Na złotym wybrzeżu - Evald Flisar - ebook
Opis

Marko Hladnik, syn słoweńskiego pisarza i podróżnika Igora Hladnika, wyrusza do Afryki w poszukiwaniu ojca, śladami jego niedokończonej książki, której maszynopis w zagadkowy sposób trafił do jego rąk. W tym samym czasie tropem innej książki Hladnika Biały jeździec, czarny koń podążają dwie pary z Europy, Słoweńcy, Peter i Silvija oraz Anglicy, Jack i Sally. Ich historie stykają się przypadkowo i wzajemnie przeplatają. Wędrówka do Złotego Wybrzeża wiedzie bohaterów przez Kamerun, Nigerię, Niger, Górną Woltę i Ghanę. W drodze spotykają tajemniczą młodą kobietę, która prowadzi z nimi wyrafinowaną grę, zmieniając imiona i tożsamość. Jest dzika, nieprzewidywalna i niebezpieczna, tak jak Afryka opisana w tej książce.
Dziennik podróży? Niewątpliwie tak, to zapis doświadczeń samego Flisara z jego podróży po Afryce Zachodniej w latach 80. Wnikliwy, obrazoburczy, niezwykle plastyczny, pozwalający czytelnikowi odkryć wszystkie smaki czarnego kontynentu. Ale też, a może przede wszystkim jest to kunsztownie skonstruowana powieść, w której Flisar powraca do swoich ulubionych egzystencjalnych tematów, stawiając pytania o sens ludzkiego życia i działania.
Powieść Na złotym wybrzeżu została przetłumaczona na język angielski, bengalski i czeski. W 2011 r. otrzymała nominację do nagrody Kresnik (słoweński Booker), zaś angielskie wydanie nominowano do najbardziej prestiżowej europejskiej nagrody The Dublin IMPAC International Literary Prize. Redakcja czasopisma „The Iris Times” zaliczyła ją do trzynastu najlepszych europejskich książek o Afryce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 339

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

tytuł oryginału NA ZLATI OBALI

copyright © by Evald Flisar 2010

copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Ezop Sp. z o.o. 2017

copyright © for the Polish translation by Marlena Gruda 2017

projekt okładki i stron tytułowych / Rafał Kucharczuk

redakcja i korekta / Elżbieta Cichy skład i łamanie / Mariola Cichy

Wydawnictwo Ezop Sp. z o.o.

01-829 Warszawa, Al. Zjednoczenia 1/226 tel. 22 834 17 56, e-mail:[email protected]

ISBN 978-83-65230-22-5

Zapraszamy do sklepu internetowego www.ezop.com.pl.

Książka została wydana przy wsparciu finansowym Fundacji Trubar działającej przy Stowarzyszeniu Pisarzy Słoweńskich, Lublana, Słowenia

Przekład wsparty finansowo przez Słoweńską Agencję Książki.

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Bardziej niż śmierci powinniśmy bać się możliwości, że moglibyśmy się nigdy nie urodzić.

Marek Aureliusz

PROLOG

Ojciec Marka opuścił rodzinę w nocy. „Szczęśliwe rodziny są razem, nieszczęśliwym mija termin ważności”, sparafrazował pierwsze słowa Anny Kareniny na wymiętym kawałku papieru, który zostawił na stole w kuchni. Wydawało mu się, że takie pożegnanie wystarczy. Nie spodziewali się tego ani Marko, ani jego mama. Zwłaszcza mama, która była pewna, że żyją w idealnym związku. Jak ojciec mógłby zostawić syna, którego doczekał się tak późno i który był jego oczkiem w głowie od chwili przyjścia na świat? W Marku widziała gwarancję, że nigdy nie zostanie sama.

Wprawdzie Igor Hladnik był niezwykle skomplikowaną osobą, wrażliwą i przesadnie wybuchową, ale kochała go i to szczerze, nawet po dwudziestu latach. Niezmiennie twierdziła, że był jedynym mężczyzną w jej życiu, a ona jest wytworem jego uwagi i miłości. Opiekuńczy i nieegoistyczny, starał się, aby świat traktował ich na równi. Ceniła to tym bardziej, że prawie wszystkiego nauczyła się od niego, choć on zapewniał ją, że nauczył się od niej o wiele więcej. Ale ona mu nie wierzyła. Tak samo doceniała niezaprzeczalny fakt, że wygrzewa się w promieniach słońca, które oświetlało jego. Jego książki cieszyły się dużą popularnością i były przedmiotem burzliwych debat. Zawsze i wszędzie była w centrum uwagi razem z nim.

Co się stało z obrazem kochającego męża i ojca, że zdecydował się na takie nagłe odejście, ucieczkę w środku nocy? Nic nie wskazywało na to, że się zmienił albo że jest nieszczęśliwy, zmartwiony; nawet zanim nad ranem wymknął się z domu, kilka godzin wcześniej podczas kolacji był zrelaksowany i rozmowny. Tylko udawał, żeby nie wzbudzić podejrzeń? Albo dostał udaru mózgu i był w takim stanie, że nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi?

Tak czy inaczej, przez pięć lat nikt nie wiedział, gdzie jest i co się z nim dzieje. Gdy pierwsze emocje opadły, mama Marka pocieszała się już tylko myślą, że podróżuje po świecie z którąś ze swoich wielbicielek. Lubił to robić, jeszcze zanim się poznali. Wierzyła, że pewnego pięknego dnia znudzi mu się tułaczka po brudnych zakątkach i wróci do domu. I zapomną o wszystkim. Pogodziła się, że po odejściu męża ich życie stało się skromniejsze, zaczęła w tajemnicy chodzić do kościoła i Marko kilka razy przyłapał ją, jak klęczała w sypialni z rękami złożonymi do modlitwy.

Marko tak bardzo tęsknił za ojcem, że całe swoje życie skoncentrował na nim. Po dwa, trzy razy przeczytał wszystkie jego książki, potem wszystkie wywiady, wszystko, co napisali o nim inni, uporządkował wszystkie wycinki z gazet i umieścił je w dwunastu grubych teczkach, zapisał się na komparatystykę literacką i na koniec zdecydował, że będzie pisał pracę dyplomową na temat dzienników z podróży ojca.

Dzienniki z podróży Igora Hladnika – fact or fiction? Również jego zaczęło interesować to, co interesowało niejednego krytyka: na ile ojciec przeżył swoje przygody, a na ile je po prostu wymyślił? I jeśli były wymyślone, to czy dzięki temu zyskały wartość literacką, jak twierdzili niektórzy, czy straciły ją, jak uważali inni?

Pisanie dzienników z podróży było dla ojca większym wyzwaniem niż pisanie prawdziwej literatury pięknej. Gdy pisał powieść, podążał za prawdą, która była już w nim samym, tylko musiał ją ujawnić; drogę wskazywała mu wyobraźnia, w pewnym sensie powieść go prowadziła. I jeśli na końcu okazywało się, że poprowadziła go w niewłaściwym kierunku, czuł się winny tylko przed sędzią w sobie.

Pisząc dziennik, skupiał się tylko na faktach i ludziach z krwi i kości. Gdy czytał notatki, dzienniki, listy z podróży, korciło go, aby udramatyzować niektóre sceny, przedstawić się w lepszym świetle (lub gorszym) niż w rzeczywistości. Szukając odpowiedniej struktury i stylu, nigdy nie miał pewności, na ile uległ pokusie.

Gdy pisał o prawdziwych osobach, starał się być ostrożny, ale nie chciał przesadzać. Kłamstwa, korupcja, udawanie, przemoc, kradzież, bieda, wykorzystywanie – wszystko to wywoływało w nim uczucie złości, które z trudem poskramiał. Ale wiedział, że musi się kontrolować, bo nie był tym, który zmienia świat. Jego podróże były sprawą osobistą, filozoficzną.

I właśnie tę filozoficzną warstwę Marko chciał uwypuklić w pracy dyplomowej. Ojciec żył, wędrował po świecie i pisał, żeby znaleźć odpowiedzi na wiele „dlaczego”. „Już w macicy ułożyłem się w znak zapytania”, gdzieś zanotował. I więcej niż raz powiedział Markowi: „Jeśli codziennie nie zadajesz sobie pytania: jak to możliwe, że jestem, że jest świat, że jest życie?, mógłbyś cieszyć się z życia także jako kot, pies albo wół”.

Pięć lat po zniknięciu ojca, pod koniec lipca 1981 roku, zadzwonił do drzwi urzędnik Ministerstwa Spraw Zewnętrznych. Zapytał, czy może wejść do środka. Pani Vera Hladnik zaprosiła go do pokoju dziennego. Urzędnik chciał, aby był obecny także Marko. Ten wyszedł z (kiedyś) gabinetu ojca i przysiadł podekscytowany.

Po wstępnych uprzejmościach przybysz zwrócił się do mamy i zapytał, kiedy zgłosiła zaginięcie Igora Hladnika. Nie mogła sobie przypomnieć daty. Powiedziała, że wyszedł w połowie lipca, czekała, aż wróci albo przynajmniej zadzwoni lub napisze. Zrobiłby to każdy normalny ojciec syna, który dopiero co zdał maturę. Gdy nie dawał znaku życia przez kilka miesięcy, pomyślała, że może coś mu się stało, dlatego najprawdopodobniej w listopadzie zadzwoniła na policję.

Funkcjonariusza interesowało, czy w tym czasie doszły do niej od pana Hladnika albo o nim jakieś wieści. Żadnych, zaprzeczyła ruchem głowy i z trudem powstrzymywała łzy, których przez ostatnie lata już nie doświadczała, a teraz znowu przebiły się na powierzchnię. Nie kontaktował się ani z nią, ani z Markiem. Nie kontaktował się ani z przyjaciółmi, ani z kolegami z pracy, nie opublikował żadnego artykułu, nie wydał żadnej książki, przynajmniej nie w Słowenii. Z konta bankowego wypłacił oszczędności i zamknął rachunek, wziął paszport i wyjechał bez bagażu. Odszedł, jakby planował boczyć się kilka dni, a potem wrócić. Policja stwierdziła, że poleciał do Frankfurtu. Tam ślad po nim zaginął.

Choć zawsze był uparty, nie potrafiłby milczeć dłużej niż kilka miesięcy. Jedynym wytłumaczeniem jest to, że gdzieś, nie wiadomo gdzie, może w Indiach albo w Afryce zakochał się, ożenił, ustabilizował i zaczął nowe życie.

– Albo nie żyje – cicho dodała. – Choć nikt z nas w to nie wierzy – spojrzała na Marka, który cały czas milczał.

Funkcjonariusz sięgnął po czarną aktówkę, którą przyniósł ze sobą. Wyciągnął z niej dużą brązową kopertę i położył na stoliku. Spojrzał na mamę, potem na Marka.

– Dostaliśmy to kilka dni temu – powiedział.

Mamie drgnęła ręka, ale zaraz potem zesztywniała. Skierowała wzrok na Marka. Chciała, aby on pierwszy dowiedział się o śmierci ojca.

Marko wyciągnął z koperty plik papierów w formacie A4, około dwieście gęsto zapisanych stron. „Niedokończona książka”, widniało na pierwszej stronie. Na dole ktoś odręcznie napisał: „osoby zaginionej”.

Niedokończona książka zaginionej osoby!

Marka zalała mieszanina zimna i gorąca; po dopisku rozpoznał koślawe pismo ojca, przynajmniej wydawało mu się, że jest jego, choć w tym momencie jeszcze nie do końca miał pewność.

Na myśl, że trzyma nową książkę ojca, zakręciło mu się w głowie; ojciec wrócił do jego życia. Gdy dotykał gładkich stron, miał wrażenie, jakby dotykał właśnie jego. Rzucił tekst na stolik i pobiegł do łazienki. Myślał, że będzie wymiotował, ale chlusnął zimną wodą w twarz i mu przeszło. Wrócił do pokoju dziennego.

Mama trzymała książkę ojca na kolanach, kartkowała strony.

– Pojechał do Afryki! – powiedziała prawie z ulgą. – Nie sam, oczywiście. Nigdy nigdzie je jeździł sam. „Czuliśmy, powiedziano nam, pojechaliśmy dalej. W promieniach zachodzącego słońca jaśniała blaskiem jej twarz, jakby chciała swoim nieskazitelnym pięknem przywrócić mi wiarę w życie”. – O mój Boże! nigdy tak nie pisał! Ja dodawałam mu siły do pisania! Jakaś kurwa wyssała mu ją jak wampir!

Rzuciła rękopis na stolik, zakryła oczy dłońmi i zaczęła drżeć.

Funkcjonariuszowi zrobiło się niezręcznie. Zakaszlał i wyjaśnił, że ten plik papierów przyniosła do ambasady w Ghanie jakaś kobieta, która nie chciała się przedstawić. Gdy zapytali, skąd go ma, powiedziała, że znalazła w szafce nocnej w jakimś hotelu w Nigerii. Ambasada wysłała rękopis do naszego Ministerstwa Spraw Zewnętrznych, gdzie jedna z sekretarek zaczęła go czytać i już po kilku stronach zawołała: „To jest Igor Hladnik!”. Minister wydał polecenie, aby przekazano rękopis małżonce.

Funkcjonariusz wstał z uszanowaniem i pożegnał się.

– Nie ma żadnych wiadomości o moim mężu? – mama na progu kurczowo złapała go za rękę.

Zaprzeczył ruchem głowy i uśmiechnął się dobrodusznie.

– Może znajdzie pani odpowiedź w niedokończonej książce.

Mama jednak nie odważyła się podjąć czytania historii o tym, jak jej zbiegły mąż wałęsał się po Afryce (i może jeszcze po innych kontynentach) z nieznajomą kobietą, pewnie dwa razy młodszą od niej. I jak mógł zostawić rękopis w szafce nocnej w hotelu w Nigerii? To w ogóle nie jest do niego podobne. Wszystko to trąci jakimś spiskiem niewidzialnych sił, które działały już tej nocy, gdy zniknął.

– Nie – powiedziała. – Nie będę tego czytać. A ty śmiało, jak chcesz.

Marko porwał się do czytania niedokończonej książki nie tylko dlatego, że chciał. Od wcześniejszych dzienników z podróży ojca wyróżniał ją inny styl. Nadal był neutralny i filmowy, z nizaniem kombinacji słownych, które nie rzucały się megalomańsko w oczy, lecz rysowały obraz, ruch, wizualną rozkosz dyskretnie, dość dokładnie, a jednocześnie wystarczająco niewyraźnie, dzięki czemu czytelnik mógł sobie stworzyć własny obraz, mógł oglądać własny film. Jednocześnie narracja była bardziej stonowana, prawie elegijna, odkrywająca wiele szczegółów, które tylko na pierwszy rzut oka wydawały się zbędne. Skondensowane kreowały atmosferę napięcia i niemal namacalnej rzeczywistości; jakby czytelnik podróżował z autorem; jakby wszystko to, co zostało opisane, przydarzało się jemu i z jego udziałem. Te znane już zalety stylu Hladnika w tej książce w sposób lekki i zabawny osiągnęły szczyt doskonałości.

