Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 247 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na zdrowie! - Marcin Hybel

Poznaj świat, w którym było tak błogo, że niektórych aż krew zalewała.

Masz odwagę wziąć udział w Festiwalu na największego Wydmikufla?

W Nogradzie ciężko jest o jakiekolwiek nieszczęście, czy choćby pomniejsze zmartwienie. Bogobój cierpi z tego powodu i pragnie z całego serca, by trawiący świat dobrobyt wreszcie się zakończył. Postanawia otwierzyć ludziom oczy na boże istnienie. W osiągnięciu tego stanu nieoczekiwanie ma mu pomóc zbliżający się Festiwal na największego Wydmikufla Nogradu.

W międzyczasie wojmił Alford za pomocą magicznej mikstury próbuje wkupić się w łaski przyszłego teścia, a dwójka emerytowanych łotrzyków dokonuje zuchwałego sabotażu w lochach kasztelana. Czy nieistotne z pozoru działania bohaterów będą zagrożeniem dla misternego planu bogoboja?

Na zdrowie to kontynuacja komedii fantasy pt.: Awantura na moście i opowiada dalsze losy przygód bohaterów Nogradu, nad którym bez ustanku ciąży francowata pomyślność. 

Marcin Hybel urodził się w Krakowie w 1980 roku. Ukończył Politechnikę Krakowską na wydziale Inżynierii Środowiska. Jest miłośnikiem różnego typu literatury, w tym fantasy. Od piętnastu lat prowadzi towarzyskie sesje RPG. Jest realistą, ale życie traktuje z przymrużeniem oka.

Opinie o ebooku Na zdrowie! - Marcin Hybel

Fragment ebooka Na zdrowie! - Marcin Hybel

Redakcja: ARTUR SZREJTER
Korekta: WIOLETA MUSZYŃSKA, DOROTA RING
Projekt okładki: MARIUSZ BANACHOWICZ
Skład: DOROTA DOBRZYŃSKA
Opracowanie graficzne mapy: ARTUR SZYMAŃSKI
© Copyright by Marcin Hybel 2012 Copyright © by Instytut Wydawniczy Erica, 2013
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.
ISBN 978-83-64185-43-4
Instytut Wydawniczy ERICA e-mail: wydawnictwoerica@wp.plwww.WydawnictwoErica.pl Oficjalny sklep www.tetraErica.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Dla przyjaciół i znajomków – mojej kufelkowej braci.

Dziękuję Arturowi Szymańskiemuza zrobienie mapy Nogradu.

ograd był do niedawna uważany za wyjątkowo spokojną mieścinę, ale ostatnie wydarzenia, utrwalone w gminnej opowieści Awantura na moście, zaprzeczyły tej opinii. Dwóch starych awanturników, Melmir i Lentak, próbowało włamać się do domu kupca Lemosza, a banda rozbójników dowodzona przez niejakiego Rotupala urządziła na gościńcu zasadzkę.

I choć włam do domu Lemosza nie przyniósł dziadkom niczego dobrego, to już zasadzka Rotupala zakończyła się względnym sukcesem. Zbój obrabował jadącego traktem wspomnianego już kupca Lemosza i choć sam został ciężko raniony, zdołał donieść sakwę z łupem do świątyni.

Łotrzyk był zagorzałym wyznawcą boga Peruna, a na gościńcu realizował misterny plan, ułożony przez przełożonego świątyni, bogoboja Kumara. Skarbiec boskiego przybytku świecił pustkami, więc zrabowanymi płacidłami Kumar chciał zachęcić mieszczan do uczęszczania na homilie. Czasy były francowate dla kaznodziejów tego świata, gdyż wszystko szło po myśli nogradzian, mało kto cierpiał trudy dnia codziennego, a w efekcie bogowie szli w zapomnienie. Rzekomo każdy żył w dobrobycie, ale Kumar mimo wszystko łudził się, że płacidła rozdawane podczas mszy skuszą niejednego do odwiedzania świątyni.

Jeden z mnichów doniósł o planie bogoboja kasztelanowi Nogradu, Gramiszowi. A wypada wiedzieć, że włodarzowi było tęskno za wojaczką lub jakąkolwiek aferą, dzięki której mógłby stać się sławnym stróżem porządku. Dowiedziawszy się o sprawie, już widział swój niechybny sukces. Przekonany o winie Kumara, pojechał do niego swoim więziennym wozem, jednakże okazało się, że brak dowodów, które by potwierdziły zeznania mnicha. Włodarz musiał zatem zaniechać śledztwa. Gramisz złościł się tym niepomiernie, ale pokrzepiło go nieco aresztowanie dwójki starych włamywaczy. Co prawda ani Lentak, ani Melmir nie przyznali się do wejścia na posesję Lemosza, jednak Gramisz wierzył, że z czasem złamie dziadków i przyznają się do winy.

Wbrew nadziejom Kumara do mszy nawet nie doszło. Jakby tego było mało, jego bratanica, Aliwia, nieumyślnie ożywiła w podziemiach świątyni Krawosa, pradawnego króla Krawosadu. Okrutnik, ukarany przed wieloma laty przez samego Peruna, dzięki dekadom pokuty w stanie zawieszenia między życiem a śmiercią pojął ogrom zła, którego dopuścił się w czasie swego panowania. Dzięki temu teraz był pokojowo nastawiony do świata, a jedyne, czego pragnął, to wizyty u jakiegoś cyrulika, który mógłby poprawić jego upiorny wygląd. Niestety, nikt nie miał okazji poznać prawdziwych zamiarów Krawosa, gdyż na widok szkaradnego oblicza wychodzącego z podziemi potwora wszyscy mnisi uciekli w las, pozostawiając swojego zwierzchnika Kumara na pastwę losu. Wprawdzie Alford, syn kasztelana i wojmił Nogradu, który kochał się w Aliwii, podjął walkę ze straszliwym ożywieńcem, jednak upiór okazał się nieśmiertelny.

Pragnący wykazać się jakimikolwiek czynami włodarz Gramisz łudził się, że nudę doskwierającą mieszkańcom Nogradu przerwie nieumarły. W końcu, jak przystało na upiora, Krawos powinien nękać spokojną mieścinę i pożerać każdego, kto stanie mu na drodze. Niestety, ożywieniec nie miał zamiaru zabijać, więc przejmująca szarzyzna dnia codziennego znów zaczęła dręczyć grodzian.

Można by rzec, że jak na sielską mieścinę ostatnio wydarzyło się tu naprawdę sporo niezwykłości. Jednakże w świetle tego, do czego dopiero miało dojść... było to naprawdę niewiele.

W chwili gdy Gramisz oznajmił stajennemu Oszunowi, że zamierza aresztować bogoboja Kumara, nieświadomie uruchomił wielką machinę poruszaną siłą sprawczą, której na imię „plotka”. A machiny tej nie sposób już było zatrzymać.

Oszun domyślił się, że sprawa jest delikatna, toteż – prosząc o dyskrecję – opowiedział o wszystkim swej umiłowanej Usi. Niedługo potem Usia podzieliła się nieco przesadzoną wersją wydarzeń z bratem, Potoszem. Wedle jej słów, bogobój miał już przebywać w lochu. Rzecz jasna, brat miał zachować nowinkę w głębokiej tajemnicy. Jednakże Potosz, nie na żarty przejęty sprawą, zapomniał o dyskrecji i wszystko opowiedział przyjacielowi, Humyszowi, nadmieniając, że podobno ten sam los spotkał wszystkich mnichów bogoboja. Humysz, darzący zaufaniem niejakiego Cymusa, podzielił się z nim zasłyszanymi wieściami. Oczywiście, wierząc swej intuicji, nie omieszkał wspomnieć o torturach, które miały mieć miejsce w lochach włodarza. Cymus przejawiał znikome talenty magiczne, były one jednak na tyle silne, że potrafił telepatycznie przekazać pogłoskę swojemu kuzynowi Rogocie, który był nadwornym kuchmistrzem króla. Ten, nie zwlekając ni chwili, podzielił się nowiną z nadwornym balwierzem, ten zaś spotkał się z kanclerzem, który chwilę później doniósł o sprawie marszałkowi.

Kiedy już król dowiedział się, że niejaki Kumar, piewca Perunowego słowa, został pozbawiony rąk, oczu i języka, nie wiedział, co o tym myśleć. Zafrasowany, siedział na tronie i próbował odgadnąć, co skłoniło kasztelana do tak okrutnych czynów.

Tortury nie były zabronione, więc w niektórych zakątkach Krawosadu można było jeszcze doświadczyć praktyk łamania kołem czy przypalania rozgrzanym żelazem. Niemniej jednak świat pędził do przodu i te niehumanitarne metody przesłuchania zastępowano nowomodnymi torturami psychicznymi. Tak więc król nawet by zrozumiał łamanie kołem, ale żeby uciekać się do aż tak obrzydliwych praktyk, jakie zaordynował przestępcy Gramisz?

Sędziwy władca długi czas siedział sposępniały, twarz chowając w dłoniach, i próbował wymazać z pamięci obraz mnichów gwałconych przez stado bawołów.

