Na wschód do Tatarii. Podróże po Bałkanach, Bliskim Wschodzie i Kaukazie - Robert D. Kaplan - ebook
Opis

„Czy walka z chaosem i absolutyzmem na Bliskim Wschodzie leży w naszym interesie? Na Bałkanach – owszem, ponieważ sąsiadują z Europą Środkową i stanowią naturalny kierunek w poszerzaniu zachodniej strefy wpływów i dobrobytu. Gdzie indziej nasze zaangażowanie zależy od tego, czy istnieje stan wyższej konieczności.

Demokracja może bujnie rozkwitnąć w Europie Środkowej, w południowej części Ameryki Łacińskiej czy gdzie indziej, ale w większości krajów Bliskiego Wschodu w pierwszej dekadzie XXI stulecia wciąż będzie, niestety, czystą abstrakcją” – pisze Robert D. Kaplan.

Kolejna prorocza wizja wnikliwego obserwatora? Prowokacja cynicznego podróżnika? W najnowszej książce autor bestsellerowych Bałkańskich upiorów proponuje nam podróż „na wschód od Zachodu”. Z charakterystyczną dla siebie wnikliwością bacznie przygląda się ruchom tektonicznym pośród narodów zamieszkujących obszar od Węgier i Rumunii, poprzez rejon Morza Kaspijskiego, Turcję, Syrię aż do Izraela i Kaukazu. Bezbłędnie wyłuskuje słabości systemu, odnotowuje drgania nastrojów społecznych, by jako znany polityczny sejsmolog wyczulić nas na najmniejsze sygnały problemów, zanim staną się zarzewiem prawdziwego konfliktu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 508

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Robert D. Kaplan

Na wschód do Tatarii

Podróże po Bałkanach, Bliskim Wschodzie i Kaukazie

Przełożył Janusz Ruszkowski

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Eastward to Tartary: Travels in the Balkans, the Middle East, and the Caucasus

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / ­Pracownia Papierówka

Zdjęcie na okładce © by Christopher Anderson / Magnum Photos /

Ek Pictures

Zdjęcie Autora © by Jerry Bauer

Copyright © 2000 by Robert D. Kaplan. By arrangement with the author. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2010

Copyright © for the Polish translation by Janusz Ruszkowski, 2010

Copyright © for the maps by d2d.pl, 2010

Redakcja Małgorzata Poździk

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Korekty Magdalena Kędzierska / d2d.pl, Zuzanna Szatanik / d2d.pl

Skład Zuzanna Szatanik / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-027-7

Allenowi Pizzeyowi i Dee Hemmings

[…] wydaje mi się bardziej odpowiednim iść za prawdą zgodną z rzeczywistością niż za jej wyobrażeniem. Wielu [bowiem] wyobrażało sobie takie republiki i księstwa, jakich w rze­­czywistości nie widzieli ani nie znali, [gdyż] sposób, w jaki się żyje, jest tak różny od tego, w jaki się żyć powinno […].

NICCOLÓ MACHIAVELLI, KSIĄŻĘ

przeł. Cz. Nanke

Znajomość najgorszych prawd nie zawsze chroni przed ich konsekwencjami, ale zawsze jest lepsza od niewiedzy.

ISAIAH BERLIN, Oryginalność Machiavellego

przeł. T. Bieroń

OD AUTORA

Ta książka ma w sobie coś ulotnego. To portret euroazjatyckich państw leżących między Europą Wschodnią a Azją Środkową, także na Bliskim Wschodzie, w krótkim, ale burzliwym okresie między zakończeniem zimnej wojny w listopadzie 1989 roku a terrorystycznym atakiem z 11 września 2001 roku. Mimo to, jako całość, przetrwała próbę czasu.

Tematem przewodnim rozdziałów o Bałkanach było rosnące strategiczne znaczenie tego regionu jako przyczółka NATO na Wielkim Bliskim Wschodzie. I rzeczywiście, po 11 września kraje te zostały włączone do Paktu, a ich czarnomorskie wybrzeże stało się bazą dla operacji amerykańskich sił powietrznych w Iraku i Afganistanie. W ostatnich latach, wskutek wojny w Iraku i kryzysu w Iranie, wzrosło także strategiczne znaczenie Turcji, która była jednym z najważniejszych przystanków mojej ówczesnej podróży. W tej książce czytelnik znajdzie charakterystykę umiarkowanych islamistów, którzy dziś rządzą tym krajem.

Sporo miejsca poświęciłem Gruzji, zwracając uwagę na jej bogate kulturowe dziedzictwo i całkowitą wyjątkowość, a zarazem na irytującą, typowo wschodnią niestabilność. Trasa podróży wiodła również przez Osetię Południową, a jak wiadomo, konflikt między tymi dwoma krajami osiągnął apogeum w 2008 roku i doprowadził do najechania Gruzji przez Rosję, której widmo także unosi się nad tymi stronicami.

Azerbejdżan i Syria, jakkolwiek całkowicie odmienne, wciąż są słabymi, autokratycznymi państwami, choć Azerbejdżan zrobił już pierwszy krok ku demokracji. O Libanie pisałem w kontekście jego rozkwitu u schyłku lat dziewięćdziesiątych – ta spuścizna, na szczęście wciąż żywa, stanowi zaporę dla wpływów Hezbollahu w Bejrucie. Walid Dżumblat, przywódca libańskich druzów, nic się nie zmienił od tamtego czasu: nadal jest politykiem wpływowym, przenikliwym i niezwykle barwnym. Niestety Gebran Tueni, dziennikarz, z którym wówczas rozmawiałem, w 2005 roku padł ofiarą zamachu inspirowanego zapewne przez Syryjczyków. Turkmenistan chyba zmienił się na lepsze: jego groteskowy dyktator Saparmurat Nijazow zmarł, nim zdążył doprowadzić do rozbicia kraju. Izrael i Armenia pozostały takie jak zawsze: szalenie żywiołowe i równie fascynujące.

Jeśli ta książka ma jeden temat przewodni, to jest nim realność i stopniowalność granic. Z tego punktu widzenia popełniłem w Rozdziale 1 poważny błąd, zbyt pobieżnie referując poglądy Rudolpha Fischera na temat roli Karpat w dziejach Europy. Z tego względu w nowym wydaniu wprowadziłem pewne zmiany. By jednak w pełni docenić głębię myśli Fische­­ra, najlepiej sięgnąć bezpośrednio do źródła – jego artykułu The Shriving of a Penitent Central European opublikowanego w „Transylvanian Review” latem 1997 roku.

Robert D. Kaplan

Stockbridge, Massachusetts

Lato 2009

CZĘŚĆ I

Bałkany

ROZDZIAŁ 1

Rudolf Fischer, kosmopolita

Woń śliwowicy i czerwonego wina mieszała się z zapachem kurzu zalegającego na starych książkach i mapach. Była dziesiąta rano 17 lutego 1998 roku. Znajdowałem się w mieszkaniu na szaroburych przedmieściach Buda­pesztu. Mój gospodarz, Rudolf Fischer, zaproponował, żebyśmy się napili. „Śliwowica jest koszerna – spójrz na etykietkę po hebrajsku! A wino jest młode – z winnicy w Villányi w południowych Węgrzech. Łatwo wchodzi i rozwiązuje języki!”.

Niewielki pokój z wiejskimi kilimami w ludowe wzory i innymi bałkańskimi pamiątkami pełnił też funkcję biblioteki z tomiszczami z początku XX wieku, w kilku językach, o bałkańskim nacjonalizmie, o Persach i imperium osmańskim, o bizantyjskiej spuściźnie Grecji i innych problemach zapadłej prowincji Europy. Fischer miał gęste siwe włosy i wąsy, a minę zadumaną. Nosił zamszowe spodnie i pasterską kamizelkę z owczej skóry. Jego dziarska postać na tle map i błyskotek przywodziła na myśl wiktoriańskiego odkrywcę, językoznawcę i tajnego agenta sir Richarda ­Francisa ­Burtona w jego ­bibliotece w ­Trieście[1]. To właśnie do Fischera zgłosiłem się po radę przed wyruszeniem w podróż po Bliskim Wschodzie, z Bałkanów do Azji Środkowej, którą w czasach elżbietańskich nazywano Tatarią.

„Urodziłem się w 1923 roku – zaczął opowiadać ­Fischer – w Kronstadt, w Transylwanii, mieście zamieszkanym głównie przez Niemców, dziś przemianowanym przez Rumunów na Braszów. Mój ojciec był węgierskim Żydem z bardzo ortodoksyjnej rodziny. Matka była Saską[2] i luteranką. Była folksdojczką – w czasie okupacji hitlerowskiej wpisała się na listę uprzywilejowanych osób pochodzenia niemieckiego. Rodzice chyba musieli się kochać, inaczej by się nie pobrali. Przed wojną stosunki między różnymi grupami etnicznymi były pełne subtelności, dziś trudnych do wyobrażenia. Matka uciekła z komunistycznej Rumunii, podając się za Żydówkę wyjeżdżającą do Izraela. Moja żona też jest Saską i luteranką, także pochodzi z okolic Kronstadtu. Co do mnie – dodał z uśmiechem – to oczywiście dla Niemców byłem Żydem, ale dla współczesnych rabinów w Izraelu już nie”. Fischer wręczył mi swoją wizytówkę. Nie było na niej adresu ani telefonu, tylko trzy słowa:

RUDOLF FISCHER

καλαμαράς

Greckie słowo, wyjaśnił, oznaczało „dziewiętnastowiecznego pisarza listów miłosnych” do kobiet w zastęp­stwie ich mężów, którzy służyli w tureckiej armii i nie umieli pisać.

Każdy z nas wzniósł toast, po czym Fischer rozłożył przede mną austriackie mapy z końca XIX wieku i jedną niemiecką, nieco wcześniejszą. „To mapy, za pomocą których musisz zaplanować podróż. Są lepsze od tych z czasów zimnej wojny. Te sprzed 1989 roku są oczywiście bezużyteczne. Żelazna kurtyna wciąż tworzy granicę społeczną i kulturalną. Wiesz, co jest największą zaletą restauracji McDonald’s na Węgrzech i w innych byłych krajach socjalistycznych? To jedyne miejsce publiczne z czystymi toaletami”.

Potem wskazał na niemiecką mapę z połowy XIX ­wieku i powiedział, że Karpaty, a ściślej ich rumuńskie pasmo, stanowią granicę między dawną monarchią austro­-węgierską na północy i zachodzie oraz dawnym im­­pe­rium Turków osmańskich na południu i wschodzie. W części austro­-węgierskiej było gęsto od miast i miasteczek; część osmańska była niemal pusta: to obszary słabo wówczas zbadane, na których nie obowiązywały żadne regulacje handlowe – Wołoszczyzna, Serbia, Bułgaria. Te regiony także dzisiaj są znacznie słabiej rozwinięte niż Transylwania, Chorwacja czy Węgry. Według Fischera ta mapa obrazowała historyczną tragedię, bo chociaż Karpaty istotnie stanowiły naturalną granicę, to tak naprawdę były nią dopiero od trzystu lat. Przez wiele poprzednich stuleci wcale nie pełniły takiej funkcji. Europejskie granice, zdaniem Fischera, nie są ­kwestią ­geograficznego determinizmu. Szczerze ubolewał z powodu tej trzystuletniej linii demarkacyjnej, która uniemożliwiła rozprzestrzenianie się oświeceniowych idei dalej na wschód. A jednocześnie zwracał uwagę – o czym wielokrotnie pisał – że wcześniej przez te góry swobodnie przedostawały się towary i idee.

Niemniej jednak, przynajmniej w mojej wyobraźni, ten podział nie był całkiem sztuczny. Rozdarcie Bałkanów między imperia austro­-węgierskie i osmańskie odzwierciedlało znacznie wcześniejsze pęknięcie. W IV wieku cesarstwo rzymskie podzieliło się na część zachodnią i wschodnią. Rzym nadal był stolicą cesarstwa zachodniego; stolicą cesarstwa wschodniego został Konstantynopol. Rzymskie cesarstwo zachodnie dało początek imperium Karola Wielkiego i Państwu Kościelnemu, innymi słowy, Europie Zachodniej. Cesarstwo wschodnie – Bizancjum – zamieszkiwali głównie greckojęzyczni prawosławni, a po 1453 roku, czyli po zdobyciu Konstantynopola przez Turków, muzułmanie. Granica między cesarstwami zachodnim i wschodnim biegła przez środek terytorium, które po pierwszej wojnie światowej stało się wielonarodowym państwem jugo­­słowiańskim. Kiedy w 1991 roku państwo to uległo gwałtownemu rozpadowi, przynajmniej początkowo przypominał on podział cesarstwa rzymskiego sprzed szesnastu wieków. Słoweńcy i Chorwaci byli katolikami, spadkobiercami tradycji zachodniej – od Rzymu po Austro­-Węgry; Serbowie natomiast byli prawosławnymi dziedzicami osmańsko­-bizantyjskiej tradycji Rzymu na wschodzie.

Karpaty, które ciągną się na północny wschód od byłej Jugosławii i dzielą Rumunię na dwie części, wzmacniały granicę między Rzymem i Bizancjum, a później Wiedniem habsburskich cesarzy i Konstantynopolem tureckich sułtanów. Rudolf Fischer stwierdził, że Karpaty, które niełatwo przebyć, częściowo zahamowały rozprzestrzenianie się na wschód takich osiągnięć kultury europejskiej, jak architektura romańska i gotycka oraz renesans i reformacja[3]. „To właśnie dlatego także Grecja należy do Wschodu” – powiedział. Dodał, że „Rumunia, ze względu na wpływy renesansu i reformacji na południowym zachodzie kraju, była przed drugą wojną światową bardziej rozwinięta niż Grecja! Dopiero doktryna Trumana – zamachał rękami – dziesięć miliardów dolarów pomocy amerykańskiej, stworzyła dzisiejszą, »zachodnią Grecję«. Podobnie – ciągnął Fischer – różnice między stalinowskim przywódcą Węgier Mátyásem Rákosim i stalinowskim przywódcą Rumunii Gheorghe Gheorghiu­-Dejem, a w jeszcze większym stopniu między ich następcami Jánosem Kádárem i Nicolae Ceauşescu były w gruncie rzeczy różnicami między – nie widzisz tego? – habsburskimi Austro­-Węgrami i osmańską Turcją. Rákosi i Kádár byli może wyrodnymi Środkowymi Europejczykami, ale – jako Węgrzy – jednak Środkowymi Europejczykami. Gheorghiu­-Dej i Ceauşescu to zaś orientalni despoci z tej części Europy, na którą większy wpływ wywarła osmańska Turcja niż habsburska ­Austria. I to dlatego komunizm wyrządził mniej szkód na Węgrzech niż w Rumunii”.

Rzeczywiście, w Europie Środkowej komunizm ogłaszał się lekiem na nierówności ekonomiczne oraz inne problemy wynikające z burżuazyjnego rozwoju przemysłowego i był rodzajem radykalnego liberalnego populizmu, natomiast w niegdysiejszym imperium osmańskim, gdzie taki rozwój nigdy nie nastąpił, stał się siłą czysto destrukcyjną, drugim najazdem mongolskim.

„Váci utca – stwierdził Fischer, mając na myśli modną budapeszteńską ulicę luksusowych sklepów – z jej latarniami i atmosferą Wesołej wdówki[4] to dzieło nie post­komunizmu, lecz takiego komunizmu, jak go pojmowali Węgrzy z ich środkowoeuropejskimi tradycjami w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych”.

*

Historia i geografia to oczywiście tylko ramy, które ludzkość wypełnia szczegółami[5]. Wbrew temu, co mówił Fischer, Europa przecież nie kończyła się na Karpatach. Weźmy na przykład „żelazną kurtynę” – wytwór nie tyle geografii czy kultury, ile polityki mocarstw po drugiej wojnie światowej – stanowiącą granicę równoległą do tej, która rozdzieliła imperia habsburskie i osmańskie. Z jednej strony różnice w rozwoju byłych krajów komunistycznych, które niegdyś zaznały panowania ­habsburskiego – takich jak Węgry, Czechy i Polska – oraz tych, którymi władały Bizancjum i Turcja osmańska – takich jak Rumunia i Bułgaria – są bardzo wyraźne. Z drugiej jednak Węgry łączy z dawnymi sojusznikami z Układu Warszawskiego, Rumunią i Bułgarią, więcej, niż są skłonne przyznać. Zdaniem Fischera, mimo rozwoju gospodarczego Węgry nie potrafią uciec od przeszłości.

„Nasze prostytutki w Budapeszcie to Rosjanki i Ukrainki; nasze pieniądze wciąż nie mają żadnej wartości na Zachodzie; nasza ropa i nasz gaz pochodzą z Rosji; zorganizowana przestępczość i korupcja są równie częste jak w krajach, z którymi graniczymy od południa i wschodu. Walki mafijne i handel narkotykami są poważnym argumentem za wprowadzeniem wiz dla Rumunów, Serbów i Ukraińców, ale rząd węgierski nigdy tego nie zrobi, bo to odcięłoby nas od mniejszości węgierskiej za granicą. Czy to się nam podoba, czy nie, jesteśmy ściśle związani z postkomunistycznym Wschodem”.

Mógł jeszcze dodać, że korytarz w jego bloku jest ciemny i brudny, jak wszędzie w świecie postkomunistycznym, gdzie dziesięciolecia własności państwowej na długo oduczyły ludzi dbałości o otoczenie. Sam blok – niewzbudzający zaufania, sprawiający wrażenie niewykończonego budynek z żółtobrązowych pustaków – podobnie jak wszystkie na osiedlu Fischera, bardziej przypominał zabudowę w byłej komunistycznej Azji Środkowej niż w odległej o dwie godziny jazdy pociągiem Austrii. Mur berliński został zburzony w listopadzie 1989 roku, ale dekadę później jego widmo wciąż prześladowało podróżnych.

– A co z NATO? – spytałem. – Czy po przyjęciu Polski, Czech i Węgier nowa wschodnia granica paktu będzie też nową granicą między Europą i Bliskim Wschodem?

– NATO nie ma znaczenia – Fischer machnął lekceważąco ręką. – Liczy się tylko Unia Europejska. – Wyjaśnił, że Unia Europejska rozwiąże kwestie waluty, kontroli granicznych, paszportów, handlu, stóp procentowych, ochrony środowiska i norm żywieniowych – codzienne sprawy, które odmienią Węgry.

– Austria nie jest członkiem NATO, ale czy zali­­czył­byś ją do krajów Europy Wschodniej albo Bliskiego Wschodu?

– Oczywiście, że nie. (W tamtym czasie Austria nie była też członkiem Unii Europejskiej, ale jej gospodarka funkcjonowała zgodnie z wolnorynkowymi zasadami gospodarki unijnej).

Dlatego też wydawało się prawdopodobne – w każdym razie w przypadku, jeśli Unia szybko rozszerzy się o Węgry, Słowenię, Czechy i Polskę, lecz dopiero dekadę później przyzna prawa członkowskie Rumunii, Bułgarii, Macedonii, Turcji i Rosji – że sojusz państw zachodnich przybierze postać mniej lub bardziej przypominającą Święte Cesarstwo Rzymskie u szczytu jego rozwoju w XI wieku, a podział na chrześcijaństwo zachodnie i wschodnie zostanie ponownie zinstytucjonalizowany, jak to miało miejsce za czasów Rzymu i Bizancjum oraz imperiów habsburskiego i osmańskiego. Wówczas Bliski Wschód zaczynałby się na granicach Węgier i Rumunii. W dodatku, całkiem jak na tej starszej mapie, Rosja obecnie powraca do granic szesnastowiecznego Wielkiego Księstwa Moskiewskiego: tryskającego energią państwa­-miasta pośród chaotycznych żywiołów[6].

– Węgrzy chcą uduchowić granice, takich właśnie słów tutaj się używa – powiedział Fischer.

– Chodzi o to, żeby granice były jak filtr? – spytałem. – Żeby chroniły, ale nie dzieliły?

– Możliwe – odparł cierpko Fischer. – Tak naprawdę to Węgrzy chcieliby, żeby ze Wschodu przyjeżdżali tylko tamtejsi Węgrzy i nikt więcej.

Zaczął narzekać na „współczesność” w Europie, w której demokratyczne wrzenie na przełomie XIX i XX wieku wzmocniło lokalne nacjonalizmy, a industrializacja powiększyła zakres władzy państwowej. Skutkiem tego był upadek wielonarodowych imperiów w rodzaju habsburskich Austro­-Węgier czy osmańskiej Turcji oraz powstanie jednonarodowych mocarstw w rodzaju Niemiec, a także niestabilnych, plemiennych księstewek na po­wojennych Bałkanach, chociaż niektóre miały status demo­kracji parlamentarnych. Nawet rewolucje 1848 roku w Europie Środkowej nie były tak demokratyczne, jak się wydaje. Odwoływały się w jednakowym stopniu do idei narodowych i liberalnych, a na ziemiach węgierskich napotkały opór mniejszości chorwackiej, serbskiej i rumuńskiej[7]. Dla Fischera „współczesność” oznaczała ­„kampanie madziaryzacji” i inne formy „czystek etnicznych”, które prowadziły do narodzin państewek tyranizowanych przez „etniczną większość”. Stwierdził, że współczesne czasy symbolizuje to, co stało się w dniu jego dwudziestych pierwszych urodzin, 17 września 1944 roku.

– Ponieważ po wybuchu drugiej wojny światowej udało nam się z ojcem uciec z Rumunii i zdobyć wizy australijskie, byłem wtedy w wojsku australijskim. Dowódca dał mi krótką przepustkę. Tak więc dzień urodzin spędziłem samotnie, włócząc się po buszu i zastanawiając, kto z mojej rodziny i przyjaciół w Transylwanii przeżył, a kto nie.

Dopiero po wojnie dowiedziałem się z książki Randolpha Brahama o węgierskim Holokauście, że właśnie tego dnia żołnierze węgierscy rozstrzelali wszystkich Żydów z Sármás, wioski położonej na wschód od Kolozsváru w Transylwanii[8]. Biedacy. Uważali się za Węgrów. Mówili po węgiersku. Przetrwali pięć lat rządów faszystów, unikając deportacji do obozu koncentracyjnego. Wydawało się, że cudem o nich zapomniano pośród horroru wojennej zawieruchy. Wtedy w Sármás zjawili się żołnierze węgierscy i co zrobili? Na kilka dni zamknęli ­wszystkich w chlewach, a potem zapędzili na wzgórze i rozstrzelali. Holokaust to także wiele małych pogromów”[9].

Tydzień po rozmowie z Fischerem stanąłem na wzgórzu w rumuńskim Sărmaş. Była to rozległa łąka otoczona chałupami ze spróchniałych drewnianych bali, na której tarzały się w błocie świnie, a wieśniacy w czarnych baranicach ścinali trawę kosami. Ujrzałem trzy rzędy grobów, łącznie sto dwadzieścia sześć, każdy ozdobiony gwiazdą Dawida i hebrajską inskrypcją. Otaczało je brzydkie betonowe ogrodzenie, koszmarny sarkofag, który można by nazwać „historią współczesną”. Przeszedłem przez ogrodzenie i przeczytałem rumuńską inskrypcję:

[Węgierskie] wojska faszystowskie, nie­przyjaciele rodzaju ludzkiego, zajęły wioskę Sărmaş i zapędziły wszystkich Żydów – mężczyzn, kobiety i dzieci – do chlewów, gdzie przetrzymywano ich bez pożywienia, torturowano i poni­żano w najokrutniejszy sposób przez dziesięć dni, kiedy to w ­przede­­­dniu żydowskiego święta Rosz ­ha­-Szana ­wyprowadzono ich na owo wzgórze płaczu i ­brutalnie zamordowano […][10].

Oczywiście na rumuńskim pomniku nie było mowy o rów­nie potwornych zbrodniach dokonanych na Żydach w czasie drugiej wojny światowej przez samych Rumunów.

– To właśnie dlatego tak dobrze zapamiętałem dzień moich dwudziestych pierwszych urodzin w ­Australii – ciągnął Fischer. – Utkwił mi w pamięci, odkąd się dowiedziałem, co się wydarzyło tego samego dnia w Sărmaş. Widzisz, Robert, nieważne, czy nacjonalizm jest węgierski, czy rumuński, bo zawsze jest zły. Granica, którą stanowią Karpaty, była dobrodziejstwem w porównaniu z granicami, które stawiają współczesne nacjonalizmy, ponieważ Karpaty rozdzielały imperia, w których mieszały się narody i religie. Jestem kosmopolitą. I tym właśnie powinna być dziś każda cywilizowana jednostka!

Stwierdziłem, że kosmopolityzm zawsze musi odwoływać się do pamięci. Bez pamięci nie jest możliwa ironia, która jest esencją historii. Bo, jak powiedział Fischer, w autokratycznych reżimach, w rodzaju habsburskiej Austrii czy osmańskiej Turcji, mniejszości – Żydzi, Cyganie, Kurdowie i inne narodowości – były na ogół bezpieczne. Zaczynano je prześladować i mordować, kiedy z tych autokracji wyłaniały się zdominowane przez etniczne większości niepodległe państwa, jak Austria, Węgry, Rumunia, Grecja czy Turcja.

Fischer sięgnął po laskę i kazał mi włożyć płaszcz. „Pójdziemy na spacer. Muszę ci coś pokazać, zanim rozpoczniesz swoją podróż”.

Przez pół godziny żwawo prowadził mnie ponurymi, zatłoczonymi, hałaśliwymi ulicami, przejściami podziemnymi i alejkami pustego parku, a następnie wzdłuż torów kolejowych, które wiły się na tyłach starych, obskurnych bloków mieszkalnych. Mijaliśmy ludzi w workowatych ubraniach i brudnych kitlach, ze sfatygowanymi teczkami. „Jesteśmy w dzielnicy – rzucił Fischer – opisywanej przez Heimito von Doderera jako »spora część miasta, w której odsłania ono swe szpetne organy skryte pod piękną skórą«”. Pomyślałem o girlandach kolorowych świateł wzdłuż ulic nad Dunajem, z luksusowymi sklepami i wycieczkami zachodnich turystów, odległych o zaledwie kilka przystanków tramwajowych: centrum Budapesztu było już w Europie Zachodniej i w XXI wieku, ale ta część miasta wciąż tkwiła w Europie Wschodniej i w epoce sprzed zburzenia muru berlińskiego.

Za placem Orczy na najdalszym południowo­-wschod­nim krańcu Budapesztu dotarliśmy do olbrzymie­­go skupiska blaszanych straganów i obskurnych barów działających w porzuconych posowieckich wagonach kolejowych. Można tam było kupić chińskie podróbki markowych adidasów za równowartość dziesięciu dolarów, swetry za cztery dolary, skarpety, zegary, kurtki, telefony komórkowe, szampony, zabawki i co tylko dusza zapragnie – wszystko tanie i wyprodukowane albo w Azji, albo w byłych demoludach. Wiele towarów pochodziło z Rosji. Żywność w barach była turecka. Sprzedawcami byli Chińczycy, Kazachowie, Uzbecy i inni mieszkańcy Azji Środkowej, ale głównie Chińczycy. Zauważyłem przystanki, z których odjeżdżały autobusy do kilku miast w Rumunii i innych krajach Wschodu, ale żadnego na Zachodzie. Wszędzie było widać węgierskich policjantów, bo ostatnio doszło tutaj do kilku morderstw. Nikt nie był elegancko ubrany.

„Budapeszteńczycy nazywają to miejsce »chińskim rynkiem« – powiedział Fischer. – Powstał na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy upadł Związek Sowiecki, a Chiny złagodziły ograniczenia w podróżowaniu dla swoich obywateli. To istny karawanseraj”. Chińczycy zdominowali nielegalne sieci handlowe, zaopatrujące w tanie produkty większość krajów Europy Wschodniej, których mieszkańców nie stać było na towary z Zachodu. Tutaj można było się dogadać w każdym języku. Handel był „wielkim wyrównywaczem”. „To prawda, jest trochę przemocy, gangsterskich porachunków – powiedział Fischer. – Ale czy inaczej było w zaułkach Odessy sto albo dwieście lat temu, gdzie naszym żydowskim przodkom wiodło się mniej więcej tak samo, jak tym ludziom?”.

„To wszystko, co chciałem ci pokazać, Robert – zakończył Fischer. – Pamiętaj, że »żelazna kurtyna« wciąż kształtuje społeczeństwo. Popatrz choćby na ten rynek. Trudno w kilka lat uporać się ze skutkami ponad czterech dekad najstraszliwszych represji”. Zaprowadził mnie do tramwaju i przejechał ze mną kilka przystanków. „To dobrze, że będziesz podróżował przez Transylwanię. Tyle tam do zobaczenia” – powiedział z tęsknotą w głosie. Potem wysiadł z tramwaju i pomachał mi laską na pożegnanie.

Wysiadłem przy Nyugati pályaudvar, wielkim budapeszteńskim Dworcu Zachodnim, który w latach siedemdziesiątych XIX wieku zbudował Alexandre­-Gustave Eiffel (zanim jeszcze wzniósł słynną wieżę w Paryżu). To właśnie z Dworca Zachodniego wyruszyłem w podróż na Wschód. A teraz wyjaśnię, dokąd jechałem i dlaczego.

ROZDZIAŁ 2

Na Wschód

Miałem zamiar przejechać przez kraje, które nazwałem Nowym Bliskim Wschodem – część Eurazji leżącą na wschód od Unii Europejskiej i granic niedawno rozszerzonego NATO, na zachód od Chin i na południe od Rosji. To niestabilny region, w którym nakładają się na siebie bizantyjskie, perskie i tureckie tradycje kulturowe. Na jego obszarze znajduje się siedemdziesiąt procent światowych złóż ropy naftowej i ponad czterdzieści procent gazu ziemnego[11]. Tak jak monarchia austro­-węgierska była w XIX wieku „sejsmografem Europy”, tak też Nowy Bliski Wschód – rozciągający się od Bałkanów na wschód do „Tatarii” – może stać się sejsmografem polityki światowej i areną bezwzględnej walki o zasoby naturalne w XXI stuleciu[12]. Dlatego też Centralne Dowództwo wojsk amerykańskich, odpowiedzialne za bezpieczeństwo na Bliskim Wschodzie i bardziej niż jakakolwiek inna ­jednostka przypominające kolonialne siły ekspedycyjne, ostatnio rozciągnęło swe działania na tereny byłego sowieckiego Kaukazu oraz Azję Środkową.

Postanowiłem udać się z Węgier na południowy wschód przez Rumunię i Bułgarię do Turcji, a potem na południe, przez Syrię, Liban i Jordanię, do Izraela. Po powrocie z Izraela do Turcji planowałem wyruszyć na wschód przez Anatolię i Kaukaz do Azji Środkowej. Ponieważ o Jugosławii napisano już całe tomy, zdecydowałem się ją ominąć. Kataklizm wojny etnicznej nie podlegał dyskusji – był skutkiem doświadczeń historycznych, polityki złych przywódców, którzy manipulowali zbiorową pamięcią, załamania gospodarki jugosłowiańskiej w latach osiemdziesiątych, które miałem okazję obserwować, rozpadu zimnowojennych struktur bezpieczeństwa i braku reakcji Zachodu, kiedy był jeszcze na nią czas. Natomiast to, co się działo gdzie indziej na Bałkanach, wcale nie było takie oczywiste.

Chciałem na własne oczy zobaczyć przyszłe granice Europy, zwiastuny upadku arabskich dyktatur, społeczne i polityczne skutki powstania nowych rurociągów pompujących ropę z Morza Kaspijskiego. (Chociaż ostatnie wiadomości o odkryciu złóż ropy w tym obszarze były przesadzone, to w następnej dekadzie pod względem wielkości produkcji region stanie się „drugim Morzem Północnym”, pełniąc jednocześnie funkcję węzła transportowego dla części największych światowych złóż gazu ziemnego). Ale interesowały mnie także dzieje ustrojów politycznych w tym regionie, ponieważ wiedziałem, że niemal w każdym kraju, przez który będę ­przejeżdżał, ­instytucje państwowe są bardzo słabe. Wprawdzie znaczna część tych państw nazywała się demokracjami, ale faktyczne relacje wewnątrz aparatu władzy często dowodziły, że ważniejszą, choć skrywaną rolę odgrywały struktury wojskowe, policyjne i gospodarcze.

Zastanawiałem się, jak ludzie postrzegają samych siebie. Czy wskutek globalizacji więzi narodowe tracą na znaczeniu na rzecz nowych form kosmopolityzmu? A jeśli tak, to czy wpłynie to na autorytarne reżimy? Jeżeli dyktatury ustąpią miejsca bardziej demokratycznym formom rządów, czy sytuacja w krajach, przez które będę przejeżdżać, stanie się mniej, czy bardziej stabilna? Nawet w Izraelu, jedynym miejscu na trasie mojej podróży, gdzie od dawna panuje zinstytucjonalizowana demo­kracja, wcale nie musi ona przetrwać w dotychczasowej postaci i zachować swojego cywilnego charakteru.

*

Najpierw pojechałem do Debreczyna, węgierskiego miasta oddalonego od Budapesztu o trzy godziny jazdy na wschód. Granica między Europą i Bliskim Wschodem, którą miałem przekroczyć, nie zaczynała się i nie kończyła w żadnym konkretnym miejscu – jedno przechodziło w drugie stopniowo. Pierwszym stopniem był „chiński rynek” na wschodnich peryferiach Budapesztu, bardziej orientalnych i mniej rozwiniętych niż budapeszteńskie turystyczne centrum nad Dunajem. W kolejnych tygodniach miałem pokonać następne stopnie.

Przez okno pociągu oglądałem płaski, nudny pejzaż – błotniste drogi, samotne kępy topoli, domy ­obłażące z tynku i spróchniałe kurniki. Po półtorej godziny przejechaliśmy nad Cisą i płaski krajobraz opustoszał, stając się bardziej panoramiczny – z żyzną czarną ziemią i oceanami cytrynowozielonej trawy mieniącej się w późno­zimowym świetle wyjątkowo, jak na tę porę roku, ciepłego dnia. To była puszta – część Alföld, czyli Wielkiej Niziny Węgierskiej – najdalej wysunięty na zachód azjatycki step. W tym miejscu siedem plemion madziarskich, przodków współczesnych Węgrów, w 896 roku wkroczyło na Węgry pod wodzą księcia Arpada, wcześniej przez blisko tysiąc lat migrując na zachód z Uralu i przeprawiając się przez północny Kaukaz, gdzie zetknęły się z Bułgarami i Turkami. Świadectwem tej koczowniczej przeszłości jest język węgierski, należący do grupy języków ugrofińskich i zawierający liczne zapożyczenia z turecczyzny[13].

We wczesnym średniowieczu oprócz Madziarów dotarły na nizinę również inne środkowoazjatyckie ludy – Scytowie, Hunowie, Awarowie, Tatarzy, Kumycy i Pieczyngowie – które odcisnęły na niej swoje genetyczne piętno, po czym znikły[14]. Wcześniej była ona północno­-wschodnią rubieżą Rzymu, gdzie w VI wieku względny ład i dobrobyt w cesarskich prowincjach Panonii, Górnej Mezji i Dacji ustąpiły chaotycznemu panowaniu Gepidów i Sarmatów[15]. Płaska i pusta, wyglądała jak pogranicze. Ale nie biegła tędy żadna granica. Debreczyn na wschodnim krańcu puszty okazał się mniejszą wersją Budapesztu.

*

Poprzednim razem gościłem w tym dwustutysięcznym mieście, znanym z handlu produktami rolnymi, w 1973 roku, kiedy podróżowałem autostopem po Europie Wschodniej. Pamiętam senne uliczki, pustawe sklepy, żółte gotyckie kamienice ze zdobieniami, które upodobniały je do lukrowanych ciastek, i zielonkawe, jakby orientalne kopuły. Teraz można tu było kupić prawie wszystko. Plac koło dworca kolejowego był odpowiednikiem budapeszteńskiego chińskiego rynku, zapchanym ludźmi w dresach, sprzedającymi i kupującymi rozmaite tanie produkty z Azji i byłych krajów komunistycznych. Posadzka hallu dworcowego była zastawiona rzędami niedrogich czarnych półbutów. Jednak centrum Debreczyna przypominało centrum Budapesztu. Były tutaj bankomaty i chromowane szyldy sklepowe z fantazyjnym liternictwem. Oddziały zagranicznych banków z marmurowymi fasadami były równie liczne jak protestanc­kie kościoły, którym miasto zawdzięczało przydomek „kalwińskiego Rzymu”. Liczne sklepy sportowe i butiki o takich nazwach, jak Yellow Cab, 2nd Avenue czy 48th Street New York, sprzedawały modne adidasy, a billboardy reklamowały kursy taekwondo, rugby, tańca hip­-hop techno rap. Cichy, zdewastowany barokowy dziedziniec, który pamiętałem sprzed ćwierć wieku, teraz był świeżo odmalowany na pastelowe kolory i zdominowany przez wielką reklamę „Microsoft Solution Provider”. Tłoczno było zarówno na chodnikach, jak i na jezdniach. Przed witrynami sklepowymi koczowały grupki nastolatków w obcisłych dżinsach. Kioski były pełne zachodnich pism rozrywkowych i komputerowych. W lutym 1998 roku najbardziej rozpowszechnionymi obrazami na ulicach Debreczyna były wizerunki Leonarda di Caprio i reprodukcje mapy Węgier z 1890 roku, obejmującej Transylwanię (która w 1918 roku stała się częścią Rumunii).

Zaskoczył mnie rozkwit prywatnej przedsiębiorczości: Debreczyn był znany ze swego religijnego konserwatyzmu i leżał daleko od Budapesztu, w jednym z najuboższych regionów Węgier. W połowie XVI wieku miasto było siedliskiem protestantyzmu i katolikom nie wolno było się w nim osiedlać. Powstało tutaj kalwińskie kolegium, a miejscowi kalwini zawarli pakt z panującymi na tych ziemiach muzułmańskimi Turkami, gwarantujący miastu bezpieczeństwo. Jednak kalwinom z Debreczyna obca była tzw. protestancka etyka pracy. „We wschodnich Węgrzech kalwinizm był jedynie mieszanką konserwatyzmu i fatalizmu, kolejnym rysem narodowości zamkniętej w murach religijności odrzucającej wszelką innowację” – stwierdził László Csaba, węgierski ekonomista i socjolog, którego poznałem w Budapeszcie. Gospodarczo zawsze najszybciej rozwijały się katolic­kie regiony Węgier. (Csaba dodał, że także „pruska etyka pracy”, częściowo oparta na protestantyzmie, bywa błędnie rozumiana. „»Pruska etyka pracy« miała mniej wspólnego z przedsiębiorczością, a więcej z biurokracją i masowym uprzemysłowieniem. Spełniała swoją funkcję jedynie wówczas, gdy ktoś inny tworzył miejsca pracy i mówił ludziom, co mają robić. W postindustrialnej epoce wolnej przedsiębiorczości – mówił dalej – nie należy oczekiwać, że dawne pruskie regiony Niemiec odniosą spektakularny sukces ekonomiczny. Budapesztowi i reszcie Węgier bliżej do katolickiego Monachium niż do protestancko­-pruskiego Berlina, a w nowej Europie regionów te zorientowane na Monachium będą zapewne silniejsze”.

Inną przyczyną mojego zaskoczenia rozwojem Debreczyna był fakt, że gospodarka węgierska była najsłabsza właśnie na wschód od Cisy, gdzie bezrobocie w 1997 roku sięgnęło dwudziestu procent (przy średniej krajowej na poziomie ośmiu i siedmiu dziesiątych procent). Jednak była to względna słabość „tygrysiej” ekonomii, w której wartość rocznego eksportu wzrosła z pięciu i pół miliarda dolarów u schyłku lat osiemdziesiątych do dwudziestu miliardów dolarów w końcu lat dziewięćdziesiątych. Węgry eksportowały do krajów Europy Zachodniej więcej produktów inżynieryjnych niż Hiszpania i Portugalia: blisko połowę stanowiły nowatorskie zaawansowane rozwiązania techniczne[16]. Mówiąc językiem ekonomii, Węgry jako całość stanowiły przykład normalnego rozwoju, z tym że jedna trzecia kraju (Budapeszt i okolice) ­lokowała się nieco powyżej średniej, a jedna trzecia (region na wschód od Cisy) nieco poniżej. Mała powierzchnia Węgier, płaska topografia i centralne położenie stolicy ułatwiały przesączanie się korzyści płynących z zachodnich inwestycji do innych regionów. Dopiero tysiąc kilometrów dalej na wschód, w Turcji, będę mógł obserwować funkcjonowanie podobnej gospodarki jak węgierska, której rozwój nie ograniczał się do nielicznych miast.

Noc spędziłem w Aranybika (Złotym Byku), staroświeckim hotelu, zbudowanym w 1914 roku w stylu secesyjnym. Widać było już tylko ślady minionej świetności, ale miał umiarkowane ceny i przyzwoitą obsługę. Był to ostatni europejski hotel w całym tego słowa znaczeniu na szlaku mojej podróży na wschód do Tatarii.

*

Następnego ranka pożegnałem się z Debreczynem. Dworzec autobusowy – czyste, ponure gmaszysko ze szkła i betonu, pamiętające czasy komunizmu – zdobiły nowe reklamy Pepsi i elektroniczny rozkład jazdy. Autobus do Biharkeresztes, miasteczka leżącego pięćdziesiąt kilometrów na południowy wschód, przy granicy węgiersko­-rumuńskiej, był zapchany dostatnio wyglądającymi pro­­wincjuszami i rozkosznie pachniał serem i kiełbasą. Z powodu licznych objazdów i przystanków podróż trwała bite dwie godziny. Zanim na horyzoncie zamajaczyły pogórza Karpat, wschodnie obrzeża puszty przedstawiały majestatyczny widok: bezkresne połacie czarnej ziemi i zielonej trawy, rozrzucone tu i ówdzie ­skolektywizowane gospodarstwa, dachy kryte strzechą, muły obracające kołowroty studni i smukłe gotyckie wieże. Eleganckie witryny sklepowe i ople taksówki świadczyły, że nawet tutaj dotarło nowe. Byłem jedyną osoba, która wysiadła z autobusu na przystanku przed dworcem kolejowym w Biharkeresztes.

Tutaj granica osiągała kolejny stopień. Niemal pusty dworzec składał się z kilku pomieszczeń przedzielonych ściankami ze sklejki oraz z kasy pod mdłą żarówką. Chociaż do granicy rumuńskiej było nie więcej niż dwa kilometry, wystawienie międzynarodowego biletu do „Kolzsváru”, zwanego przez Rumunów Klużem (choć na początku lat siedemdziesiątych miasto zostało oficjalnie przemianowane na Kluż­-Napoka), zajęło kobiecie w niebieskim kitlu całe dwadzieścia minut. Kiedy szedłem do pociągu, węgierski pogranicznik ledwo rzucił okiem na mój paszport i przepuścił mnie bez słowa. Wsiadłem do najbliższego wagonu. Byłem sam w przedziale. Pociąg ruszył, przykleiłem twarz do szyby. Moją uwagę przykuła rura z gorącą wodą. Tam, gdzie kończył się połyskujący nowością metal, otulony izolacją z włókna szklanego, a zaczynała rdza i szmaty – w tym samym miejscu, w którym zaczęły pojawiać się hałdy śmieci i budy z falistej blachy, a asfaltowa szosa nagle zmieniła się w polną drogę – zaczynała się Rumunia.

ROZDZIAŁ 3

Pogłębiająca się przepaść

Pojawiało się coraz więcej ruder i śmieci, a także opuszczonych fabryk, otoczonych betonowym murem i zardzewiałym drutem kolczastym. Pociąg zatrzymał się zaraz po przejechaniu granicy rumuńskiej, w Episcopia Bihorului. Do mojego wagonu wsiadło kilku oficjeli. Jeden z nich wślizgnął się do WC i wcisnął rolkę papieru toaletowego do sfatygowanej teczki. Inny poprosił o mój paszport, obejrzał go dokładnie, zaniósł gdzieś i dziesięć minut później zwrócił z pieczątką uprawniającą do wjazdu. Trzeci zapytał o „cel” pobytu w Rumunii. Odparłem, że chcę odwiedzić przyjaciół. U czwartego wymieniłem osiemdziesiąt dolarów na gruby plik słabej, miejscowej waluty; piąty, w długim ciemnym płaszczu i kapeluszu, zajrzał do mojego przedziału i przez chwilę mierzył mnie twardym spojrzeniem.

Jednak było lepiej niż w czasach komunistycznych, gdy Amerykanie musieli mieć wizy, a wwiezienie (bez łapówki) maszyny do pisania było niemożliwe. Na Węgrzech granica była już prawie niezauważalna – przy wjeździe nie podstemplowano mi paszportu. Nikt nie nagabywał mnie o „cel pobytu”. Cała „kontrola” trwała nie minuty, ale sekundy. W Rumunii też zmieniało się na korzyść, ale tempo zmian było dużo wolniejsze, a punkt wyjścia bardziej odległy niż na Węgrzech. Treścią historii są jednak częściej zmiany względne niż absolutne.

Kiedy nieco później pociąg wjechał na stację w Oradei, dostrzegłem za oknem kolorowe billboardy, kilka osób z telefonami komórkowymi, elegancką kobietę z drogą skórzaną aktówką i drugą z laptopem – znów jakiś postęp w stosunku do posępnego krajobrazu rumuńskich lat osiemdziesiątych. Ale było w tym coś więcej. Kiedy pociąg toczył się dalej na południowy wschód między porośniętymi jodłami wzgórzami, które zapowiadały Karpaty i Transylwanię, widziałem Cyganów suszących pranie na kamieniach nad sinymi potokami; wieśniaków w kamizelkach z owczej skóry spulchniających ziemię widłami; odziane na czarno kobiety, powożące wozami drabiniastymi; kopulaste stogi siana obok zardzewiałych cystern z metanem; kury pierzchające z torów kolejowych na pola nasiąknięte olejem napędowym; kwiaty polne kwitnące przy stertach pogiętego żelastwa; porzucone, zdewastowane wagony przy kompleksach przemysłowych i odpady chemiczne, produkt uboczny mrzonek o samowystarczalnym rolnictwie – spuścizna stalinowskiego reżimu Nicolae Ceauşescu. Znajdowałem się w prymitywnym, tragicznie pięknym zakątku Europy, z pozostałościami kultury dojrzałego średniowiecza, które zniszczyła komunistyczna pseudomodernizacja, z chłopstwem cierpiącym nędzę u schyłku XX wieku i z gotyckimi kościołami, cmentarzami i kamiennymi fortyfikacjami na szczytach wielu pagórków, z których niegdyś rozciągał się wspaniały widok na strumienie wijące się w szerokich dolinach, teraz zaśmiecony stalowo­-betonowymi szkieletami zrujnowanych fabryk.

Późnym popołudniem dotarłem do Klużu, gdzie przed dworcem stało kilka zdezelowanych taksówek. Podałem jednemu z kierowców adres moich przyjaciół, którzy mieszkali na obrzeżach miasta. Kiedy taksówkarz sprawdzał drogę na mapie, oprawki jego staroświeckich okularów dosłownie się rozpadły. Wyjął ze schowka czarną taśmę i powoli skleił plastikowy nosek – najwyraźniej robił to już wielokrotnie – przepraszając, że muszę czekać. Za piętnastominutowy kurs policzył sobie trzydzieści tysięcy lei (niecałe cztery dolary). Później dowiedziałem się, że powinienem zapłacić najwyżej dwa dolary.

Tego dnia przeżyłem większy szok, niż podróżując tą samą trasą w czasach zimnej wojny. Dzięki prorynkowym reformom wprowadzanym od lat sześćdziesiątych po osiemdziesiąte (zwanym „komunizmem gulaszowym”) komunistyczne Węgry zawsze były lepiej rozwinięte od komunistycznej Rumunii. Obecnie jednak ta przepaść wydawała się nie do pokonania. Inwestycje zagraniczne na Węgrzech w pierwszej dekadzie po zburzeniu muru berlińskiego wyniosły łącznie osiemnaście miliardów dolarów, sześć razy więcej niż zainwestowano w Rumunii, choć ta liczbą ludności ponad dwukrotnie przewyższa swego zachodniego sąsiada. I owa przepaść między Węgrami, małym krajem w Europie Środkowej, a Rumunią, największym i najludniejszym krajem Bałkanów – wciąż się pogłębiała. Na przykład w 1997 roku amerykańskie firmy zainwestowały na Węgrzech dwadzieścia cztery razy więcej niż w Rumunii: tam sześć miliardów dolarów, tutaj zaledwie dwieście pięćdziesiąt milionów.

Transylwania (czyli „kraina za lasem” – Ardeal po rumuńsku, Erdély po węgiersku) to wieloetniczny region, o który Węgrzy i Rumuni bili się od niepamiętnych czasów. Pierwszego wieczora w Klużu przysłuchiwałem się rozmowie kilku przedsiębiorców z Zachodu, którzy założyli tu małe firmy. Ich porównanie pracowników rumuńskich i węgierskich wypadało na niekorzyść tych pierwszych. Rumuni nie lubią ciężko pracować – mówili. Ciągle kombinują, nie ufają sobie nawzajem, niczego nie umieją zaplanować i natychmiast wydają wszystko, co zarobią – na ciuchy i raty za samochód. Jeden z zachodnich przedsiębiorców powiedział: „Zdarza się, że tygodniami czekasz na pozwolenie na samochód. Czasem w ogóle musisz go wywieźć z Rumunii i wwieźć ponownie, załatwiając masę formalności, chyba że masz dojście do właściwego urzędnika i dasz mu w łapę”. To oczywiście były opinie ludzi, którzy tutaj mieszkali i ryzykowali swoimi pieniędzmi. Dla mnie jednak ten wieczór tchnął optymizmem: pisząc o Rumunii w czasach komunistycznych, kiedy Kluż był w zasadzie zamknięty dla cudzoziemców z powodu prowadzonej przez władze kampanii represji wobec miejscowych Węgrów, nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałem, że pewnego dnia zachodni przedsiębiorcy będą tutaj zakładać firmy.

Idąc nazajutrz na spotkanie z burmistrzem, odnowiłem romans z Klużem. To właśnie była Mitteleuropa, która kojarzy się z narodzinami modernizmu, z Freudem, Kafką, Kokoschką i Klimtem: „mała Praga” ze stromymi dachami, ozdobnymi szczytami, ołowianymi kopułami, brukowanymi uliczkami, barokowymi dziedzińcami, cała w ochrach i zieleniach, które podkreślały obłażąca farba i ogólna dewastacja. Dostrzegłem anteny satelitarne, nowe butiki i prywatnych ochroniarzy, ale niewiele ponadto. Nie znalazłem bankomatu. Od czasu mojej ostatniej wizyty w 1990 roku stan hoteli jeszcze się pogorszył, a nowych nie zbudowano. Kluż był historyczną stolicą Transylwanii – liczył trzysta osiemnaście tysięcy mieszkańców, o jedną trzecią więcej niż Debreczyn, jednak w porównaniu z Debreczynem był gospodarczą prowincją.

Dostrzegłem jednak ważny zwiastun odnowy: ludzi. Komunizm, tłumiąc swobodę ekspresji jednostki i kładąc nacisk na zbiorowość, mimowolnie wzmocnił narodowe stereotypy, które rzekomo chciał wyrugować, zamieniając twarze na rumuńskich ulicach w bizantyjskie ikony o rysach ściągniętych strachem i cierpieniem. Teraz Rumuni prezentowali się mniej archetypicznie. Widziałem hipisów z długimi włosami i w wytartych dżinsach, bywalczynie kawiarni w modnych czarnych kreacjach, nuworyszy w eleganckich garniturach, entuzjastów rozmaitych sportów itd., którzy, decydując o własnym wizerunku, mniej lub bardziej oryginalnym, zaczynali podważać te stereotypy. Kobiety z właściwym sobie wyczuciem mody znacznie wyprzedzały pod tym względem mężczyzn. Być może Rumuni wydawali za dużo na ubrania, ale po kilkudziesięciu latach życia pod rządami najbardziej represyjnej dyktatury w komunistycznej Europie Wschodniej, ta zmiana stroju i fryzury wydawała się ­najprostszym ­sposobem uczczenia odzyskanej wolności. Narcyzm bywa odstręczający w krajach rozwiniętego kapitalizmu, jak Stany Zjednoczone, ale tutaj był świadec­twem postępu. Odniosłem wrażenie, że określenie „Rumun” nie wiąże się już z tyloma stereotypami, co dziesięć lat wcześniej, i że ta tendencja się utrzyma.

Minąłem długą kolumnę strajkujących pracowników służby zdrowia, którzy, jak się później dowiedziałem, zarabiali po pięćdziesiąt dolarów miesięcznie; nieśli transparenty z żądaniami podwyżek płac. Manifestanci szli w milczeniu, a na ich twarzach malowała się głęboka cierpliwość: cecha narodowa, która przez kilkaset lat despotycznych rządów była przyczyną wielu negatywnych zjawisk, ale teraz mogła złagodzić dotkliwość przemian gospodarczych. Cieszył mnie kiełkujący indywidualizm, który obserwowałem na ulicach, ale należało go rozpatrywać w kontekście silnej etniczno­-narodowej świadomości ogółu populacji, o której wspominał już Herodot: w większości prawosławna, posługiwała się językiem romańskim i od stuleci była otoczona przez Słowian oraz katolickich i protestanckich Węgrów[17].

Na przykład taki Gheorghe Funar, „szalony burmistrz” Klużu, dwukrotnie wybrany na ten urząd, zdeklarowany nacjonalista. Kazał usunąć węgierskie znaki drogowe, pomalować ławki w parku na rumuńskie barwy narodowe i przemianować Piaţa Liberăţi (plac Wolności) na Piaţa Unirii (plac Zjednoczenia), upamiętniając w ten sposób przyłączenie Transylwanii do Rumunii, a tym samym odłączenie tego regionu od Węgier. Na placu, przy pomniku Macieja Korwina, piętnastowiecznego władcy Węgier i Transylwanii, polecił umieścić sześć flag rumuńskich i zmienić inskrypcję z „Hungariae Matthias Rex” na samo „Matthias Rex”. Kiedy w lipcu 1997 roku powstał w Klużu konsulat węgierski, Funar kazał swym urzędnikom wykraść zdobiącą go flagę.

Funar przyjął mnie w swoim gabinecie, w klapie nosił odznakę ultranacjonalistycznej organizacji Vatra Romaneasca (Ognisko Rumuńskie). Był krępy, średniego wzrostu, miał czarne włosy gładko zaczesane na bok i ciemny garnitur. Na oko był około pięćdziesiątki. Z jego kamiennej twarzy biły chłód i nieufność. Miał rozbiegane oczy, a jego dłonie rytmicznie zaciskały się w pięści. Przemawiał cichym, belferskim głosem, jakby próbując okiełznać gniew i niepokój. Zachowaniem i poglądami przypominał Slobodana Miloševicia i Ratko Mladicia, serbskich przywódców politycznych i wojskowych, którzy wszczęli okrutną wojnę przeciwko bośniackim Muzułmanom. Jego oficjalny życiorys zawierał niewiele informacji. Funar był członkiem partii komunistycznej, a w latach osiemdziesiątych kierownikiem uniwersyteckiej kawiarni. To wszystko. Takie monstra pojawiają się znikąd. Niedouczone, zakompleksione, robią kariery w czasie wielkich przewrotów społecznych. Siedząc naprzeciwko Funara, myślałem nie tylko o Miloševiciu i Mladiciu, ale także o Hitlerze.

„Naród rumuński – wyjaśniał mi Funar za pośrednic­twem tłumacza – potrzebuje takich partii ­politycznych, które bronią jego żywotnych interesów, ponieważ czuje się zagrożony. Musimy mieć jakiś plan obrony przed Rosjanami i dlatego potrzebujemy gwarancji NATO… W Transylwanii nie mieszkają żadni Węgrzy, tylko półtora miliona Rumunów, którzy mają problem z tożsamością… Ten duży kościół na Piaţa Unirii wcale nie jest węgierski. Węgrzy zagarnęli wszystkie świątynie niemiec­kie, a nasze spalili… Kolozsvár i Clausenburg to nie są prawdziwe nazwy Klużu. Tak nazywano miasto tylko za czasów węgiersko­-nazistowskiej okupacji, więc to się nie liczy… Jeśli Węgry zostaną przyjęte do Unii Europejskiej, a Rumunia nie, to wszyscy na tym stracą… Zorganizowana przestępczość to codzienność na Węgrzech, nie tutaj. Rumunia to najbezpieczniejszy kraj dla zachodnich inwestorów”. Burmistrz zakończył swoją tyradę, oskarżając demokratycznie wybrany rząd rumuński o spiskowanie z rządem węgierskim w celu przywrócenia dyktatury w Rumunii.

To oczywiście były brednie. „Duży kościół” na Piaţa Unirii, pod wezwaniem św. Michała, ze wspaniałym gotyckim sklepieniem, został wzniesiony w połowie XIV wieku przez bogatych Niemców, którzy zatrudnili węgierskich kamieniarzy. W przedsionku wisiały ogłoszenia po węgiersku. Kolozsvár i Clausenburg były wielo­wiekowymi, historycznymi nazwami Klużu, którymi posługiwały się kolejne pokolenia miejscowych Węgrów i Niemców. Co do zorganizowanej przestępczości, to według zachodnich biznesmenów i dyplomatów, była ona o wiele poważniejszym problemem w Rumunii niż na Węgrzech.

Funar to jednak kwestia drugoplanowa. Tłum, który zebrał się, żeby poprzeć żądania pracowników służby zdrowia, był liczniejszy od uczestników nacjonalistycznego Dnia Avrama Iancu, czyli uroczystości ku czci dziewiętnastowiecznego bohatera walk z Węgrami, której Funar był współorganizatorem[18]. Zaplecze polityczne Funara stanowili głównie chłopi z Wołoszczyzny i Mołdawii przymusowo przesiedleni do Klużu na rozkaz Ceauşescu, którzy czuli się zagrożeni przez lepiej wykształconych Transylwańczyków – zarówno Węgrów, jak i Rumunów. W skali kraju poparcie dla Funara i jemu podobnych ekstremistów, jak Corneliu Vadim Tudor z partii Wielka Rumunia, utrzymywało się na poziomie dziesięciu procent. Funar nie mógł po raz trzeci kandydować na stanowisko burmistrza. Takie kariery są możliwe tylko w czasach głębokiego kryzysu gospodarczego i politycznego.

Mimo to potrzeba odbudowania tożsamości narodowej wydawała mi się tutaj silniejsza niż na Węgrzech. Ioan Aurel­-Pop jest historykiem średniowiecza i szefem Ośrodka Studiów Transylwańskich w Klużu, ulokowanego w zrujnowanej willi pomiędzy dzikimi zaroślami i szkieletami niedokończonych bloków. W rozmowie ze mną stwierdził, że Rumuni mają „specyficzną osobowość ukształtowaną przez historię”, ale nigdy nie było im dane, jak innym mieszkańcom Europy, cieszyć się własnym państwem narodowym. A pragną tego tak bardzo, jak wiele osób na Zachodzie pragnie dziś całkowitego odrzucenia nacjonalizmu.

– Przez siedemset lat panowali tutaj Węgrzy i Austriacy. My [Rumuni] rządzimy Transylwanią dopiero od 1918 roku. Musi być jakaś równowaga.

– Ale ludzie, których widziałem na ulicy – odparłem – sięgają po zachodnie, zwłaszcza amerykańskie wzorce, a nie rumuńskie. Czy nowoczesne technologie i globalny kapitalizm nie pozwalają Rumunii pójść tą samą drogą, którą wybrały kraje Zachodu?

Ioan Aurel­-Pop milczał przez chwilę, po czym stwierdził, że obaj możemy mieć rację i że przyszłość Europy może przybrać quasi­-średniowieczne kształty.

– Integracja Europy Zachodniej zmieni Europę Wschod­­nią. Za dwadzieścia lat Europa stanie się przestrzenią silnych nacjonalizmów, ale za sprawą globalnej gospodarki, słabych granic. To mogłoby oznaczać ekonomiczne zdominowanie Transylwanii przez Węgry, co przekształciłoby ją w ponadnarodowy, kosmopolityczny region między Węgrami a Rumunią. To dobrze czy źle? To będzie zależeć od sytuacji politycznej na Zachodzie. Jeśli we Francji, Włoszech lub Niemczech górę weźmie prawicowy nacjonalizm, jeśli w Hiszpanii czy gdzie indziej zwycięży separatyzm, to może to mieć fatalny wpływ na nowe demokracje w Europie Wschodniej.

Tego samego dnia jeszcze raz spotkałem się z Popem, ale wówczas towarzyszyło mu paru kolegów z uniwersytetu Babeş­-Bolyai w Klużu i piętnaścioro studentów, którzy zaczęli bombardować mnie pytaniami o amerykańską politykę na Bałkanach. Pod tylną ścianą małej sali ­siedziała pewna złotowłosa studentka. Przy jawnej aprobacie profesorów i przyjaciół wygłosiła miażdżącą krytykę społeczeństwa rumuńskiego, które od upadku komunizmu rozwijało się pod presją odradzającego się indywidualizmu, odwiecznego strachu przed Rosją i pogłębiającej się przepaści między Rumunią i Europą Środkową.

„Rumuni wiedzą, że Rosja nigdy nie będzie naprawdę demokratyczna – powiedziała. – Wiemy, że nasza gospodarka jest słaba, a nasza demokracja, jak w latach dwudziestych i trzydziestych, nie ma podstaw etycznych. Nie mamy nowoczesnej klasy średniej, a naszą nową arystokracją jest nomenbratura [dzieci komunistycznej nomenklatury, która po 1989 roku uwłaszczyła się, rozkradając majątek państwowy]. Nasze elity polityczne są niekompetentne i aroganckie. Zachód wkrótce będzie miał nas dość. Mówicie, że musimy wszystko prywatyzować, ale nasze przedsiębiorstwa kupują mafia i Rosjanie. Na sprzedaż została wystawiona największa rumuńska spółka naftowa, ale nikt na Zachodzie nie był nią zainteresowany. Została sprzedana Łukoilowi, firmie rosyjskiej. W taki właśnie sposób Rosjanie znów będą tutaj rządzić. Będą prowadzić interesy za pośrednictwem firm zachodnich, więc wasi eksperci będą lekceważyć nasze obawy… Grecja po drugiej wojnie światowej też była biedna i skorumpowana, ale Stany Zjednoczone ocaliły ją przed komunizmem. Teraz Zachód musi nas ponownie uratować przed Rosjanami”.

W rzeczywistości osiem procent udziałów rosyjskiego Łukoilu kupił Atlantic Richfield – był to przykład, w jaki sposób gospodarka globalna rozbraja ekonomiczny ­imperializm, którego bała się złotowłosa studentka. Poza tym dowody na rzekome rosyjskie wpływy w gospodarce rumuńskiej i zorganizowanej przestępczości były, przynajmniej wówczas, bardzo wątłe. Ponadto, jak powiedział pewien zachodni biznesmen, którego poznałem w Bukareszcie, „nikt tak naprawdę nie wie, kto jest właścicielem kasyn, niektórych hoteli… Zbyt wiele niejasności, to nie robi dobrego wrażenia. Kiedy Rumuni sprzedają państwowe przedsiębiorstwo, to po prostu wybierają najwyższą ofertę, nie sprawdzając pochodzenia kapitału. To dodatkowo zwiększa niepewność, kto w rzeczywistości jest właścicielem czego. W latach trzydziestych było całkiem inaczej, żydowskie, niemieckie i greckie społeczności kupieckie trzymały się cywilizowanych standardów. Dziś nie ma tu już żadnej z nich”.

Pewien zagraniczny dyplomata podsumował sytuację w następujący sposób: „W Klużu jest niewielu zachodnich inwestorów i nic nie wskazuje, by miało ich przybyć. Rumuńskie prawo podatkowe ciągle się zmienia, przepisy inwestycyjne są nieprzewidywalne. Poza tym Kluż leży na uboczu, jednakowo oddalony od Budapesztu i Bukaresztu. Jakiemu potencjalnemu inwestorowi chciałoby się tłuc cały dzień lub całą noc zdezelowanym pociągiem albo latać naszymi koszmarnymi samolotami, żeby się tutaj dostać? Jedyną nadzieją dla Klużu jest kosmopolityczna przyszłość ze słabymi granicami państwowymi, jak w czasach cesarstwa habsburskiego… Za to lista firm w mieście to cała książka telefoniczna, bo każdy Rumun, który założy firmę, może sprowadzić samochód z zagranicy. Jednocześnie nieliczni cudzoziemcy, którzy próbują robić tutaj interesy, mają trudności z legalizacją własnych aut… Funar to nie jedyny problem. Rządząca Partia Ludowa nie potrafi wymóc na swoich regionalnych strukturach w Klużu nawet tego, by wprowadziły one w życie porozumienie między Rumunią a Węgrami z 1997 roku w sprawie ochrony mniejszości”.

Zarówno profesorowie, jak i studenci, których poznałem w Klużu, podkreślali, że głównym problemem w tym prawosławnym kraju jest „brak oświecenia, co sprawia, że ich jedynym oparciem są wartości protestanckie, reprezentowane w Transylwanii przez węgierski kalwinizm”. Transylwania, jak wyjaśniali, potrzebuje autonomii – jakiegoś zakresu niezależności od „cygańskich rządów w Bukareszcie”. Chociaż moi rozmówcy byli w większości z dziada pradziada prawosławnymi Rumunami, to tradycja kosmopolityzmu w Transylwanii – której populacja przed epoką Hitlera i Stalina miała mieszany charakter rumuńsko­-węgiersko­-niemiecko­-żydowski – oraz zdobyta po 1989 roku wolność słowa pozwoliły im dokonać porównania ich własnej kultury rumuńskiej z kalwińską kulturą węgierskich sąsiadów. Rzecz jasna, wszyscy oni nie znosili burmistrza Funara i wstydzili się za jego poczynania.

*

Z Klużu ruszyłem dalej na południowy wschód w stronę Bukaresztu, najpierw godzinę samochodem z rumuńskim znajomym – zatrzymałem się, żeby odwiedzić cmentarz żydowski w Sărmaş – następnie pociągiem. Wszędzie na falujących transylwańskich wrzosowiskach gleba była czarna i żyzna, a mimo to stałym elementem ­miejscowego krajobrazu były wozy drabiniaste i pryzmy drewna opałowego. W tym potencjalnym spichlerzu Europy wciąż królowało prymitywne rolnictwo. Pomimo bogactwa złóż ropy naftowej w południowej Rumunii, wycinano las za lasem. Było niewiele dobrych dróg.

Niedaleko Sărmaş odkryłem kilka wielkich, opuszczonych rezydencji – niegdyś własność dziewiętnastowiecznej szlachty węgierskiej. Były otoczone średniowiecznymi murami z kamiennymi łukami, korynckimi kolumnami i wieżami, które łączyły motywy bizantyjskie z gotyckimi. Nie robiono nic, żeby ocalić te wspaniałe zabytki. Po prostu popadały w ruinę. W dachach ziały wielkie dziury. Okna i podłogi były zdewastowane lub nie było ich wcale. Zarośnięte trawniki między topolami i wierzbami były upstrzone brudnymi kałużami, w których taplały się kaczki i inne ptactwo. W jednym z opuszczonych budynków bawiła się obdarta dzieciarnia z pobliskiej wios­ki. Jeśli nie liczyć zmurszałych słupów telefonicznych i hałd blaszanych puszek, plastikowych opakowań i innych śmieci – niewiele wskazywało, że mamy XX wiek. To miejsce przypominało średniowieczne ruiny Angkor Wat w środku kambodżańskiej dżungli. Straszliwe dziedzictwo komunizmu Ceauşescu – rewolucji przemysłowej w chłopskim wydaniu – jeszcze długo będzie kalać tę ziemię.

W pociągu, do którego wsiadłem koło Sărmaş, było gorąco jak w łaźni. Moje siedzenie było zniszczone. Młody mężczyzna obok mnie jechał z Baia Mare na dalekiej rumuńskiej północy (przy granicy z Ukrainą) szukać ­pracy w Bukareszcie. „Wiesz, co jest głównym ­problemem tego kraju? – zapytał po angielsku i sam sobie ­odpowiedział: – Nasza mentalność, nasz fatalizm, korupcja i przestępczość. W Bukareszcie niczego się nie załatwi bez oszustwa, złodziejstwa i przekupstwa. Dziewięć lat po egzekucji Ceauşescu wciąż czekamy na prawdziwą reformę gospodarczą. No i cały czas istnieje niebezpieczeństwo, że sprawy wymkną się spod kontroli”. Miał na myśli Funara i jego nacjonalizm.

Słuchając go, nie odrywałem oczu od krajobrazu za oknem. Za sprawą mniejszości węgierskiej i niemieckiej Transylwania była najdalszym południowo­-wschodnim przyczółkiem kultury reformacji i oświecenia, które nie zdołały sforsować Karpat i upowszechnić się na ziemiach, które później stały się Rumunią. Państwo, które powstało w 1859 roku, było unią tylko dwóch byłych tureckich prowincji Mołdawii i Wołoszczyzny[19]. Transylwania została do nich przyłączona dopiero po klęsce i rozpadzie monarchii austro­-węgierskiej w czasie pierwszej wojny światowej. Niedaleko Rupei – kilka godzin jazdy z Klużu na południowy­-wschód pofałdowaną wyżyną, niegdyś zamieszkiwaną przez Sasów (którzy przybyli w te strony w XII wieku, a wynieśli się stąd pod koniec XX wieku, uciekając przed Ceauşescu[20]) – ujrzałem wzgórza ­ociekające w deszczu gęstym czarnym błockiem, a zwieńczone ruinami murów obronnych i strzelistych wież, które pozostawili po sobie Sasi. Pejzaż w oddali zasnuwały dymy, które wypluwały z siebie kominy postkomunistycznych fabryk.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

PRZYPISY

[1] Wiedzę Fischera na temat Bałkanów można porównać z ­wiedzą Burtona o Indiach, Arabii i Afryce. We wprowadzeniu do jego ­Between the Woods and the Water. The Middle Danube to the Iron Cafe (London 1986), Patrick Leigh Fermor napisał: „Nigdy nie zdołam spłacić długu wobec Rudolfa Fischera. Jego niezgłębiona erudycja była źródłem intelektualnej rozkoszy i najlepszą motywacją…”.

[2] O Sasach transylwańskich zob. rozdz. 10 w: Kaplan, Bałkańskie upiory.

[3] Zob. artykuł Fischera The Shriving of a Penitent Central European, „Transylvanian Review” (Kluż­-Napoka), Summer 1997.

[4] Chodzi o Wesołą wdówkę, operetkę napisaną w 1905 roku przez węgierskiego kompozytora Franza Lehára.

[5] Zob. Robert Strausz­-Hupé, Geopolitics. The Struggle for Space and Power, New York 1942.

[6] Więcej na ten temat zob. w: Gusztáv Molnár, The Geopolitics ofNATOEnlargement, „The Hungarian Quarterly” (Budapeszt), Summer 1997.

[7] Zob. John Lukacs, Budapest 1900. A Historical Portrait of aCity and Its Culture, New York 1988 i Henry Kissinger, A WorldRestored. Metternich, Castlereagh and the Problems of Peace ­1812–1822, ­Boston 1954. Kissinger krytykuje rewolucje 1848 roku: twierdzi, że choć głosiły uniwersalistyczne hasła, w rzeczywistości miały charakter nacjonalistyczny.

[8] Wiele miast i miasteczek w Transylwanii ma trzy nazwy – rumuńską, węgierską i niemiecką – z powodu historycznego wymieszania narodowości w tym regionie. Kolozsvár to węgierska nazwa rumuńskiego Klużu (obecnie noszącego nazwę Kluż­-Napoka), zwanego również z niemiecka Klausenburgiem. Sármás to węgierska nazwa rumuńskiego Sărmaş.

[9] Zob. Randolph L. Braham, The Politics of Genocide. TheHolocaustin Hungary, t. 2, New York 1981. Oddziały węgierskie wkroczyły do Transylwanii, próbując powstrzymać wspólne natarcie sowiecko­-rumuńskie. Pogrom w Sărmaş nie był dziełem węgierskich faszystów – Strzałokrzyżowców – lecz ultraprawicowych oficerów regularnej armii. W dniu masakry wojskiem stacjonującym w Sărmaş dowodził kapitan Laszló Lancz.

[10] Przekład Tudora Seuleana, rumuńskiego znajomego, który mi towarzyszył.

[11] Za: Geoffrey Kemp, Robert E. Harkavy, Strategic Geography and the Changing Middle East, Washington 1997.

[12] Wyrażenie „sejsmograf Europy” zaczerpnąłem z: ­Kissinger, AWorld Restored. „Tataria” to elżbietańskie określenie przede wszystkim turkijskich obszarów zachodniej Azji Środkowej, zwanych także Turkmenistanem.

[13] Najlepsze objaśnienie skomplikowanego rodowodu Węgrów znalazłem nie w dziełach naukowych, lecz w książce kucharskiej George’a Langa, Cuisine of Hungary, New York 1971.

[14] Zob. tom 4. klasycznego dzieła Edwarda Gibbona, Upadek Cesarstwa Rzymskiego na Zachodzie, przeł. I. Szymańska, Warszawa 2000.

[15] W pewnym uproszczeniu Panonia to zachodnie Węgry, Górna Mezja to Serbia, a Dacja to Rumunia.

[16] Podaję za budapeszteńskim European Association for Comparative Economic Studies.

[17] Mieszkańców północnej Tracji Herodot nazywa Getami, Rzymianie zaś zwali ich Dakami – w obu przypadkach chodzi o przodków współczesnych Rumunów.

[18] Opór Rumunów – a zwłaszcza Iancu – przeciwko panowaniu węgierskiemu pokazuje, że demokratyczne rewolucje w 1848 roku czasem przeradzały się w wojny o podłożu etnicznym. Zob. Kurt W. Treptow, A History of Romania, Iaşi 1996.

[19] Dziś rumuńska historyczna kraina Mołdawia graniczy na wschodzie z niepodległą byłą sowiecką Republiką Mołdowy.

[20] Ceauşescu, który łączył skrajny rumuński nacjonalizm ze stalinizmem, uprzykrzał Sasom życie, jak tylko mógł. W latach osiemdziesiątych zgodził się, by rząd Republiki Federalnej Niemiec wykupił dla nich wizy wyjazdowe – płacąc horrendalne sumy w twardej ­walucie. Na ten temat zob. rozdział 10. w: Robert D. Kaplan, ­Bałkańskie ­upiory. Podróż przez historię, Wołowiec 2010.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

e-mail: [email protected],

[email protected], [email protected],

[email protected], [email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

tel. +48 18 351 00 70

e-mail: [email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Hoża 42/1, 00-516 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: [email protected], [email protected],

[email protected], [email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected],

[email protected], [email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl, ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków,

tel. +48 12 432 08 52, e­-mail: [email protected]

Wołowiec 2015

Wydanie II