zostawił w Libanie, nawet zasranej minuty nie możesz poświęcić.

Usiłuję mu wytłumaczyć, że to wcale nie tak. Że złapał mnie po prostu w delikatnym momencie z tym Szwedem. Ale ankieter przytyka sobie lufę rewolweru do ust, jak palec, pokazując mi, co mam zamknąć.

– Jazda – mówi. – Bez wykrętów. Siadaj tu, na fotelu, i dawaj.

– Co dawać? – pytam.

Teraz już jestem prawdziwie zaniepokojony. Szwed też ma broń, może się tu zrobić spięcie Wschód–Zachód i takie tam, różnice mentalności. Albo on sam gotów wybuchnąć, bo chciał mieć opowiadanie tylko dla siebie, solo.

– Lepiej ze mną nie zaczynaj – grozi ankieter. – Mam krótki lont. No, dawaj wreszcie jakieś opowiadanie, raz-raz.

– Właśnie – Szwed dołącza się do niego w niespodziewanej harmonii i również celuje do mnie z pistoletu.

Odchrząkuję i zaczynam znowu:

– Trzech ludzi siedzi w pokoju…

– Ale bez „nagle pukanie do drzwi” – przestrzega Szwed.

Ankieter nie za bardzo rozumie, do czego tamten pije, ale z nim trzyma.

– Kurde – mówi – bez pukania do drzwi. Opowiedz coś innego. Zaskakującego.

Milczę przez chwilę, nabieram powietrza. Spojrzenia obydwu są skupione na mnie. Że też ja zawsze muszę się znaleźć w takiej sytuacji. Amosowi Ozowi czy Grosmanowi w życiu by się to nie przytrafiło. Nagle słychać pukanie do drzwi. Ich skupione spojrzenia stają się groźne. Wzruszam ramionami. Przecież to wcale nie ja. W moim opowiadaniu nie ma niczego, co by się wiązało z tym stukaniem.

– Pozbądź się go – rozkazuje mi ankieter. – Nieważne, kto to. Spław go i tyle.

Uchylam lekko drzwi. Stoi za nimi posłaniec z pizzą.

– Ty jesteś Keret? – pyta.

– Tak – mówię. – Ale nie zamawiałem pizzy.

– Mam tu napisane „Zamenhofa 14” – macha karteczką i pcha się do środka.

– Może napisane – bronię się – ale nie zamawiałem żadnej pizzy.

– Rodzinna – upiera się. – Połowa ananas, połowa anchois. Już zapłacona. Kartą. Daj mi tylko napiwek i lecę.

– Ty też tu jesteś po opowiadanie? – bada Szwed.

– Jakie opowiadanie? – pyta posłaniec. Widać, że kłamie, nie jest w tym za dobry.

– Wyjmuj – rzuca mu ankieter. – No już, wyjmuj ten pistolet.

– Nie mam pistoletu – wyznaje posłaniec i spod swojej kartonowej tacy pokazuje długi rzeźnicki nóż. – Ale pokroję go na plasterki jak wędlinę, jeśli mi tu natychmiast nie wydusi z siebie czegoś porządnego.

Siedzą we trzech na kanapie. Szwed po prawej, koło niego posłaniec, po lewej ankieter.

– Ja tak nie mogę – mówię do nich. – Opowiadanie po prostu nie wyjdzie, jak tu tkwicie we trzech z bronią, i w ogóle. Wyjdźcie na zewnątrz, przespacerujcie się trochę, to do waszego powrotu z czymś będę gotów.

– To gówno zadzwoni na policję – mówi ankieter do Szweda. – Myśli, że nas palcem zrobiono?

– No, dawaj jakieś szybko i pójdziemy – naprasza się posłaniec. – Jedno krótkie. Nie bądź sknerą. Takie ciężkie czasy. Bezrobocie, zamachy, Iran. Ludzie są spragnieni czegoś innego. Myślisz, że co nas, zwyczajnych ludzi, sprowadziło tu do ciebie? Rozpacz, chłopie, rozpacz.

Odkaszlnąłem i zaczynam znowu.

– Czterech ludzi siedzi w pokoju. Upał. Nuda. Klimatyzator nie działa. Jeden z nich prosi o opowiadanie. Drugi i trzeci przyłączają się do niego…

– To nie jest opowiadanie – irytuje się ankieter. – To sprawozdanie. Dokładnie to się tutaj teraz dzieje. Dokładnie od tego próbujemy uciec. Nie zrzucaj tak na nas rzeczywistości jak jakichś śmieci. Rusz trochę, bracie, wyobraźnią, wymyśl coś i popłyń z tym, jak najdalej się da.

Zaczynam od nowa.

– Pewien człowiek siedzi sam w pokoju. Jest samotny. Jest pisarzem. Chce napisać opowiadanie. Dużo czasu upłynęło, odkąd napisał swoje ostatnie opowiadanie, i tęskni. Tęskni do takiego poczucia stwarzania czegoś z tego, co jest. Tak, czegoś z tego, co jest. Bo coś z niczego, to jest wtedy, kiedy całkowicie coś wymyślamy. To niewiele warte i też nie taka znowu sztuka. Ale coś z tego, co jest, to wtedy, kiedy odkrywasz coś, co przez cały czas w tobie istniało, odkrywasz to w trakcie stawania się, które nigdy dotąd się nie stało. Człowiek postanawia napisać opowiadanie o tej sytuacji. Nie o sytuacji politycznej i też nie o sytuacji społecznej. Postanawia napisać opowiadanie o sytuacji ludzkiej. O sytuacji ludzkiej, takiej, jaka jawi mu się w tej chwili. Ale żadne opowiadanie nie przychodzi. Bo sytuacja ludzka, taka, jaka jawi mu się w tej chwili, nie jest widać warta opowiadania. Szykuje się już, żeby zrezygnować, kiedy niespodziewanie…

– Ostrzegałem cię już – przerywa mi Szwed – bez pukania do drzwi.

– Muszę – obstaję przy swoim. – Bez pukania do drzwi nie ma opowiadania.

– Pozwól mu – mówi miękko posłaniec. – Wyluzuj trochę. Chce pukania do drzwi? Niech będzie pukanie. Tylko żebyśmy już mieli opowiadanie.

Lieland

Rubi pierwszy raz skłamał, kiedy miał siedem lat. Mama dała mu stary i wymięty banknot i poprosiła, żeby poszedł do sklepiku kupić jej długie kenty. Rubi za te pieniądze kupił lody. Wydaną bilonem resztę schował pod dużym białym kamieniem na podwórku za domem, w którym mieszkali, a kiedy mama spytała go po powrocie, co się stało, opowiedział, że zaczepił go na ulicy olbrzymi rudy chłopak bez jednego przedniego zęba, uderzył w twarz i zabrał banknot. Mama uwierzyła. Od tego czasu Rubi nie przestawał kłamać. W szkole średniej pojechał do Ejlatu, wylegiwał się tam na plaży prawie tydzień, a wychowawcy sprzedał opowieść o ciotce z Beer Szewy, która chorowała na raka. W wojsku ta zmyślona ciotka jeszcze oślepła i pomogła Rubiemu wygrzebać się bez aresztu czy choćby zomzu z jakiegoś syfu z mankiem. W pracy usprawiedliwił kiedyś dwugodzinne spóźnienie kłamstwem o pewnym psie owczarku, którego znalazł rozjechanego na poboczu i zabrał do weterynarza. Pies z tego kłamstwa został z dwiema sparaliżowanymi łapami, a spóźnienie – całkiem zatarte. Wiele kłamstw musiał w życiu wymyślić Rubi Elgarbeli. Kłamstw kulawych i chorych, okrutnych i złośliwych, bujd na kołach i na resorach, zapiętych na ostatni guzik i z brodą. Kłamstw wymyślanych w jednej chwili, bez zastanowienia, że kiedykolwiek będzie musiał znów się z nimi skonfrontować.

Wszystko zaczęło się od snu. Krótkiego i niezbyt jasnego snu o zmarłej matce. W tym śnie siedzieli obydwoje na macie pośrodku białej, pozbawionej jakichkolwiek szczegółów płaszczyzny, która wyglądała jakby w żadnym miejscu ani się nie zaczynała, ani nie kończyła. Koło nich, na tej białej i nieskończonej płaszczyźnie stał automat z gumą do żucia, taki starego typu, z przezroczystą górną częścią, do którego wkłada się monetę, coś przekręca i otrzymuje okrągłą gumę. I we śnie mama Rubiego powiedziała, że całe te zaświaty zaczęły już doprowadzać ją do szału, bo wprawdzie ludzie tu są dobrzy, ale nie ma papierosów. Nie tylko papierosów nie ma. Nie ma kawy. Nie ma drugiego programu. Nic nie ma.

