Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 628 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na własną nutę - Edward Pałłasz

W swojej wspomnieniowej etiudzie Edward Pałłasz – ceniony kompozytor, były szef radiowej Dwójki, wieloletni wicedyrektor Warszawskiej Opery Kameralnej oraz dwukrotny prezes ZAiKS-u – z wirtuozerskim wyczuciem i przewrotnym humorem przywołuje obrazy z rodzinnych Kaszub i Kociewia, opowiada o drodze twórczej od teatru Bim-Bom i STS-u do sal koncertowych i Związku Kompozytorów Polskich, latach współpracy z Polskim Radiem i przewodniczenia Stowarzyszeniu Autorów. W szerokich przestrzeniach jego pamięci odcisnęły się takie znane postaci jak Zbigniew Cybulski, Agnieszka Osiecka, Kalina Jędrusik, Jacek Fedorowicz, Andrzej Waligórski, Konrad Swinarski, Wojciech Siemion, Witold Lutosławski, Władysław Szpilman, Władysław Bartoszewski, Stefan Kisielewski a nawet… Tadeusz Peiper.

Ale to muzyka gra tutaj pierwsze skrzypce…

Opinie o ebooku Na własną nutę - Edward Pałłasz

Fragment ebooka Na własną nutę - Edward Pałłasz

Projekt graficzny: ‌Andrzej Barecki
Redakcja: Agnieszka Dziewulska
Indeks ‌osób: Tadeusz ‌Nowakowski
Korekta: Jolanta Spodar
Autorzy i źródła ‌zdjęć:
Numery stron dotyczą wydania ‌papierowego: Danuta ‌Rago (s. 119), ‌Maria Fydrych-Pałłasz ‌(s. ‌129, ‌147, 181, ‌271, ‌273, 309, 321, ‌369, 379, ‌409, 435), ‌Edward Pałłasz (s. ‌137, ‌143, 425), Ewa Rudzińska ‌(s. 213), Eryk Lipiński ‌(s. 245), Maria Szuwalska ‌(s. ‌267, 275, ‌413), Jarosław ‌Budzyński (s. ‌365, 371), ‌Benedykt ‌Konowalski (s. ‌405) ‌oraz archiwum autora.
Zdjęcie ‌autora na obwolucie © Marek ‌Wojciech ‌Druszcz.
Copyright © by Edward ‌Pałłasz
Copyright © ‌by Wydawnictwo Iskry, Warszawa ‌2018
Wydanie elektroniczne ‌2018
ISBN 978-83-244-0504-6
Wydawnictwo ISKRY
al. ‌Wyzwolenia 18, 00-570 ‌Warszawa
tel. (22) 827-94-15
iskry@iskry.com.pl
www.iskry.com.pl
Konwersja ‌publikacji do wersji elektronicznej

Kobietom mojego życia:

Umarłych wieczność ‌dotąd trwa,

SKRZYPCE

Wiszą na ścianie, ‌tuż przy ‌drzwiach wejściowych ‌do pokoju. To skrzëpczi mojego ‌ojca. Nie, nie ‌dlatego wiszą, że był wybitnym ‌skrzypkiem. Wręcz przeciwnie. Był ‌świadom swoich miernych ‌umiejętności i skrzypiec ‌starał się nie zauważać. ‌Podstawową umiejętność posługiwania się ‌smyczkiem nabył z przymusu. ‌Dochodząc przez ‌międzywojenne lata ‌do upragnionych pełnych uprawnień nauczycielskich, ‌zmuszony był opanować ‌także podstawy ‌gry na mało ‌wdzięcznym czterostrunnym instrumencie. Bo jak ‌inaczej nauczyć ‌kaszubskie ‌dzieciaki w wiejskiej, ‌czteroklasowej ‌szkole hymnu ‌narodowego? Albo pieśni Płynie ‌Wisła, ‌płynie czy Witaj, majowa jutrzenko? Oczywiście, nie musiał się trudzić nad przyswojeniem popularnej na całych Kaszubach piosenki Hej, żeglujże, żeglôrzu. Tę bosonoga dzieciarnia poznawała w chałupie. Jeszcze w kołysce.

Częściej zasiadał do pianina firmy Sommerfeld wniesionego w wianie przez moją matkę. I właśnie ta żeglarska melodia rozpoczynała ojcowe, późnopopołudniowe muzykowanie. Dopiero po obowiązkowej drzemce i rytualnym spacerze. A także po całodziennej harówce w siedmioklasowej szkole. Już miejskiej. Technika jego gry pianistycznej i używane przezeń równoległe akordy silnie raniły moje uszy. Ale za to z przyjemnością wsłuchiwałem się w nucony tekst, w fonetyczne walory kaszubszczyzny. „Hej, żeglujże, żeglôrzu, całą nockã pò mòrzu”. Szczególnie utkwiła mi w pamięci kadencja „płe młerzu”. Frapująco też brzmiało zakończenie kaszubskiego hymnu: „Marsz, marsz za wrodżiem, my trzemoma z Bodżiem”.

Niekiedy po małej, koleżeńskiej wódce w repertuarze pojawiała się niemczyzna. „Am Brunnen vor dem Tore da steht ein Lindenbaum, ich träumt in seinen Schatten so manchem süßen Traum”. Tę romantyczną pieśń Franciszka Schuberta poznał mój rodzic w pruskiej szkole powszechnej. Uwielbiał ją do końca życia. Podobnie jak ludową kolędę Czemu ptôchë dzys spiéwają westrzód cemny nocë? Jakąż przemożną siłą w życiu człowieka jest jego dzieciństwo!

Na dzieciństwo Bolesława, syna Hilarego i Marty von Poblotzki, korzystnie wpłynęły dwa fakty. Był dzieckiem pierworodnym i sprytnie pojawił się światu w przedostatni dzień 1901 roku. Dzięki temu ukończył szkołę powszechną (i polubił pieśń o lipie) wraz z wybuchem pierwszej rzezi światowej. Szybko obdarowany został pięcioma braćmi i trzema siostrami. Gospodarstwo, na obrzeżach rodzinnego gniazda, wsi Węsiory, było biedniutkie. Babka von Poblotzki była owocem całkowicie już zrujnowanej gałęzi tej znanej kaszubskiej rodziny. We Wãsorach żyło się jak przed wiekami. Ukryte w leśnej gęstwinie kamienne kręgi Gotów od zawsze rozpalały wyobraźnię mieszkańców. Nim stały się atrakcją turystyczną, były źródłem legend i przepowiedni. Nikt jednak nie odgadł proroczej zapowiedzi: pewien elektryk ze Stoczni Gdańskiej im. Lenina zbuduje sobie nad jeziorem, tuż obok tajemniczych kręgów, letni szałas. Będzie tam łowił ryby. A potem stanie się prezydentem wolnej Polski. Pierwszym po wojnie. We Wãsorach – Lech Wëłãsa?!

Druga Rzeczpospolita przytuliła ponownie do siebie zgubione Pomorze. Młody Boleś wykorzystał tę szansę. Uczył się uparcie. Wdrapywał się ze schodka na schodek, do wymarzonego celu. Stał się szkólnym, czyli nauczycielem. Wieś, czy raczej siedlisko, nosiła nazwę Przewóz. Pewnie stąd najłatwiej było przepływać Jezioro Raduńskie. Wokół mizernego, ceglanego budynku szkolnego i kilku chałup królowały łąki i lasy. Tylko bajkowa leśniczówka mogła konkurować z urodą pejzażu. (Czyżby była ona dawną siedzibą rodu Ruthendolf-Przewoskich?). Do najbliższej bitej drogi wiódł kilkukilometrowy piaszczysty trakt. Przez gęsty i tajemniczo szumiący las. Tutaj poznawałem świat.

Szkólny w kaszubskiej wsi Przewóz ze swoimi trzema tyzinami uczniów. Ubranych odświętnie. Zaczynają czy też kończą rok szkolny w 1930 roku

W szkole były dwie sale lekcyjne. Dla maluchów i starszaków (III – IV klasa). Najczęściej mieścili się w jednej. Bo był tylko jeden, świeżo upieczony nauczyciel. Roztropnie kształcił całą garstkę uczniów jednocześnie. Od nauki czytania i pisania po odróżnianie Afryki od Europy. Od „Ala ma kota” do „Ziemia jest kulista”. Liczenia groszy aż do pełnej złotówki. Od kręgów kamiennych w Węsiorach do bitwy pod Grunwaldem. Od kaszubszczyzny do polszczyzny. Skrzëpczi też były przydatne. Choć niezbyt kochane. Nie wyobrażam sobie tylko, jak uczył gimnastyki. Zapewne poprzez pielenie szkolnego ogródka. Szkólny – rzecz jasna – mieszkał w szkole. Mikrogospodarstwem (jedna krowa, bodaj dwa prosiaki i drób) zarządzała stryjenka Agnysa. W niedalekiej przyszłości także moja niania. Władcą podwórka był – w zgodzie z noszonym imieniem – pies Rex. Jego imię wydawało mi się tajemnicze i groźne.

Zostając pełnoprawnym nauczycielem, ojciec przywołał pruski akt urodzenia i upomniał się o drugie „ł” w nazwisku. Nikt z rodzeństwa nie zdradził takich ambicji. Sympatyzował z ideą Towarzystwa Młodokaszubów: „co kaszubskie, to polskie”. Ale nie udawał zadowolonego z faktu, że państwowe posady przypadały wyłącznie przybyszom z Kongresówki i Galicji. Czytywał „Zrzesz Kaszëbskô” i „Gryfa”. Regularnie odwiedzał kolegów po fachu, odbywając wielokilometrowe rajdy polnymi drogami. Był sprawnym cyklistą, więc uwielbiał jazdę rowerem. Tym nowym, praktycznym osiągnięciem cywilizacji. Zbyt szerokie spodnie starannie spinał eleganckimi klamerkami. Nie wolno było – broń Boże – dopuścić, aby otarł się o nie oleisty łańcuch.

Przy butelczynie dywagowano o Piłsudskim i Dmowskim. O budowie pobliskiej Gdyni i nowej szosie przez Bory Tucholskie. O kobietach. Zaletach gdańskiej Goldwasser i starogardzkich wódek Winkelhausena. A także o lotach balonów i aeroplanów nazwanych później samolotami. Komu udało się usłyszeć tokującego głuszca, a komu jastrząb porwał kurę. Czy znowu była to sprawka lisa. Na odjezdnym zażywano tabaki. Szczególnie chętnie młody nauczyciel pedałował do Chmielna. Gospodarzami byli zaprzyjaźnieni wybitni garncarze, Neclowie. Ojciec i syn. Twórcy, których sława stała się ogólnopolska. Materialnym śladem tej przyjaźni jest mikroskopijny, ręcznie zdobiony wazonik na konwalie. Ma już blisko sto lat i ciągle z powodzeniem odgrywa swoją wiośnianą rolę.

Ojciec w wieku dwudziestu czterech lat

Życie upływało w spokojnym rytmie pór roku. Na Pomorzu – bardzo wyrazistych. Skończyły się obowiązkowe wakacyjne wyjazdy do Torunia. Dokształcanie osiągnęło metę. Wypady do Wolnego Miasta Gdańska nie budziły już emocji. Piękny stan kawalerski nie cieszył jak dawniej. Nazwisko, pisane przez dwa „ł”, spowszedniało. Mój przyszły ojciec zbliżał się do wieku zwanego chrystusowym. Zapachniało nudą. W tej sytuacji wzięcie udziału w zbiorowej wycieczce na antypody Rzeczpospolitej, do Zakopanego, było szczęśliwym pomysłem. Trawestując nowatorską wówczas ideę w szkolnictwie, można wycieczkę tę śmiało nazwać koedukacyjną.

Na ławce obszernego, drabiniastego wozu wlokącego się do Morskiego Oka usiedli blisko siebie pan szkólny i panna Anna Szarmachówna. Panna na wydaniu. Wykształcona. A jakże! Ukończyła Szkołę Wydziałową, co w miarach międzywojnia równało się tak zwanej małej maturze. Umiała grać na pianinie Straussowskie walce, ale i przeboje Ja się boję sama spać czy Miłość ci wszystko wybaczy. Mieszkała w Starogardzie, a ojcu przecież nieobce były nie tylko słabość do alkoholi Winkelhausena, ale i szacunek dla stolicy Kociewia, w której stacjonował sławny 2. pułk Szwoleżerów Rokitniańskich.

A tak w ogóle, to panna była i urodziwa, i niezwykle pogodna, i modnie ubrana w zwiewną sukienkę i słomkowy, starannie wyprofilowany kapelusz. Wiejski nauczyciel zadurzył się na całego. Rok później Nusia – tak pieszczotliwie nazywana przez ukochanego – i Boleś stanęli przed ołtarzem starogardzkiego, gotyckiego kościoła pod wezwaniem Świętego Mateusza. Kaszëba wzbogacił się o miastową białkę. Po ludzku mówiąc: żonę.

Pierwszego września 1939 roku rozpoczął się w Przewozie kolejny, nowy rok szkolny. Jak powszechnie wiadomo, był to piękny, słoneczny dzień. Mój ojciec powitał zgromadzone dzieci i życzył im powodzenia w nauce. Prosił, by się nie spóźniały i nie opuszczały zajęć bez ważnych powodów. Żniwa przecież się skończyły. A Polska i Kaszuby potrzebują mądrych obywateli. Prawdopodobnie zaśpiewano „Jeszcze Polska nie zginęła” i „Nigdy do zguby nie przyjdą Kaszuby”. Potem obiad, obowiązkowy spacer i wizyta u leśniczego. Lekki niepokój, czemu to Nusia z małym pierworodnym (czyli mną) nie zjechali jeszcze do domu i zostali w Starogardzie? Odpowiedź przyszła następnego dnia. Udzielił jej listonosz, wręczając jakiś – już bez znaczenia – list z kuratorium. Podobno niemiecki pancernik Schleswig-Holstein zaatakował polską placówkę na Westerplatte. A więc wojna! Niestety, szybko przegrana.

Namiestnik Führera w Gdańsku, Albert Forster, z marszu krwawo rozprawił się z polską inteligencją i duchowieństwem Pomorza. Nie zapominając o miejscowych Żydach. Ksiądz Henryk Szuman, błogosławiąc młodych małżonków i nadając mi moje imię, nie mógł przewidzieć, że rychło stanie się męczennikiem. Na szczęście hitlerowska machina terroru nie zdołała od razu dosięgnąć takiego odludzia, jakim była zagubiona w lasach osada zwana Przewozem.

Wóz albo Przewóz? Wróciłem z mamą na Kaszuby i Przewóz trwał jeszcze prawie dwa lata. Tutaj także znaleźli schronienie, grając role robotników leśnych lub drogowych, dwaj moi wujowie – studenci. Tata udawał – jak mawiano później, niezbyt udolnie – zapobiegliwego rolnika. Tylko do czasu. Rychło przypisano mu rolę parobka w gospodarstwie Niemca Woelkego w Węsiorach. Też tylko do czasu, gdyż nagłe pojawienie się kolegi belfra o nazwisku Schutenberg, z wiadomością o grożącym ojcu areszcie, zmusiło go do natychmiastowego opuszczenia Przewozu. Dobytek schowano w stodole stryja Franca. Przenieśliśmy się do domu rodzinnego mamy, do Starogardu. Właściwie do Preußisch Stargard. Friedrichstrasse 42. Przedtem Kościuszki.

Kaszuby stały się wspomnieniem. Także dla mnie. Do dzisiaj z łatwością przywołuję oszałamiający obraz niezwykle licznego bocianiego sejmiku w szczerym, nasłonecznionym polu. Pamiętam także, że poczułem się nieswojo; całkiem obcy i nieważny.

W Starogardzie było już po wielkiej masakrze. Rozpoczętej natychmiast, w pierwszym tygodniu września. Miejskie (niemałe!) więzienie nie wystarczało. Tę funkcję spełniała również gotycka Baszta Gdańska. Potem ratusz. A w końcu i synagoga. Okazała się nazbyt obszerna dla kilkudziesięciu starogardzkich Żydów. Tych, którzy lekkomyślnie nie wyemigrowali w porę, jak uczyniła to przezorna – uważnie czytająca „Danziger Neueste Nachrichten” czy „Danziger Vorposten” – część miejscowych pobratymców. Wobec tego synagogę zapełniono podejrzanymi chrześcijanami. Wszystkich sprawnie rozstrzelano. Działo się tak, jak wskazywał w swoim memoriale, ogłoszonym w miesiąc po napaści III Rzeszy na II RP, SS-Sturmbannführer doktor (oczywiście!) Franz Röder: „Według woli Führera, w najkrótszym czasie z polskiego Pomorza mają powstać niemieckie Prusy Zachodnie. Dla przeprowadzenia tych zadań konieczne są następujące działania: fizyczna likwidacja wszystkich tych elementów polskich, które: a) w przeszłości występowały po stronie polskiej w jakiejkolwiek przodującej roli albo b) mogą być w przyszłości nosicielami polskiego oporu”.

Do końca 1939 roku w masowych grobach w Lesie Szpęgawskim spoczęły zwłoki około trzech tysięcy zamordowanych mieszkańców Kociewia. Nauczycieli, działaczy społecznych, księży – tych w ciągu tylko dwóch październikowych dni aresztowano, skatowano i rozstrzelano ponad trzydziestu – urzędników, członków Bractwa Kurkowego i chórów amatorskich, kupców i rzemieślników, Żydów i pacjentów szpitala psychiatrycznego. Do końca niemieckiej okupacji liczba ta co najmniej się podwoiła. Wielu z nich to znajomi moich rodziców i dziadków. Starogard i całe Kociewie zostało całkowicie spacyfikowane. Synagogi wyjątkowo nie zburzono, lecz – z niemieckim poczuciem humoru – butni zwycięzcy zamienili ją w halę targową. Skutecznie, pełniła tę funkcję prawie do dzisiaj! Natomiast kirkut zdewastowano kompletnie. Ale jego dziurawo ogrodzone resztki przetrwały. Niezauważane. Tak jak i resztki cmentarza ewangelickiego.

Arbeitsamt skierował ojca do pracy fizycznej w ogromnym młynie parowym Wiecherta. Jego właściciel był jednym z katów miejscowego Selbstschutzu. Pierwszy, średniowieczny młyn stanął w tym samym miejscu sześćset lat temu. Wody w zbudowanym przez Krzyżaków kanale opływały miejskie mury obronne i łączyły rzekę Wierzycę z jej dalszym, naturalnym biegiem. Były niewyczerpanym źródłem energii dla młyńskich kół. Współczesny młyn był okazałą, wielopiętrową, czerwonoceglastą budowlą w kształcie sześcianu. Z własną bocznicą kolejową. Wzdłuż kanału lśnił najpiękniejszy dom secesyjny miasta, prawie pałac, zwany willą Wiecherta.

Adolf Hitler, Heinrich Himmler i Albert Forster mieli za sobą pasmo nieustannych sukcesów. Już w styczniu 1940 roku używanie języka polskiego w miejscach publicznych zostało surowo zabronione. Tym samym gwara kociewska, ze swoimi „jo”, „keta”, „kamor”, „kropisraka” (prześmiewczo: nauczyciel), „lachmantaja” czy „mujn” (to młyn!), awansowała do czystej polszczyzny. Jeszcze wcześniej odtrąbiono: „Preußisch Stargard Judenfrei”. Pozbyto się przybyszów z centralnej Polski, pozwalając im łaskawie wyrazić pisemną zgodę na wywózkę do Generalnej Guberni, na ziemie doktora Hansa Franka. Podejrzanych tubylców wysłano do obozów pracy, co spotkało także moją stryjenkę Annę z mężem. Przy okazji pozbawiona została na rzecz niemieckiego kolonisty swojego zadbanego i pięknie położonego gospodarstwa. Innych, bardziej niepożądanych kierowano do nowo powstałego obozu koncentracyjnego w Stutthofie. To wyróżnienie spotkało kuzyna mamy, Bolesia Klamana. Umiejętność gry na skrzëpcziech uratowała mu życie.

U szczytu powodzenia, pod koniec lutego 1942 roku, gauleiter Forster wydał Aufruf – po kaszubsku mówiono ogłos albo wezwa. Kto nie zechce wreszcie poprosić o wpis na niemiecką listę narodową, choćby do III grupy, ten będzie traktowany jako najgorszy wróg tegoż wielkiego narodu. A o tym, jak niemądrze być wrogiem narodu panów, wszyscy, jeszcze żywi, wiedzieli. Poprosić o wpis można tylko do końca marca. Przynosząc dwie fotografie i wypełniony kwestionariusz. Istniejące dwa lub trzy zakłady fotograficzne były oblężone przez klientów, od rana do nocy. Sporo zarobiły.

Rodzice mamy, Anastazja i Leon Scharmachowie (już przez „sch”), wraz z jej dwoma braćmi Janem i Stanisławem, ustawili się w kolejce do fotografa. Zabrakło trzeciego z moich wujów, Alojzego. Mojego ojca chrzestnego. Zginął w desperackim kontruderzeniu nad Bzurą, w randze starszego szeregowego Wojska Polskiego. Zdjęcia do zielonego ausweisu zrobili sobie także moi rodzice, Pallaschowie. W rozmowach rodzinnych ciągle padało słowo „eingedeutscht”. Niestety, problem nie ograniczał się tylko do pisowni imion i nazwisk. Z prawdziwym niepokojem mówiono o czterech znajomych rodzinach, które nie uległy szantażowi i wybrały wywózkę do Generalnej Guberni. Czy dojechały?

Szykany, którymi nękano byłego nauczyciela: niedzielne grupowe, przymusowe prace porządkowe – ustały. Noszenie worków z mąką zamieniono mu na ich rachowanie. Chwilami awansował do roli pomocnika elektryka w pobliskich małych elektrowniach wodnych w Owidzu i Kolinczu. Kartki żywnościowe były cieplejszego koloru. Ale niepokój nie znikał. Kinowy Wochenschau niezmiennie wieszczył ostateczne zwycięstwo Niemiec. Aż tu nareszcie stop! Cieniutka na mapie linia Wołgi rosła w oczach dyskutujących wujków, dziadka i mojego taty do niebotycznych rozmiarów. Butne i barbarzyńskie Niemcy zostały powstrzymane. A potem był tylko odwrót, i odwrót, i... 31 stycznia 1944 roku powołano ojca do Wehrmachtu. Szkólny miał ratować Führera. Dlatego skierowano go do Monachium, by strzegł kolebki NSDAP, ważnych magazynów i baraków. Szczęściarz. Szczesliwc.

Amerykanów przywitał w urokliwym Landshut (słynnym od XV wieku dzięki niezwykle wystawnemu weselisku księcia Jerzego Bogatego z Jadwigą Jagiellonką). W obozie przejściowym dla Polaków, w większości zesłanych na przymusowe roboty do Rzeszy, Jankesi ułatwili mu stworzenie szkoły. Takiej repliki Przewozu o potrójnych wymiarach. Nie upłynął rok, gdy zdecydował o powrocie do ojczyzny. Uzbrojony w świadectwo uznania za swoją pracę przez Amerykanów, znalazł się znowu w Starogardzie. Szybko uzupełnionym przymiotnikiem „Gdański”. Na resztę życia jego małą ojczyzną stało się Kociewie.

Amerykański dyplom uznania okazał się przy nowej, „ludowej” władzy niebezpiecznym obciążeniem i spłonął w kaflowym piecu. Propagandowe hasła spółdzielczości zainspirowały mojego tatę do utworzenia Nauczycielskiej Spółdzielni Księgarskiej. Chwała mu za to! Dzięki temu rozpoczęły się comiesięczne wyprawy do hurtowni książek, zeszytów, ołówków i gumek w Sopocie. I to samochodem, który jeszcze niedawno był wojskową sanitarką. Oczywiście amerykańskiej produkcji z Lend-Leasu. Mój udział w tych eskapadach – jako siła fizyczna – był raczej symboliczny.

Te ekscytujące wyprawy były dla mnie namacalną nauką geografii i historii Pomorza. Widok leżącego w gruzach Gdańska, ze sterczącą sylwetką kościoła Mariackiego, był apokaliptyczny. Uroda Sopotu (wtedy nazywanego Copotami) była urzekająca. Niekiedy zahaczaliśmy o młodziutką Gdynię, gdzie znalazł swoje miejsce stryj Jan, krawiec. Trzy tak blisko obok siebie leżące miasta były esencją historii od średniowiecza, przez przełom wieków, II Rzeczpospolitą, aż po ostatnią, tragiczną wojnę. Kiedy komunistyczny minister gospodarki rozpoczął skuteczną „bitwę o socjalistyczny handel”, ojcowa spółdzielnia – normalna spółdzielnia – nie miała szans na dalszą egzystencję i handel „socjalistycznym zeszytem w kratkę”.

Jedna z ostatnich książek, jakie wertowałem pod ladą księgarni, nosiła podniecający tytuł: Tajemnice dwuchodówki. Autorstwa Mariana Wróbla. Od wczesnego dzieciństwa interesowałem się grą w szachy, więc ją śpiesznie kupiłem. Była przeceniona do ceny słodkiej bułki zwanej szneką. Ojciec już wcześniej zrezygnował z prób wygrywania ze mną za pomocą tak zwanego szewskiego mata, bo pożerałem z łapczywością każdą dostępną szachową książczynę, każdy gazetowy kącik z szachownicą. Słowem, przewyższałem go nawet z moją niewielką znajomością szachowej teorii. Zniechęciłem do królewskiej gry także drugiego partnera, wuja Jana. Prawnika, który z Anglii wrócił z dyplomem Oxfordu. W nowym, „przodującym” ustroju wybrał bezpieczniejszy zawód księgowego. Zamiast pojedynku przy szachownicy wuj wolał życzliwie obserwować moje pierwsze próby w kompozycji szachowej – układaniu dwuchodówek.

Obarczony troską o żonę i trzech synów, ojciec – choć niechętnie – wrócił do wyuczonego zawodu. Aby móc właściwie uczyć języka ojczystego czy geografii, musiał zdać egzamin z marksizmu-leninizmu. Pisanym źródłem tej nowej wiary był zestaw kilku książek w szarym, tekturowym pudle. Najważniejsza z nich zwała się Historia Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Sam Marks i Lenin byli o wiele mniej ważni. Nie żyli. Żył za to jeszcze morderczy Józef Stalin, „chorąży pokoju”; niepodpisany autor tego wiekopomnego dzieła.

Ojciec starannie podkreślał co ważniejsze zdania kopiowym ołówkiem. Niestety, one wszystkie były arcyważne. Czy dotyczyły Trockiego, Bucharina, Zinowiewa czy kolejnych przełomowych zjazdów bolszewickiej partii. Mimo pięćdziesiątki na karku, szkólny zdał egzamin. Rozpoczął pracę w Szkole Podstawowej nr 3. Mieściła się ona w ładnym, secesyjnym budynku (obecnie skutecznie oszpeconym niezdarną przebudową). Zachęcany przez zwierzchników do wstąpienia w szeregi Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która pilnie zarządzała Ludową Polską, uporczywie uchylał się od zaproszeń. Aż wreszcie zmarł władca nowego rosyjskiego imperium nazywanego „obozem socjalistycznym”, ospowaty Gruzin Dżugaszwili. I mój bezpartyjny rodzic awansował do funkcji dyrektora szkoły! Pracował na tym stanowisku do emerytury.

Był niezwykle spokojny i opanowany. Myślę, że w ten sposób podporządkował się zaleceniu gdańskiego lekarza, u którego szukał pomocy w czasie młodzieńczej pory „burzy i naporu”. Nie podnosił głosu. Zirytowany czymś przez mamę nazywał ją kobitą, przedłużając samogłoskę „i” zgodnie ze stopniem swojego niezadowolenia. Alternatywnie w użyciu było wołanie „białko!”, gdy sprawa była jeszcze poważniejsza. Synów traktował serio, jak swoich uczniów. Pamiętam tylko jedno lanie paskiem od spodni. Zresztą wielce zasłużone. Nawet w przyszłości moja córka Urszula Olcha, kiedy była już pierwszoklasistką, czuła przed dziadkiem respekt. Widać był urodzonym nauczycielem.

Miał piękny, „gotycki” charakter pisma. Moje starania, by osiągnąć taki kunszt, okazały się daremne. Listy pisane w czasie jego ostatniego pobytu w szpitalu, choć mało czytelne, nic nie straciły ze swojego graficznego uroku. Równie eleganckie były jego maniery. Powściągliwość dominowała nie tylko na zewnątrz, ale i w domu. Tylko raz widziałem go załzawionego. Odprowadzał mnie na dworzec kolejowy (już to było niezwykłe!), kiedy udawałem się na studia do dalekiej Warszawy, porzucając bliski Gdańsk. Przy pożegnaniu zaszkliły mu się oczy. Żeby go nie zawstydzać, udałem, że tego nie widzę. Byłem jednak do głębi poruszony.

Podobnych uczuć zaznałem – po wielu latach – podczas naszej jedynej ekskursji moim pierwszym samochodem (nie byle co: škoda 1000 MB!) po rodzinnych stronach taty. Od Chmielna, przez Przewóz, Węsiory, Sulęczyno, po Borzytuchom. Szlakiem wytyczonym miejscami gospodarstw stryjenek i stryjów. Pół roku przed jego śmiercią. Pamiętam, jak skupiony wzrok ojca starannie odświeżał nieco zapomniane widoki żółciejących pól, leśnych wzgórz, gładkich jezior i piaszczystych, rowerowych ścieżek z dawnych przejażdżek. Żegnał swoją młodość.

Namacalnym śladem tej sentymentalnej podróży jest stara lampa naftowa z pięknym szklanym kloszem. Znalazłem ją na strychu w domu dziadka Hilarego. Stryjenka Agnysa, dziedziczka gospodarstwa i moja dawna dziecięca opiekunka, podarowała mi ją z radością. Teraz lampa ta, uzbrojona w żarówkę, oświetla pulpit i klawiaturę mojego fortepianu, dzieła warszawskiej firmy J. Kerntopf i Syn. Poza tym utkwiła mi w pamięci ostentacyjna niewiara stryja Klemensa w amerykańskie lądowanie na Księżycu. Że nie wierzył państwowej telewizji – to było jeszcze całkiem zrozumiałe. Ale żeby podejrzewać także miejscowego proboszcza o udział w kłamliwym spisku?

Ojciec wierzył w słowo drukowane. Bardziej w książkowe niż gazetowe. W zasadzie nie słuchał radia. Nie tylko dlatego, że go w domu nie było. Był przecież przewodowy głośnik zwany „kołchoźnikiem”, transmitujący pierwszy, a potem i drugi program Polskiego Radia. Może był to uraz spowodowany przymusowym wysłuchiwaniem wystąpień diabolicznego Adolfa H. w Deutsches Rundfunk? A może potrzeba ciszy po szkolnym jazgocie? Zatem moją miłość do radia zawdzięczam przede wszystkim babce Anastazji. Ojcu zaś – upór w dochodzeniu do racjonalnie nakreślonego celu. Niestety, także genetyczną słabość organu zwanego nerkami. To one zadały mu ostateczny cios.

Kiedy kłopoty z nerkami zaczęły być groźne, ojciec porzucił nucenie „Am Brunnen vor dem Tore...” i zastąpił to pomrukiwaniem melodii nostalgicznej piosenki śpiewanej przez Renę Rolską: „Tam, za horyzontem, gdzie kończy się świat, gdzie tylko czasem ptak przeleci albo wiatr”. Tym samym, niechcący, dawał najbliższym znak, że przygotowuje się do ostatecznego pożegnania. Przy okazji miałem namacalny dowód na to, że prosta – z pozoru – piosenka może wzbudzać tak autentyczne emocje i spełniać równocześnie funkcję subtelnej terapii.

W roku śmierci taty skończyłem komponowanie cyklu fortepianowego Bajki kaszubskie. I jemu ten utwór zadedykowałem. Nie tyle za to, że spłodził mnie w głuszy kaszubskiego lasu, ile w podzięce za przekazaną mi miłość do tej małej ojczyzny. A także za – zdalnie przekazane mi w dniu jego śmierci – mrugnięcie okiem: stojąca na szafeczce fotografia ojca spadła nagle na podłogę. Bez jakiegokolwiek widocznego powodu. Najwyraźniej w sprawach ważnych tata miewał poczucie humoru.

Choć może i go nadużył w czasie powrotu z jego pogrzebu, wspomnianą już škodą 1000 MB, ze Starogardu do stolicy. Panował siarczysty mróz (jeszcze nikt nie przebąkiwał o ociepleniu klimatu). Z trudem zatankowałem benzynę w Świeciu (przymarzła pokrywa wlewu paliwa) i ciemną nocą, tuż pod Warszawą samochód nagle stanął. Zerwała się linka przy pedale gazu. Desperacko, zgrabiałymi rękami, w świetle lampki elektrycznej dzierżonej mężnie przez wuja Jana, zwykłym śrubokrętem wyluzowałem koniec linki przy umiejscowionym z tyłu pojazdu silniku, podwiązałem ją na nowo do pedału gazu i umocowałem ponownie (ledwo, ledwo, bo zapas drutu był niewielki) przy silniku. Samochód ruszył i dowiózł rodzinę do domu. Ale czymżem zasłużył u nieboszczyka na taką pokutę? Dalibóg, nie wiem. Choć był to jeszcze czas szczęśliwy, w którym człek mógł, i to własnymi rękoma, naprawić coś w przaśnym – wówczas – samochodzie.

Łączy nas nieuchwytna, niewidzialna dla kogokolwiek, osobliwa więź: maniakalny ceremoniał długiego czyszczenia nozdrzy przed snem. U taty zaraz po starannym ułożeniu spodni na siedzeniu krzesła i po – równie starannym – nakręceniu przedwojennego, kieszonkowego zegarka. Był to zapewne rezultat wieloletniego zażywania tabaki. Dla matki oznaczało to permanentne pranie chusteczek do nosa. Każdego dnia w użyciu musiała być świeża i wyprasowana. U mnie dzieje się tak bez racjonalnego powodu i dla mojej żony, Marysi, to łatwe do zniesienia dziwactwo. Używam chusteczek papierowych.

Lubię, kiedy wiszące na ścianie ojcowe skrzypce patrzą na mnie.

OBRĄCZKA

Obrączka, jak to obrączka, jest ze złota. Dość szeroka. Należała do mojej mamy, Anny. Po jej śmierci przeleżała parę lat w szufladzie. Teraz nosi ją Marysia, moja druga żona. Swoją – tylko srebrną – zawieruszyła. Tę maminą widziałem w dzieciństwie codziennie. Teraz też ją widuję.

Pierwsza, prawowita właścicielka obrączki miała duszę Cyganki. No bo jak inaczej usprawiedliwić jej zachowanie w pierwszych dniach września 1939 roku? Przedłużyła niebacznie swój pobyt u rodziców w Starogardzie i wojna ją zaskoczyła. Ni stąd, ni zowąd, postanowiła ubiec atakujących hitlerowców i prześliznąć się przez pomorski korytarz do centrum kraju. Bez porozumienia z ojcem, który już wrócił do swojej szkoły na Kaszubach. Oczywiście, nie zamierzała uciekać sama z trzyletnim, pierworodnym synem. Namówiła więc kuzynostwo, które z kolei eskapadę tę uzupełniło o prababkę (!) Mellerową.

W mojej pamięci trzylatka zachował się zamglony obraz wymarszu. Prababka skulona w jakimś – jak mi się zdało – dziecinnym wózku i kilku dorosłych. Ruszano ze skrzyżowania ulic Pelplińskiej i Kościuszki Królewskiego Miasta Starogardu. Na południe. Pieszo. Drugi przechowany w pamięci obraz jest także statyczny, jak wyjęta z filmu pojedyncza klatka. Polna droga biegnąca przez gęsty las. Słońce. Upał. Na skarpie leży martwy koń. Jest całkowicie płaski, jakby dwuwymiarowy. No i trzeci człon tryptyku: już w domu, leżę w łóżku pod grubą pierzyną. Nie umiem ułożyć stóp tak, aby uniknąć – pod ciężarem puchu – bólu zranionych palców u nóg. Te trzy pierwsze obrazy przechowane w dziecięcej pamięci towarzyszyły mi przez całe życie. Wyznaczały początek świadomości.

Mama utrzymywała, że uszliśmy ponad dwadzieścia kilometrów, aż do wsi Osiek – północnego krańca Borów Tucholskich. Wróciliśmy podwodą. Nigdy nie uzyskałem jasnej odpowiedzi, czym kierowała się Anna, córka fryzjera Leona, uchodząc z pierworodnym wnukiem.

Pytania o sens następnej wyprawy były zbędne. Dwa miesiące później. Do Posen (wcześniej Poznań) w Warthegau. Mój naiwny wuj Stanisław, który w wieku dwudziestu lat zdążył ukończyć dwa lata studiów medycznych na Uniwersytecie Poznańskim, postanowił sprawdzić na miejscu, czy dalsza nauka będzie możliwa. Pojawił się więc w dawnej uczelni i natychmiast stał się łatwym łupem gestapo. Spore grono takich jak on, naiwnych inteligentów, umieszczono jako zakładników w cytadeli. Tygodnie mijały w koszmarnej niepewności. Moja dzielna mama, dobrze władająca niemieckim, tylko sobie znanymi sposobami zdołała uzyskać zwolnienie wuja. Rodzina uznała to za znak Boży. Mama stała się bohaterką. A wrażliwy wuj nabawił się choroby serca, która wiernie towarzyszyła mu przez wiele lat.

Główną siłą napędową mojej rodzicielki, jak wskazują te dwa przykłady, był – niczym niezmącony – optymizm. Starała się zarażać swą wiarą wszystkich dookoła. Bliskich i obcych. Prócz tej pięknej zalety (przywary?) zaskakiwała także niezwykłą tolerancją. Jej naturalna skłonność do wyrozumiałości nierzadko budziła sprzeciw. Nie zwracała na to uwagi, przekonana święcie, że wszyscy ludzie z natury są dobrzy. No, może z wyjątkiem hitlerowców. A także sowieckiego sołdata, wyzwoliciela, który koniecznie chciał ją zgwałcić. Prowadził ją już pod bronią na sąsiednie podwórko. Niezwykle przytomna babcia Anastazja kazała mi ich dyskretnie śledzić i pobiegła chyżo przez ulicę do rosyjskiej komendantury. A ta była dosłownie o krok. Narobiła ogromnego wrzasku (słyszałem z daleka!) i jurnego sołdata – we wskazanej przeze mnie szopie – szybko ujęto. Tym razem jego zawiódł zbytni optymizm.

Po krwawej jesieni 1939 powrót na nielubianą, kaszubską głuszę stał się dla mamy idyllą. Mogła dać upust swoim opiekuńczym zapędom wobec młodszych braci. Beniaminek Staszek, ten z kołatającym sercem, znalazł legalne zatrudnienie u leśniczego. Może dlatego, że wybałuszał oczy na śliczną leśniczankę. No i słodko grał na pianinie. Rosły, niewiele starszy Janek musiał zadowolić się brukowaniem polnej dotąd drogi. Ratował sprawność umysłową powtarzaniem reguł gramatyki łacińskiej, klasycznej trygonometrii i zasad prawa rzymskiego.

Portret mamy w kwiatach. Prawdopodobnie z okazji ukończenia Szkoły Wydziałowej. Przełom lat dwudziestych i trzydziestych

Nic więc dziwnego, że w tej chwili ulgi moja mama zaszła w ciążę. Wbrew zaleceniom lekarza z Kartuz, który odbierał jej nieudany poród dwa lata wcześniej, podczas którego mój młodszy brat, Adam, zmarł. Urodzenia kolejnego brata oczekiwałem już po powrocie do Preußisch Stargard. Dopiero gdy podrosłem, odgadłem przyczynę maminych płaczów na ramieniu babci, która nie przestawała pedałować wysłużoną maszyną do szycia firmy Singer. Mimo lęków tym razem się udało. Wzbogaciłem się o brata, Alojzego. Obdarowano go tym imieniem na cześć wspomnianego już, poległego w bitwie nad Bzurą wuja – naturalnego następcy rodzinnego zakładu fryzjerskiego. Jednak babcia nie dawała wiary niemieckim urzędowym pismom o jego zaginięciu i – do końca swojego życia – cierpliwie czekała na jego powrót.

Zrozumiały lęk o męża, wcielonego nagle do Wehrmachtu, zaowocował – jesienią 1944 roku – dramatyczną, wielodniową wyprawą mamy do Bawarii. By osiągnąć cel, kluczyła cygańskim zygzakiem po całych Niemczech. Trzecia Rzesza była bezlitośnie bombardowana przez aliantów. Linie kolejowe nieustannie zrywane. Miasta i dworce w płomieniach. Mama jednak wróciła cało z tej ryzykownej „wycieczki krajoznawczej” przez dogorywający Reich. Pożar w Berlinie wydał jej się szczególnie efektowny.

Już po kilku miesiącach nie trzeba było szukać takich silnych wrażeń daleko od domu. Spory, nocny atak lotnictwa Armii Czerwonej – jak pamiętam – miał dwie fazy. W czasie pierwszej rodzina pospiesznie – i lekkomyślnie – ukryła się w pobliskim solidnym gmachu sądu. Szybko jednak odkryto, że duża część dachu jest szklana. W krótkiej, jak się okazało, przerwie, w świetle płonących dwóch domów, biegiem ewakuowaliśmy się do ziemianki na drugim krańcu ulicy, pod numerem 99. Tam, w towarzystwie rodziny Klamanów, siostry babci Anastazji, spędziliśmy drugą fazę bombardowania. Ale już bez prababki, Katarzyny Mellerowej. Ostatni, trwały schron znaleźliśmy na tejże ulicy, w piwnicach nowoczesnego, dwupiętrowego budynku wytwórni likierów należącego do Alfreda Chmieleckiego. Numer 46. Po sąsiedzku. Drugi dom od naszego kruchego gniazda dziadków Szarmachów.

W obszernej piwnicy wybito otwór do sąsiedniej. Powstał mały labirynt pomieszczeń. Nasz pobyt tutaj przedłużył się do dwóch tygodni, tyle bowiem trwały zażarte walki o stolicę Kociewia. Mamie udawało się wyżywić i rodziców, i synów. Widać zręcznie ukryła jakieś zapasy w pobliskim domu dziadków. Jednak największą atrakcję kulinarną zgotował wszystkim młody, śmiertelnie zmęczony niemiecki żołnierz. Pojawił się nagle nocą, z pełnym workiem leberwurst (wątrobianki). Rozdzielał pośpiesznie, ale sprawiedliwie. I już go nie było. Wokół trwała intensywna kanonada. Następnego dnia, 6 marca, rosyjskie czołgi były na rynku. Hitlerowskie lotnictwo próbowało jeszcze wziąć odwet nocnym nalotem. I to był dla nas ostatni, słyszalny charkot zdychającego potwora. Do świętowania końca wojny pozostały tylko dwa miesiące. A wątrobianka stała się moją ulubioną wędliną. Po dzień dzisiejszy.

Od powrotu z Niemiec oczekiwanego od dwóch lat męża mama znowu pojaśniała. I zadziałała. Przenieśliśmy się do własnego, choć wspólnego, komunalnego locum oddalonego od dziadków o dwie minuty drogi. Na parterze, w dwupiętrowym domu przy ulicy Sobieskiego 17. Mieszkanie szybko zapełniło się meblami przechowanymi na kaszubskiej wsi. Naprzeciw domu ziały oczodoły zbombardowanego budynku. Obok był niewielki skwerek. Rolę kuchni musiała przejąć komórka o wymiarach metr na półtora, prawdziwa kuchnia należała bowiem do współmieszkańców. Lecz prawdziwa łazienka była szczęśliwie wspólna, z wąskim oknem i widokiem na stary browar (niegdyś własność Goldfarba). Luksus. Radość ogromna. Mama była w siódmym niebie i natychmiast zaszła w ciążę.

Nim w licznych starogardzkich fabrykach i fabryczkach uroczyście zawyły syreny na cześć zjednoczenia PPR i PPS, było nas już trzech braci. Niestety, wirus polio zaatakował rocznego Kazika. W rezultacie długość prawej nogi nigdy nie dorównała lewej, a prawa ręka nigdy nie sprostała sprawności drugiej. Co gorsza, zdrowie psychiczne moich młodszych braci w przyszłości nie było imponujące. Wuj Stach, już dyplomowany lekarz, nieśmiało napomykał o konflikcie grup krwi moich rodziców. Ale czy słyszał kto w latach trzydziestych ubiegłego wieku, i to na peryferiach Polski, o odkryciach profesora Ludwika Hirszfelda lub o konflikcie serologicznym? Czy choćby o chorobie Heinego-Medina?

Było biednie, ale nigdy głodno. Nauczycielska pensja podzielona na pięć gęb musiała wystarczać. W kuchennej kliteczce z dwupalnikową kuchenką gazową mama pitrasiła, co się dało. Od czasu do czasu kupiona na targu kura, nim trafiała do największego garnka, wpierw była starannie pozbawiana piór – ale w gościnnej, przestronnej kuchni babci. Inne mięso było odświętne. Zdarzał się schab. Zawsze świetny. Ryby, o wiele tańsze, częściej. Warzywa świeże, bo zawsze z targu na małym rynku wokół opustoszałej synagogi. Latem grzyby. W chwilach niedostatku szlachetnego surowca pojawiał się eintopf: zupa-gęstwina z wszelakim dostępnym dobrem. Dla bezpieczeństwa mąż i synowie uczniowie dokarmiali się w szkolnych stołówkach.

Szczęśliwie nie istniały telefony i mama mogła dać usprawiedliwiony upust swojej potrzebie ruchu. Pojawiała się więc bez zapowiedzi, pod byle pretekstem, u którejś ze swoich przyjaciółek lub kuzynek rozsianych po całym mieście. Uczciwie należy dodać, że niektóre z tych wizyt miały charakter cykliczny, dwutygodniowy. I zawsze w porze popołudniowej. Matczyne głębokie zanurzenie w przyjaznym otoczeniu było najlepszym paliwem dla jej optymizmu. Zaś zdolność wsłuchiwania się w cudze problemy i okazywana ludziom empatia powodowały, że była lubiana. Z jednakową uwagą wysłuchiwała więc wynurzeń naszej współlokatorki, pani Jasnochowej, jak i całkiem innej Jasnochowej, Niemki, wdowy z dorastającym synem, także zamieszkałej w naszej kamienicy. Choć od podwórka i w suterynie.

Od podwórka było też wejście do pralni dla lokatorów. W kłębach pary unoszących się znad kadzi z praną bielizną rozmowy mamy z niemiecką panią Jasnochową brzmiały zabawnie. Mama, rezolutnie unikając niemieckiego, używała języka polsko-kociewskiego, natomiast rozmówczyni – pomorskiej niemczyzny. Obie rozumiały się doskonale. Dialog nie urywał się więc, nawet w trakcie wspólnego wieszania pościeli na świeżym powietrzu.

Drewniana, ciężka machina magla była własnością przyjaciółki mamy, Stanisławy Drozdowej. Maglowanie było więc darmowe, ale wykonywane siłą własnych mięśni. Wielka korba napędzająca urządzenie przechodziła z rąk do rąk. Pot kroplił się to na mojej, to na matczynej twarzy. Końcowe odsapnięcie rozpoczynało dłuższą pogwarkę z właścicielką drewnianego kolosa, będącą także moją nauczycielką muzyki. – Czy robię wystarczające postępy w grze fortepianowej? – Czy uda się odbudować choćby część zrujnowanego domu – hotelu? (Pani Stanisława, z domu Wojcieszakówna, była córką właściciela małego hotelu, chociaż nazwanego Wielkopolskim). – Czy dziewczynki zdrowe? – Czy mężowie mają znowu jakieś kłopoty w pracy? Przeważnie mieli, szczególnie mąż mojej muzycznej mentorki – oficer przedwojennej, sanacyjnej policji.

Za dwa lata wybuchnie wojna

W tym szkicu do portretu mojej mamy nie sposób pominąć istotnej cechy jej charakteru: umiała mądrze dzielić swoje uczucia pomiędzy najbliższych. Nikomu z męskiej czwórki nie brakowało kobiecego ciepła. I uznania. I podtrzymywania poczucia wartości. W tym ostatnim dystansowała męża, bądź co bądź zawodowego pedagoga. Uśmiech i dobre słowo leczyło także i jego niepokoje. Wystarczyło, że mama zapytała: – Boleś, jak tam na spacerze? – i ojciec z rozmarzeniem snuł opowieść. O kuśtykającej wildze spotkanej tuż przy wojskowym cmentarzu na „francuskiej górce”. O bujnym jęczmieniu dojrzewającym na polach Szlacheckiego Starogardu. O dorodnych ogierach ze stadniny czy zakwitających wrzosach w okolicy Strzelnicy. Wracał myślami do kaszubskiej ojczyzny. Wdzięczny był swojej Nusi za zainteresowanie. Potem był nawet gotów przynieść wiaderko węgla z piwnicy.

Źródłem pogody ducha Anny-Nusi mogło być cokolwiek. A to łatwo udało się rozpalić ogień w piecu kaflowym. A to obrodziły truskawki na działce kupionej przed wojną. Po śmierci ojca sprzedanej. Albo że podczas wielkanocnej rezurekcji dopisała słoneczna pogoda. Że znalazła czas, by zacerować synom i mężowi skarpetki. Że wujowie wreszcie się ustatkowali i założyli rodziny. Że zbliżają się ferie i będzie okazja odwiedzić kaszubskich szwagrów i szwagierki. Że udało jej się kupić rozpuszczalną kawę zbożową Inkę. Że nikomu nie spadła cegła na głowę.

Nie przepadała za książkami. Odpoczywała najchętniej w towarzystwie, kiedy można było muzykować. Jej ulubionym partnerem był oczywiście kuzyn Boleś Klaman. Tworzyli grający z energią duet skrzypiec i pianina. Nie unikano zbiorowego śpiewu. Wuj Jan, dysponujący ładnym głosem barytonowym, umiejętnie dobierał linię basu. Wuj Stanisław znajdywał przemyślne kontrapunkty wobec linii melodii. Mniej muzykalni ograniczali się do śpiewu w tercjach. Zważywszy na to, że były to głosy żeńskie i męskie, spiętrzenia akordów – w małej kubaturze pokoju – brzmiały imponująco. Przy odrobinie skupienia potrafię je wewnętrznym słuchem odtworzyć.

Mama była dosyć nabożna, ale bez cienia klerykalizmu. Urodzona 29 lutego, w roku przestępnym 1908, niewątpliwie miała poczucie wyróżnienia przez los. Jak rzadko komu, przychodziło jej świętować swój prawdziwy dzień urodzin w rytmie olimpiad. (Zmarła zresztą także w zgodzie z tym rytmem, w roku olimpiady seulskiej: 1988). Kiedy pół roku po zamążpójściu ucieszyła się pierwszą ciążą, sławny i przystojny książę Walii Edward został królem Wielkiej Brytanii. Upatrzyła sobie jego imię dla ewentualnego – w skrytości oczekiwanego – syna. Oczywiście, słyszała o skandalicznym romansie króla z mężatką, panią Simpson; natomiast nic a nic nie wiedziała, o świętym królu Edwardzie Wyznawcy z XI wieku, który złożył śluby dziewictwa. Nie mogła także przewidzieć, że po niecałym roku Edward VIII zrzuci koronę, by móc poślubić kochankę. Tak więc z woli rodzicielki zostałem rozpięty między kultem czystości i wierną miłością. Z pierwszą żoną, Małgosią, przeżyłem lat dwadzieścia siedem, aż do jej przedwczesnej śmierci. Z drugą, Marysią, już dawno przekroczyłem tę liczbę. Widać „czysta” czystość nie była mi pisana.

Ja i moi młodsi bracia korzystaliśmy z dużej swobody. Także w wyborze swoich dróg życiowych. Tę wolność jednak trzeba było okupić wysłuchiwaniem długich litanii maminych przestróg. Szczęśliwie nie były one nadto skupione na konwencjonalności zachowania. Mama nie była więźniem poprawności dla samej tylko poprawności. Dawała tego dowody. Kiedyś, zdjęta przemożną chęcią odwiedzenia brata Jana w stolicy (wtedy już głównego księgowego Polfy), a przy okazji i syna, nie znalazłszy mnie w domu akademickim, niespodziewanie odkryła mnie późnym wieczorem w garderobie Studenckiego Teatru Satyryków. W polowym łóżku. Z dziewczyną. I co? I nic. Panie się szybko polubiły. Mama – ponieważ spartańskie warunki nigdy jej nie przerażały – gotowa była nocować z nami, na podłodze. Z niejakim trudem skłoniłem ją do jazdy na Pragę, do wujostwa. Nic dziwnego, że Małgosia nie bała się przyszłości z taką świekrą.

Bo przyszła świekra była doprawdy wiatrem podszyta. Wystarczała jej jedna siatka oczkowa lub coś w rodzaju chlebaka, ze zmianą bielizny i zapasową bluzką, by pojawić się na progu warszawskiego mieszkania żonatego syna. Po kilkusetkilometrowej podróży kolejowej. I to z przesiadką. Wszystko po to, by ucieszyć się widokiem małej wnuczki. Pochwalić synową i syna (w tej kolejności!) za wszystko, co się da. Wygłosić sakramentalny komplement: – Edku, znowu ci włosy zgęstniały – co należało rozumieć, że się zbytnio nie przerzedziły. Aby po trzech – czterech dniach wrócić do opuszczonego męża. Lub jeszcze po drodze wpaść do kuzynki w Tczewie. Gdy liczba miejsc godnych odwiedzin w stolicy wzrosła do trzech: brat Jan, syn Alojzy (też już żonaty) i ja – wyprawy mamy z najmłodszym Kazikiem u boku nabrały charakteru rytualnego. Ale to była tylko cząstka jej możliwości. Szeroko rozbudowana rodzina męża, rozsiana po całych Kaszubach, stanowiła nieprzebrane źródło pomysłów na niespodziewane odwiedziny. W zanadrzu miała także wypad do ukochanego brata Staszka, wziętego lekarza w Słupsku. Ze szczególnym upodobaniem korzystała z tych wszystkich szans już jako wdowa.

Wdowi grosz, wsparty odczuwalną synowską pomocą, okazał się wystarczający, aby przenieść się do mieszkania spółdzielczego. Pojawiły się ciepła woda, kaloryfery, lodówka i pralka Frania. Nawet używany telewizor. Przejętą po mnie (gdy udałem się na studia) „posadę” tapera-akompaniatora w Domu Harcerza mama mogła porzucić. Zaniechała też dorywczego zarobkowania polegającego na wtajemniczaniu maluchów w celne – zgodne z nutami – uderzanie w białe i czarne klawisze. A że choroba Kazika wcześnie uczyniła go rencistą, mama mogła całą sobą oddać się swojej ulubionej roli. Roli opiekunki.

Jednej rzeczy mama nie lubiła z całego serca – wyuczonego zawodu. Był to fach fryzjerski. Szlify cechowej fryzjerki uzyskała tuż po ukończeniu ogólnej, płatnej Szkoły Wydziałowej. W zakładzie dziadków (wtedy jeszcze dla pań i panów) przepracowała bodaj tylko trzy lata. Nigdy do tego zajęcia nie wróciła.

Przed zakładem fryzjerskim dziadków (pierwsi z lewej). Dalej wuj Stach, mama, wuj Jan. Nad nimi wuj Alojzy i ojciec. Na dole ja jak aniołek u Rafaela

Z bólami głowy, do czego miała skłonność, walczyła „zapobiegawczo”. Codziennie rano zażywała tak zwanego kogutka (popularna nazwa proszków przeciwbólowych). Później tabletki „z krzyżykiem”. Przez wiele lat. W końcu zapomniała, po co to robi. Zostało miłe przyzwyczajenie. Bóle głowy zniknęły, ale pojawiły się inne. Niepokojące. Jak to przy siedemdziesiątce. Matczyna wiara w lekarzy wiotczała. Ratunku postanowiła szukać – podobnie jak pół Polski – u uzdrowiciela (fachowcy nazywali go bioenergoterapeutą) o nazwisku Clive Harris. Zdobycie biletu na seans „czarodzieja” w kościele Świętego Jacka w Warszawie nie było łatwe. Ale udało się. Nad maminą głową i ciałem uzdrowiciel rozpostarł – na kilkanaście sekund – dwoje rąk. To placebo podobno pomogło.

Mnie mama pomogła z całą pewnością, wbijając od dzieciństwa w głowę fakt, że urodziłem się w czepku i, co równie ważne, w niedzielę. Sprawdzając wróżbę, pilnie śledziła mój szlak kompozytorski, od piosenki do symfonii. Od teatrzyku Bim-Bom do radiowych nagrań orkiestrowych. To jej wiara natchnęła mój życiowy bieg. Dlatego po pierwszym warszawskim wykonaniu mojej kantaty Supplicatio, wiosną 1983 roku w kościele św. Anny w Wilanowie, pomyślałem, że to dobry znak i mamie (Anna!) ten utwór dedykowałem. Pół roku później zabrzmiał on w sali Filharmonii Narodowej, w ramach „Warszawskiej Jesieni”.

Mama wysłuchała radiowej transmisji. Gdy zaś pod koniec roku Supplicatio zagrano w Gdańsku, znalazła się na widowni. Szczęśliwa.

Zobaczyliśmy się po dwóch latach. Przyjechała na pogrzeb Małgosi, którą tak polubiła w garderobie studenckiego teatrzyku. Wilanowski kościół Świętej Anny był teraz miejscem mszy żałobnej. Mama była poruszona, kiedy niosłem urnę (powiedziała potem: – Taką małą trumienkę) z prochami żony z kościoła przez ulicę, aż do cmentarnego grobu. Zawyrokowała: – Drugiej takiej żony nie znajdziesz. – Bodaj po raz pierwszy jej przepowiednia się nie sprawdziła.

Dwudzieste „olimpijskie” urodziny Anny-Nusi przebiegły w cieple rodzinnego Starogardu. Rękę Marysi, przyszłej nosicielki maminej złotej obrączki, zdobiła skromna srebrna, świeżo nałożona, małżeńska. Nowa synowa obdarzona została sympatią. Nie tylko ze względu na mnie. Mama była w dobrym nastroju. I nikt nie spodziewał się tak rychłej katastrofy. Nowotwory jednak bywają przebiegłe i świetnie finiszują. Trzy miesiące później pojechałem odwiedzić chorą. Przenosiłem z łatwością kruche ciało z łóżka na fotel i z powrotem. Jak małe dziecko. Wysłuchiwałem jej młodzieńczych, zamglonych wspomnień o niewinnych figlach czynionych z koleżanką mieszkańcom jedynej kamienicy uzbrojonej w elektryczne (!) dzwonki do mieszkań. Łobuzice potrafiły postawić na nogi dwa piętra, po czym z szybkością sprinterek zbiec schodami do bramy i na ulicę. I zniknąć z pola widzenia. Tak to los obdarzył mnie odpowiedzialnością uważnego kołysania na ręku tej, która nosiła mnie w swoim łonie.

Może moja ewentualna prawnuczka weźmie udział w tej sztafecie i nałoży na palec obrączkę po praprababci?

TRESOR

Poważnie brzmiące niemieckie słowo tresor w polszczyźnie przyjęło fonetyczne brzmienie: trezor. Kiedyś dość często używane. Konia z rzędem temu, kto dzisiaj wie, co oznacza. Dla przypomnienia podaję angielski odpowiednik – treasure i łaciński pierwowzór – thesaurus. Ależ tak. Tresor znaczy skarb! Taki właśnie napis zdobi metalową skarbonkę z kluczykiem i pałąkowym uchwytem. Poniżej tresora pojawia się napis „Bank Ludowy” i wreszcie to słowo, które mnie zelektryzowało – „Starogard”. Moje rodzinne miasteczko. Gdy zobaczyłem to cacko w oknie sklepiku z antykami w Toruniu, kupiłem je z miejsca, i to z wypiekami na twarzy. Mój mały – chociaż bardzo stary – Starogard (joannici założyli Starogród w 1198 roku) w latach międzywojennych należał do cywilizowanego świata. Co więcej, ten lokalny bank powstał jeszcze w XIX wieku!

Teraz skarbonka owa zdobi szczyt wąskiej, lecz jednocześnie wysokiej biedermeierowskiej szafki z szufladami. Jej srebrzystość wygrywa ze starą miedzianą wagą, japońskim kryształem, szklanym jabłkiem nowojorskim i małym porcelanowym zegarem kominkowym. Nawet drewniana ludowa figura Chrystusa Frasobliwego (z głową skręconą o 90 stopni), jak również statuetka Wielkiego Honorowego Splendora Teatru Polskiego Radia są tylko tłem.

Takim trezorem dla każdego człowieka jest jego rodzinny dom. Mój dom wczesnego dzieciństwa, w kaszubskiej wiosce, został przymusowo porzucony na rzecz domu zastępczego – u rodziców mamy. Fronton wąskiego na szerokość izby, parterowego budynku ze szpiczastym dachem skierowany był do ulicy Friedrichstrasse. Nosił numer 42. Fronton ów zdobiły dwie wysokie szyby zakładu fryzjerskiego, dla pań i panów. Kilka stopni prowadziło do centralnego podestu. Drzwi w lewo – dla panów. W prawo – dla pań. Z tyłu budynku jedyną, ale bardzo praktyczną ozdobą był kran z ujęciem wody dla mieszkańców podwórka.

Moi kaszubscy dziadkowie z dziećmi, choć nie w komplecie. Beniaminek stryj Maksymilian między nimi. Ojciec nad nimi, jak zwykle z założonymi rękoma. Połowa lat trzydziestych

Z chwilą wkroczenia hitlerowskiego okupanta dziadek, Leon Szarmach, żołnierz pruski w poprzedniej wojnie, stracił swoją własność i warsztat pracy na rzecz volksdeutscha o polsko brzmiącym nazwisku, z końcówką -ski. Zmuszony został do najęcia się u znajomego golibrody, Niemca.

Wzdłuż domu biegła brukowana droga, szerokości wozu konnego, która zamieniała się w długie podwórze. Ciągnął się tam rząd jednoizbowych biedamieszkań, płytkich i niskich. Za nimi były drewniany szalet o trzech kabinach oraz szambo kryte drewnianymi palami. Wreszcie piętrowy, ceglany dom z czterema jednopokojowymi mieszkaniami z kuchnią. I jeszcze parterowa przybudówka. Podwórko zamykał ogród dziadków z dwiema jabłoniami, wierzbą i strugą. A z niego roztaczał się piękny widok na łąki i nowiutki, ledwie ukończony bazylikowy kościół pod wezwaniem Świętego Wojciecha. Cały bielutki. Ponoć ongiś w tymże miejscu stała kaplica pod tym samym wezwaniem. A obok szubienica i karczemka, w której skazany łotrzyk wypijał ostatni łyk starogardzkiego piwa przed egzekucją.

To w tej posesji dziadków przyszedłem na świat i tu wróciłem w okrutny czas niemieckiej okupacji. Po domu i całym „bogactwie” podwórka przy ulicy Kościuszki nie ma dzisiaj ani śladu. Starość wzięła górę. I to jest naturalne. Natomiast nienaturalny jest mój nawyk wojennego dziecka, które przy każdych odwiedzinach spontanicznie szuka na rynku i uliczkach rodzinnego miasta ciągle jeszcze widocznych – to tu, to tam – śladów wojennych zniszczeń.

Rządy w domu sprawowała babcia Anastazja. Była oświeconą władczynią: stanowczą i sprawiedliwą. Jeszcze do niedawna kierowała damską częścią zakładu oferującego trwałą ondulację urodziwym Kociewiankom zapatrzonym w przystojnych ułanów rokitniańskich. Rządy na podwórku sprawował Fona Aschendorf, najstarszy i najsilniejszy z chłopaków. Mimo oczywistej przewagi fizycznej nie był skory do jej użycia. Uwielbiał gry zręcznościowe i kombinacyjne. I te z użyciem scyzoryka oraz kupki piachu, czyli pikuty, i te, w których wykorzystywaliśmy nieważny już polski bilon, i te z rzutami do celu zlokalizowanego na płocie czy szopie. Wzięcie miały wyścigi z fajerkami prowadzonymi metalowym uchwytem. Aby pograć w szmacianą piłkę nożną, biegliśmy na pobliski dziedziniec szkolny. Którejś śnieżnej zimy taki mecz obdarował mnie zwichnięciem stawu łokciowego prawej ręki. W domu niczego nie zauważono, ale pozostał mi trwały i widoczny ślad: wyprostowana ręka nijak nie przypomina linii prostej.

Anastazja Möllerówna około 1900 roku

Ważną rolę w moim dzieciństwie odegrało dwóch moich wujów, przymusowo „urlopowanych” ze studiów medycyny i prawa. Wiecznie uśmiechnięty i bardzo utalentowany muzycznie Stanisław zaczął uczyć mnie gry na pianinie, gdy miałem lat pięć. Był kontent z postępów i nie zniechęcał się w staraniach. Zapis nutowy przestawał być dla mnie tajemnicą. Nazwy dźwięków także. I nagle wuj Stach odkrył, ku swojemu zdumieniu, że nie widząc klawiatury, potrafię nazwać słyszane dźwięki. Ponowił próbę. Kazał mi odwrócić się do okna i zagrał kolejno „c-d-a”. – Co zagrałem? – zapytał. Odparłem bez wahania: – c-d-a. – A to, co to za dźwięki? – i uderzył jednocześnie w trzy klawisze. – To są d-f-g – odpowiedziałem. – Nie do wiary! – zawołał i orzekł, że mam słuch absolutny.

Nie rozumiałem słowa „absolutny”, ale czułem, że to pochwała. Odtąd stałem się ważną postacią rodzinnych i towarzyskich spotkań. Przywoływano mnie, bym demonstrował tajemniczą zdolność odgadywania nazw uderzanych, chociaż niewidzianych klawiszy pianina. Trafienia były zawsze stuprocentowe. Zdumienie dorosłych bardzo mi pochlebiało. Ale szybko spowszedniało.

Chociaż poznałem już siedem liter alfabetu muzycznej oktawy, nie kwapiłem się do czytania słów. Wolałem czytać nuty, nawet w kluczu basowym. Kiedyś sięgnąłem po leżące na pianinie naddarte, drukowane dwie strony nut i zacząłem je odstukiwać na klawiszach. Po jakimś czasie do pokoju wpadły babcia Anastazja z mamą i gwałtownie zgarnęły nuty z pulpitu. Wydawały się przerażone. Nic dziwnego, bo zacząłem już całkiem dziarsko odtwarzać mocarstwowy marsz: „g-a-h-c-c-c!” – „Marszałek Śmigły-Rydz, nasz dzielny, mądry wódz...”. Niestety, tylko zwykłe drzwi dzieliły pokój z pianinem od dziadkowego saloniku fryzjerskiego. A w nim królował nowy szwabski właściciel. Feralne nuty natychmiast zniknęły.

Wujek Janek, wysoki i przystojny, miał słabość do matematyki. Cyfry, liczby, zagadki matematyczne – to był jego intymny świat. Próbował nawet odwrócić twierdzenie Pitagorasa. Bezskutecznie. Od gier planszowych z rzutami kostką przeszedł ze mną do warcabów i szachów. Dzięki niemu polubiłem te drugie na zawsze. Mam głębokie przekonanie, że nauka muzyki, z tymi wszystkimi ćwierćnutami, ósemkami, kwintami i oktawami, ułatwia dziecku pokochać ułamki, a w przyszłości nawet rachunek różniczkowy lub liczbę urojoną „i”. Związek dźwięku i liczby jest rzeczą naturalną. Udowodnił to zresztą właśnie Pitagoras.

Arbeitsamt skierował miłośnika algebry do centrali jajczarskiej. Księgował i rachował, posługując się nawet suwakiem matematycznym. Budynek, w którym pracował, opierał się o stare mury obronne nad kanałem. I oto kilkanaście lat temu, spacerując po wąskich i dobrze mi znanych uliczkach, zastałem resztki gruzu po jego rozbiórce. Ale odkryłem też tkwiącą we wnętrzu średniowiecznego muru kasę pancerną z uchylonymi drzwiczkami. Jajeczny trezor obnażył się przede mną. Niestety – pusty.

Z kolei miłośnik muzyki z kołatającym sercem po przeżyciach w poznańskiej cytadeli uzyskał glejt inwalidy od niemieckiej komisji lekarskiej. Jestem pewien, że dwuletnie studia medyczne wujka Stacha pomogły mu udatnie zagrać całkowitą niezdolność do wysiłku fizycznego. Zarobkował jako pianista, ozdoba towarzyskich spotkań dam hitlerowskich notabli w Preußisch Stargard. Niekiedy przynosił resztki smakowitego jedzenia, które dostawał jako bonus za znajomość najnowszych przebojów Mariki Rökk czy Zarah Leander. Wzbudzał zrozumiały podziw – cały repertuar odtwarzał z pamięci.

Po pierwszych klęskach Adolfa Hitlera na froncie wschodnim byli studenci poznańskiego uniwersytetu zostali wcieleni do Wehrmachtu. Wuj Jan strzegł Wału Atlantyckiego. Dla podtrzymania sił dostawał z domu paczuszki z ćwierćkilogramową – dozwoloną przez władze – porcją pumpernikla. Dla kamuflażu, by uniknąć podejrzeń związanych ze zbyt częstymi przesyłkami, nieraz i mnie delegowano na pocztę. Pozostały mi w pamięci ciemnożółty kolor pocztowego blatu pachnącego potem i małe okienko z urzędnikiem w okularach. Gdy generał Eisenhower swoim atakiem złamał niemiecką obronę w Normandii, wuj, wraz z dwoma kolegami z Wielkopolski i Śląska, przeczołgał się w krótką czerwcową noc do wojsk alianckich. Przywdział mundur polskiej armii generała Andersa i nowe nazwisko – Marjański. Jawna dezercja na froncie mogłaby zaszkodzić bliskim pozostającym ciągle w kleszczach III Rzeszy. Nie zdążył powojować w nowym battledressie, za to ukończył studia prawnicze w Oxfordzie. Oczywiście jako Jan Marjański, nie Jan Szarmach.

Mój muzyczny mentor w nagrodę za znakomicie wykonywane okrzyki „Zu Befehl, Herr Hauptmann!” skierowany został do uczenia wojskowej musztry braci Polaków ubranych w mundury koloru feldgrau. Był ceniony w tej roli aż do chwili, kiedy Rosjanie pojawili się u wrót Prus Wschodnich. Awansował na sanitariusza. Gdzieś na Litwie odłamki pocisku artyleryjskiego pokiereszowały mu nogi i podbrzusze. Dochodził do siebie w szpitalu w Gotenhafen (czyli w Gdyni), skąd ewakuowano go statkiem do Królestwa Danii. Szczęśliwie grubo przed desperacką i tragiczną wyprawą MS „Wilhelm Gustloff”. Wraz z końcem wojny wuj stworzył chór męski z byłych wehrmachtowców i Polaków przymusowo zesłanych do pracy dla wielkich Niemiec. Pojawił się on nawet na antenie radia BBC. Z artykułu o chórze zamieszczonego w polskiej gazetce w Anglii Jan dowiedział się o pomyślnych losach brata Stacha. Odnaleźli się i zdecydowali o powrocie do nowej Polski.

Kiedy zaczynała się stalingradzka bitwa, skończyłem sześć lat i zasiadłem w ławce niemieckiej Grundschule. Ogromna większość dzieciarni ni w ząb nie znała języka autora Mein Kampf. Nauka czytania i pisania była więc jednocześnie nauką niemieckiego. Używanie polskiego (czy raczej kociewskiego) było surowo karane. Ponieważ znałem jedną trzecią alfabetu i kilka pierwszych cyfr ze stukania w białe – niekiedy nawet w czarne – klawisze pianina, nauka przychodziła mi z łatwością. Na zakończenie pierwszej klasy zostałem nagrodzony tekturową grą planszową. Gładko przeleciała klasa druga, w czasie której znajoma mamy, Niemka, przejęła po wuju pałeczkę i starała się skłonić mnie do równego grania gam oraz prostych etiud Czernego. Z nią mogłem się porozumieć tylko w niemczyźnie. Klasa trzecia ledwo się zaczęła, straciła dyscyplinę i rytm. To była już ostatnia okupacyjna jesień. Podglądanie młodych, sprowadzonych z Reichu nauczycielek spacerujących pod rękę z oficerami Wehrmachtu w zakątkach parku nad Wierzycą było ważniejsze od zrobienia zadania domowego z rachunków.

Wkrótce nauczycielki zniknęły. Przez Preußisch Stargard zaczęły się przemieszczać kolumny niemieckich uchodźców z Prus Wschodnich. Wyglądali żałośnie. Słabe szkapiny ledwo ciągnęły wozy z jakimś, byle jakim, dobytkiem. W bardzo mroźne tej zimy dni widziano zamarznięte dzieci czekające na pochówek. Zdarzały się sporadycznie ciężarówki na holzgas. To hitlerowska elita uciekała pojazdami o napędzie drzewnym, dumą niemieckich inżynierów. Nad objawami współczucia górowało poczucie satysfakcji. Role się odwróciły. Naród panów pierzchał w sromocie.

Nim do tego doszło, zupełnie odmienne kolumny paradowały ulicami. Wyróżniały się, rzecz jasna, hałaśliwe marsze Hitlerjugend. Na ich widok przezornie zdejmowałem krymę, czyli czapkę. Raz tylko się zagapiłem i zakosztowałem upokarzającego spoliczkowania. Niekiedy z kolegami podwórkowymi doczepialiśmy się do ogona takiego pochodu zmierzającego do darmowego niedzielnego kina. Na ekranie dominowały filmiki animacyjne. Jeden z nich mocno utkwił w mojej pamięci. Zawierał interakcyjność (!) ekranu i widowni. Kukiełka pytała młodych widzów, w którą stronę pobiegł złodziej – w lewo czy w prawo? Chór dzieci odpowiadał – Links! – Czy należy zatkać workiem komin parowozu, by pociąg ruszył? I głośne – Nein! Odkrywczość ekspresjonistów niemieckiego filmu owocowała nie tylko w propagandowej twórczości Leni Riefenstahl, ale i w zwykłym filmie dla dzieci.

Zdarzały się przemarsze więźniarek z obozu pracy. Mieszkańcy śpiesznie rzucali im kromki chleba i czmychali do bram. Konwojenci wyglądali groźnie. Mnie także przydarzyło się umykać ile sił w nogach, kiedy na rynku niebacznym okrzykiem sprowokowałem hitlerowskiego urzędnika magistrackiego. Użyłem jego sprośnego, powszechnie znanego przezwiska. Stał w oddali, więc czułem się bezpiecznie. Niespodziewanie ruszył biegiem w moją stronę. Uciekałem w kierunku fary, obiegłem ją i bocznym wejściem wpadłem do pustego kościoła. Tam zaszyłem się w konfesjonale pod siedzeniem. Po chwili usłyszałem ciężkie kroki na kamiennej posadzce. Przemieszczały się wzdłuż całej świątyni. Od ołtarza do chóru i z powrotem. Wreszcie ucichły. Upłynęły wieki, nim zdecydowałem się na opuszczenie kryjówki. Już nigdy nie powtórzyłem tego eksperymentu.

Była też parada powietrzna. W słoneczny, jesienny dzień siedziałem na przyzbie z dziadkiem Leonem. Dziwny warkot wzbudził nasze zainteresowanie. Spojrzeliśmy w górę. Wysoko na niebie, wzdłuż naszego podwórka, wolno i majestatycznie leciały dziesiątki bombowców. Dziadek roztropnie przypisał tę flotyllę Amerykanom lub Anglikom. No bo któż inny mógłby lecieć nad Pomorzem z południa na północ taką armadą, w czwartym roku wojny? I to prosto w kierunku Gdańska? Rozumowanie dziadka golibrody okazało się trafne. Amerykanie zbombardowali port w Gdyni. Zresztą niezbyt skutecznie.

Ostatnia, butna demonstracja siły nazizmu odbyła się kilka miesięcy wcześniej. Führer narodu niemieckiego świętował swoje pięćdziesiąte piąte urodziny. Rynek był strojny w Hakenkreuze we wszystkich możliwych postaciach. Trzepotały flagi i transparenty. Karne oddziały SA i Hitlerjugend uzupełnione wojskiem maszerowały, bębniły, wykrzykiwały hasła wierności. Wieczorem, machając pochodniami, głośno zawyły: „Die Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen!”. A potem – „Deutschland, Deutschland über alles, über alles in der Welt”. Nie miałem pojęcia, że tę piękną melodię, ubraną w tak szowinistyczny tekst, Niemcy zawdzięczają Josephowi Haydnowi. Temu Haydnowi, którego sonatę – z niewielką jeszcze wprawą – chętnie wystukiwałem na pianinie.

Paraliżujący strach wywołany okrutnym terrorem Niemców w pierwszym roku okupacji długo nie ustępował. Wzajemna podejrzliwość osłabiła więzy międzyludzkie. W praktyce ograniczały się one do najbliższej rodziny. Dziadkowie coraz rzadziej decydowali się na przekraczanie ulicy, by odwiedzić znajomych Niemców (też o polsko brzmiącym nazwisku, bodaj Krupinski?) z naprzeciwka. Babcia Anastazja skrupulatnie pilnowała zamykania okiennic, aby nikt nie usłyszał zakazanej polszczyzny. Przestrzegła mamę przed uchyleniem się od obowiązku oddania – na Winterhilfe, dla zmarzniętego Wehrmachtu – ukochanego futra. A nuż któraś z sąsiadek doniesie? Goebbelsowska machina propagandowa rozkręcała się. Zaczęła straszyć bolszewicką nawałą. Również dziecku udzielał się ten niepokój. Białe, tajemnicze, malowane szablonem postaci na ścianach domów, rodem jakby z filmów Fritza Langa czy Friedricha Murnaua, ostrzegały przed konsekwencjami nieprawomyślnego zachowania. Śniły mi się nocą równie często, jak zapadający się pode mną most na śluzie Wierzycy.

Nagle, po udanym lądowaniu aliantów na brzegach Normandii, wszystko się zmieniło. Strach padł na Niemców. Szczególnie miejscowych. Odnosiłem nawet wrażenie, że demonstracyjna pańskość nowego właściciela dziadkowego zakładu wiotczała. Napotkanej babci lub mamie pierwszy mówił Guten Morgen! To Herr Krupinski zachodził teraz do dziadka Leona na pogawędkę o sytuacji na obu frontach. Pocieszał babcię, że brak wiadomości z Francji od syna Jana nie oznacza najgorszego. Nie było przecież żadnego oficjalnego pisma o jego śmierci.

Ostatnia okupacyjna zima była pełna nadziei, chociaż zapadła mi w pamięć dwoma przejmującymi obrazami. Wspomnianym wcześniej exodusem uchodźców zza Wisły oraz trupami rozstrzelanych niemieckich żołnierzy, dezerterów. Ciała ułożono w równych szeregach na ośnieżonym trawniku przed ratuszem. Stosowny napis przestrzegał potencjalnych naśladowców. I mieszkańców. Aż do przyjścia krasnoarmiejców starannie omijałem rynek.

Gdy ci się pojawili, zafundowali nam, chłopakom z podwórka, niebywałą paradę wojenną. Pod samym nosem. Przed narożnym domem, u zbiegu ulic Kościuszki i Sobieskiego – w którym ulokował się wojenny sztab – na podwyższeniu stanęła rosyjska żołnierka i... dyrygowała ruchem kolumn pancernych. Szły one z południa na północ, na Gdańsk. Dzień za dniem. Stareńkie domy trzęsły się w posadach. Siedząc na schodkach dziadkowego zakładu z napisem „Herren Friseur”, rachowaliśmy osobno czołgi, działa pancerne, armaty i ciężarówki. Danzig padł po trzech tygodniach. Ja zaś w niecały miesiąc po pojawieniu się pierwszych żołnierzy marszałka Rokossowskiego zostałem uczniem polskiej Szkoły Podstawowej nr 1. Tak jak przed wojną – męskiej. Z racji wieku przypisano mnie do klasy drugiej. Po kilku tygodniach wychowawca uznał to za błąd i przeniósł mnie do trzeciej klasy. Ten „zarobiony” rok był pożytecznym zapasem na przyszłość.

Do dzisiaj zdumiewa mnie pozytywna energia, jaką wyzwala w człowieku uzyskana wolność. Zresztą nie tylko narodowa. Już trzeciego dnia pojawił się wybrany spontanicznie burmistrz miasta. Paradoksalna historia tych ziem sprawiła, że ten rodowity Kociewiak nazywał się – nomen omen – Feliks Deutsch. Przybyła „grupa operacyjna” (tak się pięknie nazywała) Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej i szybko zrealizowała „operację”. Zastąpiła naszego kandydata robotnikiem, świeżym członkiem PPR, o prawidłowym nazwisku zakończonym na -ski. Tenże po połowie roku znalazł się w więzieniu za nadużycia. Odtąd przez prawie pół wieku żaden miestny (miejscowy) nie dostąpił zaszczytu rządzenia miastem czy powiatem. Ta wątpliwej wartości tradycja II Rzeczpospolitej została w całości przejęta przez Polskę Ludową. I wysoce wzbogacona.

Krwawa bitwa o Starogard (dwa tysiące poległych żołnierzy Armii Czerwonej) przyniosła naszej podwórkowej zgrai niespodziewany dar. Na łące, tuż za ogródkiem dziadków, utkwił bezradnie niemiecki czołg. Z lufą wycelowaną w kierunku bielutkiego kościoła, skąd nadchodzili Rosjanie. Nietknięty. Najwidoczniej załodze zabrakło paliwa. Zachowało się za to kilka dużych pocisków i trochę drobnej amunicji. Idiotyczne zabawy polegające na wrzucaniu karabinowych ładunków do małego ogniska – z kilkumetrowej odległości i z brzuchem przy ziemi – zostały szybko spacyfikowane przez dorosłych. Trudniejsza do kontroli okazała się zabawa z prochem wydobytym z czołgowych pocisków. Cudem nikt nie został kaleką. Dorośli znowu zareagowali w porę.

Ale wojna jako przedmiot zabawy na dobre zagościła w naszych durnych baniach, czyli głowach. Regularne bitwy toczono na boisku szkolnym graniczącym z ruinami przedszkola. W ruinach tkwili „obrońcy”. „Napastnicy”, skryci za pokrywami dużych kotłów do prania bielizny, przypuszczali szturm na „twierdzę”. Główną bronią były drobne kamienie i ułomki cegieł. Lubiłem atakować tylko do tej chwili, w której obrońca ugodził mnie celnie ostrym, ceglanym skrawkiem w głowę. Spływającą po twarzy krew zmyłem pod szkolnym kranem zimną wodą. Ten zimny prysznic ostudził moją głowę skutecznie. Odtąd wolałem wybierać bezpieczniejszą i bliższą mi rolę – obrońcy. Także w piłce nożnej.

Pojawieniu się rosyjskiej armii towarzyszyły niebywała radość i ulga. Starogardzianie uznali się za wybawionych z piekła niemieckiego terroru. Zasiane hitlerowską propagandą strachy nie znalazły potwierdzenia. Widocznie bolszewiccy politrucy potrafili uczulić żołnierskie masy, że mieszkańcy przedwojennego pomorskiego korytarza: Kaszubi, Kociewiacy czy Borowiacy – to Polacy. Identyczni z tymi, którzy w szeregach I Armii Wojska Polskiego dowodzonej przez generała Stanisława Popławskiego ramię w ramię zdobywali Gdynię. Jak to prościutko napisał ksiądz Bernard Sychta:

Czy to my tu na Kociewiu,

Czy Borusy w borach,

Czy Lasaki, czy Kaszuby

Na morzu, jeziorach –

Jedna Matka nas

Wszytkich kolybała,

Pokłóńma się w pas:

Tobie, Polsko, chwała.

Bywało więc i tak, i tak. Oficer na kwaterze zajął pokoik od podwórka. Najcieplejszy, bo graniczący z sąsiednią piekarnią. Mimo armii karaluchów było to nasze ulubione miejsce noclegowe zimą. Próbował tłumaczyć zasady nowego ustroju sprawiedliwości społecznej. Opuszczając kwaterę, uroczyście wręczył dziadkom nieznany, świeżo wydrukowany banknot stuzłotowy nowej Polski.

Innym razem pogodny sołdat wszedł niespodziewanie bocznym wejściem, kiedy ćwiczyłem na pianinie. Dostrzegł leżący obok mój dziecięcy akordeon. Poprosił, bym mu coś na nim zagrał. Zdecydowałem się na niedawno opanowaną kolędę Przybieżeli do Betlejem. Spodobało mu się. Pomógł mi zdjąć akordeon z ramion, nałożył na jedno swoje, nacisnął kilka klawiszy i wyszedł. Dźwięki się oddaliły. Nie żałowałem instrumentu, bo tuzin basów dla lewej ręki uniemożliwiał przekroczenie prymitywnego akompaniamentu um-pa, um-pa.

Kiedyś, wieczorem, pojawił się żołnierz z wezwaniem do NKWD dla dziadków. Poszli przerażeni, bo wiedzieli, co to za instytucja, bliźniaczo podobna do gestapo. Wrócili spokojni. Pytano ich o volksdeutscha o nazwisku zakończonym na -ski, tego, który przejął ich salonik fryzjerski. Jako prawdziwi chrześcijanie nie oskarżyli go o nic. Bo i o co? O chciwość? Poza tym zachowywał się całkiem przyzwoicie jak na Niemca. Natomiast brat babci Anastazji, Jan Meller, także fryzjer, prawdziwy oryginał, słusznie ukrywał swoją urodziwą córkę, Zosię, przez dwa tygodnie w kominie własnego domku. Komin był wystarczająco obszerny i dziewczyna uszła cało. Jak moja mama.

Z kolei ludzie opowiadali o utonięciach sołdatów w kadziach pełnych spirytusu w wytwórni wódek Winkelhausena. Wytwórnia zresztą szczęśliwie szybko spłonęła. Może dlatego, że zabrakło w niej alkoholu? Mówiono także o tym, jak w kanale pod młynem wybuchały wrzucane doń granaty. Tłuste węgorze i inne ryby pojawiały się na powierzchni wody. Prawda li to? Chyba tak. Ale prawdą jest i to, że my – głodni chłopcy – lubiliśmy pojawiać się w porze obiadowej przy płocie koszar. Krasnoarmiejcy dzielili się z nami gotowanymi kartoflami z masłem i tuszonką ze swoich menażek. Odwdzięczaliśmy się nowo poznanym słowem: spasiba.

Wściekłość na hitlerowską okupację wyładowywano poprzez radosne niszczenie wszystkich oznak niemieckiej obecności. Szyldy, napisy, tablice z nazwami ulic niknęły w oczach. Na szkolnym podwórku w ognisku płonęły książki, często drukowane gotycką czcionką. Pociechą jest to, że nie było wśród nich dzieł Johanna Heinricha Heinego. Naziści wyrzucili go całkowicie z niemieckiej kultury. Tylko jeden jedyny, piękny wiersz Lorelei dostępował zaszczytu druku. Oczywiście anonimowo.

Na podwórku Fona Aschendorf stracił przywództwo. A dziadek Leon począł strzyc i golić rosyjskich oficerów z komendy z naprzeciwka. I stopniowo także dawnych, przedwojennych klientów – tych, którzy tę wojnę przeżyli.

KOMODA I ZEGAR

K