Nadzieja. 10 lat w ciemności - Amanda Berry, Gina De Jesus, Kevin Sullivan, Mary Jordan - ebook
Opis

„Nazywam się Amanda Berry. Zostałam porwana 10 lat temu. Pomóżcie mi!” – z takim dramatycznym apelem zadzwoniła na policję jedna z ofiar Ariela Castro, kiedy udało jej się uciec z rąk porywacza. Jej prowadzony w niewoli dziennik stał się podstawą wstrząsającej, ale również budzącej wiarę w siłę ludzkiego ducha książki, która okazała się światowym bestsellerem. W chwili porwania Amanda miała siedemnaście lat, Michelle dwadzieścia jeden lat, a Gina zaledwie czternaście... Castro, na co dzień kierowca autobusu dowożącego dzieci do szkoły, więził i gwałcił je osobno, a potem razem, próbując poza seksualnymi orgiami zbudować z nimi perwersyjną rodzinę. Jednak żadna z nich nie zapadła, jak Natascha Kampusch, na syndrom sztokholmski. Miały jeden, wspólny cel: uciec.

„Drastyczny portret człowieka, który z nienawiści do kobiet stworzył piekło na ziemi. Castro przez lata miał władzę nas ludzkim życiem. Teraz to jego ofiary mają głos. Używają go, by dać nadzieję wszystkim skrzywdzonym” – Justyna Kopińska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 462

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Hope. A memoir of Survival in Cleveland

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Jacek Bławdziewicz

Skład: Elżbieta Wastkowska

Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska

Mapa: Wawrzyniec Święcicki

Zdjęcia: © FBI/Splash News/Corbis, AP Images/Tony Dejak, The Plain Dealer/Landov, © Aaron Josefczyk/Reuters/Corbis, © David Maxwell/epa/Corbis, © John Gress/Corbis, © SGusky/Cleveland PD/handout/Corbis, The White House/photo by Pete Souza, Prywatne archiwum autorek

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

Copyright © 2016, All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with Viking, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

Copyright © 2017, Agora SA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2017

ISBN 978-83-268-1974-2 (epub), 978-83-268-1975-9 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Do Czytelników

Piszemy tutaj o strasznych rzeczach, o których nie chciałyśmy już nigdy myśleć. Nie jest to jednak opowieść tylko o gwałtach, łańcuchach, kłamstwie i cierpieniu. To był świat Ariela Castro. My chcemy opowiedzieć, jak udało nam się to wszystko przezwyciężyć.

Chcemy, by ludzie znali prawdę, by się dowiedzieli, jak rzeczywiście wyglądała ta dekada, którą spędziłyśmy jako więźniarki Castro w domu przy Seymour w Cleveland.

Przez lata widziałyśmy w telewizji, że nasze rodziny wciąż nas szukają i modlą się za nas. Nigdy się nie poddały, a ta świadomość dodawała nam sił. Nagrywałyśmy telewizyjne relacje z ich spotkań i odtwarzałyśmy je w chwilach zwątpienia czy rozpaczy. Kiedy trudno było nam uwierzyć, że kiedykolwiek odzyskamy wolność, że nie będziemy dłużej zdane na łaskę i niełaskę tego okrutnego człowieka, samo wypisywanie słowa „nadzieja” pomagało nam walczyć dalej.

Teraz chcemy, by świat wiedział: przetrwałyśmy, jesteśmy wolne, kochamy życie. Byłyśmy silniejsze od Ariela Castro.

Choć przez lata żyłyśmy tuż obok siebie, oddzielone jedynie ścianami małego domu, nasze doświadczenia bywały bardzo odmienne. Castro był mistrzem manipulacji, mówił różne kłamstwa na nasz temat, byśmy nie ufały sobie nawzajem i nie zjednoczyły się przeciwko niemu.

Aby przedstawić te odmienne punkty widzenia, opowiadamy o swoich przeżyciach na przemian, zaznaczając przy tym wyraźnie, kiedy głos zabiera Amanda, a kiedy Gina.

Amanda prowadziła dziennik liczący w sumie ponad tysiąc dwieście stron, i to właśnie na jej zapiskach opiera się ta opowieść. Sporządzała je na serwetkach z McDonalda, na papierowych torbach, na pojedynczych kartkach, w dziecięcym notesie ze sklepu z tanimi drobiazgami, a nawet na opakowaniach po ciastkach. Na przestrzeni lat Ariel Castro zgromadził wiele godzin nagrań wideo ze swojego domu, które wraz z notatkami Amandy tworzą żywy zapis naszego życia w niewoli. Dzięki temu mogłyśmy określić, kiedy dokładnie miały miejsce różne wydarzenia.

Gdy Amanda zaczęła zapisywać swoje myśli i wrażenia, miała zaledwie siedemnaście lat, dlatego szczególnie w początkowym okresie jej notatki zawierają wiele skrótów i określeń typowych dla języka amerykańskich nastolatek. Aby ułatwić czytelnikom lekturę, rozwinęłyśmy te skróty i zaznaczyłyśmy kursywą miejsca, gdzie cytujemy dziennik słowo w słowo.

Inne rozdziały dotyczą spraw, które miały miejsce poza domem Castro i o których nie mogłyśmy żadną miarą wiedzieć. Zrelacjonowali je tutaj Mary Jordan i Kevin Sullivan, dziennikarze, którzy pomogli nam napisać tę książkę. Dzięki ich staraniom dowiedziałyśmy się, jak wyglądały poszukiwania prowadzone przez policję i kim właściwie był kierowca szkolnego autobusu, który nam ukradł dziesięć lat życia, a wcześniej maltretował swoją partnerkę.

Kevin i Mary, która dorastała po zachodniej stronie Cleveland, przeczytali tysiące stron policyjnych raportów i sprawozdań sądowych, obejrzeli nagrania z wielogodzinnych przesłuchań Castro, odwiedzili jego rodzinną miejscowość w Puerto Rico i przeprowadzili rozmowy z członkami jego rodziny i wieloma innymi ludźmi, a wszystko po to, by lepiej zrozumieć, jak doszło do porwań i dlaczego tak długo nikt nie mógł nas znaleźć.

Trzecią dziewczyną, którą Castro przez wiele lat więził w swoim domu, była Michelle Knight. Zaprosiłyśmy ją do pisania tej książki, ona jednak postanowiła sama opowiedzieć swoją historię. Pojawia się w tej relacji wielokrotnie, szczególnie wtedy, gdy odgrywała ważną rolę w opisywanych wydarzeniach. Życzymy jej wszystkiego najlepszego, gdyż podobnie jak my próbuje wrócić do równowagi i odbudować swoje życie.

Każdego dnia do działania inspiruje nas Jocelyn Berry, która urodziła się w Boże Narodzenie w domu przy alei Seymour. Rozjaśniła swą obecnością to ponure miejsce i na wiele sposobów pomogła nam doczekać wybawienia.

Amanda Berry i Gina DeJesus

Cleveland

10 lutego 2015

Wstęp
Amanda

Mój telefon brzęczy cicho. Wiadomość tekstowa.

Kto to może być? Minęła już północ, a ja leżę w łóżku. Jocelyn śpi obok mnie, jak co noc, odkąd urodziła się sześć lat temu. To właściwie jedyna rzecz, jaka nie uległa zmianie w ciągu ostatnich czterech miesięcy, czyli od dnia, gdy wydostałam się z tamtego przeklętego domu.

Wpatruję się w wiadomość od mojej ciotki Susie: Słyszałaś, że on się zabił?

Zastygam w bezruchu. Mija minuta, potem następna. Czy to może być prawda?

Robi mi się niedobrze. Dzwoni telefon, to ciotka Theresa.

– Słyszałaś? Na Channel 19 powtarzają ciągle, że Ariel Castro się zabił.

Schodzę powoli z łóżka, by nie obudzić Jocelyn, a potem biegnę na dół i włączam telewizor.

Na ekranie pojawia się jego zdjęcie.

– Porywacz z Cleveland Ariel Castro nie żyje. Prawdopodobnie powiesił się dziś wieczorem w swojej celi. Odsiedział zaledwie miesiąc z zasądzonego wyroku, czyli dożywocia i tysiąca lat więzienia.

Czuję, jak ściska mi się żołądek. Z trudem oddycham.

Jak on śmiał to zrobić? Jak śmiał?

Porwał mnie, trzymał w swoim domu jak psa na łańcuchu, gwałcił po wielokroć. Przez niego moja matka umarła, nie wiedząc, czy żyję, i co się ze mną dzieje. Miała tylko czterdzieści trzy lata. Nigdy mu nie wybaczę, że złamał jej serce.

Ale był ojcem Jocelyn. Ona go kocha, a on kochał ją. Nigdy jej nie skrzywdził. Zabierał ją do biblioteki, do centrum handlowego, do McDonalda. Brał ją nawet do kościoła. Ukrywałam przed nią to, co rzeczywiście działo się w domu 2207 przy alei Seymour. Chciałam, by myślała, że jej życie nie różni się niczym od życia innych dzieci.

Ariel Castro zasłużył na to, by nigdy już nie wyjść z więzienia. Jednak teraz, gdy nagle okazało się, że nie żyje, sama nie wiem, co o tym myśleć. Kłębią się we mnie sprzeczne emocje, które znajdują ujście w postaci potoków łez spływających po mej twarzy.

Gina

Siedzę na podłodze w moim salonie, rozmawiam z mamą i moim bratem Rickym. Odkąd cztery miesiące temu wydostałam się z więzienia Ariela Castro, jestem z moją rodziną dniem i nocą. Nie cierpię przebywać sama. Ciągle się boję.

Wracałam do domu ze szkoły w kwietniu 2004 roku, gdy zwabił mnie do swojego samochodu. Skończyłam w domu przy alei Seymour piętnaście lat, potem szesnaście, siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa i dwadzieścia trzy. Przez Castro chciałam się zabić, przez niego czułam się tak smutna i samotna, że całymi miesiącami prawie nie wychodziłam z łóżka.

Na ekranie telewizora pojawia się nagle pasek z wiadomością z ostatniej chwili. Wielki napis głosi: ARIEL CASTRO NIE ŻYJE.

Wszyscy milkną.

Na razie nic jeszcze nie czuję. Wpatruję się oniemiała w telewizor.

Kilka dni temu śniło mi się, że dwóch więźniów weszło do jego celi i zabiło go, a jego nagie ciało znaleziono później w kałuży wody.

Teraz naprawdę nie żyje.

A przynajmniej tak twierdzi pracownik więzienia, który wypowiada się w telewizji. Nie wiem, czy mam w to wierzyć. Może wypuścili taką wiadomość tylko po to, żeby ludzie przestali o nim mówić. Cleveland wciąż żyje naszą smutną historią. Może uznali, że na wieść o jego śmierci w końcu wszyscy o tym zapomną.

A może on sam za tym stoi. Jest sprytny i podstępny, stać go naprawdę na wiele. Przekonałam się o tym na własnej skórze i jestem podejrzliwa wobec wszystkiego, co go dotyczy. Ale w telewizji wciąż powtarzają, że nie żyje, więc może to jednak prawda.

Dzwonię do Michelle. Zgadzamy się, że byłoby lepiej, gdyby gnił w więzieniu jeszcze przez długie lata.

Nie chcę budzić Jocelyn, więc wysyłam Amandzie esemesa. Od razu do mnie dzwoni.

– Nie chciałam, żeby umarł w taki sposób. Nikt tak nie powinien umierać – mówię. – Chciałam, żeby siedział w więzieniu, tak jak my. Żeby tkwił w celi, sam na sam ze swoimi myślami, bo te myśli pożarłyby go żywcem.

Słyszę, że Amanda jest wzburzona. Wiem, że w jej przypadku to bardziej skomplikowane i że jej będzie trudniej sobie z tym poradzić.

Po zakończeniu rozmowy dochodzę do wniosku, że może to i lepiej, że odszedł. Teraz już nie będzie mógł nikogo skrzywdzić.

Zaczynam płakać – nie dlatego, że on umarł, ale dlatego, że krzywdził mnie tak bardzo przez tyle lat.

Amanda

Telefon nie przestaje dzwonić. Wiem, że to dziennikarze, więc nie odbieram. Co mogłabym im powiedzieć? Sama nie wiem, co myślę i co czuję.

Przypominam sobie wszystkie te sytuacje, gdy mówił mi, że bardzo się boi więzienia i że wolałby się zabić, niż tam trafić. Wolałby zginąć w czasie strzelaniny z policją, niż pozwolić, by wsadzili go za kratki. Nigdy jednak nie sądziłam, że starczy mu odwagi, by się powiesić.

I to tak szybko. Więził nas przez tyle lat, a sam nie wytrzymał nawet kilku miesięcy? A mógł przecież widywać się ze swoją mamą.

Na górze śpi moja siostra Beth. Nie czuje się ostatnio dobrze, więc nie chcę jej budzić i siedzę sama.

Znów dzwoni ciotka Theresa.

– Pomyśl o wszystkim, co ci zrobił. To dobrze, że odszedł.

Może ma rację.

Ale tak naprawdę myślę tylko o tym, że Jocelyn nie miała okazji pożegnać się ze swoim tatą. Po tym jak uciekłyśmy w maju z alei Seymour i odjechałyśmy stamtąd karetką, nie widziałyśmy go ani razu. Teraz jest sierpień, a on nie żyje.

Skończywszy osiemnaście lat, Jocelyn mogłaby odwiedzić go w więzieniu i zadać mu wszystkie te pytania, które z pewnością będą ją wtedy dręczyć. To okrutne, że odebrał jej szansę na taką rozmowę.

Zastanawiam się, co było dla niego gorsze: pobyt za kratkami czy świadomość, że jego dorosłe dzieci i cały świat dowiedzieli się o jego obrzydliwym podwójnym życiu. Bardzo przejmował się tym, co myśleli o nim inni. Pragnął szacunku. Uważał, że na niego zasługuje jako muzyk samouk, który dorastał w biedzie, a teraz miał własny dom i jeździł dobrymi samochodami.

Po narodzinach Jocelyn zaczął udawać, że jesteśmy normalną rodziną, i chyba sam zdołał siebie przekonać, że tak jest. Mnie zamykał w domu, ale Jocelyn zabierał na wycieczki, by pomagała mu zbierać dla mnie kwiaty. Przez dziesięć lat był moim całym życiem, a często też jedynym człowiekiem, z którym mogłam porozmawiać.

Teraz nie żyje.

Na razie odczuwam to tylko jako kolejną bolesną i smutną stratę.

CZĘŚĆ PIERWSZA
21 kwietnia 2003: czerwona furgonetka
Amanda

Budzę się w południe w Poniedziałek Wielkanocny. Znów siedziałam do późna, słuchając Eminema. Jego piosenka Superman zwykle podnosi mnie na duchu: „Nazywają mnie Superman, przybyłem, by cię uratować”. Cały mój pokój jest obwieszony jego plakatami – są na ścianach, na lustrze, na szafie. Ale dziś nawet Eminem nie poprawi mi humoru.

Mama otwiera drzwi i zagląda do środka. Jestem jeszcze w łóżku, zdenerwowana.

– Mandy, wychodzę do pracy. Do zobaczenia wieczorem. Kocham cię!

– Ja też cię kocham. Do zobaczenia.

