Wydawca: Termedia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nadzieja - Katarzyna Michalak

Lilianę poznajemy w momencie, gdy jako mała samotna dziewczynka wędruje przez las, szukając miejsca, gdzie będzie bezpieczna i szczęśliwa. Zamiast Arkadii znajduje rannego Aleksieja, syna sąsiadki, który od tego dnia staje się najserdeczniejszym - i jedynym - przyjacielem.
Dzieci dorastają razem, dzieląc się największymi tajemnicami i lękami. Niestety los wkrótce je rozdziela i wydaje się, że ich drogi nigdy się nie skrzyżują. Jednak Lilianę i Aleksieja połączyły na zawsze dwa uczucia, silniejsze od przeznaczenia: miłość i nienawiść.
Mężczyzna ciągle powraca do kobiety, mimo że ta potrafi jedynie go ranić. Ona, Lilith, jest jak ogień, on, jak ćma. Ona jak lód, on jak płomień. Miłość staje się obsesją, przeznaczenie zmienia się w fatum, a Liliana i Aleksiej nie potrafią, a może nie chcą się temu przeciwstawić. Pozostaje tylko Nadzieja
Katarzyna Michalak oddaje do naszych rąk przejmującą opowieść o samotności, której doświadcza niejedna z nas, o miłości, która przezwycięża wszystko i nienawiści, która wszystko potrafi zniszczyć. Powieść jest inna niż jej dotychczasowe powieści. Pełniejsza, bardziej przejmująca, niekiedy dramatyczna.

Opinie o ebooku Nadzieja - Katarzyna Michalak

Fragment ebooka Nadzieja - Katarzyna Michalak

© Co­py­ri­ght by Ka­ta­rzy­na Le­siec­ka 2012

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Ter­me­dia 2012

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Ża­den z frag­men­tów tej książ­ki nie może być pu­bli­ko­wa­ny w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez wcze­śniej­szej pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­cy. Do­ty­czy to tak­że fo­to­ko­pii i mi­kro­fil­mów oraz roz­po­wszech­nia­nia za po­śred­nic­twem no­śni­ków elek­tro­nicz­nych.

Wy­da­nie I, Po­znań 2012

Pro­jekt okład­ki: Ka­ta­rzy­na Le­siec­ka

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Do­brze­lew­ska – pra­cow­nia@edy­to­rium.pl

Skład i ła­ma­nie: Mi­chał Zie­liń­ski

Zdję­cia na okład­ce: Fo­to­lia, de­na­pril

iStock­pho­to, Ja­son Ver­scho­or

Re­dak­cja tech­nicz­na: Piotr Ole­siń­ski

Druk: Za­kład Po­li­gra­ficz­ny Moś i Łu­czak

ISBN: 978-83-62138-84-5

Wy­daw­nic­two Ter­me­dia

ul. Kle­eber­ga 2

61-615 Po­znań

tel./faks +48 61 822 77 81

e-mail:ter­me­dia@ter­me­dia.pl

www.ter­me­dia.pl

Ofi­cjal­na stro­na książ­ki: www.ksiaz­ka­na­dzie­ja.pl

Wszel­kie py­ta­nia pro­si­my kie­ro­wać na ad­res: kon­takt@ksiaz­ka­na­dzie­ja.pl

Do­łącz do fa­nów książ­ki na Fa­ce­bo­oku pod ad­re­sem: www.fa­ce­bo­ok.com/Ka­ta­rzy­na­Mi­cha­lak­Na­dzie­ja

Skład wersji elektronicznej:

Na­dzie­ja jest jak pierw­szy po­wiew wio­sny: ser­ce jesz­cze zmro­żo­ne, alew du­szy już kieł­ku­je ja­sny pło­mień.K.L.

Dla Mo­ni­ki i Rad­ka oraz ich syn­ka, Pio­tru­sia Pana, z mi­ło­ścią

CZĘŚĆ IMała sa­mot­na dziew­czyn­ka

Nikt nie zwra­cał uwa­gi na ko­bie­tę idą­cą szyb­kim kro­kiem przez most Po­nia­tow­skie­go. Do­szła do za­mecz­ku – ma­łej za­byt­ko­wej bu­dow­li sto­ją­cej po­środ­ku mo­stu – i ukry­ła się przed oczy­ma nie­licz­nych kie­row­ców mię­dzy tyl­ną ścia­ną a ba­lu­stra­dą od­gra­dza­ją­cą chod­nik od prze­pa­ści.

Spoj­rza­ła w dół, na lśnią­ce w świe­tle księ­ży­ca srebr­no­czar­ne wody Wi­sły. Przez chwi­lę coś szep­ta­ło w umy­śle ko­bie­ty: „Skacz… Skacz! Uwol­nij się raz na za­wsze!”.

Ale nie była na to go­to­wa. Jesz­cze nie.

Zdję­ła z ra­mie­nia tor­bę po­dróż­ną i wy­cią­gnę­ła lap­top. Bez wa­ha­nia ci­snę­ła go do Wi­sły, pa­trząc, jak z plu­skiem zni­ka w ciem­nych wo­dach. Te­le­fon ko­mór­ko­wy był na­stęp­ny. Oczy ko­bie­ty za­bły­sły ja­kimś dia­bo­licz­nym uśmie­chem, któ­ry za­raz zgasł.

– Co jesz­cze? Co jesz­cze?! – za­szep­ta­ła ner­wo­wo. – Kar­ty! Kar­ty kre­dy­to­we!

Po­dzie­li­ły los lap­to­pa i ko­mór­ki.

– Do­wód. Ma czi­pa czy nie? Chy­ba nie. Do­pie­ro mie­li wpro­wa­dzić. – Do­wód po­wę­dro­wał z po­wro­tem do prze­gród­ki port­fe­la. – Pra­wo jaz­dy? Nie. Pasz­port? – Wy­cią­gnę­ła do­ku­ment i przyj­rza­ła mu się uważ­nie. Pach­niał no­wo­ścią. Od­ci­ski pal­ców, któ­re po­bra­no jej przy skła­da­niu wnio­sku, za­lśni­ły zło­wro­go. Pasz­port już miał do­łą­czyć do lap­to­pa i ko­mór­ki, ale... scho­wa­ła go z po­wro­tem do tor­by. Je­śli bę­dzie mu­sia­ła ucie­kać da­lej, może być po­trzeb­ny...

Po­czu­ła, jak wiel­ki cię­żar osu­wa się z jej bar­ków. Aż mu­sia­ła przy­siąść na tor­bie, bo nogi się pod nią ugię­ły. Ła­pa­ła przez chwi­lę po­wie­trze, by ode­tchnąć wresz­cie głę­bo­ko, całą pier­sią.

Zro­bi­ła to! Od­wa­ży­ła się!

Już nie­co spo­koj­niej przej­rza­ła za­war­tość tor­by: parę sztuk wy­god­nej odzie­ży – blu­za, dżin­sy (żad­nych ża­kie­tów i je­dwab­nych blu­zek!), bie­li­zna, skar­pe­ty – gru­be, wło­cha­te, cie­płe i miłe – za­miast nie­śmier­tel­nych raj­stop, któ­re mu­sia­ła no­sić do szpi­lek za­wsze i wszę­dzie, dru­ga para adi­da­sów, szczo­tecz­ka do zę­bów z pa­stą, szczot­ka do wło­sów, sło­iczek kre­mu.

Je­den, tyl­ko je­den! Jak ona to prze­ży­je?! – za­śmia­ła się ci­cho, z sa­tys­fak­cją pod­szy­tą stra­chem. Nie, nie przed bra­kiem ko­sme­tycz­ki wy­peł­nio­nej kre­ma­mi, lo­tio­na­mi, ma­secz­ka­mi, pi­lin­ga­mi, to­ni­ka­mi i mlecz­ka­mi, a przed kon­se­kwen­cja­mi tego, co zro­bi­ła.

Od­pę­dzi­ła my­śli o tym, co bę­dzie, i po­wró­ci­ła do prze­glą­da­nia za­war­to­ści tor­by. Pa­ko­wa­ła się w ta­kim tem­pie, że mo­gła cze­goś za­po­mnieć. W prze­gród­ce uko­cha­na książ­ka „Prze­mi­nę­ło z wia­trem” i kil­ka krzy­żó­wek jo­lek, by wy­star­czy­ło na dłu­żej. Wresz­cie, w spryt­nie ukry­tej kie­szon­ce gru­by plik bank­no­tów. Po­cho­dzi­ły z wy­czysz­czo­ne­go do zera kon­ta i sprze­da­ży sa­mo­cho­du. Fa­cet z ko­mi­su dał jej śmiesz­nie mało za cał­kiem nie­złą to­yo­tę, ale wi­dział, że wła­ści­ciel­ka sa­mo­cho­du jest zde­spe­ro­wa­na. Ona zaś się nie tar­go­wa­ła. Na pierw­szą pro­po­zy­cję kiw­nę­ła gło­wą, rzu­ci­ła na stół do­ku­men­ty auta, do­wód oso­bi­sty i mruk­nę­ła, my­śląc już o na­stęp­nym kro­ku:

– Niech pan pi­sze umo­wę. O ile ma pan te trzy­dzie­ści ty­się­cy w go­tów­ce.

– Mam. – Pa­trzył na nią przez chwi­lę po­dejrz­li­wie. – Może prze­ło­ży­my trans­ak­cję na ju­tro? Mu­szę spraw­dzić parę rze­czy… – za­czął po­wo­li.

Bez sło­wa za­gar­nę­ła do­wód re­je­stra­cyj­ny, do­wód oso­bi­sty i oba kom­ple­ty klu­czy­ków. Nim ci­snę­ła je do tor­by, już ła­pał ją za rękę, już za­sia­dał do pi­sa­nia umo­wy. Kra­dzio­ny czy nie – taka oka­zja nie tra­fia­ła się co dzień.

Bo­gat­sza o trzy pli­ki se­tek i uboż­sza o czte­ry kół­ka po­szła do ban­ku zło­żyć dys­po­zy­cję wy­pła­ty.

– Tak, po­pro­szę wszyst­ko. Mam na oku ład­ny sa­mo­cho­dzik. – Uśmiech­nę­ła się do ka­sjer­ki, by parę mi­nut póź­niej wyjść z de­be­tem na kon­cie i pię­cio­ma pli­ka­mi se­tek w se­kret­nej kie­szon­ce. Ra­zem z pie­niędz­mi za sa­mo­chód da­wa­ło to spo­rą kwo­tę, któ­ra przy­da się już nie­dłu­go.

W knajp­ce na No­wym Świe­cie do­cze­ka­ła do póź­nej nocy, po czym ru­szy­ła w kie­run­ku mo­stu, do­koń­czyć dzie­ła – dzie­ła znisz­cze­nia, to­tal­nej ani­hi­la­cji do­tych­cza­so­we­go ży­cia.

W mo­men­cie, gdy wrzu­ca­ła pie­nią­dze z po­wro­tem do tor­by, po­czu­ła pierw­sze łzy na po­licz­kach. Otar­ła je zdzi­wio­na. A po­tem przy­gry­zła skó­rę na wierz­chu dło­ni, by stłu­mić szloch. Ple­ca­mi wstrzą­snę­ło łka­nie. Zgię­ła się wpół i po­zwo­li­ła so­bie na chwi­lę sła­bo­ści. Pła­ka­ła, szu­ka­jąc na oślep pacz­ki chu­s­te­czek i na­gle… pal­ce za­ci­snę­ły się kur­czo­wo na nie­wiel­kim zna­jo­mym przed­mio­cie. Dru­gi te­le­fon, któ­re­go nu­mer zna­ła tyl­ko jed­na oso­ba na świe­cie. Ja­kimś cu­dem (kie­dy?!) pod­czas cha­otycz­ne­go pa­ko­wa­nia od­na­la­zła tę ko­mór­kę i wsu­nę­ła do bocz­nej kie­sze­ni prze­past­nej tor­by. Nie pa­mię­ta­ła tego. Z ostat­nich kil­ku go­dzin nie­wie­le zresz­tą zo­sta­ło jej w pa­mię­ci. A jed­nak, ni­czym ostat­nią de­skę ra­tun­ku, ści­ska­ła te­raz w dło­ni ten te­le­fon.

I już wie­dzia­ła, do­kąd pod­świa­do­mie chcia­ła uciec. Na­dzie­ja. Dom oto­czo­ny la­sa­mi jo­dło­wy­mi w po­bli­żu ma­leń­kiej wsi – dziś może już wy­mar­łej – da­le­ko w gó­rach. Przy­mknę­ła po­wie­ki, by wró­cić do tam­tych dni…

Zjeż­dża­ją z dro­gi bru­ko­wa­nej ko­ci­mi łba­mi. Chło­piec sie­dzą­cy obok krę­ci się co­raz bar­dziej, nie może usie­dzieć w miej­scu.

– Za­raz zo­ba­czysz, za­raz zo­ba­czysz! – po­wta­rza prze­ję­ty do gra­nic, ści­ska­jąc rękę dziew­czyn­ki tak moc­no, że aż boli, ale ona pra­wie tego nie czu­je, pod­eks­cy­to­wa­na tak samo jak on.

Dro­ga wije się przez pra­daw­ną jo­dło­wą pusz­czę. Dziew­czyn­ka nig­dy w ży­ciu nie wi­dzia­ła tak wspa­nia­łych drzew. Od­chy­la gło­wę i pa­trzy w górę, gdzie po­przez ga­łę­zie prze­bi­ja­ją się pro­mie­nie słoń­ca. Po­wie­trze pach­nie cud­nie: ży­wicz­nie i grzy­bo­wo. I… cie­pło. Dziew­czyn­ka przy­my­ka po­wie­ki i roz­ko­szu­je się tym za­pa­chem, tym dniem, to­wa­rzy­stwem tych dwoj­ga: swo­je­go przy­ja­cie­la i jego cio­ci…

Ko­bie­ta otwie­ra oczy. Wol­no, nie­chęt­nie. Zo­sta­ła­by tam, w prze­szło­ści, już na za­wsze, ale jest tu i te­raz. Do Na­dziei musi do­pie­ro do­trzeć. Czy tra­fi? To było tak daw­no…

Wsu­wa ko­mór­kę do kie­szon­ki kurt­ki, tuż przy ser­cu, by czuć jej zbaw­czy kształt i wsta­je z klę­czek. Te­raz ma cel: od­na­leźć dro­gę do domu. Je­dy­ne­go, w któ­rym chcia­ła się te­raz zna­leźć. Tam, gdzie może od­zy­ska to, co – wy­da­wa­ło się – utra­ci­ła na za­wsze. Nie, nie mi­łość tam­te­go chłop­ca, któ­ry te­raz jest męż­czy­zną, a ra­dość ży­cia i… sza­cu­nek. Sza­cu­nek do sa­mej sie­bie.

Sze­ścio­let­nia Lila nie­ustra­sze­nie wę­dro­wa­ła le­śną ścież­ką. Krót­kie nóż­ki po­nio­sły ją naj­pierw przez za­ro­śnię­ty chwa­sta­mi ogród, po­tem dziu­rą w pło­cie prze­peł­zła do sadu, prze­bie­gła przez łąkę i wresz­cie do­szła do lasu.

Szła szyb­ko, ocie­ra­jąc co chwi­la łzy.

– Tomój dom, mój ta­tuś i moja mama! – Cały czas sły­sza­ła peł­ne nie­na­wi­ści sło­wa przy­bra­nej sio­stry. – Ty, smar­ku­lo, nie masz tu nic do ro­bo­ty! Idź so­bie!

I tego dnia po­szła. Nie mia­ła kogo pro­sić o po­moc.

Oj­ciec na­uczył ją – ostrym sło­wem, a cza­sem bi­ciem – by nie spra­wia­ła kło­po­tu, nie plą­ta­ła się pod no­ga­mi, nie zwra­ca­ła na sie­bie uwa­gi. Naj­częst­szy­mi sło­wa­mi, ja­kie sły­sza­ła, były: „Idź się po­ba­wić!”, „Nie kręć mi się tu!”, „Daj mi spo­kój!”. Gdy był pi­ja­ny, sło­wa zmie­nia­ły się w prze­kleń­stwa, a pię­ści szły w ruch, Lila na­uczy­ła się więc być nie­wi­docz­na. Po­zna­ła wszyst­kie kąty sta­re­go domu, dro­gi uciecz­ki i kry­jów­ki. Wie­dzia­ła, jak nie­po­strze­że­nie umknąć do ogro­du i da­lej, przez sad do lasu.

Mimo to każ­de­go wie­czo­ru z na­dzie­ją cze­ka­ła na po­wrót ojca z ro­bo­ty, a gdy był w do­brym hu­mo­rze, py­ta­ła nie­śmia­ło:

– T-tatu-u-usiu, p-po­ba­wisz się ze-e-e mną?

Oj­ciec wpa­dał wte­dy w fu­rię, ła­pał dziew­czyn­kę za ra­mion­ka i po­trzą­sał nią, krzy­cząc:

– Ze mną! Po­wiedz „ze-mną”!

– Z-z-e-e-e – za­czy­na­ła po­słusz­nie i już nic oprócz tego „eeee” nie prze­cho­dzi­ło jej przez gar­dło. On wte­dy pusz­czał dziec­ko, po­cie­rał twarz i oczy, po czym szedł do kuch­ni, brał bu­tel­kę i za­my­kał się w swo­im po­ko­ju.

Go­rzej było, gdy za­czy­nał pła­kać – pa­trzył na cór­kę z za­ci­śnię­tym zę­ba­mi, a po po­licz­kach spły­wa­ły mu łzy. Lila wte­dy ucie­ka­ła. Jak naj­da­lej. Czu­jąc w ser­cu wiel­ki smu­tek. Choć nie tak strasz­ny jak tego dnia, gdy do­wie­dzia­ła się, że to ona za­bi­ła swo­ją mamę… że gdy­by nie Lila, mama by żyła, a tata był­by szczę­śli­wy…

Mimo to co dzień cze­ka­ła na ojca. I, gdy tyl­ko miał lep­szy hu­mor, py­ta­ła:

– T-tatu-u-usiu, p-p-po­ba­wisz się?

Kil­ka mie­się­cy temu, a więc dla ma­łej dziew­czyn­ki strasz­nie daw­no, w sta­rym domu za­wi­ta­ła ko­bie­ta z có­recz­ką nie­co od Lili star­szą. Ja­każ była po­cząt­ko­wo ra­dość dziew­czyn­ki i ja­kie póź­niej roz­cza­ro­wa­nie, gdy oka­za­ło się, że przy­bra­na sio­stra nie zo­sta­nie jej przy­ja­ciół­ką, że Ela, za­miast po­ko­chać, znie­na­wi­dzi dziec­ko od pierw­sze­go spoj­rze­nia i zro­bi wszyst­ko, by ma­łej się po­zbyć.

Mat­ka Elż­bie­ty, nowa żona pana Sta­cha Bo­ro­we­go, była ko­bie­tą o do­brym ser­cu. Na po­cząt­ku dba­ła o obie dziew­czyn­ki – i ro­dzo­ną cór­kę, i tę przy­bra­ną, któ­ra pa­trzy­ła na ko­bie­tę wiel­ki­mi błę­kit­ny­mi ocza­mi peł­ny­mi na­dziei. Ale zbyt dużo mia­ła obo­wiąz­ków na za­nie­dba­nej go­spo­dar­ce, by za­uwa­żyć – skrzęt­nie przez swo­ją cór­kę ukry­wa­ną – nie­chęć do dziew­czyn­ki. Nie chcia­ła też wi­dzieć, jak jej mąż trak­tu­je ro­dzo­ne dziec­ko. Parę razy na­po­mknę­ła, że są­sie­dzi mogą za­uwa­żyć si­nia­ki na rę­kach Lil­ki, ale osa­dził żonę jed­nym wark­nię­ciem. Umil­kła więc, przy­rze­ka­jąc so­bie, że El­żu­ni bić nie po­zwo­li.

Lila zaś się nie skar­ży­ła. Oj­ciec nie­na­wi­dził, gdy przy­cho­dzi­ła do nie­go ze swo­imi ma­ły­mi kło­po­ta­mi: roz­dar­tą su­kien­ką, stłu­czo­nym ko­lan­kiem, za­gu­bio­nym plu­szo­wym pie­skiem – jed­ną z nie­licz­nych za­ba­wek, ja­kie mia­ła.

We wsi wszy­scy wie­dzie­li, że ko­chał pierw­szą żonę i nie mógł prze­bo­leć jej śmier­ci, za któ­rą ob­wi­niał małą. Nie krył się z tym ani przed sobą, ani przed dziec­kiem, zaś sar­ka­nie są­sia­dek go nie ob­cho­dzi­ło. Lila nie cho­dzi­ła głod­na, brud­na czy ob­dar­ta – i to wy­star­czy­ło. Więk­szość dzie­cia­ków we wsi była go­rzej trak­to­wa­na, a si­nia­ki po cięż­kiej ręce ojca czy mat­ki no­si­ły nie tyl­ko na ra­mio­nach. Nie przy­szło mu do gło­wy, że może i mali są­sie­dzi bie­ga­li sa­mo­pas ca­ły­mi dnia­mi, jed­nak w domu ktoś ich ko­chał. Jego cór­ka, od­rzu­co­na przez ró­wie­śni­ków przez ją­ka­nie, nie mia­ła ni­ko­go ta­kie­go.

Dzie­ciń­stwo Lili by­ło­by smut­ne, gdy­by nie wspa­nia­ła, nie­ogra­ni­czo­na wy­obraź­nia. To wła­śnie wy­ima­gi­no­wa­ni przy­ja­cie­le ra­to­wa­li dziec­ko przed do­tkli­wą sa­mot­no­ścią.

Te­raz też, idąc przez ską­pa­ny w sło­necz­nych pro­mie­niach las, dys­ku­to­wa­ła za­wzię­cie z nie­daw­no wy­my­ślo­ną Lo­go­pe­dą. To imię usły­sza­ła kie­dyś od ma­co­chy, któ­ra na­ma­wia­ła męża, by po­szedł z dziew­czyn­ką do spe­cja­li­sty. Lila, peł­na na­dziei, po­ta­ki­wa­ła sło­wom cio­ci Ma­rii, ukry­ta za drzwia­mi, lecz wi­zy­ta u ta­jem­ni­czej nie­zna­jo­mej nie do­szła do skut­ku. Oj­ciec coś tam od­mruk­nął, zbył ko­bie­tę gniew­nym „Może póź­niej, po sia­no­ko­sach” i za­po­mniał o spra­wie. A Lila jak się ją­ka­ła, tak ją­ka­ła. Za to zy­ska­ła nie­wi­docz­ną przy­ja­ciół­kę o eg­zo­tycz­nym imie­niu.

– I w-wi­dzisz, dro­ga Logo-o-ope­do – mó­wi­ła te­raz, idąc raź­nym kro­kiem przez las – tak do mnie El­żu­nia krzy­cza­ła. To jej do-o-m, jej ma-ama i na­wet mój ta­tuś jest je-ej! A po­tem po-owie­dzia­ła, że je­śli so­bie nie pój­dę, to ona uto-opi mo­je­go Miś­ka w stu-udni. Co więc mia­łam zro­bić? – Przy­ci­snę­ła do pier­si plu­sza­ka, wy­li­nia­łe­go, przy­bru­dzo­ne­go pie­ska, któ­ry był z Lilą od uro­dze­nia, przy­tu­li­ła go z ca­łych sił. – Nie da-am uto­pić Mi-i-i-i… – Dziew­czyn­ka prze­łknę­ła gło­śno nie­sfor­ną sa­mo­gło­skę. – T-to ko­niec!

Na­gle sta­nę­ła. W za­ro­ślach ro­sną­cych wzdłuż dro­gi roz­legł się bo­wiem ta­jem­ni­czy sze­lest.

Lili nikt nie prze­strze­gał przed sa­mot­ny­mi wę­drów­ka­mi i zły­mi ludź­mi. Za­miast więc rzu­cić się te­raz do uciecz­ki, sta­ła z wy­cią­gnię­tą szy­ją, pró­bu­jąc wy­pa­trzyć coś w zie­lo­nym gąsz­czu.

To coś ujaw­ni­ło się na­gle: na ścież­kę wy­szedł… koń. Wie­eel­ki – dla sze­ścio­let­nie­go dziec­ka wszyst­ko było prze­cież ta­kie wie­eel­kie – brą­zo­wy koń. Pod­szedł do znie­ru­cho­mia­łej z wra­że­nia dziew­czyn­ki, po­chy­lił nad nią łeb i dmuch­nął w ja­sne wło­ski, aż ma­łej pod­sko­czy­ła grzyw­ka na czo­le.

– Oooch… – wes­tchnę­ło dziec­ko. – J-jed­no­ro­żec…

Koń od­wró­cił się i skie­ro­wał tam, skąd się wy­nu­rzył, po czym wy­cze­ku­ją­co spoj­rzał na dziew­czyn­kę.

– N-nie od­chodź, ko­ni­ku! – za­krzy­cza­ła Lila, szu­ka­jąc po kie­sze­niach cze­goś, co mo­gło­by za­trzy­mać no­we­go przy­ja­cie­la.

Koń cze­kał na nią z cier­pli­wo­ścią w wiel­kich ciem­nych oczach. Po­de­szła do nie­go z krów­ką w wy­cią­gnię­tej dło­ni. Po­wą­chał, wziął de­li­kat­nie cu­kier­ka, prze­łknął i nadal cze­kał, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę i par­ska­jąc ci­cho. Wresz­cie zro­bił parę kro­ków w przód. Lila za nim. I tak ru­szy­li na wspól­ną wę­drów­kę, któ­ra do­bie­gła koń­ca, nim dziec­ko zdą­ży­ło się zmę­czyć.

Koń sta­nął w pew­nym mo­men­cie i po­chy­lił gło­wę. Coś, zwi­nię­te na le­śnym po­szy­ciu, jęk­nę­ło ci­cho. Lila bez na­my­słu pod­bie­gła do sku­lo­nej isto­ty i aż wstrzy­ma­ła od­dech: chło­piec! Na mchu le­żał nie­co od niej star­szy, czar­no­wło­sy, uty­tła­ny w bło­cie chło­piec. Trzy­mał się za nogę, z któ­rej spły­wa­ła krew. Krew! Dziew­czyn­ka zro­bi­ła wiel­kie oczy, ale nie rze­kła ani sło­wa, nie ucie­kła i nie ze­mdla­ła, za to szep­nę­ła z za­chwy­tem:

– Wil­ko­łak! – Tak ci­cho, by nie spło­szyć nie­zna­jo­me­go.

On jed­nak nie był sko­ry do uciecz­ki. Ma­jąc zra­nio­ną nogę, nie mógł zro­bić ani kro­ku. Pod­niósł na małą peł­ne bólu, czar­ne oczy.

– I czie­wo sma­trisz­sja? I cze­go się ga­pisz? – W jego gło­sie za­brzmia­ła wro­gość.

Dziew­czyn­ka, nie­zra­żo­na od­py­cha­ją­cym to­nem, po­de­szła bli­żej i przy­kuc­nę­ła przy chłop­cu, przy­glą­da­jąc się mu wiel­ki­mi ocza­mi. Nie, to nie wil­ko­łak, to elf! Ran­ny elf na do­da­tek!

– Masz krew na no­dze – po­wie­dzia­ła, do­ty­ka­jąc pa­lusz­kiem no­gaw­ki spodni. – Przy­nieść ci wody?

– Na co mnie woda? – prych­nął i przy­gryzł war­gi, by nie wi­dzia­ła, jak bar­dzo cier­pi. Oczy miał jed­nak su­che. Od wy­pad­ku nie uro­nił ani jed­nej łzy.

– Mogę ob­myć ranę i owi­nąć li­ść­mi – za­ofe­ro­wa­ła się dziew­czyn­ka.

W pierw­szej chwi­li chciał ją skląć w obu zna­nych so­bie ję­zy­kach: po ro­syj­sku i po pol­sku, ale zro­zu­miał, że to głu­pie dziec­ko jest jego je­dy­ną szan­są. Jesz­cze dłu­go nie za­czną go szu­kać, a gdy w koń­cu to zro­bią, może być za póź­no. Tu­taj nikt z dro­gi go nie za­uwa­ży.

– Ty, słu­chaj, ma­lień­ka­ja… – Z ca­łych sił sta­rał się mó­wić spo­koj­nie, by nie zra­zić dziec­ka. – Masz tu­taj chu­s­tecz­kę. – Po­dał dziew­czyn­ce brud­ny skra­wek ma­te­ria­łu. – Przy­wiąż ją do drze­wa przy dro­dze…

– Tu­taj nie ma dro­gi – za­uwa­ży­ło dziec­ko, roz­glą­da­jąc się.

– Przy dro­dze, któ­rą ty pri­szła – wy­ja­śnił cier­pli­wie, cho­ciaż chcia­ło mu się pła­kać. – Że­byś nieza­by­ła…

– Nie co? – Mała po­trzą­snę­ła gło­wą.

– Nie za­po­mnia­ła… – nie­mal jęk­nął – …gdzie mnie zna­leźć! Wyjdź na dro­gę, przy­wiąż do krza­ka chu­s­tecz­kę, a po­tem wróć do wsi i we­zwij po­moc. Przy­pro­wadź tu moją ciot­kę, Ana­sta­zi­ję.

Lila słu­cha­ła uważ­nie. Bar­dzo po­do­ba­ła się jej mi­sja, z któ­rą mia­ła ru­szyć do wsi, ta­jem­ni­cze sło­wa, któ­re wy­po­wia­dał chło­piec i ich me­lo­dyj­ny dźwięk.

– Nie znam ciot­ki Ana­sta­zji, ale znam soł­ty­sa. Może być? – za­py­ta­ła rze­czo­wo, wsta­jąc i otrze­pu­jąc su­kien­kę.

– Mo­żet być. – Chło­piec opadł na mech, za­my­ka­jąc oczy.

– Nie umrzesz do mo­je­go po­wro­tu? – upew­ni­ła się Lila, się­ga­jąc do kie­sze­ni. – To dla cie­bie. – Po­da­ła mu wy­mię­to­szo­ną krów­kę. – Lek na całe zło, jak mówi cio­cia Ma­ry­sia. – Po­nie­waż nie otwo­rzył oczu i nie wy­cią­gnął ręki, po­ło­ży­ła cu­kie­rek obok nie­go.

– Idź, ma­lień­ka­ja. Tyl­ko się po­spiesz.

– No ja­sne! – Lila, za­afe­ro­wa­na, po­bie­gła przez las, po­ty­ka­jąc się co chwi­la. Musi ura­to­wać tego elfa!

Obej­rza­ła się jesz­cze, czy aby na pew­no nie znik­nął, ale nie – le­żał tak, jak go zo­sta­wi­ła, a koń stał po­chy­lo­ny nad nie­ru­cho­mą syl­wet­ką.

Dziew­czyn­ka wy­pa­dła na dro­gę. Stąd nie było wi­dać ani chłop­ca, ani zwie­rzę­cia. Już mia­ła ru­szać w stro­nę wsi, gdy przy­po­mnia­ła so­bie o chu­s­tecz­ce. Nie­zgrab­nie przy­wią­za­ła ją do ga­łę­zi krza­ka…

– P-pa­nie soł­ty­sie, p-pa­nie soł­ty­sie! – krzy­cza­ła, sto­jąc w ciem­nej sie­ni. Po chwi­li usły­sza­ła czła­pa­nie i opry­skli­wy głos:

– Cze­go tam?

– P-pa­nie so-o-oł­ty­sie, szyb­ko! Ch-chło-opiec jest ran­ny, m-może już nie-e-e żyje! Trze­ba zaba-a-an­da­żo­wać mu n-n-nogę! – Im bar­dziej sta­ra­ła się mó­wić ja­sno i prze­ko­nu­ją­co, tym ją­ka­nie sta­wa­ło się bar­dziej uciąż­li­we.

– Co ty ga­dasz, mała? – od­burk­nął męż­czy­zna, pod­cią­ga­jąc opa­da­ją­ce z wiel­kie­go brzu­cha spodnie. – Jaki chło­piec?

– Zna-a-ala­złam w le-e-e-e-e… – Lila za­cię­ła się na amen. Umil­kła więc nie­szczę­śli­wa.

Soł­tys mach­nął ręką i wró­cił do kuch­ni, gdzie po­pi­jał w sa­mot­no­ści po­po­łu­dnio­we piwo, ale mała, o dzi­wo, nie dała się zbyć. Przy­trzy­ma­ła za­my­ka­ją­ce się drzwi i wsu­nę­ła gło­wę do środ­ka.

– Trze-e-eba mu po­móc, bo u-u-umrze!

– Kto, do dia­bła?!

– S-s-s-yn Ana­sta­zji!

Soł­tys na­gle za­pa­łał za­in­te­re­so­wa­niem. Od daw­na smo­lił cho­lew­ki do pięk­nej są­siad­ki, któ­ra miesz­ka­ła z pół­dzi­kim ru­skim chło­pa­kiem na skra­ju wsi. Miał te­raz spo­sob­ność ją od­wie­dzić. Chwy­cił be­ret, na­ciąg-nął na ły­sie­ją­cą czasz­kę i ru­szył do wyj­ścia, nie oglą­da­jąc się na drep­czą­cą za nim dziew­czyn­kę.

– Ana­sta­zja! – krzy­czał parę chwil póź­niej, sto­jąc na gan­ku.

Od­po­wie­dzia­ła mu ci­sza. Ro­zej­rzał się po schlud­nym, za­mie­cio­nym po­dwór­ku. Z obo­ry do­biegł go ko­bie­cy głos i w drzwiach po­ja­wi­ła się smu­kła, czar­no­wło­sa ko­bie­ta, nio­sąc wia­dro pa­ru­ją­ce­go mle­ka z po­łu­dnio­we­go udo­ju.

– O, go­ście… – rze­kła bez en­tu­zja­zmu na wi­dok soł­ty­sa. – Co tam, Ta­de­usz?

– Za­pro­sisz na czaj? Spra­wę mam…

– A jaką ty do mnie mo­żesz mieć spra­wę? – prych­nę­ła, sta­wia­jąc wia­dro na schod­kach gan­ku. Męż­czy­zna nie schy­lił się, by po­móc dźwi­gnąć cię­żar. Stał w drzwiach, mię­dląc źdźbło tra­wy. Przy­słu­chu­ją­ca się temu Lila wy­czu­ła, że mię­dzy tym dwoj­giem nie ma sym­pa­tii, wprost prze­ciw­nie. Po­sta­no­wi­ła więc dzia­łać, nim za­czną się krzy­ki, jak cza­sem u niej w domu.

– Pro­szę pa-a-ani, pani syne-e-e-k…

Ko­bie­ta zwró­ci­ła na nią czar­ne oczy, jej twarz zła­god­nia­ła. Pa­trzy­ła na małe, za­nie­dba­ne dziec­ko usi­łu­ją­ce coś wy­krztu­sić i ser­ce się jej ści­snę­ło z li­to­ści. Była jed­ną z nie­licz­nych są­sia­dek, któ­re Lila co­kol­wiek ob­cho­dzi­ła.

– Twój chło­pak pono ra­nien – ode­zwał się soł­tys, prze­ry­wa­jąc dziew­czyn­ce znie­cier­pli­wio­ny.

– Alek­siej? Ran­ny? – Ko­bie­ta unio­sła ciem­ne brwi. Obej­rza­ła się na łąkę, na któ­rej po­wi­nien paść się koń i po­krę­ci­ła gło­wą. Pew­nie znów gdzieś urwi­sa po­nio­sło.

– M-m-ma krew na no-o-odze – ode­zwa­ła się dziew­czyn­ka. – Wy-y-yglą­da na to, że umie-e-era.

Ana­sta­zja Li­ma­no­wa za­nie­po­ko­iła się, bo prze­cież każ­dy, kto miał choć odro­bi­nę mi­ło­ści w ser­cu, by się za­nie­po­ko­ił. A ona ko­cha­ła przy­bra­ne­go syna.

– Gdzie on jest? – za­py­ta­ła ła­god­nie, ku­ca­jąc na­prze­ciw dziew­czyn­ki.

– W le­sie – od­rze­kła mała. – Po­ka­żę dro­gę.

Ko­bie­ta kiw­nę­ła gło­wą, wy­cią­gnę­ła do dziew­czyn­ki rękę, a gdy ta uję­ła ją, zdu­mio­na, rze­kła z uśmie­chem:

– Pój­dzie­my ra­zem.

– Pój­dę z wami – mruk­nął soł­tys, pró­bu­jąc ukryć wście­kłość, że znów nic z umi­zgów nie wy­szło, a ta upo­śle­dzo­na smar­ku­la Bo­ro­we­go zwró­ci­ła na sie­bie całą uwa­gę pięk­nej Ana­sta­zji.

W po­wrot­nej dro­dze jego wście­kłość przy­bra­ła na sile, mu­siał bo­wiem dźwi­gać mdle­ją­ce­go co chwi­la chło­pa­ka, a Ana­sta­zja jak nie była nim, soł­ty­sem, za­in­te­re­so­wa­na, tak nie była. I to nie jemu dzię­ko­wa­ła, gdy chło­pak zna­lazł się bez­piecz­nie w swo­im łóż­ku, a po­go­to­wie było w dro­dze, a tej ma­łej wła­śnie…

Lila przy­sia­dła ci­cho jak mysz w ką­cie po­ko­ju, prze­no­sząc nie­spo­koj­ne spoj­rze­nie z do­ro­słych na chłop­ca. Le­żał bie­dak nie­mal tak bia­ły na buzi, jak po­dusz­ki wo­kół, z za­mknię­ty­mi ocza­mi, od­dy­cha­jąc szyb­ko i płyt­ko. Gdy go­spo­dy­ni wy­szła od­pro­wa­dzić soł­ty­sa na ga­nek, Lila po­de­szła na pal­cach do łóż­ka, opar­ła łok­cie o ma­te­rac i przy­glą­da­ła się chwi­lę oca­lo­ne­mu. Otwo­rzył oczy tak na­gle i wbił w błę­kit­ne oczy dziew­czyn­ki spoj­rze­nie tak ostre, aż drgnę­ła prze­stra­szo­na.

– Nie pła­ka­łem – wy­rzu­cił z sie­bie, jak­by to aku­rat było naj­waż­niej­sze.

Dziew­czyn­ka ener­gicz­nie po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie pła­ka­łeś – do­da­ła sta­now­czo, jak­by sam gest nie wy­star­czał.

– Ura­to­wa­łaś mnie. – Znów to prze­szy­wa­ją­ce spoj­rze­nie, choć tym ra­zem w czar­nych oczach chłop­ca bły­snę­ła odro­bi­na cie­pła. Lila przy­tak­nę­ła ra­do­śnie.

– Nie mów ni­ko­mu o tym ko­niu! – za­żą­dał. – Nie kra­dłem go, chcia­łem tyl­ko po­jeź­dzić!

– Nie po­wiem! – za­pew­ni­ła go­rą­co.

Przy­glą­dał się jej przez chwi­lę i wresz­cie bla­dą, ścią­gnię­tą bó­lem twarz chłop­ca roz­ja­śnił uśmiech.

– Spa­si­ba, ma­lień­ka­ja. Ja będę twój drug, przy­ja­ciel, do koń­ca ży­cia. Przy­się­gam.

I do­trzy­ma­łeś przy­rze­cze­nia, Aleks. Tam­te­go dnia, naj­szczę­śliw­sze­go, jaki pa­mię­tam z dzie­ciń­stwa, skoń­czy­ła się moja sa­mot­ność. Na krót­ko, za­le­d­wie na parę mie­się­cy, ale po­tem już nic nie było ta­kie samo, jak przed two­im po­ja­wie­niem się…

Za­trzy­ma­li cię w szpi­ta­lu, bo oprócz zła­ma­nej nogi – tak, tak, noga była zła­ma­na, nie ska­le­czo­na, a ty nie za­pła­ka­łeś z bólu, jak zro­bił­by to każ­dy dzie­ciak w two­im wie­ku – mia­łeś wstrząs mó­zgu. Koń, któ­re­go chcia­łeś ujeź­dzić, nie tyl­ko zrzu­cił cię przy pierw­szej spo­sob­no­ści, ale i kop­nął – tak od ser­ca, byś wię­cej cu­dze­go nie po­ży­czał, dzie­li­ło więc nas dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów, a ja czu­łam two­ją obec­ność, jak­byś był tuż obok. Mo­głam roz­ma­wiać nie tyl­ko z wy­ima­gi­no­wa­ną przy­ja­ciół­ką, ale i z praw­dzi­wym, ży­wym chłop­cem – co z tego, że obec­nym du­chem, nie cia­łem.

Zy­ska­łam dzię­ki to­bie ko­goś jesz­cze: two­ja ciot­ka, Ana­sta­zja, przy­gar­nę­ła mnie ni­czym wła­sną cór­kę. Po raz pierw­szy, od­kąd pa­mię­ta­łam, ktoś mnie przy­tu­lał, ktoś spę­dzał ze mną dłu­gie go­dzi­ny, tłu­ma­cząc świat, od­po­wia­da­jąc na set­ki py­tań, ja­kie przez sześć lat wy­klu­ły się w gło­wie dziec­ka, wresz­cie – za czym prze­pa­da­łam – dłu­gi­mi po­cią­gnię­cia­mi szczot­ki roz­cze­su­jąc moje wło­sy. Ja mru­cza­łam z roz­ko­szy jak kot. Cio­cia mil­cza­ła, wkła­da­jąc w tę piesz­czo­tę całe ser­ce. Zbo­la­łe ser­ce mat­ki, któ­ra lata temu stra­ci­ła swo­ją wła­sną có­recz­kę. Wte­dy o tym nie wie­dzia­łam i nie mu­sia­łam wie­dzieć.

Przy­lgnę­ły­śmy do sie­bie: mat­ka, któ­ra utra­ci­ła dziec­ko, i dziec­ko, któ­re utra­ci­ło mat­kę.

Mia­łeś pra­wo być za­zdro­sny, bo prze­cież i ty by­łeś sie­ro­tą, nig­dy jed­nak nie da­łeś mi tej za­zdro­ści od­czuć. Ty nig­dy nie wy­krzy­cza­łeś: „To mój dom, moja mama, idź stąd!”. Sia­da­łeś w ką­cie, dłu­biąc w ka­wał­ku drew­na tę­pym scy­zo­ry­kiem i przy­glą­da­łeś się w mil­cze­niu, jak cio­cia oka­zu­je mi czu­łość każ­dym ge­stem i spoj­rze­niem. Mimo tego wie­dzia­łam, wie­dzia­łam od pierw­szej chwi­li, że je­śli Ana­sta­zji przyj­dzie wy­bie­rać mię­dzy tobą a mną, wy­bie­rze cie­bie…

Alek­siej, jak moż­na się było spo­dzie­wać po zdro­wym ośmio­lat­ku, szyb­ko do­szedł do sie­bie. Noga za­go­iła się w parę ty­go­dni. Nad­szarp­nię­tą dumę le­czył nie­co dłu­żej, tłu­ma­cząc Lili:

– Utrzy­mał­by się ja na tej be­stii, ty pa­ni­ma­jesz, gdy­by nie po­nio­sła w las. A tam ni­ska ga­łąź jak mnie nie trzep­nie bez łeb! Na­wet Bo­hun by pa­gib.

– Co to zna­czy pa­gib? – za­py­ta­ła dziew­czyn­ka, pa­trząc ocza­mi peł­ny­mi uwiel­bie­nia na swo­je­go przy­ja­cie­la.

– Po­legł, umarł – wy­ja­śnił z aniel­ską cier­pli­wo­ścią.

Le­że­li do­brze ukry­ci pod sta­rą ja­bło­nią w za­nie­dba­nym sa­dzie Bo­ro­we­go. Oj­ciec Lili nie zno­sił obec­no­ści wła­snych dzie­ci, nie mó­wiąc już o cu­dzych, więc po jed­nej wi­zy­cie, gdy Aleks przy­szedł przed­sta­wić się go­spo­da­rzo­wi i raz jesz­cze po­dzię­ko­wać Lili, zby­ty opry­skli­wym to­nem męż­czy­zny i wy­śmia­ny przez jej przy­bra­ną sio­strę uznał, że owszem, dziew­czyn­kę od­wie­dzał bę­dzie, ale jej ro­dzi­nę nie­ko­niecz­nie. Sta­ra ja­błoń sta­ła się ich taj­ną kry­jów­ką. Z sa­me­go rana Alek­siej za­kra­dał się pod okno po­ko­ju, w któ­rym sy­pia­ła dziew­czyn­ka, i rzu­cał ka­my­ka­mi w szy­bę. Po paru chwi­lach ro­ze­spa­na, ale szczę­śli­wa, bie­gła do sadu i – roz­glą­da­jąc się uważ­nie, czy nikt jej nie śle­dzi (tak przy­ka­zał Alek­siej) – prze­my­ka­ła mię­dzy ga­łę­zia­mi, by po chwi­li sia­dać na­prze­ciw przy­ja­cie­la.

– Przy­nio­słaś śnia­da­nie? – To było jego pierw­sze py­ta­nie. Nie to, żeby Ana­sta­zja chłop­ca gło­dzi­ła, jed­nak, jak przy­sta­ło na ro­sną­ce dziec­ko, był wiecz­nie głod­ny. Lila za­zwy­czaj przy­ta­ki­wa­ła, dzie­ląc się z Alek­sie­jem pod­kra­dzio­ny­mi ma­co­sze wik­tu­ała­mi.

Po­tem za­czy­na­ły się opo­wie­ści. Zmy­ślo­ne czy praw­dzi­we – Lila nig­dy nie mia­ła pew­no­ści, któ­re są któ­re, bo chło­piec opo­wia­dał rów­nie zaj­mu­ją­co o dru­giej woj­nie świa­to­wej, któ­rej nie mógł prze­cież pa­mię­tać, co o dzie­ciń­stwie w Czar­no­by­lu. Wła­śnie tam się wy­cho­wał.

Opo­wia­dał o sza­rych blo­ko­wi­skach, o lu­dziach dzień i noc spie­szą­cych do pra­cy na trzy zmia­ny. O wiel­kich ko­mi­nach wyra­sta­ją­cych spo­nad do­mów. O dzie­ciar­ni bie­ga­ją­cej ca­ły­mi dnia­mi sa­mo­pas, z klu­czem na szyi, gdzie star­sze dzie­ci pil­no­wa­ły młod­sze, wy­cie­ra­ły nosy, dmu­cha­ły na stłu­czo­ne ko­la­na, da­wa­ły klap­sy, gdy ma­luch za­słu­żył czy przy­tu­la­ły, gdy pła­kał… Cóż to były za cza­sy! Ła­że­nia po drze­wach, sza­leństw nad smród­ką, wy­my­śla­nia za­baw tak sza­lo­nych, jak tyl­ko dzie­cię­ca wy­obraź­nia po­zwa­la­ła. Alek­siej był wte­dy lu­bia­ny. Wszyst­kie dzie­cia­ki chcia­ły na­le­żeć do jego ban­dy. Nikt nie na­zy­wał go pod­łym Ru­skiem, nie pluł na nie­go i nie rzu­cał w nie­go ka­mie­nia­mi. Tego Lil­ce nie mó­wił. Opo­wia­dał za to o mat­ce i ojcu, któ­rzy choć ste­ra­ni ży­ciem, za­wsze mie­li dla je­dy­na­ka do­bre sło­wo, czu­ły gest i ru­bla czy dwa na sło­dy­cze albo za­baw­kę, by osło­dził so­bie cze­ka­nie na ich po­wrót w pu­stym miesz­ka­niu. Miesz­ka­nie. Dwa po­ko­iki z ła­zien­ką na ko­ry­ta­rzu, ot, cały ma­ją­tek Dra­go­no­wów. I tak pa­trzo­no na nich krzy­wo, bo ro­dzi­na bry­ga­dzi­sty nie mu­sia­ła gnieź­dzić się w jed­nej klit­ce jak więk­szość czar­no­byl­skich ro­dzin. Raz w mie­sią­cu, w dniu wy­pła­ty, Czar­no­byl zmie­niał się w jed­ną wiel­ką knaj­pę.

– Co to jest knaj­pa? – py­ta­ła Lil­ka.

– Taki… bar – od­po­wia­dał zmie­sza­ny.

Wszy­scy męż­czyź­ni chla­li na umór. Do nie­przy­tom­no­ści. – Tu Lil­ka ki­wa­ła gło­wą. To zna­ła z wła­sne­go dzie­ciń­stwa. – Ko­bie­ty wlo­kły po­tem za­ta­cza­ją­cych się mę­żów do do­mów, by za za­mknię­ty­mi drzwia­mi wsz­czy­nać awan­tu­ry bądź zno­sić razy. Alek­siej i tu miał szczę­ście: tata upi­jał się na smut­no i mama, wzdy­cha­jąc cięż­ko, mu­sia­ła go tu­lić i uspo­ka­jać, wy­rzu­ca­jąc uprzed­nio syna do dru­gie­go po­ko­ju. Tam, za­ty­ka­jąc uszy, by nie słu­chać łkań ojca i wrza­sków u są­sia­dów, czy­tał książ­ki o przy­go­dach dziel­ne­go Win­ne­tou. I ma­rzył, że pew­ne­go dnia za­bie­rze ro­dzi­ców do Ame­ry­ki.

Lila słu­cha­ła tych opo­wie­ści ocza­mi peł­ny­mi po­dzi­wu i uwiel­bie­nia wpa­trzo­na w przy­ja­cie­la.

– I co? I co da­lej? Po­je­cha­łeś do Ame­ry­ki? – py­ta­ła.

Jed­nak tu jego opo­wieść nie­odmien­nie się ury­wa­ła. Na wspo­mnie­nie wio­sny, kie­dy koń­czył sześć lat, milkł. Lila wy­czu­wa­ła w tym jego mil­cze­niu ja­kąś mrocz­ną ta­jem­ni­cę, ale w od­po­wie­dzi na jej py­ta­nia krę­cił gło­wą. Po­zo­sta­ło wie­rzyć, że sam kie­dyś opo­wie, jak to się sta­ło, że miesz­ka z ciot­ką, tak da­le­ko od domu, dla­cze­go nie od­wie­dza­ją go ro­dzi­ce, kie­dy wró­ci do domu – choć na to py­ta­nie Lila wo­la­ła nie znać od­po­wie­dzi, nie wy­obra­ża­ła so­bie, by przy­ja­ciel mógł ją któ­re­goś dnia opu­ścić – a je­że­li już to na­stą­pi, to czy w da­le­kim Czar­no­by­lu bę­dzie mo­gła go od­wie­dzać.

– Czar­no­byl? – Jej oj­ciec, gdy któ­re­goś dnia wy­mknę­ła się Lili ta na­zwa, pod­niósł wzrok znad ta­le­rza z krup­ni­kiem. – Ten twój Ru­sek po­cho­dzi z Czar­no­by­la? Pew­nie świe­ci w nocy! – Zaśmiał się krót­ko, a Lila zdu­mio­na spoj­rza­ła na nie­go po­przez stół. Chy­ba nig­dy nie wi­dzia­ła śmie­ją­ce­go się ojca… Na­wet za­po­mnia­ła za­prze­czyć, że Alek­siej nie jest żad­nym Ru­skiem, lecz Łem­kiem, wie­dząc, jak bar­dzo chło­piec tam­te­go okre­śle­nia nie­na­wi­dzi. – Oni tam wszy­scy wy­le­cie­li w po­wie­trze. Bum! I już ich nie było. – Bo­ro­wy skrzy­wił się. – Był wiel­ki wy­buch w elek­trow­ni ato­mo­wej i pół mia­sta po­szło z dy­mem, ro­zu­miesz, mała? Two­je­mu Ru­sko­wi wi­dać się uda­ło. A szko­da, by­ło­by o jed­no ścier­wo mniej.

– O-o-n nie jest R-ru­skiem! O-on jest Łe-em­kiem! – Lila po­de­rwa­ła się z miej­sca, nie ba­cząc na zdu­mio­ne spoj­rze­nie ma­co­chy. – A Łe-em­ko­wie to dzie-elni lu­dzie gór, nie ża-a-adne ścier­wo! I ja-ak bę­dziesz tak na Alek­sie­ja mó­wił…

– A ty, jak bę­dziesz tak do ojca mó­wi­ła – Bo­ro­wy, z po­cząt­ku za­sko­czo­ny bez­czel­no­ścią dziew­czyn­ki, te­raz rąb­nął pię­ścią w stół – to psa­mi po­szczu­ję tego bru­da­sa! A cie­bie od­dam Cy­ga­nom!

Lila umil­kła prze­ra­żo­na – nie wia­do­mo, czym bar­dziej: szczu­ciem Alek­sie­ja psa­mi czy wid­mem cy­gań­skie­go ta­bo­ru. A może tym, cze­go się wła­śnie do­wie­dzia­ła? Że ro­dzi­ce Alek­sie­ja nie żyją? Musi się tego do­wie­dzieć, ale od kogo?

– Cio­ciu – szep­nę­ła do Ana­sta­zji na­stęp­ne­go dnia, trzy­ma­jąc głów­kę na jej ko­la­nach, pod­czas gdy ko­bie­ta roz­cze­sy­wa­ła wło­sy dziew­czyn­ki. Chło­piec po­szedł po jabł­ka do soł­ty­sa. – Czy ro­dzi­ce Alek­sie­ja wy­le­cie­li w po­wie­trze?

Dłoń Ana­sta­zji znie­ru­cho­mia­ła.

– Twój tata ci to po­wie­dział?

Dziew­czyn­ka tyl­ko kiw­nę­ła gło­wą, mo­dląc się, by Ana­sta­zja nie wy­rzu­ci­ła jej za drzwi za ta­kie py­ta­nia.

– Tak, Lila, ro­dzi­ce Alka nie żyją. Był wy­buch w elek­trow­ni, gdzie pra­co­wa­li. Dzie­ci wy­wie­zio­no, a do­ro­śli zo­sta­li, by ra­to­wać, co się da. Dużo lu­dzi wte­dy zgi­nę­ło, dużo umar­ło nie­dłu­go po­tem. Ola i Ju­rij byli wśród tych pierw­szych. Nie wspo­mi­naj o tym przy Alku. On jesz­cze za nimi tę­sk­ni.

Ana­sta­zji głos lek­ko za­drżał. Lila po­cią­gnę­ła no­sem.

– Bied­ny, bied­ny Alek­siej. Ja mam tatę i na­wet przy­bra­ną mamę. Ale… on ma cie­bie, cio­ciu. – Pod­nio­sła na ko­bie­tę na­gle roz­ja­śnio­ne spoj­rze­nie. Ta po­gła­dzi­ła małą po wło­sach.

Lila tego dnia zro­zu­mia­ła, że wszyst­ko może się na­gle skoń­czyć – wy­buch za­bie­ra tych, któ­rych ko­cha­my. Zro­zu­mia­ła też, że w ojcu nie ma współ­czu­cia dla osie­ro­co­ne­go chłop­ca, że nig­dy nie po­lu­bi jej przy­ja­cie­la.

Od tej pory pil­no­wa­ła się, by nig­dy sło­wem o Ale-ksie­ju nie na­po­mknąć. Oj­ciec wię­cej o nim nie wspo­mi­nał, choć mu­siał wie­dzieć, z kim Lil­ka spę­dza całe dnie. Był jed­nak za­do­wo­lo­ny, że dziec­ko mu się nie pęta po domu, a Ana­sta­zja ma na nie oko.

Lila mo­gła więc wy­my­kać się jak do tej pory, pod ja­błoń. Mo­gła włó­czyć się w to­wa­rzy­stwie Alek­sie­ja po la­sach i po­lach Za­gro­dzi­ny. Ką­pa­li się w lo­do­wa­tych stru­my­kach wpły­wa­ją­cych do Za­gro­dzian­ki – do sa­mej rze­ki do­stę­pu bro­ni­ła Alek­sie­jo­wi, a więc i Lili, dzie­ciar­nia oko­licz­nych wsi. Pie­kli w ogni­sku pod­kra­dzio­ne ziem­nia­ki, pod­pa­try­wa­li pa­są­ce się na łą­kach sar­ny i dzi­ki że­ru­ją­ce w dą­bro­wach. Dziew­czyn­ka była szczę­śli­wa i ko­cha­ła swe­go przy­ja­cie­la ca­łym ser­cem. A gdy któ­re­goś dnia za­uwa­ży­ła, że przy nim je­dy­nym się nie jąka…

– Wy­le­czy­łeś mnie! – Aż pod­sko­czy­ła z wra­że­nia.

– Z cze­go? – Zwró­cił ku niej roz­le­ni­wio­ny wzrok.

Schli wła­śnie na słoń­cu po ką­pie­li w gli­nian­ce, za któ­rą to ką­piel za­rów­no Alek­siej, jak i Lil­ka obe­rwa­li­by w skó­rę. Nie­je­den z gli­nian­ki nie wy­szedł żywy…

– Nie… nie za­ci­nam się! – Dziew­czyn­ce trud­no było na­zy­wać swe ka­lec­two po imie­niu.

– Za­ci­na to się klucz w zam­ku, a ty je­steś dzie­wocz­ka. – Urwał źdźbło tra­wy i przy­gryzł za­my­ślo­ny. – Za ty­dzień ko­niec laby. Wra­cam do szko­ły. I wiesz, co się bę­dzie dzia­ło?

Spoj­rza­ła na nie­go py­ta­ją­co. Nie wie­dzia­ła, co się bę­dzie dzia­ło. Dla sze­ścio­lat­ki szko­ła była czymś bar­dzo abs­trak­cyj­nym.

– Będę tłukł się z dzie­cio­ra­mi i znów mnie wy­rzu­cą. Ciot­ka oczy prze­ze mnie wy­pła­cze – od­parł po­nu­ro.

– To się nie tłucz – po­pro­si­ła.

– Mu­szę. Oni wy­zy­wa­ją mnie od naj­gor­szych, plu­ją na mnie, rzu­ca­ją ka­mie­nia­mi. Mu­szę się bro­nić. Mu­szę wal­czyć!

Lila za­mil­kła. Na jej wi­dok dzie­cia­ki też za­czy­na­ły wy­krzy­ki­wać brzyd­kie wy­ra­zy, z któ­rych „ją-ją-ją­ka­ła” było naj­mniej ob­raź­li­we. Ona jed­nak nie mo­gła wal­czyć. Mo­gła tyl­ko po­pła­ki­wać po ką­tach. I kryć się w swo­im wła­snym świe­cie, te­raz dzie­lo­nym z dru­gim od­szcze­pień­cem.

– I co z nami bę­dzie? – wes­tchnę­ła cięż­ko, jak sta­ry czło­wiek przy­gnie­cio­ny cię­ża­rem lat.

– Nic. – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Za­wie­szą mnie raz i dru­gi, wy­wa­lą i ciot­ka znów bę­dzie uczy­ła mnie w domu.

– Bar­dzo mą­dra ta two­ja cio­cia – zgo­dzi­ła się dziew­czyn­ka. – Po co ci ja­kaś tam szko­ła!

Alek­siej spo­chmur­niał. Szko­ła była mu na nic, choć chło­nął wie­dzę, jed­nak sa­mot­ność do­ku­cza­ła. Miał­by ocho­tę po­sza­leć cza­sem w to­wa­rzy­stwie ró­wie­śni­ków. Chłop­ców. Nie­ko­niecz­nie sze­ścio­let­niej smar­ku­li, ale tego prze­cież dziew­czyn­ce nie po­wie. Wy­cią­gnął się więc znów na tra­wie, z rę­ka­mi pod gło­wą, przy­my­ka­jąc oczy od słoń­ca. Tak jak jest, jest do­brze. Nie moż­na od losu wy­ma­gać wię­cej niż te łąki, lasy, zło­te pola, chłod­na woda w rze­ce, pie­czo­ne ziem­nia­ki i to­wa­rzy­stwo chu­dej dziew­czyn­ki o wło­sach tak ja­snych, że nie­mal srebr­nych. To mu wy­star­czy.

Alek­siej Dra­go­now nie mógł wie­dzieć, że jest to ich pierw­sze i ostat­nie wspól­ne, bez­tro­skie lato na dłu­gi, dłu­gi czas…

Na­stęp­ne­go ran­ka Lila dłu­go nie wy­cho­dzi­ła. Rzu­cał w jej okno ma­ły­mi ka­my­ka­mi, rzu­cał, cze­kał i cze­kał. Wresz­cie od­wa­żył się wejść na ro­sną­cą pod oknem ja­błoń i zaj­rzeć do środ­ka, ale dziew­czyn­ki w po­ko­ju nie było. Ukrył się więc w gę­stych krza­kach ja­śmi­nu, skąd miał wi­dok na sta­ry dom, i tkwił w nich do­tąd, aż Lila po­ja­wi­ła się na pro­gu. Szła ścież­ką do furt­ki, ubra­na w czy­stą, bia­łą su­kien­kę, sztyw­ną od kroch­ma­lu, trzy­ma­jąc od­wie­dzio­ne ra­mion­ka, by jej nie ubru­dzić.

– Li­lou! – za­wo­łał ci­cho, gdy go mi­ja­ła. – Tu­taj, Li­lou!

Skrę­ci­ła w stro­nę do­bie­ga­ją­ce­go z krza­ków gło­su.

– Co ty masz na so­bie? Do ko­ścio­ła się wy­bie­rasz? – Alek­siej wy­gra­mo­lił się z krza­ków, sta­nął przed przy­ja­ciół­ką i zmie­rzył ją wzro­kiem. – Jak w tym czymś pój­dziesz się ką­pać?

– Nie pój­dę – od­rze­kła mała zmar­twio­nym gło­sem. – Gdy­by coś jej się sta­ło… – Mia­ła na my­śli su­kien­kę. – Ale mo­że­my po­sie­dzieć w sa­dzie. Cio­cia Ma­ry­sia tak po­wie­dzia­ła. Ty też. Bo wiesz – tłu­ma­czy­ła mu po dro­dze – mam dziś uro­dzi­ny. Do­sta­łam tę su­kien­kę, by nikt nie my­ślał, że je­stem bę­kar­tem włó­czę­gi.

Alek­siej aż się za­trzy­mał za­sko­czo­ny.

– Nikt tak nie my­śli! Kto ci po­wie­dział taką bzdu­rę? Du­rok…

– Ta­tuś. Dzi­siaj rano, gdy da­wał mi tę su­kien­kę. Ta­tuś nie jest włó­czę­gą, praw­da?

Alek­siej po­krę­cił gło­wą.

– A ty nie je­steś ni­czy­im bę­kar­tem – mruk­nął. – Wy­star­czy, że ja je­stem.

Zdjął po­roz­cią­ga­ny swe­ter i po­ło­żył na tra­wie, żeby mała mo­gła usiąść, nie bru­dząc su­kien­ki.

– Cio­cia Ma­ry­sia pie­cze tort – mó­wi­ła Lila. – Mam się nie krę­cić pod no­ga­mi. Wie­czo­rem wró­ci tata i wy­pra­wi­my uro­dzi­ny.

W gło­sie ma­łej nie było ra­do­ści. A prze­cież zwy­kle dzie­ci cie­szą się z dnia swo­ich uro­dzin. Alek­siej na przy­kład nie mógł się do­cze­kać wrze­śnia – Ana­sta­zja na uro­dzi­ny obie­ca­ła mu ro­wer. Może nie no­wiut­ki, jak su­kien­ka Lili, ale cał­kiem po­rząd­ny ro­wer – tak miał za­po­wie­dzia­ne. Och, ro­wer… bę­dzie mógł do­je­chać nim wszę­dzie! Gdy tro­chę do­ro­śnie i na­zbie­ra parę zło­tych z kie­szon­ko­we­go, ob­je­dzie na tym ro­we­rze cały świat. To so­bie obie­cał. I to wła­śnie Lili te­raz mó­wił. Dziew­czyn­ka słu­cha­ła z ro­sną­cym za­chwy­tem.

– Za­bie­rzesz mnie ze sobą, praw­da? – wy­krzyk­nę­ła, chwy­ta­jąc przy­ja­cie­la za rękę. – Ja też na­zbie­ram parę zło­tych i po­je­dzie­my ra­zem. Nie zo­sta­wisz mnie sa­mej! Nie zo­sta­wisz, praw­da?

– No coś ty, Li­lou, pew­nie, że nie – od­po­wie­dział bez prze­ko­na­nia. Miał na­dzie­ję na sa­mot­ną przy­go­dę. Wle­cze­nie za sobą młod­szej o dwa lata smar­ku­li nie bar­dzo mu się wi­dzia­ło. Z dru­giej stro­ny mo­gła się przy­dać. Bę­dzie wa­rzyć stra­wę, szy­ko­wać noc­leg…

– Umiesz go­to­wać? – za­py­tał dla pew­no­ści.

– Na­uczę się! Ja szyb­ko się uczę, zo­ba­czysz! – za­pew­ni­ła go­rą­co, aby tyl­ko jej nie zo­sta­wił.

– Taka po­dróż to nie wy­ciecz­ka do lasu. To dużo da­lej.

Za­my­śli­ła się na chwi­lę.

– Da­lej niż do mia­stecz­ka? – Przy­tak­nął. – Da­lej niż… do War­sza­wy? – W War­sza­wie nig­dy nie była, ale tata co ja­kiś czas się tam uda­wał i nie było go dwa dni, mu­sia­ło to być bar­dzo da­le­ko.

– Phi, War­sza­wa! – Alek­siej wy­dął lek­ce­wa­żą­co usta. – Zo­bacz, je­śli Za­gro­dzie jest tu­taj – po­ło­żył przy no­gach Lili jabł­ko – a War­sza­wa tu­taj – dru­gie po­ło­żył na ścież­ce – to świat jest… – Od­biegł na dru­gi ko­niec sadu z jabł­kiem w dło­ni. – Tu­taj! – krzyk­nął, śmie­jąc się i wgryzł się w jabł­ko.

Lila już mia­ła po­biec do nie­go, ale na­kroch­ma­lo­na su­kien­ka przy­po­mnia­ła, że dziś musi za­cho­wy­wać się szcze­gól­nie ostroż­nie.

Tak prze­ko­ma­rza­jąc się, spę­dzi­li w sa­dzie resz­tę po­po­łu­dnia.

Dziew­czyn­ka z go­dzi­ny na go­dzi­nę mil­kła co­raz bar­dziej. I smut­nia­ła. Co nie uszło uwa­gi Alek­sie­ja.

– Ej, ma­lień­ka­ja! – Po­cią­gnął ją za war­ko­czyk. – Za­raz two­je uro­dzi­ny! Tort już pew­nie go­to­wy, a ty za­miast się cie­szyć… Przy­nie­siesz mi ka­wa­łek?

– Pew­nie, że przy­nio­sę. – Uśmiech­nę­ła się.

Za­raz jed­nak uśmiech zgasł.

– Wiesz, w ten dzień ta-a-atuś nie jest szczę­śli­wy… – Na­wet nie spo­strze­gła, że na wspo­mnie­nie ojca znów za­czy­na się ją­kać. – Bo wie-e-esz, ja za­bi­łam moją mamu-u-u-u-… – Za­cię­ła się na amen. W oczach nie­bie­skich jak nie­bo nad ich gło­wa­mi roz­bły­sły łzy. Cze­go jak cze­go, ale łez u tych, któ­rych ko­chał, Alek­siej nie zno­sił.

– Bzdu­ry! – wy­krzyk­nął. – Jak mo­głaś, taka mała, ta­kie chu­chro, za­bić ko­go­kol­wiek? Nie mó­wiąc już o wła­snej mat­ce? Na­wet je­śli zmar­ła pod­czas po­ro­du, to nie two­ja wina! Tak było?

Przez dłu­gi czas wy­da­wa­ło mi się – choć nikt na ten te­mat ze mną nie roz­ma­wiał – że moja mat­ka rze­czy­wi­ście zmar­ła pod­czas po­ro­du. Może oj­ciec chciał, że­bym w to wie­rzy­ła – mógł mnie wte­dy ob­wi­niać za jej śmierć i nie­na­wi­dzić do woli. Praw­da jed­nak była zu­peł­nie inna i dzie­sięć lat póź­niej mia­łam ją po­znać…

Wte­dy, w la­tach mo­je­go dzie­ciń­stwa, ba­łam się każ­dych uro­dzin, bo gdy oj­ciec „nie był szczę­śli­wy”, zna­czy­ło to, że bę­dzie pić. I bić. A z wła­snych uro­dzin trud­no było uciec.

– Lil­ka, Lil­ka! Gdzie ty się po­dzie­wasz? Oj­ciec wró­cił! – Z domu roz­le­gło się wo­ła­nie ma­co­chy.

Dziew­czyn­ka po­de­rwa­ła się na rów­ne nogi, bez po­że­gna­nia ru­szy­ła bie­giem do domu i… wte­dy zda­rzył się wy­pa­dek. Z tego po­śpie­chu mu­sia­ła po­tknąć się czy po­śli­zgnąć na ze­szło­rocz­nym jabł­ku… dość, że pa­dła jak dłu­ga, bru­dząc nie­ska­zi­tel­ną do tej pory su­kien­kę zie­mią i zgni­ły­mi owo­ca­mi.

Alek­siej wy­dał z sie­bie zdu­szo­ny okrzyk. Lila tyl­ko sta­ła, pa­trząc wiel­ki­mi ocza­mi na bia­ły jesz­cze przed chwi­lą ma­te­riał. W tym mo­men­cie do sadu wszedł Stach. Na wi­dok chłop­ca spo­chmur­niał tyl­ko, gdy zaś pod­szedł bli­żej… za­ci­snął szczę­ki, aż chrup­nę­ło.

– Coś ty zro­bi­ła z su­kien­ką? – wy­sy­czał i jed­nym sko­kiem był przy ma­łej.

Chwy­cił ją za ra­mię, aż po­bla­dła z bólu i po­trzą­snął tak, że za­szczę­ka­ła zę­ba­mi.

– Ty nie­wdzięcz­ny bę­kar­cie! Ku­pu­ję ci na uro­dzi­ny od­święt­ne ubra­nie, a ty ta­rzasz się w bło­cie?! Ty… ty… – Prze­kleń­stwa, któ­ry­mi chciał ura­czyć cór­kę, uwię­zły mu w gar­dle. „Nie tu­taj, nie przy lu­dziach” – szep­tał w umy­śle ci­chy głos. Zro­bił w tył zwrot i ru­szył w kie­run­ku domu, cią­gnąc dziec­ko za sobą.

– Ta­tu­siu-u-u, ta-a-atu-u-u… – Jej ją­ka­nie do­pro­wa­dza­ło go do jesz­cze więk­szej pa­sji.

Alek­siej stał jak onie­mia­ły przez parę chwil, wresz­cie ru­szył za nimi. Nie­wie­le mógł po­móc przy­ja­ciół­ce, ale mu­siał spró­bo­wać.

– Pro­szę pana, ona się po­tknę­ła, to nie jej wina!

Bo­ro­wy na­wet na nie­go nie spoj­rzał. Za to Lila owszem.

– Ta­tu­niu, to on! On mnie po­pchnął!

Męż­czy­zna sta­nął.