Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 570 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nadzór - Charlie Fletcher

Granica między światem zwyczajnym a magicznym jest zaskakująco cienka, a strzeże jej jedynie pięcioro ludzi. Niegdyś Nadzór, tajny związek strażników, liczył setki dzielnych dusz, dziś można ich policzyć na palcach jednej dłoni. W mieście panoszą się okrutni mordercy, magiczne istoty żerują pod osłoną nocy, a wrogowie podchodzą coraz bliżej. Nadzór jest osłabiony i rozdarty. Pewnej nocy pod drzwiami jego siedziby zjawia się opryszek z workiem z niecodzienną zawartością. Wydaje się, że oto pojawiła się szansa na uzupełnienie sił. Jednak wiele wskazuje na to, że pozorne błogosławieństwo jest raczej zmyślną pułapką, która ma doprowadzić Nadzór do ostatecznego i całkowitego upadku.

Mroczna, dickensowska historia opowiada o łowcach czarownic, magach, podróżnikach przechodzących przez lustra i najbardziej zaskakujących bohaterach wygrzebanych z czeluści brytyjskich legend. Poznajcie Nadzór i pamiętajcie - jeśli oni polegną, polegniemy wszyscy.

Opinie o ebooku Nadzór - Charlie Fletcher

Fragment ebooka Nadzór - Charlie Fletcher

Dla Margaret Fletcher,

Zalety istnienia mieszańców

Śmiertelnicy i istoty nadnaturalne zamieszkują równolegle ten sam świat, ale nie widzą się nawzajem – jak mieszkańcy domu, którzy bywają w nim o różnych porach i tylko czasem mijają się na wąskich schodach. Nie mówią tym samym językiem, mają inne zwyczaje, a ich postrzeganie świata, praw i zachowań, które nim rządzą, jest całkiem przeciwstawne.

Dostrzegają się tylko wtedy, gdy na siebie wpadną, a kiedy tak się dzieje, zachodzą wydarzenia tajemne i niefortunne zarazem. To ze względu na to tak ważne jest, by niewielkie przestrzenie, w których to przenikanie jest możliwe, rządziły się określonymi zasadami i by przestrzegania tych zasad ktoś pilnował.

Przez całe wieki niewiele było równie dużych skupisk ludzkich, co wielkie cielsko miejskie rozciągnięte na brzegach Tamizy, i właśnie w celu uregulowania interakcji pomiędzy istotami śmiertelnymi i nadnaturalnymi zostało utworzone prastare Wolne Bractwo znane jako Nadzór Londyński.

Paradoksem jest, być może budzącym zainteresowanie tylko kolekcjonerów osobliwych i ironicznych zdarzeń, że ta cienista granica jest pilnowana przez tych, w których żyłach płynie krew obu ras... Ujmując to inaczej, niewidzialnego kordonu zapobiegającego przenikaniu się światów pilnują mieszańcy.

Wyjątek z Wielkiej i tajemnej historii świata autorstwa rabina doktora Hayyima Samuela Falka (znanego również jako Ba’al Shem z Londynu)

ROZDZIAŁ I Dom przy Wellclose Square

Gdyby tylko ta przeklęta dziewczyna się tak nie miotała.

Gdyby tylko tak nie wrzeszczała – wtedy nie musiałby jej kneblować.

Gdyby była cicho i dała się związać, nie musiałby jej wsadzać do worka.

A gdyby nie musiał jej wsadzać do worka, mogłaby iść, a tak zmuszony był targać ją na plecach przez całą drogę do domu Żyda.

Bill Ketch nie był brutalem. Życie pozbawiło go paru zębów i więcej niż raz złamało mu nos, ale nie zmieniło go w zwierzę – miał w sobie na tyle człowieczeństwa, by czuć się źle z powodu tego, co robił. Nie podobało mu się, że dziewczyna jęczy tak głośno i rzuca się w worku, ściągając uwagę przechodniów.

Lanie niczego nie zmieniło. Może i dużo krzyczała, ale w oczach miała ten błysk, coś twardego, niezłomnego, i to właśnie ta hardość drażniła go i przyczyniła się do decyzji, by sprzedać ją Żydowi.

Tak podpowiadał mu głos w głowie, cichy, nieśmiały, ale skutecznie zagłuszający podszepty sumienia.

Ulice były opustoszałe, a unosząca się znad Tamizy mgła tłumiła światła lamp gazowych przy Seaman’s Hostel, zmieniając je w plamy jasności. Kiedy skręcił na Wellclose Square, zauważył mignięcie ognika zapałki. Wielki brodaty rudzielec zapalał sobie fajkę. Stał pod duńskim kościołem razem z grupką ludzi skupionych wokół wózka pełnego pudeł ze świecami. Na szczęście nie zauważyli, jak Ketch przekrada się pospiesznie drugą stroną ulicy w kierunku domu przy końcu placu. Pod pokaźnym budynkiem rafinerii, który mijał, stał zaprzężony powóz, ale nikogo przy nim nie było.

Cieszył się, że plac jest o tej porze tak wyludniony. Nie miał ochoty nikomu się tłumaczyć, dlaczego dźwiga taki dziwny ładunek ani dokąd zmierza.

Kudłacz w Trzech Kulasach dał mu dokładne wskazówki. Stosując się do nich, pochylił się, przechodząc przed bramą frontową, i ominąwszy główne wejście, skierował się za róg, a następnie śliskimi schodkami w dół, do bocznych drzwi. Ciemne przejście pomiędzy budynkami oświetlała jedna lampa, która walczyła dzielnie z mrokiem jeszcze gęstszym tu, na końcu placu, bliżej Tamizy.

Przed nim znajdowało się dwoje drzwi. Pierwsze, zrobione z żelaznych sztab, jak więzienne, stały na oścież, przylegając do ceglanej ściany budynku. Drugie, z ciemnej dębiny, nabijane wypukłymi ćwiekami, były zamknięte, a wieniec gwoździ stwarzał wrażenie, jakby zostały zabite.

Ketch zauważył obok rączkę z napisem POCIĄGNĄĆ, jednak gdy to zrobił, z wnętrza nie dobiegł żaden odgłos dzwonka. Pociągnął ponownie. I znów cisza. Już miał szarpnąć po raz trzeci, gdy rozległ się metaliczny zgrzyt i w wąskiej szparze wizjera pojawiło się dwoje oczu. Poza nimi widać było tylko półmrok panujący w pomieszczeniu.

Właściciel oczu milczał. Przez chwilę ciszę zakłócało jedynie dobiegające z worka pojękiwanie.

Oczy wodziły od Ketcha do worka i z powrotem. Potem rozległ się odgłos niuchania, jakby strażnik obwąchiwał gościa.

Ketch odchrząknął.

– To dom Żyda?

Właściciel oczu nadal milczał, taksując go w wyjątkowo niepokojący sposób.

– Eee... – Ketch przełknął nerwowo ślinę. – Mam dla niego dziewczynę. Krzykaczkę, taką, jakie ponoć lubi.

Uśmiech towarzyszący tym słowom miał być przypochlebny, jednak w rzeczywistości jedynie ukazał resztki zębów Ketcha.

Oczy najwyraźniej dodały to do swych szacunków, po czym zniknęły przy wtórze zgrzytu zamykanego wizjera. Dziewczyna wzdrygnęła się na ten dźwięk, a Ketch łupnął ją pięścią – nie mocno, nie tak, żeby ją skrzywdzić: po prostu odruchowo.

Gapił się na ciemne drzwi. Mimo że nie miały już oczu, i tak odnosił wrażenie, jakby mu się przyglądały. Oceniały go. Stał stropiony. Nie wiedział, co teraz. Miał odejść? Czyżby taskał tę dziewuchę całą drogę – a nie robiła się lżejsza z czasem – na darmo? Poczuł znajome oznaki narastającego gniewu, jakby morze taniego dżinu i kwaśnego piwa zaczęło wrzeć mu w żołądku, wysyłając ku policzkom falę gorąca. Zacisnął pięść i postąpił krok z zamiarem załomotania w drzwi.

Zamachnął się ze złością, ale w momencie, kiedy opuszczał ramię, drzwi otworzyły się, a on, nie natrafiając na opór, wtoczył się do środka, omal nie upuszczając worka na ziemię.

– Co, do...?! – zaczął i urwał.

Znajdował się w pomieszczeniu wielkości i kształtu celi wartowniczej, bez widocznego drugiego wyjścia. Już miał się cofnąć w chłodną mgłę, gdy boczna ściana się odsunęła, tworząc przejście do sąsiedniej izby.

Spore pomieszczenie zostało wybite boazerią. Również sufit i podłoga były drewniane. Wewnątrz znajdowały się stół, krzesła i lampa naftowa dająca słabe światło. W powietrzu unosił się zapach gliny. Panowała tu atmosfera – może właśnie przez ten zapach – iście grobowa. Ketch zadrżał.

– Wejdź – odezwał się głos za jego plecami.

– Nie. – Bill przełknął z trudem ślinę. – Nie. I wiesz co? To chyba pomyłka...

Żar w żołądku ostygł nagle, zmieniając się w bryłę lodu. Ketch poczuł, że ma gęsią skórkę, i nagle wiedział już z całą pewnością, że nie powinien wchodzić dalej, inaczej już może stąd nie wyjść.

Odwrócił się błyskawicznie, obijając przy okazji dziewczynę o ościeżnicę. Jej jęk utonął w huku zatrzaskujących się drzwi, po którym rozległ się zgrzyt zasuwanych rygli. Droga ucieczki była zamknięta. Ketch naparł na drzwi, potem w nie kopnął. Nie drgnęły. Stał, dysząc ciężko, po czym zdjął worek z ramienia i położył go na ziemi, przytrzymując jednak mocno.

– Nie ruszaj się albo oberwiesz kopniaka – syknął do worka, odwrócił się i zamarł.

Pod ścianą siedział wielki mężczyzna, gigant odziany w szynel z kapturem, taki, jakie nosili stangreci. Płaszcz miał niespotykanie wysoki kołnierz, a na głowie olbrzyma tkwił trójgraniasty kapelusz w stylu popularnym całe pokolenie temu, na początku dziewiętnastego wieku. Kapelusz sterczał poza kołnierz, pogrążając twarz mężczyzny w tak głębokim cieniu, że Ketch zupełnie jej nie widział. Gapił się na siedzącego, ale ten nie drgnął.

– Ej – powiedział Ketch w ramach powitania.

Olbrzym się nie poruszył. Bill postąpił krok w jego kierunku i zdał sobie sprawę, że głowa nieznajomego jest lekko odwrócona, jakby ten na niego nie patrzył.

– Ej – powtórzył.

Postać pozostała nieruchoma. Ketch oblizał wargi i zrobił kolejny krok. Zerknął pod kapelusz. Skóra mężczyzny była brązowa.

– Hej, czerniawy, mówię do ciebie – powiedział Ketch, przyjmując groźną postawę, pod którą starał się ukryć, że nieruchoma pozycja giganta i brak reakcji na jego obecność napędzają mu niezłego stracha.

Mężczyzna równie dobrze mógł być wykuty z kamienia. Właściwie to...

Ketch wyciągnął rękę i ostrożnie podniósł kapelusz nieznajomego.

Okazało się, że olbrzym, którego brał za człowieka, to gliniany posąg. Bill potarł palcem bok jego twarzy. Na ręce została mu brązowa smuga. Glina, niewypalona, jeszcze mokra. Figura była wykonana realistycznie: twarz przystojna, o wysokich kościach policzkowych i imponującym orlim nosie. Ale w miejscu oczu ziały dziury.

– A niech mnie diabli porwą... – szepnął Ketch, cofając się.

– Owszem – rozbrzmiał kobiecy głos za jego plecami, zimny, cichy jak brzytwa przecinająca jedwab. – Zapewne właśnie tak się stanie.

ROZDZIAŁ II Kobieta w czerni i mężczyzna w granacie

Stała po przeciwnej stronie izby niczym cień utkany z ciała, odziana w długą suknię o sztywnym gorsecie, zapiętą pod szyję na guziki, takie same jak przy wąskich rękawach. Na skrzyżowanych na piersiach rękach miała czarne skórzane rękawiczki. Tkanina sukni połyskiwała jak natłuszczony jedwab. Kobieta trzymała się prosto i była tak szczupła – a przy okazji dobrze umięśniona – że przypominała groźną parasolkę opartą o boazerię.

Jedyne wyjątki od całej tej czerni stanowiły twarz, dwa złote pierścionki na rękawiczkach i białe włosy, kontrastujące z młodym wyglądem. Nieznajoma nosiła je spięte w ciasny warkocz, który wił się jej na ramieniu niczym wąż albinos.

Nie było jej, kiedy Ketch wszedł do izby, i nie mogła wejść tymi drzwiami co on, ponieważ zerkał na nie kątem oka, ale nie to niepokoiło go najbardziej. Najstraszniejsze były jej oczy, a raczej fakt, że ich nie widział, ponieważ ukrywała je za małymi okrągłymi szkłami ciemnych okularów.

– Kim... – zaczął.

Uniosła palec. Jakimś cudem to wystarczyło, żeby go uciszyć.

– Czego chcesz?

Ketch przełknął ślinę, czując smak strachu, który w gardle tworzył mu gulę.

– Chcę rozmawiać z Żydem.

– Dlaczego?

Dostrzegł pęk kluczy wiszący u jej paska. Mimo że wyglądała zbyt młodo, jak na gospodynię, uznał, że właśnie tym jest – gospodynią Żyda. Uczepił się tej myśli, żeby odzyskać równowagę – zdenerwowało go nagłe pojawienie się kobiety, to wszystko. Pewnie w ścianie były ukryte drzwi, łatwo przeoczyć ich zarys w pionowym deskowaniu boazerii. Nie zamierzał dać się zastraszyć służącej. Tym bardziej że miał do ubicia dobry interes z jej chlebodawcą.

