Na zakręcie - Nicholas Sparks - ebook
Opis

Miles Ryan, zastępca szeryfa w New Bern, dawnej stolicy Karoliny Północnej, samotnie wychowuje dziewięcioletniego Jonaha. Życiową obsesją Milesa jest schwytanie człowieka, który przed dwoma laty potrącił samochodem jego żonę i uciekł z miejsca wypadku. Od śmierci Missy dręczą go wspomnienia pochłonięty pracą i synem nie odczuwa potrzeby zbliżenia się do innej kobiety. Romans z Sarą Andrews, atrakcyjną nauczycielką Jonaha, która po nieudanym małżeństwie próbuje odbudować swoje życie, może być jego ostatnią szansą na stworzenie szczęśliwej rodziny. Tymczasem nad ich związkiem zbierają się czarne chmury.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 421

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Mi­les Ryan, za­stęp­ca sze­ry­fa w New Bern, daw­nej sto­li­cy Ka­ro­li­ny Pół­noc­nej, sa­mot­nie wy­cho­wu­je dzie­wię­cio­let­nie­go Jo­na­ha. Ży­cio­wą ob­se­sją Mi­le­sa jest schwy­ta­nie czło­wie­ka, któ­ry przed dwo­ma laty po­trą­cił sa­mo­cho­dem jego żonę i uciekł z miej­sca wy­pad­ku. Od śmier­ci Mis­sy drę­czą go wspo­mnie­nia; po­chło­nię­ty pra­cą i sy­nem nie od­czu­wa po­trze­by zbli­że­nia się do in­nej ko­bie­ty. Ro­mans z Sarą An­drews, atrak­cyj­ną na­uczy­ciel­ką Jo­na­ha, któ­ra po nie­uda­nym mał­żeń­stwie pró­bu­je od­bu­do­wać swo­je ży­cie, może być jego ostat­nią szan­są na stwo­rze­nie szczę­śli­wej ro­dzi­ny. Tym­cza­sem nad ich związ­kiem zbie­ra­ją się czar­ne chmu­ry…

NI­CHO­LAS SPARKS

Współ­cze­sny pi­sarz ame­ry­kań­ski wy­da­wa­ny w mi­lio­no­wych na­kła­dach i po­nad 30 ję­zy­kach. Ser­ca czy­tel­ni­ków pod­bił swo­im de­biu­tem, opu­bli­ko­wa­ną w 1997 po­wie­ścią Pa­mięt­nik. Ko­lej­ne – m.in. Noce w Ro­dan­the, Anioł Stróż, kon­ty­nu­acja Pa­mięt­ni­ka za­ty­tu­ło­wa­na Ślub, Praw­dzi­wy cud, I wciąż ją ko­cham, Wy­bór, Szczę­ściarz, Ostat­nia pio­sen­ka, Bez­piecz­na przy­stań oraz Dla cie­bie wszyst­ko – pla­so­wa­ły się przez wie­le mie­się­cy w czo­łów­ce świa­to­wych ran­kin­gów sprze­da­ży. Naj­now­szy be­st­sel­ler pi­sa­rza nosi ty­tuł The Lon­gest Ride. Po twór­czość Spark­sa chęt­nie się­ga­ją pro­du­cen­ci fil­mo­wi. Na ekra­nach kin za­go­ści­ły ad­ap­ta­cje Li­stu w bu­tel­ce, Je­sien­nej mi­ło­ści, Nocy w Ro­dan­the, Pa­mięt­ni­ka, I wciąż ją ko­cham, Ostat­niej pio­sen­ki, Szczę­ścia­rza oraz Bez­piecz­nej przy­sta­ni.

www.ni­cho­las­sparks.com

Tego au­to­ra

PA­MIĘT­NIK

ŚLUB

LIST W BU­TEL­CE

JE­SIEN­NA MI­ŁOŚĆ

NOCE W RO­DAN­THE

NA RA­TU­NEK

NA ZA­KRĘ­CIE

ANIOŁ STRÓŻ

TRZY TY­GO­DNIE Z MOIM BRA­TEM

PRAW­DZI­WY CUD

OD PIERW­SZE­GO WEJ­RZE­NIA

SZCZĘ­ŚCIARZ

WY­BÓR

I WCIĄŻ JĄ KO­CHAM

OSTAT­NIA PIO­SEN­KA

BEZ­PIECZ­NA PRZY­STAŃ

DLA CIE­BIE WSZYST­KO

NAJ­DŁUŻ­SZA PO­DRÓŻ

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

A BEND IN THE ROAD

Co­py­ri­ght © Ni­cho­las Sparks 2001

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2001

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Elż­bie­ta Pio­trow­ska-Zy­cho­wicz 2001

Re­dak­cja: Anna Wa­len­ko

Ilu­stra­cja na okład­ce: Ma­gla­ra/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-167-7

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Po­wieść tę de­dy­ku­ję

The­re­sie Park i Ja­mie­mu Ra­abo­wi.

Oni wie­dzą, dla­cze­go.

Podziękowania

Po­dob­nie jak w przy­pad­ku in­nych mo­ich po­wie­ści, po­peł­nił­bym ka­ry­god­ne za­nie­dba­nie, gdy­bym nie wy­ra­ził wdzięcz­no­ści Ca­thy, mo­jej wspa­nia­łej żo­nie. Dwa­na­ście lat, a wciąż to wszyst­ko wy­trzy­mu­je. Ko­cham cię.

Pra­gnę rów­nież po­dzię­ko­wać piąt­ce mo­ich dzie­ci – Mi­le­so­wi, Ry­ano­wi, Lan­do­no­wi, Le­xie i Sa­van­nah. Dzię­ki nim sto­ję moc­no no­ga­mi na zie­mi, a co waż­niej­sze, dają mi oni wie­le ra­do­ści.

Lar­ry Kir­sh­baum i Mau­re­en Egen byli za­wsze fan­ta­stycz­ni, słu­ży­li mi za­chę­tą i wspar­ciem od po­cząt­ku mo­jej ka­rie­ry pi­sar­skiej. Dzię­ku­ję wam oboj­gu. (PS Szu­kaj­cie swo­ich imion w tej po­wie­ści!).

Ri­chard Gre­en i Ho­wie San­ders, moi hol­ly­wo­odz­cy agen­ci, są naj­lep­si w swo­im fa­chu. Dzię­ki, chło­pa­ki!

De­ni­se Di Novi, pro­du­cent­ka za­rów­no Li­stu w bu­tel­ce, jak i Je­sien­nej mi­ło­ści, jest nie tyl­ko re­we­la­cyj­na w tym, co robi, ale sta­ła się też moją wiel­ką przy­ja­ciół­ką.

Scott Schwi­mer, mój praw­nik, za­słu­gu­je na wiel­kie po­dzię­ko­wa­nia i wdzięcz­ność. Ni­niej­szym je wy­ra­żam. Je­steś naj­lep­szy.

Mi­cah i Chri­sti­ne, mój brat i jego żona. Ko­cham was obo­je.

Wy­ra­zy wdzięcz­no­ści niech przyj­mie rów­nież Jen­ni­fer Ro­ma­nel­lo, Emi Bat­ta­glia i Edna Far­ley z re­kla­my, Flag, któ­ra pro­jek­tu­je okład­ki mo­ich po­wie­ści, Co­ur­te­nay Va­len­ti i Lo­ren­zo Di Bo­na­ven­tu­ra z War­ner Bro­thers, Hunt Low­ry z Gay­lord Films, Mark John­son i Lynn Har­ris z New Line Ci­ne­ma. Do­sze­dłem do tego, kim je­stem, dzię­ki wam wszyst­kim.

Prolog

W któ­rym miej­scu na­praw­dę roz­po­czy­na się ta hi­sto­ria? W ży­ciu rzad­ko daje się okre­ślić do­kład­nie po­czą­tek cze­go­kol­wiek, tę chwi­lę, kie­dy spo­glą­da­jąc wstecz, mo­że­my z całą pew­no­ścią stwier­dzić, że wła­śnie od tego wszyst­ko się za­czę­ło. Jed­nak­że cza­sa­mi zda­rza się, że los krzy­żu­je się z na­szym co­dzien­nym ży­ciem, za­po­cząt­ko­wu­jąc łań­cuch zda­rzeń, któ­rych kon­se­kwen­cji nie po­tra­fi­my w ża­den spo­sób prze­wi­dzieć.

Już pra­wie dru­ga w nocy, a ja je­stem cał­ko­wi­cie przy­tom­ny. Wcze­śniej, gdy po­ło­ży­łem się spać, krę­ci­łem się i prze­wra­ca­łem z boku na bok przez go­dzi­nę, aż wresz­cie się pod­da­łem. Sie­dzę te­raz przy biur­ku, z pió­rem w ręku, za­sta­na­wia­jąc się nad tym, jak prze­zna­cze­nie skrzy­żo­wa­ło się z moim ży­ciem. Nie jest to u mnie czymś nie­zwy­kłym. Ostat­nio po­tra­fię my­śleć chy­ba wy­łącz­nie o tym.

W domu pa­nu­je ci­sza, sły­chać tyl­ko mo­no­ton­ne ty­ka­nie ze­ga­ra, sto­ją­ce­go na pół­ce. Moja żona śpi na gó­rze, a ja, wpa­tru­jąc się żół­te kart­ki blo­ku do pi­sa­nia, uświa­da­miam so­bie, że nie wiem, od cze­go za­cząć. Nie dla­te­go, że­bym nie był pew­ny mo­jej hi­sto­rii, lecz przede wszyst­kim nie bar­dzo ro­zu­miem, co mnie po­py­cha do tego, żeby ją opo­wie­dzieć. Cze­mu ma słu­żyć od­grze­by­wa­nie prze­szło­ści? Prze­cież wy­da­rze­nia, któ­re za­mie­rzam opi­sać, mia­ły miej­sce trzy­na­ście lat temu, a przy­pusz­czam, że da się z ła­two­ścią do­wieść, iż na­praw­dę za­czę­ły się dwa lata wcze­śniej. Sie­dząc tak, zda­ję so­bie jed­nak spra­wę, że mu­szę spró­bo­wać je zre­la­cjo­no­wać, choć­by tyl­ko po to, żeby zo­sta­wić to wszyst­ko w koń­cu za sobą.

Moje wspo­mnie­nia o tam­tym okre­sie wspo­ma­ga kil­ka rze­czy: pa­mięt­nik, któ­ry pro­wa­dzi­łem od cza­sów, gdy by­łem ma­łym chłop­cem, tecz­ka po­żół­kłych ar­ty­ku­łów z ga­zet, moje wła­sne do­cho­dze­nie i, oczy­wi­ście, urzę­do­we akta. Li­czy się rów­nież fakt, że set­ki razy prze­ży­wa­łem na nowo wy­da­rze­nia tej szcze­gól­nej hi­sto­rii. Cza­sa­mi mam wra­że­nie, że wżar­ły się w moją pa­mięć. Ale gdy­by zło­żyć ją tyl­ko z tam­tych ele­men­tów, by­ła­by nie­peł­na. Uczest­ni­czy­li w niej inni lu­dzie, a ja, choć by­łem świad­kiem nie­któ­rych wy­pad­ków, nie bra­łem udzia­łu we wszyst­kich. Zda­ję so­bie spra­wę, że nie jest moż­li­we od­two­rze­nie każ­de­go uczu­cia czy każ­dej my­śli w ży­ciu dru­gie­go czło­wie­ka, nie­za­leż­nie jed­nak od tego, ja­kie będą efek­ty mo­ich usi­ło­wań, spró­bu­ję pod­jąć to wy­zwa­nie.

* * *

Jest to przede wszyst­kim hi­sto­ria mi­ło­ści i, tak jak wie­le in­nych, hi­sto­ria mi­ło­ści Mi­le­sa Ry­ana i Sary An­drews ma swo­je źró­dło w tra­ge­dii. Jed­no­cze­śnie jest to opo­wieść o prze­ba­cze­niu i mam na­dzie­ję, że gdy skoń­czy­cie ją czy­tać, zro­zu­mie­cie pro­ble­my, ja­kim mu­sie­li sta­wić czo­ło Mi­les i Sara, jak rów­nież de­cy­zje, któ­re pod­ję­li, za­rów­no te słusz­ne, jak i te błęd­ne. Mam też na­dzie­ję, że ko­niec koń­ców zro­zu­mie­cie i mnie.

Po­zwól­cie jed­nak, że od razu coś wy­ja­śnię. To nie jest po pro­stu opo­wieść o Sa­rze An­drews i Mi­le­sie Ry­anie. Je­śli mó­wić o po­cząt­ku ca­łej hi­sto­rii, trze­ba wspo­mnieć Mis­sy Ryan, li­ce­al­ną sym­pa­tię za­stęp­cy sze­ry­fa w ma­łym po­łu­dnio­wym mia­stecz­ku.

Mis­sy Ryan, po­dob­nie jak jej mąż Mi­les, do­ra­sta­ła w New Bern. Z tego, co lu­dzie mó­wią, była uro­cza i miła, a Mi­les ko­chał ją przez całe swe do­ro­słe ży­cie. Mia­ła ciem­no­brą­zo­we wło­sy i jesz­cze ciem­niej­sze oczy, po­dob­no mó­wi­ła z ak­cen­tem, któ­ry spra­wiał, że męż­czy­znom z in­nych czę­ści kra­ju mię­kły ko­la­na. Bez prze­rwy się śmia­ła, umia­ła słu­chać z za­in­te­re­so­wa­niem, czę­sto do­ty­ka­ła ręki roz­mów­cy, jak gdy­by za­pra­sza­jąc go, żeby stał się czę­ścią jej świa­ta. I, jak więk­szość ko­biet z Po­łu­dnia, mia­ła znacz­nie sil­niej­szą wolę, niż mo­gło­by się z po­cząt­ku wy­da­wać. To ona, a nie Mi­les, rzą­dzi­ła do­mem. Z re­gu­ły przy­ja­cie­le Mi­le­sa byli mę­ża­mi przy­ja­ció­łek Mis­sy, ich ży­cie kon­cen­tro­wa­ło się wo­kół ro­dzi­ny.

W szko­le śred­niej Mis­sy była czir­li­der­ką. Ta ślicz­na dziew­czy­na już w dru­giej kla­sie cie­szy­ła się du­żym po­wo­dze­niem, ale choć zna­ła z wi­dze­nia Mi­le­sa Ry­ana, nie mie­li ra­zem żad­nych lek­cji, po­nie­waż był o rok star­szy. Nie prze­szko­dzi­ło im to jed­nak. Po­zna­li się przez ko­le­gów i za­czę­li się spo­ty­kać w prze­rwach na lunch, roz­ma­wia­li po me­czach fut­bo­lu, aż w koń­cu umó­wi­li się na pry­wat­kę pod­czas week­en­du. Wkrót­ce sta­li się nie­roz­łącz­ni, a gdy w kil­ka mie­się­cy póź­niej Mi­les za­pro­sił Mis­sy na bal szkol­ny, byli już za­ko­cha­ni.