– Musisz mi pomóc, Rubi – powiedziała. – Musisz mi kupić gumę do żucia. Wychowałam cię, synku. Przez te wszystkie lata dawałam ci wszystko i o nic nie prosiłam. Ale teraz nadszedł czas, żeby starej matce oddać jakąś cząstkę. Kup mi okrągłą gumę. Czerwoną, jeśli można, ale też nic strasznego się nie stanie, jeśli wypadnie niebieska.

I Rubi szperał po kieszeniach w tym śnie, jeszcze raz, i jeszcze, szukał monety, ale nic nie znalazł.

– Nie mam, mamo – powiedział przez łzy. – Nie mam drobnych, przeszukałem wszystkie kieszenie.

Jak na kogoś, kto na jawie nigdy nie płacze, to było dziwne – płakać we śnie.

– Szukałeś też pod kamieniem? – spytała matka i położyła rękę na jego dłoni. – Może jeszcze tam są?

I wtedy się obudził. To była sobota. Piąta rano, na zewnątrz jeszcze ciemno. Rubi wsiadł do samochodu i pojechał do miejsca, w którym jako dziecko się wychował. Dojazd w sobotę rano, bez korków, zabrał mu mniej niż dwadzieścia minut. Na parterze budynku, gdzie kiedyś był sklepik Pliskina, otworzyli sklep ze wszystkim za dolara, a obok, zamiast sklepu z butami, był teraz salon operatora komórkowego, który – bo raz się żyje! – oferował w witrynie wymianę sprzętu na nowszą generację. Ale sam budynek został niezmieniony. Od ich wyprowadzki minęło ponad dwadzieścia lat i nawet go nie pomalowano. Podwórko także zostało niezmienione, z paroma kwiatami, kranem, zardzewiałym zegarem słonecznym i mnóstwem zielska. A w kącie podwórka, obok konstrukcji do wieszania prania, rokrocznie na święto Sukkot zamienianej w szałas, czekał na niego biały kamień.

Rubi stał na podwórku z tyłu domu, w którym się wychował, w futrzanej kurtce wojskowej, z wielką plastikową latarką w ręku i czuł się dziwnie. Kwadrans po piątej rano, sobota. Jeśli, załóżmy, wyjdzie któryś z sąsiadów, co mu powie? Przyszła do mnie we śnie moja zmarła matka i poprosiła, żeby jej kupić okrągłą gumę do żucia, więc przyszedłem tutaj poszukać drobnych? Dziwne, że po tylu latach kamień jeszcze był. Chociaż, kiedy pomyśleć, to nie, żeby kamienie same gdziekolwiek chodziły. Podniósł kamień lękliwie, jakby mógł się pod nim ukrywać jakiś skorpion. Ale żadnego skorpiona tam nie było, ani węża, ani złamanego grosza, tylko dziura o zarośniętym prześwicie, z której przebijało światło. Rubi usiłował zajrzeć w głąb dziury, ale światło go oślepiało. Po krótkim wahaniu wsadził rękę do środka, całe ramię, aż po bark, kładąc się na ziemi i próbując dosięgnąć czegoś na dnie, ale w głębi dziury nie było żadnego dna, a jedyna rzecz, jakiej udało mu się dotknąć, była z zimnego metalu, jakby gałka. Jakby gałka od automatu z gumą do żucia. Rubi natężył wszystkie siły, żeby przekręcić tę gałkę, i poczuł, że mechanizm się poddaje. Teraz nadszedł ten moment, kiedy okrągła guma powinna wyturlać się na zewnątrz. Teraz był ten moment, w którym powinna pokonać całą drogę z metalowych wnętrzności maszyny do ręki przejętego dziecka, które niecierpliwie na nią czeka. Teraz jest ten moment, kiedy to wszystko powinno się stać. Ale się nie stało. A w chwili gdy Rubi skończył obracać gałką, pojawił się tutaj.

To „tutaj” było innym miejscem, ale również mu znanym. Miejscem ze snu o matce. Zupełnie białym, bez ścian, bez podłogi, bez sufitu, bez słońca. Tylko biel i automat z gumą do żucia. Automat z gumą do żucia i rudy chłopak, mały i brzydki, którego Rubiemu udało się początkowo przegapić. I zanim Rubi zdążył się do niego uśmiechnąć czy cokolwiek powiedzieć, rudzielec kopnął go z całej siły w udo i stękającego z bólu rzucił na kolana. Teraz, gdy Rubi klęczał, byli dokładnie tego samego wzrostu. Rudzielec spojrzał mu w oczy, i chociaż Rubi był pewien, że nigdy się nie spotkali, było w tym chłopaku coś znajomego.

– Kim jesteś? – spytał rudego chłopca, który stał na wprost niego i dyszał.

– Ja? – chłopiec w szyderczym uśmiechu odsłonił brak przedniego zęba. – Jestem twoim pierwszym kłamstwem.

Rubi spróbował wstać. Noga, w którą kopnął go rudy, bolała wściekle. Sam rudzielec już dawno uciekł. Rubi zbadał z bliska automat z gumą do żucia. Wśród kulistych gum kryły się plastikowe, na wpół przezroczyste piłeczki, a w nich niespodzianki. Przeszukiwał kieszenie w poszukiwaniu monet, kiedy przypomniał sobie, że zanim rudy chłopak uciekł, zdążył mu zabrać portfel. Rubi, utykając, ruszył w niewiadomym kierunku. Ponieważ w białej przestrzeni poza automatem z gumą do żucia nie było żadnego punktu orientacyjnego, jedyna rzecz, jaką mógł zrobić, to spróbować się od niego oddalić. Co kilka kroków obracał głowę, żeby sprawdzić, czy automat rzeczywiście staje się coraz mniejszy i za którymś razem, kiedy zwrócił się ponownie w kierunku marszu, zobaczył psa owczarka, a przy nim zasuszonego staruszka ze szklanym okiem i bez obu rąk. Psa rozpoznał od razu po sposobie, w jaki posuwał się do przodu – na wpół pełznąc na dwóch przednich łapach, które z ogromnym wysiłkiem wlokły za sobą sparaliżowany zad. To był potrącony pies z kłamstwa. Dyszał z wysiłku i podniecenia i wyraźnie cieszył się na jego widok. Lizał Rubiemu rękę, wlepiając w niego rozjaśnione ślepia. Wysuszonego człowieka nie udało się Rubiemu rozpoznać. Staruszek w zastępstwie uścisku dłoni uniósł hak nasadzony na kikut prawej ręki.

– Rubi – powiedział Rubi i skłonił głowę.

– Igor – przedstawił się staruszek i klepnął Rubiego jednym z haków po plecach.

– Czy my się znamy? – zapytał Rubi po kilku chwilach niezdecydowanego milczenia.

– Nie – zaprzeczył Igor i podniósł jednym hakiem psią smycz. – Jestem tu tylko ze względu na niego. Zwęszył pana na kilometry i bardzo się wzruszył. Chciał, żebyśmy podeszli.

– Więc pan i ja nijak nie jesteśmy związani – stwierdził Rubi z uczuciem szczególnej ulgi.

– Pan i ja? – Igor go uspokoił: – Kompletnie nie. Ja jestem kłamstwem kogoś innego.

Rubi bardzo chciał zapytać Igora, czyim jest kłamstwem, ale nie był pewien, czy wypada tu zadawać takie pytania. W ogóle chciał go zapytać, co to dokładnie za miejsce i czy poza nim jest tu jeszcze dużo ludzi albo kłamstw, czy jak tam sami siebie nazywają, ale pomyślał, że to również jest zbyt delikatna kwestia. Zamiast mówić pogłaskał więc przetrąconego psa Igora. Pies był przemiły. Wyglądał na bardzo ucieszonego spotkaniem z Rubim, a Rubiemu bardzo go było żal i czuł się winny, że nie wymyślił jakiegoś kłamstwa przynoszącego mniej bólu i cierpień.

– A automat z gumą do żucia – zapytał Igora po kilku chwilach – na jakie monety działa?

– Na liry – odpowiedział staruszek. – Jeśli pan nie ma…

– Był tu wcześniej taki chłopiec – wyjaśnił Rubi – i zabrał mi portfel. Ale nawet gdyby mi go zostawił, lir i tak w nim nie było.

– Chłopiec bez zęba? – zapytał Igor. – Ten łajdak wszystkich okrada. Nawet psu wyjada chappi. U nas w Rosji takie chłopaczysko wyrzuciłoby się w samej koszuli i gaciach na śnieg i pozwoliło wrócić do domu, kiedy całkiem by już zsiniało. – Igor wskazał jednym z haków na swoją tylną kieszeń. – Tu, w środku są liry. Niech pan sobie weźmie, w prezencie ode mnie.

Rubi, zażenowany, wyciągnął z kieszeni Igora jedną lirę i kiedy już podziękował, usiłował mu zaproponować w zamian swojego swatcha.

– Dziękuję – Igor odmownie pokręcił głową – ale ostatnia rzecz, jakiej mi potrzeba, to zegarek, w dodatku plastikowy. I tak nigdzie się nie spieszę. – A kiedy zobaczył, że Rubi szuka czegoś innego, żeby mu dać, pospieszył go uspokoić: – To lira, którą byłem panu winny. Gdyby nie pana kłamstwo o psie, zostałbym tu zupełnie sam. Tak więc teraz jesteśmy kwita.

Rubi pokuśtykał szybko z powrotem w stronę automatu z gumą do żucia. Kopniak rudego chłopca bolał nadal, ale już jakby mniej. Wsunął lirę do automatu, wziął głęboki oddech, przymknął oczy i szybko przekręcił gałkę. Kiedy skończył obrót, leżał na ziemi na podwórku koło swojego dawnego domu. Pierwszy brzask zaczął już powlekać niebo jasnymi odcieniami błękitu. Rubi wyszarpnął ramię z głębokiej dziury w ziemi. Rozchylił zaciśniętą dłoń i w jej wnętrzu znalazł okrągłą czerwoną gumę do żucia.

Zanim odszedł, przesunął kamień na miejsce. Nie zadawał sobie pytania, co właściwie stało się tam w dziurze, wsiadł tylko do samochodu, wrzucił wsteczny i odjechał. Czerwoną gumę schował pod poduszkę, dla mamy, gdyby powróciła we śnie.

Przez pierwsze dni mnóstwo jeszcze o tym myślał, o tym miejscu, o psie, Igorze, o innych kłamstwach, których na swoje szczęście nie spotkał. Było takie dziwaczne kłamstwo, które opowiedział kiedyś Ruti, swojej poprzedniej dziewczynie, kiedy nie przyszedł na szabatową kolację u jej rodziców. O dalekiej kuzynce, która mieszkała w Natanii z mężem brutalem. I jak ten jej groził, że ją zabije, i Rubi musiał tam jechać uspokoić nastroje. Do dzisiaj nie wie, dlaczego wymyślił taką pokręconą historię. Może wydawało mu się wówczas, że im coś będzie bardziej skomplikowane i pokrętne, tym ona łatwiej mu uwierzy. Są ludzie, co jak nie przychodzą w szabat na kolację, mówią po prostu, że bolała ich głowa albo coś takiego, ale on nie – przez te jego historie żyją teraz, niedaleko stąd, w jakiejś dziurze w ziemi, zwariowany mąż i bita kobieta.

Nie wrócił do dziury, jednak coś z tego miejsca w nim zostało. Na początku jeszcze kłamał dalej, ale to były takie kłamstwa pozytywne, takie, w których się nie bije, nie kuleje, nie kona w męczarniach na raka. Spóźnił się do pracy, bo musiał podlać kwiatki w mieszkaniu ciotki, która pojechała do Japonii odwiedzić swojego niezwykle udanego syna. Nie mógł przyjść na rodzinną uroczystość, bo jakaś kotka urodziła na jego progu i musiał zająć się kociętami. Takie rzeczy. Ale kłopot z pozytywnymi kłamstwami jest taki, że wymyślanie ich jest dużo bardziej skomplikowane, przynajmniej tych wiarygodnych. W ogóle – jak opowiadasz ludziom coś złego, kupują od razu, to im brzmi normalnie. Ale kiedy wymyślasz rzeczy dobre – robią się podejrzliwi. W ten sposób powolutku, pomalutku Rubi zaczął mniej kłamać. Z lenistwa przede wszystkim. Z czasem mniej też myślał o tym miejscu. O dziurze. Przynajmniej do tego poranka, kiedy usłyszał na korytarzu Nataszę z budżetowego rozmawiającą z kierownikiem działu. Prosiła go o kilka dni pilnego urlopu, ponieważ jej wuj, Igor, dostał ataku serca. Nieszczęśliwy człowiek, wdowiec, który przed paroma laty stracił obie ręce w wypadku drogowym, i teraz to, a jest taki samotny i bezradny. Kierownik się zgodził, Natasza poszła do swojego pokoju, zabrała torebkę i wyszła z budynku. Rubi podążył za nią do samochodu. Kiedy się zatrzymała, żeby wyciągnąć kluczyki z torebki, on również przystanął. Odwróciła się do niego.

– Pracuje pan w pozyskiwaniu – powiedziała. – Asystent Zaguriego, prawda?

– Tak – przytaknął Rubi. – Nazywam się Rubi.

– Ojoj, Rubi – Natasza posłała mu rosyjski poirytowany uśmieszek. – No to o co chodzi? Czegoś pan potrzebuje?

– To w związku z kłamstwem, które pani wcisnęła wcześniej kierownikowi sekcji – wymamrotał Rubi. – Ja go znam.

– Szedł pan za mną przez całą drogę do samochodu, żeby mnie oskarżyć o to, że jestem kłamczuchą? – wycedziła Natasza.

– Nie – bronił się Rubi. – Ja nie oskarżam, naprawdę. To, że pani jest kłamczuchą, to fajnie. Ja też jestem kłamczuch. Ale ten Igor z pani kłamstwa, ja go spotkałem, to złoty człowiek. A pani już, przepraszam, że to mówię, pani już wynalazła mu dość nieszczęść. Więc tylko chciałem pani powiedzieć, że…

– Czy mógłby się pan odsunąć – przerwała mu Natasza lodowatym tonem. – Przeszkadza mi pan otworzyć drzwi.

– Wiem, że to nie brzmi przekonująco, ale mogę to udowodnić – nalegał Rubi. – On nie ma oka, ten Igor. To znaczy ma, ale tylko jedno. Musiała pani kiedyś nakłamać, że stracił oko, prawda?

Natasza, która już wsiadała do auta, zatrzymała się.

– Skąd pan to wziął? – spytała podejrzliwie. – Pan jest przyjacielem Sławy?

– Nie znam żadnej Sławy – burknął Rubi. – Tylko Igora. Naprawdę, jeśli pani zechce, mogę panią do niego zabrać.

Dotarli na podwórko za budynkiem. Rubi przesunął kamień, położył się na wilgotnej ziemi i wcisnął rękę do dziury. Natasza stała nad nim. Podał jej wolną rękę i powiedział:

– Proszę się mocno trzymać.

Natasza przyjrzała się człowiekowi leżącemu u jej stóp. Po trzydziestce, przystojny, w czystej białej wyprasowanej koszuli, która teraz właściwie była mniej czysta i dużo mniej wyprasowana, z jednym ramieniem w dziurze i przyciśniętym do ziemi policzkiem.

– Proszę się mocno trzymać – powtórzył.

Podając mu rękę, nie mogła nie spytać samej siebie, jak to się dzieje, że zawsze wynajduje skądś tych wszystkich świrów. Przy samochodzie, kiedy zaczął z tymi swoimi bzdurami, myślała, że to taki rodzaj durnego poczucia humoru, takiego tutejszego, szczeniackiego, ale teraz zrozumiała, że ten facet o łagodnych oczach i z zakłopotanym uśmiechem jest rzeczywiście stuknięty. Jego palce ciasno obejmowały jej dłoń. Zastygli tak na moment, on rozciągnięty na ziemi, ona nad nim lekko pochylona, ze zdezorientowanym spojrzeniem.

– OK – wyszeptała Natasza ostrożnym, prawie terapeutycznym tonem. – Trzymamy się właśnie za ręce, i co teraz?

– Teraz – powiedział Rubi – przekręcę gałkę.