– Mam coś dla niego.

– Co?

– Krzyczącą dziewczynę.

Spojrzała na worek na podłodze.

– W tym worku jest dziewczyna?

W tonie, jakim zadała to pytanie, czaiła się poważna groźba.

– Chcę rozmawiać z Żydem – powtórzył Ketch.

Kobieta odwróciła głowę i stuknęła w boazerię, a potem przemówiła do małej, okrągłej, mosiężnej kratki.

– Panie Sharp? Niech pan będzie tak miły i poświęci nam chwilkę.

Ciemne szkła znów zwróciły się na Ketcha. Cisza zrobiła się ciężka, nie do zniesienia. Musiał ją przerwać.

– Człowiek w Trzech Kulasach powiedział, że Żyd płaci za krzykaczki.

Złoty pierścionek zamigotał w świetle lampy, kiedy kobieta zacisnęła i rozwarła pięść, jakby coś trzymała w ręce.

– A więc jesteś tu, by sprzedać dziewczynę?

– Za godziwą cenę.

Jej skąpy uśmieszek nie odsłonił zębów, ale głos pozostał lodowato uprzejmy.

– Niektórzy powiedzieliby, że każda zapłata byłaby niegodziwa. Pan Wilberforce prawem zakazał niewolnictwa już prawie cztery dekady temu, czyż nie?

Ketch załatwiał sprawy prosto – miał coś na sprzedaż, a niedawno usłyszał o chętnym kupcu. To prawda, czuł się jak Złodziej Ciał, przemykając we mgle z dziewczyną w worku na plecach, ale nie była przecież trupem, a on nie był Złodziejem. A teraz ta kobieta zadaje mu pytania, które komplikują tę łatwą sprawę. Kiedy życie toczyło się prosto, Ketch płynął po spokojnych wodach. Kiedy natomiast się komplikowało, gubił się, a kiedy się gubił, ogarniał go gniew. A kiedy ogarniał go gniew, używał pięści i nóg, póki na powrót wszystkiego nie wyprostował.

– Nie znam żadnego Wilberforce’a. Chcę mówić z Żydem – burknął.

– A po co, według ciebie, Żydowi ta dziewczyna? Czyli prościej: co z nią zrobi? – zapytała drwiąco, wymawiając słowa tak ostrożnie, jak ostrożnie się uśmiechała.

– Nie mój interes. – Wzruszył ramionami i wetknął pięści w kieszenie płaszcza.

Jej słowa chlasnęły ostro jak bat:

– Ale moim jest to, co sądzisz o sprzedaży tej dziewczyny. Odpowiadaj!

Ta nagła zmiana tonu zakłuła go. Miał ochotę przewrócić stół i przyskoczyć do kobiety z groźną miną.

– Nikt nie będzie mówić Billowi Ketchowi, co robić, a już na pewno nie jakieś przeklęte babsko! Chcę się widzieć z cholernym Żydem i, na Boga...

Zdawało się, że ściana obok kobiety się poruszyła. Wyłonił się z niej mężczyzna, który śmignął przez izbę tak szybko, że Ketch dostrzegł tylko granatową smugę, błysk stali i wir klap płaszcza nad stołem. Nagle poczuł przerażające łaskotanie na jabłku Adama.

Oczy, które taksowały go przez wizjer, spoglądały teraz na niego z odległości równej długości ostrza, które tworzyło osiemnastocalowy stalowy most opierający się jednym krańcem na gardle Billa. Sztych dotykał jego skóry z naciskiem wystarczającym, by powstrzymać go przed zrobieniem czegoś niebezpiecznego, jak na przykład poruszeniem się. W zasadzie nawet przełknięcie śliny mogło w tej sytuacji oznaczać samobójstwo.

– Na każdego z bogów, lepiej nie drgnij, panie...? – Mężczyzna omiótł jego twarz przenikliwym spojrzeniem. – Panie Ketch, prawda? Panie Williamie Ketch?

Nieznajomy pochylił się i Ketch niczym sparaliżowany obserwował, jak jego nozdrza się poruszają, jakby mężczyzna go obwąchiwał. Granat, w który odziany był właściciel ostrza, zdawał się pochłaniać światło jeszcze mocniej niż czerń stroju kobiety. Sięgająca kolan dopasowana kurta jeździecka odsłaniała dwurzędową skórzaną kamizelkę w tym samym kolorze, a jednobarwnego ubioru dopełniały koszula i ciasno związany halsztuk. Jedynym odstępstwem kolorystycznym w stroju mężczyzny były brązowe buty z cholewami.

Ciemnobrązowe były także jego włosy, jak również grube, kształtne brwi oraz oczy, które okazały się niesamowicie... zaskakujące.

Patrząc w nie, Ketch przez mgnienie poczuł zawrót głowy i ekscytację. Oczy te nie były po prostu brązowe, ani nawet w odcieniu brązu – były we wszystkich tonacjach wszystkich brązów. Przypominały jesienne liście tańczące radośnie w oślepiająco złotych promieniach babiego lata.

Jedno spojrzenie wystarczyło, by Ketch zapomniał o ostrzu na gardle.

By cały gniew się ulotnił i życie znów stało się proste.

By Bill Ketch z zakłopotaniem poczuł, że jego serce nieodwołalnie wypełnia coś tak bliskiego miłości, że w zasadzie jest mu bez różnicy.

Właściciel oczu musiał to dostrzec, bo jego ostrze wykonało serię szybkich, zawiłych ruchów i zniknęło w fałdach płaszcza. Położył Ketchowi dłonie na ramionach, przysunął się, obwąchał go znowu, uniósł brwi ze zdumienia, po czym cofnął się z przyjacielskim uśmiechem.

– Jest tym, czym się wydaje, i nikim więcej – rzucił przez ramię.

Kobieta podeszła do niego.

– Jesteś pewien?

– Kiedy stał przed drzwiami, wydawało mi się, że coś poczułem, ale zapach nie podążył tutaj za nim. Może się pomyliłem. Przy tak wysokim przypływie woda w rzece niesie wiele różnych smrodów.

– Jesteś pewien?

– Tak samo jak jestem pewien, że nigdy nie przestaniesz zadawać mi tego pytania.

– Lepiej dwa razy zmierzyć, niż skroić i płakać. Ten nawyk pomagał mi, odkąd nauczyłam się myśleć – oświadczyła obojętnie. – Pomógł mi też zachować ten dom.

– Ty jesteś Żydem? – zapytał Ketch. Jego głos brzmiał nieco piskliwie, bo rozpierało go szczęście, jako że opromieniał go szczery uśmiech tamtego przystojnego młodzieńca.

– Niestety – odparł mężczyzna.

Nad jego ramieniem pojawiła się twarz kobiety.

– To jak? – odezwała się tonem, który sprawił, że w sercu Ketcha zagościł chłód.

– Jest tak nieszkodliwy, jak się wydaje, zapewniam cię – powtórzył mężczyzna.

Zdjęła okulary i złożyła jedną ręką. Jej oczy były szaro-zielone i zimne jak mroźny wicher. Jej słowa – nie mniej lodowate.

– Nazywam się Sara Falk. To ja jestem Żydem.

Kiedy Ketch usiłował dopasować ten fakt do swojego sposobu postrzegania świata, kobieta położyła dłoń na ramieniu towarzysza i wskazała mu leżący na podłodze tobołek.

– W worku jest dziewczyna, panie Sharp. Proszę się tym zająć, jeśli łaska.

Mężczyzna w mgnieniu oka – zupełnie jakby poruszał się poza czasem – znalazł się przy worku. Ostrze mignęło w jego dłoni, pomknęło w dół, w górę i już pomagał się podnieść dziewczynie, jednocześnie obwąchując jej głowę.

– Panie Sharp? – odezwała się kobieta pytająco.

– Tak jak mówiłem, to musiało być coś z zewnątrz. Myślałem, że to on, ale nie. Ona również nie.

– To dobrze – stwierdziła kobieta, a na jej wargach pojawił się cień uśmiechu. – Może to twoja wyobraźnia.

– Bawi cię żartowanie sobie ze mnie, panno Falk, ale śmiem zauważyć, że ponieważ spodziewamy się niewyobrażalnego, moja „wyobraźnia” jest tak samo skutecznym narzędziem jak twoja przezorność – odparł mężczyzna, przyglądając się baczniej dziewczynie. – A ze względu na fakt, że nasze szeregi są tak skromne, wybaczysz mi chyba, że wolę w tych sprawach zachować ostrożność.

Dziewczyna była szczupła i trzęsła się z zimna – bosa, odziana jedynie w brudną sukienkę bez rękawów. Splątane, niemyte włosy opadały jej na twarz rudą falą, pod którą nic nie było widać. Mimo to na pierwszy rzut oka dało się stwierdzić, że nie jest już dzieckiem. Mogła mieć szesnaście do dwudziestu lat. Cofnęła się gwałtownie, kiedy młody człowiek wyciągnął rękę, by odgarnąć jej włosy i bliżej ocenić jej wiek. Powstrzymał się i przemówił łagodnie.

– Spokojnie, moja droga, spójrz na mnie. Spójrz na mnie, a zobaczysz, że nie ma się czego bać.

Uniosła głowę i popatrzyła na niego pytająco wielkimi okrągłymi oczami. Natychmiast przestała drżeć i pozwoliła odgarnąć sobie włosy. Wtedy zobaczyli, co uczyniono, by powstrzymać ją od krzyków.

Młodzieniec aż syknął gniewnie, po czym odwrócił dziewczynę ku Sarze. Ta w zdumieniu zapatrzyła się na czarny kawałek juty, który zakrywał fragment twarzy dziewczyny od nosa do brody.

– Co to jest? – zapytał pan Sharp zdławionym głosem, nadal uspokajając dziewczynę spojrzeniem.

– To smolny lepiec. Strzęp juty, trochę paku, trochę smoły. Taki lepki kompres, jakich używają w szpitalu Bedlam, żeby uciszyć wariatów... – wyjaśnił Ketch głosem drżącym pod wzrokiem pana Sharpa, który tym razem patrzył na niego już całkiem inaczej, bez tego złotego ciepła, za którym Bill zaczynał już tęsknić. – A co, przecież nic jej...

– Spójrz na jej ręce – odezwała się Sara Falk.

Dłonie dziewczyny były ciasno obwiązane pasami brudnej tkaniny na kształt owijek bokserskich.

– O nie, to zrobiła sobie sama – pospieszył z zapewnieniem Ketch. – Zdjąłem to, bo nie było z niej pożytku z takimi rękami, ale wraz je obwiązała. Starczy się odwrócić, a łapie co popadnie i znów zawija. Jak nie ma nic, to rwie własne ubrania. Nic więcej nie robi. Nic, tylko dotyka rzeczy, a potem wrzeszczy i zawija te ręce w szarpie, żeby niczego nie dotykać...

Sara i pan Sharp wymienili spojrzenia.

– Dotyka przedmiotów? A potem krzyczy? – powtórzył pan Sharp. – Starych kamieni, murów, tak?

Ketch potaknął żywo.

– Ścian, domów i różnych takich na ulicach. Potem wpada w ten szał, straszny...

– Dosyć – rzekł pan Sharp, obserwując Sarę głaszczącą wystraszoną dziewczynę po głowie. Ich spojrzenia skrzyżowały się ponownie.

– Wobec tego jest Wejrzeńcem – powiedział cicho.

Sara tylko kiwnęła, jakby odebrało jej mowę.

– Ma niedobrze w głowie i tyle – stwierdził Ketch. – I...

– To twoja córka? – zapytała Sara Falk, odchrząknąwszy.

– Nie. Żadna tam krewna. Jest... podopieczną, tak jakby. Ale nie mogę jej już trzymać, więc miałem ją zaprowadzić do przytułku, ale w przytułkach nie płacą, więc...

Jego oczy zalśniły żądzą zysku.

– Niech się paniusia nie martwi o ten plaster. Starczy na parę minut przyłożyć gałgan z ciepłą wodą, a da się łatwo zerwać.

Para gapiła się na niego bez słowa.

– Zaczerwienienie zejdzie za dwa dni – zapewniał. – Próbowaliśmy ją zatkać szmatą, ale wypluwała ją albo przegryzała. Ma werwę...

– Jak się nazywa? – zapytała Sara.

– Lucy. Lucy Harker. Jest...

– Panie Sharp, proszę – przerwała mu Sara, klękając przed dziewczyną.

– Co chcesz, żebym z nim zrobił? – zapytał mężczyzna w granacie.

– To, co bym chciała zrobić człowiekowi sprzedającemu młodą kobietę, który nie troszczy się o to, co uczyni z nią jej kupiec, jest niewątpliwie nielegalne – wyszeptała Sara Falk.

– Ale byłoby sprawiedliwe – odparł młodzieniec równie cicho.

– Owszem. Jednakże my, jak już mówiłam po wielekroć, służymy Prawu i Obyczajowi, nie Sprawiedliwości, a według Prawa i Obyczaju kara musi być adekwatna do czynu. Rób, co należy.

Lucy Harker spojrzała na nią sponad plastra.

Pan Sharp odwrócił się do Ketcha, który natychmiast się uspokoił i odpowiedział wyczekującym uśmiechem.

– Cóż – rzekł pan Sharp. – Wygląda na to, że musimy się rozliczyć, panie Ketch.

Myśl o pieniądzach była dla Ketcha tak kusząca, że zagłuszyła potrzebę zadania pytania dręczącego go od dłuższego czasu, a mianowicie skąd ten elegancki młodzieniec wiedział, jak on się nazywa. Pozostał zatem przy chciwym śledzeniu ruchów Sharpa, który sięgnął za pazuchę i wyjął niewielką kaletę.