Choć była to już trzecia książka ojca o Afryce, Markowi wydawało się, że nigdy jeszcze nie poczuł czarnego kontynentu w sposób tak świeży i bezpośredni. Czy było to zasługą jego tajemniczej towarzyszki podróży? Na żadnej ze stron nie ujawnił jej imienia, od początku do końca pozostała tylko towarzyszką. Ale była też „moją duszą, najdroższą, wyrocznią, kłamczuchą, obrażalską, złośnicą, wampirem, rozpustnicą, rusałką, siostrą, mamusią, córeczką, poczwareczką”. Ani słowa o spotkaniu, o pierwszej fazie miłości; podróż rozpoczęli już jako kochankowie w Kamerunie, potem pojechali do Nigerii, Nigru, Górnej Wolty, Ghany, prawie dokładnie tą samą drogą, którą wcześniej ojciec pokonał i napisał o niej książkę.

Jakby napędzała go nostalgia za straconym czasem. Pragnienie powrotu do okresu, kiedy rozumiał mniej, był bardziej naiwny, podróżował sam. Jakby wyruszył w podróż tylko po to, aby podarować swojej młodej, mniej doświadczonej towarzyszce wszystkie swoje przeżycia.

Czytając, Marko odniósł wrażenie, że ojciec podczas tej podróży chciał być jeszcze raz młody, jeszcze raz autentycznie wszystkim zdziwiony, jeszcze raz na początku drogi i odkrywania tego, co w swoich książkach już wiele razy opisał. I gdy opowieść nieoczekiwanie urywała się w środku zdania („Tak nagle staliśmy się na śmierć i życie zmęczeni, chcieliśmy spać, spać...”), Marko był pewny, że stało się coś, co gwałtownie przerwało podróż. Było to coś, co przerwało zapis podróży, może najlepszą książkę ojca, pełną mądrych myśli i głębokiego smutku dojrzałego mężczyzny, który znów chciał być młodzieńcem i który, jeśli byłby nim, może doprowadziłby podróż i książkę do celu. Pod koniec lektury Marko zrozumiał, że praca dyplomowa o dziennikach z podróży ojca bez niedokończonej książki byłaby tylko okruszkiem, farsą, zaprzeczeniem wszystkiego, co ojciec w życiu osiągnął. Przed laty Marko wyznaczył sobie cel, że nie będzie się na nim mścił za to, że go zostawił, nie mówiąc (nawet później) dlaczego, ale bezstronnie jak to tylko możliwe zbada rzeczywiste przyczyny jego działania. Zrozumiał, że musi odłożyć pracę na później.

Że najpierw musi pojechać do Afryki. Że musi udać się śladami ojca (tak jak ojciec podróżował swoimi śladami) tam, gdzie coś się stało.

Tam, gdzie stało się coś, co przerwało nie tylko drogę ojca, ale też jego książkę o drodze. I może jego życie.

MARKO, SILVIJA, PETER

Przed nim zajmowały miejsca trzy piękności z Londynu. Jedna z nich przebrała się na lotnisku w Atenach i siedziała teraz przed Markiem wystrojona w sukienkę, którą obficie ozdabiały posrebrzane płytki. Rzucały na sufit rzeszoto plam świetlnych. Zaraz po starcie odchyliła fotel i niemal zmiażdżyła Markowi kolana. Na jego upomnienie pogardliwie rzuciła głową i syknęła: „Tsssssss”. Drewnianym grzebieniem zaczęła czesać druciane włosy prosto w jego oczy. Gdy skończyła, zabrała się za nakładanie sztucznych rzęs. Większość pasażerów zgasiła światło i zasnęła, samolot sunął nad Saharą w kierunku równika, a ona malowała się, jakby czekał na nią afrykański królewicz. Światło nad jej fotelem świeciło Markowi w oczy.

Po drugiej stronie przejścia siedział młody Włoch. Starał się nawiązać rozmowę z dziewczynami. Nie znał angielskiego, więc kwiczał jak prosię, popisywał się i wciskał im w połowie pustą butelkę whisky. Robił to bez skutku przez całe trzy godziny. Uspokoił się trochę, gdy samolot zaczął podskakiwać i musiał zapiąć pas. Nad ranem, gdy w butelce była już tylko kropla alkoholu, znowu zabrał się za końskie zaloty. Ale samolot zaczął schodzić w kierunku Lagosu. Włoch odchylił głowę i trzy razy się przeżegnał.

Schodzili przez ciężkie chmury deszczowe. Pod nimi pokazały się zasnute mgiełkami trawniki, niewyraźne i smutne, i plantacje palm, dachy i pofałdowane puszki, i wyglądające na małe, słabe i porozrzucane bez ładu i składu domy. Marka dopadło uczucie, które ojciec opisywał wielokrotnie w swoich książkach. Że obcy świat na pierwszy rzut oka oferuje mniej, niż się spodziewał. Że przeliczył się w swoich oczekiwaniach i że podróż jest ciekawa tylko do momentu, dopóki się nie zacznie.

Wiedział, że jest to mechanizm obronny. Mając złudną świadomość, że nieznany świat wcale nie jest wyjątkowy, próbował zachować siłę i odwagę, żeby do niego wejść.

Większość podróżnych opuściła samolot w Lagosie. W końcu także pozostałych wyprosili z foteli; powiedzieli, że trzeba sprawdzić koła i posprzątać, że mają zaczekać w poczekalni. Czekali pół godziny, godzinę, kolejne pół godziny. Opóźnienie zmieniło się w koszmar. Marko wdał się w rozmowę z białym w średnim wieku; myślał, że jest Francuzem. Był Grekiem. Powiedział, że żyje w Duali dwadzieścia osiem lat i jest biznesmenem. W jakiej branży, Marko nie miał odwagi zapytać. Powiedział, że sześć miesięcy w roku spędza w Kamerunie, a sześć w Atenach, gdzie mieszkają żona i dzieci.

– Afryka to nie jest najlepsze miejsce dla kobiet – dodał. I polecieli dalej. Oprócz Marka Grek był jedynym, który opuścił samolot w Duali; cała reszta kontynuowała lot do Kinszasy. Po wyjściu z klimatyzowanego wnętrza uderzyła ich fala tak gorącej wilgoci, że Marko już po dwóch krokach zaczął mdleć.

– Pas de visa? – zdziwił się wąsaty policjant, który czekał na nich pośrodku pustej hali. Grek zaczął mówić coś po francusku. Policjant, który miał za pasem pistolet, kartkował paszport Marka i kręcił głową.

– Dlaczego nie ma pan wizy? – zapytał Grek. Marko przełknął ślinę i odparł:

– Bo w ambasadzie w Londynie zapewniono mnie, że mogę dostać ją tutaj.

Grek przetłumaczył. Wąsaty grubasek skrzywił się, przytaknął i rzucił paszport Marka przed kolegę, który siedział za ladą. Ten zaczął wbijać pieczątki i coś zapisywać. Grek cierpliwie mówił dalej: że są z Markiem przyjaciółmi, że gotowy jest poręczyć za niego. Wąsaty policjant rozzłościł się; złapał surowo Greka za przedramię i zaczął go wypychać do wyjścia.

– Monsieur, vous êtes resident – powiedział. A potem jeszcze coś, co brzmiało jak: niech się pan nie wtrąca do spraw, które pana nie dotyczą.

Wąsaty grubasek wrócił i gapił się na Marka, jakby chciał go zaraz powiesić. Jego obojętny kolega rzucił paszport na ladę. Marko wyciągnął rękę, żeby go zabrać, ale ręka grubaska była szybsza. Pokazał Markowi, żeby szedł za nim. Doprowadził go do schodów, które wiodły na zewnątrz, z powrotem do samolotu.

Wyrzucają go bez słów, bez pytań? Dokąd ma iść? Tak bardzo był zmieszany, że dreptał za policjantem jak zrugany uczeń. Teraz, kiedy działy się rzeczy niemożliwe, wszystkie jego plany, jak wpadnie w szał, gdy zdarzy się coś takiego, jak będzie kopał i miotał się po podłodze, wydawały mu się dziecinne. Muszę się przynajmniej postawić, pomyślał. Przynajmniej trochę muszę być podobny do ojca. Ale tam, gdzie ojca ponosiły nerwy, Marko był ostrożny; tam, gdzie ojca rozpalała namiętność, Marko poddawał się refleksji.

Wówczas policjant skręcił w prawo; zamiast do wyjścia, skierował się do przeszklonego budynku biura. Wszedł i powiedział Markowi, żeby poczekał przed okienkiem. Wyciągnął ogromną „czarną książkę” z listą łobuzów, bandytów, szpiegów, zdrajców, najemników, oszustów, przemytników i terrorystów, których kameruńska policja zamknęłaby za kratkami. Sądząc po wyrazie twarzy, był niemal przekonany, że wśród nich znajdzie także nazwisko Marka. Gdy zobaczył, że Marko patrzy mu przez okienko na ręce, powiedział stanowczo, żeby się odsunął. Nic nie znalazł. Może dlatego, że patrzył pod K. Gdyby patrzył pod H, może wypatrzyłby Igora Hladnika.

Policjant położył paszport na ladzie. Marko zachłannie szukał stron ze świeżymi pieczątkami i zobaczył, że dostał wizę na dwadzieścia dni! Policjant nieoczekiwanie uśmiechnął się jak człowiek. Marko odruchowo podał mu rękę. Ten jej nie odrzucił. Potrząsnął i pokazał Markowi drogę do urzędu celnego. Zamroczony ulgą Marko dowlókł się do hali obok, gdzie czekał na niego uczynny Grek.

Marko pospieszył w jego kierunku, żeby w wyrazie wdzięczności uścisnąć mu dłoń. Greka otaczał tłum czarnych chłopaków.

– Przyleciał pan bez bagażu? – zapytał. – Tylko to przywieziono z samolotu.

I pokazał swoją walizkę.

Marko czuł, jakby tkanki jego ciała zanikły. Jakby kości się rozsypały. Już w Atenach na sam widok bagażu miał przeczucie, że żegna się z nim. Ale nie wierzył, że spotka go to, co w niedokończonej książce przytrafiło się jego ojcu! Młody urzędnik lotniska poprosił o odcinek bagażowy.

Porównał go z naklejką na walizce Greka i zwrócił odcinek.

– Niewłaściwa naklejka – powiedział.

Nie, Marko zaczął wyjaśniać; do walizki Greka przytwierdzili naklejkę w Atenach, a do jego bagażu – w Londynie! Głos Marka w na wpół pustym pomieszczeniu wybrzmiewał echem tak swarliwym, że zdenerwował nawet jego samego; w końcu nie może zrzucać winy na człowieka przed sobą. Urzędnik spojrzał przez szklaną ścianę na samolot.

– Może zapomnieli o pana bagażu.

Marko ruszył w kierunku schodów. (To samo zrobił ojciec w niedokończonej książce). Wyperfumowany i elegancki urzędnik, który nie lubił narażać na szwank swojej godności, szedł za nim pańskim krokiem. U podnóża schodów Marko zauważył, że w samolocie zamykają luk bagażowy. Zawołał, dziko machając rękami.

– Bagaż – rozpaczliwie krzyczał i wskazywał na otwór. – Mój bagaż!

Urzędnik w końcu go dogonił. Dwaj bagażowi weszli z powrotem do luku bagażowego i zaczęli bez wyraźnej chęci grzebać między walizkami, wyprawkami i torbami. Pół minuty później byli znów na ziemi. Bagażu nie ma.

– Jak to nie ma? – oburzył się Marko. – W Atenach go włożyli, musi być!

Urzędnik zaproponował, żeby wszedł do luku i sam zobaczył. (Dokładnie to samo poradzili ojcu).

Marko wspiął się na metalową obudowę wózka bagażowego, złapał się za krawędź otworu i jak małpa wskoczył do brzucha samolotu. Wśród walizek, paczek i toreb podróżnych nie było ani śladu po jego plecaku i torbie płóciennej. Rzucił się do stosu rzeczy i zaczął je bezdusznie przerzucać i przekładać, nie zwracając uwagi na pył i brud; wpadł w histerię. Niektóre walizki były zbyt ciężkie, żeby je podnieść i przesunąć; wszedł głębiej, zobaczyć, co jest pod nimi. Gdy prześlizgnął się na drugą stronę, wszystek niezgrabnie rozsunięty bagaż zawalił się i zasypał go w kącie między ścianą i sufitem. Na darmo próbował się wydostać. Ogarnął go strach, że z jakiegoś znanego tylko Afrykańczykom powodu zamkną drzwi i samolot poleci razem z nim w luku bagażowym.

– Halo – zaczął krzyczeć. – Pomocy!

Usłyszał wzburzone głosy i śmiech. Długo nikt nie nadchodził. W końcu przez szczelinę między walizkami ujrzał urzędnika lotniska, który wskoczył do środka, żeby sprawdzić, co się dzieje. Wspólnymi siłami przesunęli walizki i paczki z powrotem do ściany. Bagażu Marko nie było. Albo leżał pod paczkami, które były zbyt ciężkie, żeby je podnieść. Jeden za drugim zeskoczyli na ziemię.

– Bagaż musi być w samolocie – powtarzał Marko z uporem.

Urzędnik próbował znaleźć pilota, lecz ten już rozgrzewał silniki i nie chciał wyjść z kabiny. Pojawił się pomocnik pilota. Zebrała się gromada ludzi, wybuchły głośne kłótnie po francusku. W końcu pomocnik pilota oświadczył, że to nie jego sprawa, że samolot musi lecieć dalej i że mają odejść.

Gdy Marko i urzędnik wrócili do budynku lotniska, Grek ze zdziwieniem oglądał plamy pyłu na spodniach i koszuli Marka. Powiedział, że bardzo się spieszy, jeśli nie ma bagażu, nie może mu pomóc – i zniknął. Marko przypomniał sobie zdanie z książki ojca: „Największym błędem, jaki popełnia podróżujący po świecie, jest przekonanie, że inni pragną jego towarzystwa tak jak on ich”. Dla Greka to nie była przygoda, wracał do domu.

Urzędnik wypisał zgłoszenie zagubienia bagażu i obiecał, że zaraz wyśle telegram do Aten, Lagosu, Londynu i Kinszasy. Jeśli bagaż się znajdzie, zanim Marko wyjedzie z Duali, będzie mógł go odebrać; jeśli nie, wyślą go tam, gdzie został załadowany. Poradził Markowi, żeby natychmiast pojechał do miasta i udał się do biura przewoźnika lotniczego; zgodnie z prawem powinni wypłacić mu odszkodowanie.

– Wiem – powiedział Marko. (Dokładnie to samo poradzili ojcu).

Spojrzał przez szklaną ścianę. Widział miękką, zieloną, bagnistą, zamgloną dżunglę, otulającą lotnisko. Był w Afryce. Bez lekarstw, bez śpiwora, bez kuchenki gazowej, bez sandałów. A zwłaszcza bez maszynopisu niedokończonej książki. W torbie naramiennej zostały mu tylko czeki podróżne, aparat fotograficzny i bilet powrotny.

Właścicielem hotelu Foyer des Marines był młody Francuz. Gdy zorientował się, że Marko nie mówi po francusku, powiedział: „Pas de chambre”. Zobaczył, że Marko nie reaguje. Podniósł głos i żeby nie zabrzmiało to jak rozkaz, że ma wyjść, stwierdził: „Proszę pana, wszystkie pokoje są zajęte!” Wsadź je sobie, pomyślał Marko i wrócił do taksówki na podwórzu. Postanowił spróbować jeszcze w misji protestanckiej.

Budynek misji stał pośrodku plantacji palm i mango na małym wzniesieniu nad portem przy rzece Wouri. Marko od razu przechrzcił ją na Worry. Tutaj też wszystkie pokoje były zajęte. Mógłby pojechać do hotelu Akwa Palace i pozwolić sobie na minimum wygody, ale musiał racjonalnie gospodarować pieniędzmi, które miał ze sobą. Zdecydował się na Foyer des Marines i misję protestancką, ponieważ w obu nocował ojciec. Miał nadzieję, że znajdzie jakiś ślad, pozna kogoś, kto pamięta ojca, może dostanie ten sam pokój, co on.

Postanowił, że spróbuje tam jeszcze raz następnego dnia. A pierwszą noc spędzi w hotelu Hamarili, który polecił mu taksówkarz. Pokój z terkoczącym, wiszącym na włosku wentylatorem był mały i śmierdzący. Nie było w nim nic oprócz niskiego, zbitego z surowego drewna łóżka z cienkimi sprężynami i bez pościeli, ze stojącym obok wąskim kiwającym się stolikiem, na którym stała lampka z przepaloną żarówką.

– Kiedy nie ma nic lepszego, coś, co jest złe, staje się dobre – przypomniał sobie słowa ojca i zapadł w niespokojny sen.

O godzinie trzeciej, mimo braku sił wstał z pryczy i udał się do biura przewoźnika lotniczego. W centrum Duali było o tej porze cicho. Sklepy były zamknięte. Słońce topiło asfalt na ulicach. Nie było bałaganu, brudu i zbieraniny ludzi, tak męczącej podczas jazdy z lotniska. Mężczyźni mieli na sobie wyprasowane spodnie, białe koszule i wypolerowane buty. Kobiety były wymalowane, ubrane jak francuskie panny. Przed biurem przewoźnika lotniczego w miejsce zapachu Afryki wdarło się pachnące perfumami powietrze butiku tropikalnego.

Drzwi były otwarte, lecz w urzędzie nikogo nie było. Marko usiadł i czekał.

Na zewnątrz na chodniku rozmawiały dwie ładnie ubrane kobiety. Po chwili jedna spojrzała na zegarek i się wzdrygnęła. W mgnieniu oka weszły do biura i usiadły. Nie były klientkami, ale pracownicami. Była godzina czwarta, biuro zamknięte. Ta, która usiadła za stołem, co prawda młoda, ale ociężała, nie była niepociągająca, tylko jej krępość dawała wrażenie niezgrabności. Chwilę grzebała w papierach na biurku i przekładała je z taką powagą, jakby planowała ofensywę wojenną.

Gdy Marko podstawił jej pod nos zgłoszenie zagubienia bagażu, jej twarz skrzywiła się w wyrazie przygnębienia. „Tsssssss”, mlasnęła językiem. Przejrzała formularz, po czym wróciła do przekładania papierów.

– Mówi pani po angielsku? – zapytał Marko.

– No! – zaprzeczyła tak obrażona, jakby posądził ją o czyn karalny. Przygnębienie na jej twarzy stopniowo wzrastało; nie dość, że chciał zepsuć jej popołudnie bezczelnym papierem o zagubieniu bagażu, to jeszcze nie znał francuskiego. Wzięła wniosek, zerknęła i rzuciła go z powrotem na biurko. Po minucie albo dwóch znowu wzięła, zerknęła i znowu rzuciła na biurko.

Było jasne, że nie pasuje jej ani Marko, ani papier, którym ośmielił się zepsuć jej dzień, i że teraz wolałaby być w piekle niż za biurkiem. W ciągu minuty, do relacji, która powinna zostać oficjalna, dodała tyle obciążeń emocjonalnych, taką mieszankę uprzedzeń, lęków i kompleksów, że zagubiony bagaż nie był już głównym problemem, a tylko pretekstem do jakiejś rywalizacji o osobisty prestiż. Marko bał się takiej konfrontacji, o której ojciec wiele razy pisał w swoich książkach. Ale nie mógł jej uniknąć; ona była tą, która ustalała zasady gry.

Poprosiła o bilet. Sprawdziła go z wyraźną nadzieją, że znajdzie na nim błąd albo przynajmniej jakiś brak. Trzy razy obróciła go w ręce i z rozpaczy obejrzała nawet jego odwrotną stronę. Biletu nie zwróciła, lecz rzuciła na stół, jakby pozbyła się czegoś brudnego.

– Są trzy możliwości – powiedziała w końcu. – Pierwsza, że damy panu trochę pieniędzy.

– A dwie pozostałe? – zapytał Marko.

Zmieszała się, ni stąd, ni zowąd nie wiedziała, co ma zrobić. Z jakąś złością chwyciła za telefon i wymieniła kilka słów z koleżanką siedzącą przy sąsiednim biurku. Telefon nie działał, zadzwoniła po raz kolejny, może do Alitalii, żeby połączyć się z kimś, kto mówi po angielsku. Zachowywała się tak, jakby Marka w ogóle nie było w biurze; mimo że siedział tam już dziesięć minut, ciągle czekał, żeby spojrzała mu w oczy.

Do biura wszedł mężczyzna w średnim wieku. Najwyraźniej był tam zatrudniony. Idac od drzwi, mimochodem wspomniał, że przyszła informacja o bagażu, który przez pomyłkę został w Lagosie i że Nigeryjczycy wyślą go do Duali pierwszym samolotem. Markowi spadł kamień z serca.

– Voilà – powiedziała panna i w końcu spojrzała mu w oczy.

W istocie Marko spodziewał się takiego rozwoju wydarzeń. Gdy ruszył po śladach niedokończonej książki, powtórzenie historii ojca w tym szczególe wydało mu się niemal konieczne. Ale na myśl, że w czasie drogi mogą spotkać go głównie rzeczy, które przytrafiły się jego ojcu, ogarnął go smutek. Chciał podróżować też dla siebie. Nie chciał być więźniem książki ojca.

W hali dworcowej nie wiedział, dokąd iść. Mały grubasek, który zobaczył jego zakłopotanie, zaprowadził go do Biura Zagubionego Bagażu. Drzwi były zamknięte.

– Poczekaj – powiedział grubasek i gdzieś pobiegł. Lotnisko było ciche i puste, żadnego tłumu, żadnych kolejek, żadnego ścisku. Wyszedł długouchy chłopak i uprzejmie zapytał Marka, czy może on jest „tym panem, który zgubił bagaż”. Marko przytaknął. Długouchy zaprowadził go do przeszklonego magazynu, gdzie Marko już przed południem widział sięgający do sufitu stos walizek i toreb podróżnych. Przycisnął nos do zakurzonego szkła.

Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był jego plecak. A drugą? Jego torba!

Obręcz, która ściskała jego serce, popuściła tak szybko, że serce zaczęło walić jak oszalałe.

– Och! – powiedział z szerokim uśmiechem i złapał się za klatkę piersiową.

Naraz wyszedł grubasek i zaczął znęcać się nad długouchym chłopakiem. Mocno pchnął Marka, by wracał tam, skąd przyszedł. Długouchy sprzeciwiał się, zaczęli się spierać i popychać. W końcu grubasek wymierzył mu celnego kopniaka.

Biuro Zagubionego Bagażu było otwarte, siedział w nim pracownik pod krawatem. Najpierw Marko musiał mu wręczyć zgłoszenie zaginięcia bagażu, dopiero potem pracownik wyciągnął z szuflady w biurku wielki pęk kluczy. W drodze do magazynu długouchy chłopak szepnął Markowi, żeby był ostrożny; gdy drzwi się otworzą, wszyscy będą próbowali zabrać jego bagaż i uciec.

I rzeczywiście: jak tylko pracownik otworzył drzwi, grubasek, długouchy chłopak i jeszcze jeden chłopak, który najwyraźniej czatował w pobliżu, zaklinowali się w nich jak rozjuszone byki. Odsunęli Marka do ściany i rzucili się na plecak i torbę; długouchy chłopak dostał jeszcze jednego kopniaka, a potem jeszcze mocny policzek. Ale w końcu udało mu się posiąść torbę. Grubasek, sapiąc, założył plecak.

– Poczekajcie – Marko biegł za nimi. – Co to jest? Co się dzieje? – próbował wyrwać im bagaże z rąk. Spoglądał z błaganiem na pracownika, który spokojnie i dostojnie kroczył za nimi. Grubasek i długouchy chłopak położyli bagaże na niskiej ławce, ale nie odsunęli się; zostali przy swoich skarbach i odpychali ciekawskich, których natychmiast zebrał się cały tłum.

Celnika interesowało, co znajduje się w środku. Marko otworzył plecak i celnik obiema rękami pogrzebał w zawartości. Szyje ciekawskich wykręcały się i wyciągały, wytrzeszczone oczy śledziły ręce celnika, jakby co rusz zamiast koszulki albo majtek miał wyciągnąć coś niezwykłego, na przykład ludzką głowę. A co jest w torbie? Zapytał celnik. Śpiwór i lekarstwa, powiedział Marko. Chciał otworzyć torbę, ale celnik przytaknął i pokazał, że może iść.

Na twarzach ciekawskich malowało się rozczarowanie. Pracownik podał mu formularz. Marko podpisał, że odebrał bagaż. Ale zanim zdążył to zrobić, cyrk się powtórzył. Teraz o plecak i torbę walczyli nie tylko grubasek i długouchy; zewsząd zagarniały szponiaste palce; w zamęcie ktoś przez przypadek kopnął Marka w piszczel, ktoś go nadepnął, ktoś uderzył go łokciem w nerki.

– Przestańcie – zawołał. – Przestańcie!

Tłum oniemiał. Pracownik, który już wychodził, odwrócił się, żeby zobaczyć, dlaczego krzyczy.

– Niech mi pan powie, co się dzieje – naciskał Marko.

– Dlaczego ci ludzie biją się o mój bagaż?

Pracownik głośno się zaśmiał, odwrócił się i poszedł dalej.

Podszedł starszy Murzyn w marynarce i z kapeluszem na głowie.

– Nikt nie chce panu ukraść bagażu. Ci chłopcy to tragarze.

Grubasek zabrał plecak, a długouchy torbę. I ruszyli w kierunku wyjścia i ulicy za rogiem, za którym stały taksówki. Długouchy namawiał Marka, żeby zabrał go ze sobą; oprowadzi go, powie mu, co gdzie jest, bo w mieście grasuje dużo oszustów i rabusiów. Marko najchętniej sam wymierzyłby mu policzek.

– Tysiąc franków – powiedział pierwszemu taksówkarzowi. – Ani grosza więcej. Taksówkarz skrzywił się, ale nie wyraził sprzeciwu. Marko wręczył grubaskowi dwieście franków i powiedział, żeby podzielił się z długouchym.

– Proszę pana – nagle grubasek zaczął zwracać się do niego na „pan” – to za mało, należy się przynajmniej dwa razy tyle!

Markowi nagle zrobiło się wszystko jedno, czy kogoś uszczęśliwia, czy nie. Tssssss, pokręcił głową w myślach. Przez okno odjeżdżającej taksówki zobaczył, jak długouchy wyciąga rękę do grubaska i zamiast połowy pieniędzy dostaje jeszcze jednego kopniaka.

Następnego dnia do Duali dotarli Peter i Silvija. Wynajęli obtłuczoną taksówkę i pojechali w kierunku miasta. Po obu stronach drogi stały chaty z drewna i błota, prawie rozsypujące się, niedobudowane lub stale zaniedbane, z wejściami bez drzwi albo z drzwiami, które częściowo połamane zwisały z zawiasów. Ze ścian, błotnistych kałuż, gnojówki i stert śmieci przed drzwiami zawiewał wilgotny, ciepły zapach brudu, przypraw, odchodów, zgniłych owoców i potu. Cebry, garnki, kosze, taczki, motocykle, koła samochodów, wszystko to w całkowitym nieładzie leżało w ziemi albo w błocie. Tutaj siedziała kobieta i sprzedawała cuchnące wysuszone ryby, tam ktoś wśród śrub naprawiał rowery. Ludzie, zwierzęta, motory, samochody, wszystko kłębiło się bez ładu i składu.

Budynek misji protestanckiej stał pośrodku plantacji palm i mango na małym wzniesieniu nad portem przy rzece Wouri.

– Chcieliby państwo pokój? – zdziwili się misjonarze i spojrzeli na nich z zaciekawieniem.

Niestety, zaprzeczyli ruchem głowy. Peter poskarżył się, że są bardzo zmęczeni; może mają kąt, w którym mogliby się na chwilę położyć?

Wybuchła wielka kłótnia, jedni byli za, inni przeciw; jest pokój, nie ma pokoju. W końcu spokojny człowieczek, z pewnością przełożony, powiedział, że mają pokój, kosztuje dwa tysiące franków, ale muszą poczekać godzinę. Z radością i niech Bóg ma w swojej opiece protestantów, powiedział Peter. Silvija milczała. Rozłożyli się na zniszczonej kanapie w pokoju dziennym i przyssali się każdy do swojej butelki coli. Świat nie był już taki nieprzyjazny; przed drzwiami stała lodówka z napojami orzeźwiającymi. W południe jeden ze służących zaprowadził ich do pokoju na parterze w rogu budynku. Ściany od zewnątrz były zbudowane w formie krat. Linie wbudowano ukośnie tak, że z zewnątrz nie dało się zobaczyć, co jest w środku, ale z pokoju bez problemu było widać to, co jest na zewnątrz. Podłoga była z betonu; nad łóżkami wisiała siatka ochronna przeciw komarom; materace były cienkie i zapadnięte. W kącie sąsiedniego pomieszczenia, tak samo dużego jak pokój, z prysznica powoli kapała zimna woda. W drzwiach można było przekręcić klucz dopiero po zamknięciu ich porządnym kopnięciem. Ubikacja – publiczna, bo korzystali z niej też ludzie z ulicy – była za rogiem. Po chodniku otaczającym budynek i trzymającym w ryzach bujny trawnik skakały i pełzały ogromne jaszczurki.

Peter, tak jakby była to najpilniejsza rzecz na świecie, wyciągnął z plecaka książkę Igora Hladnika Biały jeździec, czarny koń. Kartkował ją niemal gorączkowo i bez wyraźnej przyjemności zaczął przekazywać Silviji najbardziej obrzydliwe informacje o miejscu, w którym się znaleźli. Jak to z dywanów w hotelu Akwa Palace w Duali często wyrastają grzyby. Jak to na stokach wulkanu Kamerun, który wystaje ponad chmury sześćdziesiąt kilometrów od Duali, regularnie pada ponad dziesięć tysięcy milimetrów deszczu, jedenaście razy więcej niż w Anglii. Jak to w okolicy Duali i u ujścia rzeki Wouri znajduje się koszmarne bagno, w którym roi się od widliszków i brzęczących much. Jak to z błotnistej wody bucha zgniły smród, a nad wszystkim wisi w bezruchu malaryczna gorączka. I jak to Kamerun słynie z tego, że jest spichlerzem Afryki…

– Dlaczego to robisz? – zapytała Silvija.

– Co? – zdziwił się.

– Nic – odrzekła.

Kontynuował z uciechą, jej zdaniem jeszcze większą niż wcześniej. Jak to Duala jest pełna sprzeczności: z jednej strony brud, zniszczenie, bieda, a z drugiej francuskie chansony, francuskie filmy, francuskie restauracje, w których tutejsza elita biurokratyczna i biznesowa smakuje importowane wino francuskie. Z jednej strony nieład chat i błotnistych targowisk, a z drugiej butiki i supermarkety z oszałamiającą ilością serów, wędlin, konserw, a nawet lodów, wszystkiego, co dociera tutaj drogą powietrzną z Paryża. I jak to Duala jest miejscem kramarzy, którzy za drobne kwoty wykupują warzywa i owoce na północy i za dewizy eksportują je do sąsiedniego Gabonu, podczas gdy oni cierpią na ich niedostatek.

I jak to Duala jest jednocześnie miastem misjonarzy…

Z trzema z nich godzinę później siedzieli za stołem w jadalni misji protestanckiej. Uderzenia powolnego wentylatora chłodziły ich spocone karki. Obiad wydawał się Silviji zaskakująco smaczny: zimne rybki, dobrze przyprawiona mieszanka warzyw, słodkie naleśniki ryżowe. Miski krążyły jedna za drugą. Każdy podczas nakładania na talerz lekko ważył ostatnią łyżkę i rzucał okiem na inne talerze, żeby nie odmierzyć za dużo. Peter był tak głodny, że najchętniej sam zjadłby wszystko. Ale to była tylko grzeszna myśl, bo Silvija nie pozwoliłaby mu, aby zachowywał się w towarzystwie misjonarzy niestosownie.

Tylko dlaczego nie miałby się zrodzić w jego głowie przewrotny zamiar. W końcu misjonarze byli kolonizatorami Afryki, opanowali i zakuli w kajdany afrykańską duszę. Osiągnęli coś, co w historii nie ma porównania: plemionom, które bogowie nagradzali za odwagę i waleczność, wszczepili wiarę w Boga, który ceni pokorę i męczeństwo. Jakże przykładnie!

Przypomniał sobie, że w książce Hladnika wyczytał, że po drugiej wojnie światowej w Afryce, na południe od Sahary było cztery tysiące pięciuset amerykańskich misjonarzy. Że po wojnie Amerykanie na pracę misyjną w Afryce wydawali rocznie dziesięć milionów dolarów. Że także katolicy wiele zarobili w ówczesnym belgijskim Kongu…

Misjonarze, z którymi jedli obiad, wdali się w dyskusję, z której oni byli wykluczeni nie tylko dlatego, że rozmawiali po francusku, lecz również z powodu specyfiki rozmowy toczącej się wokół problemów misji i osobistych anegdot. Dwaj byli Europejczykami, trzeci był tutejszym Murzynem. Tubylec przeważnie słuchał i przytakiwał, z białych mówił głównie starszy, sześćdziesięcioletni. Młodszy, mężczyzna w średnim wieku, odpowiadał pokornie i tylko wtedy, gdy starszy dopuścił go do głosu. Silvija rozpoznała, że młodszy jest Holendrem, natomiast starszy, jak się okazało – Szwajcarem.

Po obiedzie przenieśli się na fotele przy oknie, gdzie podano im kawę. Peter wyjaśnił, że jego znajomość francuskiego jest raczej słaba, a jego żona nie zna praktycznie ani słowa.

Wówczas mężczyźni przemówili w języku angielskim. Zaczęło się niewinnie, ale szybko przerodziło się w kon-

flikt. Peter obwiniał ich, zwłaszcza Szwajcara, o próżność i pewność siebie, jak wyraził się później; o przekonanie, że jako misjonarze trzymają Boga za nogi. Czy nie wydaje im się – rzucił bombę dokładnie między nich – że misjonarskie wysiłki zmieniły miliony Afrykańczyków w duchowych służących?

Szwajcara to pytanie zszokowało. Nauka chrześcijańska, kontynuował Peter, jest bardzo skomplikowanym, historycznie ustanowionym etyczno-moralnym systemem, którego nie można skutecznie przenieść do innej przestrzeni kulturowej, a zwłaszcza do animistycznej Afryki. W przeciwieństwie do tradycyjnej religii afrykańskiej chrześcijaństwo podkreśla znaczenie jednostki, co w duszy afrykańskiej wywołało chaos…

– Przepraszam – powiedział Szwajcar. – To, co pan mówi, to bzdura. Dzięki wysiłkom misjonarzy wprowadzono do Afryki także cywilizację zachodnią: szkoły, higienę, opiekę medyczną. Także dzisiaj misjonarze to głównie służący i pracownicy socjalni. Chrześcijaństwu zawdzięcza Afryka całe dobro. Bez misjonarzy ludzie nie potrafiliby pisać!

– Możliwe – obstawał przy swoim Peter. – Prawdą jest też to, że misjonarze poprzez podkreślanie chrześcijańskich cnót, takich jak wstrzemięźliwość, przebaczenie, miłość bliźniego, utorowali drogę ekspansji kolonialnej. Uczyli nawróconych, że muszą być oddani i posłuszni, bo tylko takich czeka raj w niebie.

– Pan jest komunistą – zrugał go Szwajcar.

– Nie – odrzekł Peter – to pan jest komunistą, bo boi się pan przyznać, że nie jest nieomylny.

– To pan – triumfalnie skwitował Szwajcar – dotarł do Afryki kilka godzin temu i chce wiedzieć o niej więcej niż ludzie żyjący tutaj trzydzieści lat.

– Czytał pan książkę Igora Hladnika Biały jeździec, czarny koń?

– Cała prawda nie znajduje się w książkach.

– Nie?

– Najwięcej prawdy jest w ziemi, pod nogami. Ta zwykle jest bardziej skomplikowana.

– Naprawdę? – skrzywił się Peter.

– Naprawdę – odrzekł Szwajcar. – Bywa pan czasem na ziemi?

Pół godziny później jeden ze służących zapukał do drzwi ich pokoju i przyniósł portfel, który Peter zostawił w jadalni. Peter sprawdził dokumenty i przeliczył pieniądze. Niczego nie brakowało. To skłoniło go do stwierdzenia, że Murzyni są z natury uczciwi i przed przyjazdem europejskich misjonarzy nawet nie wiedzieli, co to jest kłamstwo.

– Wyobrażasz sobie? – odwrócił się do Silviji. – Że nie wiesz, co to jest kłamstwo?

– Nie jestem w stanie – odpowiedziała cicho. – Bo mogłabym je wypowiedzieć przez pomyłkę, myśląc, że jest prawdą. A tego bym nie chciała.

Bzdura, pomyślał Peter. Ale co innego miałaby powiedzieć ta, której rzeczy wydają się bezustannie na kobiecy sposób skomplikowane i która skomplikowałaby najprostszą rzecz tylko po to, żeby móc ukryć się za mgłą niejasności?

Powiedział, że idzie obejrzeć miasto i wróci, jak wróci. Silvija, którą przemoc werbalna męża w trakcie kolacji najpierw wprawiła w zakłopotanie, a potem w taką złość, że mało brakowało, a wstałaby i wyszła, pokornie przytaknęła. Pokora była jej stałym zachowaniem w związku małżeńskim, jedynym, nad którym w ostatnim czasie zaczęła się poważnie zastanawiać.

Sięgnęła po brązową płócienną torbę, do której przed wyjściem wrzuciła swoje staniki, skarpetki, majtki i koszulki. Chciała, żeby nie podróżowały razem z ubraniami, między którymi znajdowały się także rzeczy osobiste Petera. Na pytanie, dlaczego to zrobiła, nie potrafiłaby odpowiedzieć; powiedziałaby, że tak wyszło w trakcie pakowania. Wydawałoby się jej zabawne, jeżeli ktoś szukałby w tym ukrytego znaczenia.

Rozsunęła zamek i wzięła głęboki wdech. Jej oczom ukazało się coś zupełnie innego, niż się spodziewała. Zamiast bielizny był tam ciasno zwinięty i związany sznurkiem śpiwór. Z boku znajdował się korpus kuchenki gazowej, a z drugiej strony dwa kartusze. Pomyślała, że to sen, zakręciło jej się w głowie. Półświadomie wyciągnęła rzeczy po kolei, jakby miała nadzieję, że na spodzie znajdzie swoją bieliznę. Znalazła schodzone męskie sandały, przezroczysty woreczek z lekarstwami i notatnik. Na samym dnie była duża brązowa koperta.

To niemożliwe! To jej torba. Wprawdzie dotarła z opóźnieniem z Lagosu, gdzie przez pomyłkę wyciągnęli ją z samolotu, ale w niczym, naprawdę w niczym nie różni się od torby podróżnej, z którą wielokrotnie wybierała się w podróż: ten sam ciemnobrązowy kolor, ten sam pasek naramienny, to samo wszyte metalowe logo Nike. Żeby w jednym samolocie znalazły się dwie takie same torby, wydawało jej się niemal niemożliwe. Zwłaszcza że wysłali ją później z Lagosu. Chyba że wysłali niewłaściwą. I jej torbę otrzymał ktoś inny. Ktoś, kto teraz grzebie w jej bieliźnie…

Zatoczyła się do łazienki i chlusnęła wodą w twarz. Uczucie osłabienia minęło. W końcu nie przytrafiło jej się nic strasznego. Tę bieliznę zastąpi inną, w Duali nie brakuje sklepów, będzie trzeba odżałować trochę pieniędzy. Ale jak mogło do tego dojść? I czyja jest ta torba, która opróżniona drwiąco śmieje się do niej z łóżka? Powoli wszystko włożyła do środka, notatnik i kopertę kładąc na wierzch. Już chciała zamknąć torbę, gdy ciekawość zwyciężyła. Zaczęła kartkować notatnik.

Przeżyła jeszcze jeden szok: zapiski były w języku słoweńskim. Na pierwszej stronie widniała „lista rzeczy, których nie mogę zapomnieć”, na następnej lista z adresami konsulatów i ambasad w Afryce, do których mogą zwrócić się o pomoc obywatele Jugosławii, na trzeciej lista konsulatów i ambasad w Afryce, gdzie można otrzymać wizy do sąsiednich krajów. Potem było dziesięć przykazań dla podróżników: zawsze pilnuj swojego bagażu, pij wodę tylko z butelki albo przegotowaną, stosuj regularnie spray przeciw komarom itd. Kartkowała dalej i znalazła jeszcze jeden zapis. Tu pismo nie było za bardzo czytelne, niektóre słowa zrozumiała tylko z kontekstu.

„Ojciec wierzył, że nasz wewnętrzny świat zajmują historie, które są żywe. Żywe są dlatego, ponieważ tak jak serce tętni w nich tajemnica, dostarcza krwi i tlenu. Kto zabił starszą panią? Czy podróżnik dotrze do celu? Dlaczego kochanek nie odpowiada na telefony? To są zwykłe tajemnice; wcześniej czy później znajdzie się odpowiedź. Większe są te, których nie można rozwiązać. Co popycha nas do działania przeciwko sobie? Co czeka nas po śmierci? Dlaczego niewinni cierpią, a źli rosną w siłę? Czy możemy uwolnić się od swoich przyzwyczajeń? Czego w ogóle szukamy, oprócz prób zaspokajania popędu seksualnego i potrzeby ego? Czemu, komu służą nasze wartości? Ojciec ociera się o te pytania między wersami, ale nigdy jednoznacznie na nie nie odpowiada, w żadnej swojej książce. Opowiada historie, które będą czytały także nasze dzieci”.

Silvija zamknęła i odłożyła notatnik na łóżko. Kim jest ten ojciec, który niewątpliwie jest pisarzem? Kim jest autor notatek, który niewątpliwie jest właścicielem torby podróżnej? Sięgnęła po wielką kopertę. Wyciągnęła plik papierów. Od razu stało się dla niej jasne, że ma w rękach maszynopis. „Niedokończona książka zaginionej osoby”, widniało na pierwszej stronie. Zaczęła czytać. Już na drugiej stronie wiedziała, że czyta opowieść o podróży po Afryce, która rozpoczęła się na lotnisku w Duali od zagubienia bagażu, potem były kłótnie w Biurze Przewoźnika Lotniczego, jazda do Bamendo, stamtąd do Jaundy, następnie na północ Kamerunu, a potem do Nigerii i dalej.

Okazało się, że narrator i jego młoda towarzyszka jadą śladami jego własnej podróży sprzed lat. Częściowo po to, aby zobaczyć, na ile rzeczy się zmieniły; częściowo po to, żeby rozwiązać tajemnice, które zrodziły się podczas poprzedniej podróży. A zwłaszcza po to, aby poprowadzić towarzyszkę śladami swojej podróży jako gościa, podarować jej minione przeżycia jako coś żywego, jako coś, w czym może uczestniczyć.

„Jej oczami, ciekawym i świeżym spojrzeniem przeżywałem samego siebie i kawałek swojej przeszłości jako coś nowego. Jakbym był inny, samemu sobie nieznany”.

Silvija czytała do późnej nocy; nie mogła przestać. Gdzieniegdzie natrafiła na passusy, które były bardziej naszkicowane niż napisane (z uwagami w nawiasie: popraw, zmień, dopisz, mniej patetycznie, skróć o połowę itd.), ale w całości książka ją oczarowała. Wydawało jej się, że już dawno nie czytała czegoś tak trzymającego w napięciu, obrazowego i jednocześnie dziwnie przygnębiającego, wywołującego myśli depresyjne o kruchości życia i ludzkiego losu. Przede wszystkim opowieść napełniła ją strachem przed wszystkim tym, co jeszcze czekało Petera i ją. Nigdy nie zwycięży (to już teraz wiedziała) ze strachem przed niepewnością. Wydawało jej się, że to niebywałe, że planowali z Peterem podróż po prawie tych samych państwach i miejscach, które autor opisał w niedokończonej książce. Możliwe jest takie zrządzenie losu?

Urwany koniec opowieści bardzo ją rozczarował. Chciałaby wiedzieć, co jeszcze spotkało podróżników. Choć książka była dziennikiem z podróży, ona odebrała ją jako historię miłosną dwóch osób, które wyruszyły w drogę jako przyjaciele, zostały kochankami, w końcu zaczęły sobie dokuczać i jedna drugą zdradzać, potem znowu się związały i oddawały wspólnym erotycznym przygodom, w międzyczasie uciekały i ukrywały się przed prześladowcami, pod wpływem afrykańskiej rzeczywistości powoli się zmieniały, niekoniecznie na lepsze, bo cały czas szukały przynajmniej przybliżonych odpowiedzi na odwieczne pytania.

I chwilami się do nich zbliżały, tak wydawało się Silviji.

Wrzuciła maszynopis