Znalezienie Igora zabrało im dużo czasu. Najpierw spotkali jakieś owłosione i garbate kłamstwo, najwyraźniej jakiegoś Argentyńczyka, nie mówiącego słowa po hebrajsku. A potem inne kłamstwo Nataszy, policjanta, religijnego nudziarza, który wlókł się za nimi zawzięcie, żeby sprawdzić im dokumenty, ale o Igorze w ogóle nie słyszał. Pomogła im w końcu ta ofiara przemocy domowej, kuzynka Rubiego z Natanii. Natknęli się na nią, jak karmiła kociaki z jego ostatniego kłamstwa. Kuzynka nie widywała Igora już od kilku dni, ale wiedziała, gdzie można znaleźć jego psa. A pies, kiedy już skończył lizać ręce i twarz Rubiego, z radością zaprowadził ich do łóżka swego pana.

Igor był w złym stanie. Skórę miał zupełnie żółtą i cały czas się pocił. Ale kiedy zobaczył Nataszę, uśmiechnął się szeroko. Tak się ucieszył z jej odwiedzin, że uparł się wstać, żeby ją uściskać, choć ledwo trzymał się na nogach. Kiedy ją przytulił, Natasza zaczęła płakać i prosić o wybaczenie, bo ten Igor nie mniej niż kłamstwem, był też jej wujem. Wujem, którego, zgoda, sama zmyśliła, ale mimo wszystko wujem. Igor powiedział, że nie ma za co przepraszać. Że może życie, które mu wymyśliła, nie zawsze było lekkie, ale czerpał przyjemność z każdej chwili, i żeby się nie martwiła, bo wobec wypadku samochodowego w Mińsku, rażenia piorunem we Władywostoku czy pokąsania przez stado wściekłych wilków na Syberii, ten atak serca to kaszka z mleczkiem. A kiedy wrócili do automatu z gumą do żucia, Rubi wsunął do środka monetę jednolirową, wziął Nataszę za rękę i poprosił, żeby przekręciła gałkę.

Kiedy już byli znowu na podwórku, znalazła w swojej dłoni plastikową piłeczkę, a w niej niespodziankę – wisiorek z plastiku, pozłacany i brzydki, w kształcie serca.

– Wiesz – powiedziała do Rubiego – miałam dziś wieczorem pojechać z koleżanką na kilka dni na Synaj, ale myślę, że raczej to odwołam i przyjdę tu jutro zająć się Igorem. Chciałbyś też przyjść?

Rubi kiwnął głową potakująco. Wiedział, że aby tu jutro przyjść z Nataszą, będzie musiał w biurze wymyślić jakieś kłamstwo, i choć jeszcze żadnego nie przygotował, wiedział już, że będzie wesołe i będzie w nim pełno światła, kwiatów i słońca, i może nawet parę uśmiechniętych bobasów.

Jesus Christ

Zastanawialiście się kiedyś, jakie ostatnie słowo pada najczęściej z ust ludzi mających umrzeć gwałtowną śmiercią? Amerykańska uczelnia MIT zorganizowała szeroko zakrojone badania wśród różnorodnych społeczności Ameryki Północnej i odkryto, że owo słowo – to nic innego jak „fuck”. 8 procent mających umrzeć mówi „What the fuck”, następne 6 procent mówi tylko „Fuck”, a jest jeszcze 2,8 procent innych, którzy mówią „Fuck you”, chociaż w ich przypadku, oczywiście, ostatnim słowem jest „you”, nawet jeśli „Fuck” naznacza je w sposób niepodważalny. A co mówi Jeremy Kleinman na chwilę przed zdaniem duszy wyższemu kwatermistrzostwu? Mówi: „Bez sera”. Mówi to, bo akurat zamawia coś w restauracji z cheeseburgerami, która nazywa się Jesus Christ. Nie mają w menu zwykłego hamburgera, więc Jeremy, przestrzegający koszerności, prosi o cheeseburgera bez sera. Kierowniczka zmiany w restauracji nie robi żadnych kwestii. W przeszłości wielu klientów już ją o to prosiło. Tak wielu, że odczuła potrzebę zaraportowania o tym w serii szczegółowych mejli do dyrektora sieci Jesus Christ, który siedzibę ma w Atlancie. Prosiła o dodanie do menu także możliwości wyboru zwykłego hamburgera. „Wielu ludzi mnie o to prosi, a w chwili obecnej zmuszeni są zamawiać cheeseburgera bez sera. Jest to możliwość pokrętna i nieco żenująca, żenująca dla mnie i również, jeśli wolno mi powiedzieć, dla całej sieci. Sprawia to, że czuję się jak technokratka, a klienci mają wrażenie, że sieć jest ciałem ociężałym, wobec którego muszą stosować specjalne wybiegi, żeby osiągnąć to, co chcą zamówić”. Dyrektor nie odpowiedział na jej mejla, a fakt, że nie odpowiedział, był dla niej jeszcze bardziej żenujący i upokarzający niż te wszystkie przypadki, kiedy zamawiano u niej cheeseburgery bez sera. Kiedy zaangażowany pracownik zwraca się do pracodawcy z jakimś problemem, i to problemem zawodowym, związanym z miejscem pracy, minimum, które pracodawca musi zrobić, to przyznać, że problem istnieje. Dyrektor mógł jej napisać, że sprawa jest w trakcie załatwiania albo że docenia jej inicjatywę i przykro mu, ale nie może zmienić menu, albo jeszcze milion wykrętnych odpowiedzi tego rodzaju. Ale on nie. Nie napisał nic. Co sprawiło, że poczuła się jak powietrze. Dokładnie jak tego wieczoru w New Haven, kiedy jej chłopak, Nick, zaczął uwodzić kelnerkę, podczas gdy ona sama siedziała obok niego przy barze. Płakała wtedy, a Nick nie zrozumiał nawet dlaczego. Jeszcze tej samej nocy spakowała swoje rzeczy i wyprowadziła się. Wspólni przyjaciele zadzwonili do niej kilka tygodni później i powiedzieli, że Nick popełnił samobójstwo. Wprost nikt jej nie obwiniał o to, co się stało, ale było coś w sposobie, w jaki to mówili, jakiś ton nagany, nie potrafiłaby nawet powiedzieć co. W każdym razie kiedy dyrektor jej nie odpowiedział, rozważała złożenie wymówienia. Ale ta historia z Nickiem spowodowała, że tego nie zrobiła, i to nie, że myślała, że dyrektor Jesus Christ popełni samobójstwo na wieść o odejściu z pracy kierowniczki zmiany w jakimś śmierdzącym oddziale na północnym wschodzie, ale jednak. Prawda jest taka, że gdyby dyrektor usłyszał, że zwolniła się przez niego, popełniłby samobójstwo. Prawda jest taka, że gdyby dyrektor usłyszał, że z powodu nielegalnych polowań w Afryce wyginie biały lew, popełniłby samobójstwo. Popełniłby samobójstwo, również gdyby usłyszał coś dużo skromniejszego i bardziej trywialnego, na przykład, że jutro spadnie deszcz. Dyrektor sieci Jesus Christ cierpiał na ciężką kliniczną depresję. Jego koledzy z pracy wiedzieli o tym, lecz starali się tego bolesnego faktu nie rozgłaszać, również z poszanowania dla jego prywatności, ale także dlatego, że mogły natychmiast stracić na tym akcje firmy. Cóż innego bowiem sprzedaje nam giełda, jeśli nie nieuzasadnioną nadzieję na różową przyszłość? A dyrektor cierpiący na kliniczną depresję nie jest akurat idealnym ambasadorem takiego przekazu. Dyrektor sieci Jesus Christ, który świetnie sobie uwewnętrznił kwestię problemów prywatnych oraz publicznych, jakich przysparza stan jego ducha, próbował zaradzić temu leczeniem farmakologicznym. Leczenie farmakologiczne w ogóle nie pomogło. Lekarstwa, które przyjmował, zostały przepisane przez irackiego lekarza – wygnańca, który w Stanach Zjednoczonych uzyskał status uchodźcy, po tym jak jego rodzinę przez pomyłkę zbombardował samolot F-16, usiłujący zabić synów Saddama Husajna. Jego żona, ojciec i dwaj mali synkowie zginęli, ocalała tylko starsza córka, Suha. W wywiadzie dla CNN lekarz powiedział, że mimo swojej osobistej tragedii nie gniewa się na naród amerykański. Ale prawda jest taka, że jednak się gniewał. Więcej niż gniewał, wrzał z nienawiści do narodu amerykańskiego, lecz rozumiał, że jeśli chce dostać green card