– Hm – mruknął przy tym. – Chyba najlepsze będzie złoto. Wyciągnij rękę.

Ketch zrobił to jak we śnie, a choć w pierwszej chwili zdawało mu się, że Sharp odlicza miedziane pensówki, to już w następnej widział dokładnie wielkie, lśniące złote monety. Uspokoił się i przestawszy wpatrywać się w złoto, przeniósł całą uwagę na pana Sharpa. Ciemne włosy młodzieńca były krótko przystrzyżone po bokach, ale długie na czubku, skręcone w kosmyk opadający na czoło w miłym dla oka nieładzie. Kiedy Sharp kończył odliczanie, tkwiący w jego uchu granatowy kamień oprawny w złoto zamigotał w świetle lampy.

– Dwadzieścia osiem, dwadzieścia dziewięć, trzydzieści. Wystarczy, jak sądzę, przynajmniej aby uczynić zadość... tradycji.

Gdy wypowiedział te słowa, sakiewka zniknęła, a przyjacielskie ramię objęło Ketcha i nim ten się zorientował, co się dzieje, szli już we dwóch przez mgłę, zanurzając się w labirynt ciemnych uliczek odchodzących od Wellclose Square.

Ketchowi serce rosło, czuł się szczęśliwszy niż kiedykolwiek przedtem, choć nie umiał powiedzieć, czy przyczyną tego stanu jest niespodziewanie wielka liczba złotych monet ciążących mu w kieszeni, czy też nowo nawiązana przyjaźń.

ROZDZIAŁ III Dobry uczynek

Jeśli mgła miałaby oczy – co w zasadzie w tej części Londynu nie było rzadkie – zauważyłaby nie tylko pana Sharpa prowadzącego Billa Ketcha wąskimi uliczkami w dół od placu, ale także to, że grupka mężczyzn, skończywszy rozładunek paczek ze świecami, wsiadła na wóz i odjechała, pozostawiając pod duńskim kościołem krzepkiego rudobrodego fajkarza i żylastego, wychudłego młokosa w ciasnej barchanowej kapocie.

Brodacz zamknął ciężkie wrota kościoła i przeszedł za młodym na drugą stronę ulicy, zmierzając w kierunku powozu stojącego pod rafinerią cukru. Gdyby mgła miała oczy, i to bystre, dostrzegłaby ukrytą pod rudą brodą koloratkę z dwiema charakterystycznymi naszywkami – informowały one o tym, że właściciel kołnierzyka jest pastorem w kościele, którego wielkie wrota właśnie zawarł. Kiedy dotarli do karety, pastor nadepnął na coś kruchego i zdumiony spojrzał na leżące na ulicy skorupy ostryg. Żylasty młodzian, wcale nie zaskoczony, zapukał w lśniące czarne drzwiczki powozu.

– Ojcze – zawołał. – Wielebny Christensen chce ci osobiście podziękować.

Zaległa cisza, która zdawała się sugerować, że powóz sam jest żywą istotą i zastanawia się, jak zareagować. Wreszcie zatrząsł się, jakby w środku poruszyło się coś wielkiego, resory zaskrzypiały, a drzwi nieco się uchyliły.

Wielebny uśmiechnął się szczerze i nieśmiało pochylił ku drzwiczkom.

– Proszę wybaczyć śmiałość, panie Templebane, ale nie mógłbym przepuścić okazji, żeby podziękować osobiście.

– To nic takiego, nie ma o czym mówić – rozległ się głos w budzie. – Cała przyjemność po mojej stronie, wielebny. Proszę wybaczyć, że odbyło się to o tak bezbożnej godzinie.

– Wszystkie godziny są boże. – Pastor się uśmiechnął. W jego angielszczyźnie prawie nie znać było obcego akcentu. – Godzina otrzymania tak upragnionej darowizny jest tym bardziej błogosławiona.

– Ależ naprawdę! – Właściciel głosu nadal pozostawał niewidoczny, tylko w oknie pojawiła się pulchna ręka z elegancko odgiętym małym palcem, trzymająca za brzegi ostrygę. Muszlę wypełniało szare galaretowate mięso małża, które podskoczyło, ochlapując sokiem gestykulującą dłoń. – Wprawia mnie wielebny w zakłopotanie, zaiste. Szczerze mówiąc, zajmując się pewną sprawą, zostałem właścicielem niechodliwego towaru należącego do nieszczęsnego, by nie rzec: nierozważnego fabrykanta świec. Taką ilością mógłbym obdarować wszystkie kościoły w całej dzielnicy.

Pulchna ręka wycofała się w cień budy i po chwili rozległo się siorbanie.

– Jednakże człowiek mniejszego ducha wolałby sprzedać towar – przekonywał pastor, usiłując gorączkowo sprawić, by jego podziękowania trafiły do celu.

Pulchna dłoń pojawiła się znowu, gdy mężczyzna w karecie wyrzucał pustą muszlę. Przy okazji z cienia na moment wyłoniła się twarz Issachara Templebane’a.

Była to twarz łącząca w sobie paradoksy, jednocześnie wymizerowana i nabrzmiała. Skóra o chorobliwej barwie podbrzusza ropuchy zwisała na kościach czaszki jak u człowieka, który schudł zbyt późno, by mogła się jeszcze obkurczyć i dopasować do nowego rozmiaru.

Issachar Templebane otarł kciukiem kącik ust, po czym wysunął rękę, żeby serdecznie uścisnąć na pożegnanie dłoń wielebnego.

– Mógłbym, mógłbym, ale ja i mój brat jesteśmy prawnikami, nie handlowcami, i zapewniam, że nasze gaże były bardziej niż adekwatne. Poza tym pieniądze to nie wszystko. Dobrej nocy, wielebny, dobrej nocy. Chodź, Coramie, musimy jechać.

Znów cofnął rękę, która zniknęła w powozie, a żylasty młodzieniec wskoczył na kozioł, ujął lejce i z pożegnalnym skinieniem skierowanym w stronę pastora strzelił nimi, popędzając konie. Pastor został na ulicy pośród resztek posiłku Templebane’a, czując się raczej odprawionym niż pożegnanym.

Kiedy powóz minął pierwszy zakręt, w ściance nad kozłem odsunęła się klapka i w otworze pojawiła się twarz Templebane’a.

– Zwróciłeś dyskretnie uwagę wielebnego na tego Ketcha i jego dziwny tobół? – zapytał, a serdeczność w jego głosie ustąpiła miejsca zawodowej obojętności.

– Tak, ojcze. Zrobiłem to tak, jak kazałeś: mimochodem.

Gdyby mgła miała uszy, zarejestrowałaby kolejny paradoks dotyczący Issachara Templebane’a – chłopak zwracający się do niego per ojcze nie mówił tą samą co on angielszczyzną z wyższych sfer. Akcent Corama ukształtowały ulice portowe East Endu, chłopak połykał głoski, a resztę wyrzucał z siebie niedbałym potokiem, który to sposób mówienia po niedawnym wstąpieniu na tron królowej Wiktorii nazywano „Queen’s English”. Issachar mówił gładkim językiem wypolerowanym w salach rozpraw, natomiast głos Corama był ostry jak hak dokera. Nie było między nimi podobieństwa, a to dlatego, że choć Issachar Templebane posiadał wiele dzieci, nie miał żadnego krewnego poza bratem bliźniakiem, Zebulonem, drugą połówką firmy Templebane & Templebane.

