Wydawca: E-bookowo Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 581 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nad brzegami Niemna - Zenon Ciechanowicz

Książka jest rodzajem sagi rodzinnej, umiejscowionej głównie w rodzinnych okolicach autora, jego rodziców i dziadków, poczynając od końca XIX wieku, ale przenosi też czytelnika do carskiej armii i przedwojennego Petersburga. Następnie na linię frontu i do okopów pierwszej wojny światowej. Dowiadujemy się też, w jaki sposób przynajmniej niektórzy żołnierze rosyjskiej armii trafiają do austriackiej niewoli, jakie warunki  tam im przygotowano.

Zapoznając się z krótkim opisem okresu międzywojennego można wyciągnąć wniosek, że mieszkańcy terenów nadgranicznych żyli w ciągłym strachu przed zagrożeniem ze strony byłego Związku Radzieckiego, ale z nadzieją, że z roku na rok będą coraz szczęśliwsi.

Okres wojny, to okres, w którym do wspomnień wynikających z opowieści starszego pokolenia, dołączają własne wspomnienia autora.

Autor bezpośrednio nie widzi działań wojennych, nie widzi strzelających żołnierzy, ale uczucie strachu, zagrożenia życia i bezradność rodziców w warunkach nadciągającej jakiejś strasznej siły promieniuje z każdej strony książki z tego okresu.

Dość szczegółowo przedstawiony jest okres po ponownym wkroczeniu Armii Czerwonej na tereny byłych Kresów Wschodnich. Tu możemy zapoznać się z NKWD i wywózkami rodzin Polskich na Syberię. Przymusową kolektywizację, zmuszaniem do pracy bez wynagrodzenia nie tylko osób dorosłych, ale i młodzieży szkolnej. Ujrzymy bezsens systemu tzw. „gospodarki uspołecznionej” nie z pozycji naukowej, a zwykłego mieszkańca wsi. Dowiemy się w jakich warunkach i jakimi metodami zdobywano bochenek chleba, który stał się prawdziwym rarytasem.

Będziemy mogli też wyciągnąć być może zadziwiający wniosek, że tak trudne warunki nie miały większego wpływu na samopoczucie młodzieży, bez względu na narodowość, że podrostki w wieku kilkunastu lat mają całkiem inną ocenę rzeczywistości, niż osoby dorośli i potrafią się cieszyć z najbardziej błahych powodów.

Opowieść kończy się w momencie, kiedy długi pociąg składający się z wagonów towarowych, zwanych powszechnie wagonami bydlęcymi, przekracza granicę na Bugu i do pociągu podchodzi polska załoga, a stojący w drzwiach wagonu polscy uchodźcy po raz pierwszy słyszą słowa polskie i po raz ostatni rosyjskie.

Decyzja o wyjeździe nie była łatwa i być może daje odpowiedź, dlaczego tak wiele rodzin polskich nie skorzystało z możliwości opuszczenia terenów, które znalazły się w granicach Białorusi i Litwy i nie wyjechało do Polski w nowych granicach.



Opinie o ebooku Nad brzegami Niemna - Zenon Ciechanowicz

Fragment ebooka Nad brzegami Niemna - Zenon Ciechanowicz

Zenon Ciechanowicz

Nad brzegami Niemna

© Copyright Zenon Ciechanowicz & e-bookowo

Zdjęcie na okładce: Aleksander Rusiecki

ISBN 978-83-7859-067-5

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Autor z podziwu godną precyzją przedstawia zapamiętane przez siebie ustne relacje swego ojca i dziadka będące wspomnieniami i analizą rozmaitych wydarzeń obejmujących prawie cały wiek dwudziesty. Miejscem opisywanych wydarzeń jest głównie powiat stołpecki w województwie nowogródzkim. Chodzi o okres sprzed I wojny światowej, okres niepodległości (II Rzeczpospolita), II wojnę światową - okupację radziecką, niemiecką i drugą radziecką.

Szczególnie interesujące wydają się przykłady represyjnych działań radzieckiego okupanta oraz mechanizm tworzenia kołchozów i realia życia w okupowanym woj. nowogródzkim. Istotnym uzupełnieniem są relacje autora sięgające roku 1958, tj. jego ekspatriacji z miejsca urodzenia i młodości, które znalazło się pod drugiej stronie granicy jałtańskiej. [..] Tematyka jest mało znana i, jak się wydaje, nieczęsto poruszana w bogatym piśmiennictwie dotyczącym ziem utraconych.

prof. dr. Hab. Tadeusz Riedl

Podziękowania

Autor składa serdeczne podziękowania następującym osobom, które w ten lub inny sposób pomogły w napisaniu, a potem w wydaniu książki:

Panie Ewie Lewińskiej z Giżycka za trud przeczytania pierwszej wersji książki, wniesienie uwag i poprawek w zakresie gramatycznym, stylistycznym i ortograficznym. Był to wielki wysiłek, a uwagi niezmiernie cenne.

Panu dr. Marianowi Lemecha z Giżycka, za spostrzeżenia i propozycje dotyczące ostatecznej formy książki, za zachętę do pracy nad jej poprawieniem i uzupełnianiem, głównie w zakresie szczegółów z codziennego na Kresach Wschodnich mało albo całkiem nieznanych młodemu pokoleniu Polaków.

Panu profesorowi Tadeuszowi Riedlowi z Gdańska, za przychylną opinię, która pozwoliła uwierzyć, że książka kwalifikuje się do opublikowania.

Ludmile Nazerienko z Białorusi za przesłanie zdjęć z okresu szkolnego.

Aleksandrowi Rusieckiemu z Białorusi za dostarczenie oryginalnych zdjęć z rodzinnego miasta, wsi i Niemna.

Giżycko 2003

Przedmowa

Jest to prawdziwa historia rodziny polskiej, która od wielu pokoleń mieszkała na Kresach Wschodnich. Opowieść rozpoczyna się u schyłku poprzedniego wieku, a kończy się w grudniu 1958 roku, kiedy kolejny transport przekracza nową granicę Państwa Polskiego na Bugu, wywozi z Ziemi Ojców następne grupy uchodźców.

Główny bohater, po przymusowym wcieleniu do obcej armii, bierze udział w pierwszej wojnie światowej. Jest zmuszony do walki nie za ojczyznę, lecz po stronie jednego z zaborców. Potem przeżywa gehennę niewoli u drugiego. Bezpośredni udział w kolejnej wielkiej wojnie omija go szczęśliwie. Nie ma jednak szczęścia w zetknięciu się z władzą radziecką i tak jak pozostali mieszkańcy tamtych terenów, staje się wreszcie darmowym robotnikiem radzieckiego kołchozu.

W książce znalazło się miejsce na przedstawienie najstarszego uczestnika wydarzeń, tj. mego dziadka, jego bezgranicznej miłości do wnuków, szacunku do każdej solidnej pracy, prywatnej własności, przedstawienie marzeń i pragnień tego siwiutkiego, drobnego staruszka, spełnienia których nie doczekał się nigdy.

Książka jest protestem przeciwko wojnie i wzajemnemu zabijaniu się zwykłych żołnierzy. Pokazuje bezradność mieszkańców małej wioski w obliczu nadciągającego frontu.

Wspominając swoją młodość i przedstawiając tęsknotę za skrawkiem ziemi, który opuściłem na zawsze, pragnąłem szczegółowymi opisami przybliżyć tamte obrazy sobie i czytelnikom. Starałem się zwrócić przy tym szczególną uwagę na zgodne współżycie mieszkańców wsi i okolic, brak wzajemnej nienawiści i wrogości ze względu na narodowość, wyznawaną religię lub światopogląd.

Nie rzucim ziemi skąd nasz ród....

M. Konopnicka

Wstęp

Bodźcem do napisania książki stały się wspomnienia rozmów z ojcem. Wypowiadał on myśli stanowczo, z ogromnym wzruszeniem i przekonaniem, iż zawierają prawdę historycznych wydarzeń nieznane młodszemu pokoleniu. Jest to długi życiorys zwykłego mieszkańca wpleciony w tragiczne wydarzenia, które dotknęły Polaków na Kresach Wschodnich w okresie od panowania Rosji carskiej, poprzez pierwszą i drugą wojnę światową, po radzieckie kołchozy.

Ojciec często, zdaniem tych samych słuchaczy może nawet zbyt często, opowiadał o swoim życiu, własnych doświadczeniach. Wspomnienia przekształcały się często w monolog nienawiści do autorów sfałszowanej historii, szczególnie dotyczącej wydarzeń z okresu ostatnich dziesięcioleci. Przypomnienia ciągłej niesprawiedliwości i przemocy w otaczającym świecie wzbudzały gwałtowne, nie dopuszczające sprzeciwu zarzuty pod adresem komunistycznej przemocy i zakłamanej propagandy tamtego znienawidzonego systemu, który zmusił rodzinę do opuszczenia stron ojczystych, drewnianego domu i piaszczystych pól zroszonych obficie własnym, słonym potem. Wynurzenia swoje ojciec podsumowywał przeważnie stwierdzeniem, iż żałuje, że tego, co przeżył, nie może opisać, ponieważ „..ręka nieposłuszna i głowa nie ta”.

Po tych słowach, następowała nieoczekiwanie głęboka cisza, opowieść nagle urywała się, a twarz ojca nabierała kamiennego wyrazu. Wydawało się, że ten starszy człowiek, wraz ze swoimi myślami, przenosi się w dawno minioną przeszłość, nadal bliską i miłą, w odróżnieniu od świata aktualnego, coraz mniej rozumianego i z każdym dniem bardziej obcego. Odnosiło się czasami wrażenie, iż rodzic wypowiedział nie wszystko do końca, że jakąś wyjątkowo osobistą myśl przemilczał, zachował w tajemnicy. Może był to ukryty w sercu głęboki żal do mijającego szybko czasu i do braku perspektyw powrotu w lata młodości.

Nadal mam przed oczyma twarz i sylwetkę ojca, słyszę wciąż jego głos, pamiętam wielogodzinne wynurzenia. Promieniowało z nich pragnienie, aby tamte, dawne przeżycia i myśli, pozostały na dłużej wśród nas. Zrozumiałem po latach, iż mam obowiązek spełnić życzenia ojca i utrwalić dla innych przynajmniej tę część wielokrotnie słyszanych opowieści, która na razie pozostała w zakamarkach zawodnej pamięci. Może w ten sposób wykonam jego niewypowiedziane życzenie - cichy testament.

W trakcie opisywania wspomnień ojca, nieoczekiwanie zrodziło się pragnienie przedstawienia stron ojczystych oraz własnych, dziecięcych i młodzieńczych przeżyć z pobytu na terenach, do których tak często i chętnie powracam jedynie w marzeniach i snach. Dawnych krajobrazów już się nie da odtworzyć, lecz może uda się chociaż częściowo przybliżyć przyszłym czytelnikom wyjątkowe piękno małego zakątka byłych Kresów Wschodnich i codzienne problemy mieszkańców, którzy mieszkali tam przed laty. Od 1939 roku bezskutecznie oczekiwali oni na powrót minionych lat szczęścia w wolnej Polsce, która tak raptownie przestała istnieć i na tamte tereny już nie wróciła.

Śmierć naszych znajomych, a szczególnie członków rodziny przeżywamy samotnie, zawsze w smutku i żalu. Prawa życia są jednak silniejsze i po jakimś czasie problemy codzienności przesłaniają wspomnienia nawet po osobach najbliższych, i tylko u niektórych pozostaje w pamięci jakiś zamazany ślad po tych, co odeszli. Z biegiem lat wspomnienia zacierają się, jest ich coraz mniej. Następne pokolenia mają już po swoich przodkach tylko identycznie brzmiące nazwisko, a czasami i tego nie ma. Taka jest prawda nieodwracalnie przepływającego czasu i odradzającej się młodości w nowych miłościach. Odwieczność przemijania, kruchość życia ludzkiego i krótkotrwałość pobytu na tym świecie zauważa się, kiedy siwieją skronie.

Czy nie jest dziwne, że historię kraju w większym lub mniejszym stopniu znamy na tysiąc lat wstecz, a o swoich bezpośrednich przodkach nie wiemy prawie nic? Przecież kiedyś, podobnie jak my dzisiaj, żyli, pracowali, cierpieli i cieszyli się. To z ich szczęścia i bólu zrodziło się nasze życie. Kto z młodych wie, jak miał na imię pradziadek..., prababcia..., kim byli... ?

Nasz ojciec bardzo często mówił o sobie „...pożył ja na tym świecie ... pożył”. Miał szczęście osiągnąć wiek 96 lat w pełnej świadomości i dobrym zdrowiu. Często wspominał, że „już powinien odejść do wieczności tam, gdzie odeszli wszyscy koledzy”. Stwierdzał, że teraz jest inne pokolenie, a dla niego tu na ziemi nie ma już miejsca. Odnosiło się wrażenie, że było to mówione na wpół poważnie, na wpół żartem. Zawsze na pożegnanie, gdy wyjeżdżałem do Giżycka, w ostatniej chwili pytał się o termin następnego przyjazdu.

Tylko raz, na podwórku podczas pożegnania, padły inne, jakże prorocze słowa - „... już więcej nie zobaczymy się ...” To były ostatnie słowa ojca, słyszane przeze mnie. W oczach miał łzy, chociaż podczas poprzednich pożegnań nie zauważałem ich nigdy. Tak dla mnie skończyło się obcowanie z człowiekiem, będącym wzorem uczciwości, pracowitości i oddania rodzinie.

Opowieść rozpocznę od lat dziecinnych ojca. W bardziej odległą przeszłość niestety sięgnąć nie mogę. Ojciec wspominał, że nasz ród wywodzi się z Litwy, a jego dziadek lub pradziadek przywędrował jako gajowy, z księciem Radziwiłłem. Bliższych szczegółów nie znam. Historia, w tym miejscu urwała się, prawdopodobnie na zawsze.

Życie każdego pokolenia było, jest oraz będzie powiązane i wplątane w historię kraju, historię stron ojczystych. Wydarzenia globalne wpłynęły w sposób zdecydowany również na losy naszej rodziny. W miarę posiadanych umiejętności starałem się przedstawić to.

Urodzonym
na Kresach Wschodnich
ich wnukom i prawnukom
tę książkę poświęcam

1. Wspominam swoją wieś i najmłodsze lata ojca

1

Powroty do wspomnień, do lat minionych, to niewątpliwie główna cecha ludzi starszego pokolenia. Pomału, lecz nieustannie zbliżam się do wieku, w którym coraz bardziej zaczyna się żyć wspomnieniami, a wizja przyszłości skraca się lawinowo, w zastraszającym tempie. Widocznie dopiero z biegiem lat potrafimy zrozumieć, iż nie mamy szansy przesunięcia granicy krótkiego pobytu w realnym świecie, wyznaczonym odgórnie i indywidualnie dla każdego z nas. Próba wydłużenia tego okresu pozostanie na zawsze nieziszczalnym pragnieniem i nieosiągalnym marzeniem, tak samo jak przed dziesiątkami lat.

Wszystko się kiedyś kończy, lecz dopiero po przekroczeniu granicy pewnego wieku jesteśmy świadomi, że ta nieodwracalna, brutalna rzeczywistość dotyczy nas wszystkich. Oczywistych faktów, w latach młodości, zrozumieć nie potrafimy. Widocznie tak być powinno. Może wracanie do przeszłości i ponowne przeżywanie tego, co dawno minęło, daje nie tylko odprężenie i radość ciepłych promieni tamtego słońca, może to przede wszystkim odmładza duszę i ciało.

Nasz ojciec, ciągle energiczny, pamiętający szczegóły sprzed wielu lat, opowiadający z werwą o minionych dziejach, prawdopodobnie zrozumiał to dawno. Może właśnie z tego powodu siadał często wygodnie na krześle z mapą w ręku, a następnie nie zauważając otoczenia i zapominając o dniu dzisiejszym, spędzał wiele godzin samotny, zamyślony. Najczęściej miało to miejsce w dni wolne od pracy lub święta. W tym czasie odbywał podróż do przeżyć z okresu młodości i lat dawno minionych. Nikt nie był w stanie ujrzeć tego, co widziały nieruchome oczy tamtego posiwiałego dziadka z okularami na nosie.

W takich momentach przebywał daleko poza domem, poza dniem dzisiejszym. Mając przed oczyma jakieś kółeczka, różne kreski i wijące się grubsze lub cieńsze linie, dostrzegał miasta i osiedla, może jakieś wsie, widział rzeki i drogi z kolumnami maszerujących żołnierzy lub mokre, zimne okopy. Odnajdywał tam siebie, może głodnego, może zmęczonego, lecz zawsze wierzącego w dobrą gwiazdę opatrzności.

Nie muszę zaglądać do żadnej mapy, aby wolnymi myślami wyobraźni, za wschodnimi granicami naszego kraju odtworzyć kontury współczesnej Białorusi, państwa które powstało w ostatnich latach. Bez trudu znajduję stolicę - Mińsk. Na zachód od Mińska, w odległości około 150 km, widzę drugie duże miasto - Baranowicze. Od jednego punktu do drugiego biegnie czarna linia. W ten sposób oznacza się na mapach tory kolejowe.

W połowie odległości między miastami, prosty szlak stalowych szyn przecina błękitną wstęgę wody, powyginaną łagodnymi zawijasami raz w jedną, raz w drugą stronę. W tym miejscu tory krzyżują się z Niemnem. Na północ od torów i wschód od rzeki znajdują się Stołpce. Punkt przecięcia się torów i rzeki. Łatwo go znaleźć na każdej mapie. Często kierowałem tam wzrok podczas lekcji historii lub geografii, kiedy duża mapa obejmująca wspomniany teren wisiała na czarnej tablicy lub drewnianym stojaku. Czyżbym przeczuwał, że po latach będę tu wracać jedynie myślami?

W odległości około trzech kilometrów od centrum Stołpiec, obok piaszczystej drogi w kierunku południowym, dawno, przed laty powstała mała, cicha wioska. Ze wszystkich stron otaczały ją gęste lasy, nasączające suche powietrze zapachem świerkowych szyszek i sosnowej żywicy. W podmuchach zachodniego wiatru docierała do wsi orzeźwiająca wilgoć, zebrana nad przeźroczystymi wodami Niemna i nieustannie parującymi mokradłami bagiennych łąk.

To wieś mego dzieciństwa i dzieciństwa braci. Tu przyszli na świat i zakończyli życie nasi dziadkowie. Tu się urodzili rodzice. Tam wiodą mnie najczęściej ciche marzenia samotnych wspomnień.

Zanim przeniosę się myślami ponownie na piaszczystą ulicę i podwórko rodziców, muszę odbyć spacer po rodzinnym mieście. Brukowane ulice i drewniane, parterowe domki Stołpiec na trwałe zapisały się w zakamarkach młodzieńczej pamięci. Mijające lata i upływający czas nie wymazały z wyobraźni tamtych widoków niepowtarzalnego dzieciństwa i beztroskiej młodości. Krótki spacer po rodzinnych okolicach wraz z synem Witkiem w 1989 roku nie zdołał zmienić w pamięci tego obrazu, który utrwalił się w latach młodości. Wspomnieniami i opisem wracam do lat odległych, do wyglądu miasta i wsi z okresu dzieciństwa.

Stołpce. Małe miasteczko. Kilka ulic. Duża stacja kolejowa i drewniane, parterowe domki, zamieszkałe najwyżej przez kilkanaście tysięcy mieszkańców. Tak wyglądało rodzinne miasto w latach mojej młodości. Nikt, nawet dziadek, nie był w stanie określić, kiedy w tamtym miejscu stanęły pierwsze drewniane chatki dawnych osadników. Wtedy nie było stalowej linii kolejowej i brukowanych ulic. Tylko czyste wody rzeki o nazwie Niemen napływały monotonnie z południa i odpływały spokojnie w kierunku północnym. Gdzieś daleko wpadały do ogromnego morza, którego większość mieszkańców nigdy nie widziała. W latach dziecinnych dziadka, osada rozrosła się do kilku piaszczystych ulic. Bruk na nich ułożono po pierwszej wojnie światowej przez młode władze odrodzonego Państwa Polskiego.

Są to wspomnienia dziadka, siedzącego na niskiej ławeczce w łagodnym cieniu niewysokiego płotu. Rodzice od rana pracowali na kołchozowym polu. Z błękitnego nieba spływał słoneczny żar, a dziadek jak zwykle przyszedł do wnuków i nieoczekiwanie rozpoczął opowieść o własnej młodości. Widocznie jest to jeszcze jedno potwierdzenie, że im człowiek starszy, tym bardziej tęskni za tym, co dawno minęło.

Dziadek pamiętał piaszczyste ulice i nieliczne, drewniane chatki dawnego miasta. W jego pamięci pozostał również wysoki, drewniany wiatrak, stojący samotnie na najwyższym wzgórzu. Wokół rozciągały się kamieniste pola, uprawiane drewnianymi sochami i takimi samymi bronami. Życzliwe wiatry nieustannie wiały nad wzgórzem. Nie napotykając innych przeszkód, zawzięcie i pracowicie popychały ogromne, czteropłatowe skrzydła, zmuszając je do nieustannego obracania się. Jakieś skomplikowane tryby przekazywały napęd na okrągłe, ciężkie kamienie, które wirując monotonnie, napełniały wnętrze wiatraka jednostajnym, basowym hukiem, a ponadto ścierały na proszek twarde ziarna żyta lub pszenicy, tworząc pulchną, biała mąkę. Zbędne stały się domowe żarna, z których tak dobrej mąki nigdy nie uzyskiwano. Odpadła konieczność ręcznego kręcenia ciężkich, wielkich kamieni.

To są dawne lata. Jednak już wtedy Stołpce były większe od Okińczyc. Dziadek powtarzał też z szczegółami zasłyszane wspomnienia starszego pokolenia o pracy setek ludzi i konnych furmanek na budowie wysokiego nasypu, który powstał obok miasta, rozrastał się i wyciągał daleko na wschód i zachód, jak długa, szeroka wstęga. Wreszcie wyrównano nawierzchnię i ułożono w poprzek niekończący się rządek grubych, drewnianych kloców, nazwanych podkładami. Czegoś takiego nikt nigdy nie widział. Nikt też nie rozumiał wyjaśnień kierowników dziwnej budowy zwanych inżynierami, że na nasypie powstanie droga żelazna.

Z jeszcze większym zdziwieniem, zarówno młodsi jak i starsi, usłyszeli kolejne, nowe słowo i pierwszy raz w życiu ujrzeli długą, stalową belkę, zwaną szyną. Z niedowierzaniem, delikatnie dotykali ją swoimi spracowanymi dłońmi, a następnie układając kolejno, jedna za drugą, w dwóch równoległych rzędach i przyśrubowując do drewnianych podkładów, zbudowali pierwszy tor kolejowy. Był to ostatni etap budowy. Wkrótce bez żadnych koni lub wołów, po błyszczących stalowych szynach miały toczyć się huczące koła ogromnych wagonów. Dziadek wspominał, że pierwszą lokomotywę przyciągnięto do Stołpiec właśnie wołami z innego miasta, znajdującego się gdzieś dalej na północy, od strony jakieś „Sieniawy”. Trudno w to uwierzyć. Widocznie ktoś, coś poplątał - ja albo dziadek.

Nie da się odtworzyć dawnej historii naszego miasta. Krótkich opowieści z lat dziecinnych dziadka wskrzesić nie sposób. Szkoda, że wnukowie, zajęci swoimi pilniejszymi sprawami, nie chcieli słuchać opowieści z minionych lat.

Stołpce, w okresie międzywojennym, to typowe kresowe miasteczko, zamieszkałe w znacznym stopniu przez rodziny narodowości żydowskiej, które się zajmowały przeważnie drobnym handlem. Na wschodnich krańcach miasta właśnie wtedy wybudowano ładny budynek dworca i nową parowozownię. Ułożono dodatkowe tory. Przed wschodnią granicą państwa powstała największa stacja. Praca na kolei zaczęła się cieszyć powszechnym uznaniem, a pracownicy szacunkiem.

Odnośnie tego zdjęcia wątpliwości żadnej nie ma.

To jest stacja kolejowa – Stołpce.

Budynek stoi nadal, bez żadnych istotnych zmian

Po północnej stronie torów, na wysokości stacji, piasek rozjeżdżonej drogi z sąsiedniej wsi zmieniał się w bruk z chodnikiem po jednej stronie. W tym miejscu rozpoczynała się główna, najdłuższa ulica naszego miasta. Czy taką pozostała do dnia dzisiejszego? Znałem tę ulicę z lat młodości. Biegła w kierunku zachodnim. Od zakończenia wojny nazywała się Socjalisticzieskaja. Sama nazwa, bez dodatkowych argumentów, miała być przekonywującym dowodem dobrobytu i szczęścia, jakie stworzyła nowa władza mieszkańcom miasta i okolicznych kołchozów.

Tu, na przeciwko dworca, stał nieduży sklep z artykułami spożywczymi. Czekaliśmy przed nim wielokrotnie w długiej kolejce po chleb, z nadzieją kupienia wymarzonego bochenka. W centrum miasta znajdował się jeszcze jeden sklepik z szyldem: Pradawolstwiennyje pradukty [1]. Tam również czasami dawali chleb. Z jednego sklepu do drugiego, z nadzieją na kupienie niedostępnego rarytasu, podążało się obowiązkowo tą główną ulicą, wąskim przedwojennym chodnikiem. To tam, w cieniu przyulicznych drzew, tak bardzo pragnęło się ponownie wdychać aromatyczny zapach wymarzonej czarnej kromki i wypełniać usta smakowitym miąższem.

Już wkrótce z lewej strony tuż obok chodnika pojawiała się solidna, szeroka podmurówka z czerwonej cegły. Wyrastał z niej równy szereg kwadratowych słupów, wykonanych tą samą metodą. Stały nieruchomo, w jednakowych odstępach, niby wartownicy na straży jakiegoś ważnego obiektu. Grube, żelazne pręty wysokiego ogrodzenia między słupami, oddzielały od ulicy teren po przeciwnej stronie.

Za ogrodzeniem znajdował się płaski, żwirowy plac i stały prostokąty murowanych dwupiętrowych budynków, otynkowanych na żółty, ceglasty kolor. Pozostawał on taki sam, niezmienny od kilkudziesięciu lat. Nie miały na niego wpływu słoneczne promienie i upływający czas, jesienne deszcze i śnieżne zamiecie. Całość wyraźnie odróżniała się od drewnianej, jednopiętrowej zabudowy, tak charakterystycznej dla naszych terenów.

Do 1939 roku obok ogrodzenia dumnie spacerowali dorośli. Z zainteresowaniem zaglądały na drugą stronę dzieci. Chętnie wybierały ten chodnik młode dziewczyny, które zwalniały czasami krok i zawsze, niby przypadkowo, poprawiały uczesanie. Wzrok przyciągały zielone mundury równo maszerujących żołnierzy, którzy śpiewali głośno:

O mój rozmarynie rozwijaj się...

lub

Wojenko, wojenko cóż żeś ty za pani...

Polskie piosenki, komendy w języku polskim. Nie ma wątpliwości. Tam znajdowały się wojskowe koszary wybudowane w okresie międzywojennym przez władze polskie.

Ładne koszary. Głośne śpiewy. Strojni chłopcy w dopasowanych mundurach sprawnie wykonujący komendy. Tu rodziło się poczucie pewności i stabilności. Stąd promieniowała nadzieja, że przed mieszkańcami miasteczka i całego kraju zapowiadają się długie lata spokojnej pracy i dobrobytu. Takie były marzenia. Tak miało pozostać na długie, długie lata.

Od 17 września 1939 roku nikt w tym miejscu nie wydawał komend w języku polskim, nikt nie śpiewał polskich piosenek. W kilka lat po zakończeniu drugiej wojny światowej na ulicach miasteczka już nie słyszało się mowy polskiej. Polska na tamtych terenach przestała istnieć. Nowe władze zmieniły nazwy wszystkich ulic. Na jednej zawiesili tabliczki z napisem: wulica 17 wieraśnia [2].

Koszary pozostały z tyłu. Dokąd ta ulica prowadzi? Bez wątpliwości, do drugiego sklepiku z artykułami spożywczymi. Jeżeli nie było przed nim kolejki, to chleba tam również nie było. Sklepik znajdował się w centrum naszego drewnianego miasteczka. W centrum lub w jego pobliżu, tak jak w każdym innym większym lub mniejszym mieście na terenie Polski, również po wojnie, powinien znajdować się kościół. Nikt nigdzie nie musiał go szukać. Wznosił się nad drewnianą, parterową zabudową, rzucał się w oczy z daleka.

W Stołpcach, po 1958 roku, nie znajdę strzelistych, wysokich wież. Nic nie da rozglądanie się po bokach. Co prawda po chwili, po prawej stronie ukazują się wieże, jednak o kopulastej formie. Tam znajduje się prawosławna cerkiew, górująca wyraźnie nad drewnianymi dachami sąsiednich domków. Czyżby kościoła w tym mieście nie było? Powinien być tu gdzieś, w pobliżu. Przecież rodzice, Antoni Ciechanowicz i Julia Okińczyc ślub brali w kościele i to na pewno w Stołpcach. W zbiorach przedwojennych fotografii jest ich zdjęcie. Utrwalono moment wychodzenia młodej pary z kościoła.

Kościoła nie widać i nie zobaczę go, pomimo spoglądania we wszystkich kierunkach. Natomiast wzrok przyciąga dziwny, pusty plac, po lewej stronie ulicy. Prawie w centrum miasta pusty plac? Dlaczego nie jest zagospodarowany? Może od dawna przeznaczono go na jakąś ważną budowlę, a na realizację brakuje wciąż środków? Może jest inna przyczyna?

Plac miał w przeszłości swoje przeznaczenie i był zabudowany. W tym miejscu znajdował się kościół katolicki, nie nazywany inaczej przez mieszkańców, jak kościół polski, w odróżnieniu od prawosławnej cerkwi będącej miejscem modlitw ludności białoruskiej i nielicznej rosyjskiej. Wysoki, ceglany mur, otynkowany i pomalowany na biało otaczał ze wszystkich stron posesję kościelną. Wewnątrz ogrodzenia znajdowały się ponadto pozostałości dawnego cmentarza. Może był to najstarszy cmentarz miejski?

Kościół stał jeszcze kilka lat po zakończeniu drugiej wojny światowej. Zniszczony z odpadającymi tynkami i zsuwającymi się dachówkami pewien okres służył nowej władzy radzieckiej jako magazyn zbożowy. Następnie w latach 1957-58 został rozebrany. Tak pozostało do 1989 roku. Może na jakąkolwiek inną inwestycję nie wystarczało środków, a może nikt nie odważył się podjąć decyzji o zabudowie tamtej działki?

(Już po pierwszym wydaniu książki, na podstawie białoruskiej księgi „Pamięć” ISBN 985-11-1312-8, dowiedziałem się, że pozwolenie na budowę Dominikańskiego kościoła w Stołpcach wydano w 1623 roku. W 1645 był on już wybudowany. W 1860 roku zlikwidowano klasztor, kościół stał się parafialny, a w 1865 r. został zamknięty i przekazany prawosławnemu duchowieństwu. Kościół został uszkodzony podczas wojny w 1915 roku, a w roku 1922 został zwrócony katolikom i wtedy rozpoczęto w nim prace konserwacyjne. Nie wiadomo, czy do rozpoczęcia wojny zdołano zakończyć prace, ale po wojnie budynek był tylko lekko uszkodzony i w roku 1958 został wysadzony w powietrze. Stołpce utraciły wspaniały pomnik architektury i monumentalno-dekoracyjnej sztuki w stylu baroku. Nieznany jest los obrazów, jakie znajdowały się w kościele.) Jest to wielki skrót dość długiej i szczegółowej informacji o kościele.

W tym miejscu skręcałem czasami z mamą w prawo, w cichą, boczną uliczkę. Lekko obniżając się, biegła prostopadle do głównej drogi miejskiej. Wystarczył kilkudziesięciometrowy spacer wąskim chodnikiem, aby zauważyć, że teren po prawej zaczyna się wznosić coraz bardziej, tworząc łagodne wzgórze obsadzone różnorodnymi okazami drzew ozdobnych. W pewnym momencie pod gęstą zielenią ukazywały się szerokie, kamienne schody z ciężkimi, tak samo kamiennymi balustradami. Wznosząc się tarasowo, coraz wyżej i wyżej, zapraszały do dalekiego wejścia, do wnętrza prawosławnej cerkwi. Cerkiew, w przeciwieństwie do kościoła, nie została rozebrana i powinna jeszcze stać wiele dziesiątków lat.

To jest właśnie prawosławna cerkiew z charakterystycznymi schodami, tylko że w mojej pamięci utrwaliła się obok schodów, nie pusta przestrzeń, ale zieleń najładniejsza w całym mieście.

Prawie to samo, tylko zdjęcie zrobione z innego miejsca i są już fragmenty jakiegoś zazieleniania.

Dalej obok tej samej bocznej ulicy, na której skończył się chodnik i bruk, a rozpoczął się głęboki, sypki piasek, znajdował się cmentarz. Nie ujrzymy tam śladów po krzyżach i polskich mogiłach. To na tym cmentarzu spoczęły kości osiemdziesięciu dwuletniego dziadka i naszego, trzyletniego braciszka. W tamtych latach na skraju drogi, przed cmentarnym ogrodzeniem siedział odziany w obdarte łachmany, jakiś dotknięty okrutnym losem starszy mężczyzna bez nogi. Gruby, gęsty zarost, który zakrywał jego twarz, nie miał od dawna styczności z pędzlem i brzytwą. Długie, rzadkie włosy zapomniały, co znaczy grzebień, woda i mydło. Blaskiem rozpaczy świeciły jego oczy, a z ust wydobywał się głośny cerkiewny śpiew, błaganie o litość, pomoc i jałmużnę.

Dalej, na sporym, płaskim wzgórzu, znajdował się rynek miejski. Wydaje się, że sprzedających było tam tyle, co kupujących. Jednych nie potrafiłem odróżnić od drugich. Jedni i drudzy bez przerwy przepychali się chaotycznie, we wszystkich kierunkach. Czasami sprzedający trafiali na kupujących. Mama również znajdywała kupców na kilka jajek, biały twarożek, a może nawet mały słoiczek śmietany i mogliśmy wreszcie wracać do domu.

Po wojnie rynek został usytuowany w innym miejscu. Wolny plac, który widzimy, nie został zabudowany, właśnie tu odbywały się manifestacje pierwszomajowe. W miejscu, drewnianych chatek po prawej stronie, w czasach mojej młodości pojawił się spory bu budynek kina.

Łagodnym spadkiem głównej ulicy lekko szło się dalej. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i oczom ukazywała się czworokątna, wolna przestrzeń centralnego placu miasta, najprawdopodobniej dawnego rynku. Niski, podłużny budynek w postaci długiego baraku zamykał wolną przestrzeń placu od strony wschodniej. Wybudowano go w okresie przedwojennym i od tamtego czasu starych ścian nikt nie odnawiał. Czyżby poszarzałe, odpadające tynki miały świadczyć o przedwojennej nędzy miasta i biedzie jego mieszkańców.

Dawno minęła sława mieszczących się tam pięciu małych sklepików. Przed wojną stanowiły widoczny dowód rozrastającej się potęgi żydowskiego handlu i tylko wtedy, w okresie rzekomo biednej kapitalistycznej Polski, grube deski szerokich półek po raz ostatni wyginały się pod ciężarem najróżniejszych towarów, podobnie jak obecnie dawne schodki, nadwerężone upływającym czasem, pod nogami nielicznych kupujących.

Ogromny budynek kina, z południowej strony placu, symbolizował powojenny dobrobyt mieszkańców miasta i okolic. Właśnie w tym miejscu, codzienne problemy z wykonaniem najprostszych zakupów, w prawie pustych sklepach, można było łatwo zastąpić kolejnym filmem, pokazującym najnowsze osiągnięcia pracowitego narodu radzieckiego lub sławiącym zwycięstwa jego dzielnej armii [3].

Wróciłem wspomnieniami do centrum miasteczka. Tędy, jak to wielokrotnie opowiadała mama, w latach przedwojennych przechodziły procesje na Boże Ciało. Podczas władzy radzieckiej, z okazji Pierwszego Maja, plac wypełniali dorośli i uczniowie, uczestnicząc obowiązkowo w spontanicznych manifestacjach, popierających politykę partii i rządu. Spokojnie i cierpliwie staliśmy przed wysoką trybuną dzielnych przywódców. Przemówienie, wzmocnione i zniekształcone zachrypniętym głośnikiem, zawieszonym na wysokim słupie, niosło się nad naszymi głowami. Gdybyśmy potrafili słuchać bardziej uważnie, to przy okazji byśmy się dowiedzieli, że w kraju żyje się z dnia na dzień lepiej, że jesteśmy coraz szczęśliwsi.Na podany sygnał głośno i wesoło krzyczeliśmy ...urraaa !!! W tym dniu mogło być jeszcze weselej, bo istniała możliwość kupienia porcji lodów, po dopchaniu się do sprzedawczyni na wysokim, ciężarowym samochodzie.

Od zachodniej strony do placu przylegał skwer, który niczym nie przypominał poprzednich widoków. Ładnie utrzymany, z czystymi alejkami i równymi rzędami liściastych drzew tworzył miłe miejsce wypoczynku. Tu nie mogło być inaczej, nawet gdyby całe miasto wyglądało ponuro. W tym miejscu musiało być ładnie. Na alejkach i stojących przy nich ławeczkach panowała jednak pustka. Nie przypominam sobie spacerujących tam uśmiechniętych ludzi. Czyżby przeszkadzała im potężna postać z wysoko uniesioną ręką, stojąca na kilkumetrowym cokole, w centrum skweru?

Alejki, zbiegające się promieniście, prowadziły do pomnika wodza rewolucji i twórcy nowego państwa powszechnego dobrobytu, Włodzimierza Lenina. Gdy się przechodziło obok tamtej wysokiej, marmurowej postaci, następowała cisza, rozmowy przerywano. Nie wiem, czy baliśmy się bardziej lodowatego spojrzenia przywódcy narodu, tak bardzo kochającego dzieci, czy jego żyjących następców, którzy mogli nas usłyszeć i oskarżyć, że nie szanujemy powagi tego wyjątkowego miejsca.

Ze zdjęcia wynika, że rynek był dość duży.. Tłumnie go odwiedzali rolnicy z najbliższych wiosek.

Przyjemniej i weselej szło się dalej. Przecież tam płynął Niemen. Sięgały do niego niektóre uliczki, uciekające od pustego centrum miasteczka i zielonego skweru pozbawionego ptasiego śpiewu i dziecięcego śmiechu.

Idąc główną ulicą, kilkaset metrów za koszarami, najchętniej skręciłbym w lewo, chociaż bruk i chodnik kończyły się tam wkrótce. Rozpoczynały się głębokie koleiny, wyżłobione kołami ciężarowych samochodów. Służyły one również pieszym. Prawym wgłębieniem szliśmy w jednym kierunku, a lewym - w przeciwnym. Poza koleinami, aż do samych płotów był głęboki, sypki piasek.

Po lewej stronie drogi, za niskimi, drewnianymi domkami, poszarzałymi ze starości, nieoczekiwanie rozpoczynała się niewielka, lecz dość stroma skarpa. Dalej się rozciągał płaski, równy plac. Znajdowała się tam nasza dwupiętrowa szkoła. W tamtą stronę wzrok się kierował niechcący. Swoją murowaną nowoczesnością, wysoko ustawiony budynek przesłaniał błękitne niebo i przesuwające się po nim białe obłoki.

Szkołę wybudowały władze polskie w okresie międzywojennym. Pożar wojny nie zniszczył jej. Po zmianie granic wypełniła się ponownie dziecięcym gwarem i radosnym śmiechem, służąc cierpliwie nowym gospodarzom miasta i kraju. Szkolny budynek z rzędami wysokich okien w białej ścianie oświetlonej promieniami południowego słońca, nadal wyglądał wspaniale.

To jest moja szkoła w Stołpach, ale zdjęcie zrobione wiele lat po wojnie. Kiedy do niej uczęszczałem, tak samo, jak i przed wojną, istniał tylko środkowy fragment po prawej stronie, bardziej jasny. Wszystko pozostałe zostało dobudowane. Całkiem blisko, po lewej stronie był szpital, w którym leczono ojca między innymi po ugryzieniu przez żmiję zygzakowatą.

Wspomnieniami wracam tu chętnie i podążam w kierunku południowym, za przejazd. Na środku drogi, tak jak i w centrum ponownie znajdowały się równe okrągłe kamienie, ułożone ciasno jeden przy drugim, tworząc tzw. bruk. Jeszcze jedna pamiątka, z okresu międzywojennej Polski, ułatwiała życie po wojnie. Żelazne koła ciężkich wozów, na drogach pokrytych brukiem nie zapadały się jak w sypkim, letnim piasku lub w jesiennym błocie.

Bruk nie sięgał do niskich płotów za którymi przykucnęły drewniane, szare chatki na niedużych działkach. Od wiosny do jesieni były prawie całkowicie przesłonięte gęstymi liśćmi wisien i jabłoni. Wąskie paski drogi między brukiem a płotem, po lewej i prawej stronie, nie miały chodnika. Na tamtą piaszczystą ścieżkę schodziliśmy na moment, jeżeli środkiem drogi przypadkowo toczył się jakiś pojedynczy, ciężarowy samochód. Na poboczu ustawiał się też długi szereg chłopskich furmanek, oczekujący w kolejce przed magazynami zbożowymi. Po nastaniu kołchozów pobocze drogi świeciło pustką. Radzieckie władze, właśnie na tej ulicy, zawiesiły tabliczki z nową nazwą w języku białoruskim: wulica 17 wieraśnia[4]. Przemierzaliśmy ją codziennie, udając się do szkoły i wracając do domu.

Jeszcze kilkaset metrów i za ostatnimi zabudowaniami powinna się ukazać szeroka, błękitna przestrzeń cichego jeziorka, nieruchomo wtulonego w soczystą zieleń przyległej łąki. Gorące, suche powietrze zmieniało się na orzeźwiające, nasycone wilgocią, dające miłą ochłodę. Przynosił go powiew swawolnego wiatru, który napływając od dalekiego lasu, delikatnie głaskał wodną taflę i tworzył niskie fale. Odbijały one wesoło słoneczne promienie, a potem monotonnie z cichym szumem wślizgiwały się na piaszczysty brzeg.

To nie jest ulica, która prowadziła z miasta do naszej wsi, ale na tamtej był taki sam bruk, nie było jednak żadnych chodników. Stojące przy niej domki był tak samo parterowe, drewniane.

Znalazłem się przed obszernym jeziorkiem, które powstało w wyniku przegrodzenia wysoką tamą niedużej rzeczki. Nie słyszałem, by miała jakąś nazwę. Spiętrzone wody wystąpiły z brzegów, rozlały się szeroko. Władze radzieckie zrealizowały kolejną inwestycję socjalizmu w ostatnich miesiącach naszego pobytu na tamtych terenach. Gdy chodziliśmy do Stołpiec, do szkoły, nie było tamy, nie istniało jeziorko. Wśród wysokiej, nigdy nie koszonej trawy, łagodnymi zawijasami płynęła rzeczułka kilkumetrowej szerokości.

Po prawej stronie drogi znajdowały się grube wały ziemne, porośnięte trawą. Między nimi powstały obszerne, kwadratowe niecki częściowo zapełnione wodą, ale w niektórych miejscach, tam gdzie woda nie sięgała, pojawiły się różne krzaki. Nawet kilkunastoletni chłopcy rozumieli, że okres świetności tych urządzeń dawno przeminął. Widzieliśmy jeszcze jedną pamiątkę z czasów władzy polskiej. Tak wyglądały stawy do hodowli karpia. Po wojnie zostały one zaniedbane, pozostawione własnemu losowi. Nikt w nich żadnych ryb nie hodował. Władza radziecka takimi drobnostkami nie zajmowała się, pomimo głodu panującego w całym kraju. Gdyby ktoś, prywatnie, spróbował je odnowić i przywrócić do stanu poprzedniego, to jako wróg państwa radzieckiego, znalazłby się na dalekiej, śnieżnej Syberii i do końca życia żadne głupie myśli o hodowli jakichkolwiek ryb już by mu nie przyszły do głowy.

Teraz droga prowadzi po dość wysokim, wąskim nasypie. Powstał bardzo dawno, tworząc jedyny przejazd ze Stołpiec w kierunku południowym poprzez podmokłe, nizinne otoczenie rzeczułki, niosącej z szumem swe wody do Niemna. Skarpę po prawej stronie nasypu wzmocniono obsadzając cienkimi pędami młodych wierzb. Minęły lata i urosły z nich grube, rozłożyste drzewa, wychylone lekko w kierunku stawów i podmokłej doliny. Na środku drogi nadal znajdował się bruk ułożony z jednakowych, równych kamieni. Dwa pojazdy nadjeżdżające wolno z przeciwnych kierunków mogły się na nim wyminąć.

Za jeziorkiem bruk się kończył. Droga rozgałęziała się. Nie interesowało nas piaszczyste odgałęzienie w lewo. Taki sam sypki piasek mieliśmy na drodze prowadzącej na wprost. W tamtą stronę skręcały dzieci ze wsi Orciuchy, kiedy wracaliśmy razem ze szkoły. Jeśli była późna jesień, to ich sylwetki po chwili ginęły nam z oczu, zlewając się z szarym otoczeniem. Samotni i mali szli długo przez las pod wysokimi sosnami, przesłaniającymi ciemne, nocne niebo. Z niskich chmur siąpił deszcz, kolejne drzewa stopniowo wyłaniały się z mroku, a oni do swoich wiejskich chat miały wciąż daleko. Do naszego domu było znacznie bliżej, iść było przyjemnej - las znajdował się tylko po jednej stronie.

Przed rozgałęzieniem, w pierwszych latach po wojnie stał radziecki czołg. Jego lufa była skierowana w stronę miasta. Był lekko pochylony na skarpie. Jedna gąsienica już się częściowo znajdowała na bruku. Widocznie kierowca zamierzał wjechać na środek drogi, zanim został trafiony niemieckim pociskiem. Ojciec twierdził, że cała załoga zginęła.

O rozgałęzieniu wspomniałem nie bez przyczyny. Za nim sto, może dwieście metrów dalej, w zadbanym sadzie wiśni i jabłoni, stał mały biały domek, taki na kurzej stopce. Obok niego, od strony Stołpiec w ostatnich latach powstał drugi budynek mieszkalny, większy i ładniejszy.

Tu mieszkał nasz miły, lubiany nauczyciel wychowania fizycznego i rysunków. Średniego wzrostu, mocno zbudowany, o szerokiej życzliwej twarzy, stoi nadal przed oczami jako wzór do naśladowania. Myśli przedstawiał spokojnie z wielkim zaangażowaniem. Sylwetką przypominał profesora Zina, prowadzącego wspaniałe audycje telewizyjne pt. ”Piórkiem i węglem”. W podobny sposób opowiadał o malarstwie.

Aleksander Iwanowicz Nowikow, bo tak nazywał się ten człowiek, potrafił nie tylko malować. Równie dobrze rzeźbił, a ponadto lubił i potrafił opowiadać o malarzach i ich płótnach. Czynił to z pasją miłośnika i wiedzą znawcy przedmiotu tak, jakby pragnął przekazać swym słuchaczom całe piękno dzieła i przedstawić niespotykany talent mistrza. Przeważnie opowieściom towarzyszyły szkice wykonywane w tym samym czasie za pomocą białej kredy na czarnej tablicy. Spokojnego przebiegu lekcji nikt nie śmiał naruszyć. Również najmniej zdyscyplinowani uczniowie słuchali uważnie. Wszyscy z przejęciem śledzili krótkie ruchy ręki, wyczarowujące coraz inne obrazy, będące przedmiotem długich opowieści.

Drugą pasją tego człowieka był sport. O pięknie wygimnastykowanej sylwetki, o wyczynach sportowców, tak jak o malarzach i ich dziełach, potrafił opowiadać godzinami. To właśnie on rozbudził we mnie wciąż żywe pragnienie uprawiania gimnastyki, jazdy na nartach i łyżwach.

Miałem ogromną przyjemność spotkać się z nim w roku 1989, kiedy odwiedziłem strony ojczyste. Pomimo upływu lat prawie się nie zmienił. Wspólnie z synem, ze swoim nauczycielem i wychowawcą spędziłem miłe popołudnie, poczęstowany lampką wina własnej roboty.

Wtedy dowiedziałem się, że do Stołpiec przyjechał po wojnie, jak inni Rosjanie, w poszukiwaniu szczęścia i lepszego bytu. W żaden sposób nie mógł go znaleźć w swoich rodzinnych stronach. Na bezkresnych przestrzeniach tamtego ogromnego kraju zabrakło miejsca na malutki, prywatny domek z ogródkiem. Nie mając gdzie mieszkać, przystąpił do budowy domku. W tym celu nosił z pobliskiego lasu, na własnych plecach, długie żerdzie. Następnie przycinał je na mniejsze kawałki i z nich bez niczyjej pomocy sklecił malutką, drewnianą chatkę. Cienkie sosnowe ściany otynkował gliną, żeby było cieplej, a potem pobielił wapnem, bo pragnął, aby było ładniej.

Drzewka owocowe i nieduże grządki uprawiane przy domku, stały się dopełnieniem szczęścia. W poszukiwaniu miejsca dla siebie, pokonał wiele kilometrów, tak jak inni Rosjanie. Po zakończeniu wojny przyjeżdżali na nasze tereny z nadzieją, że nie dotrą tu w szybkim czasie zasady obowiązujące na pozostałych obszarach radzieckiego państwa.

Z tyłu pozostały drewniane zabudowania naszego miasta. Ostatni piaszczysty pagórek z pojedynczymi, rosochatymi sosnami otwierał widok na rozległą równinę. Po lewej stronie ograniczała ją zielona ściana sosnowego lasu wygiętego na kształt wielkiego łuku. Na jego końcu, lekko przyćmione słoneczną mgłą, przykucnęły niskie, szare chatki, wtopione w ciemną zieleń znacznie wyższych drzew. Wieczorem, późną jesienią kilka dalekich światełek od lamp naftowych zapraszało do przyśpieszenia kroku. Dalsze zabudowania rodzinnej wsi ginęły za niedużym wzniesieniem i zakrętem.

Droga do wsi nie prowadziła na wprost przez zieloną równinę, lecz półkolem obok lasu, gdzie królował największy piasek. Czasami chłopcy, którzy wracali ze szkoły, skracali sobie drogę, niby po cięciwie napiętego łuku, wybierając kierunek na widoczne w oddali pierwsze wiejskie chatki. Piasek stopniowo zanikał. Pojawiała się jakaś niska trawa, której nigdy nie dotknęła kosa, na której nigdy nie widzieliśmy też żadnych krów. Na środkowym odcinku naszej trasy pojawiały się coraz większe kępy, wystające ponad błotniste podłoże. Trenowaliśmy więc przeskakiwanie z kępy na kępę, pokonując ten fragment drogi prawie biegiem. Do rodzinnej wsi było coraz bliżej. Do Niemna nadal daleko. Płynął gdzieś po prawej stronie, równolegle do naszej trasy, kryjąc się za niedużym wzgórzem, porośniętym krzakami różnorodnych wierzb.

Najczęściej jednak wybieraliśmy nie bezdroża na wprost, lecz tak jak inni, wąską ścieżkę biegnąca skrajem suchego, sosnowego lasu, który osłaniał skutecznie rozgrzane, nieruchome powietrze przed napływem orzeźwiającego wiatru. Obok, po prawej stronie, ciągnęło się szerokie pasmo szarego piasku z głębokimi koleinami od ciężarowych samochodów. Nagrzany słonecznymi promieniami wspierał słoneczny żar, który spływał z błękitnego nieba.

Równa, twarda ścieżka wiła się wśród leśnego igliwia i niskiej trawy, omijała samotne sosny, odsłaniając czasami ich grube korzenie. Wydeptały ją ciężkie buty przechodniów, a wygładziły lekkie opony szybkich rowerów.

Taką drogą chłopcy i dziewczyny z naszej wsi podążali do szkoły i wracali ze zdobytą wiedzą do domu. Podczas upałów w cieniu wyższych drzew poszukiwano ochłody. Zimą pod sosnami widziało się ślady wilków. Droga pokonywana pieszo zawsze wydawała się nudna i długa. Szybko i wspaniale jechało się po ścieżce rowerem, kiedy wiatr przyjemnie ochładzał, a do uszu dolatywał cichy szmer gumowych opon ocierających się o równe podłoże zagęszczonego piasku. Rower niestety był zbyt drogim luksusem. Do szkoły się chodziło tylko piechotą.

2

Kilometrowy odcinek lasu pozostał z tyłu. W wyobraźni, ponownie jak w latach szkolnych, widzę znajome, drewniane zabudowania rodzinnej wsi. Pierwsze, najstarsze chatki stały na pograniczu lasu. Grube konary wysokich sosen zwisały nad słomianymi dachami, a zamiast drogi mieliśmy głęboki piach. Pokonanie go na rowerze mogło być powodem do dumy.

Po prawej stronie, tworząc rażący kontrast z sypkim piaskiem utworzyła się bagienna dolinka, na której wyrastał olchowy zagajnik. Wyciągała się ona w kierunku drogi i przecinała ją utrudniając przejazd i przejście, szczególnie w okresie jesiennym. Głęboko zapadały się tam końskie kopyta oraz wąskie koła nawet pustych wozów. Z lewej strony drogi bagienko przekształcało się w kilkusetmetrową oazę równej, zielonej łąki, za którą rozpościerał się znowu sosnowy las i niewielkie piaszczyste wzgórze, zwane polem.

Po prawej stronie było jednak ciekawiej. Za bagienną dolinką całkiem nieoczekiwanie pojawiała się dość stroma górka, wspaniale nadająca się na nasze narciarskie slalomy po krętych ścieżkach, między gęstymi sosenkami. Były to nasze wiejskie „Karpaty”. Nazwa w pełni odzwierciedlała młodzieńczą wyobraźnię o tym jak wysokie mogą być góry.

Za bagienkiem, droga dość wyraźnie wznosiła się i zmuszała do mocniejszego naciskania na pedały, jeśli była to jakaś rowerowa przejażdżka. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i wjeżdżało się na skrzyżowanie. Dopiero tutaj można było ujrzeć prawdziwy piach. Głęboki i sypki królował na całej szerokości drogi głównej, ale jeszcze większy występował na poprzecznej.

W tym miejscu, prawie na środku skrzyżowania, powinien stać niski, drewniany krzyż. Stał do momentu naszego wyjazdu do Polski, chociaż co najmniej raz się przewrócił. Przedwojenne drewno tuż przy ziemi spróchniało i przegniło. Ojciec, gdy tylko się o tym dowiedział, natychmiast ze szpadlem poszedł na skrzyżowanie. Wykopał tam drugi dół i krzyż postawił ponownie. W 1989 roku po krzyżu śladów nie zostało. Widocznie drewno ostatecznie spróchniało, a może krzyża przewróconego ponownie nie było komu postawić.

Wspomnieniami znalazłem się na skrzyżowaniu. Teraz mam do wyboru trzy drogi. Trzy kierunki, jak w bajkach, które czytałem bardzo dawno, w latach dzieciństwa. Kilkukilometrowej drogi w lewo, na wschód, nie wybiorę. Lekko wznosząc się, wdzierała się szerokim, pustynnym pasem w gęstwinę starego lasu, bezlitośnie oddzielając jedną część od drugiej. Wysoko nad głowami, na tle błękitnego nieba grube konary smukłych, wiekowych sosen nieoczekiwanie i samotnie zawisały nad pustką jałowej przestrzeni. Krzaczaste zarośla, leśna ściółka, sosnowe igliwie – wszystko kończyło się nagle wraz z gęstym cieniem, kontrastując z sypkim piaskiem. Gorące promienie letniego słońca pieściły go nieustannie.

Ta niby droga, nadmiernie szeroka, jak na potrzeby chłopskich furmanek, prowadziła do wsi Orciuchy, zagłębionej jeszcze bardziej w leśnych ostępach. Piesze wędrówki ani w tamtym kierunku, ani tym bardziej z powrotem, do przyjemnych nie należały. Były wyjątkowo długie i bardzo męczące. Chodziłem tą drogą, co najmniej kilkakrotnie, z mamą i dziadkiem, do jakiegoś wiejskiego sklepiku. Ścieżka dla pieszych tam nie powstała. Mieliśmy do wyboru albo dwa płaskie wyżłobienia, wytłoczone oponami samochodów ciężarowych na środku morza piachu, daleko od drzew, albo szlak furmanek konnych, w ich cieniu.

Dziecięce nogi męczyły się przed czasem, niezależnie od tego, czy maszerowałem przed mamą, czy wlokłem się z tyłu, za dziadkiem. Zaczynałem marudzić i narzekać coraz częściej i głośniej. Potykając się na nierównościach wąskiej dróżki, wydeptanej twardymi końskimi kopytami, byłem przekonany, że będzie znacznie łatwiej jeśli zejdziemy na drogę samochodową.

Tłumaczenia i wyjaśnienia dorosłych, że będzie tam bardziej gorąco i jeszcze ciężej, nie docierały do mojej świadomości. Wreszcie, brnąc w głębokim piasku, schodziliśmy do dwóch podłużnych zagłębień. Na początku wydawało się to nawet zabawne i przyjemne, bo stopy osuwały się i grzęzły przyjemnie w gorącym piasku. Przecież teraz mogłem maszerować bez butów.

Taka zabawa stopniowo przestawała cieszyć, bo już wkrótce zauważałem, że długich kroków nie dało się wykonać, a nawet krótkie wymagały wielkiego wysiłku. Nad lasem rozpościerało się błękitne niebo bez żadnego obłoczka, jeszcze wyżej nad głową znajdowało się ogromne, oślepiające słońce. Płynął z niego bezlitosny żar, przed którym nie było gdzie się ukryć. Piasek wydawał się z każdym krokiem coraz bardziej gorący i krótka radość stopniowo zamieniała się w beznadziejną rozpacz. Końca drogi nie było widać. Za nami i przed nami, ciągnęły się monotonnie dwa równoległe, głębokie ślady, stopniowo zwężając się przed większym wzniesieniem lub za łagodną dolinką, ale końca piasku nie było widać.

Gorące, nieruchome powietrze pozbawiało reszty sił. Nie było już chęci iść dalej. Kolana się zginały. Wzmagało się życzenie, by się położyć i usnąć. Mama ponownie słyszała rozpaczliwe pytanie: „kiedy wreszcie dojdziemy?”, a ja znowu uzyskiwałem tę samą, znaną odpowiedź, że za najbliższą górką będzie następna i jeszcze jedna, a gdzieś tam, za lasem i polem, czeka nasz dom. Chociaż wędrówki tej miałem już dosyć, musiałem iść dalej.

Wędrówki do wsi Orciuchy i z powrotem, utkwiły w pamięci. Były to wyprawy do jakiegoś wiejskiego sklepiku, w którym czasami coś się łatwiej kupiło niż w Stołpcach. Odległość, w jednym i drugim kierunku, określano ilością górek, na które musieliśmy wejść i z których według słów mamy schodziło się lekko i łatwo. Może tak było, lecz wąska dolinka szybko zostawała z tyłu, a z przodu wyrastała kolejna górka, jeszcze większa. Należało na nią wejść małymi krokami zmęczonych nóg. Może męczyłem się przed czasem również dlatego, że wyprawy w tamtym kierunku nie interesowały mnie wcale.

Gdybym teraz miał nawet największe chęci, to i tak bym nie mógł przejść tamtą trasą ponownie. Tam już nie ma kolein! Zlikwidowano piach, ułożono asfalt!

W tej sąsiedzkiej wsi, nadal zamieszkiwali przedwojenni gospodarze. Nie wiem, czy było więcej rodzin narodowości polskiej, czy może białoruskiej. Wszyscy żyli w zgodzie i w odróżnieniu od mieszkańców Okińczyc po 1945 roku nie ulegli rozszerzającej się gorączce wyjazdu na Ziemie Odzyskane, nie opuścili swoich domów.

W okresie, kiedy na naszych terenach rozpoczęto likwidację rolnictwa indywidualnego, mieszkańcy tych dwóch sąsiednich wiosek, próbowali uzyskać zgodę władz na utworzenie jednego wspólnego gospodarstwa, które w jakimś stopniu miało przypominać wzorzec radziecki. Niestety, władze na żadne eksperymenty nie wyraziły zgody. Powstał kołchoz gigant, z kilku wsi oddzielonych od siebie kilometrami polnych i leśnych dróg, zbliżonych wspólnym kierownictwem i połączonych tą samą, jednakową biedą.

Jeżeli stanęło się na środku skrzyżowania pod krzyżem w samym środku królestwa piasku, to w kierunku zachodzącego słońca również widziało się dziwnie szeroką, prostą drogę. Kilkaset metrów dalej wysoka zieleń lasu otulała ją z obu stron. Gdzieś daleko, na skraju horyzontu, droga ginęła przed długim pasmem dość stromego, poprzecznego wzgórza. W tym kierunku podążało się zawsze z wielką ochotą, chociaż pierwsze dwieście, może trzysta metrów należało przejść po wyjątkowo luźnym piasku. Tu też bose stopy zapadały się głęboko i łatwo, ale nie było to już męczące i chyba nie tylko z tego powodu, że miałem w tym czasie znacznie więcej lat. Dalej wchodziło się na niską murawę, która pokrywała zielonym dywanem szeroką płaszczyznę nasypowej grobli.

Co nas ciągnęło tam!? Dlaczego, idąc w tamtą stronę nie czuło się najmniejszego zmęczenia? Chyba nie z tego powodu, że już wkrótce w powietrzu wyczuwało się namiastkę wilgoci, nawet podczas największych upałów. Woda znajdowała się po obu stronach drogi, tam, gdzie w wiecznym mokradle, wśród pokrzyw i paproci, wyrastały wysokie drzewa i skutecznie przesłaniały słoneczne niebo swym gęstym listowiem.

Las nie był gościnny, nie zapraszał do wnętrza i nikt do niego nie wchodził. Tam się rozpoczynało królestwo pokrzyw i komarów. Między drzewami, w zagłębieniach wśród wystających grubych korzeni znajdowało się zimne, czarne błoto. W sąsiedztwie dzikiej, ostrej trawy, w zaciszu paproci, łatwo było natrafić na zygzakowatą żmiję, wygrzewającą się leniwie w ciepłych promieniach słońca. Przedzierało się ono gdzieniegdzie do wnętrza przez rozrzedzone konary najstarszych drzew.

Kiedy do końca drogi i celu wyprawy zostawało mniej więcej połowę trasy, po lewej stronie las się raptownie kończył. Tuż obok drogi rozpościerała się zielona łąka. Jedynie gdzieniegdzie wywyższały się na niej gęste, wierzbowe krzaki. Ciemną ścianę lasu można było ujrzeć dopiero daleko, na skraju horyzontu. Potem rozszerzał się on i zbliżał się ponownie pokrywając bujną zielenią niewysokie wzgórze, które wyciągało się w naszą stronę w postaci zwężającego się, potężnego jęzora. Między nim, a drogą falowało szerokie morze soczystej, wiotkiej trawy.

W tym czasie, po prawej stronie również rozpoczynała się niska, bagienna łąka. W niektórych miejscach, cofała się pod naporem drzew nacierających pojedynczo lub niedużymi skupiskami z odległego, lekkiego wzniesienia. Cicha, wieloletnia walka między dziką, niską trawą, a wysokimi drzewami nie utworzyła ostatecznej, stałej granicy. Trawa wdzierała się wszędzie, a drzewa wyrastały jedynie tam, gdzie nasionka miały szansę skiełkować. Tam, gdzie pęczniały i ginęły w wiecznej, nadmiernej wilgoci, zwyciężała nędzna, dzika trawa wyrastająca nierówno, kępami.

Tereny te nazywano łąkami. Wąskie paski tych użytków zielonych mieli tam również dziadek i ojciec. Nawet w upalne lato, podczas sianokosów, w najniższych miejscach pod nogami „chlupała” woda o jakimś rudawym, rdzawym kolorze. W powietrzu unosił się dziwny zapach bagna i więdnącej trawy. W jakiś sobie tylko znany sposób gospodarze kosili, suszyli a potem zbierali siano. Umieli również rozpoznać granice własności. Nieduże wąskie działki porośnięte nędzną, rzadką trawą w nieznacznym stopniu uzupełniały zapasy pokarmu na zimę. Te niby łąki wykorzystywano przeważnie do wspólnego wypasania krów i koni. Dziwny ten świat - terenów tamtych nikt nie chciał opuścić.

W pierwszych latach po wojnie, dokładnie tam, gdzie ojciec zatrzymywał się wozem, żeby rozpocząć pracę na swoim, mogłem się bawić w kierowcę. Tuż obok stał jakiś niemiecki, osobowy samochód. Był spalony, nie miał kół, nie było szyb, siedzeń. Nie wiem, czy został silnik. Mogłem jednak do niego wejść i poruszając kierownicą udawać, że jadę. Na wysokości samochodu zaczynała się nasza łąka. Pracował tam ojciec z dziadkiem. Któregoś dnia zmartwiłem się poważnie, bo samochodu już nie ujrzałem. Widocznie został zabrany na złom. Potem przestaliśmy podjeżdżać do tamtego miejsca naszym wozem. Nastał kołchoz, zabrał ziemię, zlikwidował pojęcie własności, smutkiem wypełnił serca mieszkańców.

Nie martwiło to jednak nas, kilku i kilkunastoletnich chłopców, bez względu na narodowość. Kilkuosobową, wesołą gromadką podążaliśmy dalej i obojętnie mijali to miejsce, gdzie po bokach drogi pojawiały się dwa głębokie stawy, obsadzone wierzbami. Koledzy rosyjscy o tym nie wiedzieli, ale dziadek już podczas pierwszej wyprawy długo opowiadał, że kiedyś, przed laty w tamtym miejscu znajdował się jeden wielki zbiornik wodny o nazwie Miranka. Dawni mieszkańcy naszej wsi w przypadku, jeśli ktoś porywał się na zadanie ponad siły, spokojnie stwierdzali, że ma taką samą szansę wykonania, jak zasypania Miranki. Ze zdziwieniem i niedowierzaniem przyjęli zapowiedź budowy drogi po rozmokłych łąkach. Przeprowadzenie jej środkiem głębokiego stawu uznali za pomysł pozbawiony sensu, całkowicie nierealny.

Droga powstała nie tylko na łąkach. Zgodnie z zamiarem kogoś ważnego, wbrew poglądom najstarszych, najbardziej doświadczonych mieszkańców, przeszła również środkiem Miranki i podzieliła ją na dwie części. Gospodarze wiele godzin, wiele dni pracowali podczas budowy, dowożąc piasek i żwir z dalekich wzgórz po drugiej stronie Niemna. Wąskie koła, okute żelaznymi obręczami, zapadały się głęboko w luźnym piasku, obracając się z trudem na dębowych osiach posmarowanych czarnym, gęstym dziegciem.

Wiele wozów sypkiego piasku przywieziono na drogę. Dziesiątki godzin obowiązkowego szarwarku przepracowali nasi przodkowie, zanim powstała szeroka grobla w poprzek łąk, zanim utworzono nasyp stwarzający możliwości przejścia i przejazdu środkiem Miranki na drugą stronę. Ojciec opowiadał, że jadąc w kierunku Niemna, wreszcie nie omijano stawu daleko prawą stroną, skrajem przyległej łąki. Końskie kopyta już się nie ślizgały po gęstym błocie, a wąskie koła nie stawiały takiego oporu jak wtedy, gdy obracały się z trudem w gęstej czarnej mazi przelewającej się z szumem w głębokich, ciasnych koleinach.

Za Miranką, droga swym szerokim, równym pasem skręcała w prawo. Nie szliśmy w tamtym kierunku, lecz podążaliśmy ochoczo dalej na wprost, po szerokiej, szarej płaszczyźnie niepodobnej ani do łąki, ani do drogi. Próbowała tam rosnąć jakaś niska trawa, może chwasty. Cała roślinność usychała tuż nad powierzchnią gruntu, szybciej niż zdołała urosnąć. Za każdym razem, dążąc do celu wyprawy, mimowolnie wydłużaliśmy krok, zwiększaliśmy tempo. Żaden chłopiec nie zważał na szorstkie, twarde podłoże. Skóra naszych stóp od dawna była gruba, nie reagowała na takie drobnostki. Od tamtego miejsca wyraźnie zwiększało się tętno, przyspieszał się oddech, nasilała się praca serca. Uczucie podniecającej radości rodziło się, wzmagało i rozrastało nie z powodu końcowego etapu pieszej wędrówki. Nikt się jeszcze nie zmęczył. Bez zbędnych słów i uzgadniania, rozpoczynaliśmy tam często bieg, w gorących promieniach letniego, wysokiego słońca.

Jeszcze kilkadziesiąt metrów i w poprzek trasy, w szerokim wyżłobieniu niskich brzegów dostrzegaliśmy błękitną wstęgę najmilszej rzeki. Delikatnie otulała ją soczysta zieleń nadbrzeżnych traw. Promienie słoneczne odbijały się od drobnej fali dziesiątkami wesołych zajączków. Nie ma wątpliwości - tu płynął nasz Niemen. To przed jego nurtem nieco wcześniej skręciła w bok szeroka droga, szukając możliwości przeprawy na drugą stronę w bardziej dogodnym miejscu. To ta rzeka, przyciągając z daleka jak magnes, nakazała skręcić w prawo, kiedy znalazłem się na piaszczystym skrzyżowaniu wiejskich dróg. To z tego powodu tak niechętnie szedłem w przeciwnym kierunku i tak się szybko męczyłem na trasie do wsi Orciuchy.

Wspomnieniami i wyobraźnią wróciłem kolejny raz nad ukochaną rzekę, nad nasz Niemen. Na zielonym brzegu i nad cichą wodą już się nie spieszę. Zatrzymuję się lub idę wzdłuż rzeki, jak w dawnych latach, w okresie młodości. Nad Niemnem nie ma pośpiechu. Nie było go nigdy. Czas płynął tu wolno, odprężał i dodawał sił. Za rzeką, zieleniła się wielka łąka. Gdzieś daleko, na jej krańcu, teren gwałtownie się wznosił, tworząc pofalowany grzbiet długiego pasma wyraźnych, lecz niewielkich wzgórz, porośniętych sosnowym lasem. Wątpię, aby za wzgórzami znajdowało się coś ciekawego. Niemen płynął tu. Czy coś piękniejszego mogło być dalej?

Znalazłem się na skraju szerokiej wody, podążającej nieustannie głębokim nurtem gdzieś za kolejny zakręt, tak samo niezmiennie wiele dziesiątków lat. Marzeniami jestem znów nad wyśnioną rzeką dzieciństwa. Wchłaniam ponownie spokój promieniujący ze znajomej łąki, nieruchomego powietrza oraz równej, gładkiej tafli odbijającej jak w ogromnym lustrze wąski pasek przeciwległego brzegu i bezkres błękitnego nieba. Pragnę, jak w dzieciństwie, zbliżyć się bezpośrednio do wody, najlepiej tam, gdzie kiedyś znajdowała się nasza piaszczysta plaża, gdzie krótki, dwudziesto, może trzydziestometrowy fragment brzegu, jak na zamówienie ukształtował się inaczej, niż na pozostałym biegu rzeki. W tym miejscu powstał wyjątkowo dogodny dostęp do wody na łagodnym, piaszczystym stoku. Dalej od tego miejsca, po lewej i prawej stronie, rzeka płynęła w niskim, lecz stromym korycie.

Najchętniej bym podszedł do rzeki bliżej. Bardzo blisko, aby bose stopy znalazły się na skraju nieruchomego piasku, tuż obok czystej wody. Żółty, wilgotny piasek delikatnie osuwa się pod ciężarem. Pozostają w nim odciski stóp. Zazdrosna rzeka na to nie pozwala. Prawie natychmiast ślady stają się płytsze, bardziej zamazane. Woda szybko wyrównuje powstające zagłębienia, likwiduje dowody pobytu intruza. Po chwili, jedynie lekka fala delikatnie jak przed wiekami głaszcze piaszczysty brzeg, niby go pieszcząc oraz przepraszając za naruszony odwieczny spokój i porządek. Nie ma już śladów ani moich, ani tamtych dawnych, na krótką chwilę zostawionych bosymi stopami przodków.

Gdybym się znalazł nad wymarzonym brzegiem ponownie, to najpewniej, jak w latach młodości, zechciałbym mieć ze sobą długą wędkę z prawdziwą, cienką żyłką. Z narastającą falą emocji, w oczekiwaniu na wyniki połowu zarzuciłbym daleko w nurt haczyk z przynętą. Może bym się upewnił, że ryby w rzece zostały, może bym którąś złowił.

Najbardziej bym pragnął pochylić się nisko do wody, otwartą dłoń włożyć do rzeki i jak w młodości znowu pogłaskać najmilszy potok. Rzeka żyje. Odpowiadając na gest przyjaźni, nurt powolny, lecz mocny delikatnie otoczył i objąłby dłoń. Przeźroczysty strumień z cichym szumem przepływałby między palcami, zapraszając do wspólnej wędrówki za najbliższy zakręt, a potem daleko, na północ.

Pierwszą myśl o bezwolnym spływie po gładkiej tafli w dół rzeki uzupełnia druga. Jak przyjemna byłaby piesza wędrówka wzdłuż krętych brzegów, wąską ścieżką wydeptaną pośród wysokich traw. Niezapomnianym, niezrealizowanym szczytem młodzieńczych marzeń pozostaje letnia wyprawa środkiem rzeki szybkim, zwinnym kajakiem.

Przypomniałem sobie Niemen. Ponownie w marzeniach zobaczyłem tę cudowną rzekę dzieciństwa. Znad jego brzegów nie chce się wracać. Pomimo to, wędrówkę wzdłuż najmilszej rzeki przełożę na później, tak jak na koniec posiłku zostawiamy desery. Jak kiedyś, niechętnie i powoli wracam, na skrzyżowanie z drewnianym krzyżem, gdzie tak ochoczo skręciłem w prawo. Piaszczysta, wiejska droga niech prowadzi dalej.

Ojciec, wspominał często o drodze do Niemna. Powtarzał, że był to stary, historyczny trakt, który prowadził z dalekiej Moskwy do tak samo odległego Paryża. Tędy, w zamierzchłej przeszłości, piękne karety z wystrojonymi damami carskiego dworu mknęły ze śnieżnej Rosji do Europy, do Francji. Od ojca też się dowiedziałem, że tą drogą parły na wschód, w kierunku Moskwy pełne entuzjazmu wojska hitlerowskie. Główne siły uderzeniowe przetoczyły się przez naszą wioskę. Wyznaczono im zadanie – zdobyć stolicę kraju. Uśmiechnięci, szczęśliwi żołnierze, nie napotykając żadnego oporu, nie tknęli wioski, nie wyrządziły krzywdy jej przerażonym mieszkańcom.

Czy któryś z nich pomyślał przez moment, że nie tylko nigdy nie ujrzy dalekiej, mroźnej Moskwy, lecz też nigdy nie wróci do swego rodzinnego kraju? Czy któryś przewidział, że padnie gdzieś w polu podczas strasznej śnieżnej zamieci i tam, w głębokim, zmrożonym śniegu, skończy swoje młode życie?

Może złe przeczucia rodziły się dopiero w głowach żołnierzy z następnych batalionów i pułków wysyłanych na daleki wschód w okresie zimowym z równie dalekich Niemiec i Włoch. Zatrzymywali się w naszej wiosce na odpoczynek i poznawali przedsmak surowej, rosyjskiej zimy. Na twarzach nie zauważało się entuzjazmu, odrobiny radości.

Ileż to razy ojciec opowiadał o tym, że żołnierzy nie oszczędzano, a próbowano hartować i oswajać z warunkami, o których nie mieli żadnego pojęcia w swoich ciepłych krajach. Podczas mroźnej, śnieżnej zimy, kiedy rodowici mieszkańcy wsi chodzili poubierani w kożuchy, a kłęby białej pary wydobywały się z ust przy każdym wydechu, kazano im, porozbieranym do pasa, myć się i golić przy studniach, w lodowatej wodzie.

O czym wtedy myśleli młodzi włoscy chłopcy w wojskowych mundurach wyrwani ze swych słonecznych miast i wsi? O czym tak pięknie, wzruszająco śpiewali, w naszym domu? Dlaczego wśród innych, niezrozumiale brzmiących słów, tak często powtarzali ... Italia, ... Italia...? Ilu ich zginęło daleko od ojczyzny na bezkresnych, rosyjskich stepach, a ilu po długich i ciężkich bojach podczas cofania się przed nacierającą Armia Czerwoną, okaleczonych, nikomu niepotrzebnych wróciło do ukochanej, słonecznej Italii.

Pokonując tęsknotę za Niemnem, po zbyt krótkim spotkaniu z ukochaną rzeką, wypada wyruszyć dalej, wzdłuż rodzinnej wsi. W latach młodości nadal pozostawał tam sypki piasek, a głębokie koleiny ciągnęły się wzdłuż drewnianego płotu. Kilkadziesiąt metrów za skrzyżowaniem przestrzeń po prawej stronie powinna się gwałtownie rozszerzyć. Wzrok kierował się na podłużny kopiec wznoszący się w postaci zielonej wysepki pośród morza głębokiego piasku, zwanego drogą.

Kopiec, to zbiorowa mogiła po jakieś dawnej wojnie. Może Napoleońskiej, może innej? Usypali go mieszkańcy wsi, ku wiecznej pamięci niepotrzebnie poległych, młodych mężczyzn. Na skraju kopca wznosił się drewniany, wysoki krzyż. Jego szerokie ramiona miały osłaniać i ochraniać próchniejące kości oraz zapewniać im spokój w dalekiej, obcej ziemi.

Krzyż powstał z wysokiej, smukłej sosny, przywiezionej z pobliskiego lasu. Z przycięciem jej na odpowiednią długość nie było żadnych problemów. Ręczne piły do poprzecznego cięcia drewna już we wsi istniały. Należało jeszcze wyciosać kwadratowy przekrój, by przekształcić okrągłą dłużycę w ładną, długą belkę. Doświadczony cieśla, udając się do pracy, zabrał ze sobą nie tylko dobrze naostrzoną siekierę, lecz i długi konopny sznurek oraz białą kredę w postaci małej, kruchej gałki.

Dwaj pomocnicy, zgodnie ze wskazówkami mistrza, rozciągnęli i ułożyli go wzdłuż kloca, a cieśla osobiście i dokładnie posmarował kredą. Następnie, po kilkakrotnych przymiarkach, ustawił się na środku, w jednakowej odległości od obu końców i odciągając od kloca, sznurek mocno naprężył. W następnej chwili gwałtownie puszczony odbił on na szarej powierzchni kory równą, białą linię. Tak samo wyznaczono pozostałe trzy podłużne krawędzie. Schylona postać cieśli, rytmicznie unosząca się i opadająca siekiera oraz odlatujące na bok szczapy potwierdzały, że dopiero teraz się rozpoczął najważniejszy etap prac.

Po upływie kilku godzin z okrągłej sosny powstała czterokątna belka o równych, gładkich płaszczyznach. Wreszcie można było dokonać odpowiednich, poprzecznych nacięć i połączyć dwie belki w postać krzyża. Wysoki, drewniany krzyż stanął nad mogiłą obcych, nieznanych ludzi. Prace zakończono, kiedy wokół miejsca ich wiecznego spoczynku wykonano zgrabny płotek.

Był we wsi jeszcze jeden krzyż, na naszej górce zwanej Karpatami. Górka była porośnięta sosnowym laskiem, niewiele starszym od nas. Odwiedzaliśmy to miejsce chętnie nie tylko zimą, ale i latem, bawiąc się w chowanego lub wojnę z „Niemcami”. To tam, od strony Stołpiec, znajdowała się nieduża polanka z wysokim krzyżem, z metalowych rurek. Chociaż wielokrotnie, w momencie kiedy oglądałem to miejsce, chciałem wiedzieć, z jakim wydarzeniem wiązało się ustawienie go w tamtym miejscu, co symbolizował, ale w drodze do domu ciekawość gdzieś ginęła i dzisiaj o krzyżu nic więcej nie wiem. Rosyjscy koledzy oglądając to miejsce jeszcze raz mogli przekonać się, że jeszcze nie tak dawno była tu Polska.

W 1989 roku, podczas pobytu w Okińczycach, już nie zobaczyłem ani kopca, ani krzyża na środku ulicy. Ktoś naruszył wieczny spokój dawnych żołnierzy. Ogromne spychacze w kilka minut zepchnęły pagórek, który długo i mozolnie usypywali mieszkańcy, dowożąc piasek konnymi wozami. Krzyż przestał istnieć. Może nawet nie przeniesiono w inne miejsce białych kości, a tuż nad nimi usypano kamienny tłuczeń i ciężkim wałem wyrównano czarny asfalt.

W tym miejscu, po lewej stronie drogi, na równym i wielkim podwórku, wznosiły się ku niebu stare, grube modrzewie. Małymi sadzonkami były dziesiątki lat wstecz. Czyjeś pracowite ręce posadziły je dawno, przed laty. Jakieś szczęśliwe oczy cieszyły się pierwszą zielenią delikatnych, wiotkich gałązek. Myśli wybiegały w daleką przyszłość z nadzieją, że nadal zamożni potomkowie znanego rodu będą spacerować w cieniu wysokich, potężnych drzew.

W głębi podwórza, stał okazały drewniany budynek z dużymi, zadaszonymi schodami. Do wnętrza pałacyku zapraszały dwuskrzydłowe drzwi, wysokie i szerokie. Przed schodami zatrzymywały się w przeszłości piękne powozy. Parskały powstrzymywane na wodzach konie, oczekujący w zniecierpliwieniu na zajęcie miejsc przez dostojnych gości. Rozbawieni, uśmiechnięci pragnęli się zabawić kolejną, beztroską przejażdżką po okolicznych polach i sąsiednich lasach.

Nie ma wątpliwości, tu nie mieszkał małorolny chłop, przeciętny, wiejski gospodarz. W tym miejscu znajdowała się własność kogoś bogatego, posiadającego znaczną władzę. Wzdłuż posesji, od strony drogi, leżały w równym rzędzie ogromne, kamienne głazy. Oddzielały ścieżkę dla pieszych od piaszczystej drogi konnych furmanek, jedynego środka lokomocji w tamtych czasach. Ciężkie granitowe bryły podkreślały siłę i pozycję właściciela.

Tamte głazy, to nie piramidy Faraonów, a Okińczyce, to nie Egipt. Jakimi metodami, jakimi urządzeniami, nie mając do dyspozycji żadnych potężnych dźwigów i maszyn, dostarczono ogromne kamienne bryły, a następnie ułożono wzdłuż jednej, wyróżniającej się posesji? Jaką władzę należało mieć, aby wydać odpowiednie decyzje? Kto tak ważny mieszkał w małej, leśnej wiosce?

Tajemniczy człowiek, to książę Radziwiłł. Tu znajdowała się jego letnia rezydencja. Jego lasy rozciągały się wokół naszej wioski. Nie ma Radziwiłła. Może nie ma i tamtego drewnianego pałacyku. Kamienie z granitu już nie istnieją - czas zatarł ślad.

3

Wędruję dalej prostym odcinkiem wiejskiej drogi. Coraz bliżej rodzinny dom, miejsce w którym rozpocząłem pobyt na tym świecie. Z prawej strony mijam wąskie, długie podwórka, odgrodzone wzajemnie od siebie i ulicy drewnianymi płotami. W równym szeregu stały tam małe, drewniane chatki, pamiętające pierwszych, najdawniejszych mieszkańców. Podobne do siebie, przykryte próchniejącą warstwą słomianej strzechy. Ich mieszkańcy kolejny dziesiątek lat przez małe okienka, spoglądali na tę samą piaszczystą drogę i pola po przeciwnej stronie. Pierwszy domek, to własność Michała Ciechanowicza, naszego dziadka, miejsce urodzin ojca.

Po drugiej wojnie światowej zajęła go rodzina, która przybyła „ze wschodu”.

W zakamarkach pamięci bez trudu odtwarzam widoki dzieciństwa. Serce bije mocniej. Za chwilę randka z najmilszymi wspomnieniami. Coraz bliżej dom rodziców, postawiony przez ojca w ostatnich latach przed wybuchem wojny. Wtedy wierzył, że posłuży również następnym pokoleniom. Czy go poznam?

Dom rodzinny łatwo poznam. Wnikał do pamięci od najmłodszych lat. W wyobraźni pozostał na zawsze. Od mijanych wcześniej różnił się nie tylko wiekiem. Znacznie większy, zwrócony dłuższą, frontową ścianą do drogi zajmował szeroką, obszerną działkę. Droga była nadal piaszczysta, lecz w tym miejscu lekko się obniżała i skręcała łagodnie w lewo. Przed domem, tuż za ogrodzeniem rosły krzaki bzu. Za nimi znajdował się kwiatowy ogródek, zawsze zadbany i kolorowy.

W latach naszego dzieciństwa tak to wyglądało. Mama się starała, aby kwiaty rozkwitały od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Kwitnący ogródek był jej dumą. Nawet w okresie kołchozów, kiedy istniał tylko jeden cel - wyżywienie rodziny, mama potrafiła znaleźć czas na posadzenie kwiatów i ich pielęgnację. Prace wykonywała samodzielnie. Prosiła o pomoc wyłącznie podczas wiosennego przekopywania. Nosiliśmy też wodę do podlewania. W tamtym beznadziejnym czasie tylko kwitnący, mały ogródek dawał jeszcze odrobinę radości, uśmiechu i szczęścia.

Natomiast po przeciwnej stronie ulicy, na polu, zaraz po wojnie doszło do wiejskiej tragedii. Tam chłopcy znaleźli jakiś granat lub inny pocisk. Wokół znaleziska zebrała się spora grupa ciekawskich. Najstarsi, a więc najważniejsi, zaczęli coś przy nim manipulować, chyba próbowali rozebrać przy pomocy kamieni. Znacznie młodszyi mniejszy, blisko się dopchać nie mogłem. Przykucnąłem i próbowałem coś ujrzeć między ciasno ustawionymi nogami. Bardzo chciałem przepchać się dołem, żeby zobaczyć, co się tam dzieje. Wyższym od siebie bym nie przeszkadzał.

Zamiaru swego zrealizować nie zdążyłem, bo usłyszałem głośne wołanie mamy, że mam wracać na obiad. Chyba nie doniosłem jeszcze łyżki do ust, jak mocno huknęło. Wybiegliśmy na ulicę. Usłyszeliśmy płacz i krzyki. Jakaś kobieta niosła dość dużego chłopca. Jego głowa i szeroko rozrzucone ręce zwisały bezładnie. Efektem manipulacji przy pocisku była jedna ofiara śmiertelna. Nie wiem, ilu zostało rannych.

Z