Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Na wskroś piękna. Historia Heleny Modrzejewskiej ebook

Arael Zurli  

3 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 294 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na wskroś piękna. Historia Heleny Modrzejewskiej - Arael Zurli

Legendarna już za życia. Inteligentna i wrażliwa artystka, niekwestionowana królowa polskich desek teatralnych. Debiutowała na prowincjonalnych galicyjskich scenach, by pełnię swego talentu zaprezentować przed publicznością za Oceanem. Helena Modrzejewska do dziś w równym stopniu zachwyca, co intryguje: czy była nieślubną córką księcia Władysława Sanguszki? Jej fascynujące życie, rozpięte pomiędzy dwa kontynenty, Europę i Amerykę, pełne jest zagadek, domysłów i mitów. Na wskroś piękna, na wskroś tajemnicza.

Opinie o ebooku Na wskroś piękna. Historia Heleny Modrzejewskiej - Arael Zurli

Fragment ebooka Na wskroś piękna. Historia Heleny Modrzejewskiej - Arael Zurli

Opracowanie graficzne: Andrzej ‌Barecki

Redakcja: ‌Katarzyna Wójcik

Korekta: Jolanta ‌Spodar

Na obwolucie wykorzystano ‌portret ‌Heleny Modrzejewskiej

namalowany ‌przez ‌Tadeusza Ajdukiewicza ‌w 1880 ‌roku

Źródła ‌zdjęć: Laski ‌Diffusion/East ‌News;

Archiwum ‌Karlicki/East ‌News; Muzeum ‌Literatury/East News

Copyright © by Wydawnictwo ‌Iskry, Warszawa ‌2018

Copyright © ‌by Arael Zurli

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN ‌978-83-244-0502-2

Wydawnictwo ISKRY

al. Wyzwolenia ‌18

00-570 ‌Warszawa

tel. 22 827 94 15

iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji ‌elektronicznej

Silną ‌wolą można ‌wszystko zwalczyć.

HELENA ‌MODRZEJEWSKA

Rozdział ‌I

Kraków płonął. Ulice wokół ‌Rynku zamieniły się ‌w morze ‌huczących ‌płomieni, nad którym górowały ‌wieże mariackie ‌i ostra ‌sylweta kościoła Dominikanów. Ogień ‌trawił Bibliotekę ‌Jagiellońską, Pałac Biskupi, Pałac ‌Wielopolskich, kościoły, kamienice, składy ‌handlowe... Zewsząd buchały ‌kłęby czarnego dymu.

Na Błonia Świętego ‌Sebastiana nadciągali coraz liczniejsi ‌pogorzelcy, w nadchodzącym lipcowym ‌zmierzchu obserwując wysiłki ‌czynione ‌przez ratowników w walce z żywiołem. ‌Wokół ‌leżały sterty ‌ocalałego dobytku, biegały domowe ‌zwierzęta, kobiety głośno ‌się modliły, płakały wystraszone ‌dzieci, lecz dziesięcioletnia Helenka ‌nie zwracała na to wszystko ‌uwagi, ‌nie mogąc oderwać wzroku ‌od pożaru. ‌Urzeczona ‌jego grozą ‌i pięknem zawołała wreszcie: „Jakie ‌to ‌wspaniałe!”.

Wtedy ‌ciotka ‌Teresa z rozmachem ‌uderzyła ‌ją w twarz. Nic dziwnego ‌– rodzina ‌straciła ‌dzisiaj całe swoje mienie.

W pożarze Krakowa, który rozpoczął się 18 lipca 1850 roku i trwał aż dziesięć dni, Józefie Bendowej przepadły dwie kamienice, dzięki którym utrzymywała się razem z piątką dzieci o różnych nazwiskach i siostrą Teresą Goltz. Bendowa prowadziła pierwszą w mieście kawiarnię tylko dla pań, a zajęta osobistym obsługiwaniem gości miała bardzo mało czasu dla rodziny, dlatego dziećmi opiekowała się ciotka Teresa. Helena Jadwiga, urodzona 12 października 1840 roku, należała do najmłodszych; w dwa lata po niej urodziła się Józia, a później jeszcze jedna dziewczynka, zmarła w niemowlęctwie. Braci było czterech: Józef, Feliks, Szymon, Adolf.

Dlaczego dzieci nosiły różne nazwiska? To dość skomplikowana sprawa. Pani Józefa z domu Mizel (Misel) była wdową po uszlachconym kupcu o nazwisku Benda, z którym miała trzech starszych chłopców. Córki przyszły na świat z nieślubnego związku z urzędnikiem miejskim Michałem Opidem, mającym już żonę i syna Adolfa – jak widzimy, nie rodzonego, lecz przybranego brata Helenki. Obie dziewczynki, noszące panieńskie nazwisko matki, czyli Mizel, nazywane były więc Opidównami. Ich domniemany ojciec zresztą opuścił matkę i wyjechał w rodzinne górskie okolice, gdzie wkrótce zmarł. Był wtedy rok 1845.

Ale żeby to wszystko jeszcze bardziej zagmatwać, wieść gminna przypisywała Helence zupełnie innego ojca, nader niezwykłego. Miał nim być książę Władysław Sanguszko z nieodległych Gumnisk. Plotka? Legenda? Być może. Za to jaka malownicza! Dlatego do księcia Sanguszki jeszcze wrócimy.

Teraz należy zająć się dzieciństwem Heleny Jadwigi, na mocy świadectwa chrztu noszącej nazwisko Benda, lecz w aktach cywilnych pozostającej Mizelówną. Dopóki rodzina była w miarę zamożna, miała środki, aby kształcić dziewczynkę na prywatnej pensji pani Radwańskiej, której dwie córki prowadziły tam nauczanie na całkiem niezłym poziomie. Pożar wszystko zmienił. Jak często bywa w takich wypadkach, pech chciał, że Bendowa o dziesięć dni spóźniła się z zapłaceniem składek za ubezpieczenie kamienic, więc oczywiście nie dostała żadnego odszkodowania. Ponieważ spalony dom nie nadawał się do zamieszkania, rodzina wynajęła kwaterę w innej części miasta. Helenkę posłano do publicznej szkoły sióstr prezentek przy ul. św. Jana.

Jej wiara uległa zachwianiu dwa lata wcześniej, gdy była zaledwie ośmioletnią dziewczynką – w pamiętnym roku 1848. 26 kwietnia wojsko wyszło na ulice, zaś austriacka artyleria ostrzeliwała z Wawelu miasto, więc rodzina Bendów schroniła się do piwnicy, zapomniawszy zabrać z mieszkania dwoje dzieci, Helenkę i Adolfa. Dziesięciolatek, szalejąc z radości, zaciągnął siostrę do najbardziej zagrożonego ostrzałem narożnego pokoju, aby wraz z nim zbierała do fartuszka karabinowe kule, gęsto wpadające przez okna. Gdy wojsko odeszło, dzieci ujrzały przez wyrwę po urwanym granatem balkonie leżącego na ulicy umierającego mężczyznę, którego jakaś kobieta rozpaczliwie usiłowała ratować. Nad tą parą z niezmiennym łagodnym uśmiechem unosiła się figurka Madonny, wmurowana w ścianę przeciwległego domu – figurka, do której Helenka tylekroć się modliła! Dziewczynka nie mogła zrozumieć, dlaczego Matka Boska nie ocaliła tego niewinnego przechodnia przed śmiercią. Za to nieuszkodzona rzeźba do dzisiaj stoi w swojej wnęce.

W domu nienawidzono Austriaków, nazywanych ogólnie Niemcami, tym bardziej że po upadku Wiosny Ludów ich język stał się w szkołach obowiązkowym przedmiotem. U prezentek uczono również francuskiego, poza tym program szkolny nie był skomplikowany: obejmował jeszcze język polski, religię, rysunki oraz historię powszechną i historię naturalną, czyli odpowiednik późniejszych lekcji przyrody. Zakonnice lubiły słuchać deklamacji Helenki, która, pokonując nieśmiałość, wchodziła wtedy na wielki stół w refektarzu. Jej dwaj bracia występowali już wówczas w teatrze: Józef na prowincji, w Stanisławowie, Feliks w Krakowie, więc Adolf z Helenką, pragnąc ich naśladować, wspólnie napisali bardzo romantyczny utwór o greckiej arystokratce i jej ukochanym, po czym wystąpili w tych rolach przed zebranymi w pokoju domownikami i dziećmi sąsiadów. Poczciwa ciotka Teresa popłakała się ze wzruszenia, lecz pani Bendowa orzekła trzeźwo, że udział w podobnym sztuczydle raczej ośmiesza młodocianych aktorów. Obrażona Helenka podarła rękopis, o teatrze jednakże nie przestawała myśleć.

A wyobraźnię miała wspaniałą. Już jako kilkuletnie dziecko przeżywała prawdziwe ekstazy w gotyckim kościele Dominikanów, spadając w imaginacji spod wysokiego sklepienia. Lubiła też łączyć pod światło palce wyprostowanych dłoni i wyobrażać sobie, że to należąca tylko do niej malutka kapliczka z trzema ostrołukami, bramą i oknem przeświecającym w głębi. Ponieważ nie miała w pokoju lustra, ćwiczyła gesty i pozy przed pustą ścianą, ustawiwszy za sobą zapaloną lampę. Cień, który padał na ścianę, dawał jej pojęcie o własnej sylwetce oraz gracji wykonywanych ruchów. Prawdziwy teatr przeżywała tak silnie, że matka starała się oszczędzać jej tego rodzaju wrażeń – jednakże dla artystycznej natury swoistym teatrem był cały Kraków.

Sześćdziesięcioletnia Helena opisuje we wspomnieniach niezwykłe przeżycia związane z krakowskimi obchodami świąt religijnych czy narodowych, piękno ludowych strojów, poezję okolicznej przyrody i zabytkowych budowli, legendy z nimi związane. Nie jest w swych opowieściach odosobniona, bowiem to samo czytamy u Zofii Stryjeńskiej oraz innych krakowian, a choć dzisiejszy Kraków stracił na malowniczości, wciąż pozostaje miastem o niezwykłej atmosferze. Zresztą posłuchajmy Modrzejewskiej: „[Kraków] był mi wszystkim: kołyską, niańką, opiekunem i wychowawcą. Tutaj się urodziłam i tutaj wyrosłam. Tutejsze drzewa i gwiazdy uczyły mnie myśleć. Od tych tutaj łąk i pól usianych dzikimi kwiatami uczyłam się harmonii barw, a tęskny śpiew słowika odzywał się w moich pierwszych marzeniach o miłości i pięknie. Sławny dzwon Zygmunta w katedrze, jego głos dźwięczny i głęboki przyzywał mi w pamięci chlubną przeszłość Polski; organy kościelne mówiły o Bogu i Jego Aniołach; witraże, posągi i ołtarze – o sztuce, o jej znaczeniu i godności”.

Pani Bendowa w miarę swoich zarobków dbała o rozszerzenie edukacji dzieci. Helenka brała u prezentek dodatkowe lekcje francuskiego, w domu uczyła się muzyki, od czasu do czasu chodziła też na płatne lekcje tańca. W języku niemieckim wszystkim dzieciom pomagał pan Gustaw – kolejny ważny bohater tej książki. Nazywał się Gustaw Adolf Sinnmayer, co później sfonetyzowało się na Zimajer. Kim dokładnie był – nie wiadomo, pomimo że znamy kilka podstawowych faktów z jego życiorysu.

Urodził się w roku 1825 w Gródku Jagiellońskim, w spolonizowanej niemieckiej rodzinie, służbę wojskową odbył w Niemczech, konkretnego zawodu nie miał, co zostało skrupulatnie odnotowane w krakowskim spisie ludności. W roku pożaru miasta pojął za żonę zamożną krakowską wdowę, niemal dwukrotnie od siebie starszą, ale dalszych losów tego małżeństwa nie znamy. Jesienią tego samego roku Zimajer pojawił się w domu Bendów jako kolega najstarszego z braci Helenki, Józefa. Pojawił się i natychmiast został bez mała członkiem rodziny. Uczył dzieci znienawidzonego przez nie języka niemieckiego, zaś pani Bendowej pomagał prowadzić kawiarnię oraz załatwiać trudne sprawy związane z odbudową spalonych kamienic. Odbudowa, od początku obciążona jakimś dziwnym pechem, zupełnie się nie wiodła, toteż obydwie posesje zostały w końcu sprzedane. Zimajer zabierał też dzieci do teatru; uczuciowa Helenka po latach wspominała, jak wielkie wrażenie wywarła na niej oglądana wówczas tragedia Schillera Intryga i miłość. Sztukę grano po niemiecku, czym pani Bendowa oczywiście nie była zachwycona, lecz gdy Zimajer roztoczył przed nią obraz korzystnego dla dzieci oswojenia się z językiem, zezwoliła na obejrzenie przedstawienia. Zimajer miał rację: zaraz na drugi dzień Helenka kupiła sobie niedrogie wydanie Schillera i ze słownikiem w ręku przeczytała wszystkie jego dramaty. Nieco później ustawiła w pokoju malutkie metalowe popiersie ukochanego autora.

To właśnie Zimajer wprowadził do domu Bendów zwyczaj głośnego czytania książek. Ponieważ nafta była droga, nie opłacało się oświetlać każdego pomieszczenia; rodzina gromadziła się wokół dużego stołu w jadalni, gdzie kobiety szyły i cerowały, dzieci przynosiły swoje zabawki, a wszyscy słuchali kolejnego odcinka powieści Dickensa, Dumasa ojca czy bardzo modnego Waltera Scotta. Helenka rozczytywała się również w poezji polskich „trzech wieszczów” oraz Bohdana Zaleskiego, zwanego słowikiem Ukrainy.

Matka nie zwalczała poezji, szczególnie polskiej, ale ze wszystkich sił starała się odwieść Helenkę od zamiaru zostania aktorką. W owych czasach nie był to zawód odpowiedni dla kobiety. Pani Bendowa zaplanowała, że jej córka będzie nauczycielką i musi przygotowywać się do egzaminu w tym kierunku. Zdolnej dziewczynie nauka nie sprawiała żadnych trudności, toteż posłusznie przyswajała sobie wiadomości z zakresu historii i matematyki, lecz zarazem pozwoliła, aby brat Feliks zaprowadził ją do Józefy Hubertowej, znanej aktorki krakowskiej sceny. Zdecydował się na to, gdy usłyszał z sąsiedniego pokoju, jak Helenka deklamuje urywki z Marii Antoniego Malczewskiego, bardzo popularnego wówczas poematu o nieszczęśliwej miłości.

Józefę Radzyńską-Hubertową Helenka znała ze sceny, ponieważ wtedy już często chodziła z matką do teatru, jeżeli grano polskie sztuki. Znała – to właściwie za dużo powiedziane. Aktorzy nie stali się jeszcze bożyszczami tłumów, nic nie wiedziano o ich życiu prywatnym, które nikogo nie obchodziło, a jeśli chodzi o grę, tkwili w ciasno ujętym emploi, czyli charakterystycznych dla siebie rolach: amanta, komika, czarnego charakteru, „pierwszej naiwnej” itd. W swoich wspomnieniach Modrzejewska pisze, że nie wiedziano nawet dokładnie, jak dany artysta wygląda, ponieważ scena bynajmniej nie tonęła w potokach światła, a strój i charakteryzacja potrafiły zmienić do niepoznaki. Toteż Helenka mocno się zdziwiła, gdy w przeciętnym mieszczańskim pokoju zobaczyła zajętą robótką chudą damę, zupełnie niepodobną do efektownej piękności w aksamitach i gronostajach, którą zapamiętała ze sceny.

Pani Hubertowa nie sprawiała wrażenia zachwyconej umiejętnościami przedstawionego jej podlotka, ale nie chcąc z góry przesądzać sprawy, dała Helence egzemplarz krótkiej sztuki francuskiego autora z zaleceniem wyuczenia się na pamięć zaznaczonych kwestii. Dziełko nosiło tytuł Papugi naszej babuni, a jego treść była tego rodzaju, że nawet po kilkudziesięciu latach spisująca swe wspomnienia Modrzejewska nie mogła użyć innego określenia niż „idiotyczna”. Ale oceńmy sami, bo to też stanowi smaczek epoki.

Ponieważ tytułową babunię zdradził w młodości ukochany, wychowywała ona swoje dwie wnuczki w ścisłej izolacji od przedstawicieli rodzaju męskiego, bez żadnego pojęcia, że w ogóle istnieją na świecie. Niestety, przypadek spowodował ukazanie się dwóch takich osobników na murze ogrodu otaczającego pustelnię pamiętliwej babuni. Wdali się oni w rozmowę z wnuczkami, które następnie ufnie zapytały babunię, z jakimi to stworzeniami przyszło im mieć do czynienia. Stara dama bez mrugnięcia okiem odpowiedziała: „To były  p a p u g i”. Zakończeniem, również w stylu epoki – należałoby dodać: każdej epoki, gdyż widzowie nieodmiennie spragnieni są happy endu – było oczywiście podwójne małżeństwo.

Helenka nauczyła się wprawdzie wymaganych od niej kwestii, ale nie mogła ich wypowiedzieć bez śmiechu, toteż Hubertowa uznała ją za zbyt infantylną, aby kiedykolwiek wystąpiła na prawdziwej scenie. Nie trzeba dodawać, że pani Bendowa przyjęła ten wyrok z nieskrywaną ulgą.

Nie zdawała sobie jednak sprawy, od kogo będzie zależał dalszy bieg wypadków. Swoje własne plany co do Helenki miał już Gustaw Zimajer.

Tutaj trzeba wtrącić, że nie należał on do świetlanych postaci. Choć nie znamy dokładnie jego życiorysu, kładą się na nim cieniem podejrzenia o działalność wręcz kryminalną. Podobno jako pracownik krakowskiego magistratu dopuścił się oszustwa podczas sprzedaży parcel przyfortecznych i nawet siedział za to w więzieniu. A dalsze jego postępki raczej potwierdzają te przypuszczenia, niż je rozwiewają. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

Zimajer wymyślił mianowicie, że Helenka powinna zostać niemiecką aktorką. Niemiecką – gdyż w należącym do Austro-Węgier Krakowie przedstawienia odbywały się na zmianę po polsku i po niemiecku i właśnie w tym drugim zespole łatwiej było się wybić. Nieustannie pilnował samokształcenia dziewczyny, znosił jej książki, załatwiał lekcje gry i śpiewu. Ról niemieckich, jak Małgorzata z Fausta czy Ludwika z Intrygi i miłości, bezpłatnie uczył Helenkę aktor nazwiskiem Axtmann, tak ubogi, że kiedyś w trakcie lekcji zemdlał z głodu. Śpiew studiowała przez kilka miesięcy u Franciszka Mireckiego, w prowadzonej przez niego szkole muzycznej.

Nie były to jej jedyne zajęcia, gdyż miała mnóstwo roboty w domu. Matki nie stać było na utrzymywanie stałej służącej, więc tylko dwa razy dziennie przychodziła kobieta do zmywania naczyń i do prania. Przy tylu domownikach wciąż było coś do zeszycia lub zacerowania, w dodatku na kilkunastolatkę spadła opieka nad obłożnie chorą ciotką Teresą i małą brataniczką Stasią, córką jej najstarszego brata Feliksa, który wyjechał z żoną do zaboru rosyjskiego. Dziewczynka była psotna niczym chłopak, toteż nikt poza cierpliwą Helenką nie mógł sobie z nią dać rady. A przecież Helenka musiała jeszcze pomagać w kawiarni! Od czasu pożaru stała się ona dostępna także dla mężczyzn i bardzo wielu młodych klientów przychodziło do lokalu pani Bendowej tylko po to, aby zamówione mleko i kanapki podała im prześliczna kelnerka o melodyjnym głosie.

W wieku kilkunastu lat Helenka była smukła i nadzwyczajnie gibka, gdyż razem z braćmi uprawiała ćwiczenia fizyczne; od nich nauczyła się również pływać, a nawet skakać głową w dół do wody, co jak na kobietę było rzeczą zupełnie niezwykłą. Miała ciemne włosy, wielkie ciemne oczy, które sama określała jako czarne, a regularność jej rysów i proporcje sylwetki sprawiały wrażenie doskonałej harmonii. Nic więc dziwnego, że jej związek z „przyjacielem domu” wkrótce przestał być platoniczny. Według mocno wyidealizowanego, spisywanego w późnym wieku wspomnienia, oboje czytali sagę o Nibelungach, gdy padło pytanie: „Czy zostaniesz moją żoną?”. Udzielona bez namysłu odpowiedź była twierdząca.

Helenka miała wtedy lat najwyżej dziewiętnaście, a biorąc poprawkę na autocenzurę, konieczną ze względów prestiżowo-obyczajowych, mogła być znacznie młodsza. Współcześni komentatorzy na ogół z oburzeniem podkreślają, że Zimajer cynicznie uwiódł nieletnią, aby całkowicie nad nią zapanować. W jakiś sposób tłumaczy to sama „narzeczona”: przez ciągłe obcowanie Gustaw stał się jej równie bliski jak bracia, a wciąż karmiona poezją romantyczna wyobraźnia nadała mu wszelkie cechy idealnego kochanka. O małżeństwie nie mogło być mowy, bo przecież był już żonaty. Ten fakt Modrzejewska w swoich wspomnieniach skrupulatnie pominęła, dla przyzwoitości od początku nazywając Zimajera „panem Modrzejewskim”, choć to nazwisko obydwoje mieli przybrać później, a ślubu nie wzięli nigdy.

Rozdział II

Naturalną koleją rzeczy już w maju 1860 roku spodziewała się dziecka. Młodsza siostra Helenki, Józia, została w tym czasie przyjęta do prowincjonalnego zespołu teatralnego Aleksandra Ładnowskiego (występowała pod pseudonimem Kossowska), a jej miejsce w domu pani Bendowej zajęła lokatorka: siedemnastoletnia aktoreczka Antonina Hoffman. Żywa, wesoła i dowcipna, szybko zdobyła sympatię Helenki, która w swojej sytuacji marzenia o debiucie musiała zastąpić teatralnymi ploteczkami. Synek Rudolf urodził się 27 stycznia 1861, jakby na miejsce zmarłej kilkanaście dni wcześniej ciotki Teresy. Imię bez wątpienia zaproponował dla dziecka Zimajer, gdyż było typowe dla dynastii Habsburgów i nosił je dwuletni arcyksiążę, następca tronu Austro-Węgier, któremu jeszcze nie śniło się o Mayerlingu.

Nie zachował się akt urodzenia ani chrztu Dolcia, jak od razu zaczęto go nazywać, ale nie ma wątpliwości, że został zarejestrowany jako dziecko nieślubne. Oznaczało to skandal, więc prawdopodobnie dlatego niedługo potem pani Bendowa z Helenką, Gustawem, niemowlęciem oraz wnuczką Stasią wyprowadziła się do Bochni. Mimo takiego przebiegu wypadków Zimajer nie rezygnował z posłania Heleny na scenę, tym bardziej że należało zacząć jakoś zarabiać. W tym czasie zjawił się w Bochni niespełniony aktor Konstanty Łobojko, zamierzający udzielać lekcji tańca, do czego potrzebował odpowiednio dużego pokoju. Wynajął go właśnie w mieszkaniu pani Bendowej, co nasunęło Zimajerowi pomysł na zorganizowanie przedstawienia. Widzowie, zwłaszcza w prowincjonalnych miasteczkach, nie mieli wówczas dużych wymagań (obszerniej opisuję to w „Szkle i brylantach”), toteż na pierwszym przedstawieniu stawili się całkiem licznie.

W myśl ładnej tradycji musiało się ono odbyć na cel dobroczynny. W Bochni jest kopalnia soli – zatem na rzecz ofiar kopalnianej katastrofy. Nie mogło być długie, ale też i nie krótkie, więc wybrano dwie jednoaktówki: przeróbkę z francuskiego poetycznie zatytułowaną Biała kamelia oraz komediooperę Primadonna, czyli Mleczna siostra. Młodszym czytelnikom można wyjaśnić, że „mleczne rodzeństwo” to dawne określenie obcych sobie dzieci karmionych piersią przez jedną kobietę. W niektórych krajach przywiązywano do tego faktu ogromną wagę i dzieci do końca życia uważały się za krewnych. W głównych rolach miał wystąpić Łobojko oraz oczywiście Helena, w pozostałych uczniowie z lekcji tańca. Wezwano też na pomoc siostrę Józię, Zimajer zadowolił się rolą lokaja, a jedenastoletniej Stasi przydzielono odpowiedzialną funkcję suflerki, którą tak się przejęła, że z wrażenia rozsypała egzemplarz sztuki. Ponieważ stało się to już podczas przedstawienia, szepnęła z płaczem w kierunku Heleny: „Ciociu, książeczka się rozleciała”. Ciocia nie straciła zimnej krwi, odszepnęła „To ją pozbieraj”, a gdy mówiła przez chwilę z pamięci, Stasia szybko doprowadziła kartki do porządku. Występ miał miejsce w wynajętej sali miejskiego kasyna, która szczelnie wypełniła się ludźmi. Przyszła nawet grupa Żydów w jarmułkach i chałatach, chociaż chasydzi z przyczyn religijnych na ogół unikali chrześcijańskiego teatru, zadowalając się własnymi przedstawieniami amatorskimi. Dekoracje własnoręcznie sporządził obeznany z teatrem Łobojko, a Helena najlepiej zapamiętała efektowną kurtynę z czerwonego perkalu pomalowanego w złote gwiazdy.

Właśnie z okazji tego występu wypłynęła sprawa nazwiska. Chodziło tyleż o pseudonim sceniczny, przybierany przez większość dzieci Melpomeny, co o kwestię przyzwoitości. Helenka musiała udawać mężatkę, więc nie mogła nosić nazwiska swej matki, Zimajer nie mógł jej służyć swoim, żeby nie zostać jawnym bigamistą, natomiast nazwisko Opid nikomu się nie podobało. Łobojko po namyśle zaproponował Modrzejewską. W ten sposób nie tylko Helena, ale i Gustaw, i malutki Rudolf zostali Modrzejewskimi. I tak właśnie wielka aktorka określa po latach Zimajera w swoich wspomnieniach: pan Modrzejewski.

Wobec powodzenia pierwszego występu nowo utworzony zespół wystawił jeszcze kilka sztuk, przy czym w jednej farsie Helence przypadła rola męska. Miała zagrać lokajczyka kradnącego buty ze sklepu, ale że wstydziła się wystąpić w chłopięcym ubraniu, Zimajer (nie będziemy go nazywać Modrzejewskim!) zastosował bardzo dobry chwyt psychologiczny. Zabierał Helenkę w tym stroju na długie spacery, co tak ją oswoiło z rolą chłopca, że na scenie nie odczuwała najmniejszego dyskomfortu. Tego samego wieczoru zagrała kobietę, którą przed zdradzeniem męża powstrzymuje płacz własnego dziecka – i zrobiła to tak wzruszająco, że prowincjonalna publiczność była olśniona. Wtedy ceniło się jeszcze sztuki proste, zabawne lub sentymentalne, ale zawsze z morałem: wina musiała zostać ukarana, zaś cnota nagrodzona. Po przedstawieniu za kulisami zjawił się pewien elegancki pan z pytaniem, od jak dawna Helenka występuje w teatrze. Dowiedziawszy się, że jest amatorką, oznajmił: „Spodziewam się zobaczyć panią wkrótce w Warszawie”, co ostatecznie przekonało Modrzejewską do przyszłej kariery scenicznej. Obrotny Łobojko wystarał się o pozwolenie na własną trupę objazdową, której administratorem miał być Zimajer. Nazwa pięcioosobowego zespołu brzmiała dumnie: Nowosądeckie Towarzystwo Artystów Sceny Narodowej (tyle słów, ilu aktorów!), występować zaś miał na terenie Galicji. Pani Bendowa została w Bochni z malutkim Rudolfem, a Zimajer z Heleną, Stasia, Józia, Konstanty Łobojko oraz wynajęty woźnica wsiedli do dwóch wozów załadowanych rzeczami, w głównej mierze teatralnymi, i ruszyli na podbój publiczności.

Pierwszym etapem podróży był Nowy Sącz. W skromnym, niemal pozbawionym mebli mieszkaniu Helena czuła się doskonale: spacerując po odkrytej werandzie z przepięknym widokiem na okolicę przygotowywała się do ról przy akompaniamencie śpiewu ptaków. Ten zwyczaj został jej do końca życia i gdy tylko mogła, uczyła się jak najbliżej natury, przeważnie rankami, zawsze – co u aktorki oczywiste – na głos. Miała na scenę tylko dwie sukienki: czarną i białą, więc przerabiała je na wszelkie dostępne sposoby przez dodawanie barwnej pasmanterii lub nieznaczne zmiany fasonu. Wcale nie było to rzadkością, jeszcze kilkadziesiąt lat później pewna krakowska aktorka ubierała się w czarną aksamitną suknię do scen tragicznych, zaś w białą atłasową – do pogodnych, gdyż po prostu nie miała żadnej innej. Modrzejewskiej niebawem stały się potrzebne suknie nie tyle urozmaicone, co obszerne, gdyż wiosną na świat miało przyjść jej drugie dziecko.

Tymczasem jednak budziła zachwyt zarówno swą grą, jak i urodą. Wydoroślała, rozkwitła, na dobre ustaliły się proporcje jej sylwetki, zgodnie przez wszystkich określane jako klasyczne, co można sprawdzić według starego kanonu greckich rzeźbiarzy: głowa mieszcząca się osiem razy w całej długości ciała, długość stopy i długość ręki odpowiadające długości głowy. Wzrost więcej niż średni wydawał się jeszcze wyższy dzięki smukłej budowie, wąskiej talii i ramionom równym szerokości bioder. Podwyższała Helenę również postawa, owo słynne noszenie głowy na wyprostowanej szyi, długie nogi, zawsze – nawet u schyłku życia! – wyprostowane plecy. Jej chód był płynny i piękny, ruchy zawsze opanowane, choć żywe. Pociągła twarz o harmonijnych rysach miała bardzo zróżnicowaną mimikę, stąd późniejsze trudności przy malowaniu portretów Modrzejewskiej; istniał album z jej zdjęciami, zupełnie do siebie niepodobnymi, a jednak Helena na zawołanie potrafiła odtworzyć każdą z przedstawionych na nich min. Niezależnie od wyrazu twarzy najpierw zwracały uwagę duże ciemne oczy pod wysoko zarysowanymi, silnymi łukami brwi, prosty nos, wyraziste usta i zdecydowany podbródek. Te cechy pozostały niezmienione do końca życia Modrzejewskiej, choć z wiekiem przybywało jej zmarszczek, a skóra na twarzy przestała być napięta.

Zdjęcie prywatne, 1877

Trupa się poszerzyła, bo Łobojko wykorzystał swoje dawne kontakty środowiskowe, rozsyłając gdzie się dało listy z propozycją przyłączenia się do zespołu, któremu niebawem przybyło kilkanaście osób. To pozwalało już na pewien rozmach inscenizacji, więc zakupiono nowe dekoracje i kostiumy. Recenzje były coraz lepsze, w szczególności jednak chwalono Helenę, od razu przyznając jej wielki talent aktorski. Po Nowym Sączu przyszła kolej na Krynicę, Rzeszów, Przemyśl i pomniejsze miejscowości. Wszędzie dało się zauważyć wzrost frekwencji, gdy tylko na afiszu występowało nazwisko Modrzejewskiej. Zdaniem samej zainteresowanej było to bardziej pochlebne niż dogodne, bo złakniona zarobku trupa wprost zmuszała Helenę do występowania, zupełnie nie biorąc pod uwagę stanu jej zdrowia. Bóle porodowe chwyciły ją na scenie podczas pięcioaktowej tragedii, którą jako główna bohaterka musiała odegrać do końca, toteż dziecko przyszło na świat zaledwie godzinę po zapadnięciu kurtyny. Stało się to w połowie kwietnia 1862 roku w Samborze, a córeczka została ochrzczona imieniem Maria. Połóg trwał dziesięć dni i zakończył się codziennymi występami w roli Klary w Ślubach panieńskich.

Pewną nagrodą za te trudy stał się dla Heleny krótki pobyt we Lwowie: pierwszym wielkim mieście, jakie miała okazję oglądać. Od razu wybrała się do teatru, który pod względem technicznym stał na wysokim poziomie, jednakże gra aktorów była przeciętna. Wyróżniała się jedynie świetna tragiczka Aniela Aszpergerowa, wysoka, o mocnym głosie i szlachetnej, wyrazistej urodzie. Helenka westchnęła sobie cichutko nad przyjemnością, jaką musi być gra z dobrymi partnerami na tak znakomicie wyposażonej scenie, przed wyrobioną publicznością – i postanowiła dołożyć wszelkich starań, by tego szczęścia dostąpić.

Na razie musiała grać w prowincjonalnym Stanisławowie, dokąd przenieśli się z Sambora. I w jednym, i w drugim mieście przeszkadzało jej natręctwo wielbicieli, którzy nadali jej miano Najpiękniejszej – Bellissima. Aktorki w tych czasach nie bez podstaw uchodziły za kobiety lekkiego prowadzenia, więc mężczyźni zalecali się do nich w sposób nieraz bardzo brutalny. Jak się zdaje, Zimajer nie miałby nic przeciwko temu, by jego nieślubna małżonka zdobyła bogatego protektora, natomiast marzeniem Łobojki był angaż całej trupy do teatru lwowskiego. Zamiast tego wylądowali w krytej ujeżdżalni koni w Brzeżanach, gdzie na prowizorycznie sporządzonej scenie doszło do dramatycznego wypadku: sztuczny piorun mający uatrakcyjnić przedstawienie zapalił suknię na jednej z aktorek, szczęśliwie partnerzy zdołali ją w porę ugasić. Nie każda miała tak przytomnych kolegów; gdy welon popularnej warszawskiej wodewilistki, Amalii Baranowskiej, zajął się ogniem od teatralnego kinkietu, ugasić go próbował tylko jeden aktor, gdyż reszta w popłochu uciekła ze sceny. Na pół spalona Baranowska umarła w straszliwych męczarniach.

Ale były w Brzeżanach i radosne wydarzenia. Do nich należy zaliczyć wesele Józi Mizelówny, która poślubiła swego kolegę z zespołu, zdolnego, lubianego przez publiczność Walerego Tomaszewicza. Na tę uroczystość narzeczeni zarobili benefisem, czyli przedstawieniem, z którego cały zysk dyrekcja oddawała określonemu aktorowi (najczęściej działo się to z okazji jubileuszu). Świadoma tego publiczność nierzadko dobrowolnie dopłacała do biletów, a dla szczególnych ulubieńców zdobywała się nawet na podarunki, niekiedy bardzo kosztowne, z tym że raczej nie zdarzało się to w biednej Galicji. Natomiast w Warszawie nierzadkie były złote zegarki lub papierośnice dla aktorów, a brylanty ukryte w bukietach – dla pięknych heroin sceny.

Potem zespół przeniósł się do Brodów, gdzie zaszedł na pozór drobny epizod, bardzo w stylu tej romantycznej epoki: aktorzy spotkali na drodze tabor cygański i stara Cyganka wywróżyła Helence, że pojutrze znajdzie się we Lwowie. Nikt w to nie uwierzył, gdyż planowano pozostać w Brodach jeszcze przez kilka tygodni, tymczasem tej samej nocy w mieście wybuchł pożar, który strawił nie tylko większość domów – były drewniane, więc płonęły błyskawicznie – ale i teatr. Nie pozostawało nic innego, jak najbliższym pociągiem udać się do Lwowa. Podobną historię, choć o znacznie mocniejszym ładunku emocjonalnym, przeżył prawie w tym samym czasie Artur Grottger i jego narzeczona, Wanda Monné. Stara Cyganka (czyżby młode nie posiadały jeszcze umiejętności spojrzenia w przyszłość?) orzekła, że człowiek, który ma zostać mężem Wandy, jest teraz daleko, lecz będzie z nim miała czwórkę potomstwa. Istotnie, Grottgera wkrótce zabrała gruźlica, a Wanda poślubiła jego kolegę, również malarza, Karola Młodnickiego i urodziła mu czworo dzieci. Na Helenie przepowiednia starej wróżki wywarła tak duże wrażenie, że zainteresowała się odczytywaniem przyszłości, aby wróżyć sobie na własny użytek.

We Lwowie Zimajer przekonał dyrekcję teatru do udzielenia Helenie pozwolenia na kilka próbnych występów, spełniło się więc jej marzenie o zagraniu z dobrymi partnerami przed wielkomiejską publicznością. Co ciekawe, zupełnie nie odczuwała tremy. Tłumaczyła to po trosze młodzieńczą brawurą, a po trosze wzrastaniem obaw w miarę utrwalania się dobrej opinii: „wówczas boimy się spaść z piedestału, na który wyniosła nas publiczność i głosy krytyki”. Debiut był udany pomimo zabawnej wpadki ze strzelbą. Helenka wystąpiła w sztuce autorstwa Konstantego Majeranowskiego Domy polskie w XVII wieku, gdzie grała dzielną dziewczynę broniącą zamku przed napastnikami i zabijającą strzałem jednego z nich. Umówiony do tego statysta nie mógł przyjść na próbę, więc przysłał zastępcę, tego z kolei musiał zastąpić inny mężczyzna, a gdy uznano, że się nie nadaje, wzięto zamiast niego staruszka z obsługi teatru. Wszyscy czterej panowie, widać nie dogadawszy się ze sobą, przyszli na premierę, wmieszali w tłum szturmujący zamek, po czym równocześnie padli od jednego strzału Helenki. Scenka była tak komiczna, że napisały o niej gazety, ale debiutantce to w niczym nie zaszkodziło; wprost przeciwnie, krytycy jednomyślnie doradzali dyrekcji teatru zaangażowanie tak zdolnej aktorki. Dostała w rezultacie angaż na osiemnaście miesięcy, niestety z bardzo marną gażą.

Swoją ówczesną sytuację barwnie opisuje w dowcipnym liście do matki, uroczyście podpisanym krzyżykami przez dwoje niepiśmiennych, bo nieletnich świadków: Rudolfa Modrzejewskiego i Marię Modrzejewską. W nawiasie zaznacza: „Te krzyże Dolcio i Mania własnoręcznie nakreślili”. Dołącza też słowniczek wyrażeń starszego świadka, „żeby mameczka mogła się z nim rozmówić” (należy zauważyć, że słówko „hajta”, czyli „spacerować”, bywa wśród dzieci w użyciu jeszcze dzisiaj) oraz opisuje jego nie zawsze chwalebne obyczaje przy załatwianiu potrzeb fizjologicznych: „Si i be chodzi do mego pokoiku, który jest świeżo froterowany, a gdym go za to uderzyła, tak się rozgniewał, że mi cały dzień buzi nie chciał dać i nic się do mnie nie odzywał”. Dla nas ciekawszy jest jednak obraz stosunków panujących w teatrze lwowskim. Zżerane zazdrością aktorki nie cierpiały pięknej konkurentki, a najgorsza z nich była... pani Hubertowa, owa nauczycielka gry od pamiętnych Papug naszej babuni, występująca we Lwowie od czterech lat. Dużo serca okazywała Helenie natomiast wspomniana już Aniela Aszpergerowa, zacząwszy od wpuszczenia do swojej garderoby w sytuacji, gdy koleżanki nie chciały udzielić nowicjuszce ani odrobiny miejsca. Aszpergerowa analizowała z Modrzejewską jej role, dawała wskazówki jak zagrać, co być może przyczyniło się do powstania u młodszej aktorki swoistej maniery deklamacyjnej, która już wówczas uchodziła za przestarzałą. Polegało to na przesadnym akcentowaniu wyrazów, podnoszeniu głosu dla podkreślenia znaczenia wypowiadanych fraz oraz na nienaturalnym zachowaniu obliczonym na spodobanie się publiczności. Mniej to raziło w rolach tragicznych, w których specjalizowała się Aszpergerowa, ale w komediowych wypadało fatalnie. Starsza koleżanka dopomagała Helenie również w projektowaniu kostiumów. To ona podsunęła myśl, jak ubrać się do roli Skierki, leśnego duszka służącego nimfie Goplanie w Balladynie Słowackiego. Krótka tunika z pasemek ciemnobrązowej gazy, naśladująca pancerzyk chrabąszcza, z doszytymi skrzydełkami, odsłaniała całe nogi w obcisłych trykotach, toteż aktorki zawrzały oburzeniem: „Ona jest naga!”. Istotnie, ówczesna pruderia nakazywała noszenie długich spódnic nawet w rolach chłopięcych, ale zazdrośnicom chodziło głównie o to, że nogi Modrzejewskiej były prześliczne. Toteż męska część zespołu wypowiedziała się fachowo, acz dwuznacznie: „Na takich nogach ona daleko zajdzie”. Tymczasem przydzielano jej role najrozmaitszego rodzaju, często wymagające umiejętności śpiewania: pazia, weneckiej kurtyzany, królowej z bajki, Cyganki, subretki.

Rozdział III

Tak nadszedł tragiczny rok 1863. Oznaki mającego wybuchnąć powstania obserwowano już wcześniej, w społeczeństwie rosły nastroje patriotyczne, a we Lwowie jedno z przedstawień odbyło się specjalnie dla młodzieży wychodzącej do boju. Zagrano polską sztukę w narodowych strojach, uaktualnioną dopisanymi naprędce piosenkami, które aktorzy śpiewali przez łzy, do głębi wzruszeni powagą chwili. Zaraz potem Modrzejewska zniknęła z miasta, poszła więc plotka, że wyruszyła z powstańcami. Oczywiście nie była to prawda – oboje z Gustawem uznali, że gaża jest niewystarczająca dla utrzymania rodziny z dwojgiem małych dzieci i pozostawiwszy niezapłacone długi, wyjechali do Stanisławowa. Dyrektor tamtejszego zespołu teatralnego obiecywał główne role i dobrą gażę, lecz gdyby dotrzymał słowa, Modrzejewscy nie musieliby już po kilku tygodniach przenosić się do Czerniowiec. W tym na wpół już mołdawskim mieście istniał bardzo ambitny, a przy tym patriotyczny polski teatr Lucjana Ortyńskiego, aktora specjalisty od ról salonowych. Do zespołu należał Wincenty Rapacki – protoplasta wspaniałego aktorskiego rodu, w którym znaleźli się również dramatopisarze, muzycy i zdolny pejzażysta Józef Rapacki. Żartowano, że wspólnymi rodzinnymi siłami mogliby napisać sztukę, nawet muzyczną, wykonać dekoracje, zagrać w niej ze śpiewami włącznie, a potem napisać recenzję. Rapacki, urodzony na Mazowszu, zarówno typem urody, jak i charakterem najlepiej pasował do ról szczerze polskich. Był niezrównany, grając bohaterów Fredry, a gdy ktoś widział go w roli rejenta Milczka z Zemsty, lepszego już nie mógł sobie wyobrazić.

Jako królowa Barbara w Barbarze Radziwiłłównie A. Felińskiego, Kraków 1865

Szczególną cechą jego gry było umiłowanie bohaterów pozytywnych, z samego założenia przecież mniej malowniczych od łotrów; wśród aktorów krążyło wówczas powiedzenie, że dobrych ludzi trzeba grać tylko wtedy, gdy się jest na to skazanym przez sąd. Rapacki potrafił im nadać życie i wiarygodność. Jego specjalnością była mistrzowska charakteryzacja, nad którą spędzał w garderobie nieraz po kilka godzin, osiągając za to taki efekt, że publiczność nie wierzyła własnym oczom. Ile zagrał postaci, tyle miał twarzy – w każdej nowej roli rozpoznawano go dopiero po bardzo charakterystycznym głosie. Za przykład takiej niezwykłej przemiany można dać żydowskiego starca Ben Akibę ze sztuki Gutzkowa Uriel Acosta, który powtarzał: „Wszystko już było”. Otóż Rapacki jako Ben Akiba sprawiał wrażenie żyjącego na świecie od setek lat, jakby rzeczywiście wszystko, co się przez ten czas zdarzyło, widział na własne oczy. Wydawał się raczej ponadczasową zjawą aniżeli starym człowiekiem. Przeciwnicy Rapackiego zarzucali mu nadmierny realizm, ocierający się niekiedy o wulgarność, a już na pewno nie można było go oskarżać o upiększanie grywanych postaci.

W Czerniowcach Helena od razu została gwiazdą, oklaskiwaną i zasypywaną kwiatami. Trzeba jednak powiedzieć, że tamtejsza publiczność nie była wyrafinowana; zdecydowanie wolała sztuki proste, miłe i pogodne od najwspanialszych nawet dramatów Słowackiego czy Schillera. Wielkie powodzenie miał Majster i czeladnik Józefa Korzeniowskiego, o tak nieskomplikowanej akcji, że wystawiano go nawet amatorsko w mieszkaniach prywatnych. Na równie popularnej Barbarze Radziwiłłównie Felińskiego widzowie opłakiwali Modrzejewską umierającą jako nieszczęsna królowa.

Ale była i druga, ciemniejsza strona sławy.

Nie wiedzieć czemu, właśnie Czerniowce rzuciły największy cień na reputację obojga Modrzejewskich. Czy w grę wchodziły plotki umyślnie rozpuszczane przez zawistników – może nawet przez koleżanki i kolegów z zespołu – czy jakieś zatargi z miejscowymi notablami, dość że jeszcze po latach zupełnie serio powtarzano sobie różne okropności, które nawet pasowałyby do Zimajera, ale na pewno nie do Heleny. Rzekomo przegrywał ją w karty do co bogatszych znajomych lub wręcz wypożyczał wpływowym mężczyznom za rozmaite przysługi. Gdy niejaki pan Mustazza sfinansował remont czerniowieckiego teatru, którego dyrektorem został niebawem Zimajer, rozgłaszano, że sprawiła to Helena. Miała też jakoby rozkochać w sobie pewnego hrabiego czy barona, doprowadzić do zaręczyn, po czym zostawić mu pierścionek i zniknąć.

Zdecydowany odpór tym oszczerstwom dał w późnym pamiętniku Wincenty Rapacki, twierdząc stanowczo: „Nie mogę sobie nic przypomnieć, co by uchybiało tej wspaniałej postaci” – a miał na myśli okres długi, bo trzydziestoletni.

Mimo że jej mąż był dyrektorem teatru, Helena grała niewiele. Mając olbrzymie ambicje, wolała dobrze przygotować się do wielkich ról, zamiast tracić czas na naukę tekstu byle jakich sztuczydeł, a grano ich potwornie dużo. Wystarczy policzyć: teatr zatrudniał dwudziestu aktorów, którzy w ciągu roku musieli zagrać  s t o   c z t e r d z i e ś c i  różnych sztuk. Sztuk, nie przedstawień! Sto czterdzieści utworów, których tekstu należało nauczyć się na pamięć, nie wspominając już o opracowaniu gestów scenicznych. Nic dziwnego, że przy takim nawale pracy dochodziło do wpadek. Modrzejewska wspomina dramat Paula Févala o intrygującym tytule Garbaty wygnaniec i mściciel, który Rapacki przetłumaczył z francuskiego (dziś znamy to jako powieść Kawaler de Lagardere oraz nakręcony na jej podstawie film Garbus z Jeanem Marais’m). Kto czytał, pamięta, że główny bohater – młody i piękny, bo jakżeby inaczej – ukrywa się przed prześladowcami, udając garbusa, lecz w decydującym momencie prostuje się, aby ujawnić, kim jest naprawdę. Grający go aktor wykombinował sobie, że garb najlepiej zimitować, włożywszy pod ubranie nadmuchany pęcherz świński, a potem dyskretnie pozbawić go powietrza przez oparcie się o specjalną deskę wmontowaną w dekoracje. Helena była w tym momencie na scenie, w roli ukochanej głównego bohatera, właśnie zaślubianej przemocą jego najgorszemu wrogowi. Rozbawiły ją już pierwsze zmagania z garbem, choć wcale nie spowodowały, jak można by przypuszczać, upadku dekoracji. Wprost przeciwnie – sprężynujący pęcherz gwałtownie odrzucił aktora od solidnie umocowanej deski, więc zrozpaczony syknął do Heleny: „Przebij mój garb!”. Obydwoje byli częściowo zakryci dekoracją i publiczność niczego nie zauważyła, jednakże powietrze uchodzące z pęcherza wydało charakterystyczny gwizd. Tego było dla Heleny za dużo. Dostała ataku śmiechu, tak silnego, że musiała ukryć twarz w chusteczce, a ponieważ nie była w stanie wygłosić swojej kwestii, udała zemdlenie. Nawet leżąc już na podłodze, nieopanowanie trzęsła się z bezgłośnego śmiechu, więc nic dziwnego, że pewien krytyk pochwalił ją za wspaniałe odegranie spazmów rozpaczy.

Tego rodzaju sukcesy artystyczne jednakże nie cieszyły Modrzejewskiej. Już wtedy postanowiła sobie, że zanim ukończy trzydziesty rok życia, będzie najlepszą polską aktorką.

No właśnie – polską. Zimajer bynajmniej nie zrezygnował z wylansowania jej na scenach niemieckich i gorliwie pilnował, aby uczyła się tego języka. Czy kiedykolwiek mówiła w nim na scenie? Nie wiadomo, ale chyba nie. Modrzejewska opisuje historię, kiedy była już przygotowana do roli w niemieckiej komedyjce Bei Wasser und Brot (O chlebie i wodzie), lecz gdy zobaczyła gimnazjalistów odczytujących z oburzeniem jej nazwisko wypisane gotykiem na afiszu, zrobiło jej się wstyd. Poczuła się zdrajczynią narodowych wartości i z występu zrezygnowała. Jej brat, Józef Benda, nie miał takich skrupułów, występował nawet pod własnym nazwiskiem, choć inni grali w niemieckich sztukach pod pseudonimami, gdyż polska publiczność potępiała sprzeniewierzanie się mowie ojczystej. Był to przecież czas powstania styczniowego.

W 1865 roku Modrzejewscy wyjechali do Wiednia. Właściwie należałoby powiedzieć: Sinnmayerowie, bo takie nazwisko wpisano obojgu w dokumentach podróżnych (wszędzie poza Krakowem podawali się za małżeństwo). Gustaw miał chyba nadzieję, że uda mu się umieścić Helenę w którymś z teatrów wiedeńskich, choć z drugiej strony straciłby wtedy największą gwiazdę własnego teatru. Nic z tego nie wyszło; nie mieli żadnych znajomości ani funduszy na drogie lekcje gry oraz języka. Helena umocniła się za to w przekonaniu o własnym talencie, gdyż wiedeńskie aktorki wcale nie grały lepiej niż ona. Większe wrażenie niż teatr wywarła na niej pełna wspaniałych dzieł sztuki Galeria Luksemburska.

W tym samym roku dla Modrzejewskiej nastąpił decydujący życiowy przełom. Wiosną umarła jej malutka córeczka Marylka, a potem nastąpiło ostateczne rozstanie z Zimajerem. Nie znamy okoliczności obydwóch wydarzeń. We wspomnieniach Helena napisała jedynie o szeregu nieszczęść, jakie następowały jedno po drugim, druzgocząc jej zdrowie i psychikę, i o interwencji rodziny, która zabrała ją z synkiem Rudolfem do Krakowa. Zimajera nie zobaczyła już nigdy w życiu, choć próbował ją za wszelką cenę odzyskać, a po jakie sięgał środki, możemy się domyślić, skoro Helenę z Dolciem musiała ochraniać policja. Zrezygnowany, postanowił wychować sobie nową gwiazdę sceny, którą została około piętnastoletnia Adolfina Wodecka z biednej wielodzietnej rodziny. Intensywnie uczył ją aktorstwa, aby po paru miesiącach mogła zadebiutować w tej samej sztuce, co niegdyś Helenka: w Białej kamelii. Bez wątpienia nie był to przypadek. A córce, którą Adolfina urodziła mu kilka lat później, nadał imię Helena.

Rok 1865 uznany jest przez teatrologów za umowny początek odnowy życia teatralnego i ogólnego rozkwitu kultury w Galicji. Mogło się tak stać dzięki zwiększeniu przez władze austro-węgierskie zakresu wolności narodowej, oczywiście nie z dobrego serca, tylko w wyniku przemian historycznych. Nowym dyrektorem sceny krakowskiej został hrabia Adam Skorupka, nie tyle znawca, co wielki miłośnik teatru, który wprowadził różne nowoczesne udogodnienia, wystarał się o pieniądze na nowe dekoracje i kostiumy, a przede wszystkim zgromadził prawie czterdziestoosobowy zespół aktorski. Na stanowisko kierownika artystycznego ściągnął emerytowanego dyrektora teatrów warszawskich, Jana Jasińskiego, którego wieloletnie doświadczenie aktorsko-reżyserskie miało zaowocować zreformowaniem sceny, lecz zanim do tego doszło, pojawiły się kontrowersje odnośnie do repertuaru. Jasiński już po kilkunastu tygodniach ustąpił miejsca Stanisławowi Koźmianowi, wykształconemu patriocie, przedstawicielowi konserwatystów. O ile jako polityk prowadził działalność skrajnie zachowawczą, widząc przyszłość Polski u boku Habsburgów, to w dziedzinie teatru był bardzo postępowy. Zachowywał przy tym trzeźwość umysłu, zdając sobie sprawę z wagi finansów, więc repertuar dobierał tak, aby pogodzić misję kulturalną z dochodowością. Był wielkim miłośnikiem Szekspira, a nawet sam tłumaczył jego sztuki, co koniecznie trzeba podkreślić z uwagi na rozwój szekspirowskich pasji Modrzejewskiej.

Helena została zaangażowana jeszcze przez Jasińskiego i zadebiutowała 7 października 1865 roku (a więc na kilka dni przed swymi dwudziestymi piątymi urodzinami) w sztuce Salomon Wacława Szymanowskiego o uczonym kabaliście, ojcu pięknej Sary (rola Modrzejewskiej). Stary Żyd pragnie oddać córkę za żonę swemu uczniowi Rubenowi, lecz Sara kocha polskiego szlachcica, w wyniku czego ginie z ręki fanatycznego ojca, którego grał Emilian Deryng. Diametralnie różną od roli Sary stała się śpiewana rola Stefana w operze Stanisława Dunieckiego Paziowie królowej Marysieńki – Modrzejewska jako śliczny chłopiec wzbudziła zachwyt widowni, a przedstawienie szło aż siedem razy. Jednakże podbiła Kraków przede wszystkim rolą Anny Oświęcimówny w sztuce Mikołaja Bołoz-Antoniewicza o zakochanym w sobie przyrodnim rodzeństwie. Ta autentyczna ponoć historia zdarzyła się w XVII wieku: Stanisław i Anna z możnego rodu Oświęcimów tak bardzo pragnęli zostać małżeństwem, że Stanisław pojechał do papieża z prośbą o uchylenie surowo przestrzeganego zakazu związków kazirodczych. Udało mu się uzyskać zezwolenie na ślub, lecz wróciwszy do Polski, zastał Annę w trumnie, co ilustruje obraz Stanisława Bergmana z 1888 roku. Sztuka była właściwie nudna i przegadana, jednakże Helena rozbłysła w niej jak gwiazda pierwszej wielkości. Choć autor nie był obecny na przedstawieniu, dotarły do niego głosy powszechnego zachwytu, więc w dowód wdzięczności przysłał aktorce bransoletę z wygrawerowanym na pamiątkę napisem: „Helenie Modrzejewskiej – autor «Anny Oświęcimówny» 1865”. Kolejną jej wspaniałą rolą, niestety zagraną tylko jeden jedyny raz, była rzymska patrycjuszka, tytułowa Livia Quintilla z dramatu Stanisława Rzętkowskiego, która zakochała się w niewolniku, a nie mogąc go poślubić, zażyła truciznę. Zachowały się na szczęście fotografie ukazujące, z jaką swobodą Modrzejewska nosiła antyczny strój i jak cudownie przystawał on do jej sylwetki i klasycznych rysów.

Inne fotografie ról Heleny z krakowskiego okresu, w większości wykonane w pracowni Walerego Rzewuskiego, nie wykazują już takiej zgodności kostiumu z historycznym oryginałem. Wynikało to po trosze z dyktatury ówczesnej krynolinowej mody, a bardziej jeszcze z braku środków materialnych. Łatwiej było lekko wystylizować suknię prywatną lub ze sztuki tzw. salonowej, niż szyć zupełnie nowy kostium, który w dodatku – przy częstych zmianach repertuaru – mógł posłużyć tylko raz lub kilka razy. Widzimy to na fotografii z Barbary Radziwiłłówny, gdzie słynne perły królowej oraz bufiaste, stylizowane na renesans rękawy zdobią zwykłą czarną krynolinę, którą nosi później inna królowa – Maria Stuart, dla odmiany z białymi, wycinanymi w ząbki mankietami i takimż kołnierzem. Jasną suknię żyjącej w XVI wieku Halszki z Ostroga spokojnie mogłaby włożyć Fredrowska Aniela... i tak chyba się stało, jeśli porównalibyśmy obie fotografie, natomiast matka Halszki, Beata, grana przez Antoninę Hoffmann, ma na sobie nieśmiertelną czarną krynolinę i tylko jej stylizowany czepiec nieśmiało sugeruje epokę.

W pracy nad sobą wydatnie pomogły Helenie wskazówki Jasińskiego, który tępił wszelkie przejawy prowincjonalnej maniery aktorskiej, nabytej mimo woli na scenach galicyjskich. Zaczął od skrytykowania sposobu recytowania przez Modrzejewską wiersza: „Pani ma głos bardzo ładny, ale po co nim śpiewać, kiedy muzyki nie ma!”. Następnie sam przeczytał odnośny tekst, akcentując go w sposób zupełnie naturalny, niemal jak prozę. Było to bardzo nowoczesne podejście do rymowanej roli. Tym samym torem szły późniejsze interpretacje teatru Reduta, posunięte jednak nazbyt daleko: krytycy ubolewali nad całkowitym zatarciem niezrównanego rytmu wiersza Fredry w Zemście czy Ślubach panieńskich. Głos miała Modrzejewska rzeczywiście przepiękny, o wielkiej sile wyrazu, ale niezbyt donośny, najlepiej sprawdzający się w średnich brzmieniach, raczej ubogi w tony z dwóch krańców skali: wysokie i niskie. Była w stanie zmieniać jego barwę zależnie od nastawienia uczuciowego, mógł więc być miękki, aksamitny, pełen czułości, mógł też zabrzmieć stanowczo i metalicznie, przez co porównywano go do srebrnego dzwonu. Franciszek Siedlecki posunął się nawet do stwierdzenia, że ton głosu Modrzejewskiej potrafił oddać koloryt wiersza wypływający z jego zasadniczego rytmu: „Był przy jambach wesoły, radosny, żywiołowy, jak barwy kwiatów rozsianych po łące lub wzorzyste ubrania dziewcząt wiejskich, a przy trochejach w innej modulacji poważny jak barwne harmonie weneckich malarzy”. Dykcję miała zawsze krystalicznie czystą.