Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na wyłączność - Kelly Hunter

Dobra praca? Proszę bardzo! Większe mieszkanie? Co za problem? Evie nie może narzekać na los. Bez trudu zdobywa wszystko, o czym zamarzy. Brakuje jej tylko odważnego faceta, który nie przestraszyłby się seksualnych fantazji. Przed laty był ktoś, komu bez reszty się podporządkowała. Idealny układ dla pary spragnionej silnych wrażeń. Logan miał Evie Na wyłączność, ale chciał wciąż więcej i więcej. Zerwali, gdy dotarli do granicy, której nie mieli odwagi przekroczyć. Teraz ich drogi znów się krzyżują…

Opinie o ebooku Na wyłączność - Kelly Hunter

Fragment ebooka Na wyłączność - Kelly Hunter

Kelly Hunter

Na wyłączność

Tłumaczenie: Natalia

PROLOG

Istniały jakieś granice, jednak Logan nie mógł sobie przypomnieć, jakie.

Kompletnie wyczerpany leżał na łóżku, chwytając łapczywie powietrze, a mózg odmawiał współpracy. Leżąca obok niego kobieta była w podobnym stanie. Jedynie płytki oddech i lekko falujące piesi zdradzały, że żyje.

Logan przyjrzał się jej uważnie. Gdy ją rozbierał, podziwiał nieskazitelną skórę, teraz jednak poznaczoną śladami jego palców i podrażniona od zarostu. Zaczerwienienia pojawiły się też na nadgarstkach i szyi tuż pod szczęką.

Pamiętał wszystko jak przez mgłę, choć zdarzenia układały się w logiczną sekwencję. Poznali się w barze niedaleko hotelu Logana. Siedziała z innymi studentkami, stało się jednak tak, że przyprowadził ją do swojego pokoju. Chciała tylko dać swój numer telefonu, ale to mu nie wystarczyło.

Złotymi oczami przejrzała go na wylot. Wyszeptała, żeby wziął, czego pragnie. Zrobił tak – i natychmiast popadł w nałóg.

Seks był nie tylko szalony i zapalczywy, ale również ostry, nawet brutalny. Był, a teraz nastała inna chwila. Niedawną falę nieziemskiej rozkoszy przesłoniła ciemna chmura wstydu i poczucia winy.

– Hej… – Przeciągnął kciukiem po jej opuchniętych od pocałunków ustach. – Wszystko w porządku?

Kiedy otworzyła oczy, w ich blasku od razu się uspokoił. Nic złego się nie stało. Odetchnął z ulgą i odsunął włosy z twarzy dziewczyny, pieszczotliwym gestem pogładził skroń i wsunął czarny jak noc kosmyk za ucho. Nie mógł przestać jej dotykać. Była piękna.

– Podać ci coś? Może wody? Albo zamówimy śniadanie do pokoju? – wypytywał. – Jeśli masz ochotę na kąpiel, łazienka należy do ciebie. – Tak bardzo pragnął spełnić każde jej życzenie.

Spojrzała mu prosto w oczy, a kąciki jej ust uniosły się w psotnym uśmiechu.

– Cokolwiek to było – szepnęła z rozmarzeniem – chcę więcej.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Mogłabyś za mnie wyjść – oznajmił Max Carmichael, przyglądając się projektom centrum handlowego rozłożonym na biurku wspólniczki.

Były to rysunki jego autorstwa. Naprawdę miał prawo być z nich dumny. Pozostała część, w tym finansowe obliczenia, należała do Evie. W tym projekcie koszty okazały się jednak dość wysokie. Nigdy nad czymś takim jeszcze nie pracowali.

Evie uniosła głowę kalkulatora i zdumiona spojrzała na wspólnika. Max był architektem i wizjonerem, natomiast ona pragmatycznym inżynierem, dlatego co i rusz musiała hamować jego szalone zapędy. To był bardzo dobry układ, zazwyczaj bowiem ich zespołowe działania owocowały znakomitymi efektami. Przedsiębiorstwo budowlane, które założyli sześć lat wcześniej i nazwali MEP od pierwszych liter swoich imion: Max i Evangeline Partnership, doskonale radziło sobie na rynku.

– Do mnie mówisz?

– Tak, do ciebie – odparł z nutką zniecierpliwienia w głosie. – Chcę uzyskać dostęp do mojego funduszu powierniczego. Żeby to się stało, muszę ukończyć trzydzieści lat albo się ożenić. A do trzydziestki brakuje mi jeszcze dwóch lat.

– Mam tylko dwa pytania, Max. Dlaczego ja i dlaczego teraz?

– Na pierwsze łatwo odpowiedzieć. Nie kocham cię ani ty mnie… – Przerwał pod wpływem jeszcze bardziej zdumionego spojrzenia Evie. – A skoro nie darzymy się miłością, bez żadnych problemów rozwiedziemy się za dwa lata. Co więcej, taki układ jest bardzo korzystny dla MEP. Trzeba będzie głęboko sięgnąć do kieszeni, żeby ten projekt wypalił. – Puknął wymownie palcem w plany rozłożone na jej biurku.

Evie powtarzała mu to samo przez ostatni tydzień. Budowa tak wielkiego i rozgałęzionego obiektu byłaby jednak perłą w ich koronie, dlatego Max dostał obsesji na tym punkcie. Ale nie ma co się dziwić, skoro było to bardzo prestiżowe i nowatorskie przedsięwzięcie. Niestety działka, na której miało powstać olbrzymie centrum handlowo-usługowe, leżała na nabrzeżu, co oznaczało duże wydatki na wiercenia, nietypowe wsporniki i wyjątkowo solidne fundamenty. Te koszty musiałaby ponieść ich firma na początkowym etapie budowy, jeszcze przed pierwszą ratą zapłaty.

– To za duże zlecenie – odparła Evie, kręcąc głową.

– Niepotrzebnie ograniczasz nasze horyzonty.

– Mierzę zamiary na siły, a nie na odwrót – oznajmiła z uporem. – Interesuje mnie, co możemy zrobić, a nie to, co chcielibyśmy zrobić, gdyby…

Zapadło milczenie. Max myślał swoje, Evie swoje. Zawsze w końcu się dogadywali, znajdowali rozsądne wyjście, jednak skala tego przedsięwzięcia przerastała wszystkie dotychczasowe.

Choć mieli całkiem przyzwoity kapitał zakładowy i wypracowane niebagatelne środki obrotowe, firma zatrudniała na etatach tylko sześć osób. Pozostałe prace zlecali sprawdzonym i godnym zaufania podwykonawcom. Jednak jeśli zdobędą kontrakt na budowę centrum, będą musieli znacznie rozbudować spółkę, co bardzo ekscytowało Maksa. W ten sposób rozpoczęliby nowy etap w historii firmy MEP, bardzo by wzrosło ich znaczenie na rynku inwestycji budowlanych.

Evie wiedziała to wszystko, pamiętała jednak o czymś jeszcze. Jeśli zadanie przekroczy ich możliwości, stracą płynność finansową, co nieuchronnie prowadzi do bankructwa.

– Jesteś jak kotwica, która nie pozwala wypłynąć na szerokie morze – wypomniał jej Max.

– Ciągle ci powtarzam, że potrzebujemy przynajmniej dziesięciu milionów dolarów rezerwy, żeby w ogóle zacząć poważnie myśleć o tym projekcie -brutalnie sprowadziła go na ziemię. – Znajdź te pieniądze, a kotwica pójdzie w górę.

– Wyjdź za mnie, to będziemy je mieli. – Evie nie odpowiedziała, tylko rozchyliła usta ze zdumienia. – Zamknij buzię – mruknął Max.

Ledwie zamknęła usta, znów je otworzyła i wykrztusiła z trudem:

– Masz dziesięciomilionowy fundusz powierniczy?

– Pomnóż to przez pięć – sprostował niechętnie.

– I nigdy nie przyszło ci do głowy wspomnieć o tym swojej wspólniczce?

– Cóż, zawsze wydawało mi się, że trzydziestka to bardzo odległa przyszłość.

Max nie wyglądał na posiadacza takiej fortuny. Nie roztaczał wokół siebie milionerskiej aury, nic z tych rzeczy. Był wysokim, smukłym, młodym mężczyzną o oliwkowej cerze, brązowych włosach i oczach, ubierał się swobodnie i ciężko pracował. Właśnie na pracy zbudował swoją pozycję. Był utalentowanym architektem, wizjonerem, który mozolnie piął się w górę i zdobywał coraz większe poważanie w branży.

– Pięćdziesiąt milionów… Po co ty w ogóle pracujesz? – spytała zdumiona.

– Bo lubię. I chcę zrealizować ten projekt, Evie – dodał z zapałem. – Nie zamierzam czekać dziesięć lat, aż rozwiniemy się na tyle, żeby podołać takiemu zleceniu. To nasza szansa.

– Możliwe – przyznała z wahaniem. – Ale zaczynaliśmy jako partnerzy, udziały pół na pół. Co się stanie, jeśli wrzucisz do skarbonki dziesięć milionów dolarów, a ja nie?

– Potraktujemy to jako pożyczkę. – Max wzruszył ramionami. – Zabezpieczenia potrzebujemy na początku inwestycji, a pieniądze odbiorę po zakończeniu projektu. No i będziemy potrzebować intercyzy.

– Aleś ty romantyczny – westchnęła z przekąsem.

– Czyli się zastanowisz?

– Nad pożyczką czy małżeństwem?

– Nad jednym i drugim, najlepiej w pakiecie. Co robisz w piątek?

– W piątek nie zamierzam wychodzić za mąż, to pewne! – prychnęła Evie.

– Pewnie, że nie. Musimy poczekać na wydanie odpowiednich świstków. Pomyślałem, że moglibyśmy pojechać do Melbourne i przedstawić cię mojej matce. Zostaniemy na weekend, damy przedstawienie o zakochanych, wrócimy w niedzielę i pobierzemy się w przyszłym tygodniu. Moim zdaniem to świetne wyjście z sytuacji. Dużo o tym myślałem, wiem, o czym mówię – dodał poważnym tonem.

– Cóż, ja nie miałam jeszcze okazji się nad tym zastanowić – burknęła.

– Masz na to cały dzień. Albo nawet dwa – oznajmił radośnie Max, ale widząc spojrzenie Evie, natychmiast spoważniał. – Niech będą trzy.

Omówienie szczegółów papierowego małżeństwa zajęło im cały tydzień, ale w końcu Evie się zgodziła. Oczywiście intercyza zawierała kilka zastrzeżeń. Ślub miał się odbyć tylko pod warunkiem, że MEP będzie miała realne szanse na zdobycie kontraktu. Małżeństwo zakończy się po osiągnięciu trzydziestki przez Maksa. A Evie i Max będą mieszkali we wspólnym domu, ale we własnych sypialniach.

Początkowo kontrakt zakładał również rezygnację z pozamałżeńskiego seksu, jednak Max żywo oprotestował ten warunek. W zamian zaproponował bezwzględną dyskrecję w przypadku innych związków. Oznajmił, że dwa lata bez seksu to zbyt długo. Ponieważ Evie nie zależało na tym, żeby stał się burkliwym nerwusem, w końcu dała się przekonać, choć rola zdradzanej żony wcale jej się nie podobała. Dlatego zażądała rekompensaty. W przypadku wyjścia na jaw hipotetycznej zdrady strona poszkodowana miała otrzymać dwieście tysięcy dolarów odszkodowania.

– Gdybym miała choć trochę sprytu, zapłaciłabym kilku kobietom, żeby cię uwiodły. Pięć zdrad daje równy milion – powiedziała Evie, kiedy po dokonaniu ostatnich ustaleń wybrali się na lunch.

– Gdybyś była podstępną wiedźmą, nigdy bym ci nie zaproponował tego układu – odparł rozsądnie Max. – Na co masz ochotę? Owoce morza?

– Może być. A tak przy okazji, nie wyglądasz na kogoś, na kogo czeka pięćdziesiąt milionów dolarów.

– A teraz? – Zadarł głowę, zmrużył oczy i obrzucił najbliższy drapacz chmur takim spojrzeniem, jakby rozważał jego zakup.

– Nawet bym uwierzyła, gdybyś nie miał tak znoszonych butów – burknęła Evie, patrząc na jego traperki.

– Są wygodne.

– I gdyby twój zegarek nie pochodził ze sklepu z tandetą.

– Przecież i tak pokazuje czas. Wiesz co? Świetnie dogadasz się z moją matką – stwierdził z ciężkim westchnieniem, po czym dodał mentorskim tonem: – Choć to bardzo pożądana cecha u żony.

– Skoro tak uważasz.

– Skoro tak uważasz, kochanie – poprawił.

– Chyba śnisz.

Max wyszczerzył się w uśmiechu, przystanął i przyciągnął Evie do siebie. Wyciągnął rękę i zrobił „zakochanej parze” zdjęcie telefonem.

– Opowiedz mi jeszcze raz o swojej rodzinie – poprosiła.

– Matka. Starszy brat. Kilkoro dalszych krewnych. Wszystkich ich niedługo poznasz. Pamiętasz, prawda? – Podczas najbliższego weekendu mieli spotkać się z jego matką. – Wysłać im nasze zdjęcie? – Pokazał fotografię na wyświetlaczu.

– Oczywiście.

Max szybko coś dopisał, po czy oznajmił:

– Już poszło… Aż mi się zakręciło w głowie.

– To pewnie z głodu.

– Ty nie masz zawrotów głowy?

– Jeszcze nie. Do tego potrzeba szampana.

Kiedy dotarli do restauracji, Max zamówił butelkę szampana, żeby wznieść toast za zdobycie kontraktu i za ich związek.

– Nie przeszkadza ci ślub z wyrachowania? – zapytał, kiedy pierwsza butelka znikła i pojawiła się kolejna.

– Z taką tradycją rodzinną? U nas to normalka.

Ojciec Evie niedawno ożenił się po raz piąty, a matka żyła z trzecim mężem. Evie nie umiałaby powiedzieć, które z tych małżeństw zawierane były z miłości, a które dla interesu.

– Nigdy nie byłaś zakochana?

– A ty?

– Jeszcze nie. – W zadumie pokiwał głową, po czym podpisał rachunek.

Max spotykał się z wieloma kobietami. Z reguły były obdarzone nieprzeciętną urodą. Jednak żadna nie potrafiła zatrzymać go dłużej niż parę miesięcy, co nasunęło Evie pewną teorię.

– Cóż, a ja kiedyś byłam zakochana. – Evie wstała. – To był najlepszy tydzień mojego życia… – Zachwiała się lekko i ze zdumieniem stwierdziła, że jest wstawiona.

– Jaki on był?

– Wysoki, ciemny i cudowny. Żaden nie może się z nim równać.

– Drań.

– To też – westchnęła z żalem. – Byłam bardzo młoda, a on bardzo doświadczony. To był najgorszy tydzień w moim życiu.

– Mówiłaś, że najlepszy – zauważył przytomnie.

– Taki też – dodała smętnie, ale zaraz uśmiechnęła się łobuzersko. – Umówmy się, że to był pamiętny tydzień. A wspominałam już, że ten drań wykopał z mojego życia innych facetów?

– Powiedziałaś już coś takiego. – Dziwił się, dlaczego wciąż jest sama, dlaczego nie zaszaleje od czasu do czasu lub nie pomyśli o czymś poważniejszym. Wtedy odparła enigmatycznie, że było, minęło, nie wróci… i lepiej niech nie wraca. Mógł na tym zbudować mnóstwo opowieści, bo nie podała żadnych konkretów, ale przesłanie było oczywiste.

– No to już wiesz.

– Wiem, a jakbym nie wiedział, nie wiem, a jakbym wiedział – mruknął sentencjonalnie, ujmując ją pod łokieć. Poprowadził Evie między stolikami, a potem dalej, stopień po stopniu, po schodach. – Hej, hej! Jesteś pijana – skomentował jej niezborne ruchy.

– Pijana lala! – Zachichotała. – Lala pijana, la, la, la! – zanuciła na bliżej nieokreśloną melodię.

– Wezwę taksówkę i odprowadzę cię do domu, położę do łóżka i dam aspirynę. Potem pojadę do siebie. Czyż nie jestem idealnym narzeczonym?

– Dasz mi też witaminę B?

W tej samej chwili ożył telefon Maksa.

– Logan pyta, czy jesteś w ciąży – odczytał z uśmiechem.

– Kim jest Logan? – zapytała.

To imię przypomniało jej drania z przeszłości. Ten, który złamał jej serce, też się tak nazywał. Logan Black.

– To mój brat. Ma specyficzne poczucie humoru.

– Już go nie lubię. – Mało powiedziane. Jak ona nie cierpiała tego imienia!

– Dam mu znać, że na razie nie spodziewamy się dziecka – powiedział radośnie Max i napisał wiadomość, a po chwili jego telefon znów zapiszczał. – Logan nam gratuluje.

To nie może być ona. Logan jeszcze raz przyjrzał się zdjęciu przysłanemu przez Maksa. Brat wyglądał na szczęśliwego. Roześmiane usta i oczy jasno świadczyły o miłych chwilach. Jednak uwagę Logana przyciągnęła przyszła panna młoda. Lśniąca fala kruczoczarnych włosów i brązowozłote oczy w kształcie migdałów… Przypominała kobietę, o której od dawna starał się zapomnieć.

To nie mogła być ona. Narzeczona Maksa miała bardziej trójkątną twarz, oczy o innym odcieniu, usta mocniej zarysowane. Nie było w nich delikatności, raczej pewna kapryśność. Jednak bez wątpienia była to piękna kobieta. Taka, która bez trudu mogła zawrócić mężczyźnie w głowie.

Logan nie miał pojęcia, że Max jest w poważnym związku. Jednak biorąc pod uwagę obwarowania funduszu powierniczego i determinację brata, żeby się do niego dobrać, wcale się nie dziwił, że następnym jego posunięciem będzie małżeństwo.

Max nazwał ją Evie. Ładne imię, pomyślał.

Kobieta, której nie mógł zapomnieć, nazywała się Angie.

Evie. Angie. Evangeline? Czy to możliwe?

Znów spojrzał na zdjęcie, żałując, że jest kiepsko oświetlone, a twarz narzeczonej brata częściowo kryje się w cieniu. Dziewczyna, którą znał jako Angie, spędziła z nim tydzień… w łóżku, pod prysznicem, na dywanie, na stole. Była młoda, żądna nowych doświadczeń, szokująco nieskrępowana. Z zapałem odgrywała z nim różne role. Były też więzy. Większość wymyślnych igraszek inicjował sam. Szalone dni i pełne namiętności noce, które pozbawiły go rozsądku i samokontroli. W końcu zebrał się w sobie i odszedł. A raczej uciekł na oślep.

Miał dwadzieścia pięć lat, teraz trzydzieści sześć, ale i tak wątpił, czy byłby w stanie poradzić sobie z Angie lepiej niż wtedy.

Znów zerknął na zdjęcie. Czy to może być Angie? Od lat jej nie widział. Nie szukał kontaktu. Nie wiedział nawet, gdzie jest i co robi.

Nie, zdecydował. To nie ona. Bo to nie może być ona.

Wysłał do Maksa SMS-a:

Jest w ciąży?

Brat odpowiedział natychmiast:

Zgłupiałeś?!

Więc szybko posłał mu gratulacje… i równie szybko wykasował niepokojące zdjęcie, żeby przestać się na nie bez przerwy gapić i zastanawiać, jak teraz może wyglądać jego Angie.

Evangeline Jones była mocno podenerwowana, gdy szła z Maksem ogrodową ścieżką w stronę frontowych drzwi domu jego matki. Cóż, zgodzić się na małżeństwo z rozsądku to jedno, natomiast udawanie zakochanej przed całą rodziną narzeczonego to całkiem inna sprawa.

– Czyj to w ogóle był pomysł? – mruknęła, przyglądając się pięknej wiktoriańskiej willi. – I dlaczego uznałam go za dobry?

– Spokojnie. Nawet jeśli moja matka nie uwierzy, że chcemy się pobrać z miłości, nic nie powie.

– Tobie może nie powie, ale… – Prychnęła, gdy drzwi się otworzyły i stanęła w nich elegancka kobieta.

Matka Maksa idealnie odpowiadała wyobrażeniu o wdowie z bogatego przedmieścia. Była starannie uczesana, siwoblond włosy zostały upięte w stylowy kok, a perfekcyjny makijaż ujmował jej dziesięć lat. Nosiła szykowną biżuterię, otaczał ją subtelny zapach wytwornych perfum. Podała Evie dłoń na powitanie i dystyngowanie ucałowała powietrze obok jej policzków. Potem cofnęła się, a Evie pod jej uważnym spojrzeniem poczuła się jak rzadki okaz na wystawie owadów.

– Witaj w rodzinie, Evangeline – powiedziała Caroline, a w jej modulowanym głosie nie dało się wyczuć ani krzty krytyki. – Max często o tobie wspominał, ale do tej pory nie miałyśmy okazji się poznać.

– Najpewniej przez tę odległość – odparła Evie, wciąż czując się bardzo dziwnie. Niby wszystko działo się naprawdę, lecz przecież był to teatr. Co gorsza, nie wszyscy o tym wiedzieli. – Proszę nazywać mnie Evie. Max również o pani często mówi.

– Mam nadzieję, że same dobre rzeczy.

– Oczywiście – przytaknęli unisono Evie i Max.

Rzeczywistość wyglądała jednak zupełnie inaczej. W ciągu całej ich znajomości Max ledwie kilka razy napomknął o matce, i raczej bez szczególnego entuzjazmu. Wspomniał, że Caroline nie ma zbyt mocno rozwiniętego instynktu macierzyńskiego, uwielbia bardzo wysoko ustawiać poprzeczkę zarówno sobie, jak i całemu otoczeniu, w tym mężowi i synom… Takie tam wzmianki, lecz wszystkie w tym stylu.

– Nie masz pierścionka zaręczynowego? – zapytała Caroline, patrząc z uniesionymi brwiami na dłoń Evie.

– Nie, nie mam – bąknęła Evie i zaraz dodała, uciekając się do kłamstwa: – Jeszcze nie mam. Był tak duży wybór, że nie mogłam się zdecydować.

– Rozumiem. – Caroline skinęła głową i przeniosła spojrzenie na syna. – Rozumiem ten problem, ale oczywiście mogę umówić spotkanie z moim jubilerem na dzisiejsze popołudnie. Jestem pewna, że dysponuje czymś odpowiednim. Dzięki temu Evie pokaże się z pierścionkiem na palcu na wieczornym przyjęciu, które wydaję na waszą cześć.

– Nie trzeba było sobie robić kłopotu – powiedział Max, stawiając walizki w przestronnym holu u stóp szerokich schodów.

– Przedstawienie przyszłej synowej rodzinie i przyjaciołom to nie jest kłopot – napomniała go a. – Tego się spodziewano, jak również pierścionka zaręczynowego. Ach, byłabym zapomniała. Twój brat przyjechał.

– Nawet jego wezwałaś?

– Przyjechał z własnej woli – oznajmiła matka suchym tonem. – Sam wiesz, że nawet ja nie potrafię go do niczego zmusić.

– To mój bohater – szepnął Max, idąc za matką na piętro. – Co za niezłomna odwaga! Co za żelazny charakter!

– Tak, godne podziwu – odparła równie cicho Evie. – Aha, będę potrzebowała sukni koktajlowej.

– Kupisz, kiedy pojadę po pierścionek. Z jakim ma być kamieniem?

– Z białym brylantem.

– Doskonały wybór – pochwaliła Caroline.

Max posłał smutny uśmiech narzeczonej, po czym powiedział normalnym już tonem:

– Masz słuch nietoperza.

– A ty głos syreny przeciwmgielnej – odgryzła się matka i ku zdumieniu Evie roześmiała się melodyjnie.

Dom był przepiękny. Wysokie, wiktoriańskie pomieszczenia zostały odnowione i udoskonalone nowoczesnymi elementami. Woskowane drewniane podłogi lśniły, a w powietrzu unosił się zapach róż.

– Ty wykonałeś renowację? – zapytała Evie.

– To był mój pierwszy projekt po studiach – odparł Max.

– Nieźle ci poszło – pochwaliła szczerze.

Caroline zaprowadziła ich do salonu, który otwierał się na patio. Czekał już na nich stół z czterema nakryciami. W kilku wazonach pyszniły się kompozycje z na pozór przypadkowo dobranych róż.

– Miałem bardzo wymagającą klientkę, która doskonale wiedziała, czego chce. Moje ego porządnie wtedy ucierpiało, ale dzięki temu potrafię docenić zdecydowanych klientów.

– Max mówił, że jesteś inżynierem i zajmujesz się budownictwem miejskim – odezwała się Caroline. – Lubisz swoją pracę?

– Uwielbiam.

– Z takim samym entuzjazmem jak mój syn traktujesz to nowe zlecenie?

– Chodzi o centrum handlowe, prawda? Cóż, to dla nas kamień milowy, idealna okazja we właściwym momencie.

– Tak słyszałam. – Zadumana Caroline przez moment patrzyła na syna. – Miejmy nadzieję, że spełni wasze oczekiwania. A teraz przeproszę was na moment i dam znać Amelii, że może podawać lunch. – Wyszła, zanim zdążyli powiedzieć choć słowo.

– Twoja matka nie dała się nabrać na nasze ekspresowe zaręczyny – z westchnieniem oznajmiła Evie.

– Nie masz racji, a w każdym razie twoje stwierdzenie jest zbyt kategoryczne. Moim zdaniem jeszcze nie wyrobiła sobie opinii.

– Pewnie tak… Nie jesteś do niej podobny.

– Z wyglądu bardziej przypominam ojca.

– Wysokiego ciemnowłosego bogacza? – zażartowała Evie.

– Nie jest bogaty – skomentował ktoś dudniącym barytonem. – Na razie.

Evie przebiegł dreszcz po plecach. Znała ten głęboki i chropawy głos. Max miał podobny, ale jednak inny. A ten głos należał do… Nie, to nie może być on! – krzyczała w duchu.

– Logan. – Uśmiechnięty Max odwrócił się, by powitać brata.

Evie starała się rozluźnić. Wiedziała przecież, że Max ma brata o tym imieniu. Nie powinna się martwić. Niejeden Logan chodzi po tym świecie.

Jednak kiedy i ona się odwróciła, świat na chwilę się zatrzymał. Znała tego człowieka. A on rozpoznał ją.

– Evie, to jest mój brat. Logan, poznaj Evie – dokonał prezentacji Max.

Zgodnie z zasadami dobrego wychowania otumaniona Evie podeszła bliżej. Poczekała, aż bracia się uścisną , po czym wyciągnęła dłoń na powitanie.

Logan wyglądał na starszego i bardziej nieprzystępnego, niż przed laty. Bruzdy na twarzy również się pogłębiły, a ponure spojrzenie czarnych oczu było twarde niczym gagat. Jednak to nadal był on.

Logan zignorował jej wyciągniętą dłoń i wepchnął ręce do kieszeni, co wywołało falę wspomnień. Ten sam gest, choć inny czas i miejsce.

– Ładne imię, bardzo ładne – oznajmił, kiedy Evie cofnęła dłoń.

Znał ją jako Angie. Kiedyś tak się nazywała. Jednak bardzo starała się zapomnieć o tamtej nienasyconej, łaknącej i mięknącej pod dotykiem Logana dziewczynie, która nie miała nic przeciwko temu, by przyjąć rolę tej uległej, podporządkowanej.

– To skrót od Evangeline – powiedziała cicho, spoglądając mu w oczy.

Zaraz tego jednak tego pożałowała, bo pod maską spokoju dojrzała zimną furię. Zmyliło go jej imię. Nie był w tym osamotniony, bo Angie była pewna, że pozna Logana Carmichaela, brata Maksa Carmichaela. Stało się jednak inaczej, bo oto spotkała Logana Blacka.

Jego spojrzenie ześliznęło się po jej dopasowanej sukience, aż do pomalowanych różowym lakierem paznokci stóp.

– Witaj w rodzinie… Evangeline.

Max nie był głupi, więc natychmiast wyczuł napięcie panujące między bratem a narzeczoną. To, jakim tonem Logan wypowiedział jej imię… Obronnym gestem objął Evie w talii i przyciągnął ku sobie, a ona z ulgą przylgnęła do jego boku.

– Dziękuję – wymamrotała, wpatrując się w guziki białej koszuli Logana.

Nie pierwszy raz znalazła bezpieczne schronienie w ramionach Maksa i nie było to nieprzyjemne uczucie. Tyle że było… co nagle, jakby wbrew jej woli, dotarło do Evie… po prostu niewłaściwe.

– Logan, jak długo zostaniesz? – zapytał Max.

– Niedługo. – Przeciągnął dłonią po krótko obciętych włosach i ramionach, których muskuły zarysowały się pod koszulą.

Evie drgnęła, tak bardzo… to też działo się wbrew jej woli… świadoma każdego jego gestu.

– Z daleka tu przyjechałeś? – zapytała Evie.

Nie było to zwykłe, nic nieznaczące pytanie. Modliła się w duchu, by oddzielała ich jak największa odległość.

– Z Perth. Mam tam firmę, której centrala mieści się w Londynie. Byłaś tam kiedyś, Evangeline?

– Owszem. – Spotkała go właśnie w Londynie. W tym mieście również zgubiła siebie. – Było to jednak bardzo dawno temu.

– Podobało ci się tam? – spytał prowokacyjnym, jedwabistym tonem.

– I tak, i nie. Zawiodłam się na kimś, kogo tam poznałam. – Gdy jego oczy zwęziły się ostrzegawczo, posłała mu drwiący uśmieszek. Ot, taka obrona. – A ty, Logan, kiedy nie chadzasz po ulicach Londynu… – na króciutką chwilkę zawiesiła głos – …czym się zajmujesz? Opowiedz coś o sobie.

Nie zabrzmiało to zbyt grzecznie, mając na względzie konwencję towarzysko, jednak Evie nie dbała o to. Po prostu musiała wiedzieć. Przed laty nie spytała go, kim jest, co robi, gdzie pracuje, bo ich związek opierał się wyłącznie na pożądaniu oraz mieszance dominacji i uległości.

– Kupuję rzeczy, niszczę i sprzedaję z zyskiem w nowym opakowaniu.

– Ale frajda – skomentowała ironicznie. – Ja nie niszczę, ja buduję.

Skonsternowany tą słowną potyczką Max wodził po nich wzrokiem. Do Evie też wreszcie dotarło, że sytuacja jest co najmniej dziwna, postanowiła więc ją przerwać.

– Max – spojrzała na narzeczonego – powinnam zabrać bagaże i się rozpakować. Twoja matka się nie obrazi, gdy na jakiś czas was opuszczę? Chciałabym się też odświeżyć.

– Twoje rzeczy są już w waszym pokoju – oznajmiła Caroline, stając w progu. – Zaprowadzę cię.

Jeszcze pięć minut wcześniej Evie za nic na świecie nie chciałaby zostać sam na sam z matką Maksa, lecz teraz jej towarzystwo stanowiło doskonały pretekst ucieczki.

Logan nie mógł sobie odmówić spojrzenia na wychodzącą Evie. Pamiętał jej chód i te cudowne nogi. Pamiętał też szeptane błagania, kiedy leżała w jego łóżku naga i spragniona. Pamiętał, jakie to uczucie, kiedy mózg nie pracuje i nie można złapać tchu. Nieważne, ile razy ją miał, wciąż nie mógł się nią nasycić. Czegokolwiek by zapragnęła, dawał jej to z chęcią, nie zważając na konsekwencje. Do czasu, gdy stolik załamał się pod nimi, a Angie skaleczyła się o pękniętą nogę. Przysięgała, że nic jej nie jest, ale nawet po tych wszystkich latach Logan pamiętał ciepłą, lepką krew spływającą po jej twarzy i spomiędzy jego palców, gdy próbował tamować krwawienie. To wspomnienie na stałe wyryło się w jego duszy.

– To był wypadek. Upadłam – oznajmiła na pogotowiu lekarzowi, który ją zszywał.

Jednak kiedy pielęgniarka rozpięła jej bluzkę, żeby obmyć Evie, i dostrzegła liczne siniaki, popatrzyła na nią ze współczuciem, a jemu lodowatym tonem nakazała wyjść.

W drodze do samochodu Logan czuł się jak potępieniec. Wciąż miał przed oczami swoje zakrwawione dłonie. Był pewien, że ten wypadek wydarzył się z jego winy. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Jaki ojciec, taki syn. Zero samokontroli.

Angie aż do teraz nie wiedziała, że jestem bratem Maksa, uświadomił sobie w nagłym przebłysku. Logan był pewien, że nikt nie potrafiłby odegrać takiego zaskoczenia zaprawionego czystym przerażeniem. I późniejszej wrogości.

– Może mi powiesz, o co wam poszło? – napastliwie zapytał go Max, rezygnując tym razem ze zwykłej łagodności.

– Naprawdę zamierzasz się z nią ożenić? – burknął Logan, choć wolałby raczej dowiedzieć się, czy brat kocha Angie.

Spałeś z nią? Dla ciebie krzyczała tak samo jak dla mnie? – gorączkowo dopytywał się w duchu.

– Owszem – przytaknął Max.

Logan podszedł do barku i sięgnął po whisky, która zawsze tam stała. Nalał sobie hojnie do szklanki i wychylił jednym haustem.

– Domyślam się, że to nie był toast na cześć narzeczonych – rzucił Max. – O co ci chodzi?

– Zabezpieczyłeś swoje pieniądze? Podpisała intercyzę?

– Owszem. Zmieniliśmy też naszą umowę w spółce, żeby włączyć do niej pożyczkę. Evie nie poleciała na kasę, jeśli to miałeś na myśli.

– Pracujesz z nią?

– Od sześciu lat. Stanowi drugą połówkę MEP. Przecież wiesz o tym. No, wiedziałbyś, gdybyś mnie słuchał.

– Słuchałem. Miałem świadomość, że masz wspólnika. Czy raczej wspólniczkę, bo wiedziałem że to kobieta. Ale… – Logan urwał, bo po prostu nie przyszło mu do głowy, że jest nią Angie. Jakim cudem miałby się tego domyślić? – Więc bierzesz ślub… tylko po to, żeby się dobrać do funduszu?

Gdyby brat zaprzeczył, Logan wydusiłby gratulacje i wyjechał jak najdalej. Jedyne, co musiał zrobić Max, to powiedzieć: nie.

Jednak on się zawahał.

Logan zaklął w duchu i znów nalał sobie szkockiej.

Wszystko w nim krzyczało, żeby zostawić tę sprawę. Związek z Angie należał do przeszłości, tam też jego miejsce. Świat jest pełen kobiet. Kobiet wolnych, chętnych i dostępnych. Angie też kiedyś taka była.

To prawda, wszystko w nim krzyczało, a zarazem…

– Czy ona wie, że żenisz się z nią dla funduszu powierniczego?

– Wie.

– Kocha cię?

– Nie. I nigdy nie zaproponowałbym jej takiego układu, gdyby mnie kochała. To tylko dwa lata, które bez reszty wypełni nam ciężka praca.

– Jasne. Więc to małżeństwo z rozsądku. Nie będzie złamanych serc.

– Właśnie.

Zostaw to, Logan! – nakazywał sobie. Po prostu się zamknij!

Jednak nie był w stanie tego zrobić. Oszaleje, przemieni się w sfrustrowanego neurotyka, jeśli Evangeline Jones zostanie jego szwagierką.

– A gdybym ci powiedział, że wcześniej znałem twoją narzeczoną? Że spotkałem ją, zanim ona spotkała ciebie? Że przez tydzień byliśmy kochankami? Co wtedy byś zrobił? – wykrztusił Logan.

Szybko spłukał gorycz kolejną porcją whisky. Potem spojrzał bratu w oczy.

Max przez chwilę w milczeniu patrzył na niego, po czym bez słowa wyszedł z pokoju.

Caroline