Wiem, że są tacy, któ­rzy będą się krzy­wi­li, twier­dząc, że praw­dzi­wa mi­łość w tak mło­dym wie­ku nie ist­nie­je. Jed­nak­że dla Mi­le­sa i Mis­sy ist­nia­ła i pod pew­ny­mi wzglę­da­mi była sil­niej­sza od mi­ło­ści, któ­rą prze­ży­wa­ją lu­dzie star­si, po­nie­waż nie przy­tłu­mi­ła jej jesz­cze pro­za ży­cia. Spo­ty­ka­li się, do­pó­ki Mi­les nie ukoń­czył szko­ły, a gdy po­tem wy­je­chał do col­le­ge’u w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej, po­zo­sta­li so­bie wier­ni.

Tym­cza­sem Mis­sy też zro­bi­ła ma­tu­rę i po roku do­łą­czy­ła do nie­go na Uni­wer­sy­te­cie Sta­no­wym Ka­ro­li­ny Pół­noc­nej, a gdy w trzy lata póź­niej oświad­czył się jej przy ko­la­cji, roz­pła­ka­ła się, po­wie­dzia­ła „tak” i spę­dzi­ła na­stęp­ną go­dzi­nę przy te­le­fo­nie, prze­ka­zu­jąc ro­dzi­nie wspa­nia­łą no­wi­nę, pod­czas gdy Mi­les sam koń­czył po­si­łek. Mi­les zo­stał w Ra­le­igh, do­pó­ki Mis­sy nie skoń­czy­ła stu­diów. Pod­czas ich ślu­bu w New Bern ko­ściół do­słow­nie pę­kał w szwach.

Mis­sy do­sta­ła pra­cę w Wa­cho­via Bank, w od­dzia­le kre­dy­to­wym, a Mi­les pod­jął szko­le­nie, po któ­rym miał zo­stać za­stęp­cą sze­ry­fa. Była w dru­gim mie­sią­cu cią­ży, gdy Mi­les za­czął pra­co­wać dla hrab­stwa Cra­ven, pa­tro­lu­jąc zna­jo­me od dziec­ka uli­ce. Po­dob­nie jak wie­le mło­dych mał­żeństw, ku­pi­li swój pierw­szy dom, a gdy w stycz­niu 1981 roku uro­dził się ich syn Jo­nah, Mis­sy rzu­ci­ła jed­no spoj­rze­nie na ma­leń­kie za­wi­niąt­ko i stwier­dzi­ła, że ma­cie­rzyń­stwo jest naj­lep­szą rze­czą, jaka ją kie­dy­kol­wiek spo­tka­ła. Jo­nah dał się jej nie­źle we zna­ki – do chwi­li ukoń­cze­nia sze­ściu mie­się­cy nie sy­piał w nocy – i cza­sa­mi mia­ła ocho­tę krzyk­nąć na nie­go, tak samo jak on krzy­czał na nią, mimo to jed­nak Mis­sy ko­cha­ła go po­nad ży­cie, nie mia­ła po­ję­cia, że taka mi­łość w ogó­le jest moż­li­wa.

Była cu­dow­ną mat­ką. Rzu­ci­ła pra­cę, by móc prze­by­wać z syn­kiem przez dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę, czy­ta­ła mu baj­ki, ba­wi­ła się z nim, za­bie­ra­ła go na spa­ce­ry, żeby ba­wił się z in­ny­mi dzieć­mi. Mo­gła sie­dzieć go­dzi­na­mi, po pro­stu pa­trząc na nie­go. Gdy skoń­czył pięć lat, Mis­sy uświa­do­mi­ła so­bie, że pra­gnie dru­gie­go dziec­ka, za­czę­li więc sta­rać się o nie. Sie­dem lat mał­żeń­stwa było dla oboj­ga naj­szczę­śliw­szym okre­sem ży­cia.

Ale w sierp­niu 1986 roku dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nia Mis­sy Ryan zo­sta­ła za­bi­ta.

Jej śmierć zga­si­ła blask w oczach Jo­na­ha. Prze­śla­do­wa­ła Mi­le­sa przez dwa lata. Uto­ro­wa­ła dro­gę wszyst­kie­mu, co mia­ło na­stą­pić póź­niej.

Dla­te­go, jak po­wie­dzia­łem, jest to w rów­nym stop­niu opo­wieść o Mis­sy, co o Mi­le­sie i Sa­rze. I jest to rów­nież moja hi­sto­ria.

Ja też ode­gra­łem pew­ną rolę w tym, co się wy­da­rzy­ło.

Rozdział 1

Ran­kiem dwu­dzie­ste­go dzie­wią­te­go sierp­nia 1988 roku, nie­co po­nad dwa lata po śmier­ci żony, Mi­les Ryan stał na we­ran­dzie, na ty­łach swe­go domu, pa­ląc pa­pie­ro­sa i przy­glą­da­jąc się, jak słoń­ce po­wo­li roz­świe­tla po­ma­rań­czo­wym bla­skiem sza­re nie­bo. Przed nim roz­po­ście­ra­ła się rze­ka Trent, jej sło­na­we wody czę­ścio­wo prze­sła­nia­ły ro­sną­ce na brze­gu cy­pry­sy.

Dym z pa­pie­ro­sa Mi­le­sa uno­sił się spi­ral­nie do góry. Męż­czy­zna czuł, jak ro­śnie wil­got­ność po­wie­trza, robi się co­raz bar­dziej dusz­no. Pta­ki za­czę­ły swo­je po­ran­ne tre­le, śpiew­ne dźwię­ki wy­peł­ni­ły po­wie­trze. Prze­pły­nę­ła łódź z drew­na li­po­we­go, węd­karz po­ma­chał mu, Mi­les zaś zdo­był się na to, by ski­nąć mu gło­wą. Wię­cej ener­gii nie po­tra­fił z sie­bie wy­krze­sać.

Mu­siał na­pić się kawy. Fi­li­żan­ka czar­nej i zdo­ła sta­wić czo­ło co­dzien­nym obo­wiąz­kom – wy­pra­wi Jo­na­ha do szko­ły, przy­kró­ci miej­sco­wych roz­ra­bia­ków, któ­rzy zła­mią pra­wo, ro­ze­śle po hrab­stwie za­wia­do­mie­nia o eks­mi­sji, po­ra­dzi so­bie z in­ny­mi spra­wa­mi, któ­re nie­uchron­nie wy­nik­ną z bie­giem dnia, na przy­kład spo­tka się po po­łu­dniu z na­uczy­ciel­ką Jo­na­ha. A to tyl­ko pre­lu­dium. Wie­czo­ra­mi cze­ka­ło go chy­ba jesz­cze wię­cej za­jęć. Za­wsze zna­la­zło się coś do ro­bo­ty, je­śli chciał, żeby wszyst­ko w domu szło gład­ko – pła­ce­nie ra­chun­ków, za­ku­py, sprzą­ta­nie, na­pra­wa róż­nych do­mo­wych rze­czy. Na­wet gdy Mi­les nie­kie­dy miał dla sie­bie wol­ną chwi­lę, od­no­sił wra­że­nie, że musi wy­ko­rzy­stać ją na­tych­miast, w prze­ciw­nym ra­zie stra­ci oka­zję. Szyb­ko, znajdź so­bie coś do czy­ta­nia. Po­śpiesz się, masz za­le­d­wie kil­ka mi­nut na re­laks. Za­mknij oczy, za­raz nie bę­dziesz miał na to cza­su. Każ­de­mu da­ło­by to pręd­ko w kość, cóż jed­nak mógł po­ra­dzić?

Na­praw­dę musi na­pić się kawy. Ni­ko­ty­na już mu nie po­ma­ga­ła i my­ślał o tym, by rzu­cić pa­pie­ro­sy, ale wła­ści­wie nie mia­ło wiel­kie­go zna­cze­nia, czy to zro­bi, czy nie. Uwa­żał, że tych kil­ka pa­pie­ro­sów w cią­gu dnia trud­no na­zwać pa­le­niem. Nie wy­pa­lał prze­cież pacz­ki dzien­nie ani też nie pa­lił przez całe ży­cie. Za­czął do­pie­ro po śmier­ci Mis­sy i mógł w każ­dej chwi­li prze­stać. Ale czym tu się przej­mo­wać? Do li­cha, płu­ca ma w do­brym sta­nie – nie da­lej jak w ze­szłym ty­go­dniu mu­siał go­nić zło­dzie­jasz­ka skle­po­we­go i nie miał naj­mniej­sze­go pro­ble­mu z do­pad­nię­ciem chło­pa­ka. Pa­la­czo­wi by się to nie uda­ło.

Oczy­wi­ście, nie było to ta­kie ła­twe jak wte­dy, gdy miał dwa­dzie­ścia dwa lata. Ale od tam­te­go cza­su upły­nę­ło już ko­lej­nych dzie­sięć i choć w wie­ku trzy­dzie­stu dwóch lat jest jesz­cze zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie, by roz­glą­dać się za miej­scem w domu opie­ki, to jed­nak ro­bił się co­raz star­szy. Czuł to – kie­dyś, w cza­sach col­le­ge’u, roz­po­czy­nał z ko­le­ga­mi wie­czór o je­de­na­stej i ba­wi­li się przez całą noc. W cią­gu ostat­nich kil­ku lat – o ile nie pra­co­wał – je­de­na­sta sta­ła się dla nie­go póź­ną porą i kładł się do łóż­ka tak­że wte­dy, gdy miał kło­po­ty z za­śnię­ciem. Nie po­tra­fił wy­obra­zić so­bie na tyle waż­ne­go po­wo­du, któ­ry skło­nił­by go do po­zo­sta­nia na no­gach. Znu­że­nie wkra­dło się jako sta­ły ele­ment do jego ży­cia. Na­wet w te noce, kie­dy nie drę­czy­ły go kosz­ma­ry sen­ne – co zda­rza­ło się bar­dzo czę­sto od śmier­ci Mis­sy – Mi­les bu­dził się wciąż z uczu­ciem… zmę­cze­nia. Nie po­tra­fił się na ni­czym skon­cen­tro­wać. Był ocię­ża­ły, jak gdy­by po­ru­szał się pod wodą. Skła­dał to na karb go­rącz­ko­we­go ży­cia, ja­kie pro­wa­dził, cza­sa­mi jed­nak za­sta­na­wiał się, czy nie do­le­ga mu coś znacz­nie po­waż­niej­sze­go. Prze­czy­tał kie­dyś, że jed­nym z symp­to­mów kli­nicz­nej de­pre­sji jest „nad­mier­na apa­tia, bez kon­kret­ne­go po­wo­du czy przy­czy­ny”. Oczy­wi­ście, on miał po­wód…

Tym, cze­go na­praw­dę po­trze­bo­wał, był krót­ki od­po­czy­nek w dom­ku nad brze­giem mo­rza w Key West, gdzie mógł­by spró­bo­wać zło­wić tur­bo­ta lub po pro­stu od­po­czy­wać w ła­god­nie ko­ły­szą­cym się ha­ma­ku, po­pi­ja­jąc zim­ne piwo, nie sta­jąc w ob­li­czu de­cy­zji po­waż­niej­szych od tej, czy wło­żyć san­da­ły, czy nie, gdy wy­bie­rze się na spa­cer po pla­ży z miłą ko­bie­tą u boku.

No wła­śnie, czę­ścio­wo i o to cho­dzi­ło. Sa­mot­ność. Obrzy­dła mu sa­mot­ność, bu­dze­nie się w pu­stym łóż­ku, choć to uczu­cie wciąż go za­ska­ki­wa­ło. Po­ja­wi­ło się do­pie­ro nie­daw­no. Przez pierw­szy rok po śmier­ci Mis­sy Mi­le­so­wi nie prze­szło w ogó­le przez myśl, że mógł­by kie­dy­kol­wiek po­ko­chać inną ko­bie­tę. Nig­dy. Tak jak gdy­by pra­gnie­nie ko­bie­ce­go to­wa­rzy­stwa w ogó­le nie ist­nia­ło, jak gdy­by po­żą­da­nie i mi­łość były je­dy­nie teo­re­tycz­ny­mi ewen­tu­al­no­ścia­mi, któ­re nie mają związ­ku z rze­czy­wi­stym świa­tem. Na­wet gdy wstrząs i smu­tek tak ogrom­ny, że pła­kał po no­cach, tro­chę przy­ga­sły, jego ży­cie to­czy­ło się nie­wła­ści­wym to­rem – jak gdy­by zbo­czy­ło z nie­go chwi­lo­wo, ale wkrót­ce mia­ło zno­wu nań po­wró­cić, a za­tem nie ma po­wo­du, by czym­kol­wiek się de­ner­wo­wać.

Prze­cież po po­grze­bie więk­szość rze­czy nie ule­gła zmia­nie. Ra­chun­ki nadal nad­cho­dzi­ły, Jo­nah mu­siał jeść, tra­wa wy­ma­ga­ła ko­sze­nia. Wciąż miał pra­cę. Pew­ne­go razu Char­lie, jego szef i jed­no­cze­śnie naj­bliż­szy przy­ja­ciel, spy­tał po kil­ku du­żych pi­wach, jak to jest, stra­cić żonę. Mi­les od­po­wie­dział mu na to, że ma wra­że­nie, iż Mis­sy wca­le nie ode­szła na za­wsze. Wy­da­je mu się ra­czej, że wy­je­cha­ła na week­end z przy­ja­ciół­ką, zo­sta­wia­jąc go z Jo­na­hem na czas swej nie­obec­no­ści.

Czas mi­jał, a wraz z nim ustą­pi­ło odrę­twie­nie, do któ­re­go tak przy­wykł. Wy­par­ła je rze­czy­wi­stość. Choć Mi­les bar­dzo pra­gnął się otrzą­snąć, my­śla­mi nadal był przy Mis­sy. Wszyst­ko mu ją przy­po­mi­na­ło. Zwłasz­cza Jo­nah, któ­ry z bie­giem cza­su sta­wał się co­raz po­dob­niej­szy do mat­ki. By­wa­ło, że gdy Mi­les za­trzy­mał się w drzwiach, otu­liw­szy już syn­ka do snu, wi­dział w ry­sach dziec­ka twarz swo­jej żony i mu­siał się od­wra­cać, żeby Jo­nah nie za­uwa­żył jego łez. Ale jej ob­raz zo­sta­wał przy nim na wie­le go­dzin. Uwiel­biał pa­trzeć na Mis­sy, gdy spa­ła, z dłu­gi­mi ciem­ny­mi wło­sa­mi roz­sy­pa­ny­mi na po­dusz­ce. Jed­na ręka spo­czy­wa­ła za­wsze nad gło­wą, usta mia­ła lek­ko roz­chy­lo­ne, pierś uno­si­ła jej się i opa­da­ła de­li­kat­nie w rów­no­mier­nym od­de­chu. I jej za­pach – to coś, cze­go Mi­les nig­dy nie za­po­mni. W pierw­sze Boże Na­ro­dze­nie po śmier­ci żony, sie­dząc w ko­ście­le na po­ran­nej mszy, Mi­les po­czuł za­pach per­fum, któ­rych uży­wa­ła Mis­sy, i jesz­cze dłu­go po skoń­czo­nym na­bo­żeń­stwie trzy­mał się tego bo­le­sne­go wspo­mnie­nia jak to­ną­cy koła ra­tun­ko­we­go.

Po­dob­nie było z in­ny­mi spra­wa­mi. W po­cząt­ko­wym okre­sie mał­żeń­stwa zwy­kli ja­dać lunch u „Fre­da i Cla­ry”. Była to mała re­stau­ra­cyj­ka, od­da­lo­na za­le­d­wie o jed­ną prze­czni­cę od ban­ku, w któ­rym pra­co­wa­ła Mis­sy. Znaj­do­wa­ła się tro­chę na ubo­czu, była ci­cha i spo­koj­na, w jej przy­tul­nej sal­ce czu­li się wspa­nia­le, mie­li wra­że­nie, że nic się nig­dy mię­dzy nimi nie zmie­ni. Po przyj­ściu na świat Jo­na­ha nie by­wa­li tam czę­sto, te­raz jed­nak, po śmier­ci żony, Mi­les za­czął cho­dzić tam zno­wu, jak gdy­by w na­dziei, że znaj­dzie na wy­ło­żo­nych bo­aze­rią ścia­nach po­zo­sta­ło­ści tam­tych uczuć. W domu rów­nież pod­po­rząd­ko­wał ży­cie przy­zwy­cza­je­niom Mis­sy. Po­nie­waż Mis­sy ro­bi­ła za­ku­py w skle­pie spo­żyw­czym w czwar­tek wie­czo­rem, Mi­les prze­jął ten zwy­czaj. Po­nie­waż Mis­sy ho­do­wa­ła po­mi­do­ry pod ścia­ną domu, Mi­les rów­nież je tam po­sa­dził. Mis­sy uwa­ża­ła li­zol za naj­lep­szy ku­chen­ny śro­dek czysz­czą­cy, on też nie wi­dział po­wo­du, żeby uży­wać cze­goś in­ne­go. Mis­sy za­wsze była obec­na we wszyst­kim, co ro­bił.

Jed­nak­że mi­nio­nej wio­sny od pew­ne­go mo­men­tu to uczu­cie za­czę­ło się zmie­niać. Zmia­na przy­szła bez ostrze­że­nia i Mi­les zro­zu­miał na­tych­miast, co się sta­ło. Ja­dąc do śród­mie­ścia, przy­ła­pał się na tym, że nie od­ry­wa wzro­ku od dwoj­ga mło­dych lu­dzi, któ­rzy szli chod­ni­kiem, trzy­ma­jąc się za ręce. Przez chwi­lę Mi­les wy­obra­żał so­bie, że jest tam­tym męż­czy­zną, że ko­bie­ta jest z nim. A je­śli nie ona, to ktoś… ktoś, kto po­ko­cha nie tyl­ko jego, lecz rów­nież Jo­na­ha. Ktoś, kto wy­wo­ła uśmiech na jego twa­rzy, z kim bę­dzie mógł na­pić się wina przy spo­koj­nym obie­dzie, kogo przy­tu­li, do­tknie i komu bę­dzie szep­tał do ucha ci­che sło­wa, gdy zga­si świa­tło. Ktoś taki jak Mis­sy, po­my­ślał, i na­tych­miast ogar­nę­ło go ta­kie po­czu­cie winy i zdra­dy, że na za­wsze wy­gnał mło­dą parę ze swych my­śli.

A przy­najm­niej tak mu się wy­da­wa­ło.

Gdy póź­niej, tego sa­me­go wie­czo­ru, le­żał już w łóż­ku, zno­wu ich wspo­mniał. I choć nadal drę­czy­ło go po­czu­cie winy i zdra­dy, nie było już tak sil­ne jak kil­ka go­dzin wcze­śniej. I wła­śnie w tej chwi­li Mi­les zro­zu­miał, że uczy­nił pierw­szy, acz­kol­wiek bar­dzo mały, krok w kie­run­ku osta­tecz­ne­go po­go­dze­nia się ze swo­ją stra­tą.

Za­czął uza­sad­niać swo­ją nową rze­czy­wi­stość, tłu­ma­cząc so­bie, że jest te­raz wdow­cem, że jego uczu­cia są czymś ab­so­lut­nie nor­mal­nym, i wie­dział, że wszy­scy się z nim zgo­dzą. Nikt nie ocze­ki­wał, że spę­dzi resz­tę ży­cia sam. W cią­gu ostat­nich kil­ku mie­się­cy przy­ja­cie­le pro­po­no­wa­li mu na­wet kil­ka­krot­nie, że umó­wią go na rand­kę. Poza tym wie­dział, że Mis­sy chcia­ła­by, żeby po­now­nie się oże­nił. Mó­wi­ła mu to nie­je­den raz, gdy jak więk­szość mał­żeństw ba­wi­li się w „co by było, gdy­by”. Acz­kol­wiek żad­ne z nich nie za­kła­da­ło nig­dy, że zda­rzy się coś strasz­ne­go, obo­je zga­dza­li się, iż dla Jo­na­ha nie by­ło­by wska­za­ne, gdy­by do­ra­stał tyl­ko z jed­nym z ro­dzi­ców, dla któ­re­go też nie by­ło­by do­bre sa­mot­ne ży­cie. Mimo to wy­da­wa­ło się, że jest jesz­cze tro­chę za wcze­śnie.

Z upły­wem lata my­śli o zna­le­zie­niu ko­goś za­czę­ły po­ja­wiać się co­raz czę­ściej i z co­raz więk­szą in­ten­syw­no­ścią. Mis­sy wciąż tu była, Mis­sy za­wsze tu bę­dzie… mimo to jed­nak Mi­les za­czął po­waż­niej my­śleć o zna­le­zie­niu ko­goś, z kim mógł­by dzie­lić ży­cie. Póź­no w nocy, gdy po­cie­szał syn­ka, sie­dząc z nim na bu­ja­nym fo­te­lu na tyl­nej we­ran­dzie – był to je­dy­ny spo­sób na od­pę­dze­nie noc­nych kosz­ma­rów – te my­śli na­wie­dza­ły go ze zdwo­jo­ną siłą i za­wsze szły tym sa­mym to­rem. Praw­do­po­dob­nie mógł­by zna­leźć ko­goś zmie­nia­ło się na praw­do­po­dob­nie zna­la­zł­by, by osta­tecz­nie dojść do praw­do­po­dob­nie znaj­dzie. Jed­nak­że w tym punk­cie – bez wzglę­du na to, jak bar­dzo pra­gnął, żeby było in­a­czej – jego my­śli wy­ko­ny­wa­ły zwrot ku praw­do­po­dob­nie nie znaj­dzie ni­ko­go.

Przy­czy­na ta­kie­go sta­nu rze­czy tkwi­ła w jego sy­pial­ni. Na pół­ce sta­ła gru­ba sza­ra tecz­ka z ak­ta­mi do­ty­czą­cy­mi śmier­ci Mis­sy, któ­re ze­brał dla sie­bie w cią­gu mie­się­cy po jej po­grze­bie. Trzy­mał je po to, by nie po­zwo­li­ły mu za­po­mnieć, co się sta­ło, by pa­mię­tał o pra­cy, któ­rą musi jesz­cze wy­ko­nać.

By przy­po­mi­na­ły mu o jego klę­sce.

* * *

W kil­ka mi­nut póź­niej Mi­les zga­sił pa­pie­ro­sa o ba­lu­stra­dę we­ran­dy i wszedł do domu. Na­lał so­bie kawy, któ­rej tak bar­dzo po­trze­bo­wał, i ru­szył ko­ry­ta­rzem do po­ko­ju syn­ka. Uchy­lił drzwi i zo­ba­czył, że Jo­nah jesz­cze śpi. To do­brze, ma za­tem tro­chę cza­su. Skie­ro­wał się do ła­zien­ki.

Gdy od­krę­cił kran, prysz­nic ję­czał i sy­czał przez chwi­lę, za­nim wresz­cie po­pły­nę­ła woda. Wy­ką­pał się, ogo­lił i umył zęby. Prze­je­chał grze­bie­niem po wło­sach, czy­niąc znów ob­ser­wa­cję, że jest ich chy­ba mniej niż kie­dyś. Śpiesz­nie wło­żył mun­dur sze­ry­fa, na­stęp­nie wy­jął ka­bu­rę ze skryt­ki nad drzwia­mi sy­pial­ni i przy­piął ją. Usły­szał z ko­ry­ta­rza skrzy­pie­nie łóż­ka syna. Gdy wszedł do po­ko­ju, Jo­nah pod­niósł na nie­go spoj­rze­nie pod­puch­nię­tych oczu. Sie­dział wciąż jesz­cze na łóż­ku, z po­tar­ga­ny­mi wło­sa­mi. Nie spał od co naj­mniej kil­ku mi­nut.

– Wi­taj, mi­strzu – rzekł Mi­les z uśmie­chem.

Jo­nah pod­niósł gło­wę le­ni­wym ru­chem, jak na zwol­nio­nym fil­mie.

– Cześć, tato.

– Je­steś go­tów do śnia­da­nia?

– Mogę do­stać na­le­śni­ki? – mruk­nął ci­chut­ko Jo­nah, prze­cią­ga­jąc się.

– A co po­wiesz na to­sty? Je­ste­śmy tro­chę spóź­nie­ni.

Jo­nah na­chy­lił się, się­ga­jąc po spodnie. Mi­les zło­żył je po­rząd­nie wczo­raj wie­czo­rem.

– Mó­wisz to co­dzien­nie.

– A ty co­dzien­nie je­steś spóź­nio­ny – wzru­szył ra­mio­na­mi Mi­les.

– No to budź mnie wcze­śniej.

– Mam lep­szy po­mysł – kładź się spać wte­dy, kie­dy ci mó­wię.

– Ale wte­dy nie je­stem zmę­czo­ny. Od­czu­wam zmę­cze­nie tyl­ko rano.

– Wstąp do klu­bu.

– Co?

– Nie­waż­ne – od­parł Mi­les. Po­ka­zał pal­cem na ła­zien­kę. – Nie za­po­mnij się ucze­sać, kie­dy się już ubie­rzesz.

– Nie za­po­mnę – obie­cał Jo­nah.

Więk­szość ran­ków wy­glą­da­ła tak samo. Mi­les wrzu­cał krom­ki do opie­ka­cza i na­le­wał so­bie ko­lej­ną fi­li­żan­kę kawy. Tym­cza­sem Jo­nah ubie­rał się i przy­cho­dził do kuch­ni, gdzie cze­ka­ły już na nie­go to­sty i szklan­ka mle­ka. Mi­les sma­ro­wał pie­czy­wo ma­słem, ale Jo­nah lu­bił sam do­da­wać sy­ro­pu. Mi­les za­czy­nał jeść swój tost i przez chwi­lę ża­den z nich się nie od­zy­wał. Jo­nah wy­glą­dał nadal, jak gdy­by prze­by­wał we wła­snym ma­łym świe­cie, i choć Mi­les mu­siał z nim po­roz­ma­wiać, cze­kał, żeby syn przy­najm­niej spra­wiał wra­że­nie, że coś do nie­go do­cie­ra.

Po kil­ku mi­nu­tach obo­pól­ne­go mil­cze­nia Mi­les od­chrząk­nął.

– Jak ci idzie w szko­le? – spy­tał.

– Chy­ba w po­rząd­ku – wzru­szył ra­mio­na­mi Jo­nah.

To py­ta­nie było rów­nież czę­ścią co­dzien­nej ru­ty­ny. Mi­les za­wsze py­tał o szko­łę, a Jo­nah za­wsze od­po­wia­dał, że wszyst­ko w po­rząd­ku. Ale wcze­śniej tego ran­ka, pa­ku­jąc ple­cak Jo­na­ha, Mi­les zna­lazł list od jego na­uczy­ciel­ki, w któ­rym pro­si­ła o spo­tka­nie. Coś w spo­so­bie sfor­mu­ło­wa­nia tego li­stu na­su­nę­ło mu wra­że­nie, że cho­dzi o spra­wę po­waż­niej­szą niż zwy­kła roz­mo­wa na­uczy­cie­la z opie­ku­nem dziec­ka.

– Ra­dzisz so­bie na lek­cjach?

– Uhum – mruk­nął Jo­nah.

– Lu­bisz swo­ją na­uczy­ciel­kę?

Jo­nah kiw­nął gło­wą mię­dzy ko­lej­ny­mi kę­sa­mi.

– Uhum – od­po­wie­dział zno­wu.

Mi­les cze­kał, chcąc się prze­ko­nać, czy Jo­nah coś doda, syn jed­nak mil­czał. Mi­les po­chy­lił się ku nie­mu bli­żej.

– To dla­cze­go nie po­wie­dzia­łeś nic o li­ście, któ­ry przy­sła­ła mi two­ja na­uczy­ciel­ka?

– Ja­kim li­ście? – spy­tał nie­win­nie Jo­nah.

– Tym, któ­ry zna­la­złem w two­im ple­ca­ku. Two­jej na­uczy­ciel­ce naj­wy­raź­niej za­le­ża­ło, że­bym go prze­czy­tał.

Jo­nah zno­wu wzru­szył ra­mio­na­mi, któ­re pod­sko­czy­ły i opa­dły ni­czym grzan­ki w to­ste­rze.

– Chy­ba po pro­stu za­po­mnia­łem.

– Jak mo­głeś za­po­mnieć o czymś tak waż­nym?

– Nie wiem.

– A wiesz, dla­cze­go na­uczy­ciel­ka chce się ze mną spo­tkać?

– Nie… – za­wa­hał się Jo­nah i Mi­les zo­rien­to­wał się na­tych­miast, że syn nie mówi praw­dy.

– Synu, masz kło­po­ty w szko­le?

Chło­piec za­mru­gał szyb­ko po­wie­ka­mi i pod­niósł wzrok. Oj­ciec zwra­cał się do nie­go „synu” tyl­ko wte­dy, gdy Jo­nah coś zma­lo­wał.

– Nie, tato. Nig­dy nie roz­ra­biam. Przy­się­gam.

– Wo­bec tego, o co cho­dzi?

– Nie wiem.

– Za­sta­nów się.

Jo­nah wier­cił się na krze­śle, wie­dząc, że wy­czer­pał li­mit oj­cow­skiej cier­pli­wo­ści.

– No, może mia­łem tro­chę pro­ble­mów z nie­któ­ry­mi lek­cja­mi.

– Prze­cież za­pew­ni­łeś mnie, że w szko­le wszyst­ko w po­rząd­ku.

– Bo w szko­le jest w po­rząd­ku. Pan­na An­drews to na­praw­dę miła oso­ba i bar­dzo mi się tam po­do­ba. – Jo­nah mil­czał przez chwi­lę, po czym do­dał: – Po pro­stu cza­sa­mi ro­zu­miem nie wszyst­ko, co się dzie­je na lek­cjach.

– Po to cho­dzisz do szko­ły. Żeby się na­uczyć.

– Wiem – od­po­wie­dział chło­piec – ale jest in­a­czej niż u pani Hay­es w ze­szłym roku. Do­mo­we za­da­nia są trud­ne. Nie wszyst­kie po­tra­fię od­ro­bić.

Jo­nah spra­wiał wra­że­nie prze­stra­szo­ne­go i jed­no­cze­śnie za­wsty­dzo­ne­go. Mi­les po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu syna.

– Cze­mu nie zwie­rzy­łeś mi się ze swo­ich kło­po­tów?

Mi­nę­ła dłu­ga chwi­la, za­nim Jo­nah od­po­wie­dział na py­ta­nie ojca.

– Bo nie chcia­łem – rzekł w koń­cu – że­byś był na mnie wście­kły.

* * *

Po śnia­da­niu, upew­niw­szy się, że Jo­nah jest go­tów do wyj­ścia, Mi­les po­mógł syn­ko­wi wło­żyć ple­cak i od­pro­wa­dził go do drzwi. Od śnia­da­nia Jo­nah pra­wie się nie od­zy­wał. Przy­kuc­nąw­szy, Mi­les po­ca­ło­wał go w po­li­czek.

– Nie martw się o po­po­łu­dnie. Wszyst­ko bę­dzie do­brze, tak?

– Tak – wy­mam­ro­tał Jo­nah.

– I nie za­po­mnij, że przy­ja­dę po cie­bie, nie wsia­daj więc do au­to­bu­su.

– Tak – po­wtó­rzył mały.

– Ko­cham cię, mi­strzu.

– Ja też cię ko­cham, ta­tu­siu.

Mi­les pa­trzył za syn­kiem, któ­ry ru­szył wol­no w stro­nę przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go na rogu uli­cy. Wie­dział, że w prze­ci­wień­stwie do nie­go, Mis­sy nie by­ła­by za­sko­czo­na wy­da­rze­nia­mi dzi­siej­sze­go po­ran­ka. Bez wąt­pie­nia orien­to­wa­ła­by się, że Jo­nah ma kło­po­ty w szko­le. Za­wsze była na bie­żą­co w ta­kich spra­wach. Za­wsze czu­wa­ła nad wszyst­kim.

Rozdział 2

Wie­czo­rem, w przed­dzień spo­tka­nia z Mi­le­sem Ry­anem, Sara An­drews szła uli­ca­mi hi­sto­rycz­nej dziel­ni­cy New Bern, usil­nie sta­ra­jąc się utrzy­mać rów­ne tem­po. Mimo że chcia­ła jak naj­le­piej wy­ko­rzy­stać to ćwi­cze­nie – od pię­ciu lat była za­pa­lo­nym pie­chu­rem – po prze­pro­wadz­ce do tego mia­stecz­ka przy­cho­dzi­ło jej to co­raz trud­niej. Za każ­dym ra­zem, gdy wy­ru­sza­ła na spa­cer, znaj­do­wa­ła coś no­we­go, co bu­dzi­ło jej cie­ka­wość, coś, co spra­wia­ło, że przy­sta­wa­ła i przy­glą­da­ła się.

New Bern, za­ło­żo­ne w 1710 roku, leży nad rze­ka­mi Neu­se i Trent we wschod­niej czę­ści Ka­ro­li­ny Pół­noc­nej. Jako dru­gie z naj­star­szych miast w sta­nie, było nie­gdyś jego sto­li­cą i tu­taj znaj­do­wa­ła się re­zy­den­cja gu­ber­na­to­ra ko­lo­nial­ne­go, pa­łac Try­on, któ­ry spło­nął w 1798 roku i w 1954 zo­stał od­re­stau­ro­wa­ny, wraz z czę­ścią za­pie­ra­ją­cych dech, naj­pięk­niej­szych ogro­dów na Po­łu­dniu. Na ca­łym te­re­nie za­kwi­ta­ły każ­dej wio­sny tu­li­pa­ny i aza­lie, a je­sie­nią chry­zan­te­my. Sara wy­bra­ła się tam na wy­ciecz­kę za­raz po przy­jeź­dzie do mia­sta. Mimo że nie była to pora kwit­nie­nia kwia­tów, Sara opu­ści­ła pa­łac, ma­rząc o za­miesz­ka­niu w ta­kiej od­le­gło­ści, by mo­gła ro­bić tu co­dzien­nie pie­sze spa­ce­ry.

Wpro­wa­dzi­ła się do sta­ro­mod­ne­go miesz­ka­nia przy Mid­dle Stre­et, kil­ka prze­cznic da­lej, w sa­mym ser­cu mia­sta. Do miesz­ka­nia wcho­dzi­ło się po schod­kach, trzy domy dzie­li­ły je od ap­te­ki, gdzie w 1898 roku Ca­leb Bra­dham po raz pierw­szy wpro­wa­dził na ry­nek na­pój Bra­da, któ­ry świat po­znał jako pep­si-colę. Za ro­giem znaj­do­wał się ko­ściół epi­sko­pal­ny, ma­je­sta­tycz­na bu­dow­la z ce­gły, ocie­nio­na gi­gan­tycz­ny­mi ma­gno­lia­mi, któ­rej po­dwo­je zo­sta­ły po raz pierw­szy otwar­te w 1718 roku. Wy­cho­dząc z domu na spa­cer, Sara mi­ja­ła oba miej­sca, kie­ru­jąc się ku Front Stre­et, gdzie peł­ne wdzię­ku sta­re re­zy­den­cje sta­ły już od dwu­stu lat.

Jed­nak­że naj­więk­szy jej po­dziw bu­dził fakt, że więk­szość do­mów stop­nio­wo, po ko­lei zo­sta­ła pie­czo­ło­wi­cie od­re­stau­ro­wa­na w cią­gu ostat­nich pięć­dzie­się­ciu lat. W prze­ci­wień­stwie do Wil­liams­bur­ga w Wir­gi­nii, któ­ry od­re­stau­ro­wa­no w du­żej mie­rze z do­ta­cji Fun­da­cji Roc­ke­fel­le­ra, mia­sto New Bern za­ape­lo­wa­ło do swo­ich miesz­kań­ców, a oni od­po­wie­dzie­li na ten apel. Po­czu­cie wspól­no­ty zwa­bi­ło tu jej ro­dzi­ców przed czte­re­ma laty. Sara nie wie­dzia­ła nic o New Bern, do­pó­ki nie prze­nio­sła się do tego mia­sta w czerw­cu tego roku.

Pod­czas mar­szu my­śla­ła o tym, jak bar­dzo New Bern róż­ni się od Bal­ti­mo­re w sta­nie Ma­ry­land, gdzie się uro­dzi­ła, do­ra­sta­ła i gdzie miesz­ka­ła jesz­cze kil­ka mie­się­cy temu. Cho­ciaż Bal­ti­mo­re mia­ło swo­ją wła­sną bo­ga­tą hi­sto­rię, było przede wszyst­kim du­żym mia­stem, New Bern na­to­miast to małe po­łu­dnio­we mia­stecz­ko, dość od­izo­lo­wa­ne i kom­plet­nie nie­za­in­te­re­so­wa­ne tym, żeby na­dą­żyć za co­raz szyb­szym tem­pem ży­cia gdzie in­dziej. Tu­taj lu­dzie po­zdra­wia­li ją ge­stem dło­ni, gdy mi­ja­ła ich na uli­cy, a po każ­dym py­ta­niu, któ­re za­da­ła, na­stę­po­wa­ła zwy­kle dłu­ga, wy­czer­pu­ją­ca od­po­wiedź, z od­wo­ła­niem do lu­dzi czy zda­rzeń, o któ­rych nig­dy przed­tem nie sły­sza­ła, jak gdy­by wszyst­ko i wszy­scy byli w ja­kiś spo­sób po­wią­za­ni. Zwy­kle było to sym­pa­tycz­ne, choć cza­sa­mi do­pro­wa­dza­ło ją do sza­leń­stwa.

Jej ro­dzi­ce prze­nie­śli się tu­taj, gdy oj­ciec pod­jął pra­cę jako dy­rek­tor szpi­ta­la w Cra­ven Re­gio­nal Me­di­cal Cen­ter. Gdy spra­wa roz­wo­do­wa Sary zo­sta­ła za­koń­czo­na, ro­dzi­ce za­czę­li na­ma­wiać ją, żeby się rów­nież prze­pro­wa­dzi­ła. Zna­jąc do­brze swo­ją mat­kę, Sara odło­ży­ła de­cy­zję na rok. Nie w tym rzecz, że Sara jej nie ko­cha­ła – po pro­stu mat­ka po­tra­fi­ła cza­sa­mi wier­cić dziu­rę w brzu­chu, je­śli moż­na to tak okre­ślić. Mimo to, dla spo­ko­ju du­cha, w koń­cu po­szła za jej radą i na ra­zie – dzię­ki Bogu – nie ża­ło­wa­ła. Czu­ła, że tego wła­śnie te­raz po­trze­bu­je, ale choć mia­stecz­ko było uro­cze, nie wi­dzia­ła moż­li­wo­ści za­miesz­ka­nia w nim na za­wsze.

Zro­zu­mia­ła nie­mal na­tych­miast, że New Bern nie jest mia­stem dla sa­mot­nych. Nie było tu wie­lu miejsc, gdzie moż­na by ko­goś po­znać, a lu­dzie w jej wie­ku, któ­rych spo­tka­ła, mie­li już ro­dzi­ny. Po­dob­nie jak w wie­lu po­łu­dnio­wych mia­stecz­kach, tu­taj też rzą­dził pe­wien spo­łecz­ny kon­we­nans. Po­nie­waż zde­cy­do­wa­ną więk­szość miesz­kań­ców sta­no­wi­ły mał­żeń­stwa, sa­mot­nej ko­bie­cie trud­no było zna­leźć miej­sce dla sie­bie lub na­wet za­cząć ja­kiś zwią­zek. A zwłasz­cza roz­wie­dzio­nej i cał­kiem no­wej w tej oko­li­cy.

A jed­nak było to ide­al­ne miej­sce do wy­cho­wy­wa­nia dzie­ci i cza­sa­mi Sara lu­bi­ła wy­obra­żać so­bie pod­czas spa­ce­ru, że jej losy po­to­czy­ły się cał­kiem in­a­czej. Jako mło­da dziew­czy­na za­wsze za­kła­da­ła, że jej ży­cie bę­dzie wy­glą­da­ło tak, jak tego chcia­ła: mał­żeń­stwo, dzie­ci, dom w dziel­ni­cy, gdzie ro­dzi­ny świę­tu­ją w pią­tek w ogród­kach roz­po­czę­cie week­en­du. Ta­kie ży­cie pę­dzi­ła jako dziec­ko i ta­kie­go pra­gnę­ła jako do­ro­sła ko­bie­ta. Ale spra­wy uło­ży­ły się in­a­czej. W ży­ciu rzad­ko wszyst­ko idzie po na­szej my­śli, tyle już zro­zu­mia­ła.

Przez pe­wien czas wy­da­wa­ło jej się, że nie ma nic nie­moż­li­we­go, zwłasz­cza gdy po­zna­ła Mi­cha­ela. Wła­śnie koń­czy­ła stu­dia pe­da­go­gicz­ne, a Mi­cha­el był świe­żym ab­sol­wen­tem Wy­dzia­łu Za­rzą­dza­nia w Geo­r­ge­town. Jego ro­dzi­na, jed­na z naj­zna­mie­nit­szych w Bal­ti­mo­re, do­ro­bi­ła się ogrom­ne­go ma­jąt­ku na ban­kier­stwie i była wiel­ce sno­bi­stycz­na. Na­le­ża­ła do tego ro­dza­ju kla­nów, któ­rych człon­ko­wie za­sia­da­ją w za­rzą­dach roz­ma­itych kor­po­ra­cji i wpro­wa­dza­ją w klu­bach pod­miej­skich po­li­ty­kę, ma­ją­cą na celu wy­eli­mi­no­wa­nie tych, któ­rych uwa­ża­ją za po­śled­niej­szych. Mi­cha­el jed­nak zda­wał się od­rzu­cać war­to­ści, któ­re li­czy­ły się dla jego ro­dzi­ny, i był uwa­ża­ny za wspa­nia­łą par­tię. Gdy wcho­dził do po­ko­ju, wszyst­kie gło­wy od­wra­ca­ły się ku nie­mu, a on, mimo że wie­dział, co się dzie­je, z uj­mu­ją­cym wdzię­kiem uda­wał, że kom­plet­nie go nie ob­cho­dzi, co lu­dzie o nim my­ślą.

Oczy­wi­ście, sło­wo „uda­wał” jest tu­taj klu­czo­we.

Sara, po­dob­nie jak wszyst­kie jej przy­ja­ciół­ki, wie­dzia­ła, kim jest Mi­cha­el, gdy zja­wił się na przy­ję­ciu, i zdzi­wi­ło ją, gdy póź­niej wie­czo­rem pod­szedł, by się przed­sta­wić. Za­przy­jaź­ni­li się na­tych­miast. Po krót­kiej roz­mo­wie na­stą­pi­ła dłuż­sza na­za­jutrz przy ka­wie, po czym za­pro­sił ją na ko­la­cję. Wkrót­ce za­czę­li spo­ty­kać się re­gu­lar­nie i Sara za­ko­cha­ła się. W rok póź­niej Mi­cha­el po­pro­sił ją o rękę.

Mat­ka Sary była za­chwy­co­na no­wi­ną, oj­ciec na­to­miast po­wstrzy­mał się od ko­men­ta­rzy, po­wie­dział tyl­ko, że ma na­dzie­ję, iż bę­dzie szczę­śli­wa. Może coś po­dej­rze­wał, a może po pro­stu żył już dość dłu­go na tym świe­cie, by wie­dzieć, że w rze­czy­wi­sto­ści baj­ki rzad­ko oka­zu­ją się praw­dą. Nie zdra­dził jej wów­czas, o co mu cho­dzi, a Sara, szcze­rze mó­wiąc, nie pa­li­ła się do tego, żeby wy­py­ty­wać go, ja­kie ma za­strze­że­nia, z jed­nym wy­jąt­kiem, mia­no­wi­cie wte­dy, gdy Mi­cha­el po­pro­sił ją o pod­pi­sa­nie in­ter­cy­zy. Mi­cha­el tłu­ma­czył wpraw­dzie, że do­ma­ga się tego ro­dzi­na, ale choć ro­bił wszyst­ko, co w jego mocy, by zrzu­cić winę na ro­dzi­ców, Sara po­dej­rze­wa­ła w głę­bi du­cha, że gdy­by ich nie było, sam na­le­gał­by na to. Mimo to pod­pi­sa­ła do­ku­men­ty. Tego sa­me­go wie­czo­ru ro­dzi­ce Mi­cha­ela wy­da­li hucz­ne przy­ję­cie za­rę­czy­no­we, aby ofi­cjal­nie za­po­wie­dzieć zbli­ża­ją­cy się ślub.

W sie­dem mie­się­cy póź­niej Sara i Mi­cha­el po­bra­li się. Mie­siąc mio­do­wy spę­dzi­li w Gre­cji i w Tur­cji. Po po­wro­cie do Bal­ti­mo­re za­miesz­ka­li w domu od­da­lo­nym o nie­ca­łe dwie prze­czni­ce od domu jego ro­dzi­ców. Cho­ciaż Sara nie mu­sia­ła pra­co­wać, za­czę­ła uczyć w dru­giej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej, w czę­ści śród­mie­ścia za­miesz­ka­nej przez ubo­gą lud­ność. Nie­ocze­ki­wa­nie Mi­cha­el w peł­ni po­parł jej de­cy­zję, ale wte­dy było to ty­po­we dla ich związ­ku. Przez pierw­sze dwa lata mał­żeń­stwa wszyst­ko wy­da­wa­ło się ide­al­ne – pod­czas week­en­dów spę­dza­li z Mi­cha­elem całe go­dzi­ny w łóż­ku, roz­ma­wia­jąc i ko­cha­jąc się. Zwie­rzył się jej ze swo­ich ma­rzeń, że pew­ne­go dnia chciał­by zo­stać po­li­ty­kiem. Mie­li sze­ro­ki krąg zna­jo­mych, przede wszyst­kim lu­dzi, któ­rych Mi­cha­el znał przez całe ży­cie, to­też czę­sto cho­dzi­li na przy­ję­cia lub wy­jeż­dża­li na week­en­dy poza mia­sto. Resz­tę wol­ne­go cza­su spę­dza­li w Wa­szyng­to­nie, zwie­dza­jąc mu­zea, cho­dząc do te­atru, oglą­da­jąc po­są­gi na Ka­pi­to­lu. Wła­śnie tam, pod po­mni­kiem Lin­col­na, Mi­cha­el wy­znał Sa­rze, że chciał­by po­więk­szyć ro­dzi­nę. Sły­sząc te sło­wa, za­rzu­ci­ła mu ra­mio­na na szy­ję, wie­dząc, że nie mógł po­wie­dzieć ni­cze­go, co spra­wi­ło­by jej więk­szą ra­dość.

Kto po­tra­fił­by wy­ja­śnić, co sta­ło się po­tem? Mi­nę­ło kil­ka mie­się­cy od tego szczę­śli­we­go dnia pod po­mni­kiem Lin­col­na, a Sara wciąż nie mo­gła zajść w cią­żę. Le­karz po­wie­dział, że nie ma po­wo­du do zmar­twie­nia, że cza­sa­mi musi mi­nąć spo­ro cza­su od chwi­li, gdy ko­bie­ta prze­sta­je brać pi­guł­kę, za­su­ge­ro­wał jed­nak, by zgło­si­ła się do nie­go po­now­nie, gdy­by po roku mie­li nadal pro­ble­my.

Pro­ble­my nie ustą­pi­ły i za­le­co­no im ba­da­nia. W kil­ka dni póź­niej, gdy były już wy­ni­ki, spo­tka­li się z le­ka­rzem. Za­le­d­wie usie­dli na­prze­ciw­ko nie­go, jed­no spoj­rze­nie wy­star­czy­ło, by Sara zro­zu­mia­ła, że coś jest nie w po­rząd­ku.

Wła­śnie wte­dy do­wie­dzia­ła się, że jej jaj­ni­ki nie są zdol­ne do pro­du­ko­wa­nia ja­jecz­ka.

W ty­dzień póź­niej Sara i Mi­cha­el mie­li pierw­szą po­waż­ną kłót­nię. Mi­cha­el nie wró­cił po pra­cy do domu, a Sara krą­ży­ła po miesz­ka­niu, cze­ka­jąc na nie­go, za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go nie za­dzwo­nił, i wy­obra­ża­jąc so­bie, że sta­ło się coś strasz­ne­go. Gdy wresz­cie się zja­wił, jej zde­ner­wo­wa­nie się­ga­ło ze­ni­tu, a Mi­cha­el był pi­ja­ny.

– Nie je­stem two­ją wła­sno­ścią – po­wie­dział tyl­ko i od tej chwi­li wy­rzu­ty za­czę­ły na­ra­stać la­wi­no­wo. W roz­go­rącz­ko­wa­niu mó­wi­li so­bie okrop­ne rze­czy. Póź­niej, tego sa­me­go wie­czo­ru, Sara ża­ło­wa­ła swo­ich słów, a Mi­cha­el ją prze­pra­szał. Po­tem jed­nak Mi­cha­el wy­da­wał się chłod­niej­szy, bar­dziej po­wścią­gli­wy. Gdy za­py­ta­ła go o to wprost, za­prze­czył, ja­ko­by zmie­nił do niej swój sto­su­nek.

– Wszyst­ko bę­dzie do­brze – za­pew­nił ją. – Prze­brnie­my przez to.

Ale spra­wy mię­dzy nimi mia­ły się co­raz go­rzej. Z każ­dym mie­sią­cem kłót­nie sta­wa­ły się co­raz częst­sze, co­raz bar­dziej się od sie­bie od­da­la­li. Pew­ne­go wie­czo­ru, gdy Sara za­pro­po­no­wa­ła po raz ko­lej­ny, żeby za­adop­to­wa­li dziec­ko, Mi­cha­el tyl­ko mach­nął ręką.

– Moi ro­dzi­ce nig­dy tego nie za­ak­cep­tu­ją – od­parł.

Sara wie­dzia­ła w głę­bi du­szy, że tam­te­go wie­czo­ru jej zwią­zek zmie­nił się nie­od­wra­cal­nie. Spra­wi­ły to nie sło­wa ani na­wet fakt, że jej mąż prze­szedł wy­raź­nie na stro­nę ro­dzi­ców, lecz jego mina – da­ją­ca jej do zro­zu­mie­nia, że od tej chwi­li jest to wy­łącz­nie jej pro­blem, a nie ich.

W nie­ca­ły ty­dzień póź­niej za­sta­ła Mi­cha­ela sie­dzą­ce­go w ja­dal­ni ze szkla­necz­ką bo­ur­bo­na. Po dość roz­bie­ga­nym spoj­rze­niu po­zna­ła, że nie był to jego pierw­szy drink. Za­czął od stwier­dze­nia, że chce roz­wo­du. Jest pe­wien, że go zro­zu­mie. Gdy skoń­czył, Sara nie po­tra­fi­ła mu od­po­wie­dzieć ani też nie mia­ła na to naj­mniej­szej ocho­ty.

Mał­żeń­stwo się skoń­czy­ło. Trwa­ło nie­speł­na trzy lata. Sara mia­ła dwa­dzie­ścia sie­dem lat.

Na­stęp­ny rok był mgli­stym wspo­mnie­niem. Wszy­scy chcie­li wie­dzieć, co się sta­ło. Sara nie zdra­dzi­ła tego ni­ko­mu, z wy­jąt­kiem swej ro­dzi­ny.

– Po pro­stu nie wy­szło – od­po­wia­da­ła, gdy ktoś ją py­tał.

Po­nie­waż Sara nie mia­ła in­ne­go po­my­słu na to, co ro­bić, uczy­ła da­lej. Dwie go­dzi­ny w ty­go­dniu spę­dza­ła na roz­mo­wie z Sy­lvią, wspa­nia­łym psy­cho­lo­giem. Gdy Sy­lvia za­le­ci­ła jej rów­nież spo­tka­nia w gru­pach wspar­cia, Sara wzię­ła udział w kil­ku. Głów­nie słu­cha­ła in­nych i do­szła do wnio­sku, że czu­je się znacz­nie le­piej. Ale cza­sa­mi, gdy sie­dzia­ła sama w swo­im ma­łym miesz­ka­niu, rze­czy­wi­stość do­cie­ra­ła do niej z całą ostro­ścią – i zno­wu wy­bu­cha­ła pła­czem. Po­tra­fi­ła wte­dy szlo­chać go­dzi­na­mi. W chwi­li głę­bo­kiej de­pre­sji prze­szła jej na­wet przez gło­wę myśl o sa­mo­bój­stwie, choć nikt – ani jej psy­cho­log, ani ro­dzi­na – o tym nie wie­dział. Wła­śnie wte­dy zda­ła so­bie spra­wę, że musi wy­je­chać z Bal­ti­mo­re, musi zna­leźć miej­sce, gdzie za­cznie nowe ży­cie. Po­trze­bo­wa­ła miej­sca, gdzie wspo­mnie­nia nie by­ły­by tak bo­le­sne, gdzie nig­dy nie miesz­ka­ła.

Te­raz, prze­mie­rza­jąc uli­ce New Bern, Sara sta­ra­ła się żyć chwi­lą obec­ną, nie my­śleć o prze­szło­ści. Cza­sa­mi by­wa­ło to nadal trud­ne, ale i tak nie­po­rów­ny­wal­nie ła­twiej­sze niż kie­dyś. Ro­dzi­ce wspie­ra­li ją na swój spo­sób – oj­ciec wstrzy­mał się od ja­kich­kol­wiek ko­men­ta­rzy na te­mat roz­pa­du jej mał­żeń­stwa, mat­ka wy­ci­na­ła z cza­so­pism ar­ty­ku­ły trak­tu­ją­ce o naj­now­szych osią­gnię­ciach me­dy­cy­ny – ale praw­dzi­wym zbaw­cą oka­zał się jej brat Brian, za­nim wy­je­chał na stu­dia na Uni­wer­sy­te­cie Ka­ro­li­ny Pół­noc­nej.

Jak więk­szość na­sto­lat­ków, by­wał cza­sa­mi sztyw­ny i za­mknię­ty w so­bie, ale na­praw­dę po­tra­fił słu­chać, wczu­wa­jąc się w czy­jąś sy­tu­ację. Gdy chcia­ła się wy­ga­dać, za­wsze mo­gła na nie­go li­czyć i te­raz bar­dzo jej go bra­ko­wa­ło. Od dziec­ka byli so­bie bar­dzo bli­scy. Jako star­sza sio­stra, po­ma­ga­ła zmie­niać mu pie­lu­chy i kar­mi­ła go, gdy tyl­ko mat­ka jej na to po­zwa­la­ła. Póź­niej, gdy Brian po­szedł do szko­ły, po­ma­ga­ła mu od­ra­biać lek­cje i wła­śnie wte­dy uświa­do­mi­ła so­bie, że pra­gnie zo­stać na­uczy­ciel­ką.

Była to de­cy­zja, któ­rej nig­dy nie ża­ło­wa­ła. Ko­cha­ła uczyć, ko­cha­ła pra­cę z dzieć­mi. Za każ­dym ra­zem, gdy wcho­dzi­ła do no­wej kla­sy i wi­dzia­ła trzy­dzie­ści ma­łych twa­rzy­czek, spo­glą­da­ją­cych na nią wy­cze­ku­ją­co, utwier­dza­ła się w prze­ko­na­niu, że wy­bra­ła wła­ści­we za­ję­cie. Z po­cząt­ku, po­dob­nie jak więk­szość mło­dych na­uczy­cie­li, była ide­alist­ką. Za­kła­da­ła, że uzy­ska od­zew u każ­de­go dziec­ka, je­śli tyl­ko bę­dzie się o to dość moc­no sta­rać. Nie­ste­ty, póź­niej zro­zu­mia­ła, że nie jest to moż­li­we. Nie­któ­re dzie­ci, ja­ka­kol­wiek była tego przy­czy­na, nie re­ago­wa­ły na to, co ro­bi­ła, nie­za­leż­nie od tego, ile wy­sił­ku do­kła­da­ła. Było to naj­gor­sze w jej pra­cy i spę­dza­ło jej cza­sa­mi sen z po­wiek, nig­dy jed­nak nie da­wa­ła za wy­gra­ną.

Sara otar­ła pot z czo­ła, za­do­wo­lo­na, że po­wie­trze za­czy­na się wresz­cie ochła­dzać. Słoń­ce było co­raz ni­żej na nie­bo­skło­nie, cie­nie wy­dłu­ża­ły się. Gdy mi­ja­ła po­ste­ru­nek stra­ży po­żar­nej, dwaj stra­ża­cy, sie­dzą­cy na ze­wnątrz na le­ża­kach, ukło­ni­li się jej. Uśmiech­nę­ła się. Z tego, co wie­dzia­ła, po po­łu­dniu w mia­stecz­ku nie zda­rza­ły się po­ża­ry. W cią­gu czte­rech ostat­nich mie­się­cy wi­dy­wa­ła ich co­dzien­nie o tej sa­mej po­rze, sie­dzą­cych do­kład­nie w tym sa­mym miej­scu.

New Bern.

Zda­ła so­bie spra­wę, że jej ży­cie od mo­men­tu prze­pro­wadz­ki do tego mia­stecz­ka na­bra­ło dziw­nej pro­sto­ty. Choć cza­sa­mi bra­ko­wa­ło jej dy­na­micz­no­ści wiel­ko­miej­skie­go ży­cia, mu­sia­ła przy­znać, że zwol­nie­nie tem­pa ma swo­je do­bre stro­ny. W le­cie spę­dza­ła dłu­gie go­dzi­ny, bu­szu­jąc po skle­pach z an­ty­ka­mi w śród­mie­ściu lub po pro­stu przy­glą­da­jąc się ża­glów­kom, przy­cu­mo­wa­nym za „She­ra­to­nem”. Na­wet te­raz, gdy już za­czął się rok szkol­ny, nig­dzie się nie śpie­szy­ła. Pra­co­wa­ła i cho­dzi­ła na spa­ce­ry. Poza od­wie­dzi­na­mi u ro­dzi­ców, więk­szość wie­czo­rów spę­dza­ła sa­mot­nie, słu­cha­jąc mu­zy­ki kla­sycz­nej i opra­co­wu­jąc na nowo pro­gra­my na­ucza­nia, któ­re przy­wio­zła ze sobą z Bal­ti­mo­re. I to jej od­po­wia­da­ło.

Po­nie­waż była nowa w szko­le, mu­sia­ła wciąż mo­dy­fi­ko­wać swo­je pro­gra­my. Od­kry­ła, że wie­lu uczniów w jej kla­sie ma spo­re za­le­gło­ści w pod­sta­wo­wych przed­mio­tach, mu­sia­ła więc do­sto­so­wać do nich pro­gram na­ucza­nia i wpro­wa­dzić lek­cje wy­rów­naw­cze. Nie zdzi­wi­ło jej to ani tro­chę. W każ­dej szko­le pro­gram jest re­ali­zo­wa­ny w róż­nym tem­pie. Ob­li­czy­ła, że do koń­ca roku więk­szość uczniów nad­ro­bi za­le­gło­ści. Ale był je­den uczeń, któ­ry mar­twił ją szcze­gól­nie.

Jo­nah Ryan.

Był bar­dzo mi­łym dziec­kiem, nie­śmia­łym i skrom­nym, ta­kim, któ­re ła­two prze­oczyć. Pierw­sze­go dnia w szko­le usiadł w ostat­nim rzę­dzie i od­po­wia­dał grzecz­nie, gdy się do nie­go zwra­ca­ła, ale pra­ca w Bal­ti­mo­re na­uczy­ła ją, by zwra­cać więk­szą uwa­gę na ta­kie dzie­ci. Cza­sa­mi nie zna­czy­ło to nic, a cza­sa­mi było ozna­ką, że pró­bu­ją się ukryć. Gdy za­da­ła uczniom pierw­sze sa­mo­dziel­ne wy­pra­co­wa­nie, po­sta­no­wi­ła spraw­dzić jego pra­cę szcze­gól­nie sta­ran­nie. Oka­za­ło się to nie­po­trzeb­ne.

Wy­pra­co­wa­nie – krót­ki opis cze­goś, co ro­bi­li pod­czas wa­ka­cji – było dla Sary szyb­kim spraw­dzia­nem, na ile dzie­ci ra­dzą so­bie z pi­sa­niem. W więk­szo­ści prac na­po­tka­ła zwy­kły asor­ty­ment błę­dów or­to­gra­ficz­nych, nie­do­koń­czo­ne my­śli i nie­chluj­ne pi­smo, Jo­nah na­to­miast zde­cy­do­wa­nie się wy­róż­nił – po­nie­waż po pro­stu nie zro­bił tego, o co pro­si­ła. Na­pi­sał w gór­nym rogu swo­je imię i na­zwi­sko, da­lej jed­nak, za­miast wy­pra­co­wa­nia, na­ry­so­wał sie­bie, ło­wią­ce­go ryby na węd­kę z ma­łej łód­ki. Gdy Sara spy­ta­ła go, dla­cze­go nie wy­ko­nał jej po­le­ce­nia, wy­ja­śnił, że pani Hay­es za­wsze po­zwa­la­ła mu ry­so­wać, po­nie­waż „nie­zbyt do­brze pi­sze”.

Ostrze­gaw­czy dzwo­nek na­tych­miast za­dźwię­czał w gło­wie Sary. Po­chy­li­ła się z uśmie­chem.

– Mo­żesz mi po­ka­zać? – spy­ta­ła.

Po dłu­giej chwi­li Jo­nah ski­nął nie­chęt­nie gło­wą.

Zle­ciw­szy uczniom inne za­da­nie, Sara usia­dła obok Jo­na­ha, któ­ry sta­rał się dać z sie­bie wszyst­ko. Szyb­ko zo­rien­to­wa­ła się, że mija się to z ce­lem. Jo­nah nie umiał pi­sać. Póź­niej, tego sa­me­go dnia, od­kry­ła, że le­d­wie po­tra­fi czy­tać. W aryt­me­ty­ce rów­nież nie był lep­szy. Gdy­by, nie zna­jąc go wcze­śniej, mia­ła okre­ślić jego po­ziom, po­sta­wi­ła­by na pierw­szy rok przed­szko­la.

W pierw­szej chwi­li po­my­śla­ła, że Jo­nah cier­pi na brak zdol­no­ści ucze­nia się, coś w ro­dza­ju dys­lek­sji. Po ty­go­dniu jed­nak stwier­dzi­ła, że w jego przy­pad­ku nie wcho­dzi to w ra­chu­bę. Nie my­lił li­ter ani słów, ro­zu­miał wszyst­ko, co do nie­go mó­wi­ła. Od chwi­li, gdy mu coś po­ka­za­ła, ro­bił to co­raz le­piej. Do­szła do wnio­sku, że jego pro­blem bie­rze się z fak­tu, iż nig­dy przed­tem nie mu­siał od­ra­biać lek­cji, po­nie­waż na­uczy­cie­le nie wy­ma­ga­li tego od nie­go.

Gdy za­py­ta­ła o to paru in­nych na­uczy­cie­li, do­wie­dzia­ła się o mat­ce chłop­ca i choć bar­dzo mu współ­czu­ła, zda­wa­ła so­bie spra­wę, że nie leży w ni­czy­im in­te­re­sie – a zwłasz­cza Jo­na­ha – po­zwa­la­nie na to, żeby się za­nie­dby­wał. A to wła­śnie ro­bi­li po­przed­ni na­uczy­cie­le. Nie mo­gła jed­nak po­świę­cić mu tyle uwa­gi, ile wy­ma­gał, mu­sia­ła bo­wiem zaj­mo­wać się in­ny­mi ucznia­mi w kla­sie. Osta­tecz­nie po­sta­no­wi­ła spo­tkać się z oj­cem Jo­na­ha i po­roz­ma­wiać z nim o swo­im od­kry­ciu, w na­dziei że po­tra­fią wspól­nie zna­leźć spo­sób roz­wią­za­nia tego pro­ble­mu.

Sły­sza­ła już wcze­śniej o Mi­le­sie Ry­anie, wpraw­dzie nie za wie­le, wie­dzia­ła jed­nak, że lu­dzie prze­waż­nie lu­bi­li go i sza­no­wa­li, a co wię­cej, był chy­ba tro­skli­wym oj­cem. To do­brze. Na­wet w swej krót­kiej ka­rie­rze na­uczy­ciel­ki spo­tka­ła ro­dzi­ców, któ­rzy spra­wia­li wra­że­nie, że dzie­ci nie­zbyt ich ob­cho­dzą, i uwa­ża­li je ra­czej za cię­żar niż za bło­go­sła­wień­stwo, a zda­rza­li się też i tacy, któ­rzy byli prze­świad­cze­ni, że ich dziec­ko nie mo­gło zro­bić nic złe­go. Za­rów­no z jed­ny­mi, jak i z dru­gi­mi trud­no się było po­ro­zu­mieć. W opi­nii lu­dzi Mi­les Ryan nie był ta­kim czło­wie­kiem.

Przy na­stęp­nej prze­czni­cy Sara zwol­ni­ła kro­ku i za­cze­ka­ła, aż prze­je­dzie kil­ka sa­mo­cho­dów. Po­tem prze­szła przez uli­cę, po­ma­cha­ła męż­czyź­nie za kon­tu­arem w ap­te­ce i wy­ję­ła ze skrzyn­ki li­sty, za­nim wbie­gła po scho­dach, pro­wa­dzą­cych do jej miesz­ka­nia. Otwo­rzyw­szy drzwi, szyb­ko prze­wer­to­wa­ła ko­re­spon­den­cję, po czym rzu­ci­ła ją na sto­lik przy drzwiach.

W kuch­ni na­la­ła so­bie lo­do­wa­tej wody i za­nio­sła szklan­kę do sy­pial­ni. Roz­bie­ra­ła się, wrzu­ca­jąc ubra­nie do ko­sza na brud­ną bie­li­znę i ma­rząc o zim­nym prysz­ni­cu, gdy za­uwa­ży­ła, że lamp­ka au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ki miga. Wci­snę­ła gu­zi­czek i usły­sza­ła głos mat­ki, któ­ra za­pra­sza­ła ją, by wpa­dła do nich póź­niej, je­śli nie ma żad­nych pla­nów na po­po­łu­dnie. Jak zwy­kle w jej gło­sie brzmiał lek­ki nie­po­kój.

Na noc­nym sto­li­ku, obok au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ki, sta­ło zdję­cie ro­dzi­ny Sary: Mau­re­en i Lar­ry po­środ­ku, Sara i Brian po obu bo­kach. Au­to­mat pstryk­nął i prze­ka­zał ko­lej­ną wia­do­mość, rów­nież od mat­ki:

– Och, my­śla­łam, że je­steś już w domu… Mam na­dzie­ję, że u cie­bie wszyst­ko w po­rząd­ku…

Po­win­na pójść czy nie? Jest w od­po­wied­nim na­stro­ju?

Cze­mu nie, zde­cy­do­wa­ła w koń­cu. I tak nie ma nic in­ne­go do ro­bo­ty.

* * *

Mi­les Ryan je­chał Ma­da­me Mo­ore’s Lane, wą­ską krę­tą ulicz­ką, któ­ra bie­gła jed­no­cze­śnie wzdłuż rze­ki Trent i Bri­ces Cre­ek, od śród­mie­ścia New Bern w kie­run­ku Pol­lock­svil­le, ma­łej wio­ski, le­żą­cej dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów na po­łu­dnie. Wzię­ła swo­ją na­zwę od ko­bie­ty, pro­wa­dzą­cej kie­dyś je­den z naj­słyn­niej­szych do­mów pu­blicz­nych w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej; po­tem cała po­sia­dłość sta­ła się re­zy­den­cją wiej­ską i miej­scem wiecz­ne­go spo­czyn­ku Ri­char­da Dob­b­sa Spa­igh­ta, bo­ha­te­ra Po­łu­dnia, któ­ry pod­pi­sał De­kla­ra­cję Nie­pod­le­gło­ści. Pod­czas woj­ny do­mo­wej żoł­nie­rze Unii eks­hu­mo­wa­li jego cia­ło i za­tknę­li czasz­kę na że­la­znej bra­mie jako ostrze­że­nie dla miesz­kań­ców, żeby nie sta­wia­li opo­ru. Gdy Mi­les był jesz­cze ma­łym chłop­cem, owa hi­sto­ria od­bie­ra­ła mu chęć krę­ce­nia się w po­bli­żu tego miej­sca.

Mimo że dro­ga, któ­rą je­chał, była pięk­na i względ­nie od­izo­lo­wa­na, nie nada­wa­ła się ra­czej dla dzie­ci. Cięż­kie, wy­ła­do­wa­ne tar­ci­cą cię­ża­rów­ki dud­ni­ły po niej dniem i nocą, a kie­row­cy czę­sto lek­ce­wa­ży­li za­krę­ty. Jako wła­ści­ciel domu na te­re­nie, znaj­du­ją­cym się tuż przy szo­sie, Mi­les od daw­na pró­bo­wał do­pro­wa­dzić do ogra­ni­cze­nia na niej pręd­ko­ści. Nikt poza Mis­sy go nie słu­chał.

Ja­dąc tą dro­gą, za­wsze my­ślał o żo­nie.

Mi­les wy­jął ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa, za­pa­lił go, po czym opu­ścił szy­bę. Gdy cie­płe po­wie­trze wdar­ło się do sa­mo­cho­du, w jego pa­mię­ci od­ży­ły krót­kie mi­gaw­ko­we wspo­mnie­nia ży­cia, ja­kie wie­dli ra­zem, i jak zwy­kle do­pro­wa­dzi­ły one nie­uchron­nie do ich ostat­nie­go wspól­ne­go dnia.

Jak na iro­nię, w tam­tą nie­dzie­lę Mi­les spę­dził pra­wie cały czas poza do­mem. Po­je­chał na ryby z Char­liem Cur­ti­sem. Wy­szedł wcze­śnie rano i choć obaj z Char­liem wró­ci­li z pysz­ny­mi ry­ba­mi, nie ugła­ska­ło to Mis­sy. Z twa­rzą w smu­gach bru­du, pod­par­ła się pod boki i spio­ru­no­wa­ła go spoj­rze­niem, gdy sta­nął w pro­gu. Nie ode­zwa­ła się na­wet sło­wem, ale nie było to po­trzeb­ne. Z jej miny moż­na było wy­czy­tać wszyst­ko.

Na­za­jutrz miał przy­je­chać z Atlan­ty jej brat z żoną i Mis­sy ro­bi­ła po­rząd­ki wo­kół domu, szy­ku­jąc się na przy­ję­cie go­ści. Jo­nah le­żał w łóż­ku z gry­pą, co tyl­ko po­gor­szy­ło spra­wę, po­nie­waż mu­sia­ła się zaj­mo­wać rów­nież nim. Ale nie to było przy­czy­ną jej gnie­wu, lecz sam Mi­les.

Choć po­wie­dzia­ła, iż nie ma nic prze­ciw­ko temu, by Mi­les wy­brał się na ryby, po­pro­si­ła go, żeby tro­chę ją od­cią­żył i przy­najm­niej za­jął się w so­bo­tę ogród­kiem. Prze­szko­dzi­ły mu w tym jed­nak obo­wiąz­ki służ­bo­we, a po­tem, za­miast od­wo­łać wy­pra­wę i za­dzwo­nić do Char­lie­go z prze­pro­si­na­mi, po­sta­no­wił mimo wszyst­ko pójść w nie­dzie­lę na ryby. Char­lie draż­nił się z nim przez cały dzień: „Bę­dziesz dzi­siaj spał na ka­na­pie” – i Mi­les wie­dział, że jego przy­ja­ciel za­pew­ne ma ra­cję. Ale pra­ca w ogród­ku to pra­ca w ogród­ku, a węd­ko­wa­nie to węd­ko­wa­nie. Mi­les był pe­wien, że ani bra­ta Mis­sy, ani jego żony nie ob­cho­dzi, czy w ogród­ku nie wy­ro­sło za dużo chwa­stów.

Poza tym po­my­ślał, że zaj­mie się wszyst­kim po po­wro­cie z ryb, i na­praw­dę za­mie­rzał to zro­bić. Nie pla­no­wał, że bę­dzie węd­ko­wał przez cały dzień, ale tak jak to by­wa­ło pod­czas in­nych ry­bac­kich wy­pa­dów, stra­cił ra­chu­bę cza­su. Ob­my­ślił so­bie jed­nak do­kład­nie, co po­wie żo­nie: „Nie martw się, wszyst­ko bę­dzie wy­ko­na­ne, na­wet gdy­bym miał po­świę­cić na to całą noc i mu­siał pra­co­wać przy la­tar­ce”. Może od­nio­sło­by to sku­tek, gdy­by po­wia­do­mił ją o swo­ich pla­nach, za­nim wy­śli­zgnął się z łóż­ka tam­te­go ran­ka. Ale nie zro­bił tego i Mis­sy od­wa­li­ła pra­wie całą pra­cę przed jego po­wro­tem do domu. Tra­wa była sko­szo­na, ścież­ka wy­ty­czo­na, Mis­sy po­sa­dzi­ła na­wet brat­ki wo­kół skrzyn­ki na li­sty. Mu­sia­ło jej to za­jąć do­bre kil­ka go­dzin, to­też stwier­dze­nie, że była zła, w naj­mniej­szym stop­niu nie od­da­wa­ło sta­nu jej du­cha. Na­wet sło­wo „wście­kła” było nie­wy­star­cza­ją­ce. Moż­na by to po­rów­nać do róż­ni­cy mię­dzy pa­lą­cą się za­pał­ką a ogrom­nym po­ża­rem lasu. Wi­dział już to spoj­rze­nie pod­czas ich mał­żeń­stwa, ale za­le­d­wie kil­ka razy. Prze­łknął ner­wo­wo śli­nę, my­śląc: „No, raz ko­zie śmierć!”.

– Cześć, ko­cha­nie – ode­zwał się nie­śmia­ło – prze­pra­szam za spóź­nie­nie. Po pro­stu stra­ci­li­śmy ra­chu­bę cza­su.

Wła­śnie w chwi­li, gdy za­mie­rzał tłu­ma­czyć się da­lej, Mis­sy od­wró­ci­ła się na pię­cie i rzu­ci­ła przez ra­mię:

– Idę tro­chę po­bie­gać. Mo­żesz się tym za­jąć, praw­da? – Za­mie­rza­ła wy­gra­bić tra­wę z pod­jaz­du i ścież­ki. Gra­bie le­ża­ły na traw­ni­ku.

Mi­les był na tyle roz­sąd­ny, że nic nie od­po­wie­dział.

Gdy Mis­sy po­szła się prze­brać, wy­jął z ba­gaż­ni­ka sa­mo­cho­du lo­dów­kę tu­ry­stycz­ną i za­niósł ją do kuch­ni. Prze­kła­dał ryby do du­żej lo­dów­ki, kie­dy w drzwiach po­ja­wi­ła się żona.

– Wła­śnie cho­wam ryby… – za­czął.

Mis­sy za­ci­snę­ła zęby.

– A co z ro­bo­tą, o któ­rą cię pro­si­łam?

– Za chwi­lecz­kę się do niej we­zmę… po­zwól mi tyl­ko skoń­czyć, żeby się ryby nie ze­psu­ły.

Mis­sy wznio­sła oczy.

– Daj spo­kój, zaj­mę się tym, jak wró­cę.

Ton mę­czen­ni­cy. Mi­les nie mógł tego znieść.

– Zro­bię to – po­wie­dział. – Obie­ca­łem prze­cież, praw­da?

– Tak jak obie­ca­łeś sko­sić traw­nik przed pój­ściem na ryby?

Po­wi­nien był wte­dy za­ci­snąć zęby i po­wstrzy­mać się od ko­men­ta­rza. Tak, spę­dził dzień na ry­bach, za­miast po­rząd­ko­wać te­ren wo­kół domu. Tak, za­wiódł ją. Ale czy nie roz­dmu­chu­je zbyt­nio ca­łej tej spra­wy? W koń­cu przy­jeż­dża tyl­ko jej brat z żoną. Nie spo­dzie­wa­ją się wi­zy­ty pre­zy­den­ta. Nie ma po­wo­du, żeby ro­bić z igły wi­dły.

Tak, po­wi­nien był na­brać wody w usta. Są­dząc po spoj­rze­niu, któ­rym go wte­dy zmie­rzy­ła, trze­ba było ra­czej zejść jej z oczu. Gdy wy­cho­dząc, trza­snę­ła drzwia­mi, Mi­les usły­szał, jak za­dzwo­ni­ły szy­by w oknach.

Po jej wyj­ściu Mi­les przy­znał w du­chu, że nie miał ra­cji, i ża­ło­wał swe­go za­cho­wa­nia. Jest pa­lan­tem i Mis­sy mia­ła ra­cję, na­zy­wa­jąc go w ten spo­sób.

Nie miał już jed­nak szan­sy, by ją prze­pro­sić.

– Nadal pa­lisz, co?

Char­lie Cur­tis, sze­ryf hrab­stwa, rzu­cił po­nad sto­łem spoj­rze­nie na swe­go przy­ja­cie­la, gdy Mi­les usiadł na­prze­ciw­ko.

– Nie palę – od­parł szyb­ko Mi­les.

Char­lie pod­niósł ręce.

– Wiem, wiem, już mi to mó­wi­łeś. W po­rząd­ku, je­śli chcesz, to oszu­kuj sam sie­bie. Tak czy owak, do­pil­nu­ję, żeby usu­nię­to po­piel­nicz­ki, kie­dy bę­dziesz miał wpaść.

Mi­les ro­ze­śmiał się. Char­lie był jed­ną z nie­wie­lu osób w mia­stecz­ku, któ­re nadal trak­to­wa­ły go tak samo jak za­wsze. Przy­jaź­ni­li się od wie­lu lat. To Char­lie za­pro­po­no­wał Mi­le­so­wi sta­no­wi­sko za­stęp­cy sze­ry­fa i wziął go pod swo­je skrzy­dła, gdy tyl­ko Mi­les za­koń­czył szko­le­nie. Był star­szy – w mar­cu koń­czył sześć­dzie­siąt pięć lat – i wło­sy miał przy­pró­szo­ne si­wi­zną. W cią­gu kil­ku ostat­nich lat przy­by­ło mu dzie­sięć kilo, pra­wie wszyst­ko sku­mu­lo­wa­ło się w oko­li­cach pasa. Nie był ty­pem sze­ry­fa, któ­ry onie­śmie­la lu­dzi na pierw­szy rzut oka, ale był spo­strze­gaw­czy i skru­pu­lat­ny i po­tra­fił wy­cią­gać od­po­wie­dzi, o któ­re mu cho­dzi­ło. Ostat­nio trzy­krot­nie pod­czas ko­lej­nych wy­bo­rów ni­ko­mu nie przy­szło na­wet do gło­wy, żeby gło­so­wać prze­ciw­ko nie­mu.

– Nie będę was od­wie­dzał – po­wie­dział Mi­les – do­pó­ki nie za­prze­sta­niesz tych idio­tycz­nych oskar­żeń.

Sie­dzie­li przy sto­li­ku w rogu i kel­ner­ka, udrę­czo­na przez tłum lu­dzi, któ­rzy przy­by­li na lunch, nie­mal w bie­gu po­sta­wi­ła na bla­cie dzba­nek ze sło­dzo­ną her­ba­tą i dwie szklan­ki z lo­dem. Mi­les na­lał her­ba­ty i po­pchnął szklan­kę w stro­nę Char­lie­go.

– Bren­da bę­dzie za­wie­dzio­na – po­wie­dział Char­lie. – Wiesz, że wy­cho­dzi z sie­bie, je­śli nie przy­pro­wa­dzasz jej co ja­kiś czas Jo­na­ha. – Upił łyk zim­nej her­ba­ty. – A więc cze­ka cię dzi­siaj spo­tka­nie z Sarą?

Mi­les po­pa­trzył py­ta­ją­co na przy­ja­cie­la.

– Z kim?

– Z na­uczy­ciel­ką Jo­na­ha.

– Po­wie­dzia­ła ci o tym two­ja żona?

Char­lie uśmiech­nął się z wyż­szo­ścią. Bren­da pra­co­wa­ła w se­kre­ta­ria­cie dy­rek­to­ra szko­ły i wie­dzia­ła chy­ba o wszyst­kim, co się dzia­ło w szko­le.

– Oczy­wi­ście.

– Mo­żesz po­wtó­rzyć, jak ma na imię?

– Bren­da – od­po­wie­dział po­waż­nie Char­lie.

Mi­les zmie­rzył go wy­mow­nym spoj­rze­niem i Char­lie udał na­głe zro­zu­mie­nie.

– Ach, cho­dzi ci o na­uczy­ciel­kę? Sara. Sara An­drews.

Mi­les pod­niósł swo­ją szklan­kę.

– Czy ona jest do­brą na­uczy­ciel­ką? – spy­tał.

– Chy­ba tak. Bren­da twier­dzi, że jest świet­na i że dzie­cia­ki ją uwiel­bia­ją, ale w jej opi­nii wszy­scy są wspa­nia­li. – Umilkł na chwi­lę i po­chy­lił się ku Mi­le­so­wi, jak gdy­by za­mie­rzał zdra­dzić mu ja­kiś se­kret. – Ale za to po­wie­dzia­ła, że Sara jest atrak­cyj­ną ko­bie­tą. Praw­dzi­wa la­ska, je­śli ro­zu­miesz, co mam na my­śli.

– Jaki to ma zwią­zek z całą spra­wą?

– Bren­da po­wie­dzia­ła mi też, że jest wol­na.

– I?

– I nic. – Char­lie ro­ze­rwał to­reb­kę z cu­krem i do­dał go do swej sło­dzo­nej już her­ba­ty. Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Po pro­stu po­wta­rzam ci to, cze­go do­wie­dzia­łem się od Bren­dy.

– No cóż, do­sko­na­le – rzekł Mi­les. – Bar­dzo dzię­ku­ję. Nie wiem, jak uda­ło­by mi się prze­żyć ten dzień bez naj­śwież­szych re­we­la­cji Bren­dy.

– Och, nie przej­muj się, Mi­les. Wiesz, że ona za­wsze trosz­czy się o cie­bie.

– Po­wiedz jej, że świet­nie so­bie ra­dzę.

– Do dia­bła, nie mu­sisz mi o tym mó­wić. Ale Bren­da mar­twi się o cie­bie. Ona też wie, że pa­lisz.

– Spo­tka­li­śmy się tu­taj po to, że­byś mógł się na mnie po­wy­ży­wać, czy też masz może ja­kiś inny po­wód?

– Praw­dę mó­wiąc, mam. Mu­sia­łem jed­nak wpra­wić cię w od­po­wied­ni na­strój, że­byś nie eks­plo­do­wał ze zło­ści.

– O czym ty mó­wisz?

Wła­śnie w tej chwi­li kel­ner­ka przy­nio­sła ich zwy­kłe za­mó­wie­nie – dwa ta­le­rze z mię­sem z gril­la, su­rów­ką z bia­łej ka­pu­sty i kul­ka­mi z mąki ku­ku­ry­dzia­nej, sma­żo­ny­mi w głę­bo­kim tłusz­czu. Char­lie wy­ko­rzy­stał ten mo­ment, żeby po­zbie­rać my­śli. Skro­pił bef­sztyk so­sem wi­ne­gret i do­dał odro­bi­nę pie­przu do su­rów­ki. Stwier­dziw­szy, że nie ist­nie­je ła­twy spo­sób na prze­ka­za­nie tej wia­do­mo­ści, wy­pa­lił pro­sto z mo­stu:

– Ha­rvey Wel­l­man po­sta­no­wił wy­co­fać oskar­że­nie prze­ciw­ko Oti­so­wi Tim­so­no­wi.

Ha­rvey Wel­l­man był pro­ku­ra­to­rem okrę­go­wym w hrab­stwie Cra­ven. Od­był roz­mo­wę z Char­liem wcze­śniej tego ran­ka i za­pro­po­no­wał, że po­wie o tym Mi­le­so­wi, Char­lie jed­nak po­sta­no­wił, że bę­dzie le­piej, je­śli on sam to zro­bi.

– Słu­cham? – spy­tał Mi­les, pod­no­sząc wzrok na przy­ja­cie­la.

– Pro­ces się nie od­był. Oka­za­ło się na­gle, że Beck Swan­son cier­pi na amne­zję w tej spra­wie.

– Ale ja tam by­łem…

– Po tym, co się sta­ło. Nie by­łeś świad­kiem.

– Prze­cież wi­dzia­łem krew. Wi­dzia­łem po­ła­ma­ne krze­sło i stół po­środ­ku baru. Wi­dzia­łem tłum ga­piów.

– Wiem, wiem. Ale co miał zro­bić Ha­rvey? Beck za­kli­na się na wszyst­kie świę­to­ści, że po pro­stu upadł i że Otis nie tknął go na­wet pal­cem. Ze­znał, że tam­te­go wie­czo­ru wszyst­ko mu się po­mie­sza­ło, ale te­raz roz­ja­śni­ło mu się w gło­wie i przy­po­mniał so­bie do­kład­nie prze­bieg wy­da­rzeń.

Mi­les stra­cił na­gle ape­tyt i od­su­nął ta­lerz na bok.

– Je­śli wy­bio­rę się tam jesz­cze raz, z pew­no­ścią znaj­dę ko­goś, kto wi­dział, co się sta­ło.

Char­lie po­krę­cił gło­wą.

– Ro­zu­miem, że dzia­ła ci to na ner­wy, ale co mo­żesz zro­bić? Wiesz, ilu bra­ci Oti­sa było tam tego wie­czo­ru. Oni po­twier­dzą, że nic się nie sta­ło – i kto wie, być może to wła­śnie oni byli na­praw­dę spraw­ca­mi po­bi­cia. Jaki wy­bór ma Ha­rvey bez ze­zna­nia Bec­ka? Poza tym, znasz Oti­sa. Daj mu tro­chę cza­su, a znów coś zma­lu­je.

– To mnie wła­śnie mar­twi.

Hi­sto­ria wza­jem­nej nie­chę­ci Mi­le­sa i Oti­sa Tim­so­na się­ga­ła daw­nych cza­sów. Zła krew za­czę­ła się osiem lat temu, gdy Mi­les zo­stał za­stęp­cą sze­ry­fa. Za­aresz­to­wał Cly­de’a Tim­so­na, ojca Oti­sa, za na­paść, gdy ten wy­pchnął żonę przez siat­ko­we drzwi ich domu na kół­kach. Cly­de wy­lą­do­wał za to w wię­zie­niu – choć spę­dził tam nie tyle cza­su, ile po­wi­nien – a przez te lata pię­ciu z jego sze­ściu sy­nów rów­nież od­by­ło od­siad­ki za han­del nar­ko­ty­ka­mi, na­pa­ści i kra­dzież sa­mo­cho­dów.

Dla Mi­le­sa Otis przed­sta­wiał naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo, po­nie­waż był naj­in­te­li­gent­niej­szy.

Mi­les po­dej­rze­wał, że Otis nie jest tak drob­nym prze­stęp­cą, jak resz­ta jego ro­dzi­ny. Przede wszyst­kim dla­te­go, że nie wy­glą­dał na jej człon­ka. W prze­ci­wień­stwie do swo­ich bra­ci, nie chciał zro­bić so­bie ta­tu­ażu i no­sił krót­ko ostrzy­żo­ne wło­sy. Cza­sa­mi imał się róż­nych prac fi­zycz­nych. Nie wy­glą­dał na prze­stęp­cę, ale wy­gląd bywa zwod­ni­czy. Jego na­zwi­sko było luź­no po­wią­za­ne z roz­ma­ity­mi prze­stęp­stwa­mi, miej­sco­wi czę­sto snu­li do­my­sły, że to on kie­ru­je prze­pły­wem nar­ko­ty­ków do hrab­stwa, acz­kol­wiek Mi­les nie miał na to do­wo­dów. Żad­ne na­lo­ty nie od­no­si­ły skut­ku, co po­tę­go­wa­ło roz­draż­nie­nie Mi­le­sa.

Otis rów­nież ży­wił do nie­go ura­zę.

Mi­les zdał so­bie z tego w peł­ni spra­wę do­pie­ro po na­ro­dzi­nach Jo­na­ha. Za­aresz­to­wał trzech z pię­ciu bra­ci Oti­sa po awan­tu­rze na ro­dzin­nym zjeź­dzie. W ty­dzień póź­niej, gdy Mis­sy sie­dzia­ła w sa­lo­nie, ko­ły­sząc czte­ro­mie­sięcz­ne­go Jo­na­ha, roz­legł się brzęk i przez okno wpa­dła ce­gła, omal w nich nie tra­fia­jąc. Odła­mek szkła zra­nił ma­leń­stwo w po­li­czek. Cho­ciaż Mi­les nie miał do­wo­dów, był pe­wien, że Otis ma­czał w tym pal­ce. Mi­les zja­wił się na te­re­nie Tim­so­nów na pe­ry­fe­riach mia­sta – gdzie były pół­ko­li­ście usta­wio­ne ich domy na kół­kach – z trze­ma in­ny­mi za­stęp­ca­mi sze­ry­fa, wszy­scy z wy­cią­gnię­tą bro­nią. Tim­so­no­wie wy­szli spo­koj­nie, bez sło­wa po­zwo­li­li za­kuć się w kaj­dan­ki i za­brać do aresz­tu.

Osta­tecz­nie, z bra­ku do­wo­dów, nie wnie­sio­no oskar­że­nia. Mi­les do­słow­nie go­to­wał się z wście­kło­ści. Po zwol­nie­niu Tim­so­nów, przy­dy­bał Ha­rveya Wel­l­ma­na przed jego ga­bi­ne­tem. Po­kłó­ci­li się tak, że omal nie do­szło do rę­ko­czy­nów, w koń­cu Mi­le­sa od­cią­gnę­li ko­le­dzy.

W na­stęp­nych la­tach zda­rza­ły się inne rze­czy: wy­strza­ły w po­bli­żu, ta­jem­ni­czy po­żar w ga­ra­żu Mi­le­sa, in­cy­den­ty, któ­re wy­glą­da­ły ra­czej na wy­bry­ki mło­do­cia­nych. Ale i tu Mi­les nie mógł nic zdzia­łać bez świad­ków. Po śmier­ci Mis­sy sy­tu­acja względ­nie się uspo­ko­iła.

Aż do ostat­nie­go aresz­to­wa­nia.

Char­lie pod­niósł wzrok znad ta­le­rza, minę miał po­waż­ną.

– Po­słu­chaj, obaj wie­my, że jest wi­nien jak dia­bli, ale niech ci nie przyj­dzie do gło­wy za­ła­twiać sa­me­mu tej spra­wy. Z pew­no­ścią nie chcesz ta­kiej eska­la­cji jak kie­dyś.

Mu­sisz te­raz my­śleć o Jo­na­hu, a nie za­wsze mo­żesz go pil­no­wać.

Mi­les słu­chał Char­lie­go, pa­trząc przez okno.

– On z pew­no­ścią zro­bi znów coś głu­pie­go, a wte­dy oso­bi­ście go do­pad­nę. Wiesz o tym. Ale ty nie szu­kaj kło­po­tów – ten fa­cet jest zwia­stu­nem złych wie­ści. Trzy­maj się od nie­go z da­le­ka.

Mi­les nadal nie od­po­wia­dał.

– Zo­staw tę spra­wę, zro­zu­mia­łeś? – po­wie­dział Char­lie już nie wy­łącz­nie jako przy­ja­ciel, lecz rów­nież jako szef Mi­le­sa.

– Po co mi to mó­wisz?

– Już ci to wy­ja­śni­łem.

Mi­les przyj­rzał mu się bacz­nie.

– Ale jest jesz­cze coś, praw­da?

Char­lie po­pa­trzył przy­ja­cie­lo­wi dłu­go w oczy, po czym rzekł:

– Otis twier­dzi, że przy aresz­to­wa­niu za­cho­wa­łeś się dość bru­tal­nie, i wniósł skar­gę…

Mi­les trza­snął pię­ścią w stół, huk od­bił się echem w ca­łej re­stau­ra­cji. Lu­dzie przy są­sied­nim sto­li­ku drgnę­li i wle­pi­li w nie­go zdu­mio­ny wzrok, ale on tego na­wet nie za­uwa­żył.

– Gów­no pra…

Char­lie pod­niósł ręce, po­wstrzy­mu­jąc go.

– Wiem, do dia­bła, i to samo po­wie­dzia­łem Ha­rvey­owi, któ­ry nie za­mie­rza pod­jąć żad­nych kro­ków. Ale nie je­ste­ście przy­ja­ciół­mi i on wie z wła­sne­go do­świad­cze­nia, do cze­go je­steś zdol­ny, jak cię po­nie­sie. I choć nie bę­dzie nic ro­bił w tej spra­wie, uwa­ża, że Otis może mó­wić praw­dę. Ka­zał ci po­wtó­rzyć, że­byś się nie mie­szał.

– Co mam za­tem ro­bić, je­śli zo­ba­czę, że Otis do­pusz­cza się prze­stęp­stwa? Od­wró­cić się w dru­gą stro­nę?

– Do dia­bła, nie! Nie wy­głu­piaj się! Dał­bym ci nie­źle po­pa­lić, gdy­byś wy­ciął taki nu­mer. Po pro­stu chwi­lo­wo trzy­maj się z da­le­ka, do­pó­ki wszyst­ko nie ucich­nie. Nie mamy wy­bo­ru. Mó­wię ci to w two­im wła­snym in­te­re­sie, ro­zu­miesz?

Mi­nę­ła do­bra chwi­la, za­nim Mi­les wes­tchnął głę­bo­ko i od­po­wie­dział:

– Do­brze.

Jed­nak­że na­wet mó­wiąc te sło­wa, wie­dział do­sko­na­le, że on i Otis nie skoń­czy­li jesz­cze ze sobą.

Rozdział 3

W trzy go­dzi­ny po spo­tka­niu z Char­liem Mi­les wje­chał na par­king przed szko­łą pod­sta­wo­wą Gray­ton. Wła­śnie skoń­czy­ły się lek­cje i dzie­ci wy­cho­dzi­ły na dzie­dzi­niec, kie­ru­jąc się ku cze­ka­ją­cym na nie au­to­bu­som. Szły po­wo­li w kil­ku­oso­bo­wych grup­kach. Mi­les do­strzegł Jo­na­ha w tej sa­mej chwi­li, co syn jego. Chło­piec po­ma­chał mu ra­do­śnie i pu­ścił się bie­giem w stro­nę sa­mo­cho­du. Mi­les wie­dział, że za kil­ka lat, kie­dy Jo­nah bę­dzie na­sto­lat­kiem, nie pod­bie­gnie już w ten spo­sób. Sy­nek wpadł w jego sze­ro­ko otwar­te ra­mio­na i Mi­les uści­skał go moc­no, cie­sząc się tą bli­sko­ścią, do­pó­ki mógł.

– Hej, ko­le­go, jak tam w szko­le?

– Faj­nie – od­po­wie­dział Jo­nah, od­chy­la­jąc się tro­chę. – A jak pra­ca?

– Le­piej te­raz, gdy już skoń­czy­łem.

– Aresz­to­wa­łeś ko­goś dzi­siaj?

Mi­les po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– Dziś nie. Może aresz­tu­ję ju­tro. Po­słu­chaj, chciał­byś pójść na lody, jak już skoń­czę tu­taj?

Jo­nah po­ki­wał en­tu­zja­stycz­nie gło­wą i Mi­les po­sta­wił go na zie­mi.

– No to świet­nie. – Po­chy­lił się i zaj­rzał sy­no­wi w oczy. – Chcesz po­cze­kać na bo­isku przez ten czas, gdy będę roz­ma­wiał z two­ją na­uczy­ciel­ką? A może wo­lisz wejść do środ­ka?

– Nie je­stem już ma­lut­kim dziec­kiem, tato. Poza tym Mark też musi tu­taj zo­stać. Jego mama jest w ga­bi­ne­cie le­kar­skim.

Mi­les ro­zej­rzał się i zo­ba­czył naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la Jo­na­ha, prze­stę­pu­ją­ce­go nie­cier­pli­wie z nogi na nogę pod ob­rę­czą ko­sza. Mi­les po­pra­wił syn­ko­wi ko­szu­lę.

– No to za­cze­kaj­cie ra­zem, do­brze? I nie ru­szaj­cie się stąd na krok.

– Nie ru­szy­my się.

– No, bie­gnij, ale bądź­cie ostroż­ni.

Jo­nah po­dał ojcu ple­cak i po­biegł do ko­le­gi. Mi­les rzu­cił ple­cak na przed­nie sie­dze­nie i ru­szył przez par­king w stro­nę bu­dyn­ku szkol­ne­go, la­wi­ru­jąc mię­dzy sa­mo­cho­da­mi. Na­po­tka­ne dzie­ci wy­krzy­ki­wa­ły po­zdro­wie­nia, jak rów­nież mat­ki, któ­re przy­je­cha­ły po nie do szko­ły. Mi­les za­trzy­my­wał się i roz­ma­wiał z nie­któ­ry­mi, cze­ka­jąc, aż za­mie­sza­nie wresz­cie ucich­nie. Gdy au­to­bu­sy i pra­wie wszyst­kie sa­mo­cho­dy od­je­cha­ły, na­uczy­cie­le we­szli z po­wro­tem do bu­dyn­ku. Mi­les rzu­cił ostat­nie spoj­rze­nie w stro­nę Jo­na­ha i po­dą­żył za nimi.

Gdy tyl­ko wszedł do szko­ły, ude­rzył go po­dmuch go­rą­ce­go po­wie­trza. Szko­ła mia­ła pra­wie czter­dzie­ści lat i choć kli­ma­ty­za­cję wy­mie­nia­no kil­ka razy, nie speł­nia­ła swe­go za­da­nia pod­czas pierw­szych ty­go­dni szko­ły, gdy pa­no­wa­ła jesz­cze praw­dzi­wie let­nia po­go­da. Mi­les nie­mal na­tych­miast po­czuł, że się poci. Uniósł przód ko­szu­li i wa­chlo­wał się, idąc ko­ry­ta­rzem. Kla­sa Jo­na­ha mie­ści­ła się w dru­gim koń­cu. Gdy wszedł do niej, oka­za­ło się, że ni­ko­go tam nie ma.

Przez chwi­lę my­ślał, że się po­my­lił, ale na­zwi­ska dzie­ci na li­ście obec­no­ści po­twier­dza­ły, że zna­lazł się we wła­ści­wej kla­sie. Spoj­rzał na ze­ga­rek i zo­rien­to­waw­szy się, że przy­szedł odro­bi­nę za wcze­śnie, za­czął spa­ce­ro­wać w tę i z po­wro­tem. Zwró­cił uwa­gę na za­pi­sa­ne kre­dą na ta­bli­cy za­da­nie, uczniow­skie sto­li­ki, usta­wio­ne w rów­nych rzę­dach, pro­sto­kąt­ny stół, za­rzu­co­ny kar­to­nem i tub­ka­mi z kle­jem. Na prze­ciw­le­głej ścia­nie były przy­pię­te krót­kie wy­pra­co­wa­nia i Mi­les przy­glą­dał im się, szu­ka­jąc pra­cy Jo­na­ha, gdy usły­szał za sobą ko­bie­cy głos.

– Prze­pra­szam za spóź­nie­nie. Mu­sia­łam od­nieść parę dro­bia­zgów do po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go.

Wła­śnie wte­dy Mi­les zo­ba­czył po raz pierw­szy Sarę An­drews.

W tam­tej chwi­li nie po­czuł żad­ne­go dresz­czu, nie zje­ży­ły mu się wło­ski na kar­ku, prze­czu­cia nie roz­bły­sły jak fa­jer­wer­ki. Żad­ne­go ostrze­że­nia. Nic. Spo­glą­da­jąc wstecz – i my­śląc o tym, co mia­ło się po­tem wy­da­rzyć – wciąż prze­ży­wał na nowo zdu­mie­nie. Za­wsze jed­nak bę­dzie pa­mię­tał swo­je za­sko­cze­nie fak­tem, że Char­lie miał ra­cję. Sara była atrak­cyj­na. Nie olśnie­wa­ła wy­mu­ska­nym wy­glą­dem, ale z pew­no­ścią była ko­bie­tą, za któ­rą oglą­da­ją się męż­czyź­ni. Mia­ła ja­sne wło­sy, ob­cię­te rów­no tuż nad ra­mio­na­mi, ele­ganc­ko i jed­no­cze­śnie wy­god­nie. Była ubra­na w dłu­gą spód­ni­cę i żół­tą bluz­kę. Mimo że mia­ła twarz za­ru­mie­nio­ną od upa­łu, jej nie­bie­skie oczy zda­wa­ły się ema­no­wać świe­żo­ścią, jak gdy­by spę­dzi­ła dzień, od­po­czy­wa­jąc na pla­ży.

– Nie szko­dzi – od­rzekł wresz­cie Mi­les. – To ja przy­sze­dłem tro­chę za wcze­śnie. – Po­dał jej rękę. – Je­stem Mi­les Ryan.

Wzrok Sary za­trzy­mał się prze­lot­nie na jego ka­bu­rze. Mi­les wi­dy­wał to peł­ne oba­wy spoj­rze­nie nie­jed­no­krot­nie, za­nim jed­nak zdo­łał co­kol­wiek po­wie­dzieć, Sara po­pa­trzy­ła mu w oczy i uśmiech­nę­ła się. Uści­snę­ła mu dłoń, jak gdy­by nie mia­ło to dla niej zna­cze­nia.

– Je­stem Sara An­drews. Cie­szę się, że mógł pan dzi­siaj przyjść. Przy­po­mnia­łam so­bie już po prze­sła­niu li­stu, że nie da­łam panu szan­sy, by zmie­nić ter­min spo­tka­nia, gdy­by ten panu nie pa­so­wał.

– Nie mia­łem naj­mniej­sze­go pro­ble­mu. Mój szef jest wy­jąt­ko­wo wy­ro­zu­mia­ły.

Ski­nę­ła gło­wą, nie spusz­cza­jąc wzro­ku.

– Char­lie Cur­tis, praw­da? Po­zna­łam jego żonę, Bren­dę. Po­ma­ga mi po­ła­pać się w tu­tej­szych sto­sun­kach.