Mieszkamy na piętrze bliźniaka przy skrzyżowaniu Sto Jedenastej Ulicy i alei Belmont, niedaleko centrum handlowego Westown Square Shopping Center w Cleveland. Całkiem przyjemne miejsce, jeśli nie liczyć hałasu autostrady I-90, która biegnie tuż obok domu. Na dole mieszka moja starsza siostra Beth Serrano ze swoim mężem Teddym i dwójką córeczek, czteroletnią Mariyah i trzyletnią Marissą.

To właśnie z powodu Teddy’ego mam dziś taki kiepski humor. Kłóci się z moją siostrą. Jest wściekła. Teddy jest menedżerem w barze Burger King, w którym pracuję, a ja nie chcę go dzisiaj widzieć, przecież zdenerwował moją siostrę.

Słyszę, jak Beth odjeżdża z moją mamą jej starym chevroletem luminą. Pracują razem w fabryce narzędzi przy Brookpark Road, składają metalowe części: trzydziestodziewięcioletnia mama i jej dwudziestotrzyletnia córka stoją obok siebie i składają metalowe kawałki w jedną całość, niczym puzzle. Nikt im nigdy nie powiedział, do czego właściwie służy montowana przez nie część, po prostu odkładają je do skrzyni, a gdy uzbiera się setka, zaczynają napełniać kolejny pojemnik.

Wielu rodziców z mojej okolicy wykonuje podobną pracę, w której z czasem dołączają do nich dzieci, kiedy już szkoła da sobie z nimi spokój. I jakoś to się kręci, choć zajść daleko w ten sposób nie można. Mój tata przeniósł się do Tennessee z inną kobietą, więc mama pracuje za minimalną stawkę, a ja staram się dorobić i płacić z własnej kieszeni za rzeczy takie jak szkolne podręczniki.

Podkręcam głośność, wpuszczam jeszcze więcej Eminema do mojego pokoju. Głośniki stoją na komodzie, obok porcelanowych aniołków i szopki bożonarodzeniowej. Trzymam te rzeczy na wierzchu przez cały rok, a nie tylko w święta, bo poprawiają mi humor.

Wskakuję pod prysznic i wyjątkowo długo siedzę pod gorącą wodą, zastanawiając się, czy ze względu na awanturę z Teddym powinnam rzucić pracę. Nie chcę tego robić. To moja pierwsza praca w życiu, poznałam tam paru miłych ludzi. Zaczęłam prawie rok temu, gdy skończyłam szesnaście lat, i od tamtej pory dostałam już podwyżkę do sześciu dolarów za godzinę, prawie o dolar więcej niż na początku. Wielu ludzi pracuje tam długo i ciągle ma taką samą stawkę, więc pewnie naprawdę sobie zasłużyłam. To miłe, kiedy ludzie mówią mi, że mam miły uśmiech.

Potrzebuję pieniędzy, bo kiedyś chcę pójść na studia. Nie jestem jeszcze pewna, co będę studiować – może projektowanie odzieży. Uwielbiam ubrania, obsesyjnie dobieram każdy szczegół, łącznie ze sznurówkami, które zawsze muszą pasować do mojej koszuli.

Gdybym dziś odeszła, na pewno nie tęskniłabym za uniformem z Burger Kinga: bordową koszulą, czarnymi dżinsami i czarnymi tenisówkami. Odmówiłam noszenia tych paskudnych poliestrowych spodni – koszula była wystarczająco okropna, więc na te ohydne portki już nie mogłam się zgodzić.

Wyjmuję z szuflady koszulę do pracy, dwie identyczne, starannie złożone, zostawiam na miejscu. Lubię, gdy wszystko jest wyprasowane i poukładane. Wieszam ubrania według własnego systemu: jasnoróżowe koszule razem, obok ciemnoróżowych, oddzielnie od białych. Wyprasowane dżinsy ułożone są według odcieni, od jasnoniebieskich do ciemniejszych. Buty ustawiam według wysokości obcasów, począwszy od tych na całkiem płaskiej podeszwie i butów sportowych, przez pantofle na koturnie, aż po wysokie obcasy.

Jutro są moje siedemnaste urodziny, odwiedzi mnie kilkoro przyjaciół, więc powinnam się cieszyć. Zaglądam jeszcze raz do lśniącego różowego pudełka, w którym z tyłu szuflady na biustonosze trzymam pieniądze. Mam tam sto dolarów i na urodziny zamierzam kupić sobie nowe ciuchy i zrobić paznokcie.

Może zadzwonię i powiem, że jestem chora? Byłoby miło zostać w domu i poczytać czasopisma. Prenumeruję „Entertainment Weekly”, „People” oraz „Rolling Stone” i stare numery trzymam złożone równiutko w moim pokoju.

Ale nie chcę przecież pracować w dzień urodzin, więc pewnie powinnam pójść. To tylko czterogodzinna zmiana, od czwartej do ósmej. Dam radę.

Powinnam się pospieszyć – jest już za dziesięć czwarta.

Zabieram czapkę z logo Burger Kinga i chowam ją do torby – na pewno nie pokażę się w niej na ulicy. Wkładam czarny sweter i wychodzę prosto w szare kwietniowe popołudnie.

Do pracy mam dziesięć minut na piechotę. Mijam kilka domów, skręcam w prawo, w Sto Dziesiątą Ulicę i widzę już światła na rogu Lorain, gdzie jest Burger King.

Przechodzę długim wiaduktem nad I-90, patrzę na przemykające obok samochody, które wiozą ludzi w różne ciekawe miejsca. Pewnego dnia ja też wyjadę w jakieś lepsze miejsce. Nie będę żyć tak jak moja mama, która wiecznie się martwi, skąd weźmie pieniądze na opłacenie rachunków. Była już sprzedawczynią w Kmart, na stacji paliw BP, w sklepie spożywczym Finast, a nawet w Burger Kingu, gdzie teraz pracuję ja. Ponieważ nie skończyła szkoły średniej, nie może dostać lepszej pracy. Ja po studiach będę zarabiała wystarczająco dużo, by kupić sobie własny dom. Mama będzie mogła zamieszkać ze mną, może wtedy będzie jej się żyło nieco łatwiej.

Mijam Westown Square, gdzie kupuję prawie wszystko: jedzenie w sklepie Tops, filmy w Blockbuster, ubrania w Fashion Bug. Beth znalazła świetne ubrania dla dziewczyn w sklepie z tanią odzieżą Value World.

Przychodzę do pracy dokładnie o czwartej. Boże, ten zapach. Frytki i burgery. Tłuszcz. Zawsze zostaje w moich ubraniach, nawet po praniu. Mam wrażenie, że przesiąkła nim nawet moja skóra.

Zostawiam sweter i torebkę na zapleczu, gdzie kręci się główny menedżer Roy Castro. Dziś pracuję przy okienku drive-through, przyjmuję zamówienia i pieniądze.

Roy przygotowuje moją kasę, a ja siadam na swoim stanowisku. Moja przyjaciółka Jennifer pracuje przy głównym okienku, widzę tam Teddy’ego. Spoglądamy na siebie, przesyłam mu lodowate spojrzenie.

Zakładam słuchawki.

– Witamy w Burger Kingu. Czy mogę przyjąć państwa zamówienie?

I zaczynamy od nowa.

Powoli mijają minuty. Byłoby łatwiej, gdybyśmy mieli dużo pracy, ale w Poniedziałek Wielkanocny ruch jest bardzo mały. Staram się z nikim nie rozmawiać. Roy wie, że jest mi wyjątkowo ciężko, więc około siódmej piętnaście pyta, czy mam ochotę wyjść do domu wcześniej. Nie musi pytać dwa razy – o niczym innym nie marzę.

Zabieram swoje rzeczy, siadam przy stole i dzwonię do mojego chłopaka, DJ-a, spytać, czy mnie nie podwiezie. Nie odbiera. Dzwonię ponownie, ale nadal żadnej reakcji. Chętnie spotkałabym się z nim dziś wieczorem. Chodzimy ze sobą dopiero od miesiąca, ale naprawdę go lubię. Trzyma mnie za rękę i otwiera przede mną drzwi. Zobaczyłam go po raz pierwszy, kiedy zamawiał jedzenie w drive-through. Jennifer go znała i powiedziała mi, że jest miły. Wracał do naszego baru i pytał o mnie, kiedy akurat nie miałam dyżuru, aż w końcu się umówiliśmy.

Teraz chciałabym tylko, żeby odebrał telefon. Gdzie on jest?

Prawie nigdy nie wracam do domu na piechotę. Po pierwsze, na ulicach jest wtedy więcej ludzi, a nie lubię się pokazywać w uniformie z Burger Kinga. Po drugie – i ważniejsze – mama nie chce, żebym wieczorem wracała do domu sama. Nigdy nie nauczyła się prowadzić, więc wysyła po mnie Beth.

Ale Beth i mama są jeszcze w pracy, a ja na pewno nie zostanę tu ani minuty dłużej, niż muszę. Dochodzi siódma trzydzieści, na zewnątrz jest jeszcze jasno, więc wychodzę.

Gdy idę do domu, dzwoni mój telefon. Beth mówi, że wychodzi z pracy wcześniej, a ja odpowiadam, że robię to samo.

– Możemy cię zabrać. O której po ciebie podjechać?

– Nie, nie rób sobie problemu. Już idę.

Kiedy zaczynamy rozmawiać o Teddym, widzę starą czerwoną furgonetkę, która stoi w poprzek chodnika, na mojej drodze. Ktoś chciał wjechać na podjazd przy Sto Dziesiątej Ulicy, ale zatrzymał się na samym środku przejścia.

Obchodzę furgonetkę z przodu. Ponieważ wciąż rozmawiam przez telefon, nie zwracam na nią większej uwagi, ale wydaje mi się, że znam dziewczynę, która siedzi na fotelu pasażera. Jestem pewna, że kiedyś pracowała ze mną w Burger Kingu. Kierowca – pewnie jej ojciec – patrzy prosto na mnie i się uśmiecha. Odpowiadam uśmiechem i idę dalej.

Minutę później furgonetka zatrzymuje się przy ulicy, obok mnie, a kierowca opuszcza szybę. W pobliżu nie ma żadnych aut, więc stanął praktycznie na środku ulicy.

– Hej, podwieźć cię do domu?

Teraz widzę go wyraźniej, jestem pewna, że kiedyś już go widziałam, choć nie wiem gdzie. Jestem w połowie drogi do domu, zostało mi jakieś pięć minut marszu, więc właściwie nie muszę jechać, ale to miła propozycja z jego strony.

Wciąż rozmawiając z Beth, kiwam potakująco głową i podchodzę do furgonetki.

Kiedy przechyla się na bok i otwiera drzwi po stronie pasażera, dostrzegam, że w samochodzie nie ma już jego córki. Wsiadam do szoferki.

– Beth, muszę kończyć, bo ktoś mnie podwozi – rzucam do telefonu.

Mężczyzna rusza, a ja się rozłączam.

– Gdzie jest pańska córka? – pytam, uświadamiając sobie nagle, że jestem sama w samochodzie ze starszym facetem, którego tak naprawdę nie znam.

– Więc pracujesz w Burger Kingu? – zagaduje, nie odpowiadając na moje pytanie, ale uśmiecha się przyjaźnie. Wciąż jestem w mundurku, z plakietką z imieniem, więc nietrudno się domyślić, co robię.

Zaczynam się czuć trochę dziwnie, ale gość wydaje się naprawdę miły. Ubiera się fajniej niż mężczyźni w jego wieku: wyłącznie na czarno, od koszulki, przez dżinsy, po buty, słucha radia 107,9, które nadaje hip-hop i R&B.

– Mój syn tam kiedyś pracował. Znasz go? Anthony Castro?

Ach, teraz już wiem! To tata Anthony’ego. Anthony nie jest spokrewniony z Royem Castro, szefem baru, ale znam Anthony’ego, moja mama też.

– O tak, znam go. Kiedyś był u nas w domu. Jest dobrym znajomym mojej przyjaciółki.

Mówię mu, że chodziłam też do szkoły średniej Wilbur Wright z jego córką Angie.

– Co u niej słychać? – pytam, znacznie już spokojniejsza, skoro wiem, kim jest.

– W porządku – odpowiada. – Jest teraz w domu. Chciałabyś ją odwiedzić?

– Chętnie. Bardzo dawno jej nie widziałam.

Czemu by się z nią nie spotkać? I tak nie cieszyła mnie perspektywa powrotu do domu.

Zakręca kilkakrotnie, oddalając się od mojego domu, a potem wjeżdża na I-90, opowiadając radosnym tonem o swoich dzieciach.

– Ładny telefon – mówi, spoglądając na niebieską komórkę, którą trzymam w dłoni. Kilkoro moich przyjaciół ma komórki, a ja kupiłam tę, używaną, zaledwie tydzień temu, od znajomej z pracy.

Zjeżdżamy z autostrady na Dwudziestą Piątą Ulicę, zakręcamy jeszcze kilka razy i jesteśmy na alei Seymour.

Znam tę okolicę. To zaledwie dziesięć minut jazdy od mojego domu, a w pobliżu mieszkają moi kuzyni Castle i Carlyle. Osiedliło się tu tylu Latynosów, że nazywają to miejsce Małym Puerto Rico.

Skręcamy na posesję numer 2207 przy alei Seymour. Stoi tu biały, piętrowy dom. Nic szczególnego. Ojciec Angie zajeżdża na tyły budynku, gdzie duży, groźny pies szczeka jak szalony tuż pod drzwiami pasażera. To chow-chow z wielkim kudłatym łbem. Jest uwiązany na łańcuchu do drzewa, ale łańcuch sięga drzwi furgonetki. Cieszę się, że jestem w środku.

Mężczyzna znów mówi o moim telefonie:

– Jest naprawdę ładny. Mogę go obejrzeć?

Podaję mu aparat.

– Poczekaj, przytrzymam psa, żebyś mogła wysiąść – mówi, zabierając ze sobą moją komórkę. Wyskakuje z auta i odciąga psa za obrożę.

– Angie jest w środku – mówi. – Chodźmy do niej.

Podchodzimy do tylnych drzwi. Otwiera zamek, przechodzimy na małą, zabudowaną werandę zagraconą jakimiś pudłami. Potem otwiera drugie drzwi, które prowadzą do wnętrza domu.

Wchodzę za nim do środka.

Włącza światło w kuchni. Straszny bałagan. Przydałoby się porządne sprzątanie. Wskazuje na zamknięte drzwi łazienki.

– Angie pewnie się kąpie – mówi. – Zanim skończy, pokażę ci dom.

– Zgoda – odpowiadam. – To bardzo miło z pańskiej strony.

Wchodzimy do małej jadalni, a potem do salonu. Ściany pokoju pokrywa ciemna boazeria, pod ścianą stoi czarna skórzana sofa. Wszędzie wiszą stare rodzinne fotografie, jest tu również sterta starych książek telefonicznych i dwie największe, jakie w życiu widziałam, kolumny głośnikowe. Ja mam metr pięćdziesiąt trzy wzrostu, więc kolumny muszą mieć co najmniej metr dwadzieścia.

– Chodź, pokażę ci piętro – mówi, stając już na pierwszych stopniach.

Kiedy docieramy na górę, zauważam, że jest tu dość ciemno. Dostrzegam też zamknięte drzwi dwóch sypialni. Ojciec Angie wskazuje na jedne z nich.

– Tu mieszka moja współlokatorka – mówi. – Właśnie śpi.

Myślę sobie, że to dziwne. Może rozwiódł się z matką Anthony’ego i Angie? Pewnie wynajmuje teraz pokój, żeby mieć na czynsz.

– Spójrz – zachęca mnie.

W drzwiach nie ma klamki, zaglądam więc do środka przez duży otwór, w którym powinna się znajdować. Śpi tam jakaś dziewczyna przy włączonym telewizorze. Patrzę na nią tylko przez sekundę, bo to dziwne podglądać kogoś w jego własnym pokoju.

Przechodzimy do dużej sypialni, a potem do mniejszej, położonej za nią. Kiedy odwracam się do wyjścia, on blokuje drzwi własnym ciałem.

– Co pan robi? – pytam wystraszona.

– Ściągaj spodnie!

– Nie! – krzyczę. Wpadam w panikę, nie mogę uwierzyć, że powiedział coś takiego. – Zawieź mnie do domu! Chcę wrócić do domu!

W pokoju obok jest ta dziewczyna, a na dole jego córka, więc co on właściwie wyprawia?

Po raz pierwszy przyglądam mu się uważniej. Wygląda na czterdzieści kilka lat, jest starszy od mojej mamy. Ma brązowe kręcone włosy, ciemne oczy, zakola i kozią bródkę. Mierzy jakieś sto siedemdziesiąt trzy centymetry, jest krępy, ma niewielki brzuszek. Gdybym spotkała go na ulicy, w ogóle nie zwróciłabym na niego uwagi.

– Ściągaj spodnie! – rozkazuje ponownie.

Nagle zrobił się przerażający – jego głos, oczy, zachowanie – więc robię, co każe. Stoję nieruchomo, ze spodniami wokół kostek, i płaczę. Dlaczego tego nie przewidziałam? Jak mogłam być tak głupia? Nie powinnam była wchodzić z nim do domu tylko dlatego, że znam jego dzieci.

Ściąga spodnie i zaczyna się sobą bawić. To odrażające.

Za jego plecami jest okno z koronkowymi zasłonami. Zerka na zewnątrz i mówi coś o policji. Spoglądam tam i widzę radiowóz zaparkowany po drugiej stronie ulicy. Gliniarze są tak blisko! On mówi, że zrobi mi krzywdę, jeśli zacznę krzyczeć.

Zaczyna się spieszyć, a kiedy kończy swoje, znów mówi tym samym miłym głosem faceta, który zaprosił mnie do swojej furgonetki.

– Odwiozę cię teraz do domu – oświadcza i pozwala mi założyć spodnie.

– Proszę – mówię błagalnym tonem. – Proszę, zawieź mnie do domu.

Zaczynam się modlić, proszę Boga, żeby mnie stąd zabrał.

Ruszamy do drzwi, ale on nagle przystaje.

– Odwróć się, połóż na łóżku i ściągnij spodnie.

– Nie! Nie! – krzyczę. – Jeśli nie zabierzesz mnie zaraz do domu, zadzwonię na policję!

Grożę mu, choć wiem, że nie mogę do nikogo zadzwonić. On wciąż ma mój telefon.

– Pomocy! Pomocy!

Czy jego współlokatorka mnie nie słyszy? Co się dzieje w tym domu?

Wbiegam do większej sypialni, próbuję otworzyć drzwi na korytarz, ale i tu nie ma klamki. Dostrzegam drzwi obok, otwieram je, ale to tylko szafa.

Jestem osaczona, płaczę. On chwyta mnie za ramiona i zaciąga na łóżko, tu zrywa ze mnie spodnie i gwałci. Jest ode mnie dużo cięższy, pewnie z jakieś dwadzieścia pięć kilo, bardzo mnie boli.

Wreszcie kończy, wstaje i mówi:

– Teraz zabiorę cię do domu, ale musisz być cicho.

Jestem przerażona, wiem, że kłamie.

– Zakleję ci usta taśmą, żebyś nie krzyczała więcej, dopóki nie odwiozę cię do domu. – Sięga po rolkę srebrnej taśmy, odrywa długi kawałek i zakleja mi usta, od ucha do ucha.

Ściąga razem moje ręce i okleja je taśmą w nadgarstkach, potem krępuje również nogi w kostkach. Następnie wyciąga skórzany pas, a ja zastygam w bezruchu. Chce mnie nim pobić? Powiesić mnie? Nie ruszam się, gdy obwiązuje pasem moje nogi w kostkach, nad taśmą.

Wyjmuje z szafy kask motocyklowy i zakłada mi go na głowę. Plastikowa szyba wkrótce zaparowuje od moich łez.

– Nie martw się – mówi, jakby naprawdę chciał mi pomóc. – Robię to tylko po to, żebym mógł cię zanieść do samochodu i zabrać do domu.

Podnosi mnie i przerzuca sobie przez ramię. Moja głowa zwiesza się obok jego tyłka, wszystko mnie boli. Znosi mnie na parter, a potem do piwnicy.

Sadza mnie na zimnej betonowej podłodze, opiera plecami o słup. Potem bierze gruby zardzewiały łańcuch, jakich używa się pewnie do holowania dużych samochodów, i oplata mnie nim w pasie, przywiązując do słupa. Zamyka go na kłódkę i chowa klucz do kieszeni. Nie idziemy do furgonetki.

Ściąga mi z głowy kask i włącza mały czarno-biały telewizor ustawiony na stołku.

– Bądź cicho. Nie krzycz. Nie próbuj uciekać – mówi dziwnie spokojnym głosem, po czym zapala gołą żarówkę pod sufitem, wchodzi na schody i znika za drzwiami.

Rozglądam się dokoła, widzę sterty ubrań, pudła z jakimiś rupieciami i zakurzone półki pełne różnych drobiazgów. W piwnicy panuje wilgotny zaduch, jakby nie wietrzono jej od lat. Jest przerażająca.

Muszę się stąd wydostać. Podnoszę skrępowane ręce do ust i używając paznokci, zrywam taśmę z twarzy.

– Niech mi ktoś pomoże! Pomocy! – krzyczę, odsłoniwszy usta. – Ratunku! Pomocy!

Wgryzam się w taśmę na rękach, odrywam kawałek po kawałku. Trwa to okropnie długo, ale w końcu mam wolne ręce, szybko ściągam pas z nóg i odrywam taśmę.

Mam teraz połamane paznokcie, moje palce krwawią. Próbuję zsunąć łańcuch z brzucha, ale jest tak mocno zaciśnięty, że rozrywam sobie koszulę. Moje dżinsy są dość grube, więc zdejmuję je w nadziei, że dzięki temu uda mi się wyśliznąć z łańcucha. Nie mogę.

– Niech mi ktoś pomoże! – krzyczę raz po raz, bo nie wiem już, co innego mogłabym zrobić.

Wróci tu i zabije mnie, umrę, bo pozwoliłam się podwieźć tatuśkowi, który okazał się psycholem.

Nie mam pojęcia, która jest godzina, ale gdy zmagałam się z łańcuchem, w telewizji przeleciało już wiele różnych programów, więc minęło pewnie ładnych parę godzin. Nadają Gliniarzy, gdy w końcu zasypiam, oparta o słup.

Budzą mnie ciężkie kroki. Napinam odruchowo mięśnie. Wrócił. Jak długo spałam?

– Mówiłem ci, żebyś nie próbowała uciekać – oznajmia pogodnym tonem, spoglądając na kawałki porozrywanej taśmy.

To dziwne, kiedy zwraca się do mnie w tak miły sposób, jakbyśmy byli przyjaciółmi, którzy prowadzą jakąś grę.

– Przyniosłem nam śniadanie – mówi, pokazując torebkę z Burger Kinga. – Ale najpierw weźmiemy prysznic.

Otwiera kłódkę, rozwiązuje łańcuch i pomaga mi wstać. Ponieważ nie mogłam włożyć z powrotem dżinsów, teraz jestem tylko w koszuli i bieliźnie. Prowadzi mnie na schody, trzymając się tuż za mną, potem kieruje mnie do łazienki przy kuchni, gdzie każe mi się rozebrać i wejść pod prysznic. Potem zdejmuje ubranie i również wchodzi ze mną do kabiny. Myjką ściera z mojej twarzy lepką pozostałość po taśmie.

– No już, umyjmy się – mówi słodkim głosem, niczym do małego dziecka, a potem nakłada mi szampon na włosy.

Jego dotyk budzi we mnie obrzydzenie. Chcę od niego uciec, ale jestem uwięziona.

Boję się, że znów mnie zaatakuje, ale on wychodzi z kabiny i wyszukuje kilka plastrów na moje zakrwawione palce. Ubiera się, daje mi spodnie dresowe i jedną ze swoich koszul, a potem prowadzi do salonu. Siadamy na sofie, podaje mi zimnego rogala z szynką i jajkami.

Mówi coś do mnie, ale ja jestem w szoku i nie mogę się skupić.

– Czas pójść na górę – oświadcza, gdy kończę jeść.

Jakie mam wyjście? Idę za nim na piętro, do pokoju, w którym mnie zgwałcił.

– Połóż się i zrelaksuj – mówi, wskazując na materac bez pościeli.

Kładzie się obok mnie, a ja jestem już gotowa na najgorsze, ale on wydaje się zmęczony, jakby nie spał całą noc. Mija co najmniej godzina, może więcej. Leży kilka centymetrów ode mnie, śpi albo udaje, że śpi. Boję się ruszyć lub wydać z siebie najmniejszy dźwięk. Moja mama i Beth pewnie odchodzą od zmysłów, przerażone tym, co mogło mi się stać. Ja jestem przerażona tym, co się ze mną dzieje.

W pewnym momencie on nagle otwiera oczy, wstaje i mówi:

– Chodźmy na dół.

Sprowadza mnie z powrotem do piwnicy, sadza przy słupie, owija ciasno łańcuchem i zamyka kłódkę. Płaczę, łkam rozpaczliwie, ale on tylko podkręca głos w telewizorze, wyłącza światło i bez słowa wychodzi.

Jest bardzo ciemno.

Wtedy sobie przypominam: to moje urodziny.

[...]

Amanda Berry została porwana 21 kwietnia 2003 roku, dzień przed siedemnastymi urodzinami.

Gina DeJesus miała zaledwie czternaście lat, gdy zaginęła niemal rok później, 2 kwietnia 2004 roku.

[...]