Issachar i Zebulon adoptowali ogromne rzesze osieroconych chłopców i przyuczali ich do prac w kancelariach i izbach rachunkowych przynależnych do ich siedziby na Bishopsgate. Zazwyczaj nadawali im imiona po londyńskich parafiach prowadzących ich rodzime przytułki. W efekcie ich synowie mieli dziwaczne, acz z pewnością niezwykłe imiona – Undershaft, Vintry, Sherehog, Bassetshaw i Garlickhythe. Wyjątek stanowił najmłodszy, zabrany z przytułku w parafii Świętej Katarzyny Cree. Ponieważ nazwanie chłopca Katarzyną wydawało się nazbyt dziwaczne, otrzymał on imię Amos, wybrane z Biblii, która rzucona na podłogę otworzyła się akurat na poświęconej mu księdze. Gdyby Amos miał coś w tej sprawie do powiedzenia, mógłby zauważyć, że równie dobrze pasowałoby do niego imię Hiob, ponieważ, jako najmłodszy członek tej sztucznie stworzonej rodziny i ostatni spośród niedarzących się miłością braci, zbierał największe cięgi i dostawał do wykonania najgorsze prace. Nic jednak nie mówił z tego prostego względu, że był niemową. Coram, w przeciwieństwie do niego, był ciekawskim gadułą, którą to cechę ojcowie nagradzali bądź ganili, w zależności od nastroju i kaprysu.

Coram odchrząknął, splunął flegmą na zad konia i ciągnął:

– I zauważył, ten pastor, się znaczy, że Ketch zniknął w domu Żyda i że ta, co tam mieszka, jest porządną kobietą, choć innej wiary.

Templebane skinął aprobująco, manewrując niewielkim nożykiem przy kolejnej ostrydze.

– Dobrze, dobrze. Nie ma w sobie krzty złego ten nasz wielebny. Szczery, porządny, czysty, jak świeży maszt z sosny bałtyckiej. Dzięki temu jego zeznanie, gdybyśmy go potrzebowali, będzie tym bardziej wiarygodne.

Przerwał, wysiorbał ostrygę, a muszlę wyrzucił przez okno. Potem raz poruszył szczęką, a kiedy nieszczęsny małż pękł, przełknął go z drżeniem zadowolenia.

– Zapamiętaj to sobie, Coramie, nie ma lepszego narzędzia zniszczenia nad szczerego człowieka, który z nikim nie ma zwady.

Klapka się zatrzasnęła i Coram Templebane został sam na sam z końmi i mgłą, która rzedła, w miarę jak zbliżali się ku wyżej położonemu Goodman’s Fields.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Dziękuję mojemu redaktorowi Jenni Hill z Orbit/Little, Brown za entuzjazm i pomoc, dzięki której Nadzór wyłonił się z cieni na świat, oraz Joannie Kramer za cierpliwą adiustację. Wszelkie niedociągnięcia to moja wina. Dziękuję Fergusowi Flemingowi, Barnaby’emu Rogersonowi i Rose Baring za podczytywanie tekstu i zachęty do pisania. Jestem wdzięczny Willi Paterson za wypożyczenie Seventy Years a Showman, pamiętników „Lorda” George’a Sangera, wędrownego cyrkowca żyjącego w dziewiętnastym wieku, będących nieocenionym źródłem pomocy w stworzeniu świata, w którym znalazła się Lucy, podobnie jak artykuły z „Household Words”, tygodnika redagowanego przez Dickensa, były nim dla opisania Londynu. W mojej książce nie ma Sangerów, ale są podobni Pyefinchowie. Na-Barno Eagle i Hector Anderson, wielcy rywale, istnieli naprawdę, natomiast Georgiana... Cóż, ona również istniała, ale musicie poczekać, żeby się dowiedzieć, co się z nią stało. W rzeczywistości znalazła się w kręgach korony.

Urodzony w Westfalii rabin Samuel był kabalistą, alchemikiem i wieść niosła, że znał prawdziwe imię Boga, stąd też jego przydomek „Ba’al Shem” (Pan Imienia). Jego dom i laboratorium znajdowały się przy Wellclose Square. Do szerokiego grona jego przyjaciół zaliczał się Casanova. Legenda głosi, że rabin wykorzystał swoją wiedzę o Imieniu i dzięki niej stworzył jedynego golema, jaki chodził po ulicach Londynu. Nie istnieją oficjalne dokumenty stwierdzające, jakoby miał wnuczkę o imieniu Sara, ale przecież Nadzór również oficjalnie nie istnieje, więc kto wie?

John Dee jest oczywiście postacią historyczną, a jego magiczne akcesoria można obejrzeć w British Museum. Prawdopodobnie odkryliście prawdziwą tożsamość Obywatela, jednak jeśli nie, musicie poczekać. Żył naprawdę i pokaże się jeszcze nie raz.

Szanowny pan Henderson, z którego przepisu na ciastko eccles korzystała Kucharka, żyje obecnie – nie spotkałem go osobiście, ale niezwykle cenię jego restauracje, a szczególnie właśnie ciasto eccles (z serem), i mam nadzieję, że nie będzie miał nic przeciwko przeniesieniu go do lat czterdziestych dziewiętnastego wieku w ramach dziwacznych podziękowań od obcego.

Każdy, kto zna mojego tatę i czytał książkę, mógł dostrzec pewne podobieństwa – o ile nie całego tatę – w Kowalu, a już na pewno rozpoznał jego warsztat. Ten w powieści jest kopią warsztatu taty, tyle że bez części z kuźnią.

Tata zapoznał mnie z Waylandem Smithem, kiedy dzielił ze mną, małym chłopcem, fascynację Kiplingiem. Chyba ta forma wyrażenia wdzięczności, umieszczenie go w powieści, by mu się spodobała. Niestety, zmarł, zanim książka została ukończona. Śmierć członka rodziny to trudne doświadczenie dla wszystkich bliskich, ale w końcowym okresie choroby i jemu, i wszystkim nam bardzo pomagały wspaniałe pielęgniarki środowiskowe. Dziękuję Siobhan Dickson, Tinie Dodd i Janice Colley, a także Kathy, Karen, Theresie i Cheryl z Hospicjum św. Michała. Jestem wdzięczny Paulowi Allsoppowi za profesjonalizm i ogrom cierpliwości oraz dobrego humoru. Twoje wizyty były jasnym promykiem w tych mrocznych dla rodziców chwilach. Szczególne podziękowania należą się mojej kuzynce Tracey Little, najfantastyczniejszej osobie. Wszyscy pomagali nam dotrzymać danych tacie obietnic, bez waszej pomocy nie dokonalibyśmy tego wszystkiego.

A mówiąc o uroku... Domenica. Jestem Ci wdzięczny zawsze i na zawsze. Bez Ciebie wszystko traci blask.

A.V.O.

Nocne powietrze pachniało wilgotnym kamieniem – niedawno ulice obmył gwałtowny jesienny deszcz, na granicy percepcji dawało się wyczuć metaliczną nutkę z domieszką spalenizny jak po przejeździe pociągu. Tyle że w enklawie nie było pociągów. Ani ludzi. No a przynajmniej żywych ludzi...

Rudnicki zerknął z niepokojem na wirujące wokół kłęby mgły. Światło gazowych latarni wydobywało z mroku fantastyczne kształty, mamiło oczy, zwodziło umysł. Latarnie w enklawie świeciły dzień i noc, mimo że już dawno odcięto dopływ gazu. Jednak warszawska enklawa rządziła się swoimi prawami. Jak i wszystkie inne. Na szczęście koniunkcja dotknęła tylko największych miast, w imperium rosyjskim ucierpiały jedynie trzy: Petersburg, Moskwa i Warszawa.

Gwałtowny podmuch wiatru rozgonił mgłę i kałuża odbiła kontur księżyca. Rudnicki zaklął bezsilnie – pełnia. Listopad, a więc Księżyc Łowcy. Tu i teraz nienadzwyczajny prognostyk. Mimo pokrzepiającego ciężaru rewolweru i zamkniętych w butelkach z rżniętego kryształu alchemicznych ingrediencji Rudnicki wolał się nie zastanawiać, komu – jakby co – przypadnie rola myśliwego, a komu zwierzyny.

Zza rogu dobiegł odgłos przypominający zgrzyt żelaza po szkle i Rudnicki nerwowym gestem sięgnął po broń. Zanim zdążył wycelować, runął na bruk, powalony ciosem w potylicę. Po chwili brutalne kopnięcie przewróciło go na plecy.

– Wy kto takoj? – zapytał, mrużąc oczy, żołnierz w mundurze żandarma.

– Al... alchemik. Licencjonowany – dodał Rudnicki pospiesznie. – Moje dokumenty...

– Leżat'! – warknął tamten, popierając rozkaz ruchem karabinu.

Rudnicki skulił się odruchowo, tupot buciorów świadczył, że żandarm nie jest sam.

– Pokażcie dokumenty – polecił zimny głos po polsku. – I żadnych gwałtownych ruchów!

Bezbłędny akcent świadczył, że nieznajomy – zapewne dowódca patrolu – albo jest Polakiem, albo świetnie zna polski. Jedno i drugie wydawało się równie mało prawdopodobne: do ochraniania granic warszawskiej enklawy celowo wybierano Rosjan i rzadko kiedy na czele patrolu stał ktoś wyższy stopniem od sierżanta czy wachmistrza. A ci nie byli specjalnie wykształceni.

Rudnicki sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął dokumenty, z rozmyślną powolnością uniósł rękę.

– Rzeczywiście alchemik – mruknął nieznajomy. – Licencjonowany. Tylko że licencja wygasła o północy i od kilku godzin jest nieważna.

– Zastrielit'? – spytał obojętnie żandarm, podrzucając kolbę do policzka.

– Jeszcze nie – odparł dowódca z prawdziwym bądź udawanym wahaniem w głosie. – Kto wie do czego nam się przyda gospodin ałchimik? Wstawajcie! – rzucił szorstko.

Rudnicki dźwignął się na nogi, z jękiem obmacał głowę. Zacisnął zęby, ujrzawszy w świetle pobliskiej latarni szkarłat na palcach. Krew. Jeszcze tego brakowało... Wyciągnął z kieszeni kawałek gazy, skropił ekstraktem z dodatkiem sproszkowanego hematytu.

– Dobrze by było, gdyby ktoś pomógł mi przewiązać głowę – powiedział w przestrzeń.

– Sami nie dacie rady? Mamy was jeszcze niańczyć?

– Beze mnie nie dożyjecie świtu – odciął się gniewnie Rudnicki. – A co do niańczenia...

– Załóż mu opatrunek, Matuszkin – burknął niecierpliwie dowódca. – Bo będzie nam tu marudził do rana.

– Słuszajus', wasze wysokobłagorodie.

Rudnicki wypuścił powietrze z płuc. Jeszcze raz przyjrzał się dowodzącemu patrolem: trzy gwiazdki, a więc porucznik. Gdzie mu tam do wysokobłagorodia? To tytuł przysługujący dopiero od kapitana w górę. Pełnego kapitana. Do pułkownika włącznie. A i oficer jakiś dziwny: regularne, rozumne w wyrazie rysy, skażone tylko złamanym jak u boksera nosem, na oko przynajmniej czterdzieści lat. W tym wieku porucznikiem mógł być tylko zupełny nieudacznik. Tymczasem nieznajomego otaczała aura kompetencji i władzy. Do tego wyśmienita znajomość polskiego... Taaak, najwyraźniej trafił mu się niezwyczajny patrol.

Podziękował skinieniem żołnierzowi, zakorkował buteleczkę, ostrożnie włożył ją w przewieszoną przez ramię torbę.

– Jeśli ktoś jeszcze jest ranny...? – zawiesił wymownie głos.

– Ranny? Nie. Co najwyżej kilka zadrapań – odparł obojętnie oficer.

– Trzeba to opatrzyć – westchnął z rezygnacją Rudnicki.

Porucznik parsknął pogardliwie, podwładni zawtórowali mu śmiechem.

– Przeżyjemy – zapewnił Matuszkin, klepiąc Rudnickiego po ramieniu.

– Niedługo – wycedził Polak.

Żaden z żołnierzy nie powiedział nawet słowa, a jednak luźny przecież kołnierzyk alchemika zaczął nagle uwierać, przypominając szubieniczną pętlę.

– Możecie wyjaśnić? – poprosił oficer ze zwodniczą łagodnością w głosie.

– Mamy pełnię – odparł pospiesznie Rudnicki. – I listopad. Nazywają to Księżycem Łowcy. Tu, w enklawie, i na co dzień jest niebezpiecznie. Wystarczy zapach krwi, żeby sprowokować to... co tu żyje. Pełnia pogłębia problem. A Księżyc Łowcy...

Przerwało mu kilka określeń, jakich rzadko używa się nawet w koszarach. Dopiero po chwili Rudnicki zorientował się, że żołnierze przeklinają nie jego, ale własną głupotę.

– Więc dlatego troszczył się pan o opatrunek?

Tym razem w głosie porucznika nie było protekcjonalnej nutki, a w zdaniu rosyjskich konstrukcji gramatycznych.

– Owszem. Ten eliksir nie tylko powstrzymuje krwawienie, likwiduje również zapach krwi.

– Opatrzy pan rannych?

– Oczywiście, ale nie tutaj. Lepiej wejść do jakiegoś mieszkania. Musimy porozmawiać.

– To na pewno – przyznał oficer wieloznacznym tonem.

Ruszyli naprzód, przynagleni gestem porucznika. Rudnicki szedł środkiem ulicy, żandarmi zajęli pozycje plecami do ścian budynków. Biorąc pod uwagę, że i oficer, i każdy z trzech żołnierzy dźwigali po dodatkowym karabinie, patrol był mocno zdekompletowany. Nic dziwnego w enklawie...

Stopniowo zabudowa stawała się coraz bardziej nierzeczywista, podając w wątpliwość świadectwo zmysłów. Przysadziste warszawskie kamienice rosły w górę jak gotyckie katedry, na dachach pojawiało się coraz więcej gargulców i chimer z rozdziawionymi w drapieżnym grymasie paszczami, okna przypominały otwory strzelnicze.

– Może tutaj? – zaproponował oficer.

Brama kamienicy zionęła niemal namacalnym mrokiem, niczym wejście do krypty, tuż obok leżała oblana blaskiem pobliskiej latarni gazeta.

– Nie ruszajcie! – rzucił ostro Rudnicki.

– Gospodin ałchimik. – Porucznik z rewerencją przepuścił go przodem.

– „Kurier Poranny”, kronika kryminalna – przeczytał na głos Rudnicki. – „Wczoraj o godzinie drugiej w nocy wezwane za rogatki Jerozolimskie pogotowie zastało w kałuży krwi robotnika, trzydziestoletniego Michalskiego, z raną kłutą zadaną w okolicę serca. Rannego przewieziono do Szpitala Dzieciątka Jezus, gdzie wkrótce zmarł”. Idziemy dalej!

– A to dlaczego?

– Bo to ostrzeżenie! – warknął Polak.

– Ostrzeżenie?

Rudnicki westchnął bezradnie: w głosie porucznika nie było agresji, a lufa trzymanego niedbale karabinu celowała w bruk, jednak nie ulegało wątpliwości, że mężczyzna oczekuje odpowiedzi. Wyczerpującej odpowiedzi.

Warszawska Praga, ostatnie miesiące komuny

Panie, kup pan pióro...

Mijałem tego faceta już nie wiem ile razy, przychodząc tu na rynek praktycznie co tydzień, ale dopiero teraz zwróciłem na niego uwagę.

Zasuszony typ o cerze jak mokry papieros, na nosie przyduże okulary w rogowej oprawce, przygaszony wzrok lekko szklistych oczu alkoholika. Jesionka musiała widzieć już swoje lepsze lata, teraz kołnierz wyliniał i postrzępił się, buty też kilkanaście sezonów widziały... A mimo to nie wygląda na typowego menela-pasera z Różyckiego.

Był to raczej typ kogoś, kto ciągnie nabranym dawno, dawno temu rozpędem. Może podupadła rodzina mieszczańska? Wypalony powojenny inteligent? Profesor uniwerku, który kiedyś wypił o jedną lufkę za dużo?

– Kup pan pióro... – powtarza jak mantrę, patrząc mi prosto w oczy.

Uświadamiam sobie, że słyszałem go wiele, wiele razy, bo stoi tutaj, w rogu przy bramie, w zasadzie odkąd pamiętam.

Koników i cinkciarzy nagabujących nowo przybyłych na Różyca zawsze starałem się jak najszybciej zostawić za sobą, nie chcąc nawet być widzianym w ich towarzystwie, więc i on jakoś zlewał mi się z tłem. „Kup pan pióro” – zawsze ten sam, jeden jedyny tekst.

A dzisiaj stoi tu sam, reszta pewnie zdecydowała, że w taką pogodę nie ma się co nadymać.

– Pióra pan nie kupi? – Spogląda na mnie z nadzieją. Zauważalnie ożywia się, widząc, że zwolniłem i zawahałem się. Staję przy nim, niepewny, co w ogóle chcę zrobić.

– Jakiego znów pióra? – Rozglądam się na lewo i prawo, zastanawiając, czy to nie jakaś podpucha lokalnych cwaniaczków.

– Dobre pióro, piękne, panie kochany... – szepcze typek, nerwowo oblizując wargi. – Historyczne!

– O, a to ciekawostka.

Musiał usłyszeć nieudawane zainteresowanie w moim głosie, bo sięga do kieszeni, wyjmuje zawinięte w chustkę drewniane pudełeczko.

– Pan sam popatrzy. – Uchyla wieczko.

Nie muszę oglądać dokładnie, bo na pierwszy rzut oka widzę, że facet ma w ręku prawdziwą perełkę. Na sto procent przedwojenny egzemplarz. Szkarłatny bakelit wypolerowany przez lata używania, wykończenia i stalówka lśnią poblaskiem czerwonego złota, delikatny rys grawerunku na metalowych elementach cieszy oko... Przepiękne. Absolutnie przepiękne.

Wyciągam rękę, ale menel zatrzaskuje wieczko, chowa pudełko za siebie.

– Nie! Nie, ja...

Mrugam, zaskoczony. Facet reflektuje się, twarz wykrzywia mu grymas zawstydzenia i strachu przed utratą potencjalnego kupca.

– Ja przepraszam, ja nie chciałem. Pan wybaczy, ja pana przepraszam. Pan rozumie, pamiątka, przywiązanie... Niech pan kupi, błagam. – Chwyta mnie za rękaw. – Prawdziwe, historyczne pióro. Zabytkowe.

– Skąd pan wiesz? – Przez chwilę mam ochotę odejść, bo w nieznajomym jest coś... coś dziwnego. Niepokojącego.

Widzę, że czoło ma zroszone potem, rusza się niepewnie, jakby cały czas zmagał się sam ze sobą. Chory psychicznie, czy może narkoman?

– Wiem. Niech pan mi uwierzy, ja nie kłamię. Prawie sto lat już... Prawdziwy zabytek.

Wydymam pogardliwie wargi, chociaż już chyba podjąłem decyzję. Teraz tylko nie dać mu poznać, że chcę je kupić.

– I niby skąd ta pewność?

– Bo wiem, kto nim pisał... – Człowieczek patrzy na czubki znoszonych butów, jakby się czegoś wstydził. – Powiedzieć panu?

Kiwam głową, on pokazuje, żebym się nachylił. Czuję zapach taniej wody po goleniu, papierosów i przepoconych koszul, gdy menel szepcze mi do ucha trzy słowa.

Copyright © 2014 by Charlie Fletcher Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2017 Copyright © for translation by Marek Najter, 2017

Tytuł oryginałuThe Oversight

Wydanie I

ISBN 978-83-7964-276-2

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski Robert Łakuta

Ilustracja na okładce Siergiej Szikin

Ilustracjeblack gear Paweł Zaręba

Typografia na podstawie projektuDark Crayon

Projekt okładkiblack gear Paweł Zaręba, „Grafficon” Konrad Kućmiński

TłumaczenieAndrzej Kossakowski

Redakcja Joanna Mika-Orządała

KorektaMaria Brzyska, Magdalena Byrska

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl