Na zakręcie - Nicholas Sparks - ebook + książka

Na zakręcie ebook

Nicholas Sparks

4,5

Opis

Miles Ryan, prowincjonalny szeryf, samotnie wychowuje dziewięcioletniego syna Jonaha. Jego życiową obsesją jest schwytanie człowieka, który przed dwoma laty potrącił samochodem jego żonę i uciekł z miejsca wypadku. Od śmierci Missy dręczą go wspomnienia: pochłonięty pracą i synem nie odczuwa potrzeby zbliżenia się do innej kobiety. Romans z Sarą Andrews, która po nieudanym małżeństwie próbuje odbudować swoje życie, powoduje serię dramatycznych wydarzeń. Wzajemne wyobrażenia obojga zakochanych miłości, lojalności i zaufaniu do partnera zostają wystawione na ciężką próbę...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 421

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wydanie elektroniczne

O książce

Miles Ryan, zastępca szeryfa w New Bern, dawnej stolicy Karoliny Północnej, samotnie wychowuje dziewięcioletniego Jonaha. Życiową obsesją Milesa jest schwytanie człowieka, który przed dwoma laty potrącił samochodem jego żonę i uciekł z miejsca wypadku. Od śmierci Missy dręczą go wspomnienia; pochłonięty pracą i synem nie odczuwa potrzeby zbliżenia się do innej kobiety. Romans z Sarą Andrews, atrakcyjną nauczycielką Jonaha, która po nieudanym małżeństwie próbuje odbudować swoje życie, może być jego ostatnią szansą na stworzenie szczęśliwej rodziny. Tymczasem nad ich związkiem zbierają się czarne chmury…

NICHOLAS SPARKS

Współczesny pisarz amerykański wydawany w milionowych nakładach i ponad 30 językach. Serca czytelników podbił swoim debiutem, opublikowaną w 1997 powieścią Pamiętnik. Kolejne – m.in. Noce w Rodanthe, Anioł Stróż, kontynuacjaPamiętnika zatytułowana Ślub, Prawdziwy cud, I wciąż ją kocham, Wybór, Szczęściarz, Ostatnia piosenka, Bezpieczna przystań orazDla ciebie wszystko – plasowały się przez wiele miesięcy w czołówce światowych rankingów sprzedaży. Najnowszy bestseller pisarza nosi tytuł The Longest Ride. Po twórczość Sparksa chętnie sięgają producenci filmowi. Na ekranach kin zagościły adaptacje Listu w butelce, Jesiennej miłości, Nocy w Rodanthe, Pamiętnika, I wciąż ją kocham, Ostatniej piosenki, Szczęściarza orazBezpiecznej przystani.

www.nicholassparks.com

Tego autora

PAMIĘTNIK

ŚLUB

LIST W BUTELCE

JESIENNA MIŁOŚĆ

NOCE W RODANTHE

NA RATUNEK

NA ZAKRĘCIE

ANIOŁ STRÓŻ

TRZY TYGODNIE Z MOIM BRATEM

PRAWDZIWY CUD

OD PIERWSZEGO WEJRZENIA

SZCZĘŚCIARZ

WYBÓR

I WCIĄŻ JĄ KOCHAM

OSTATNIA PIOSENKA

BEZPIECZNA PRZYSTAŃ

DLA CIEBIE WSZYSTKO

NAJDŁUŻSZA PODRÓŻ

Tytuł oryginału:

A BEND IN THE ROAD

Copyright © Nicholas Sparks 2001

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2001

Polish translation copyright © Elżbieta Piotrowska-Zychowicz 2001

Redakcja: Anna Walenko

Ilustracja na okładce: Maglara/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7885-167-7

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Powieść tę dedykuję

Theresie Park i Jamiemu Raabowi.

Oni wiedzą, dlaczego.

Podziękowania

Podobnie jak w przypadku innych moich powieści, popełniłbym karygodne zaniedbanie, gdybym nie wyraził wdzięczności Cathy, mojej wspaniałej żonie. Dwanaście lat, a wciąż to wszystko wytrzymuje. Kocham cię.

Pragnę również podziękować piątce moich dzieci – Milesowi, Ryanowi, Landonowi, Lexie i Savannah. Dzięki nim stoję mocno nogami na ziemi, a co ważniejsze, dają mi oni wiele radości.

Larry Kirshbaum i Maureen Egen byli zawsze fantastyczni, służyli mi zachętą i wsparciem od początku mojej kariery pisarskiej. Dziękuję wam obojgu. (PS Szukajcie swoich imion w tej powieści!).

Richard Green i Howie Sanders, moi hollywoodzcy agenci, są najlepsi w swoim fachu. Dzięki, chłopaki!

Denise Di Novi, producentka zarówno Listu w butelce, jak i Jesiennej miłości, jest nie tylko rewelacyjna w tym, co robi, ale stała się też moją wielką przyjaciółką.

Scott Schwimer, mój prawnik, zasługuje na wielkie podziękowania i wdzięczność. Niniejszym je wyrażam. Jesteś najlepszy.

Micah i Christine, mój brat i jego żona. Kocham was oboje.

Wyrazy wdzięczności niech przyjmie również Jennifer Romanello, Emi Battaglia i Edna Farley z reklamy, Flag, która projektuje okładki moich powieści, Courtenay Valenti i Lorenzo Di Bonaventura z Warner Brothers, Hunt Lowry z Gaylord Films, Mark Johnson i Lynn Harris z New Line Cinema. Doszedłem do tego, kim jestem, dzięki wam wszystkim.

Prolog

W którym miejscu naprawdę rozpoczyna się ta historia? W życiu rzadko daje się określić dokładnie początek czegokolwiek, tę chwilę, kiedy spoglądając wstecz, możemy z całą pewnością stwierdzić, że właśnie od tego wszystko się zaczęło. Jednakże czasami zdarza się, że los krzyżuje się z naszym codziennym życiem, zapoczątkowując łańcuch zdarzeń, których konsekwencji nie potrafimy w żaden sposób przewidzieć.

Już prawie druga w nocy, a ja jestem całkowicie przytomny. Wcześniej, gdy położyłem się spać, kręciłem się i przewracałem z boku na bok przez godzinę, aż wreszcie się poddałem. Siedzę teraz przy biurku, z piórem w ręku, zastanawiając się nad tym, jak przeznaczenie skrzyżowało się z moim życiem. Nie jest to u mnie czymś niezwykłym. Ostatnio potrafię myśleć chyba wyłącznie o tym.

W domu panuje cisza, słychać tylko monotonne tykanie zegara, stojącego na półce. Moja żona śpi na górze, a ja, wpatrując się żółte kartki bloku do pisania, uświadamiam sobie, że nie wiem, od czego zacząć. Nie dlatego, żebym nie był pewny mojej historii, lecz przede wszystkim nie bardzo rozumiem, co mnie popycha do tego, żeby ją opowiedzieć. Czemu ma służyć odgrzebywanie przeszłości? Przecież wydarzenia, które zamierzam opisać, miały miejsce trzynaście lat temu, a przypuszczam, że da się z łatwością dowieść, iż naprawdę zaczęły się dwa lata wcześniej. Siedząc tak, zdaję sobie jednak sprawę, że muszę spróbować je zrelacjonować, choćby tylko po to, żeby zostawić to wszystko w końcu za sobą.

Moje wspomnienia o tamtym okresie wspomaga kilka rzeczy: pamiętnik, który prowadziłem od czasów, gdy byłem małym chłopcem, teczka pożółkłych artykułów z gazet, moje własne dochodzenie i, oczywiście, urzędowe akta. Liczy się również fakt, że setki razy przeżywałem na nowo wydarzenia tej szczególnej historii. Czasami mam wrażenie, że wżarły się w moją pamięć. Ale gdyby złożyć ją tylko z tamtych elementów, byłaby niepełna. Uczestniczyli w niej inni ludzie, a ja, choć byłem świadkiem niektórych wypadków, nie brałem udziału we wszystkich. Zdaję sobie sprawę, że nie jest możliwe odtworzenie każdego uczucia czy każdej myśli w życiu drugiego człowieka, niezależnie jednak od tego, jakie będą efekty moich usiłowań, spróbuję podjąć to wyzwanie.

* * *

Jest to przede wszystkim historia miłości i, tak jak wiele innych, historia miłości Milesa Ryana i Sary Andrews ma swoje źródło w tragedii. Jednocześnie jest to opowieść o przebaczeniu i mam nadzieję, że gdy skończycie ją czytać, zrozumiecie problemy, jakim musieli stawić czoło Miles i Sara, jak również decyzje, które podjęli, zarówno te słuszne, jak i te błędne. Mam też nadzieję, że koniec końców zrozumiecie i mnie.

Pozwólcie jednak, że od razu coś wyjaśnię. To nie jest po prostu opowieść o Sarze Andrews i Milesie Ryanie. Jeśli mówić o początku całej historii, trzeba wspomnieć Missy Ryan, licealną sympatię zastępcy szeryfa w małym południowym miasteczku.

Missy Ryan, podobnie jak jej mąż Miles, dorastała w New Bern. Z tego, co ludzie mówią, była urocza i miła, a Miles kochał ją przez całe swe dorosłe życie. Miała ciemnobrązowe włosy i jeszcze ciemniejsze oczy, podobno mówiła z akcentem, który sprawiał, że mężczyznom z innych części kraju miękły kolana. Bez przerwy się śmiała, umiała słuchać z zainteresowaniem, często dotykała ręki rozmówcy, jak gdyby zapraszając go, żeby stał się częścią jej świata. I, jak większość kobiet z Południa, miała znacznie silniejszą wolę, niż mogłoby się z początku wydawać. To ona, a nie Miles, rządziła domem. Z reguły przyjaciele Milesa byli mężami przyjaciółek Missy, ich życie koncentrowało się wokół rodziny.

W szkole średniej Missy była czirliderką. Ta śliczna dziewczyna już w drugiej klasie cieszyła się dużym powodzeniem, ale choć znała z widzenia Milesa Ryana, nie mieli razem żadnych lekcji, ponieważ był o rok starszy. Nie przeszkodziło im to jednak. Poznali się przez kolegów i zaczęli się spotykać w przerwach na lunch, rozmawiali po meczach futbolu, aż w końcu umówili się na prywatkę podczas weekendu. Wkrótce stali się nierozłączni, a gdy w kilka miesięcy później Miles zaprosił Missy na bal szkolny, byli już zakochani.

Wiem, że są tacy, którzy będą się krzywili, twierdząc, że prawdziwa miłość w tak młodym wieku nie istnieje. Jednakże dla Milesa i Missy istniała i pod pewnymi względami była silniejsza od miłości, którą przeżywają ludzie starsi, ponieważ nie przytłumiła jej jeszcze proza życia. Spotykali się, dopóki Miles nie ukończył szkoły, a gdy potem wyjechał do college’u w Karolinie Północnej, pozostali sobie wierni.

Tymczasem Missy też zrobiła maturę i po roku dołączyła do niego na Uniwersytecie Stanowym Karoliny Północnej, a gdy w trzy lata później oświadczył się jej przy kolacji, rozpłakała się, powiedziała „tak” i spędziła następną godzinę przy telefonie, przekazując rodzinie wspaniałą nowinę, podczas gdy Miles sam kończył posiłek. Miles został w Raleigh, dopóki Missy nie skończyła studiów. Podczas ich ślubu w New Bern kościół dosłownie pękał w szwach.

Missy dostała pracę w Wachovia Bank, w oddziale kredytowym, a Miles podjął szkolenie, po którym miał zostać zastępcą szeryfa. Była w drugim miesiącu ciąży, gdy Miles zaczął pracować dla hrabstwa Craven, patrolując znajome od dziecka ulice. Podobnie jak wiele młodych małżeństw, kupili swój pierwszy dom, a gdy w styczniu 1981 roku urodził się ich syn Jonah, Missy rzuciła jedno spojrzenie na maleńkie zawiniątko i stwierdziła, że macierzyństwo jest najlepszą rzeczą, jaka ją kiedykolwiek spotkała. Jonah dał się jej nieźle we znaki – do chwili ukończenia sześciu miesięcy nie sypiał w nocy – i czasami miała ochotę krzyknąć na niego, tak samo jak on krzyczał na nią, mimo to jednak Missy kochała go ponad życie, nie miała pojęcia, że taka miłość w ogóle jest możliwa.

Była cudowną matką. Rzuciła pracę, by móc przebywać z synkiem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, czytała mu bajki, bawiła się z nim, zabierała go na spacery, żeby bawił się z innymi dziećmi. Mogła siedzieć godzinami, po prostu patrząc na niego. Gdy skończył pięć lat, Missy uświadomiła sobie, że pragnie drugiego dziecka, zaczęli więc starać się o nie. Siedem lat małżeństwa było dla obojga najszczęśliwszym okresem życia.

Ale w sierpniu 1986 roku dwudziestodziewięcioletnia Missy Ryan została zabita.

Jej śmierć zgasiła blask w oczach Jonaha. Prześladowała Milesa przez dwa lata. Utorowała drogę wszystkiemu, co miało nastąpić później.

Dlatego, jak powiedziałem, jest to w równym stopniu opowieść o Missy, co o Milesie i Sarze. I jest to również moja historia.

Ja też odegrałem pewną rolę w tym, co się wydarzyło.

Rozdział 1

Rankiem dwudziestego dziewiątego sierpnia 1988 roku, nieco ponad dwa lata po śmierci żony, Miles Ryan stał na werandzie, na tyłach swego domu, paląc papierosa i przyglądając się, jak słońce powoli rozświetla pomarańczowym blaskiem szare niebo. Przed nim rozpościerała się rzeka Trent, jej słonawe wody częściowo przesłaniały rosnące na brzegu cyprysy.

Dym z papierosa Milesa unosił się spiralnie do góry. Mężczyzna czuł, jak rośnie wilgotność powietrza, robi się coraz bardziej duszno. Ptaki zaczęły swoje poranne trele, śpiewne dźwięki wypełniły powietrze. Przepłynęła łódź z drewna lipowego, wędkarz pomachał mu, Miles zaś zdobył się na to, by skinąć mu głową. Więcej energii nie potrafił z siebie wykrzesać.

Musiał napić się kawy. Filiżanka czarnej i zdoła stawić czoło codziennym obowiązkom – wyprawi Jonaha do szkoły, przykróci miejscowych rozrabiaków, którzy złamią prawo, roześle po hrabstwie zawiadomienia o eksmisji, poradzi sobie z innymi sprawami, które nieuchronnie wynikną z biegiem dnia, na przykład spotka się po południu z nauczycielką Jonaha. A to tylko preludium. Wieczorami czekało go chyba jeszcze więcej zajęć. Zawsze znalazło się coś do roboty, jeśli chciał, żeby wszystko w domu szło gładko – płacenie rachunków, zakupy, sprzątanie, naprawa różnych domowych rzeczy. Nawet gdy Miles niekiedy miał dla siebie wolną chwilę, odnosił wrażenie, że musi wykorzystać ją natychmiast, w przeciwnym razie straci okazję. Szybko, znajdź sobie coś do czytania. Pośpiesz się, masz zaledwie kilka minut na relaks. Zamknij oczy, zaraz nie będziesz miał na to czasu. Każdemu dałoby to prędko w kość, cóż jednak mógł poradzić?

Naprawdę musi napić się kawy. Nikotyna już mu nie pomagała i myślał o tym, by rzucić papierosy, ale właściwie nie miało wielkiego znaczenia, czy to zrobi, czy nie. Uważał, że tych kilka papierosów w ciągu dnia trudno nazwać paleniem. Nie wypalał przecież paczki dziennie ani też nie palił przez całe życie. Zaczął dopiero po śmierci Missy i mógł w każdej chwili przestać. Ale czym tu się przejmować? Do licha, płuca ma w dobrym stanie – nie dalej jak w zeszłym tygodniu musiał gonić złodziejaszka sklepowego i nie miał najmniejszego problemu z dopadnięciem chłopaka. Palaczowi by się to nie udało.

Oczywiście, nie było to takie łatwe jak wtedy, gdy miał dwadzieścia dwa lata. Ale od tamtego czasu upłynęło już kolejnych dziesięć i choć w wieku trzydziestu dwóch lat jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie, by rozglądać się za miejscem w domu opieki, to jednak robił się coraz starszy. Czuł to – kiedyś, w czasach college’u, rozpoczynał z kolegami wieczór o jedenastej i bawili się przez całą noc. W ciągu ostatnich kilku lat – o ile nie pracował – jedenasta stała się dla niego późną porą i kładł się do łóżka także wtedy, gdy miał kłopoty z zaśnięciem. Nie potrafił wyobrazić sobie na tyle ważnego powodu, który skłoniłby go do pozostania na nogach. Znużenie wkradło się jako stały element do jego życia. Nawet w te noce, kiedy nie dręczyły go koszmary senne – co zdarzało się bardzo często od śmierci Missy – Miles budził się wciąż z uczuciem… zmęczenia. Nie potrafił się na niczym skoncentrować. Był ociężały, jak gdyby poruszał się pod wodą. Składał to na karb gorączkowego życia, jakie prowadził, czasami jednak zastanawiał się, czy nie dolega mu coś znacznie poważniejszego. Przeczytał kiedyś, że jednym z symptomów klinicznej depresji jest „nadmierna apatia, bez konkretnego powodu czy przyczyny”. Oczywiście, on miał powód…

Tym, czego naprawdę potrzebował, był krótki odpoczynek w domku nad brzegiem morza w Key West, gdzie mógłby spróbować złowić turbota lub po prostu odpoczywać w łagodnie kołyszącym się hamaku, popijając zimne piwo, nie stając w obliczu decyzji poważniejszych od tej, czy włożyć sandały, czy nie, gdy wybierze się na spacer po plaży z miłą kobietą u boku.

No właśnie, częściowo i o to chodziło. Samotność. Obrzydła mu samotność, budzenie się w pustym łóżku, choć to uczucie wciąż go zaskakiwało. Pojawiło się dopiero niedawno. Przez pierwszy rok po śmierci Missy Milesowi nie przeszło w ogóle przez myśl, że mógłby kiedykolwiek pokochać inną kobietę. Nigdy. Tak jak gdyby pragnienie kobiecego towarzystwa w ogóle nie istniało, jak gdyby pożądanie i miłość były jedynie teoretycznymi ewentualnościami, które nie mają związku z rzeczywistym światem. Nawet gdy wstrząs i smutek tak ogromny, że płakał po nocach, trochę przygasły, jego życie toczyło się niewłaściwym torem – jak gdyby zboczyło z niego chwilowo, ale wkrótce miało znowu nań powrócić, a zatem nie ma powodu, by czymkolwiek się denerwować.

Przecież po pogrzebie większość rzeczy nie uległa zmianie. Rachunki nadal nadchodziły, Jonah musiał jeść, trawa wymagała koszenia. Wciąż miał pracę. Pewnego razu Charlie, jego szef i jednocześnie najbliższy przyjaciel, spytał po kilku dużych piwach, jak to jest, stracić żonę. Miles odpowiedział mu na to, że ma wrażenie, iż Missy wcale nie odeszła na zawsze. Wydaje mu się raczej, że wyjechała na weekend z przyjaciółką, zostawiając go z Jonahem na czas swej nieobecności.

Czas mijał, a wraz z nim ustąpiło odrętwienie, do którego tak przywykł. Wyparła je rzeczywistość. Choć Miles bardzo pragnął się otrząsnąć, myślami nadal był przy Missy. Wszystko mu ją przypominało. Zwłaszcza Jonah, który z biegiem czasu stawał się coraz podobniejszy do matki. Bywało, że gdy Miles zatrzymał się w drzwiach, otuliwszy już synka do snu, widział w rysach dziecka twarz swojej żony i musiał się odwracać, żeby Jonah nie zauważył jego łez. Ale jej obraz zostawał przy nim na wiele godzin. Uwielbiał patrzeć na Missy, gdy spała, z długimi ciemnymi włosami rozsypanymi na poduszce. Jedna ręka spoczywała zawsze nad głową, usta miała lekko rozchylone, pierś unosiła jej się i opadała delikatnie w równomiernym oddechu. I jej zapach – to coś, czego Miles nigdy nie zapomni. W pierwsze Boże Narodzenie po śmierci żony, siedząc w kościele na porannej mszy, Miles poczuł zapach perfum, których używała Missy, i jeszcze długo po skończonym nabożeństwie trzymał się tego bolesnego wspomnienia jak tonący koła ratunkowego.

Podobnie było z innymi sprawami. W początkowym okresie małżeństwa zwykli jadać lunch u „Freda i Clary”. Była to mała restauracyjka, oddalona zaledwie o jedną przecznicę od banku, w którym pracowała Missy. Znajdowała się trochę na uboczu, była cicha i spokojna, w jej przytulnej salce czuli się wspaniale, mieli wrażenie, że nic się nigdy między nimi nie zmieni. Po przyjściu na świat Jonaha nie bywali tam często, teraz jednak, po śmierci żony, Miles zaczął chodzić tam znowu, jak gdyby w nadziei, że znajdzie na wyłożonych boazerią ścianach pozostałości tamtych uczuć. W domu również podporządkował życie przyzwyczajeniom Missy. Ponieważ Missy robiła zakupy w sklepie spożywczym w czwartek wieczorem, Miles przejął ten zwyczaj. Ponieważ Missy hodowała pomidory pod ścianą domu, Miles również je tam posadził. Missy uważała lizol za najlepszy kuchenny środek czyszczący, on też nie widział powodu, żeby używać czegoś innego. Missy zawsze była obecna we wszystkim, co robił.

Jednakże minionej wiosny od pewnego momentu to uczucie zaczęło się zmieniać. Zmiana przyszła bez ostrzeżenia i Miles zrozumiał natychmiast, co się stało. Jadąc do śródmieścia, przyłapał się na tym, że nie odrywa wzroku od dwojga młodych ludzi, którzy szli chodnikiem, trzymając się za ręce. Przez chwilę Miles wyobrażał sobie, że jest tamtym mężczyzną, że kobieta jest z nim. A jeśli nie ona, to ktoś… ktoś, kto pokocha nie tylko jego, lecz również Jonaha. Ktoś, kto wywoła uśmiech na jego twarzy, z kim będzie mógł napić się wina przy spokojnym obiedzie, kogo przytuli, dotknie i komu będzie szeptał do ucha ciche słowa, gdy zgasi światło. Ktoś taki jak Missy, pomyślał, i natychmiast ogarnęło go takie poczucie winy i zdrady, że na zawsze wygnał młodą parę ze swych myśli.

A przynajmniej tak mu się wydawało.

Gdy później, tego samego wieczoru, leżał już w łóżku, znowu ich wspomniał. I choć nadal dręczyło go poczucie winy i zdrady, nie było już tak silne jak kilka godzin wcześniej. I właśnie w tej chwili Miles zrozumiał, że uczynił pierwszy, aczkolwiek bardzo mały, krok w kierunku ostatecznego pogodzenia się ze swoją stratą.

Zaczął uzasadniać swoją nową rzeczywistość, tłumacząc sobie, że jest teraz wdowcem, że jego uczucia są czymś absolutnie normalnym, i wiedział, że wszyscy się z nim zgodzą. Nikt nie oczekiwał, że spędzi resztę życia sam. W ciągu ostatnich kilku miesięcy przyjaciele proponowali mu nawet kilkakrotnie, że umówią go na randkę. Poza tym wiedział, że Missy chciałaby, żeby ponownie się ożenił. Mówiła mu to niejeden raz, gdy jak większość małżeństw bawili się w „co by było, gdyby”. Aczkolwiek żadne z nich nie zakładało nigdy, że zdarzy się coś strasznego, oboje zgadzali się, iż dla Jonaha nie byłoby wskazane, gdyby dorastał tylko z jednym z rodziców, dla którego też nie byłoby dobre samotne życie. Mimo to wydawało się, że jest jeszcze trochę za wcześnie.

Z upływem lata myśli o znalezieniu kogoś zaczęły pojawiać się coraz częściej i z coraz większą intensywnością. Missy wciąż tu była, Missy zawsze tu będzie… mimo to jednak Miles zaczął poważniej myśleć o znalezieniu kogoś, z kim mógłby dzielić życie. Późno w nocy, gdy pocieszał synka, siedząc z nim na bujanym fotelu na tylnej werandzie – był to jedyny sposób na odpędzenie nocnych koszmarów – te myśli nawiedzały go ze zdwojoną siłą i zawsze szły tym samym torem. Prawdopodobnie mógłby znaleźć kogoś zmieniało się na prawdopodobnie znalazłby, by ostatecznie dojść do prawdopodobnie znajdzie. Jednakże w tym punkcie – bez względu na to, jak bardzo pragnął, żeby było inaczej – jego myśli wykonywały zwrot ku prawdopodobnie nie znajdzie nikogo.

Przyczyna takiego stanu rzeczy tkwiła w jego sypialni. Na półce stała gruba szara teczka z aktami dotyczącymi śmierci Missy, które zebrał dla siebie w ciągu miesięcy po jej pogrzebie. Trzymał je po to, by nie pozwoliły mu zapomnieć, co się stało, by pamiętał o pracy, którą musi jeszcze wykonać.

By przypominały mu o jego klęsce.

* * *

W kilka minut później Miles zgasił papierosa o balustradę werandy i wszedł do domu. Nalał sobie kawy, której tak bardzo potrzebował, i ruszył korytarzem do pokoju synka. Uchylił drzwi i zobaczył, że Jonah jeszcze śpi. To dobrze, ma zatem trochę czasu. Skierował się do łazienki.

Gdy odkręcił kran, prysznic jęczał i syczał przez chwilę, zanim wreszcie popłynęła woda. Wykąpał się, ogolił i umył zęby. Przejechał grzebieniem po włosach, czyniąc znów obserwację, że jest ich chyba mniej niż kiedyś. Śpiesznie włożył mundur szeryfa, następnie wyjął kaburę ze skrytki nad drzwiami sypialni i przypiął ją. Usłyszał z korytarza skrzypienie łóżka syna. Gdy wszedł do pokoju, Jonah podniósł na niego spojrzenie podpuchniętych oczu. Siedział wciąż jeszcze na łóżku, z potarganymi włosami. Nie spał od co najmniej kilku minut.

– Witaj, mistrzu – rzekł Miles z uśmiechem.

Jonah podniósł głowę leniwym ruchem, jak na zwolnionym filmie.

– Cześć, tato.

– Jesteś gotów do śniadania?

– Mogę dostać naleśniki? – mruknął cichutko Jonah, przeciągając się.

– A co powiesz na tosty? Jesteśmy trochę spóźnieni.

Jonah nachylił się, sięgając po spodnie. Miles złożył je porządnie wczoraj wieczorem.

– Mówisz to codziennie.

– A ty codziennie jesteś spóźniony – wzruszył ramionami Miles.

– No to budź mnie wcześniej.

– Mam lepszy pomysł – kładź się spać wtedy, kiedy ci mówię.

– Ale wtedy nie jestem zmęczony. Odczuwam zmęczenie tylko rano.

– Wstąp do klubu.

– Co?

– Nieważne – odparł Miles. Pokazał palcem na łazienkę. – Nie zapomnij się uczesać, kiedy się już ubierzesz.

– Nie zapomnę – obiecał Jonah.

Większość ranków wyglądała tak samo. Miles wrzucał kromki do opiekacza i nalewał sobie kolejną filiżankę kawy. Tymczasem Jonah ubierał się i przychodził do kuchni, gdzie czekały już na niego tosty i szklanka mleka. Miles smarował pieczywo masłem, ale Jonah lubił sam dodawać syropu. Miles zaczynał jeść swój tost i przez chwilę żaden z nich się nie odzywał. Jonah wyglądał nadal, jak gdyby przebywał we własnym małym świecie, i choć Miles musiał z nim porozmawiać, czekał, żeby syn przynajmniej sprawiał wrażenie, że coś do niego dociera.

Po kilku minutach obopólnego milczenia Miles odchrząknął.

– Jak ci idzie w szkole? – spytał.

– Chyba w porządku – wzruszył ramionami Jonah.

To pytanie było również częścią codziennej rutyny. Miles zawsze pytał o szkołę, a Jonah zawsze odpowiadał, że wszystko w porządku. Ale wcześniej tego ranka, pakując plecak Jonaha, Miles znalazł list od jego nauczycielki, w którym prosiła o spotkanie. Coś w sposobie sformułowania tego listu nasunęło mu wrażenie, że chodzi o sprawę poważniejszą niż zwykła rozmowa nauczyciela z opiekunem dziecka.

– Radzisz sobie na lekcjach?

– Uhum – mruknął Jonah.

– Lubisz swoją nauczycielkę?

Jonah kiwnął głową między kolejnymi kęsami.

– Uhum – odpowiedział znowu.

Miles czekał, chcąc się przekonać, czy Jonah coś doda, syn jednak milczał. Miles pochylił się ku niemu bliżej.

– To dlaczego nie powiedziałeś nic o liście, który przysłała mi twoja nauczycielka?

– Jakim liście? – spytał niewinnie Jonah.

– Tym, który znalazłem w twoim plecaku. Twojej nauczycielce najwyraźniej zależało, żebym go przeczytał.

Jonah znowu wzruszył ramionami, które podskoczyły i opadły niczym grzanki w tosterze.

– Chyba po prostu zapomniałem.

– Jak mogłeś zapomnieć o czymś tak ważnym?

– Nie wiem.

– A wiesz, dlaczego nauczycielka chce się ze mną spotkać?

– Nie… – zawahał się Jonah i Miles zorientował się natychmiast, że syn nie mówi prawdy.

– Synu, masz kłopoty w szkole?

Chłopiec zamrugał szybko powiekami i podniósł wzrok. Ojciec zwracał się do niego „synu” tylko wtedy, gdy Jonah coś zmalował.

– Nie, tato. Nigdy nie rozrabiam. Przysięgam.

– Wobec tego, o co chodzi?

– Nie wiem.

– Zastanów się.

Jonah wiercił się na krześle, wiedząc, że wyczerpał limit ojcowskiej cierpliwości.

– No, może miałem trochę problemów z niektórymi lekcjami.

– Przecież zapewniłeś mnie, że w szkole wszystko w porządku.

– Bo w szkole jest w porządku. Panna Andrews to naprawdę miła osoba i bardzo mi się tam podoba. – Jonah milczał przez chwilę, po czym dodał: – Po prostu czasami rozumiem nie wszystko, co się dzieje na lekcjach.

– Po to chodzisz do szkoły. Żeby się nauczyć.

– Wiem – odpowiedział chłopiec – ale jest inaczej niż u pani Hayes w zeszłym roku. Domowe zadania są trudne. Nie wszystkie potrafię odrobić.

Jonah sprawiał wrażenie przestraszonego i jednocześnie zawstydzonego. Miles położył dłoń na ramieniu syna.

– Czemu nie zwierzyłeś mi się ze swoich kłopotów?

Minęła długa chwila, zanim Jonah odpowiedział na pytanie ojca.

– Bo nie chciałem – rzekł w końcu – żebyś był na mnie wściekły.

* * *

Po śniadaniu, upewniwszy się, że Jonah jest gotów do wyjścia, Miles pomógł synkowi włożyć plecak i odprowadził go do drzwi. Od śniadania Jonah prawie się nie odzywał. Przykucnąwszy, Miles pocałował go w policzek.

– Nie martw się o popołudnie. Wszystko będzie dobrze, tak?

– Tak – wymamrotał Jonah.

– I nie zapomnij, że przyjadę po ciebie, nie wsiadaj więc do autobusu.

– Tak – powtórzył mały.

– Kocham cię, mistrzu.

– Ja też cię kocham, tatusiu.

Miles patrzył za synkiem, który ruszył wolno w stronę przystanku autobusowego na rogu ulicy. Wiedział, że w przeciwieństwie do niego, Missy nie byłaby zaskoczona wydarzeniami dzisiejszego poranka. Bez wątpienia orientowałaby się, że Jonah ma kłopoty w szkole. Zawsze była na bieżąco w takich sprawach. Zawsze czuwała nad wszystkim.

Rozdział 2

Wieczorem, w przeddzień spotkania z Milesem Ryanem, Sara Andrews szła ulicami historycznej dzielnicy New Bern, usilnie starając się utrzymać równe tempo. Mimo że chciała jak najlepiej wykorzystać to ćwiczenie – od pięciu lat była zapalonym piechurem – po przeprowadzce do tego miasteczka przychodziło jej to coraz trudniej. Za każdym razem, gdy wyruszała na spacer, znajdowała coś nowego, co budziło jej ciekawość, coś, co sprawiało, że przystawała i przyglądała się.

New Bern, założone w 1710 roku, leży nad rzekami Neuse i Trent we wschodniej części Karoliny Północnej. Jako drugie z najstarszych miast w stanie, było niegdyś jego stolicą i tutaj znajdowała się rezydencja gubernatora kolonialnego, pałac Tryon, który spłonął w 1798 roku i w 1954 został odrestaurowany, wraz z częścią zapierających dech, najpiękniejszych ogrodów na Południu. Na całym terenie zakwitały każdej wiosny tulipany i azalie, a jesienią chryzantemy. Sara wybrała się tam na wycieczkę zaraz po przyjeździe do miasta. Mimo że nie była to pora kwitnienia kwiatów, Sara opuściła pałac, marząc o zamieszkaniu w takiej odległości, by mogła robić tu codziennie piesze spacery.

Wprowadziła się do staromodnego mieszkania przy Middle Street, kilka przecznic dalej, w samym sercu miasta. Do mieszkania wchodziło się po schodkach, trzy domy dzieliły je od apteki, gdzie w 1898 roku Caleb Bradham po raz pierwszy wprowadził na rynek napój Brada, który świat poznał jako pepsi-colę. Za rogiem znajdował się kościół episkopalny, majestatyczna budowla z cegły, ocieniona gigantycznymi magnoliami, której podwoje zostały po raz pierwszy otwarte w 1718 roku. Wychodząc z domu na spacer, Sara mijała oba miejsca, kierując się ku Front Street, gdzie pełne wdzięku stare rezydencje stały już od dwustu lat.

Jednakże największy jej podziw budził fakt, że większość domów stopniowo, po kolei została pieczołowicie odrestaurowana w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat. W przeciwieństwie do Williamsburga w Wirginii, który odrestaurowano w dużej mierze z dotacji Fundacji Rockefellera, miasto New Bern zaapelowało do swoich mieszkańców, a oni odpowiedzieli na ten apel. Poczucie wspólnoty zwabiło tu jej rodziców przed czterema laty. Sara nie wiedziała nic o New Bern, dopóki nie przeniosła się do tego miasta w czerwcu tego roku.

Podczas marszu myślała o tym, jak bardzo New Bern różni się od Baltimore w stanie Maryland, gdzie się urodziła, dorastała i gdzie mieszkała jeszcze kilka miesięcy temu. Chociaż Baltimore miało swoją własną bogatą historię, było przede wszystkim dużym miastem, New Bern natomiast to małe południowe miasteczko, dość odizolowane i kompletnie niezainteresowane tym, żeby nadążyć za coraz szybszym tempem życia gdzie indziej. Tutaj ludzie pozdrawiali ją gestem dłoni, gdy mijała ich na ulicy, a po każdym pytaniu, które zadała, następowała zwykle długa, wyczerpująca odpowiedź, z odwołaniem do ludzi czy zdarzeń, o których nigdy przedtem nie słyszała, jak gdyby wszystko i wszyscy byli w jakiś sposób powiązani. Zwykle było to sympatyczne, choć czasami doprowadzało ją do szaleństwa.

Jej rodzice przenieśli się tutaj, gdy ojciec podjął pracę jako dyrektor szpitala w Craven Regional Medical Center. Gdy sprawa rozwodowa Sary została zakończona, rodzice zaczęli namawiać ją, żeby się również przeprowadziła. Znając dobrze swoją matkę, Sara odłożyła decyzję na rok. Nie w tym rzecz, że Sara jej nie kochała – po prostu matka potrafiła czasami wiercić dziurę w brzuchu, jeśli można to tak określić. Mimo to, dla spokoju ducha, w końcu poszła za jej radą i na razie – dzięki Bogu – nie żałowała. Czuła, że tego właśnie teraz potrzebuje, ale choć miasteczko było urocze, nie widziała możliwości zamieszkania w nim na zawsze.

Zrozumiała niemal natychmiast, że New Bern nie jest miastem dla samotnych. Nie było tu wielu miejsc, gdzie można by kogoś poznać, a ludzie w jej wieku, których spotkała, mieli już rodziny. Podobnie jak w wielu południowych miasteczkach, tutaj też rządził pewien społeczny konwenans. Ponieważ zdecydowaną większość mieszkańców stanowiły małżeństwa, samotnej kobiecie trudno było znaleźć miejsce dla siebie lub nawet zacząć jakiś związek. A zwłaszcza rozwiedzionej i całkiem nowej w tej okolicy.

A jednak było to idealne miejsce do wychowywania dzieci i czasami Sara lubiła wyobrażać sobie podczas spaceru, że jej losy potoczyły się całkiem inaczej. Jako młoda dziewczyna zawsze zakładała, że jej życie będzie wyglądało tak, jak tego chciała: małżeństwo, dzieci, dom w dzielnicy, gdzie rodziny świętują w piątek w ogródkach rozpoczęcie weekendu. Takie życie pędziła jako dziecko i takiego pragnęła jako dorosła kobieta. Ale sprawy ułożyły się inaczej. W życiu rzadko wszystko idzie po naszej myśli, tyle już zrozumiała.

Przez pewien czas wydawało jej się, że nie ma nic niemożliwego, zwłaszcza gdy poznała Michaela. Właśnie kończyła studia pedagogiczne, a Michael był świeżym absolwentem Wydziału Zarządzania w Georgetown. Jego rodzina, jedna z najznamienitszych w Baltimore, dorobiła się ogromnego majątku na bankierstwie i była wielce snobistyczna. Należała do tego rodzaju klanów, których członkowie zasiadają w zarządach rozmaitych korporacji i wprowadzają w klubach podmiejskich politykę, mającą na celu wyeliminowanie tych, których uważają za pośledniejszych. Michael jednak zdawał się odrzucać wartości, które liczyły się dla jego rodziny, i był uważany za wspaniałą partię. Gdy wchodził do pokoju, wszystkie głowy odwracały się ku niemu, a on, mimo że wiedział, co się dzieje, z ujmującym wdziękiem udawał, że kompletnie go nie obchodzi, co ludzie o nim myślą.

Oczywiście, słowo „udawał” jest tutaj kluczowe.

Sara, podobnie jak wszystkie jej przyjaciółki, wiedziała, kim jest Michael, gdy zjawił się na przyjęciu, i zdziwiło ją, gdy później wieczorem podszedł, by się przedstawić. Zaprzyjaźnili się natychmiast. Po krótkiej rozmowie nastąpiła dłuższa nazajutrz przy kawie, po czym zaprosił ją na kolację. Wkrótce zaczęli spotykać się regularnie i Sara zakochała się. W rok później Michael poprosił ją o rękę.

Matka Sary była zachwycona nowiną, ojciec natomiast powstrzymał się od komentarzy, powiedział tylko, że ma nadzieję, iż będzie szczęśliwa. Może coś podejrzewał, a może po prostu żył już dość długo na tym świecie, by wiedzieć, że w rzeczywistości bajki rzadko okazują się prawdą. Nie zdradził jej wówczas, o co mu chodzi, a Sara, szczerze mówiąc, nie paliła się do tego, żeby wypytywać go, jakie ma zastrzeżenia, z jednym wyjątkiem, mianowicie wtedy, gdy Michael poprosił ją o podpisanie intercyzy. Michael tłumaczył wprawdzie, że domaga się tego rodzina, ale choć robił wszystko, co w jego mocy, by zrzucić winę na rodziców, Sara podejrzewała w głębi ducha, że gdyby ich nie było, sam nalegałby na to. Mimo to podpisała dokumenty. Tego samego wieczoru rodzice Michaela wydali huczne przyjęcie zaręczynowe, aby oficjalnie zapowiedzieć zbliżający się ślub.

W siedem miesięcy później Sara i Michael pobrali się. Miesiąc miodowy spędzili w Grecji i w Turcji. Po powrocie do Baltimore zamieszkali w domu oddalonym o niecałe dwie przecznice od domu jego rodziców. Chociaż Sara nie musiała pracować, zaczęła uczyć w drugiej klasie szkoły podstawowej, w części śródmieścia zamieszkanej przez ubogą ludność. Nieoczekiwanie Michael w pełni poparł jej decyzję, ale wtedy było to typowe dla ich związku. Przez pierwsze dwa lata małżeństwa wszystko wydawało się idealne – podczas weekendów spędzali z Michaelem całe godziny w łóżku, rozmawiając i kochając się. Zwierzył się jej ze swoich marzeń, że pewnego dnia chciałby zostać politykiem. Mieli szeroki krąg znajomych, przede wszystkim ludzi, których Michael znał przez całe życie, toteż często chodzili na przyjęcia lub wyjeżdżali na weekendy poza miasto. Resztę wolnego czasu spędzali w Waszyngtonie, zwiedzając muzea, chodząc do teatru, oglądając posągi na Kapitolu. Właśnie tam, pod pomnikiem Lincolna, Michael wyznał Sarze, że chciałby powiększyć rodzinę. Słysząc te słowa, zarzuciła mu ramiona na szyję, wiedząc, że nie mógł powiedzieć niczego, co sprawiłoby jej większą radość.

Kto potrafiłby wyjaśnić, co stało się potem? Minęło kilka miesięcy od tego szczęśliwego dnia pod pomnikiem Lincolna, a Sara wciąż nie mogła zajść w ciążę. Lekarz powiedział, że nie ma powodu do zmartwienia, że czasami musi minąć sporo czasu od chwili, gdy kobieta przestaje brać pigułkę, zasugerował jednak, by zgłosiła się do niego ponownie, gdyby po roku mieli nadal problemy.

Problemy nie ustąpiły i zalecono im badania. W kilka dni później, gdy były już wyniki, spotkali się z lekarzem. Zaledwie usiedli naprzeciwko niego, jedno spojrzenie wystarczyło, by Sara zrozumiała, że coś jest nie w porządku.

Właśnie wtedy dowiedziała się, że jej jajniki nie są zdolne do produkowania jajeczka.

W tydzień później Sara i Michael mieli pierwszą poważną kłótnię. Michael nie wrócił po pracy do domu, a Sara krążyła po mieszkaniu, czekając na niego, zastanawiając się, dlaczego nie zadzwonił, i wyobrażając sobie, że stało się coś strasznego. Gdy wreszcie się zjawił, jej zdenerwowanie sięgało zenitu, a Michael był pijany.

– Nie jestem twoją własnością – powiedział tylko i od tej chwili wyrzuty zaczęły narastać lawinowo. W rozgorączkowaniu mówili sobie okropne rzeczy. Później, tego samego wieczoru, Sara żałowała swoich słów, a Michael ją przepraszał. Potem jednak Michael wydawał się chłodniejszy, bardziej powściągliwy. Gdy zapytała go o to wprost, zaprzeczył, jakoby zmienił do niej swój stosunek.

– Wszystko będzie dobrze – zapewnił ją. – Przebrniemy przez to.

Ale sprawy między nimi miały się coraz gorzej. Z każdym miesiącem kłótnie stawały się coraz częstsze, coraz bardziej się od siebie oddalali. Pewnego wieczoru, gdy Sara zaproponowała po raz kolejny, żeby zaadoptowali dziecko, Michael tylko machnął ręką.

– Moi rodzice nigdy tego nie zaakceptują – odparł.

Sara wiedziała w głębi duszy, że tamtego wieczoru jej związek zmienił się nieodwracalnie. Sprawiły to nie słowa ani nawet fakt, że jej mąż przeszedł wyraźnie na stronę rodziców, lecz jego mina – dająca jej do zrozumienia, że od tej chwili jest to wyłącznie jej problem, a nie ich.

W niecały tydzień później zastała Michaela siedzącego w jadalni ze szklaneczką bourbona. Po dość rozbieganym spojrzeniu poznała, że nie był to jego pierwszy drink. Zaczął od stwierdzenia, że chce rozwodu. Jest pewien, że go zrozumie. Gdy skończył, Sara nie potrafiła mu odpowiedzieć ani też nie miała na to najmniejszej ochoty.

Małżeństwo się skończyło. Trwało niespełna trzy lata. Sara miała dwadzieścia siedem lat.

Następny rok był mglistym wspomnieniem. Wszyscy chcieli wiedzieć, co się stało. Sara nie zdradziła tego nikomu, z wyjątkiem swej rodziny.

– Po prostu nie wyszło – odpowiadała, gdy ktoś ją pytał.

Ponieważ Sara nie miała innego pomysłu na to, co robić, uczyła dalej. Dwie godziny w tygodniu spędzała na rozmowie z Sylvią, wspaniałym psychologiem. Gdy Sylvia zaleciła jej również spotkania w grupach wsparcia, Sara wzięła udział w kilku. Głównie słuchała innych i doszła do wniosku, że czuje się znacznie lepiej. Ale czasami, gdy siedziała sama w swoim małym mieszkaniu, rzeczywistość docierała do niej z całą ostrością – i znowu wybuchała płaczem. Potrafiła wtedy szlochać godzinami. W chwili głębokiej depresji przeszła jej nawet przez głowę myśl o samobójstwie, choć nikt – ani jej psycholog, ani rodzina – o tym nie wiedział. Właśnie wtedy zdała sobie sprawę, że musi wyjechać z Baltimore, musi znaleźć miejsce, gdzie zacznie nowe życie. Potrzebowała miejsca, gdzie wspomnienia nie byłyby tak bolesne, gdzie nigdy nie mieszkała.

Teraz, przemierzając ulice New Bern, Sara starała się żyć chwilą obecną, nie myśleć o przeszłości. Czasami bywało to nadal trudne, ale i tak nieporównywalnie łatwiejsze niż kiedyś. Rodzice wspierali ją na swój sposób – ojciec wstrzymał się od jakichkolwiek komentarzy na temat rozpadu jej małżeństwa, matka wycinała z czasopism artykuły traktujące o najnowszych osiągnięciach medycyny – ale prawdziwym zbawcą okazał się jej brat Brian, zanim wyjechał na studia na Uniwersytecie Karoliny Północnej.

Jak większość nastolatków, bywał czasami sztywny i zamknięty w sobie, ale naprawdę potrafił słuchać, wczuwając się w czyjąś sytuację. Gdy chciała się wygadać, zawsze mogła na niego liczyć i teraz bardzo jej go brakowało. Od dziecka byli sobie bardzo bliscy. Jako starsza siostra, pomagała zmieniać mu pieluchy i karmiła go, gdy tylko matka jej na to pozwalała. Później, gdy Brian poszedł do szkoły, pomagała mu odrabiać lekcje i właśnie wtedy uświadomiła sobie, że pragnie zostać nauczycielką.

Była to decyzja, której nigdy nie żałowała. Kochała uczyć, kochała pracę z dziećmi. Za każdym razem, gdy wchodziła do nowej klasy i widziała trzydzieści małych twarzyczek, spoglądających na nią wyczekująco, utwierdzała się w przekonaniu, że wybrała właściwe zajęcie. Z początku, podobnie jak większość młodych nauczycieli, była idealistką. Zakładała, że uzyska odzew u każdego dziecka, jeśli tylko będzie się o to dość mocno starać. Niestety, później zrozumiała, że nie jest to możliwe. Niektóre dzieci, jakakolwiek była tego przyczyna, nie reagowały na to, co robiła, niezależnie od tego, ile wysiłku dokładała. Było to najgorsze w jej pracy i spędzało jej czasami sen z powiek, nigdy jednak nie dawała za wygraną.

Sara otarła pot z czoła, zadowolona, że powietrze zaczyna się wreszcie ochładzać. Słońce było coraz niżej na nieboskłonie, cienie wydłużały się. Gdy mijała posterunek straży pożarnej, dwaj strażacy, siedzący na zewnątrz na leżakach, ukłonili się jej. Uśmiechnęła się. Z tego, co wiedziała, po południu w miasteczku nie zdarzały się pożary. W ciągu czterech ostatnich miesięcy widywała ich codziennie o tej samej porze, siedzących dokładnie w tym samym miejscu.

New Bern.

Zdała sobie sprawę, że jej życie od momentu przeprowadzki do tego miasteczka nabrało dziwnej prostoty. Choć czasami brakowało jej dynamiczności wielkomiejskiego życia, musiała przyznać, że zwolnienie tempa ma swoje dobre strony. W lecie spędzała długie godziny, buszując po sklepach z antykami w śródmieściu lub po prostu przyglądając się żaglówkom, przycumowanym za „Sheratonem”. Nawet teraz, gdy już zaczął się rok szkolny, nigdzie się nie śpieszyła. Pracowała i chodziła na spacery. Poza odwiedzinami u rodziców, większość wieczorów spędzała samotnie, słuchając muzyki klasycznej i opracowując na nowo programy nauczania, które przywiozła ze sobą z Baltimore. I to jej odpowiadało.

Ponieważ była nowa w szkole, musiała wciąż modyfikować swoje programy. Odkryła, że wielu uczniów w jej klasie ma spore zaległości w podstawowych przedmiotach, musiała więc dostosować do nich program nauczania i wprowadzić lekcje wyrównawcze. Nie zdziwiło jej to ani trochę. W każdej szkole program jest realizowany w różnym tempie. Obliczyła, że do końca roku większość uczniów nadrobi zaległości. Ale był jeden uczeń, który martwił ją szczególnie.

Jonah Ryan.

Był bardzo miłym dzieckiem, nieśmiałym i skromnym, takim, które łatwo przeoczyć. Pierwszego dnia w szkole usiadł w ostatnim rzędzie i odpowiadał grzecznie, gdy się do niego zwracała, ale praca w Baltimore nauczyła ją, by zwracać większą uwagę na takie dzieci. Czasami nie znaczyło to nic, a czasami było oznaką, że próbują się ukryć. Gdy zadała uczniom pierwsze samodzielne wypracowanie, postanowiła sprawdzić jego pracę szczególnie starannie. Okazało się to niepotrzebne.

Wypracowanie – krótki opis czegoś, co robili podczas wakacji – było dla Sary szybkim sprawdzianem, na ile dzieci radzą sobie z pisaniem. W większości prac napotkała zwykły asortyment błędów ortograficznych, niedokończone myśli i niechlujne pismo, Jonah natomiast zdecydowanie się wyróżnił – ponieważ po prostu nie zrobił tego, o co prosiła. Napisał w górnym rogu swoje imię i nazwisko, dalej jednak, zamiast wypracowania, narysował siebie, łowiącego ryby na wędkę z małej łódki. Gdy Sara spytała go, dlaczego nie wykonał jej polecenia, wyjaśnił, że pani Hayes zawsze pozwalała mu rysować, ponieważ „niezbyt dobrze pisze”.

Ostrzegawczy dzwonek natychmiast zadźwięczał w głowie Sary. Pochyliła się z uśmiechem.

– Możesz mi pokazać? – spytała.

Po długiej chwili Jonah skinął niechętnie głową.

Zleciwszy uczniom inne zadanie, Sara usiadła obok Jonaha, który starał się dać z siebie wszystko. Szybko zorientowała się, że mija się to z celem. Jonah nie umiał pisać. Później, tego samego dnia, odkryła, że ledwie potrafi czytać. W arytmetyce również nie był lepszy. Gdyby, nie znając go wcześniej, miała określić jego poziom, postawiłaby na pierwszy rok przedszkola.

W pierwszej chwili pomyślała, że Jonah cierpi na brak zdolności uczenia się, coś w rodzaju dysleksji. Po tygodniu jednak stwierdziła, że w jego przypadku nie wchodzi to w rachubę. Nie mylił liter ani słów, rozumiał wszystko, co do niego mówiła. Od chwili, gdy mu coś pokazała, robił to coraz lepiej. Doszła do wniosku, że jego problem bierze się z faktu, iż nigdy przedtem nie musiał odrabiać lekcji, ponieważ nauczyciele nie wymagali tego od niego.

Gdy zapytała o to paru innych nauczycieli, dowiedziała się o matce chłopca i choć bardzo mu współczuła, zdawała sobie sprawę, że nie leży w niczyim interesie – a zwłaszcza Jonaha – pozwalanie na to, żeby się zaniedbywał. A to właśnie robili poprzedni nauczyciele. Nie mogła jednak poświęcić mu tyle uwagi, ile wymagał, musiała bowiem zajmować się innymi uczniami w klasie. Ostatecznie postanowiła spotkać się z ojcem Jonaha i porozmawiać z nim o swoim odkryciu, w nadziei że potrafią wspólnie znaleźć sposób rozwiązania tego problemu.

Słyszała już wcześniej o Milesie Ryanie, wprawdzie nie za wiele, wiedziała jednak, że ludzie przeważnie lubili go i szanowali, a co więcej, był chyba troskliwym ojcem. To dobrze. Nawet w swej krótkiej karierze nauczycielki spotkała rodziców, którzy sprawiali wrażenie, że dzieci niezbyt ich obchodzą, i uważali je raczej za ciężar niż za błogosławieństwo, a zdarzali się też i tacy, którzy byli przeświadczeni, że ich dziecko nie mogło zrobić nic złego. Zarówno z jednymi, jak i z drugimi trudno się było porozumieć. W opinii ludzi Miles Ryan nie był takim człowiekiem.

Przy następnej przecznicy Sara zwolniła kroku i zaczekała, aż przejedzie kilka samochodów. Potem przeszła przez ulicę, pomachała mężczyźnie za kontuarem w aptece i wyjęła ze skrzynki listy, zanim wbiegła po schodach, prowadzących do jej mieszkania. Otworzywszy drzwi, szybko przewertowała korespondencję, po czym rzuciła ją na stolik przy drzwiach.

W kuchni nalała sobie lodowatej wody i zaniosła szklankę do sypialni. Rozbierała się, wrzucając ubranie do kosza na brudną bieliznę i marząc o zimnym prysznicu, gdy zauważyła, że lampka automatycznej sekretarki miga. Wcisnęła guziczek i usłyszała głos matki, która zapraszała ją, by wpadła do nich później, jeśli nie ma żadnych planów na popołudnie. Jak zwykle w jej głosie brzmiał lekki niepokój.

Na nocnym stoliku, obok automatycznej sekretarki, stało zdjęcie rodziny Sary: Maureen i Larry pośrodku, Sara i Brian po obu bokach. Automat pstryknął i przekazał kolejną wiadomość, również od matki:

– Och, myślałam, że jesteś już w domu… Mam nadzieję, że u ciebie wszystko w porządku…

Powinna pójść czy nie? Jest w odpowiednim nastroju?

Czemu nie, zdecydowała w końcu. I tak nie ma nic innego do roboty.

* * *

Miles Ryan jechał Madame Moore’s Lane, wąską krętą uliczką, która biegła jednocześnie wzdłuż rzeki Trent i Brices Creek, od śródmieścia New Bern w kierunku Pollocksville, małej wioski, leżącej dwadzieścia kilometrów na południe. Wzięła swoją nazwę od kobiety, prowadzącej kiedyś jeden z najsłynniejszych domów publicznych w Karolinie Północnej; potem cała posiadłość stała się rezydencją wiejską i miejscem wiecznego spoczynku Richarda Dobbsa Spaighta, bohatera Południa, który podpisał Deklarację Niepodległości. Podczas wojny domowej żołnierze Unii ekshumowali jego ciało i zatknęli czaszkę na żelaznej bramie jako ostrzeżenie dla mieszkańców, żeby nie stawiali oporu. Gdy Miles był jeszcze małym chłopcem, owa historia odbierała mu chęć kręcenia się w pobliżu tego miejsca.

Mimo że droga, którą jechał, była piękna i względnie odizolowana, nie nadawała się raczej dla dzieci. Ciężkie, wyładowane tarcicą ciężarówki dudniły po niej dniem i nocą, a kierowcy często lekceważyli zakręty. Jako właściciel domu na terenie, znajdującym się tuż przy szosie, Miles od dawna próbował doprowadzić do ograniczenia na niej prędkości. Nikt poza Missy go nie słuchał.

Jadąc tą drogą, zawsze myślał o żonie.

Miles wyjął kolejnego papierosa, zapalił go, po czym opuścił szybę. Gdy ciepłe powietrze wdarło się do samochodu, w jego pamięci odżyły krótkie migawkowe wspomnienia życia, jakie wiedli razem, i jak zwykle doprowadziły one nieuchronnie do ich ostatniego wspólnego dnia.

Jak na ironię, w tamtą niedzielę Miles spędził prawie cały czas poza domem. Pojechał na ryby z Charliem Curtisem. Wyszedł wcześnie rano i choć obaj z Charliem wrócili z pysznymi rybami, nie ugłaskało to Missy. Z twarzą w smugach brudu, podparła się pod boki i spiorunowała go spojrzeniem, gdy stanął w progu. Nie odezwała się nawet słowem, ale nie było to potrzebne. Z jej miny można było wyczytać wszystko.

Nazajutrz miał przyjechać z Atlanty jej brat z żoną i Missy robiła porządki wokół domu, szykując się na przyjęcie gości. Jonah leżał w łóżku z grypą, co tylko pogorszyło sprawę, ponieważ musiała się zajmować również nim. Ale nie to było przyczyną jej gniewu, lecz sam Miles.

Choć powiedziała, iż nie ma nic przeciwko temu, by Miles wybrał się na ryby, poprosiła go, żeby trochę ją odciążył i przynajmniej zajął się w sobotę ogródkiem. Przeszkodziły mu w tym jednak obowiązki służbowe, a potem, zamiast odwołać wyprawę i zadzwonić do Charliego z przeprosinami, postanowił mimo wszystko pójść w niedzielę na ryby. Charlie drażnił się z nim przez cały dzień: „Będziesz dzisiaj spał na kanapie” – i Miles wiedział, że jego przyjaciel zapewne ma rację. Ale praca w ogródku to praca w ogródku, a wędkowanie to wędkowanie. Miles był pewien, że ani brata Missy, ani jego żony nie obchodzi, czy w ogródku nie wyrosło za dużo chwastów.

Poza tym pomyślał, że zajmie się wszystkim po powrocie z ryb, i naprawdę zamierzał to zrobić. Nie planował, że będzie wędkował przez cały dzień, ale tak jak to bywało podczas innych rybackich wypadów, stracił rachubę czasu. Obmyślił sobie jednak dokładnie, co powie żonie: „Nie martw się, wszystko będzie wykonane, nawet gdybym miał poświęcić na to całą noc i musiał pracować przy latarce”. Może odniosłoby to skutek, gdyby powiadomił ją o swoich planach, zanim wyślizgnął się z łóżka tamtego ranka. Ale nie zrobił tego i Missy odwaliła prawie całą pracę przed jego powrotem do domu. Trawa była skoszona, ścieżka wytyczona, Missy posadziła nawet bratki wokół skrzynki na listy. Musiało jej to zająć dobre kilka godzin, toteż stwierdzenie, że była zła, w najmniejszym stopniu nie oddawało stanu jej ducha. Nawet słowo „wściekła” było niewystarczające. Można by to porównać do różnicy między palącą się zapałką a ogromnym pożarem lasu. Widział już to spojrzenie podczas ich małżeństwa, ale zaledwie kilka razy. Przełknął nerwowo ślinę, myśląc: „No, raz kozie śmierć!”.

– Cześć, kochanie – odezwał się nieśmiało – przepraszam za spóźnienie. Po prostu straciliśmy rachubę czasu.

Właśnie w chwili, gdy zamierzał tłumaczyć się dalej, Missy odwróciła się na pięcie i rzuciła przez ramię:

– Idę trochę pobiegać. Możesz się tym zająć, prawda? – Zamierzała wygrabić trawę z podjazdu i ścieżki. Grabie leżały na trawniku.

Miles był na tyle rozsądny, że nic nie odpowiedział.

Gdy Missy poszła się przebrać, wyjął z bagażnika samochodu lodówkę turystyczną i zaniósł ją do kuchni. Przekładał ryby do dużej lodówki, kiedy w drzwiach pojawiła się żona.

– Właśnie chowam ryby… – zaczął.

Missy zacisnęła zęby.

– A co z robotą, o którą cię prosiłam?

– Za chwileczkę się do niej wezmę… pozwól mi tylko skończyć, żeby się ryby nie zepsuły.

Missy wzniosła oczy.

– Daj spokój, zajmę się tym, jak wrócę.

Ton męczennicy. Miles nie mógł tego znieść.

– Zrobię to – powiedział. – Obiecałem przecież, prawda?

– Tak jak obiecałeś skosić trawnik przed pójściem na ryby?

Powinien był wtedy zacisnąć zęby i powstrzymać się od komentarza. Tak, spędził dzień na rybach, zamiast porządkować teren wokół domu. Tak, zawiódł ją. Ale czy nie rozdmuchuje zbytnio całej tej sprawy? W końcu przyjeżdża tylko jej brat z żoną. Nie spodziewają się wizyty prezydenta. Nie ma powodu, żeby robić z igły widły.

Tak, powinien był nabrać wody w usta. Sądząc po spojrzeniu, którym go wtedy zmierzyła, trzeba było raczej zejść jej z oczu. Gdy wychodząc, trzasnęła drzwiami, Miles usłyszał, jak zadzwoniły szyby w oknach.

Po jej wyjściu Miles przyznał w duchu, że nie miał racji, i żałował swego zachowania. Jest palantem i Missy miała rację, nazywając go w ten sposób.

Nie miał już jednak szansy, by ją przeprosić.

– Nadal palisz, co?

Charlie Curtis, szeryf hrabstwa, rzucił ponad stołem spojrzenie na swego przyjaciela, gdy Miles usiadł naprzeciwko.

– Nie palę – odparł szybko Miles.

Charlie podniósł ręce.

– Wiem, wiem, już mi to mówiłeś. W porządku, jeśli chcesz, to oszukuj sam siebie. Tak czy owak, dopilnuję, żeby usunięto popielniczki, kiedy będziesz miał wpaść.

Miles roześmiał się. Charlie był jedną z niewielu osób w miasteczku, które nadal traktowały go tak samo jak zawsze. Przyjaźnili się od wielu lat. To Charlie zaproponował Milesowi stanowisko zastępcy szeryfa i wziął go pod swoje skrzydła, gdy tylko Miles zakończył szkolenie. Był starszy – w marcu kończył sześćdziesiąt pięć lat – i włosy miał przyprószone siwizną. W ciągu kilku ostatnich lat przybyło mu dziesięć kilo, prawie wszystko skumulowało się w okolicach pasa. Nie był typem szeryfa, który onieśmiela ludzi na pierwszy rzut oka, ale był spostrzegawczy i skrupulatny i potrafił wyciągać odpowiedzi, o które mu chodziło. Ostatnio trzykrotnie podczas kolejnych wyborów nikomu nie przyszło nawet do głowy, żeby głosować przeciwko niemu.

– Nie będę was odwiedzał – powiedział Miles – dopóki nie zaprzestaniesz tych idiotycznych oskarżeń.

Siedzieli przy stoliku w rogu i kelnerka, udręczona przez tłum ludzi, którzy przybyli na lunch, niemal w biegu postawiła na blacie dzbanek ze słodzoną herbatą i dwie szklanki z lodem. Miles nalał herbaty i popchnął szklankę w stronę Charliego.

– Brenda będzie zawiedziona – powiedział Charlie. – Wiesz, że wychodzi z siebie, jeśli nie przyprowadzasz jej co jakiś czas Jonaha. – Upił łyk zimnej herbaty. – A więc czeka cię dzisiaj spotkanie z Sarą?

Miles popatrzył pytająco na przyjaciela.

– Z kim?

– Z nauczycielką Jonaha.

– Powiedziała ci o tym twoja żona?

Charlie uśmiechnął się z wyższością. Brenda pracowała w sekretariacie dyrektora szkoły i wiedziała chyba o wszystkim, co się działo w szkole.

– Oczywiście.

– Możesz powtórzyć, jak ma na imię?

– Brenda – odpowiedział poważnie Charlie.

Miles zmierzył go wymownym spojrzeniem i Charlie udał nagłe zrozumienie.

– Ach, chodzi ci o nauczycielkę? Sara. Sara Andrews.

Miles podniósł swoją szklankę.

– Czy ona jest dobrą nauczycielką? – spytał.

– Chyba tak. Brenda twierdzi, że jest świetna i że dzieciaki ją uwielbiają, ale w jej opinii wszyscy są wspaniali. – Umilkł na chwilę i pochylił się ku Milesowi, jak gdyby zamierzał zdradzić mu jakiś sekret. – Ale za to powiedziała, że Sara jest atrakcyjną kobietą. Prawdziwa laska, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

– Jaki to ma związek z całą sprawą?

– Brenda powiedziała mi też, że jest wolna.

– I?

– I nic. – Charlie rozerwał torebkę z cukrem i dodał go do swej słodzonej już herbaty. Wzruszył ramionami. – Po prostu powtarzam ci to, czego dowiedziałem się od Brendy.

– No cóż, doskonale – rzekł Miles. – Bardzo dziękuję. Nie wiem, jak udałoby mi się przeżyć ten dzień bez najświeższych rewelacji Brendy.

– Och, nie przejmuj się, Miles. Wiesz, że ona zawsze troszczy się o ciebie.

– Powiedz jej, że świetnie sobie radzę.

– Do diabła, nie musisz mi o tym mówić. Ale Brenda martwi się o ciebie. Ona też wie, że palisz.

– Spotkaliśmy się tutaj po to, żebyś mógł się na mnie powyżywać, czy też masz może jakiś inny powód?

– Prawdę mówiąc, mam. Musiałem jednak wprawić cię w odpowiedni nastrój, żebyś nie eksplodował ze złości.

– O czym ty mówisz?

Właśnie w tej chwili kelnerka przyniosła ich zwykłe zamówienie – dwa talerze z mięsem z grilla, surówką z białej kapusty i kulkami z mąki kukurydzianej, smażonymi w głębokim tłuszczu. Charlie wykorzystał ten moment, żeby pozbierać myśli. Skropił befsztyk sosem winegret i dodał odrobinę pieprzu do surówki. Stwierdziwszy, że nie istnieje łatwy sposób na przekazanie tej wiadomości, wypalił prosto z mostu:

– Harvey Wellman postanowił wycofać oskarżenie przeciwko Otisowi Timsonowi.

Harvey Wellman był prokuratorem okręgowym w hrabstwie Craven. Odbył rozmowę z Charliem wcześniej tego ranka i zaproponował, że powie o tym Milesowi, Charlie jednak postanowił, że będzie lepiej, jeśli on sam to zrobi.

– Słucham? – spytał Miles, podnosząc wzrok na przyjaciela.

– Proces się nie odbył. Okazało się nagle, że Beck Swanson cierpi na amnezję w tej sprawie.

– Ale ja tam byłem…

– Po tym, co się stało. Nie byłeś świadkiem.

– Przecież widziałem krew. Widziałem połamane krzesło i stół pośrodku baru. Widziałem tłum gapiów.

– Wiem, wiem. Ale co miał zrobić Harvey? Beck zaklina się na wszystkie świętości, że po prostu upadł i że Otis nie tknął go nawet palcem. Zeznał, że tamtego wieczoru wszystko mu się pomieszało, ale teraz rozjaśniło mu się w głowie i przypomniał sobie dokładnie przebieg wydarzeń.

Miles stracił nagle apetyt i odsunął talerz na bok.

– Jeśli wybiorę się tam jeszcze raz, z pewnością znajdę kogoś, kto widział, co się stało.

Charlie pokręcił głową.

– Rozumiem, że działa ci to na nerwy, ale co możesz zrobić? Wiesz, ilu braci Otisa było tam tego wieczoru. Oni potwierdzą, że nic się nie stało – i kto wie, być może to właśnie oni byli naprawdę sprawcami pobicia. Jaki wybór ma Harvey bez zeznania Becka? Poza tym, znasz Otisa. Daj mu trochę czasu, a znów coś zmaluje.

– To mnie właśnie martwi.

Historia wzajemnej niechęci Milesa i Otisa Timsona sięgała dawnych czasów. Zła krew zaczęła się osiem lat temu, gdy Miles został zastępcą szeryfa. Zaaresztował Clyde’a Timsona, ojca Otisa, za napaść, gdy ten wypchnął żonę przez siatkowe drzwi ich domu na kółkach. Clyde wylądował za to w więzieniu – choć spędził tam nie tyle czasu, ile powinien – a przez te lata pięciu z jego sześciu synów również odbyło odsiadki za handel narkotykami, napaści i kradzież samochodów.

Dla Milesa Otis przedstawiał największe niebezpieczeństwo, ponieważ był najinteligentniejszy.

Miles podejrzewał, że Otis nie jest tak drobnym przestępcą, jak reszta jego rodziny. Przede wszystkim dlatego, że nie wyglądał na jej członka. W przeciwieństwie do swoich braci, nie chciał zrobić sobie tatuażu i nosił krótko ostrzyżone włosy. Czasami imał się różnych prac fizycznych. Nie wyglądał na przestępcę, ale wygląd bywa zwodniczy. Jego nazwisko było luźno powiązane z rozmaitymi przestępstwami, miejscowi często snuli domysły, że to on kieruje przepływem narkotyków do hrabstwa, aczkolwiek Miles nie miał na to dowodów. Żadne naloty nie odnosiły skutku, co potęgowało rozdrażnienie Milesa.

Otis również żywił do niego urazę.