Skąd w środkowym Krawosadzie kasztelan wziął bawoły? – zadawał sobie w duchu pytanie. – Czyżby z importu? Czy to możliwe, by tak mały gród był w stanie zbudować kanał handlowy wiodący aż do krajów pustyni?

Król Bragholt nie wiedział, dlaczego Gramisz prześladował bogoboja. Dotychczas wieści, które docierały na dwór królewski, korzystnie przedstawiały postawę Gramisza, ba, wielokrotnie nawet wychwalały metody, których używał, piastując urząd. Tym bardziej król był ciekaw powodów, które pchnęły kasztelana do tak haniebnych czynów. Nawet jeśli Kumar dopuścił się ciężkich przewin, to czy naprawdę powinien zostać potraktowany aż tak okrutnie? Czy jego dotychczasowa służba bogom nie miała najmniejszego znaczenia?

Bragholt był głęboko wierzącym człowiekiem. Został obdarowany talentem magicznym i nie było dnia, by za niego nie dziękował. Wiedział, że wiara w Peruna od dłuższego czasu przeżywa kryzys, czuł przejmujący żal na myśl o pustych świątyniach w okolicach Nogradu, a jednak szanował decyzję poddanych, pozostawiając im wolny wybór. Wierzył, że daje dobry przykład, nie tolerując prześladowań bogobojów ani prostych mnichów.

Gramisz posunął się za daleko. Wykorzystał swój urząd do własnych, niecnych celów lub, kto wie, może oszalał. Jeśli pomówienie jest prawdziwe, kasztelana powinna spotkać sroga kara. Oczywiście wiadomość mogła też okazać się jedną wielką plotką, ale Bragholt wziął sobie do serca tę sprawę i postanowił wybrać się do grodu osobiście.

ogobój siedział na tronie w głównym prezbiterium świątyni. Myśli kotłowały się w jego głowie, a serce krwawiło na myśl o ostatnich niepowodzeniach. Tak bardzo pragnął, by ludzie zainteresowali się świątynią, by uwierzyli w bogów i w istotę ich niezmierzonej dobroci. Marzył, by bezmyślny motłoch w końcu porzucił odrażającą naukę techniczną i hulaszczy tryb życia. Nie mógł się doczekać dnia, w którym ludzie poddaliby się bez reszty Perunowym nakazom. Bogobój zdawał sobie sprawę, że było im zbyt dobrze, by myśleli o bogach. Nawet magia, którą sam Perun zesłał na Ziemię w swej łaskawości, była traktowana z przymrużeniem oka. Kumara to bolało, bo choć sam nie czarował, nie potrafił zrozumieć szerzącej się niewdzięczności wobec tak wspaniałego daru.

Bogobój cierpiał przez obojętność mieszczan. Modlił się dniami i nocami, by trawiący świat dobrobyt w końcu się skończył, otwierając ludziom oczy na boże istnienie. Wierzył, że Perun wraz z familią bogów pokładają w nim wszystkie nadzieje, toteż starał się ich nie zawieść.

Niedawno daremnie próbował skusić mieszczan płacidłami. Niestety, poniósł sromotną klęskę. Na domiar złego jego podopieczni porzucili go w chwili, kiedy ich najbardziej potrzebował. Podkasali habity i na widok ożywieńca czmychnęli w las. Co prawda Krawos okazał się kulturalnym upiorem, ale świątynia stanowiła niemały problem dla bogoboja, gdyż ktoś musiał się nią opiekować. W końcu mieszczanie Nogradu o niczym nie wiedzieli i mając w pamięci obietnice rozdawanych płacideł, tłumnie ruszyli na zapowiedzianą mszę. A Kumar nie miał ani płacideł, ani nawet mnichów, którzy mogliby pomóc w zorganizowaniu homilii.

Kaznodzieja przedsięwziął więc pewne kroki i zawiesił na wrotach klasztoru tablicę z napisem grypa zakaźna. Cokolwiek by mówić, fortel się udał, bo ludzie na widok afisza od razu zawijali z powrotem do miasta.

Bogoboja rozwścieczyła postawa podopiecznych, ale był też rozżalony sytuacją w Nogradzie. Bo choć skruszeni mnisi w końcu wrócili do świątyni, to mieszczanie nadal mieli sobie bogów za nic. Ba, jak co roku znowu organizowali Festiwal Wydmikufla, zabawę propagującą rozpustę, pijaństwo i Świergot jeden wie jaką paletę grzechów.

Kumar pogładził długą, siwą brodę i powiódł wzrokiem po zebranych mnichach. Siedzieli w ławach, głowy trzymali spuszczone. Żaden z nich nie pisnął nawet słowem. Kumar czuł wewnętrzną satysfakcję i pławił się w ich żalu za grzechy. Co prawda łajdacy uciekli, ale pokornie wrócili. I tylko to się w tej chwili liczyło.

Szeregi mnichów nawet się powiększyły o nowych zakonników. Do podopiecznych bogoboja dołączyli dwaj byli rozbójnicy. Berbeto, który nie krył się z miłością do teatru i rozmów przy ognisku, oraz jego były zwierzchnik, Rotupal. Ten z kolei od dawien dawna obnosił się ze swą pobożnością. Obaj mężczyźni brali udział w realizacji planu bogoboja – nieudolnie próbowali dokonać zuchwałej grabieży na gościńcu. Rotupal niemalże życiem przypłacił ten występek. Na szczęście uratował go Trewiasz, znachor z Nogradu. Medyk został przekupiony górą pradawnych płacideł, które Kumar znalazł w fosie klasztoru. Skarb był wiekowy, a na skutek denominacji oraz niekorzystnie zmiennej wartości waluty praktycznie pozbawiony wartości. Jednak Trewiasz, z zamiłowania numizmatyk, zgodził się pomóc Kumarowi za dwa wozy załadowane po brzegi tym pradawnym płatniczym szmelcem. Bogobój oczywiście oddał mu skarb, bo nie dość, że pozbył się złomu z fosy, to jeszcze uratował życie zaufanemu wyznawcy Peruna.

Opat zastanawiał się, jaką karę wymierzyć mnichom za niesubordynację. Uniósł prawą rękę w kierunku niewielkiego postumentu, na którym podczas nabożeństw zwykle stała świeca.

W tej chwili spoczywało na nim małe, drewniane urządzenie, które rankiem pożyczył od Trewiasza. Machina była przeznaczona do karania zbrodniarzy, którzy dopuścili się lubieżnych występków. Czasem też korzystano z niej, by hamować u co poniektórych popęd. Tak czy inaczej urządzenie cieszyło się złą sławą. Ten świergotny wynalazek miał zamontowany korkociąg, rynienkę oraz ostrze, które, podobnie jak w gilotynie, podciągane było linką. Bogobój mierzył wzrokiem zebranych, niespiesznie stukając palcami po drewnianej konstrukcji kastratora. Mrożący krew w żyłach odgłos mieszał się w przestrzennej sali ze ściszonymi lamentami i ckliwymi błaganiami o litość. Kumar wiedział, że mógłby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Mnichów dosięgłaby zasłużona kara, a on miałby wreszcie porządnych solistów w świątynnym chórze. Co prawda powaga sytuacji chwilę temu wzięła w łeb, gdy na widok urządzenia Berbeto zaczął się wyrywać z ławki, krzycząc, że chętnie podda się karze, ale na szczęście został uciszony przez Rotupala.

Kumar zatrzymał wzrok na nowych zakonnikach. Był dumny z ich postawy. Mimo że kara ich nie dotyczyła – wszak podczas rebelii nie byli jeszcze mnichami – to jednak teraz siedzieli wspólnie ze swoimi braćmi i pokornie czekali na ogłoszenie wyroku. Rotupal zawsze wierzył w Peruna i pomimo niechwalebnej przeszłości sumiennie uczęszczał na bogobojne nabożeństwa. Kumar był pewien, że będzie z niego dobry mnich. Za to o jego kompanie bogobój nie miał jeszcze wyrobionego zdania. Nie znał go, ale wierzył, że to dobry człowiek, choć może trochę dziwny. Gdy Berbeto dostał mnisią togę, nie ukrywał chęci wprowadzenia kilku niewielkich modyfikacji. Rękawek trzy czwarte, drobne marszczenie w pasie i koronkowe naszycie przy kołnierzyku. O tym ostatnim ulepszeniu mówił, że to wprawdzie niewielki akcent, ale swoje zadanie z pewnością spełni. Jakie zadanie – Kumar nie wiedział.

Ponownie zaczął rozmyślać, co powinien powiedzieć i w jaki sposób ukarać winnych. Czy kastracja nie będzie zbyt okrutna? Z drugiej jednak strony, opuszczając bogoboja, opuścili Peruna. A w takim wypadku nie powinien okazywać litości. Krzywiąc się, rozmasował obolałe gardło, które, jak sam twierdził, było trawione świergotnymi płomieniami po dopiero co przebytej chorobie. W rzeczywistości czuł się świetnie, ale wypadało wzbudzić współczucie u podwładnych.

Już chciał się odezwać, gdy nagle drzwi od zakrystii z hukiem się otworzyły, a do prezbiterium wpadł ożywieniec Krawos. Jego talię przepasywało prześcieradło. Wyraźnie przestraszony, próbował dobiec do bogoboja. Zaraz za Krawosem pojawił się przysadzisty chłop ze zmierzwioną czupryną i torbą pełną medykamentów.

– Poczekaj, to naprawdę nie będzie bolało! – krzyknął znachor, ledwie łapiąc oddech.

Ale ożywieniec nie słuchał. Odtrącił mężczyznę tak mocno, że ten upuścił torbę pełną specyfików i ledwie utrzymał się na nogach. Flakoniki, puzderka, wiązki ziół i bandaży rozsypały się po posadzce sali.

Mnisi przyglądali się temu z zatrwożonymi minami. Widzieli już Krawosa w świątyni. Wiedzieli, że bogobój z niewiadomych powodów postanowił pomóc tej kreaturze. Mimo że ożywieniec wydawał się pokojowo nastawiony do świata, i tak wzbudzał w nich strach oraz przerażenie. Trudno było się temu dziwić, albowiem Krawos był chodzącym szkieletem z ledwie ukształtowanymi mięśniami.

Jedno z jego oczu często wypadało z oczodołu i dyndało na wysokości ramienia, a pęto jelit co rusz wysuwało się spomiędzy żeber, by plątać się przy kolanach. Te odchylenia anatomiczne nie poprawiały wizerunku pradawnego władcy, przez co w relacjach międzyludzkich wydawał się stać na przegranej pozycji.

– Co tu się dzieje? – szeptem spytał bogobój, przytomnie udając, że walczy z dokuczliwym bólem gardła.

Krawos dobiegł do tronu bogoboja i schował się za nim.

– Co tu się dzieje? – powtórzył bogobój, siląc się na wyciśnięcie z oczu łez. Wszak winien być wycieńczony dopiero co zwalczoną gorączką.

– Bogoboju – stęknął zdyszany znachor. – Jak prosiłeś, próbuję poskładać do kupy tego nieszczęśnika, ale on nawet nie pozwala się dotknąć.

Kumar popatrzył pytająco na ożywieńca. Z nie do końca ukształtowanego nosa wypływał śluz, a kościsty podbródek trząsł się w niekontrolowanym rytmie. Krawos był chyba bliski płaczu.

– Ahrrrrr! Grrr! Wrrr! – zawarczał przez nieukształtowane struny głosowe.

– Dobrze, już dobrze – zachrypiał bogobój. – Ale sam dałeś mi do zrozumienia, że chcesz, by ci pomóc.

– Ahrrr! – upiór zawył na pełne gardło, wskazując własne krocze.

– O co mu chodzi? – Kumar spytał Trewiasza.

– Boi się operacji.

– Jakiej operacji?

– No cóż, według mnie jego ciało jest źle ukształtowane przez niepoprawną pracę mózgu.

– Skoro tak twierdzisz – zgodził się Kumar, chrząkając i dławiąc się wyimaginowaną flegmą mającą zalegać w jego zatokach, płucach i tchawicy. Nagle bogobój chwycił się kurczowo oparcia tronu i nabierając niepokojąco czerwonych barw na licach, jął w szale wierzgać nogami, jak gdyby próbował odpędzić się od samego Świergota. Udawany z początku kaszel zebrał w gardle faktyczną plwocinę, którą nieszczęśnik zaczął się najzwyczajniej w świecie dusić.

Na szczęście po krótkiej chwili zakonnik zdołał nabrać do płuc świeżego powietrza i, ku trwodze znachora, padł wycieńczony na oparcie bogobojnego siedziska.

Przesadzona konfabulacja – rzeczowo w myślach osądził opat. Zdał sobie sprawę, że musi się bardziej kontrolować, bo ani chybi, a podczas kolejnej inscenizacji wyzionie ducha.

– Wszystko w porządku? – bojaźliwie spytał Trewiasz.

Bogobój zamknął zmęczone życiem oczy.

– Perun już o mnie pyta – wyjęczał zdyszany, uchylając nieznacznie prawą powiekę, wszak był to dobry moment, by poddać ocenie oddanie mnichów. Wynik okazał się zadowalający, bo choć Peksza przyjmował właśnie jakieś zakłady, to zdecydowana większość podopiecznych zdawała się markotna. – Ale nie mówmy o mnie – dodał po chwili, prostując się na tronie. – No, o co chodzi? Czemuż on nie chce poddać się operacji?

– Jest dość niebezpieczna, ale ręczę głową za to, że pacjent ma aż pięćdziesiąt procent szans na...

– Nie bluźnij w świątyni! – ryknął bogobój, słysząc liczby.

Trewiasz zrobił kwaśną minę. Nie był wierzący, ale nie chciał się z tym obnosić przed bogobojem. Poza tym Kumar mu płacił za usługę, wypadało więc podporządkować się jego zwyczajom.

– Przepraszam – rzekł z nieudawaną skruchą w głosie. – Nie chciałem urazić ani ciebie, ani bogów tu obecnych.

Zwierzchnik świątyni wydawał się usatysfakcjonowany postawą znachora.

– No, o cóż więc chodzi? – spytał niecierpliwie.

– O fanaberie! – zirytował się Trewiasz.

– Ahrrr! Grrr! – ryknął w odpowiedzi ożywieniec, nadal kryjąc się za tronem.

– Spokój! – zdenerwował się Kumar, ostrożnie udając nawroty kaszlu. – Jakie fanaberie?

– Ten pradawny mazepa nie chce pozwolić się tknąć – rzekł Trewiasz, splatając ręce na piersi. – By go uratować, muszę dostać się do mózgu i zalać go odpowiednimi medykamentami. Owszem, zgodzę się, że jest to operacja niepozbawiona pewnego ryzyka. Jakkolwiek by na to patrzeć, każda dotychczasowa próba otwarcia głowy kończyła się śmiercią...

– No cóż, więc to chyba zrozumiałe, że on nie chce pozwolić się tknąć – rzekł bogobój.

– Byłoby zrozumiałe, ale ja mu proponuję metodę nowoczesną – rzekł medyk z rosnącym zapałem w głosie. – Nieinwazyjną! – dodał, wyraźnie wymawiając ostatni wyraz. – Najnowsze badania wprowadzają rewolucyjne rozwiązania. Otóż istnieją dowody na to, że u mężczyzn mózg jest bezpośrednio połączony głównym naczyniem żylnym z narządem rozrodczym.

Prezbiterium świątyni przeszył pomruk uznania i aprobaty. Wydawało się, że również mnisi wierzą w prawdziwość nowoczesnego twierdzenia. Bobisz wyrwał się nawet z ławki, krzycząc, że właśnie pomyślał i faktycznie, reakcja była.

– No dobrze, ale o cóż w tym wszystkim chodzi? – spytał bogobój, czując rosnące znużenie. Kwestia budowy ciała człowieka leżała w gestii bogów. Nikogo nie powinno obchodzić, co z czym i jak jest połączone. Zakonnik czuł, że znachor zaczyna się poruszać po niebezpiecznym gruncie.

– Aby uleczyć mózg nieszczęśnika, zwykle nacina się narząd rozrodczy po obwodzie, tuż przy ciele – kontynuował uczony – ale tak, by nie uszkodzić głównego naczynia żylnego biegnącego wewnątrz. Następnie ściąga się twór falliczny i ciągnie się za żyłę, która wystaje z ciała. Żyłę ciągniemy dopóty, dopóki wraz z nią nie wyjmiemy mózgu.

Po tych słowach salę przeszył pomruk boleści i cierpienia. Natomiast bogobój – któremu pragnienia ludzkie, a w tym i popęd cielesny, zdawały się obce – siedział nieporuszony.

– U ożywieńca sprawa wydaje się o tyle prostsza, że jemu właśnie tam dynda żyła i nic nie trzeba będzie potem przyszywać – dodał znachor, głęboko wierząc w skuteczność proponowanego zabiegu.

Bogobój myślał dłuższą chwilę, aż w końcu spytał:

– A gdy będziesz tak ciągnął za tę żyłę, to ona się nie urwie?

– Przyznam szczerze, że może się urwać, ale i na to wymyślono sposoby.

Bogobój wyczekująco patrzył na znachora.

– Wszystko zależy od tego, w jakim miejscu ciała znajdzie się przesuwany twór myślowy – ciągnął Trewiasz. – Ale ogólnie, gdy zachodzi taka potrzeba, zwykło się zasysać mózg przez nos, od góry, solidnym miechem, lub pchać, od dołu, tęgim badylem.

– Czy takie zabiegi nie prowadzą do śmierci?

– Ludzie zwykli w ich trakcie umierać, nie przeczę, ale nowoczesna medycyna dopatruje się przyczyn zgonów w przeciążeniu organizmu pacjenta jego własnymi, niewyobrażalnie głośnymi wrzaskami i lamentami, które, niestety, zwykle towarzyszą temu zabiegowi.

– Rozumiem.

– Ale jeśli ożywieniec zachowa spokój i nie będzie darł gęby, mogę zapewnić, że nic mu się nie stanie.

– No tak. – Bogobój pogładził brodę. – No tak – powtórzył, kontemplując każde słowo usłyszane od Trewiasza. Opisany zabieg wydawał się okrutny, ale wywodowi nie dało się odmówić logiki. Medycyna gnała do przodu i nic nie wskazywało na to, by miało się to zmienić. Dawniej na grypę zażywano bezużyteczne zielska, a teraz organizowano nawet wyjazdy do uzdrowisk, gdzie z pacjenta sadzanego w rynsztoku wypędzano morowe powietrze jeszcze gorszym smrodem ścieków. Dawniej nawet nie zdawano sobie sprawy, że można się zarazić, patrząc na chorego. Ludzie o siebie nie dbali, któż wtedy bielił sobie zęby moczem, któż stosował krwioupusty, czy na omdlenia wdychał aromaty spod psiego ogona? Ale kiedyś ludzie byli głupi, więc nie ma się czemu dziwić. Jeszcze kilka lat temu co biedniejsi wychodzili zimą ze swych chat do lasu, by zalęgnięte na ich ciałach robale pozdychały od mrozu. Trzeba było czasu, by zrozumieli, że insekty można przecież zjadać.

Bogobój szczerze doceniał wszystkie odkrycia z dziedziny lecznictwa. W końcu ludzie, zaraz po bogoboju, byli największym skarbem tego świata, stworzonym przez samego Peruna. Każdy, kto dbał o zdrowie, składał tym samym hołd swemu twórcy. Niestety, nogradzianie nie rozumieli wartości własnego zdrowia, więc mało kto radził się mądrego Trewiasza, jak zwalczyć przewlekłą gorączkę czy chociażby zwykły katar. Niby w grodzie była grupka zapaleńców regularnie upuszczających sobie krew bądź zażywających przepisane przez znachora medykamenty, ale większość ludzi bała się przy Trewiaszu kichnąć, a drzwi chętniej otwierała nawet poborcy podatkowemu.

Kumarowi było trochę żal medyka. Co prawda mędrzec nie uczęszczał na bogobojne homilie, ale daleki był od wszelkich form herezji. Nie obcował z ohydnymi prawami fizyki, brzydził się książkami i starał się trzymać z dala od cyfr.

Inni znachorzy coraz częściej sięgali po literaturę, a niektórzy obłąkańcy uciekali się nawet do spisywania ksiąg, by mieszczanie mogli poznać ich bluźniercze teorie. Niby sprawa tyczyła się ludzkiego zdrowia, tak drogiego Perunowi, ale z drugiej strony rozwój samoświadomości i wiedzy szarego człowieka były wbrew Perunowej myśli. Człowiek miał za zadanie słuchać bogobojnych morałów oraz żyć zgodnie z boskimi nakazami. I nic ponadto. Na szczęście Trewiasz był samoukiem, wybitnym samoukiem, który nie korzystał z żadnych ksiąg. A dowodem na jego właściwie prowadzoną służbę ludziom był niejeden sukces medyczny.

Właśnie Trewiasz pierwszy zaprzestał stosowania bezużytecznych mazideł na schorowane kończyny. Po prostu je odcinał. Pierwszy oferował znieczulenie osiągane za pomocą przepoconych onuc bądź dwuręcznych kafarów. Często uciekał się do niekonwencjonalnych metod, a to myjąc operowanemu ręce przed zabiegiem, a to tamując krwotok wrzącym olejem. Ba, w końcu nie kto inny, jak właśnie on dwa dni temu uratował Rotupalowi życie. Także wtedy wykazał się postępową metodą, myjąc pacjenta od stóp po czubek głowy. Nie było wątpliwości, że Trewiasz znał się na swoim fachu i w sprawach leczniczych powinno się go słuchać. Nie było innej rady, jak ponownie zaufać zdolnościom znachora.

– Krawosie – rzekł wreszcie bogobój, wzorcowo udając chrypkę. – Jeśli chcesz odzyskać dawny wygląd, musisz zaufać Trewiaszowi.

– Ahrrrrr! Grrrrr! – ryknął ożywieniec.

– Nie bój się – powiedział bogobój, siląc się na spokój. Sprawa powoli zaczynała go irytować. Świątynia Peruna fundowała temu potworowi operację plastyczną, a on jeszcze grymasił. – Umówmy się: jeśli poczujesz, że duch opuszcza twoje schorowane ciało, Trewiasz przestanie operować, zgoda?

– Wrrr – upiór odpowiedział jakby łagodniejszym charkotem.

– No, a teraz pomóż znachorowi pozbierać medykamenty, które porozrzucałeś po całej świątyni.

Krawos niechętnie wyszedł zza tronu. Przy sandale Kumara dostrzegł kostkę, która niewątpliwie wypadła z torby Trewiasza. Leżała na rozwiniętym skrawku tkaniny i wyglądała jak kawałek bielonego masełka, które zwykło się robić z koziego mleka. Podniósł kostkę i warknął w kierunku medyka.

– Wyrzuć to w tej chwili! – krzyknął Trewiasz do ożywieńca tak głośno, że mnisi podskoczyli ze strachu w ławkach.

Krawosowi nie trzeba było tego powtarzać. Momentalnie odrzucił tajemny specyfik, a że zrobił to niechlujnie, ten spadł na podołek struchlałego bogoboja. Zakonnika oblał zimny pot. Jego wystające zęby jęły dzwonić, a siwa broda trząść się w niekontrolowanym rytmie. Znachor przytomnie doskoczył do Kumara, chwycił kostkę przez szmatkę i skrzętnie ją zawinął.

– Wybacz, Kumarze – rzekł Trewiasz pospiesznie – ale ten specyfik, zwany ledwozipem chlejobólnym, jest niezwykle niebezpieczny. Po kontakcie z potem, wodą czy jakimkolwiek innym płynem rozpuszcza się i nabiera świergotnych właściwości. Gdyby jakiś nieszczęśnik wchłonął go do organizmu, ani chybi dopadłyby go okrutne boleści. Cierpienia te można porównać do najgorszych agonalnych głowobóli polibacyjnych – z tą różnicą, że byłyby stukro... że byłyby o wiele, wiele intensywniejsze.

Bogobój skrzywił się i cofnął, na ile pozwalało mu oparcie siedziska.

– Po cóż nosisz ze sobą takie groźne rzeczy? – wyjęczał przestraszony.

– No cóż, ledwozip stosuje się czasem przy niektórych znieczuleniach.

– Zabierz to ode mnie, ale migiem. – Opat charknął, pozorując nawrót kaszlu, gdyż w porę się zreflektował, że od dłuższego czasu mówi zbyt poprawnie.

– Już się robi. – Trewiasz schylił się po resztę ingrediencji i szybko powrzucał je do torby. Chwilę później podszedł do uchylonych drzwi zakrystii i jął wyczekująco spoglądać na Krawosa. Ożywieniec wyraźnie się ociągał, ale w końcu, pomstując pod nosem, zaczął iść.

– Pamiętaj, by nie drzeć gęby – rzekł bogobój do oddalającego się upiora.

W prezbiterium świątyni wreszcie zapadła cisza. Zakonnik miał nadzieję, że operacja nie zmieni tego stanu rzeczy. Westchnął pełną piersią, powiódł wzrokiem po mnichach i ponownie uniósł rękę w kierunku kastratora. Słowicze trele, odbijające się od wysokiego sklepienia świątyni, czy tylko nagana? – rozmyślał strapiony. Musiał pamiętać o tym, że fama o ucieczce zakonników mogła dojść do Nogradu. Jeśli tak się stało, bogobój powinien zrobić wszystko, aby wyjść z tego z twarzą.

Ciężki był żywot piewcy Perunowej myśli. Kumar poczuwał się do odpowiedzialności wobec bogów zarówno za swych podopiecznych, jak i za mieszczański motłoch. Jednych należało ukarać za niesubordynację, drugich za odejście od wiary. Szkoda tylko, że nie wiedział, jak się do tego zabrać. Podejrzewał, że tylko przejmująca tragedia mogłaby wszystkich wyrwać z dotychczasowej grzesznej wegetacji. Tylko ból i...

Bogobój zrobił nagle wielkie oczy, a usta rozdziawił w zachwycie, albowiem oto chyba sam Perun rzekł mu, co ma zrobić. Wprawdzie nadal nie wiedział, jak potraktować zakonników, ale był absolutnie pewien, co przedsięwziąć względem krnąbrnych mieszkańców Nogradu. Jego genialny plan sprawi, że motłoch nie tylko zostanie ukarany, ale zacznie też uczęszczać na bogobojne homilie – aż każdy z grodzian zrozumie, czym tak naprawdę jest nauka Peruna. Festiwal Wydmikufla miał się rozpocząć jutro wieczorem, pozostało więc niewiele czasu. Każde ziarno z klepsydry było w tej chwili na wagę Perunowych pieszczot.

– Przerwać operację – wyjęczał pod nosem, jakby dopiero dochodził do niego sens genialnej myśli i błyskotliwego planu. – Przerwać operację! – wydarł się na całą gębę, po czym pobiegł ile sił w nogach do zakrystii.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki