Nadzieja - Damian Dąbrowski - ebook

Nadzieja ebook

Damian Dąbrowski

0,0
21,00 zł

lub
Opis

Powieść stanowiąca ciekawe połączenie faktów historycznych i fikcji literackiej. Czas nagonki na templariuszy. Członkowie zakonu ukrywają się i pilnie strzegą swojego skarbu. Młody najemny rzezimieszek Elvenes, znajduje się w środku walki Josepha Anaheima – doradcy biskupa o wpływy, które to mają mu zapewnić skarby templariuszy. Zdradzieckie działania Anaheima prowadzą Elvenesa niemalże do śmierci. Cudem ocalony młodzieniec poznaje prawdę o swoim pochodzeniu, a splot zdarzeń odmienia jego życie. Co może łączyć najemnego przestępcę z templariuszami? Dlaczego tępieni są członkowie zakonu? Gdzie jest ukryty ich skarb? Komu najbardziej zależy na jego odnalezieniu?

Debiut pisarski urodzonego w Gliwicach, Damiana Dąbrowskiego (1978 r.). Autor, na stałe mieszkający w Walii znakomicie łączy wszystkie ważne elementy dobrej powieści: przyjemny w odbiorze język, ciekawą fabułę, tajemnicę oraz interesujące zakończenie. W bardzo zręczny sposób przedstawia czytelnikowi bohaterów i wprowadza go w średniowieczny świat templariuszy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 183




Damian DĄBROWSKI

Nadzieja

Copyright © Damian Dąbrowski; 2015 Copyright © Wydawnictwo Witanet; 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone

Skład tekstu, projekt okładki: Ryszard Maksym

Fotografia na okładce: © by Vladimirs Poplavskis - Fotolia

ISBN: 978-83-64343-80-3

Wydawca:

Wydawnictwo WITANET

tel.: #48 601 35 66 [email protected]

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Skład wersji elektronicznej:

PROLOG

Listopad 1314, Pont–Sainte–Maxence, Francja

Król Filip IV, nie pierwszej już nocy, nie mógł zasnąć. Nazajutrz wybierał się na polowanie, a bezsenność znowu dawała się we znaki. Nie pomagało nawet wypicie całej butelki burgundzkiego wina do kolacji. Ilekroć Filip zamykał oczy, widok stosu i płonącego na nim człowieka, powracał jak koszmar. Papież Klemens V, człowiek współodpowiedzialny za tę śmierć, nie żył już od ponad pół roku a Filip, zwany Pięknym, wciąż nie mógł pozbyć się ze swego umysłu tego wstrząsającego widoku.

Król wstał ze swego ogromnego łoża z baldachimem. Pomyślał, że może zaciemnienie pomieszczenia jeszcze bardziej, pomoże mu w końcu zapaść w sen. Zdmuchnął, więc dwie z trzech świec i wsunął się z powrotem pod ciepłą pościel.

W komnacie od razu zrobiło się ciemniej. Władca, kładąc się na brzuchu przyjął swą ulubioną pozycję do snu. Chcąc przegnać ciemne myśli, począł rozmyślać o czymś przyjemnym. Przed jego oczami stanęły nagie dworki, z którymi od czasu do czasu uprzyjemniał sobie chwile. Grzeszne myśli doprowadziły króla do wzwodu. W swym uniesieniu nie usłyszał nawet, że drzwi do sypialni otworzyły się i zamknęły.

– Rad jestem, że jeszcze nie śpisz, bo w przeciwnym wypadku musiałbym cię brutalnie wyrwać z objęć snu – powiedział głos z ciemności.

Filip poderwał się z łóżka.

– Straż!!! Do mnie!!! – Wrzasnął przerażony król, nie mając żadnej broni przy sobie, wiedział, że to jego jedyna nadzieja na ratunek.

– Strażnicy cię nie usłyszą. Nie żyją. – powiedział beznamiętnym głosem intruz, którego sylwetka majaczyła tuż przy drzwiach komnaty.

Filip nagle poczuł się bezbronny jak dziecko. Odkąd został królem zawsze bał się, że taka chwila może kiedyś nadejść. Dobrze wiedział, jakie niebezpieczeństwa i intrygi mogą czyhać na władcę państwa. Postać w kapturze, w jego sypialni, była jak najbardziej prawdziwa i diabli wiedzą, jakie miała intencje. Filip trząsł się jak osika, ale zdołał wykrztusić z siebie:

– Kim jesteś i czego chcesz? – przymrużył oczy, aby móc lepiej dojrzeć twarz osobnika. Niestety kaptur, który ów mężczyzna miał na głowie, znakomicie maskował twarz w, i tak już ciemnym, pomieszczeniu.

– Moje nazwisko nic ci nie powie. I pozwól, że nie będę się do ciebie zwracał „wasza wysokość”, czy „najjaśniejszy panie”, bo dla mnie nie jesteś ani jednym, ani drugim. Nie poważam cię jako króla. Zresztą… Nigdy nie byłeś moim królem. Dla mnie jesteś złodziejem i zbrodniarzem. Zwykłym szubrawcem i człowiekiem bez godności.

Filip był w szoku. Bezbronny, w jednej chwili został odarty ze swej władzy. Chciałby, żeby to wszystko tylko mu się śniło, jednak ten człowiek nie był snem i kimkolwiek był, właśnie zbliżał się do jego łoża. Kiedy znalazł się tuż przed Filipem, przemówił:

– Nie lękaj się. Nie zrobię ci krzywdy. Choć, gdyby to ode mnie zależało, zarżnąłbym cię jak świnię bez mrugnięcia okiem. Ale na twoje szczęście jestem tylko posłańcem i mam dla ciebie wiadomość. Przysyła mnie… Mój mistrz. Wielki Mistrz Jacques de Molay.

Wtedy intruz podszedł do łoża i pochylił się nad uchem Filipa. Zaczął mówić. Król bladł z każdym zdaniem wypowiadanym przez zakapturzoną postać.

– Ale ty już tych wydarzeń nie doczekasz… Żałosna imitacjo monarchy. Zejdziesz z tego świata już wkrótce.

Tymi słowami nieznajomy skończył swe przesłanie i spokojnie oddalił się w stronę drzwi. Nie obchodziła go reakcja władcy. On spełnił swą misję.

Filip przez całą noc nie zmrużył oka. Rano, wraz ze świtą, wyruszył na polowanie, podczas którego nie mógł oderwać myśli od zdarzeń poprzedniej nocy, a głównie od tego, co usłyszał od tajemniczej osoby.

Były to ostatnie łowy króla, który podczas tropienia dzikiego zwierza doznał udaru mózgu. Został przewieziony do swej siedziby w Fontainbleau, gdzie w kilka tygodni po feralnym polowaniu zmarł.

Medycy orzekli, że przyczyną śmierci Filipa IV, zwanego Pięknym, był wylew krwi do mózgu. Klątwa się dopełniła.

ROZDZIAŁ I

Maj 1320 roku, Marsylia, Francja

Odgłos biegnących stóp i ciężkie sapanie nie spłoszyło dwóch szczurów, które przycupnęły na kupce śmieci. Z zaciekawieniem spojrzały jednak dopiero wtedy, gdy drugi osobnik przebiegał obok nich. Patrzyły przez chwilę na oddalającą się szybko postać, by za moment znowu oddać się buszowaniu w odpadkach.

Uciekający nie miał już nadziei, czuł jak opuszczają go siły, a schronienie, do którego desperacko próbował dotrzeć, było wciąż zbyt daleko. Napastnik nie przyspieszał, biegł równomiernym tempem, a mimo to był coraz bliżej swej ofiary. Na swoje nieszczęście uciekający mężczyzna nie zauważył wiadra pomyj, które właściciel kramu z suszonymi rybami nieopatrznie zostawił na ulicy. Mężczyzna potknął się o nie i boleśnie uderzył skronią o bruk. Oszołomiony, leżąc w nieczystościach, ledwo zauważył podchodzącą do niego postać. Ból promieniujący od lewej skroni przeszkadzał mu w jasnym myśleniu, a ciepła, sącząca się krew szybko zalewała mu oko. Chciał się podnieść, lecz czyjaś dłoń szarpnęła go do tyłu. Mężczyzna upadł na plecy i dopiero wtedy przypomniał sobie, że przed kimś uciekał. Było już jednak za późno na reakcję. Napastnik błyskawicznie wyciągnął z rękawa sztylet i wbił go w szyję leżącego. Krew trysnęła na tunikę zabójcy, który błyskawicznie wyciągnął broń z ciała, wytarł krew w ubranie martwego, po czym schował ją do rękawa i oddalił się w cień.

Na zwłoki padło blade światło księżyca, ukazując je w ciemnej kałuży krwi. A nazajutrz rano, kiedy pierwsze promyki słońca przywitały miasto, ciała już nie było. Zwłoki stanowiły bowiem łakomy kąsek dla złodziei, którzy z kolei mogli liczyć na solidną nagrodę od nekromantów czy innych praktykantów ciemnych sztuk magicznych.

***

Elvenes wypić potrafił sporo. Tego wieczoru siedział już przy trzecim dzbanie wina. Wczoraj znowu zabił człowieka. To było takie proste… Zadumał się. Nie tak jednak wyobrażał sobie swoje życie. Miał dwadzieścia jeden lat i był zabójcą. Złodziejem i najemnikiem, który patroszył ludzi na zamówienie.

„Zamiast miecza – sztylet, zamiast płaszcza z czerwonym krzyżem – tunika z kapturem” – zasępił się Elvenes.

Rodzice nie żyli od dawna, a jedyne, co mu po nich pozostało, to szczypta honoru i medalionik na szyi, który odkąd pamiętał, zawsze znajdował się w jego posiadaniu. Chłopak podświadomie sprawdził czy wisiorek wciąż znajduje się na jego szyi, po czym zajrzał do dzbana. Było jeszcze coś na dnie, więc wlał resztę wina do pucharu. Nie znał się na wszystkich gatunkach tego trunku, ale jedno wiedział na pewno: pod „Czarnym Smokiem” bez wątpienia podawano najlepsze wino w mieście. Według niego, wszędzie indziej, raczono się szczynami.

Bywał tu tak często nie tylko z powodu dobrego wina, ale też wprost uwielbiał atmosferę w „Czarnym Smoku”, a właściciel knajpy bardzo polubił również jego. Steinar, pochodzący z dalekiej północy Europy, wielokrotnie ratował Elvenesa z opresji, kiedy straż miejska robiła tak zwane „naloty” na karczmę w poszukiwaniu „łamiących prawo łajdaków”. Tak… Z pewnością Elvenes mógł uważać karczmarza za swego przyjaciela. Jedynego zresztą, jakiego miał.

Młodzieniec delektował się ostatnim łykiem wina, po czym skinął na karczmarza, dając mu do zrozumienia, że zapragnął kolejnego dzbana. Lekko też zaczął się denerwować, bo człowiek, z którym się umówił, spóźniał się. Spowolnione ruchy i uczucie ciężkiej głowy sygnalizowały, że wypity alkohol już zaczynał dawać się we znaki. Dlatego też Elvenes postanowił, że zaczeka najwyżej godzinę, a potem pójdzie się przespać do jednego z pokoi sypialnych na piętrze karczmy.

– Po kilku kolejnych rundach wina, nadszedł w końcu kres jego oczekiwań. Drzwi karczmy otworzyły się i do środka weszli trzej mężczyźni. Mimo, że postać nie była w habicie jak zwykle, chłopak od razu rozpoznał człowieka, z którym umówił się na spotkanie: to był bez wątpienia Joseph Anaheim – na co dzień formalnie zaufany sługus arcybiskupa. Dwóch pozostałych osobników nie znał, ale pomimo swego stanu upojenia zauważył, że pod cienkimi tunikami mieli broń. Anaheim rozglądał się po zadymionej sali w poszukiwaniu chłopaka. Wreszcie dostrzegł go siedzącego samego w kącie i ruszył w jego kierunku, lawirując między ławami pełnymi gwarnych ludzi. Dwaj jegomoście z bronią pozostali przy drzwiach, jakby zaraz i tak mieli wychodzić.

– Nareszcie. Już myślałem, że się nie zjawisz! – wykrzyknął Elvenes, ożywiając się na widok gościa.

– Kto by pomyślał, żeś taki niecierpliwy. A w twojej profesji, to chyba wada… Nieważne, zresztą. – odbąknął Anaheim. Przyszedłem zapłacić ci za wykonanie zadania. – ciągnął.

Starzec owrócił się i omiótł wzrokiem gwarną i zadymioną karczmę, po czym szybko odwrócił się do Elvenesa.

– A oto twoja zapłata! – syknął Anaheim, w jego dłoni znikąd pojawił się sztylet i ugodził młodzieńca w pierś.

Elvenes spojrzał z niedowierzaniem na Anaheima a potem na ranę, która zaczynała obficie krwawić. Westchnął z bólu a jego oczy zaszły mgłą.

„Nie tak to się miało skończyć, ja nie mogę tak umrzeć!” – różne myśli kłębiły się w głowie chłopaka. Czuł jednak, że umiera. Członki miał jak z ołowiu, dusił się a knajpiany gwar powoli cichł w jego uszach.

Umarł. Poczuł ulgę, teraz leciał wysoko w stronę światła. Nie… To światło zbliżało się do niego. A im bliżej było, tym głośniej do niego mówiło. Po chwili, światło zaczęło krzyczeć:

– Elvenes! Elvenes! Do jasnej cholery, chłopcze, ocknij się!

– Coś szarpało Elvenesa tak, że w końcu otworzył oczy i zobaczył przed sobą Steinara, ze świecą.

– No, nareszcie! Chwała Odynowi! – zakrzyknął triumfalnie karczmarz.

– Odrobinę przedawkowałeś z winem. Nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłeś przy ławie. Swoją drogą, to musiało być bolesne. – stwierdził Steinar.

W uszach Elvenesa głos karczmarza zagrzmiał, jakby sto armat na raz wystrzeliło. Zdawało mu się, że głowę ma wielkości dyni, która w każdej chwili może eksplodować.

– Mów ciszej! Na rany Chrystusa! – jęknął Elvenes. – Łeb mi pęka a ty drzesz się jak przekupka na jarmarku.

– Proszę o wybaczenie, Jaśnie Panie. Przyniosę coś, co uśmierzy twe męki – zachichotał karczmarz i zszedł do baru. Po chwili wrócił z kubkiem wina.

– To powinno poprawić twoje samopoczucie. Czym się strułeś, tym się lecz! – Steinar był wielce ubawiony całą sytuacją.

Elvenes wziął do ręki gliniany kubek i chwilę mu się przyglądał. Wreszcie przytknął go do ust i upił łyk wina. Westchnął, gdyż ból głowy doskwierał coraz bardziej. Po chwili odezwał się:

– Wieczorem czekałem na kogoś, ale się nie zjawił. Miał mi przynieść zapłatę za wykonaną robotę.

– Zaiste był tu wczoraj ktoś, ale nie pomyślałem, że może być do ciebie. Wcześniej nigdy go tu nie widziałem – przerwał młodzieńcowi, karczmarz.

– Jak wyglądał? – spytał wyraźnie ożywiony Elvenes.

– Miał na sobie czarny płaszcz, twarz mało ciekawą. Poza tym był łysy, a gdyby jego oczy mogły zabijać, to podejrzewam, że niewielu mieszkańców liczyłoby nasze miasto. Ten człowiek wyglądał trochę jak kaznodzieja… Nie obraź się przyjacielu, ale tacy ludzie do ciebie jakoś mi nie pasują.

– To był on! – krzyknął Elvenes i zaraz złapał się za głowę, bo ciśnienie krwi sprawiło, że puls w skroniach stał się nie do zniesienia.

– To na niego czekałem. – kontynuował po chwili. – Nie mówił nic? Nie pytał o mnie?

– Nawet do mnie nie podszedł. Rozejrzał się po sali i po chwili wyszedł – stwierdził z żalem Szwed.

Cholera. Może przyjdzie tu jeszcze dzisiaj? Nie bardzo wiem, gdzie mam go szukać, bo zazwyczaj kontaktowałem się z nim w odludnych miejscach, które, na dodatek, on sam wybierał. Przysyłał potem swego człowieka, który informował mnie, kiedy i gdzie będzie następne spotkanie. Tym razem wybrał twoją karczmę, a więc miejsce raczej zatłoczone niż odludne…

– Hm… No, tak... – pokiwał głową Steinar.

– Aha! Wiesz, co mi przyniósł mój pijacki sen, Steinarze?

Nie mam pojęcia, przyjacielu, ale bardzo chcę, żebyś mi o tym opowiedział – uśmiechnął się karczmarz. Ten człowiek, na którego czekałem, zasztyletował mnie tutaj, w twojej knajpie, dokładnie przy tej ławie.

Na myśl o tym, jak bardzo realny był to sen, Elvenesa aż przeszły dreszcze.

Steinar spojrzał na przyjaciela:

– Noo… Powiem tylko tyle: Strzeż się go! Nie bardzo znam się na snach, ale taki jak ten, to przestroga na przyszłość – kiwał przy tym palcem, jakby chciał dodać swoim słowom więcej powagi.

Elvenes nie odpowiedział. Dopił wino i powoli spróbował wstać. Głowa ciążyła niezmiernie a do tego dostał mdłości. Powlókł się w stronę schodów, prowadzących na piętro.

Karczmarz odprowadził przyjaciela wzrokiem, po czym zabrał się do sprzątania sali.

***

Joseph Anaheim piastował oficjalnie stanowisko doradcy arcybiskupa Vincenzo Squilacciego. Ale, że Squilacci był już stary i podupadał na zdrowiu, mówiło się, że to właśnie Anaheim przejmie po nim schedę.

Urząd, który sprawował, pozwalał mu na prowadzenie działań niezgodnych z prawem i niejednokrotnie wykraczających poza obręb jego obowiązków. Jednakże skryty za starym Squilaccim, miał swobodne pole działania, bo arcybiskupowi akurat nikt na ręce nie patrzył.

Ostatnie zadanie – zabicie bogatego Żyda, który sponsorował spiskującą opozycję, przydzielił „wolnemu strzelcowi”. Misja ta była dość niebezpieczna i Anaheim nie chciał ryzykować, któregoś ze swoich ludzi. Aż tak im nie ufał, a ryzyko, że podczas tortur padnie jego nazwisko, było całkiem spore. Człowiek, którego wynajął, miał na imię Elvenes i był bez wątpienia dobry w swojej profesji. Do następnego zadania, które Anaheim planował, ów zabójca, także pasował jak nikt inny. Wczoraj Anaheim poszedł do „Czarnego Smoka” spotkać się z tym najemnikiem, ale zobaczył go śpiącego na ławie, prawdopodobnie pijanego w sztok. Nie chcąc zostać zaczepionym przez jakiegoś obwiesia, zniknął z knajpy, tak szybko, jak się w niej pojawił.

ROZDZIAŁ II

Maj 1320, Marsylia, Francja

Elvenes spał ponad dwanaście godzin, zanim obudziło go głośne pukanie do drzwi. Ból głowy powoli mijał, ale był za to bardzo głodny. W swoim pokoju czuł się bezpiecznie, bo wiedział, że na górne piętro nie dostanie się byle kto. Musiałby zabić najpierw Steinara i jego trzech osiłków, którzy pilnowali porządku w karczmie.

Chłopak wstał z ledwością i poczłapał do drzwi. Przekręcił klucz i pociągnął klamkę w dół. Górny zawias zaskrzypiał jak zwykle, przypominając po raz kolejny, że wymaga naoliwienia.

W korytarzu stał Joseph Anaheim.

– Można? – Zapytał najłagodniej, jak tylko potrafił.

– Tak, oczywiście… Proszę… – odparł Elvenes i cofnął się, aby wpuścić gościa.

Jednak, w chwili, gdy zobaczył w drzwiach Josepha Anaheima, poczuł skurcz w żołądku. To przypomniało mu nie tylko to, że bardzo był głodny, ale też ten nocny koszmar z udziałem Niemca.

Anaheim rozejrzał się po pokoju, po czym zwrócił się do Elvenesa:

– Byłem tu wczoraj chłopcze, ale byłeś pijany. Miałem ci zapłacić za pracę, którą dla mnie wykonałeś, pamiętasz?

– Tak. Pamiętam. Ja czekałem, ale…

– Się nie doczekałeś? – Przerwał mu Anaheim, wyciągając sakiewkę. – Oto zapłata, chłopcze.

– Dziękuję – wyszczerzył zęby Elvenes, ważąc w dłoni ciężar woreczka. – Polecam się na przyszłość.

– Widzisz, ja także w tej sprawie. Miałbym dla ciebie zadanie… Nie ukrywam, dość niebezpieczne. Zapłata jednak będzie adekwatna do stopnia trudności. Dodam też, że jest to dla mnie osobiście ważne. A zatem?

– Nadstawiam uszu – odparł Elvenes.

– To jest bardzo „delikatna sprawa”. Trzeba kogoś porwać. Więcej nie mogę powiedzieć. Jeśli się zgodzisz wziąć tę robotę, wtedy dostaniesz zaliczkę i przedstawię ci szczegóły – powiedział spokojnym głosem Anaheim.

– Rozumiem. Nie takie rzeczy się robiło. Ile płacisz? – zapytał Elvenes.

– Zapłacę sowicie. Powiedzmy, 200 liwrów. Przyjmujesz albo nie. Pamiętaj chłopcze, że ze mną nie ma zabawy w „kotka i myszkę”. Jeżeli mówisz „tak”, to znaczy dokładnie to, że podejmujesz się zadania. Potem nie będzie odwrotu, rozumiesz? Jeśli będziesz chciał się wycofać, to ciebie ktoś pozbawi życia. – ton głosu Anaheima zaniepokoił Elvenesa.

– Spokojnie. Po co te nerwy? Zgadzam się. Ale aż tyle?... To musi bez wątpienia ważna figura, a nie jakiś tam Żyd. Zresztą za taką sumę targnąłbym się na samego króla! – zażartował Elvenes, próbując nieco rozluźnić atmosferę.

– Dobrze. Zatem zawarliśmy kontrakt. Tutaj masz zadatek – Niemiec wyjął trzos i podał najemnikowi.

Uścisnęli sobie dłonie na znak dobicia targu.

– A teraz szczegóły: Dziś po południu spodziewany jest statek z Barcelony. Nazywa się „La Romareda” – kontynuował Anaheim – Przypłynie nim pewien młodzieniec, mniej więcej w twoim wieku. Najprawdopodobniej będzie w eskorcie kilku zbrojnych. To on jest celem. Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, ale masz go porwać. Możesz wziąć sobie kogoś do pomocy, jeśli chcesz. To tyle. Teraz wychodzę, a ty masz się skupić nad tym jak należycie wykonać robotę, żebym był zadowolony.

Twarz Anaheima przybrała złowrogi wyraz. Stary podszedł do drzwi. Przystanął nagle, odwrócił się i z jego ust popłynęła kolejna groźba:

– Przecież nie chcemy, aby twojego trupa znaleźli jutro w rynsztoku.

Otworzył drzwi i wyszedł, zostawiając Elvenesa sam na sam ze swymi myślami, kłębiącymi się jak pszczoły w ulu. Najemnik położył się i zamknął oczy, próbując zebrać myśli i przetrawić to, co usłyszał. Nadaremnie. Jedno jednak było pewne. Myślał o zamordowaniu kogoś, ale nie spodziewał się, że będzie musiał kogoś porywać. Zadanie wyglądało na bardzo trudne.

Elvenes starał się nie myśleć o dokuczliwym bólu w skroniach i po chwili zaczął się ubierać. Spod łóżka wysunął kufer, z którego wyciągnął komplet ostrzy do rzucania, które nazywał „żądłami śmierci”. Zrobione z damasceńskiej stali najwyższej jakości, były wielkości najwyżej kilku centymetrów i przydały się już kilka razy. Wetknął je za pas a sztylet wsadził do prawego rękawa, specjalnie uszytego tak, aby można było tam schować broń. Zastanawiał się tylko czy przyda mu się też krótki miecz. Pomyślał chwilę i zrezygnował z pomysłu zabrania dodatkowej broni. Zamknął kufer i wsunął pod łóżko. Był gotowy. Zszedł na dół. Przy barze zamówił baraninę w sosie, ziemniaki i pół dzbana wina.

Jedzenie było wyśmienite. Elvenes zjadł wszystko, co miał w misce i pewnie oblizałby ją, gdyby nie dwie młode prostytutki, które patrzyły na niego, zalotnie mrugając okiem. Chłopak czując, że się rumieni odsunął naczynie na bok i nalał sobie wina. Znowu się zamyślił. Tym razem przypomniał sobie czasy dzieciństwa.

***

Elvenes urodził się w 1299 roku, w szlacheckiej rodzinie na południu Francji. Sierotą został w wieku 10 lat. Matka długo walczyła z chorobą, ale w końcu przegrała. Ojca praktycznie nie pamiętał. Kiedy dorastał, słyszał różne opowieści na jego temat. Podobno został zabity. Kto inny mówił, że wyjechał do Ziemi Świętej i słuch po nim zaginął. Ponoć zbratał się tam z muzułmanami i pod ich wpływem zdradził swą religię. Jeszcze gdzie indziej usłyszał, że jego rodzic należał do jakiejś tajnej sekty i w wyniku jakichś porachunków został śmiertelnie dźgnięty nożem.

Elvenes nie miał nikogo innego, więc musiał radzić sobie sam. Uciekł z rodzinnej wsi do dużego miasta. Mieszkał

gdzie popadnie i zaczął zadawać się z „ludźmi ulicy” i innymi typami, którzy trudnili się rozbojem. Uczył się nowych reguł życia i szybko przyswoił sztukę posługiwania się różnymi rodzajami broni. Tak oto, będąc jeszcze nastolatkiem, został płatnym zabójcą.

Z zamyślenia wyrwał Elvenesa donośny ryk Steinara:

– Spokój mi tam! Bo wam łby poutrącam!

Słowa te skierowane były do dwóch dobrze podpitych łotrów, którzy właśnie skoczyli sobie do gardeł.

Elvenes spojrzał na nich obojętnym wzrokiem, po czym zajrzał do kubka. Był pusty, więc szybko go napełnił i powrócił do wspomnień.

I już chciał zamawiać następny dzban wina, kiedy w samą porę przypomniał sobie o zadaniu, które go czekało. Wpadł na pomysł, żeby poprosić kilku kolegów po fachu o pomoc, ale szybko z niego zrezygnował, zdając sobie sprawę, że jest już na to za późno. Uiścił więc rachunek za obiad i wyszedł z karczmy. Idąc do portu obmyślał plan porwania. Po drodze zahaczył o lokum, służące mu jako kryjówka od czasu do czasu. Zabrał stamtąd parę szmat i stary habit. Nałożył to na siebie i przebrany za żebraka ruszył w stronę nadbrzeża. Po drodze mijał stoiska straganiarzy, natarczywie oferujących przechodniom swoje towary. Dwóch z nich właśnie krzyczało coś do siebie, a klienci parskali śmiechem, słysząc przekleństwa miotane przez obydwu. Elvenes wychodził właśnie na prostą prowadzącą do portu, gdy zobaczył w oddali statek.

– "To pewnie ten" – pomyślał.

Wszedł na plac nadbrzeżny i przystanął w cieniu rozpostartej korony drzewa. Rozejrzał się w poszukiwaniu miejsca, skąd mógłby swobodnie obserwować przypływający statek. Znalazł je bez trudu. Kto inny, jak nie żebrak, stałby pod drzwiami kościoła, prosząc przechodniów o jałmużnę. Zbliżył się więc do ogromnych wrót świątyni i usiadł na wysokich schodach.

– "Doskonały punkt" – pomyślał zadowolony Elvenes, mając nadzieję, że żaden z tutejszych żebraków nie zechce zrobić awantury o to, że obcy panoszy się na jego, tak zwanym, „terenie”. Taka sytuacja byłaby wysoce niewskazana w tym momencie.

Statek zbliżał się do nadbrzeża. Gdy w końcu przybił, rzucono trap. Grupka dzieci witała podróżnych, pokrzykując i machając w kierunku „La Romaredy”. Elvenes próbował wypatrzyć gościa, którego miał porwać. Liczni podróżni kłębili się przed bramką, z której mieli zejść na brzeg. Wśród niektórych zaobserwował oznaki zniecierpliwienia, prawdopodobnie wynikające z długiego przebywania na morzu. Po chwili tłum ruszył na ląd. Elvenes skupił się na wychodzących postaciach. Były wśród nich kobiety, kupcy, małe dzieci, zbrojni. Nikt szczególnie nie rzucił mu się w oczy. Nagle jednak jeden z podróżnych przystanął. Miał opaloną twarz i nie miał ze sobą bagażu.

Po krótkiej chwili na ląd wyszła jakaś postać w kapturze.

– "Kaptur w słoneczne popołudnie?" – Elvenes szybko ocenił sytuację: Wiadome było to, że ten jegomość nie chce z jakiegoś powodu zostać rozpoznany. Najprawdopodobniej, to właśnie jest jego „cel”.

Pierwszy mężczyzna, czekający na nadbrzeżu, nieznacznie kiwnął głową w stronę zakapturzonej postaci, kiedy przechodziła obok niego. Z daleka wyglądało to tak, jakby się kłaniał.

Elvenes stał się bardzo czujny. Wiedział, że musi zacząć działać. Omiótł wzrokiem plac targowy. Od strony, w którą zdążał jego cel, na plac wchodziła właśnie procesja siedmiu mnichów, którzy mruczeli pod nosem jakąś modlitwę. Zauważył także, że za mężczyzną ruszył ten, którego miał porwać. W tym samym momencie, z tłumu stojącego przy kramie sprzedawcy ryb, oddzielił się inny mężczyzna i znalazł się tuż przed zagadkowym człowiekiem. Nie trzeba było być filozofem by wywnioskować, że to była „przednia straż” zakapturzonego jegomościa.

– "Niedobrze. Trzech na jednego. Będzie ciężko jak cholera" – pomyślał mocno zaniepokojony Elvenes.

Musiał działać szybko. Co prawda zabijał wielokrotnie w biały dzień, ale zamachy planowane były na długo wcześniej. Tym razem nie było czasu na żadne kalkulacje. Nie wiadomo dokąd zmierzał osobnik, więc zanim bezpiecznie się gdzieś schroni, najemnik musiał coś przedsięwziąć. Przy takiej przewadze liczebnej przeciwnika wiedział, że jedyną szansą na powodzenie planu, będzie zranienie zakapturzonego. A co zdarzy się potem?

Zabójca zbiegł ze schodów i szybkim krokiem minął kościół. Skręcił w wąską uliczkę, po czym pobiegł inną, równoległą do tej, którą kroczył jego cel. Zwolnił, a po chwili przestał w ogóle biec. Przystanął. Zrównoważył oddech. Wychodząc na główną ulicę zaczął kuśtykać na jedną nogę. Był teraz tylko o kilkanaście metrów przed postacią. Zmierzał wprost na trzech mężczyzn. Przeczekał aż przejdzie pierwszy z nich i jego cel. Zaczepił jednak trzeciego z nich:

– Dobry panie… – zwrócił się skruszonym głosem przygarbiony Elvenes do tylnej eskorty. – Proszę o drobną monetę na jadło i picie…

– Z drogi włóczęgo! – warknął strażnik, odtrącając żebraka na bok.

W tym momencie ten właśnie włóczęga wyciągnął sztylet i dźgnął przeciwnika w plecy. Ktoś krzyknął widząc wykrwawiającego się na śmierć człowieka. Osobnik w kapturze odwrócił się. Był kilka kroków za swym obrońcą kroczącym z przodu. Szybko zdał sobie sprawę, że grozi mu niebezpieczeństwo. Dobył miecza i ruszył sam na intruza, krzycząc coś po hiszpańsku. Elvenes zmienił się z żebraka w maszynę śmierci. Był jak w amoku, zapominając całkowicie o zadaniu. Kocimi ruchami doskoczył do ofiary i bez skrupułów zatopił sztylet w brzuchu swego „celu”. Kaptur opadł na plecy a na twarzy malowało się zdumienie. Ofiara wydała z siebie cichy jęk i upadła na bruk. Spod czarnej tuniki wysunął się wisiorek, który teraz dyndał na szyi ofiary. Rzut okiem na medalionik lśniący w słońcu sprawił, że Elvenesa oblał zimny pot: Rozpoznał na nim dwie postacie jadące na jednym wierzchowcu. Taki sam symbol wygrawerowany był przecież na medalionie, który wisiał na jego szyi!

Wszystko