Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 465 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nadchodzi - Łukasz Orbitowski

Opowiadania że aż strach!

Amerykanie mają Stephena Kinga, my mamy Łukasza Orbitowskiego. Dzięki opowiadaniom zebranym w tomie Nadchodzi przeniesiecie się do mrocznych zaułków miast, do lasu z czasów II wojny światowej pełnego partyzantów, do widmowego szpitala, w którym leczy się nie ciało, lecz duszę.

Orbitowski po raz kolejny konfrontuje swoich bohaterów z mrocznymi siłami z tego i tamtego świata. Po raz kolejny udowadnia, że w zetknięciu z tajemnicą niewielu potrafi zachować zdrowe zmysły…

W tomie Nadchodzi znajdzie się 5 opowiadań, w tym wysoko oceniany przez czytelników „Nowej Fantastyki” Popiel Armeńczyk.

Łukasz Orbitowski (1977) - absolwent filozofii UJ, terminował u fantastów, awangardzistów i realistów. Pisze gęstą prozę z bohaterami twardo stawiającymi czoła wyzwaniom tego i tamtego świata. Autor książek: Złe wybrzeża (1999), Szeroki, głęboki, wymalować wszystko (2002), Wigilijne psy (2005), Horror show (2006). Współpracuje z „Nową Fantastyką”, „Lampą” i „Science Fiction”, „Przekrojem” i "Gazetą Wyborczą". Mieszka w Krakowie. Wydawnictwo Literackie opublikowało dotychczas dwie jego powieści: Tracę ciepło (2007) i Święty Wrocław (2009). Obecnie Łukasz Orbitowski wspólnie z Tobiaszem Piątkowskim pracuje nad scenariuszem filmu Hardkor 44 Tomasza Bagińskiego.

Opinie o ebooku Nadchodzi - Łukasz Orbitowski

Fragment ebooka Nadchodzi - Łukasz Orbitowski

Wydawnictwo Literackie
Kraków 2013
Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA-SARABURA
Redakcja: JOANNA MIKA
Korekta: HENRYKA SALAWA, MAŁGORZATA WÓJCIK
Ilustracja na okładce: TOMASZ PIĄTKOWSKI
Opracowanie typograficzne: MAREK PAWŁOWSKI
Skład i łamanie: Infomarket
Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT
© Copyright by Łukasz Orbitowski © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2010
ISBN 978-83-08-05181-8
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Cichy dom

– Chryste Panie, pomóż mi!

Mężczyzna wyskoczył spomiędzy samochodów, nie widziałem dobrze jego twarzy. Był tęgi, brodaty, mocno zbudowany, grube paluchy wpił w moją kurtkę. Śmierdział gównem. Zesrał się, pomyślałem, próbując go odepchnąć, ale facet uwiesił się na mnie i wpakował kolano między moje nogi.

– Pomóż mi, Chryste, pomóż mi – powtarzał, dygocząc.

Był niższy o głowę, więc wcisnął mi twarz w koszulę, załzawił ją i zasmarkał. Na to wszystko patrzył zdumiony doktor Skóra.

Im bardziej próbowałem się wyzwolić, tym silniej tamten się we mnie wpijał, a po chwili z ciemności wyszedł drugi mężczyzna. Był tak wysoki, że sprawiał nierzeczywiste wrażenie. Mimo ciepłej pogody nosił płaszcz z podpinką. Surową twarz okalały półdługie włosy. Maszerował prosto na mnie. Brodacz załkał, zaklął i schował się za moimi plecami. Przypadł do ziemi i z całych sił objął moją nogę. Próbowałem go kopnąć.

– Pomóż mi, pomóż mi – powtórzył, teraz już szeptem. Odmawiał modlitwę, być może Bóg by mu pomógł, ja nie miałem ochoty. Wielkolud przyspieszył, uniosłem dłonie na znak, że nie mam z tym nic wspólnego. Pchnął mnie brutalnie, a brodacz zakwilił. Na moment twarz wysokiego faceta znalazła się naprzeciw mojej. Miał chłodne spojrzenie i chyba chciał mi coś powiedzieć, ale nigdy nie dowiem się, co takiego, bo na plecy spadł mu doktor Skóra. Duży stracił równowagę i runął na mnie. Leżeliśmy we czterech: Skóra, ja, dwóch nieznajomych. Wstała tylko trójka.

Skóra podał mi papierosa. Cały się trząsł. Brodacz z trudem trzymał się na nogach, a wielkolud leżał z głową we krwi, tuż koło mojego audi. Próbowałem odciągnąć Skórę, byle dalej, ale on znów zamarł, z petem w ustach. Tak miał, kamieniał lub ruszał się za czterech. Trąciłem go, ale zamiast pobiec, gapił się na swoje ręce, szukając śladów krwi.

Brodacz chciał się chyba we mnie wtulić, ale spostrzegł, że nie mam na to ochoty, i wyciągnął ręce przed siebie.

– Dziękuję – szepnął – bardzo, bardzo wam dziękuję.

Coś drgnęło w twarzy Skóry, zamachnął się jak do ciosu, ale rozprostował palce i tylko odepchnął obcego. Staliśmy na opustoszałym parkingu, dochodziła dwudziesta trzecia. Jedyne światło dawały latarnie i jeśli nawet ktoś nas obserwował, pozostawaliśmy niewidoczni. Nigdy nikogo nie pobiłem, nie trafiłem na izbę, przez czterdzieści lat nie spisano mnie nawet za szczanie w krzaki.

– Idziemy, Wojtek – złapałem go za przegub. – A ty, ty... – zwróciłem się do brodacza, nie mając pojęcia, co powinienem mu zrobić lub powiedzieć – ty rób sobie, co chcesz.

Wojtek trzymał się za głowę. Przez szaloną chwilę zastanawiałem się, czy nie dzwonić na policję albo pogotowie. Wielkolud był niezaprzeczalnie martwy, doktor Skóra równie niezaprzeczalnie go uśmiercił. Trzeba było ruszać. Brodacz pojął, co planujemy, bełkocząc i plując śliną, tłumaczył, że nie można, bo stanie się coś strasznego. Widziałem go już lepiej – miał koło pięćdziesiątki i twarz, jakiej zwykle dopijamy się przy siódmym krzyżyku, czerwoną, nabrzmiałą od piwa i łez. Nosił turecki sweter i spodnie od garnituru, teraz zasrane i ubłocone.

– Nie możecie odejść – tak brzmiało jego pierwsze spójne zdanie, powtórzyłem je więc w myślach, lecz nie rozumiałem, o co mu chodzi.

– Klątwa – rzekł brodacz.

Znalazłem kluczyki. Skóra odzyskał oddech.

– Chuj z tobą i twoją klątwą – powiedział.

Gdybyśmy wtedy poszli, wsiedli do samochodu i odjechali, być może nic złego by się nie wydarzyło. Ale czy Skóra szedł za wolno, czy ja straciłem siły, zmarnowaliśmy kilka sekund i to wystarczyło. Brodacz dopadł trupa, podwinął mu płaszcz, tak że zakrył głowę wraz z krwawą plamą. Nie licząc spodni, wielkolud miał tylko biały podkoszulek, zdaje się, na ramiączkach. Widziałem brudne bose stopy. I parę ciemnych skrzydeł wyrastających z łopatek.

Brodacz podszedł, wskazał na Skórę. Powiedział smutno:

– Klątwa ciąży na tobie.

* * *

Miałem siedem lat i właśnie dowiedziałem się, że mam anioła stróża. To było na mszy dla dzieci, a że nie bardzo w to wierzyłem, postanowiłem zapytać tatę. Był przerażony, a przynajmniej zakłopotany. Myślałem, że boi się aniołów, prawda była prostsza. Matka chodziła do kościoła, tato był ateuszem. Nie bez wstrząsów ustalili, że wychowają mnie po katolicku, ojciec musiał przeczytać Nowy Testament, żeby poradzić sobie w wypadku, gdybym pojawił się z trudnymi pytaniami. Na przykład takim:

– Tato, czy istnieją anioły?

Siedział akurat w fotelu w kratę i czytał „Trybunę Ludu”. Na orlim nosie miał okulary ze szkłami przedzielonymi w połowie, jak mówił, do czytania i do patrzenia.

– No jasne, synku. Różne anioły. Niektóre przynoszą wiadomości, inne bronią nas przed diabłem albo pomagają Panu Jezusowi wyprowadzać udręczone dusze z piekieł.

– Czy to prawda, że każdy ma swojego anioła?

– Aha – spojrzał na mnie zza „Trybuny Ludu” – to anioł stróż. Pilnuje, żeby nie stało ci się nic złego.

– A przecież ludzie umierają. Albo upadają i łamią nogi.

Tato podrapał się po głowie.

– Niekoniecznie. Taki anioł nie może wszystkiego, poza tym on pomaga tobie i Bogu. Nie może wyręczyć jednego ani drugiego.

Oprócz pogadanek ojca o Bogu, z dzieciństwa pamiętam zapach krótkich papierosów Caro, które palił bez przerwy. Prawdopodobnie byłby znakomitym księdzem albo publicystą katolickim, mógłby też robić karierę jako kaznodzieja w typie amerykańskim, lecz do końca życia czytał „Trybunę Ludu”, potem „Trybunę” z ludu ogołoconą, palił swoje cara, a księdza nie chciał widzieć nawet na łożu śmierci.

– Jak wygląda taki anioł? – pytałem dalej, wyczerpując ojcowską cierpliwość. Tato przewrócił płachtę gazety. Moje książeczki były małe i myślałem, że rozmiar tego, co czytamy, zwiększa się wraz z wiekiem.

– Nie możemy go zobaczyć. Są tacy, którzy oczywiście widują anioły, no bo kto inny by o nich opowiadał – rzekł, uprzedzając kolejne pytanie. – Podobno anioły przypominają ludzi ze skrzydłami. Albo ptaki. – Pogłaskał mnie po głowie. – Idź na dwór. Może zobaczysz jednego.

Chciał mnie zbyć i nie przewidział, co zrobię. W bloku koło nas mieszkali działacze robotniczy, zasłużeni i emerytowani, a że nie mieli co robić, karmili gołębie. Zlatywały z całej Nowej Soli, a jeden, biały, bał się mniej od innych, więc uznałem, że najpewniej to on jest moim Aniołem Stróżem. Karmiłem go i próbowałem oswoić. Emerytowani działacze robotniczy mówili, że dobry ze mnie chłopiec.

Znajomość z gołębiem trwała dwa tygodnie, podczas których uwierzyłem, że ptak jest moim Aniołem Stróżem. Pewno byłby nim dalej, gdyby nie banda starszych chłopaków z sąsiedztwa. Gołąb przez naszą zażyłość nabrał ogólnej ufności. Chłopcy złapali go, wydłubali oczy, przywiązali do ogona szmaty nasączone rozpuszczalnikiem i podpalili. Zginął w powietrzu, widziałem to.

Po latach matka przypomniała mi, że rzuciłem się na jednego z tych chłopców i ugryzłem go tak mocno, że wyrwałem mu z przedramienia kawał mięcha. Pamiętam to śmiertelne przerażenie: mój jedyny opiekun zginął, pospadają na mnie nieszczęścia, a dokądkolwiek pójdę, nie będę bezpieczny. Postanowiłem nie opuszczać pokoju, aż ojciec – mamie bym nie uwierzył – pokazał mi za oknem drugiego gołębia i poinformował, że zabicie anioła stróża to nie taka prosta sprawa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki