Na tropie zdumienia. Podróż w nieznane - Grzegorz Sochań - ebook

Na tropie zdumienia. Podróż w nieznane ebook

Grzegorz Sochań

0,0
19,90 zł

lub
Opis

„Podróż w nieznane” to zaproszenie Czytelnika do odkrywania swojego ukrytego potencjału i zachęta do śmiałego i szczerego rozwijania swoich pasji. To portal prowadzący do magicznych przestrzeni marzeń, snów i wizji. Podróż Autora jest jednocześnie tłem i trampoliną dla transformacji Świadomości, która zachodzi u niego dzięki pracy nad swoim systemem wierzeń, świadomemu ukierunkowaniu swoich energii oraz skupieniu na szczerości wobec swoich potrzeb i pragnień. Tekst jest niezwykłą inspiracją do wprowadzenia odważnych zmian w swoim życiu oraz czerpania radości z każdego kolejnego doświadczenia.


Książka, którą trzymasz w ręce, powstała w ostatnich trzech latach. Największa jej część jest świeżym owocem uporządkowania prowadzonych przeze mnie notatek w trakcie moich podróży. Znajdują się tu również fragmenty, którymi zdążyłem się wcześniej podzielić na łamach portali podróżniczych i społecznościowych. Śmiało można by stwierdzić, że książka ta jest kolażem spójnych, dojrzałych myśli oprawionych w ramkę, którymi to właśnie w takiej formie chcę się z Tobą podzielić. Nie jest to książka opisująca szczegółowo przebieg poszczególnych wydarzeń, w które zdarzyło mi się być oplecionym. To manifest mojego zachwytu nad samą możliwością doświadczania. Książka ta przede wszystkim jest przelanym na papier wzruszeniem nad Cudem Istnienia, jest zachętą dla Ciebie, Czytelniku, do odnalezienia swojego Wewnętrznego Nauczyciela poprzez podążanie za swoimi pasjami i marzeniami. Jest również relacją zmian w postrzeganiu mojego życia, które zaszły u mnie pod wpływem doświadczeń z samych podróży, ale też z okresu na długo przed zdecydowaniem się na ten krok.

Ze Wstępu do książki

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 182

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Spis treści:

Strona tytułowa

Otwarcie

Od Autora

Rozdział 1. Między Wiedzą a Mądrością

Rozdział 2. Reset Świadomy

Rozdział 3. Zaufanie Głosowi Serca

Rozdział 4. Kim jesteś, Wędrowcze?

Rozdział 5. Zrzucenie Balastu

Rozdział 6. W Ślad Za Ekscytacją

Rozdział 7. Szeroka Perspektywa I Nauka Bezstronności

Rozdział 8. Technika Niezachwianej Radości

Rozdział 9. Prawo Przyciągania

Rozdział 10. Wszystko jest możliwe

Rozdział 11. Zestrojenie nie zna egoizmu

Rozdział 12. Wieczne Tu i Teraz

Rozdział 13. Czas Transformacji

Rozdział 14. Nieskończoności Najbliższa Jest Cisza

Zakończenie

Strona redakcyjna

Strona tytułowa

Grzegorz Sochań

NA TROPIE ZDUMIENIA:

Podróż w Nieznane

Kraków 2016

Otwarcie

Otwarcie

Żeby latać, motyl musi najpierw rozgrzać swoje zapomniane serce

Wysuszyć pomięty, mokry szkielet skrzydeł na wietrze

I odważyć się ich użyć po raz pierwszy

Niektóre motyle żyją kilka godzin

Inne żyją aż trzy dni

Bywają takie motyle, które z tego powodu płaczą

Bywają dumne, które uwielbiają umierać jak najczęściej

Od Autora

Od Autora

Drogi Czytelniku,

Książka, którą trzymasz w ręce, powstała w ostatnich trzech latach. Największa jej część jest świeżym owocem uporządkowania prowadzonych przeze mnie notatek w trakcie moich podróży. Znajdują się tu również fragmenty, którymi zdążyłem się wcześniej podzielić na łamach portali podróżniczych i społecznościowych. Śmiało można by stwierdzić, że książka ta jest kolażem spójnych, dojrzałych myśli oprawionych w ramkę, którymi to właśnie w takiej formie chcę się z Tobą podzielić. Nie jest to książka opisująca szczegółowo przebieg poszczególnych wydarzeń, w które zdarzyło mi się być oplecionym. To manifest mojego zachwytu nad samą możliwością doświadczania. Książka ta przede wszystkim jest przelanym na papier wzruszeniem nad Cudem Istnienia, jest zachętą dla Ciebie, Czytelniku, do odnalezienia swojego Wewnętrznego Nauczyciela poprzez podążanie za swoimi pasjami i marzeniami. Jest również relacją zmian w postrzeganiu mojego życia, które zaszły u mnie pod wpływem doświadczeń z samych podróży, ale też z okresu na długo przed zdecydowaniem się na ten krok.

Przez ostatnie trzy lata podróżowałem po świecie i chciałbym podzielić się swoimi refleksjami, które wyniosłem z tych doświadczeń. Bacznie przyglądałem się, jak moja podróż dojrzewała z upływem czasu i jak udało mi się dojrzewać razem z nią. To podczas podróży właśnie zorientowałem się, że całe moje życie to podróż, i ostatecznie sam zdecyduję o tym, jak zechcę tę podróż odbyć i w jaki sposób zechcę ją obserwować. Codziennie każdy z nas podróżuje na swój unikatowy, wyjątkowy sposób. Odbywamy różne podróże — te krótsze i spontaniczne po Polsce, nieco dłuższe i zaplanowane poza Europę, odbywamy senne podróże, podróże wglądowe w głąb swoich myśli i uczuć, podróże w przestrzeniach naszej wyobraźni czy wreszcie podróże do pobliskiego sklepu w celu upolowania smacznego porannego śniadania. W różnych częściach globu obserwowałem różne tendencje i mechanizmy, których używają ludzie, aby się w tym świecie wygodnie poruszać. Chciałbym podzielić się moją wersją takiego mechanizmu. Taką, która sprawdza się nie tylko w warunkach terenowych, ale także we wszystkich doświadczeniach, z jakimi możemy mieć styczność. Obsługa proponowanego przeze mnie trybu życia wydaje mi się bardzo przyjemna, pożyteczna dla nas i dla innych, a przy tym niezwykle łatwa w opanowaniu. Moje sugestie zmian to zabieg, który sprawia, że życie staje się zrozumiałe, radosne, rozwojowe i piękne. Jestem przekonany, że informacje zawarte w tej książce mogą być pożyteczną dawką inspiracji, którą warto wypróbować w swoim życiu. Jest to zatem książka-drogowskaz dla tych, którzy czują się nieco zagubieni w otaczającym ich świecie i szukają własnej drogi przez niego. To książka-bodziec dla wszystkich, którzy chcieliby wznieść się ponad ograniczenia, jakie na siebie narzucili, i nadać tym samym większy sens swojemu istnieniu. Jest to wreszcie książka-klucz dla tych, którzy zapomnieli o swoim Boskim Potencjale i pragną sobie o nim szybko przypomnieć i bezboleśnie go aktywować.

Jestem cały czas w ruchu. Czuję, że nabrałem rozpędu i pewności siebie w swoich działaniach. Jestem szczęśliwy i pewny, że to się już nigdy nie zmieni. Mogę to napisać z pełnym przekonaniem do wartości tych słów i radością, która z nich płynie. Uznałem, że skoro przyjęte przeze mnie pomysły na spędzenie tego życia tak dobrze sprawdzają się na moim polu doświadczeń, muszą one równie dobrze sprawdzać się na polu doświadczeń innych ludzi. Doprowadziło mnie to do przekonania, że spisując swoje dotychczasowe refleksje i układając je w przejrzysty, łatwo przyswajalny tekst, będę w stanie przybliżyć swój obraz świata i zaproponować czytelnikom korzystanie z jego możliwości. Pragnę podzielić się z szerszym gronem odbiorców myślami, które odwiedzały moją głowę jeszcze na długo przed pierwszym dalekim wyjazdem, później wypuszczały pierwsze wstydliwe pąki w trakcie podróży po różnych kontynentach, aby ostatecznie ukazać się jako bukiet dostojnych, wrażliwych kwiatów, których zapachem nie nadążam się cieszyć do dziś. Chciałbym również zgrabnie podsumować ten okres mojego życia, który zdecydowanie należał do najbardziej intensywnych w mnogość i zróżnicowanie przeżyć zarówno zmysłowych, jak i duchowych.

Mimo że większość moich przeżyć podróżniczych była naprawdę niesamowita, opisywanie ich nie może równać się z podekscytowaniem, jakie odczuwam, kierując uwagę ludzi na radość, która wyrasta z bezpośredniego doświadczania chwili obecnej. Znalazłem się bowiem w punkcie, w którym każdy moment jest okazją, możliwością do celebracji, zachwytu nad nim. Nie muszę stać na szczycie góry, aby czuć się spełnionym i szczęśliwym człowiekiem, wystarczy mi odczuwanie podniecenia z samego torowania sobie drogi w kierunku na szczyt. Opanowanie tej umiejętności uważam za najcenniejszą z nauk wyciągniętych w trakcie dotychczasowych podróży, a tym samym wartą dzielenia się z innymi. Pragnę dzielić się z Czytelnikami tym, co jest wspólne nam wszystkim, tym, czego doświadczamy jako kolektyw, ale na różne, indywidualne sposoby. Tym, co nas łączy w naturalny sposób, nie jest na sprzedaż, a bardziej w formie podarunku. Niezależne od okoliczności, koloru skóry, wyznania, narodowości czy czasu. Chcę się podzielić piękną wizją świata, która to właśnie jest owocem mojej podróży.

Rozdział 1. Między Wiedzą a Mądrością

Rozdział 1.

Między Wiedzą a Mądrością

Podróż w Nieznane to nie przyswajanie i kodowanie w mózgu merytorycznych informacji dostępnych w przewodnikach po krajach, które odwiedziłem, w internecie albo encyklopedii. W swoich najgłębszych rozważaniach nie przywiązywałem bowiem wagi do nazw miejscowości, w których się znalazłem. Nie starałem się pamiętać określeń potraw, przypraw, liczby przebytych kilometrów oraz środków transportu, schodów w najwyższych budynkach świata ani tła historycznego miejsc, które przyszło mi zobaczyć. W trakcie podróży zauważyłem, że skala tych informacji jest tak obszerna, że gdybym chciał opisywać i pamiętać o drobnych szczegółach każdego wydarzenia, mogłoby mi umknąć to, co w trakcie podróży powziąłem za najcenniejsze — obserwowanie egzotyki Nieznanego w całkowitym pochłonięciu chwilą obecną, skupieniu się na bezpośrednich odczuciach oraz co najważniejsze, czerpanie nauki i radości z informacji o danych zjawiskach odnajdywanych wewnątrz siebie.

W tym kontekście byłem bardzo precyzyjny w selekcji, odrzucając prawie wszystko, co interesowało resztę poznanych przeze mnie podróżników. W równym stopniu nie jestem zainteresowany zbieraniem i kolekcjonowaniem przedmiotów, pamiątek, rzeczy materialnych, które trzeba za sobą nosić i co jakiś czas przecierać z kurzu, co magazynowaniem zbędnych informacji. Żyjemy w czasach, kiedy każda informacja jest dostępna na wyciągnięcie ręki dla każdego, kto tylko zdecyduje się po nią sięgnąć. Nie skupię się zatem na opisie i ocenianiu sposobów życia innych ludzi, nie skupię się na szukaniu słuszności lub szkodliwości kultów, tradycji przyjętych przez różne społeczeństwa rozsiane po świecie. W zamian zaproponuję własną taktykę życia, rzucając światło również na to, że to właśnie podczas zderzenia z bogactwem i różnorodnością odmiennych kultur przybrała właściwą sobie formę i manierę bycia.

Z mojej perspektywy zbędne jest przechowywanie zbyt wielu informacji w głowach, gdyż powoduje to niepotrzebny szum i narzuca niekorzystne nawyki myślowe o innych kulturach. Stwarza stereotypowe wizerunki, interpretacje i skojarzenia o odległym, nieznanym świecie. Według mnie korzystniej jest, kiedy wizerunki te pochodzą bezpośrednio z doświadczeń osoby, która znalazła się wśród tej egzotyki, a nie z oczu i uszu badacza, który relacjonuje swoje indywidualne doświadczenia. Najlepsza informacja zatem to taka, która jedynie wskazuje na potencjał wiedzy w każdym z nas. Taką właśnie formą informacji zamierzam się podzielić. Z moich doświadczeń wynika jasno, że największa radość i najbardziej efektywna nauka wypływają, kiedy przebudzenia i otwarcia na nowe perspektywy rodzą się z naszych osobistych doświadczeń, a nie z czyichś, popierane nawet najbardziej przekonywającymi argumentami. Uważam, że opis nigdy nie dorówna samemu doświadczeniu, dlatego skupię się na tym, aby rozbudzić Wasze pierwiastki odkrywcy, pioniera i wynalazcy. Będę zachęcał Was, abyście sami doświadczali doznań, których jesteście ciekawi, jakiekolwiek one są i z jakąkolwiek dziedziną życia są związane. Innymi słowy, wolę zachęcić Was do podążania za własną intuicją i skosztowania zarówno trucizny, jak i ambrozji niż uwierzenia mi na słowo, że jedno z nich może być śmiertelnie niebezpieczne, a drugie zapewnia wieczną młodość i witalność.

DZIENNIK Z PODRÓŻY — INDIE — PIĘKNO SZAROŚCI

Wylądowaliśmy w paszczy lwa. Pierwsze kroki stawiałem niepewnie, jak po gęstym lesie na bosaka. Szczury i karaluchy mają to do siebie, że zdumiewająco łatwo rozpoznać ich kształty w ciemności. W świetle promieni słonecznych zamieniają się w pluszowe maskotki, albo znikają, całkowicie zakopując się pod ziemię. O godzinie trzeciej rano brakuje jednak słońca, brakuje sił do trzeźwego myślenia i wreszcie brakuje ochoty na igraszki z poczuciem narastającego roztargnienia. Trzasnąłem drzwiami do taksówki, dając do zrozumienia poznanemu Hindusowi, że nie mam też ochoty zostać naciągniętym na pieniądze, i energicznie wyciągając plecak z bagażnika, skierowałem wzrok na ciemną ulicę przed nami. Zrezygnowaliśmy z przepłacenia za hostel i jednostajny marsz przed siebie w upalnej ciemności wydał się najrozsądniejszym rozwiązaniem. „Bliżej tu do zapałek i mapy niż do internetu” — stwierdziłem ironicznie. Nasza przygoda dopiero się rozpoczęła, a miałem wrażenie, jakby właśnie dobiegała końca. Zostaliśmy bez noclegu, gdzieś na peryferiach Bombaju, pośród migoczących po obu stronach ulicy, wpatrujących się w nas uparcie rzędów pustych oczu. Należały do leżących na poboczach ludzi-ciał, budziły się razem z naszym tupaniem i zamykały, kiedy tupanie cichło.

Potem nauczyłem się jeździć na motorze w jeden dzień i zaczął się prawdziwy cyrk: klaksony, kolory, mnóstwo kolorów i klaksonów jednocześnie, leopardy, jaszczurki i ptaki, opium i grzyby psylocybinowe, plantacje herbaty, barwni ludzie i bezszelestni kosmici, kamienie, cisza i cała reszta...

Bywało, że siedziałem na plaży i wpatrywałem się w fale, spluwając czasami za siebie. Nie było irytacji, niepokoju, nie było o czym myśleć ani czegokolwiek do zaplanowania na przyszłość. Było siedzenie, dłubanie między palcami u stóp i marszczenie czoła przed bezlitosnym światłem z góry. Co prawda myśli się pojawiały, ale wszystkie pozbawione znaczenia. Nie wartości, ale znaczenia, które nadawałoby im jakiś konkretny sens. Były obok i zupełnie nie przeszkadzały. Wtedy zauważyłem, że sens może być wartością pożądaną, ale wcale nie musi. Chciałem rozproszyć się w powietrzu, delikatnie wybuchnąć, powoli i z przyjemnością. Wymazać dokładnie wszystko do ostatniej sylaby zapisanego czasu.

Przed wyjazdem wydawało mi się, że w zachodnim sposobie myślenia system wartości doczekał się spłaszczenia do szerokości folii spożywczej i warto będzie skonfrontować go ze wschodnim. Na początku odnalazłem go atrakcyjnym w swojej świeżości, ale po głębszej obserwacji zauważyłem, że nie jest lepszy ani gorszy, jest po prostu inny. Indie to kraj absurdu, który jesteśmy jednak w stanie przyswoić tylko w momencie oglądania go na własne oczy. Sam absurd bowiem polega na odmienności, którą konfrontujemy z naszym rozumieniem „normalności”. Tamtejszy „absurd” w naszym rozumieniu przybiera postać ledwo zauważalnej codzienności odzianej w zwyczajność. To kraj, w którym kamienie są traktowane z podobnym szacunkiem, jak ludzie i z podobną obojętnością jednocześnie. Hindusi to pogodni czarodzieje, którzy potrafią krzyczeć głośniej, niż sam krzyk jest w stanie o sobie pomyśleć, albo wstrząsnąć ciszą, na którą nie ma żadnej odpowiedzi, bo jak wiadomo odpowiedzi bez pytań są zbędne.

Być może koniem trojańskim okazała się myśl zachodnia, modernizacja i postęp. Śmieszny to przecież punkt widzenia, w którym jedyną słuszną postacią nowoczesności jest nasza, zachodnia. Hindusi przynajmniej nie udają, że wiedzą, jak funkcjonuje świat, nie są przekonani do swoich racji i dlatego kiwają bez namysłu głowami. Nie gromadzą bogactwa jak chomiki, bo nie mają takiej potrzeby. Są przy tym bardzo leniwi. W kuchni, w pracy, w ogóle. Być może jednak ślimaczą się nie z głupoty, ale z rozwagi i roztropności. Nie lubią wysiłku, zbędnego starania się o coś, czego nie mogą być pewni. Pan Kriszna na przykład lubi bujać w obłokach, ale nie dlatego na złotym zegarku ma wygrawerowane AIRLINES delikatną kursywą. Kiedyś przez lata dokręcał śruby metalowym piórom, polerował skrzydła najcięższych ptaków w Indiach. Ten zegarek to jedyna pamiątka po trzydziestu latach spędzonych w warsztatach lotniczych. Teraz ukojony miękkością i słodyczą wdychanego dymu błądzi nocami po plaży i krzyczy w przestrzeń przed sobą: „LSD, Marihuana! Mind blow! Mind blow! Full Power!” — jest na emeryturze.

To zabawne, że zacząłem pisać o Indiach chronologicznie, bo teraz wydaje się zupełnie bez znaczenia, kiedy miały miejsce poszczególne wydarzenia. Istotne jednak, jaki wywarły na mnie wpływ i czego mnie nauczyły. Dowiedziałem się wiele o sobie, nie poznając jednocześnie niczego, czego przed wyprawą nie byłbym świadomy. Podróż ta rzuciła jednak zupełnie inny cień, inną interpretację rzeczywistości, tej znanej i całkowicie pospolitej. Codzienność w Indiach jest zdecydowanie bardziej zwierzęca, dzika i instynktowna. Jako podróżnicy sami decydujemy o tym, czy podczas wyprawy-pielgrzymki-egzekucji zechcemy postarać się ją przechytrzyć i przegrać, czy odpuścić sobie jakiekolwiek oczekiwania i zwyciężać za każdym razem. Chyba właśnie w Indiach zacząłem w pełni żyć chwilą. Wcześniej tylko rozumiałem, co to znaczy, i zazdrościłem tym, którzy w ten sposób żyją. Trudno mi teraz wybiegać pamięcią wstecz do początku naszej wyprawy, przypominać sobie imiona ludzi, nazwy miejscowości i potraw. Nie zapomniałem jednak wszystkiego. Nadal migoczą mi przed oczami obrazy nasączone odległą przeszłością: nie zapomnę większości rozkojarzonych podróżników-włóczęgów podobnych nam, których spotkaliśmy po drodze. Odkrywców, Błaznów, Mesjaszów i Klaunów. Nie zapomnę kolorowego słonia tańczącego na gorącym asfalcie. Nie zapomnę grubej warstwy lepkiego, czarnego kurzu, który wieczorami schodził z twarzy jedynie pod specjalnie wyhodowanym paznokciem. Nie zapomnę małpy, która ukradła mi kiść bananów, i agresywnych psów nocą. Nie zapomnę ekscentrycznego Manju, który chciał z naszą pomocą sprzedać w Polsce półtorej tony dojrzewających mango. A już na pewno nie zapomnę, żeby jeszcze kiedyś tam wrócić.

Dwa miesiące później, maszerując dzielnie w środku malezyjskiej dżungli, Gustavo – błyskotliwy i niezwykle sympatyczny Brazylijczyk, z którym dane mi było podróżować przez parę dni — wypowiedział słowa, które zdarzyło mi się usłyszeć, niechcący zapisać w notatniku, a później wyryć w pamięci na stałe: „Jesteśmy zdolni żyć tylko dlatego, ponieważ zapominamy swoje doświadczenia i pozwalamy im odejść. Wyobraź sobie tylko, jak wyglądałoby życie z pamięcią o każdym szczególe przeszłości i z trwałym przywiązaniem do każdego doświadczenia, z którym miałeś do tej pory do czynienia...”

Porzucając wierzenia, tendencje i koncepty na temat mechanizmu działania tego, co nazywamy życiem, automatycznie wgryza się poczucie niepewności i odcięcia pępowiny. Samotność boli najbardziej, kiedy nie chcesz mieć nikogo wokół siebie i karmisz się tym bólem na przekór. W Indiach jednak masz ogrom ludzi dookoła, sklejonych trwale ze sobą w chaotyczną masę, która to karmi się Tobą. Zjadają cię żywcem na targach, nie zostawiając ani krzty z ogryzka. Oplączą ci na szyi szubienice ze świętych wisiorków, zdążą wydać ci resztę za święty obrazek, pozdrowić i pożegnać, zanim wyciągniesz pieniądze z kieszeni. Przypominają ci każdym spojrzeniem, że jesteś reporterem „National Geographic” ze specjalnym zleceniem albo przynajmniej sławnym aktorem, który dla kaprysu wybrał się na wycieczkę do zoo. Tam jednak niespodziewanie i gwałtownie szybko okazuje się, że to nie zwierzęta zamknięte w klatkach są eksponatem, ale Ty, zaplątany w siatce wąskich, ciasnych ulic, oszołomiony zdumieniem, bez możliwości zamknięcia oczu, kontrolowania zachwytu, bez możliwości odpoczynku, kalkulacji myśli i odwrotu.

Teraz nie jestem już w Indiach. Najchętniej zapomniałbym już o tym, tak samo, jak o wczorajszym śniadaniu. Pragnę oddać się całkowicie w ręce Nieznanego, bezpośredniego doświadczenia w tym momencie. Za parę dni wyjeżdżam do Niemiec podreperować swój mocno nadwyrężony budżet. Myślę, że może to być równie ekscytująca przygoda, jak wymiana oleju silnikowego w motorze, jazda na słoniu, skakanie z wodospadu, pływanie z krokodylami albo wąchanie egzotycznych kwiatów po wyjściu na brzeg. Moja podróż bowiem nie skończyła się razem z powrotem do Polski, a trwa nieustannie i nie widzę żadnej przesłanki, która mogłaby to zmienić.

Wyruszyłem w swoją pierwszą daleką podróż z tęsknotą w sercu za czymś nowym, w poszukiwaniu spełnienia, oświecenia, czegokolwiek co można by zdobyć w przyszłości nakładem wysiłków. Wracam z poczuciem nieosiągnięcia niczego specjalnego, i w pełni tym stanem usatysfakcjonowany. Zrozumiałem, że podróż nie kończy się w momencie, kiedy stanę na szczycie góry z rękami wysoko uniesionymi w kierunku nieba. Prawdziwa podróż rozpoczyna się, kiedy stojąc na górze, uświadomię sobie, że ręce wcześniej czy później się zmęczą i będę musiał je opuścić. Najlepszym wspinaczem zatem nie jest ten, kto wejdzie najwyżej, albo ten, który wejdzie najszybciej. Najlepszym wspinaczem jest ten, kto czerpie z tego najwięcej radości.

W trakcie poszukiwań sensu mojego życia i zadumy nad wartością swojego istnienia w pewnym okresie wydawało mi się, że razem z wiedzą, intelektualnym zrozumieniem zachodzących procesów wokół mnie przyjdą do mojego życia niepodważalny spokój i klarowność. Nigdy nie szukałem uznania lub pochwały w cudzych oczach, nigdy też nie zależało mi na tym, aby być postrzegany jako najlepsze źródło niepodważalnych informacji. Zakładałem jednak, że pewien zakres wiedzy jest niezbędny do swobodnego i przyjemnego poruszania się w tym świecie, że istnieją treści, dzięki którym będę w stanie wyzbyć się jakiegokolwiek cierpienia. Teraz widzę wyraźnie, że żadna wiedza intelektualna nie jest w stanie dostarczyć tyle spokoju, zrozumienia i jasności, co zaufanie głosowi swojego serca i wsłuchanie się w jego subtelne przekazy klarowności, które to wędrują kanałami ekstatycznych uczuć, wyobraźni i pragnień, niepodporządkowanym zupełnie ograniczonym prawom logiki, w które to tak wielu ludzi zdecydowało się uwierzyć i uznać za swoje ostateczne, niezaprzeczalne zwierzchnictwo. Z mojej perspektywy korzystnie jest angażować się jedynie w te nauki, informacje, przekazy, które sprawiają nam uciechę i poszerzają niezbędne gałęzie myślowe do prawidłowego wzrostu w dziedzinach, które nas pasjonują. Nie widzę potrzeby wchłaniania jakichkolwiek informacji, treści, opiniotwórczych komentarzy, które nie współgrają z moim pomysłem na funkcjonowanie mojego wymarzonego świata. W pewnym momencie całkowicie przestałem angażować się w tłumaczenie sobie swojej rzeczywistości cudzymi pomysłami na nie. Ostatecznie bowiem żadna treść, z jaką mamy styczność, nie ma wbudowanego znaczenia, jest neutralna w swej istocie, całkowicie podporządkowana interpretacji obserwatora. Żadna treść, podobnie jak żaden kolor, nie zawiera więc żadnego elementu szczęścia ani odcienia cierpienia dopóty, dopóki nie zdecydujemy się taki ładunek w ten kolor czy treść włożyć. Każda treść, czy inaczej mówiąc czyjś subiektywny pomysł na wytłumaczenie danego zjawiska, jest jedynie narzędziem, zaproszeniem, którego możemy używać, aby naświetlić sobie wizje innych ludzi, kiedy chcemy się z nich uczyć. Jeśli jednak nie sprawiają nam radości, nie musimy im ufać lub traktować jako jedyne możliwe.

W początkowych etapach mojej Podróży w Nieznane szukałem zatem jakiejś uniwersalnej prawdy, która miałaby się sprawdzać na polu doświadczeń każdej żyjącej istoty. Prawdy, którą to można by zapisać w formie obowiązującego prawa lub nadrzędnej reguły dla właściwego, słusznego zachowania. Chciałem wyruszyć do dżungli, walczyć ze złoczyńcami w czarnych maskach, uratować kilka księżniczek, żeby ostatecznie odnaleźć prawdziwy skarb. Chciałem sprawdzić, czy jestem w stanie dokopać się do jakiegoś niepodważalnego dowodu na to, że powinniśmy tworzyć kodeksy prawidłowego postępowania, listy niezmiennych, wiecznie obowiązujących przykazań. Jak łatwo się domyślić, nie udało mi się odnaleźć ani żadnej na tyle wszechstronnej prawidłowości, która mogłaby zadowolić wszystkich ludzi jednocześnie, ani przyczyny, dla której powinniśmy narzucać na siebie ograniczenia w postaci tworzenia takich praw i regulacji. Każdy z nas jest w końcu innym człowiekiem, z różnymi doświadczeniami życiowymi, odmiennymi wariantami struktury swoich wierzeń, uwarunkowań oraz ideologii, którym ufa. Każdy z nas dysponuje odmiennymi preferencjami, innymi talentami, lękami, planami, potrzebami, itd. Czym głębiej kopałem w cudzych głowach, tym trudniej było mi kontynuować. Moje poszukiwania doprowadziły mnie w końcu do punktu, w którym musiałem odpuścić i zrezygnować z tej nieuczciwej, tragikomicznej farsy. Paradoksalnie, poddając się i nie angażując dłużej w swoje poszukiwania, zwyciężyłem, bo odpuściłem sobie tym samym pomysł na konieczność zadowalania wszystkich ludzi wokół mnie. Odnalazłem skarb, ale zupełnie inny niż sobie wcześniej wyobrażałem. Odnalazłem skarb w swoim sercu: cichą, spokojną klarowność, spokój i przejrzystość w widzeniu. Dzięki mojemu odkryciu wzmocniłem znacznie zaufanie w propagowanie własnego stanowiska podczas konfrontacji z kolejnymi wyzwaniami, na które byłem wystawiany. Zauważyłem, że moje życie zaczęło się szybko zmieniać. W pewnym momencie okazało się zbyt ruchliwą i zbyt dynamicznie krystalizującą się substancją, żeby doganiać każdą kolejną, świeżą okoliczność oceniającą i wartościującą opinią, komentarzem lub opisem. Innymi słowy, w pewnym momencie potępiające, niewyrozumiałe perspektywy stały się zwyczajnie zbyt ciężkim bagażem na moich plecach. Zdecydowałem więc, że znacznie lżej będzie mi obserwować swój świat przyjaznym okiem, w którym nie ma potrzeby obwiniać kogokolwiek za zastały obraz rzeczywistości ani obawiać się czegokolwiek w przyszłości.

Nie odnalazłem zatem swojego skarbu nigdzie na zewnątrz, w żadnej z cudzych głów. Dzięki procesowi szukania zdążyłem zauważyć natomiast, że moja prawda nie musi mieć nic wspólnego z prawdą ludzi wokół mnie. Co więcej, to właśnie oryginalność mojej prawdy (mojego punktu widzenia) jest podstawą jej jakości i świadczy o jej autentyczności. Niezwykle kojącą odnajduję myśl, że nikt nie może odebrać mi przywileju obserwowania rzeczy po swojemu. Szukanie swojej prawdy gdziekolwiek poza swoim sercem buduje poczucie lepienia sztucznej „normalności”, poczucia przystawania do grupy, przynależności do pozostałych, ale na pewno nie jest metodą na odnalezienie jej. Innymi słowy, zauważyłem, że im bardziej starałem się zrozumieć naturę wszechświata, dzieląc zjawiska na kategorie, narodowości, zakresy, stopnie, zamykając je w osobnych szufladach i odgradzając od siebie, rozpisując je na gatunki i podgatunki, tym bardziej oddalałem się od spójności i integralności, których odnalezienie przewrotnie było celem moich dociekań od samego początku.

Zauważyłem, że z nauk, których trzonowymi ambicjami były segregacja i podział, nie mogę otrzymać większej klarowności ponad to, że dzielenie zjawisk i nadawanie im nazw jest jedynie formą pozornego ich porządkowania, nadawania numerka i miejsca w szeregu. Słowa są jednak jedynie opisem zjawisk, który dziwnym trafem brałem za bardziej prawdziwe niż samo doświadczenie. Opisując zjawiska, reakcje chemiczne, tendencje społeczne, wydarzenia historyczne, odpowiadamy na pytania „w jaki sposób”, „pod wpływem czego”. Pytamy o przyczynowość, później odnajdujemy motyw, który uznajemy za główny czynnik sprawczy, po czym umieszczamy dane zjawisko w koszyczku z odpowiednią etykietką. Jest to jak najbardziej piękna forma wyjaśniania sobie rzeczywistości i może być niezwykle pożyteczna. Używając języka opisowego, nie jesteśmy jednak w stanie odpowiedzieć na bardziej fundamentalne pytania, których to odpowiedzi byłem ciekawy. Pytania o sens tychże zjawisk, o ich celowość i znaczenie. Nauczyłem się, że integralności i spójności nie da się znaleźć na zewnątrz w świecie podziałów, sztucznych granic i grup. Nauczyłem się, że jeśli w takich warunkach chcę tę spójność, spokój i klarowność odnaleźć, muszę je najpierw sam wytworzyć, zauważyć wewnątrz siebie, aby dopiero później zacząć dostrzegać je wszystkie w swoim najbliższym otoczeniu. Jeśli więc coś, co mnie interesuje, nie istnieje w mojej widzialnej rzeczywistości, kieruję wzrok na to, co niewidzialne, i najpierw kreuję ten obiekt zainteresowania w swojej wyobraźni, od zera. W tej umiejętności odnajduję znacznie większą dojrzałość, mądrość i spryt niż we wszystkich dotychczas poznanych technikach szukania.

Wiedza to co innego niż mądrość. Wiedza to zbiór zmagazynowanych w swojej pamięci nazw poszczególnych obiektów, postaci, zjawisk oraz umiejętność szybkiego przywoływania tych nazw, ustawiania w chronologicznym porządku linearnego czasu lub zgodnie z wcześniej wymyślonym wzorem czy koncepcją na organizację tych etykiet. Wiedza jest silnie zależna więc od przeszłości, wyrasta z niej i współdzieli z nią główne sensy. Jest tożsama z podtrzymywaniem całej gamy podziałów, segregacji, rozgraniczeń, klasyfikacji, którym to ludzie zdecydowali się zaufać i na których zdecydowali się budować swoją moralność, hierarchię społeczną, itp. Mądrość natomiast nie ma nic wspólnego z wiedzą, a przynajmniej mieć nie musi. Mądrość to w moim przekonaniu umiejętność podejmowania najkorzystniejszych i najbardziej zrównoważonych decyzji w każdym kolejnym momencie swojego życia. To inteligentne wykorzystywanie swoich umiejętności i ufanie swojej intuicji w budowaniu swojej preferowanej przyszłości. Człowiek mądry ufa sobie, bo wie, że ufać komukolwiek innemu bardziej jest zwyczajnie nierozsądnie. Mądrością może więc być wykorzystywanie swojej wiedzy w momencie, kiedy jest potrzebna, ale równie dobrze może być z niej rezygnowaniem, kiedy wiedza ta jest powodem irytacji, frustracji lub zakłopotania. Przez pewien czas przebywanie w objęciach błogiej niewiedzy było moim słodkim lekarstwem na większość brudów, które zwykły kiedyś pojawiać się razem z intelektualnym tłumaczeniem sobie rzeczywistości. Największe osiągnięcia w rejonie nauki, pionierskich wynalazków i zmieniających paradygmat myśli filozoficznych rodzą się w zgodzie z przekonaniem, że podstawą tejże innowacji jest pokorne uświadomienie sobie własnej niewiedzy. Przywołując słowa jednego z moich duchowych nauczycieli: „Zdecydowanie przyjemniej jest wspólnie nie wiedzieć, niż wmawiać sobie nawzajem, że się wie lepiej od pozostałych”.

Opisywanie kolejnych doświadczeń może stać się oczywiście sposobem na spędzenie radosnego życia, ale nie ma nic wspólnego z rzeczywistą naturą kreowania własnego życiowego doświadczenia. Ponieważ w trakcie odkrywania swojego Nieznanego szybko okazało się, że moim głównym priorytetem w życiu jest odnalezienie miejsca, z którego byłbym w stanie znacznie sprawniej kreować swoje życiowe doświadczenia, postanowiłem odwrócić się nieco od opisowego nurtu nauki. Później zauważyłem zresztą, że nauka owa i świat opisowy bardzo sprawnie nadążały za ścieżką duchowego, niefizycznego rozwoju, którą to postanowiłem wtedy zacząć kroczyć. Pisząc niefizycznego, mam na myśli obręb własnej wyobraźni, stanu bycia, myśli, intuicji, inteligencji, pomysłowości itd. Nad ich rozwojem zdecydowałem się pracować i im poświęcać możliwie najwięcej czasu. Wszystkim tym czynnikom, których każdy z nas doświadcza na poziomie niewidzialnym, a które później manifestują się w naszym życiu w różnych formach fizycznych. Nie mają one jednego określonego kształtu, który można by zmierzyć za pomocą linijki, stąd praca nad nimi wygląda trochę inaczej niż nad fizycznymi obiektami i widzialnymi zjawiskami dla oczu. Zwrot skupienia z form widzialnych w kierunku aspektów niefizycznych mojej świadomości rozwija się u mnie stopniowo, aczkolwiek bardzo konsekwentnie.

Zauważam u