Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Na szlaku trumien ebook

Peter May  

4.10416666666667 (48)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 435 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na szlaku trumien - Peter May

Peter May WRACA DO MIEJSCA, KTÓRE ZAFASCYNOWAŁO CZYTELNIKÓW TRYLOGII „CZARNY DOM”
I MISTRZOWSKO PRZEPLATA TRZY HISTORIE, KTÓRE ŁĄCZY MAŁE STWORZENIE – PSZCZOŁA.
A TAK NAPRAWDĘ WSZYSTKO JAK ZWYKLE SPROWADZA SIĘ DO PIENIĘDZY.
Wyspa Harris, Hebrydy Zewnętrzne.
Wyrzucony na plażę mężczyzna nie ma pojęcia, gdzie się znajduje ani kim jest. Stopniowo dowiaduje się kolejnych szczegółów o sobie: nazywa się Neal Maclean i zjawił się na Harris przed rokiem, by pisać książkę. Tyle że w jego komputerze nie ma po niej ani śladu. Jedyne, co znajduje w domu,  to mapka z zaznaczoną trasą zwaną Szlakiem Trumien.
Wyspa Flannana.
Na niezamieszkanej wysepce archipelagu Hebryd Zewnętrznych, z której ponad sto lat temu w tajemniczych okolicznościach zniknęło trzech latarników, zostają znalezione zwłoki zamordowanego mężczyzny. Policja podejrzewa Macleana. A jemu trudno dowieść niewinności, skoro nadal niewiele pamięta i sam nie jest o niej przekonany.
Edynburg.
Karen Flemming, zbuntowana nastolatka, która od dwóch lat zmaga się z traumą po samobójstwie ojca naukowca, dostaje od jego przyjaciela dziwny list napisany przez ojca przed śmiercią. I budzi się w niej podejrzenie, że tata wciąż żyje, a za jego zniknięciem może stać koncern, w którym pracował.
Na szlaku trumien to zwodniczy thriller tej miary co Wierny ogrodnik Johna Le Carré.
„The Guardian”
Niezwykle klimatyczna opowieść, która wciąga już od pierwszej sceny!
„Dudely Pleasures Magazine”
Peter May jest mistrzem gawędziarzy!
„BookPeople”
Literatura szkocka ma szczęście do wybornych autorów kryminałów. Peter May nie trzyma się sztywnych schematów „twardego” kryminału, za to tworzy teksty niezwykle wysmakowane l

Opinie o ebooku Na szlaku trumien - Peter May

Fragment ebooka Na szlaku trumien - Peter May

Okładka

O książce

Strona ‌tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

ROZDZIAŁ ‌1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ ‌5

ROZDZIAŁ ‌6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ ‌8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ ‌11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ ‌15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ ‌17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ ‌21

ROZDZIAŁ ‌22

ROZDZIAŁ ‌23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ ‌25

ROZDZIAŁ ‌26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ ‌29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ ‌33

PODZIĘKOWANIA

PRZYPISY

O książce

Peter ‌May wraca do ‌miejsca, które zafascynowało czytelników ‌trylogii Wyspa Lewis, ‌i mistrzowsko przeplata trzy ‌historie.

I wszystko jak zwykle sprowadza ‌się do pieniędzy.

Wyspa ‌Harris, ‌Hebrydy Zewnętrzne. Wyrzucony na ‌plażę mężczyzna nie ma ‌pojęcia, ‌gdzie się znajduje ‌ani kim ‌jest. Stopniowo dowiaduje się ‌kolejnych ‌szczegółów ‌o sobie: ‌nazywa ‌się ‌Neal Maclean i zjawił ‌się na ‌Harris ‌przed rokiem, ‌by pisać książkę. ‌Tyle że w jego komputerze ‌nie ‌ma po niej ‌śladu. Jedyne, co ‌znajduje ‌w domu, to mapka z zaznaczoną ‌trasą zwaną ‌Szlakiem Trumien.

Wyspa ‌Flannana.Na niezamieszkanej wysepce archipelagu ‌Hebryd Zewnętrznych, ‌z której ponad sto lat ‌temu w tajemniczych okolicznościach zniknęło ‌trzech latarników, zostają znalezione ‌zwłoki zamordowanego ‌mężczyzny. Policja podejrzewa Macleana. ‌A jemu trudno dowieść ‌niewinności, ‌skoro nadal ‌niewiele pamięta i sam ‌nie jest o niej ‌przekonany.

Edynburg. Karen ‌Fleming, ‌zbuntowana nastolatka, która od ‌dwóch lat ‌zmaga się z traumą ‌po ‌samobójstwie ‌ojca naukowca, ‌dostaje od ‌jego przyjaciela dziwny ‌list ‌napisany przez ojca ‌przed śmiercią. ‌I budzi ‌się w niej podejrzenie, że ‌tata wciąż ‌żyje, ‌a za jego ‌zniknięciem może stać koncern, w którym pracował.

PETER MAY

Ceniony szkocki pisarz i scenarzysta. Zanim wydał swą pierwszą powieść, utrzymywał się z dziennikarstwa; pisywał dla „The Scotsman” i „Glasgow Evening Times”. W wieku 21 lat zdobył tytuł Szkockiego Dziennikarza Roku. W 1978 roku zaczął pracować dla BBC. Jest autorem kilkuset scenariuszy do seriali i widowisk telewizyjnych. Ten etap kariery zawodowej zakończył w 1996 roku i poświęcił się wyłącznie pisaniu książek. Jego dorobek literacki obejmuje ponad 20 powieści kryminalnych. Największą sławę przyniosła mu trylogia Wyspa Lewis; otwierająca ją książka Czarny dom była nominowana do Barry Award i Macavity Award, a druga – Człowiek z wyspy Lewis – została wyróżniona m.in. Grand Prix des Lecteurs. Kolejne powieści, m.in. Wyspa powrotów, ugruntowały pozycję Petera Maya w czołówce światowych autorów kryminałów.

petermay.co.uk

Tego autora

WYSPA POWROTÓW

NA GIGANCIE

NA SZLAKU TRUMIEN

Trylogia WYSPA LEWIS

CZARNY DOM

CZŁOWIEK Z WYSPY LEWIS

JEZIORO TAJEMNIC

Tytuł oryginału:

COFFIN ROAD

Copyright © Peter May 2016

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Lech Z. Żołędziowski 2018

Redakcja: Marta Gral

Zdjęcie na okładce: Pixabay.com

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka-Magdziarz

ISBN 978-83-8125-293-5

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla pszczół

Naukowcy (…) prowadzący badania nad neonikotynoidami oraz długofalowymi efektami upraw GMO są ofiarami zbiorowej niechęci (…) a ich kariery zawodowe są zagrożone.

Jeff Ruch, dyrektor wykonawczy PEER(Public Employees for Environmental Responsibility)

ROZDZIAŁ 1

Pierwsze, co czuję, to słoność. Mam usta pełne soli, jej posmak jest agresywny i przemożny. Dominuje nad wszystkim innym, ale tylko do chwili, gdy wstrząsa mną zimno, które obejmuje mnie całego swymi lodowatymi szponami. Tak mocno, że nie jestem w stanie się poruszyć. Nie licząc dygotania, niemożliwego do opanowania i szarpiącego całe ciało. I gdzieś w podświadomości czuję, że to dla mnie dobrze. Moje ciało próbuje wygenerować odrobinę ciepła. Gdybym nie dygotał, pewnie już bym nie żył.

Mija cała wieczność, zanim jestem w stanie otworzyć oczy. W końcu mi się to udaje i oślepia mnie światło. Ostry ból przeszywa mi czaszkę, źrenice gwałtownie się kurczą, starając się wyostrzyć obraz otaczającego mnie świata. Leżę twarzą w dół, usta i nozdrza mam oblepione mokrym piaskiem i gwałtownie mrugam, by spłukać oczy łzami. Aż w końcu widzę. Ciągnący się po zamglony horyzont piasek. Gęsto karbowany. Platynowo blady. Jakby sztucznie wybielony.

Dopiero teraz czuję wiatr, który szarpie mi ubranie i wypełnia powietrze miliardami ziarenek piasku, przeganiając je po plaży niczym tumany mgły.

Próbuję podnieść się na kolana – bardziej odruchowo niż w wyniku świadomej decyzji – i odnoszę wrażenie, że jestem pozbawiony czucia w kończynach. I niemal od razu mój żołądek wyrzuca zawartość na piach. Czuję w gardle i ustach gryzący gorzko-słony smak wody morskiej, która wytryskuje z moich trzewi. Zwieszam głowę między drżącymi z wysiłku rękami i dostrzegam na sobie jaskrawopomarańczową kamizelkę ratunkową, która zapewne uratowała mi życie.

I wtedy po raz pierwszy słyszę morze, którego szum przebija się przez świst wiatru i łoskot w mojej głowie. Nieznośny jednostajny hurgot, który niemal zagłusza wszystko inne.

Nie wiadomo jakim cudem, ale udaje mi się dźwignąć i stanąć na nogach jak z waty. Mam na sobie dżinsy, na stopach trampki, pod kamizelką nasiąknięty wodą sweter, który ciąży, jakby był z kamienia. Czuję drżenie w płucach i próbuję wyrównać oddech. W oddali ciągnie się pasmo wzgórz, za fioletowobrunatnymi wydmami przy końcu plaży widać szare formacje skalne, tylko gdzieniegdzie przykryte cienką warstewką torfiastej ziemi.

Za moimi plecami płytkie, zielonkawoniebieskie morze odsłania połacie piachu, które ciągną się ku dalekim górom, rysującym się na tle szarego nieba. Zza chmur wystrzeliwują pojedyncze wiązki promieni słońca i kładą się jasnymi plamami na falach oceanu i zboczach wzgórz. Przebłyski błękitu tak zaskakują, że wydają się nierealne.

Nie mam pojęcia, gdzie jestem. I jednocześnie po raz pierwszy od odzyskania przytomności z przerażeniem konstatuję, że nie wiem też, kim jestem.

Świadomość tego chwyta mnie za gardło i odsuwa wszystko inne na dalszy plan. Zimno, słoność w ustach, palenie w przewodzie pokarmowym. No bo jak mogę nie wiedzieć, kim jestem? Zapewne to tylko chwilowe zaćmienie umysłu. Ale im dłużej stoję, słuchając świstu wiatru, dygocząc z zimna i czując ogarniające mnie odrętwienie i konsternację, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że zmysłem, który we mnie nie funkcjonuje, jest zmysł poczucia samego siebie. Jakbym przebywał w obcym ciele, które wypłynęło na nieznane wody ślepej nieświadomości.

I zaraz potem spływa na mnie ciemna chmura przygnębienia. Nie kojarzy się ono z jakimś konkretnym wspomnieniem. To przeczucie czegoś tak strasznego, że nie chcę o tym pamiętać, nawet gdybym mógł. Czuję ogarniający mnie… co? Strach? Poczucie winy? Siłą woli próbuję się z tego otrząsnąć.

Na lewo ode mnie, tuż przy linii wody, jest chata. Po zboczu wznoszącego się za nią wzgórza spływa aż brązowy od torfu strumień, żłobiąc krętą ścieżkę w piaszczystym podłożu. Na równo przystrzyżonym trawniku za murem z drutem kolczastym widać kamienne płyty nagrobne, rozrzucone w pozornym nieładzie. Duchy z minionych wieków obserwują w milczeniu, jak zapadając się niemal po kostki, zaczynam brnąć przez sypki piasek. Po prawej na odległym brzegu, widzę przyczepę kempingową i stojącą obok niej sylwetkę, rozmytą w promieniach słońca wyzierających zza grzbietów wzgórz. Jest zbyt daleko, bym mógł rozpoznać płeć lub rozróżnić jakieś cechy szczególne, dostrzegam jednak, że postać unosi ręce do twarzy. Uświadamiam sobie, że obserwuje mnie przez przytkniętą do oczu lornetkę. Przez chwilę zmagam się z chęcią wołania o pomoc, szybko jednak uznaję, że gdybym nawet miał na tyle siły, by to zrobić, mój głos i tak utonie w szumie wiatru.

Odwracam wzrok i skupiam uwagę na ścieżce, która wije się między wydmami i prowadzi do wąskiej drogi ciągnącej się wzdłuż brzegu i niknącej za wzgórzem.

Z determinacją brnę przez piach, omijając kępy porastającej wydmy ostrej trawy morskiej, i docieram do ścieżki. Jestem teraz nieco osłonięty przed nieustannie wiejącym wiatrem, unoszę głowę i widzę idącą drogą kobietę.

Jest w podeszłym wieku; zmierzwione wiatrem siwe włosy okalają jej kościstą twarz o ostrych rysach, obciągniętą połyskliwą cienką skórą. Ma na sobie kurtkę z opuszczonym kapturem i czarne spodnie z nogawkami ściągniętymi nad różowymi trampkami. Przy jej nogach plącze się nieduży piesek, poszczekując i z trudem dotrzymując jej kroku.

Na mój widok kobieta się zatrzymuje i dostrzegam na jej twarzy wyraz zaskoczenia, ja zaś panikuję, czując gwałtowny przypływ strachu przed czymś, co kryje się za czarną zasłoną niepamięci. Nieznajoma skręca ku mnie i przyspiesza, a ja gorączkowo kombinuję, co mam jej powiedzieć, skoro nie wiem, ani kim jestem, ani skąd się tu wziąłem. Ale niepotrzebnie się martwię, bo sama wybawia mnie z kłopotu.

– O mój Boże, panie Maclean, co się panu, na litość boską, stało?

A więc już wiem, kim jestem. Nazywam się Maclean, a ona mnie zna. Ogarnia mnie chwilowe uczucie ulgi, choć dźwięk mojego nazwiska niczego we mnie nie porusza. Odzywam się i po raz pierwszy słyszę swój głos: wysoki, ochrypły i tak stłumiony, że prawie niesłyszalny, nawet dla mnie.

– Miałem wypadek na łodzi. – Słowa same wymykają mi się z ust, a ja od razu zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle mam jakąś łódź.

Kobieta jednak nie okazuje zdziwienia. Chwyta mnie za rękę i zaczyna ciągnąć.

– Boże święty, człowieku, przeziębi się pan na śmierć. Odprowadzę pana do domu.

Jej jazgotliwy psiak tak radośnie mnie obskakuje, że niemal się przewracam. Kobieta krzyczy na niego, ale on nie zwraca na nią najmniejszej uwagi. Słyszę, że coś mówi, z jej ust płyną jakieś słowa, ale utraciłem zdolność koncentracji i równie dobrze mogłaby mówić po rosyjsku, bo nic nie rozumiem.

Mijamy bramę cmentarza i wchodzimy na lekkie wzniesienie, skąd roztacza się widok na plażę, na którą wyrzuciły mnie fale przypływu. Jest naprawdę ogromna; w srebrzysty piach wrzynają się turkusowe zatoczki, plaża ciągnie się aż po pasmo wzgórz zamykających południowy horyzont. Niebo jest teraz bardziej urozmaicone i suną po nim chmury w różnych barwach, od bieli przez szarość po ciemny ołów. Wiatr pędzi je z dużą szybkością, a one rzucają ruchome cienie na srebrzysty piasek.

Za cmentarzem zatrzymujemy się na kawałku asfaltu, który schodzi między dwa przekrzywione słupki z kratownicą przeciwko bydłu i prowadzi do parterowej chałupy, sterczącej dumnie między piaszczystymi wydmami. Na przymocowanej do słupków tablicy z wypolerowanego drewna widnieje wypalony na czarno napis: Chata na Wydmach.

– Mam z panem wejść? – słyszę pytanie kobiety.

– Nie, bardzo dziękuję, wszystko w porządku.

Ale wiem, że nic nawet w przybliżeniu nie jest w porządku. Jestem tak przemarznięty, że czuję, że gdybym przestał dygotać, mógłbym zapaść w sen, z którego już nigdy bym się nie obudził. Ruszam chwiejnym krokiem w stronę wejścia, czując na sobie podejrzliwy wzrok kobiety, ale się nie odwracam. Za furtką z kołowrotkiem w ogrodzeniu odchodzi w bok ścieżka do czegoś w rodzaju stodoły, na wprost biegnie podjazd, który kończy się na wysokości podmurowanej szopy ogrodniczej z jednej strony i stojącej po drugiej stronie chaty, ustawionej do niego bokiem.

Biały kuc górski, który skubie rzadką trawę za ogrodzeniem, unosi łeb i przygląda się z zaciekawieniem, jak gmeram w mokrych kieszeniach w poszukiwaniu kluczy. Jeśli to mój dom, powinienem chyba mieć do niego klucze, nie? Ale w kieszeniach niczego nie znajduję, więc naciskam klamkę. Drzwi nie są zamknięte; uchylam je i niemal zwala mnie z nóg czekoladowy labrador, który rzuca się na mnie z głośnym szczekaniem. Jego oczy iskrzą radością, zęby błyskają w uśmiechu, pazury przednich łap wczepiają się w mój sweter, jęzor liże mi twarz.

Po czym pies puszcza się pędem, wypada przez furtkę i zaczyna buszować wśród wydm. Wołam za nim „Musli! Musli!” i słucham własnego głosu, jakby należał do kogoś innego, po czym nagle do mnie dociera, że znam jego imię. Zapala to we mnie iskrę nadziei, bo skoro tak, to za chwilę może sobie przypomnę całą resztę.

Musli ignoruje moje nawoływania i znika wśród wydm. Ciekawe, jak długo mnie nie było i ile czasu przesiedział zamknięty w domu. Spoglądam na wyasfaltowany placyk na końcu podjazdu pod domem i nagle zdaję sobie sprawę, że nie stoi na nim żaden samochód, co na takim pustkowiu wydaje się bardzo dziwne.

Ogarnia mnie znów fala mdłości i uzmysławiam sobie, że muszę jak najprędzej rozgrzać się od środka. A przede wszystkim zrzucić z siebie te mokre ciuchy.

Wchodzę do czegoś, co wygląda na pomieszczenie gospodarcze. Pod oknem i blatem roboczym stoją pralka i suszarka, z obudowy kotła centralnego ogrzewania dobywa się ciche bzyczenie. Na prawej ścianie pod wieszakiem z marynarkami i kurtkami stoi drewniana ława, a pod nią ciągnie się rząd roboczych buciorów i gumiaków; na podłodze leżą grudy zaschniętego błota. Ściągam z nóg mokre trampki, zdzieram kamizelkę ratunkową i chwiejnym krokiem ruszam w stronę kuchni. Otwieram drzwi, opierając się na klamce.

To najdziwniejsze uczucie pod słońcem – wchodzić do pomieszczenia, o którym się wie, że to twój dom, i nie znajdować w nim żadnej znajomej rzeczy. Po lewej ciągnie się blat kuchenny i rząd szafek. Dalej zlew i płyta grzejna, kuchenka mikrofalowa i elektryczny piekarnik. Na przeciwległej ścianie pod oknem, przez które roztacza się panoramiczny widok na plażę, stoi stół kuchenny zarzucony starymi gazetami i listami. Na środku leży laptop, otwarty, ale uśpiony. Wśród tych rzeczy na pewno znajdę odpowiedź na pytanie, kim jestem, lecz teraz mam pilniejsze sprawy na głowie.

Napełniam elektryczny czajnik i włączam go, po czym przechodzę łukowatym przejściem do pokoju z podwójnymi drzwiami wychodzącymi na drewniany taras ze stołem i kilkoma krzesłami; za nim roztacza się oszałamiający widok. Przez okrągłe okienko w bocznej ścianie widać cmentarz. W rogu pokoju stoi piecyk na drewno. Przy dwóch dwumiejscowych skórzanych kanapach jest stolik ze szklanym blatem. Przez otwarte drzwi widać korytarz biegnący przez całą długość domu. Drzwi po prawej prowadzą do dużej sypialni z niepościelonym łóżkiem. Wchodzę do środka i znajduję stertę męskiej – zapewne mojej – odzieży na krześle. Za kolejnymi drzwiami na wprost mieści się łazienka z prysznicem i już wiem, co muszę teraz zrobić.

Drżącymi palcami wyplątuję się z mokrych ciuchów, zostawiam je stłamszone na podłodze i na chwiejnych nogach wchodzę do łazienki.

Woda w prysznicu bardzo szybko się nagrzewa i po wejściu niemal się przewracam pod ogarniającą moje ciało falą gorąca. Rozkładam ręce, dociskam dłonie do kafelków i zamykam oczy. Jest mi słabo i ledwo wytrzymuję napór wody lejącej się na głowę, ale po chwili czuję, jak gorąco zaczyna przenikać wprost do mojej duszy.

Nie wiem, jak długo tam stoję, lecz w miarę jak robi mi się coraz cieplej i przestaję dygotać, ogarnia mnie ta sama ciemna chmura przygnębienia, która tak mnie przytłoczyła na plaży. Mam świadomość czegoś strasznego i wykraczającego poza zdolność pojmowania. Towarzyszy temu paraliżujący strach, że nadal nie wiem, kim jestem ani nawet jak wyglądam.

Wychodzę spod prysznica i energicznie wycieram się w ogromny puszysty ręcznik kąpielowy. Lustro nad umywalką jest zaparowane, więc moja twarz jest w nim tylko różową rozmytą plamą. Wkładam wiszący na drzwiach szlafrok frotté i wracam do sypialni. W domu panuje upał i duchota, podłoga pod stopami jest ciepła. Ciepło rozchodzi mi się po całym ciele i w różnych miejscach zaczynam odczuwać ból. Mięśnie ramion, nóg i klatki piersiowej są zesztywniałe i obolałe. Rozglądam się w kuchni za kawą i znajduję słoik rozpuszczalnej. Wsypuję dwie łyżeczki do kubka i zalewam wrzątkiem z czajnika. Na półce stoi słoik z kostkami cukru, ale nie wiem, czy pijam kawę z cukrem, czy bez. Siorbię gorący brązowy płyn, niemal parząc sobie usta. Smakuje mi, więc chyba nie słodzę.

Niemal ze strachem wracam z kawą do sypialni, stawiam kubek na toaletce, zrzucam z siebie szlafrok i stanąwszy przed lustrem na drzwiach szafy, przyglądam się odbiciu kompletnie obcego mężczyzny.

Nie potrafię znaleźć słów na oddanie przedziwnego uczucia, jakie towarzyszy patrzeniu na siebie w lustrze i niepoznawaniu się. To tak, jakby się stało obok cudzego ciała, które tylko się zamieszkuje. Jakbym je pożyczył albo ono pożyczyło sobie mnie, ale wzajemnie do siebie nie należymy.

Nic we mnie nie wygląda znajomo. Włosy mam ciemne i choć są niezbyt długie, mocno się kręcą, a ich wilgotne loki oblepiają mi czoło. Mężczyzna w lustrze patrzy na mnie lodowatoniebieskimi oczami i jest dość przystojny, jeśli w tej sytuacji można w ogóle mówić o obiektywnej ocenie. Ma nieco podwyższone kości policzkowe i dołek w brodzie, usta blade, ale dość pełne. Próbuję się uśmiechnąć, lecz w moim grymasie nie ma cienia humoru. Ukazuje natomiast zdrowe białe zęby i zaczynam się nawet zastanawiać, czy nie używam wybielacza. Czy to znaczy, że jestem próżny? Skądś, nie wiadomo skąd, pojawia się nagle obraz kogoś pijącego kawę przez słomkę w obawie przed zabarwieniem idealnie białych zębów, które od wybielacza stały się porowate. Ale to może być ktoś, kogo znam albo widziałem w jakimś filmie lub o kim czytałem.

Jestem szczupły i wyglądam na wysportowanego, z lekkim tylko zaokrągleniem w pasie. Penis wisi sflaczały i przeraźliwie mały i mogę mieć tylko nadzieję, że się tak skurczył od zimna. I nagle dostrzegam uśmiech na twarzy, tym razem całkiem szczery. A więc jestem próżny. A może tylko niepewny swej męskości. Jakie to dziwne – nie znać samego siebie i musieć wszystkiego się domyślać. Nie tego, jak się nazywasz czy jak wyglądasz, ale spraw zasadniczych. Jestem mądry czy głupi? Czy łatwo mnie zdenerwować? Czy bywam zazdrosny? Mam szeroki gest czy jestem samolubny? Jak można nie wiedzieć takich rzeczy o sobie?

A co do wieku… Na litość boską, ile ja mam lat? Jak trudno to określić. Widzę pierwsze ślady siwizny na skroniach i drobne zmarszczki pod oczami. Trzydzieści kilka? Czterdzieści?

Na lewym przedramieniu mam bliznę, niezbyt świeżą, ale wyraźną. Dawne zranienie. Ślad po jakimś wypadku. Na głowie jest świeże skaleczenie i moje ciemne włosy nasiąkają krwią. Także na dłoniach i przedramionach widzę liczne krwawe ślady ze strupkami. Jakby mnie coś pogryzło. Ale ani mnie te miejsca nie bolą, ani nie swędzą.

Z zadumy wytrąca mnie szczekanie za drzwiami. Musli wrócił z wycieczki na wydmy. Wkładam szlafrok i idę mu otworzyć. Radośnie na mnie skacze, ociera się o nogi i trąca nosem dłonie, domagając się pieszczoty i poczucia bezpieczeństwa. Uświadamiam sobie, że musi być głodny. W przedsionku znajduję blaszaną miskę i napełniam ją wodą. Pies chłepce ją z zapałem, a ja wyruszam na poszukiwanie czegoś do jedzenia. W końcu w szafce pod zlewem znajduję torbę suchej karmy o barwie ochry i jeszcze jedną miskę. Musli, zwabiony znajomym odgłosem karmy sypanej do miski, przybiega do kuchni i wyczekująco węszy. Stawiam miskę na podłodze i przyglądam się, jak z entuzjazmem zabiera się do chrupania.

Przynajmniej mój pies wie, kim jestem. Zna mój zapach, dźwięk mojego głosu, wyraz twarzy. Ale od jak dawna? Wygląda młodo. Ma najwyżej dwa lata. Czyli nie jest u mnie zbyt długo. Gdyby nawet umiał mówić, cóż mógłby o mnie powiedzieć? O mojej przeszłości, moim życiu, zanim się w nim pojawił?

Raz jeszcze się rozglądam. A więc tu mieszkam. Na ścianie w głębi kuchni wisi mapa archipelagu wysp, w których rozpoznaję Hebrydy Zewnętrzne, u wybrzeży Szkocji. Nie mam pojęcia, skąd o tym wiem. Czy właśnie tu jestem? Na tych wysmaganych sztormami wysepkach na północno-zachodnim krańcu Europy?

Ze stosu papierów na stole wygrzebuję kopertę, którą wcześniej ktoś rozerwał. W środku jest rachunek za prąd. Rozprostowuję go i widzę, że jest zaadresowany do Neala Macleana, Chata na Wydmach, Luskentyre, wyspa Harris. Za jednym zamachem poznaję swoje pełne nazwisko i adres.

Siadam przed laptopem i dotykam palcami touchpada, by wytrącić go z letargu. Pulpit jest zupełnie pusty i widnieje na nim tylko ikonka twardego dysku. Otwieram program poczty i okazuje się, że nie ma żadnych maili, nawet w zakładce USUNIĘTE. Folder DOKUMENTY też jest pusty, podobnie jak KOSZ. Jeśli to naprawdę mój komputer, wygląda na to, że nie zostawiłem po sobie żadnego śladu. I jest coś dziwnego w niemal drażniącym wzrok podświetleniu ekranu. Zamykam pokrywę z postanowieniem, że jeszcze do tego wrócę.

Moją uwagę przyciągają rzędy książek na etażerce pod mapą. Sztywno wstaję z miejsca i idę tam, by się przyjrzeć. Na górnej półce same encyklopedie i słowniki: oksfordzki słownik języka angielskiego, słownik synonimów, wielotomowa encyklopedia, słownik cytatów. Na niższych półkach rzędy tanich wydań kieszonkowych. Kryminały, romansidła, wegetariańskie książki kucharskie, kuchnia północnych Chin. Stronice mocno „zaczytane” i pożółkłe. Ale coś mi mówi, że te książki nie są moje. Na najwyższej półce widzę kilka tomów w twardych oprawach, wyglądających na dużo nowsze. Historia Hebryd. Album fotograficzny zatytułowany po prostu Hebrydy. Leży tam też kilka map i prospektów turystycznych, a także broszurka o intrygującym tytule Tajemnica Wysp Flannana. Przenoszę wzrok na mapę i błądzę nim wzdłuż poszarpanej linii brzegowej archipelagu Hebryd Zewnętrznych. Chwilę trwa, nim je odnajduję, ale w końcu mam: Wyspy Flannana. Jakieś trzydzieści, może trzydzieści pięć kilometrów na zachód od wyspy Lewis i Harris i kawał na północ od St Kilda. Grupka maleńkich wysepek na przestworzu oceanu.

Powracam wzrokiem do broszury, którą wciąż trzymam w ręce, i zaczynam czytać wstęp.

Wyspy Flannana, nazywane niekiedy Wyspami Siedmiu Łowców, stanowią grupkę wysepek położonych około 32 kilometrów na zachód od wyspy Lewis. Swą nazwę zawdzięczają kaznodziei z VII wieku, świętemu Flannanowi. Od roku 1971, kiedy zautomatyzowano latarnię morską na Eilean Mòr, największej z wysepek, pozostają niezamieszkane. Wiąże się z nimi niewyjaśniona do dziś tajemnica zniknięcia w grudniu 1900 roku wszystkich trzech latarników.

Raz jeszcze przyglądam się mapie. Wyspy wyglądają jak kropeczki zagubione na ogromnym oceanie i aż trudno mi wyobrazić sobie życie, kiedy całymi tygodniami, jeśli nie miesiącami, człowiek jest skazany na kontakt wyłącznie z dwoma kolegami latarnikami. Wyciągam dłoń i dotykam drżącymi koniuszkami palców mapy, jakby papier mógł mi coś przekazać przez dotyk. Ale nie czuję żadnego przekazu. Opuszczam rękę, wodzę wzrokiem po południowo-zachodnim wybrzeżu wyspy Harris i odszukuję Luskentyre i żółtą kreseczkę plaży o nazwie Tràigh Losgaintir. Poniżej znajduje się cieśnina Taransay i wysepka o tej samej nazwie; to jej góry widziałem w oddali, robiąc pierwsze kroki po plaży.

Jakim cudem się tam znalazłem? Kamizelka ratunkowa, którą miałem na sobie, sugeruje, że wypadłem z łodzi i przypływ wyrzucił mnie na brzeg. Ale dokąd płynąłem? I co się stało z łodzią? Czy byłem na niej sam? Do głowy ciśnie mi się tyle pytań, że odwracam się od mapy, a czaszkę wypełnia pulsujący ból.

Musli siedzi w łukowatym przejściu i nie spuszcza ze mnie wzroku. Widzi, że na niego patrzę, i zachęcająco podrywa łeb, ale moją uwagę przyciąga widok butelki whisky, która stoi na blacie. Kilka centymetrów bursztynowego płynu skupia w sobie światło padające z okna i jakby lśni wewnętrznym blaskiem. W szafce na ścianie znajduję szklankę i nalewam sobie na dobre trzy palce, po czym bez wahania dodaję trochę wody z kranu. A więc tak lubię swoje uisge beatha. Całkiem przypadkiem czegoś się o sobie dowiaduję. Łącznie z tym, że wiem, jak jest whisky po gaelicku.

Smakuje cudownie, rozgrzewa, pachnie dymem i jest lekko słodkawa. Spoglądam na etykietę. Caol Ila. Wyspiarska whisky o słomkowej barwie i torfowym posmaku. Zabieram szklankę i butelkę do pokoju, stawiam butelkę na stoliku, podchodzę do drzwi na taras i wpatruję się w piasek plaży i sunące po nim plamy cienia rzucanego przez szybko przesuwające się chmury. Moją uwagę przyciąga błysk światła na przeciwległym brzegu. Odblask promieni słonecznych od szkła. Uświadamiam sobie, że kręcąc się po domu, widziałem na półce lornetkę. Unoszę ją do oczu, chwilę się z nią zmagam, ale w końcu go widzę: ktoś obserwuje mnie z tamtego brzegu. Ten sam człowiek, którego zauważyłem wcześniej z plaży. Teraz już nie mam wątpliwości, że to mężczyzna. Widzę go całkiem wyraźnie. Ma długie, powiewające na wietrze włosy i krzaczastą brodę na kościstej, odpychającej twarzy. Stoi z lornetką zwróconą w moją stronę i przygląda się, jak ja przyglądam się jemu.

Wciąż jeszcze lekko drżę, więc trudno mi utrzymać ostrość obrazu. Ale i tak widzę, jak w końcu opuszcza lornetkę i wchodzi do stojącej za nim przyczepy. Na dachu pojazdu sterczy talerz satelitarny i coś przypominające niewielki maszt radiowy. Przesuwam lornetkę w lewo i dostrzegam poobijanego land rovera z brezentowym dachem. Samochód i przyczepa stoją na kawałku lądu nazywanym przez miejscowych machair – żyznym, ciągnącym się wzdłuż brzegu wyspy trawiastym pasie ziemi, który wiosną pokrywa się kobiercem polnych kwiatów i dzięki któremu mięso pasących się na nim owiec ma jedyny w swym rodzaju smak, niewymagający solenia.

Odkładam lornetkę na półkę nad piecykiem, unoszę szklankę i moszczę się na kanapie z widokiem na plażę. Ciekawe, która może być godzina. Trudno powiedzieć, czy jest przed południem, czy po popołudniu. Po raz pierwszy uświadamiam sobie, że nie mam zegarka. Ale jaśniejszy pasek na ogorzałym od słońca lub wiatru nadgarstku świadczy o tym, że zwykle go noszę.

Słońce świeci teraz prosto na mnie i czuję jego ciepło na stopach i nogach. Sączę powoli zawartość szklanki, Musli układa się obok mnie i kładzie mi łeb na kolanach. Machinalnie drapię go za uszami i głaszczę po karku, sprawiając tym przyjemność nam obu. I nawet nie pamiętam momentu dopicia whisky.

ROZDZIAŁ 2

Nie wiem, jak długo spałem. Świadomość powraca z głębokiego uśpienia bez żadnych snów, a wraz z nią fizyczny ból w sponiewieranym ciele oraz pamięć o tym, że nic nie pamiętam. O sobie, o tym, co się ze mną działo przez ostatnie godziny, nim morze wyrzuciło mnie na Tràigh Losgaintir.

Ale czuję też niepokój, jakby mnie coś nagle obudziło. Serce mi wali i uświadamiam sobie, że słońce już zaszło za wzgórza na zachodzie, barwiąc je różową poświatą kończącego się dnia. Obudził mnie jakiś dźwięk. Musli też podniósł łeb i węszy, lecz nie wygląda na zaniepokojonego.

– Neal?! – woła ktoś z przedpokoju.

Jakaś kobieta. Ale nie jest sama, bo w tle słyszę też męski głos. Przybysze zamknęli już za sobą drzwi wejściowe. Zrywam się na równe nogi; pusta szklanka po whisky toczy się po podłodze. Musli podnosi się i patrzy na mnie wyczekująco.

Zanim otwierają się drzwi do kuchni, szybkim krokiem przemierzam przedpokój i wpadam do sypialni.

– Neal, jesteś w domu?!

Są już w kuchni. Nerwowo grzebię w stercie odzieży w poszukiwaniu dżinsów i przeskakując z nogi na nogę, wsuwam stopy w nogawki, przysiadam na łóżku i wciągam spodnie na biodra.

– Już idę! – wołam i wkładam przez głowę T-shirt. Nie mam czasu na szukanie skarpetek i butów. Idąc do drzwi, rzucam okiem na swoje odbicie w lustrze. Twarz mam bladą mimo opalenizny, kręcone włosy sterczą na wszystkie strony.

Goście są już w pokoju. Najwyraźniej jacyś moi znajomi, mimo to widok żadnego z nich nic mi nie mówi.

Oboje są młodsi ode mnie. Pod trzydziestkę, może nieco po. Mężczyzna jest blondynem, ma włosy krótko przycięte po bokach, nieco dłuższe na górze i zaczesane na żel z niskiego czoła. Jest przystojny i świadomy swego wyglądu. Krótko przycięta broda – choć nie na długość modnego kilkudniowego zarostu – zdobi szczupłą twarz o zielonych oczach w kształcie migdałów. Nie mam wątpliwości, że jego bluza z kapturem jest dobrej marki, podobnie jak idealnie leżące dżinsy i olśniewająco białe adidasy, które wyglądają jak dopiero co wyjęte z pudełka. Trzyma ręce w kieszeniach bluzy, przez co jest lekko przygarbiony, ale po ramionach i wąskich biodrach widać, że jest dobrze zbudowany. Uśmiecha się do mnie pogodnie i zaraźliwie serdecznie.

– Rany boskie – mówi, wskazując głową drzwi sypialni. – Masz tam jakąś babę, czy jak? Mam nadzieję, że nie przeszkodziliśmy ci w niczym.

Mówi z zupełnie innym akcentem niż ja. Kogoś z północy Anglii, ale wykształconego. Typowego przedstawiciela klasy średniej. Na moje wyczucie absolwent szkoły prywatnej, nie państwowej.

– Przepraszam – bąkam i przegarniam dłonią włosy. – Spałem.

Mój głos w porównaniu z jego brzmi dość chrapliwie. Mówię ze szkockim akcentem, ale nie wyspiarskim. Raczej ze środkowej Szkocji.

– No ładnie! – Kobieta parska śmiechem. – Najpierw zaprasza nas na drinka, a potem wali się do łóżka. – Mówi z akcentem podobnym do swojego towarzysza, ale nieco wyraźniejszym. Ma miły, łagodny głos, lecz niezupełnie czysty. Jakby miała lekką chrypkę, co brzmi seksownie. Jest piętnaście centymetrów niższa od niego, mimo to nadal dość wysoka. Ma pewnie z metr siedemdziesiąt wzrostu. Krótkie, po chłopięcemu obcięte kasztanowe włosy okalają niemal cherubinkowatą twarz. Głęboko osadzone brązowe oczy są podkreślone rudawobrązowymi cieniami. Wargi lekko maźnięte szminką. Jest szczupła, na prostych ramionach wisi mocno znoszona skórzana kurtka lotnicza; do tego ma biały T-shirt i modne luźne dżinsy. – Nie widzieliśmy pod domem samochodu i pomyśleliśmy, że może cię nie ma.

A więc mam samochód, tylko nie wiem, gdzie może teraz być. I nagle nachodzi mnie chęć wyznania im wszystkiego. Czyli niewiele. Tylko tyle, że zostałem wyrzucony przez morze na brzeg i nie wiem, kim jestem. Oni mnie znają, więc będą mogli mi coś więcej powiedzieć. Boję się jednak, że to doprowadzi do nazwania tej czarnej chmury, która wisi nade mną i wywołuje we mnie takie straszne przygnębienie. Boję się tego, co w sobie kryje. Zdarzeń wymazanych z pamięci, do których może nigdy nie będę chciał się przyznać. I dlatego mówię tylko:

– Zapomniałem.

– Sally dokładnie tak powiedziała. Powiedziała: „Po prostu zapomniał” – mówi mężczyzna, bardzo udatnie imitując jej akcent.

– To co zrobiłeś z samochodem? – pyta Sally.

Wpadam w lekką panikę.

– Miałem stłuczkę.

– O cholera! – Kobieta pochyla się i czochra Musli po głowie, a on wpycha pysk w jej dłoń. – Co się stało? To stąd to skaleczenie na głowie?

Instynktownie sięgam ręką do czoła, na którym krew już zaschła w strup. Ale nie chcę się rozwodzić na ten temat.

– Och, nic wielkiego się nie stało. Jutro będę miał go z powrotem.

– To jak wróciłeś do domu? – pyta mężczyzna.

Mam gonitwę myśli. Jak zacznie się kłamać, trzeba to ciągnąć, a ja szybko się orientuję, że kiepski ze mnie kłamca.

– Ktoś z warsztatu mnie podwiózł.

– Taki kawał aż z Tarbert? Boże, to naprawdę szlachetnie z jego strony. Trzeba było zadzwonić. Jon by pojechał i cię przywiózł.

Jon rozsuwa zamek bluzy i jakby od niechcenia opada na kanapę, po czym rozkracza nogi i rozkłada ręce na oparciu.

– Ważniejsze, co jest z tym drinkiem, który nam obiecałeś – mówi, a ja jestem mu autentycznie wdzięczny za zmianę tematu.

Sally zdejmuje kurtkę, kładzie ją na oparciu kanapy i siada obok Jona, a on otacza ją ramieniem. Jest dla mnie jasne, że nie tylko są tu stałymi gośćmi i w moim domu czują się swobodnie, ale że są od dawna parą.

– No, to prawda, Neal. Dawaj coś do picia, bo umieramy z pragnienia.

– Jasne – rzucam, szczęśliwy, że mogę choć na chwilę wycofać się do kuchni. – Na co macie ochotę?! – wołam przez ramię.

– To, co zwykle! – odkrzykuje Sally.

Znów ogarnia mnie panika. Przecież powinienem wiedzieć, co zwykle piją. Jak mam im wyjaśnić, że nie wiem? Raz jeszcze przeglądam szafki, tym razem w poszukiwaniu czegoś do picia, ale nie znajduję nawet jednej puszki piwa. Otwieram lodówkę i widzę niepełną butelkę wódki. Coś mi mówi, że nie jest to mój ulubiony trunek. Rozglądam się za tonikiem, lecz niczego takiego nie ma.

– Chyba zabrakło mi toniku! – wołam w stronę pokoju w nadziei, że nie popełniam gafy.

Słyszę, jak Sally wzdycha.

– Ach, ci mężczyźni! Czy ja zawsze muszę wszystko robić sama?

Po czym wślizguje się do kuchni, wlepia we mnie rozjarzony wzrok, konspiracyjnym gestem przytyka palec do ust i nim mam czas zareagować, zarzuca mi ręce na szyję, rozchyla wargi i przyciągnąwszy moją głowę do swojej, wpycha mi język do ust. W jej zapachu i dotyku jest coś podniecająco znajomego; mija moment pierwszego zaskoczenia i zaczynam reagować na pocałunek. Kładę dłonie na jej plecach, przyciągam ją ku sobie i przylegam do niej całym ciałem. Po chwili się rozdzielamy i czuję, że aż brakuje mi tchu.

– Patrzyłeś w spiżarce? – mówi głośno.

Rozglądam się, ale nie mam pojęcia, gdzie może być spiżarka.

– Nie – odpowiadam.

Szepcze „cii”, bierze mnie za rękę i ciągnie do przedsionka.

– No to zajrzymy – mówi głośno, a ja oglądam się lękliwie, upewniając się, że Jon nas nie widzi. Uczestniczę w jakimś oszustwie, i to najwyraźniej nie od dzisiaj. Kompletne zaskoczenie powoduje, że ta nieoczekiwana zażyłość wydaje mi się bardzo podniecająca, wręcz rozkoszna.

Na lewo od pralki znajdują się drzwi, Sally otwiera je i moim oczom ukazują się półki pełne puszek i opakowań z artykułami spożywczymi, butelek i słoików z przyprawami. Schyla się do dolnej półki i zdejmuje z niej plastikową zgrzewkę z sześcioma butelkami toniku.

– Naprawdę, Neal, zapomniałbyś o własnej głowie, gdyby nie była tak przytwierdzona. – Uśmiecha się, muska wargami moje usta i zawraca do kuchni. – Już się tym zajmę – mówi. – Ty idź, nalej sobie whisky i dotrzymaj towarzystwa Jonowi.

Znajduję swoją szklankę po whisky, która potoczyła się pod stolik, i stawiam ją obok butelki. Właściwie nie mam ochoty na następnego drinka. Potrzebuję teraz trzeźwej głowy.

– Widzę, że już zacząłeś – zauważa ze śmiechem Jon. – To dlatego poszedłeś spać?

Zmuszam się do uśmiechu.

– Nie, wypiłem tylko jedną szklaneczkę. I już dość dawno temu. – Wstaję, podchodzę do okien i wskazuję głową widoczny w oddali brzeg. – Ktoś z tej przyczepy obserwował mnie przez lornetkę.

Jon parska pogardliwie.

– Buford? To dziwak. Podobno mieszkańcy Seilebost wystąpili do rady gminy, żeby go stamtąd wykurzyli. Ale okazuje się, że to teren ogólnodostępny czy coś w tym rodzaju, a on powołał się na prawo turystyczne.

Dołącza do nas Sally, wręcza mu szklankę i siada obok niego.

– Trzeba mieć źle w głowie – ciągnie Jon – żeby tam postawić przyczepę. Jest cała opleciona linami i przytroczona kołkami do ziemi, żeby wiatr jej nie zwiał. Musi tam być jak w tunelu aerodynamicznym. – Unosi szklankę. – Zdrówko.

Sally stuka się z nim szklanką i puszcza do mnie oko.

– A ty nie pijesz? – pyta.

– Zdaje się, że ma już dość – mówi z uśmiechem Jon, po czym dodaje: – Domyślam się, że nie dotarłeś wczoraj na Flannany. Ostro wiało. Początek równonocy, jak mówią miejscowi.

Nie mam pojęcia, po co miałbym odwiedzać Wyspy Flannana, ale chyba będzie bezpieczniej potwierdzić, że mnie tam nie było.

– Nie, zrezygnowałem.

– Nie dziwię się.

Sally pociąga łyk wódki z tonikiem i słyszę, jak w jej szklance grzechoczą kostki lodu. Ma w niej także plasterek cytryny. Najwyraźniej czuje się swobodnie w mojej kuchni.

– No i jak ci idzie książka? – pyta Jon.

Każde wypowiadane przez niego zdanie jest jak pułapka, w którą próbuje mnie złapać.

– Książka? – Uśmiecham się niewinnie, przynajmniej taką mam nadzieję.

– Powinieneś wiedzieć, że nie zadaje się takich pytań pisarzowi – strofuje go Sally.

Jon parska śmiechem.

– A co? Natchnienie zniknęło jak ci latarnicy, o których piszesz? Kiedy ostatnio rozmawialiśmy, mówiłeś, że już prawie kończysz.

Staram się unikać dalszych zasadzek.

– Mam nadzieję skończyć w tym miesiącu – mówię, po czym nagle uświadamiam sobie, że nawet nie wiem, jaki jest teraz miesiąc. Rozglądam się po pokoju i dostrzegam wiszący na ścianie kalendarz Jolomo. Intensywnie barwna akwarela przedstawia chaty stojące nad urwiskiem i łodzie tańczące na sztormowych falach w zatoczce u jego stóp. Pod obrazkiem widnieje trzydzieści kwadracików września.

Sally nie patrzy mi w oczy.

– Pewnie znaczy to, że niedługo stąd wyjedziesz.

Kiwam głową z na wpół udawanym smutkiem.

– Pewnie tak.

* * *

Trwa całą wieczność, nim wreszcie zbierają się do wyjścia. Cały czas siedzimy i gadamy, a ściślej mówiąc, gada Jon, a ja staram się nie zaplątać w nic, z czego nie będę umiał się wyplątać. Uważanie na każde słowo jest męczące i mimo wcześniejszej drzemki jestem wyczerpany. Czuję się jak zbity pies, w dodatku mam wrażenie, że Sally cały czas mnie obserwuje. W milczeniu i czujnie, jakby mi czytała w myślach. Lub w ich braku.

Jon zdaje się tego nie zauważać, ale ona chyba wyczuwa moje zniecierpliwienie, bo w końcu wstaje i oznajmia, że muszą już iść.

– Neal jest zmęczony – zwraca się do Jona. – Pogadamy kiedy indziej.

Jon dopija zawartość szklanki i wstaje z kanapy.

– Może ta stłuczka była poważniejsza, niż się przyznajesz, co?

W odpowiedzi tylko się uśmiecham i odprowadzam ich do drzwi.

– Przepraszam, że nie byłem dziś zbyt towarzyski – mówię w progu i rozglądam się za ich samochodem, ale pod domem nie stoi żaden pojazd.

Sally cmoka mnie lekko w policzek, Jon podaje mi rękę.

– Wyśpij się dobrze – radzi. – Jutro poczujesz się lepiej. – Widać nie uszło jego uwagi to, że nie jestem sobą.

Niemal się w duchu uśmiecham. Jak mogę być sobą, skoro nie wiem, kim jestem?

Stoję w progu, wiatr rozwiewa mi włosy, a ja patrzę, jak wychodzą na drogę i skręcają w lewo. Dalej i wyżej, po drugiej stronie drogi, stoi dom zwrócony frontem do mojego i plaży. Po raz pierwszy przyglądam się uważniej swojemu. Ma tradycyjny kształt, ale nie może mieć więcej niż parę lat. Dobrze ocieplony, okna z podwójnymi szybami, przytulny i wygodny w środku, zbudowany z myślą o trudnych warunkach atmosferycznych zgodnie ze standardami nowoczesnego budownictwa. Skąd ja się w nim wziąłem? Czy od zawsze mieszkałem w nim sam?

Na moment moją uwagę przyciąga Musli, który szaleje na wydmach, uganiając się ze szczekaniem za królikami. Gdy znów przenoszę wzrok na drogę, Jon i Sally już wchodzą do domu na szczycie wzniesienia, a ja uświadamiam sobie, że są moimi najbliższymi sąsiadami. Sally odwraca się i przed wejściem do środka macha do mnie ręką. Ich dom ma od frontu piętrową oszkloną werandę i wyobrażam sobie, jak wspaniały widok musi się roztaczać z wnętrza. Zważywszy, że są moimi znajomymi i sąsiadami, musiałem nieraz oglądać go na własne oczy.

Przy drodze prowadzącej łukiem pod górę stoi tylko kilka domów widocznych pod zachmurzonym niebem i w zapadającym zmroku. Linii horyzontu nie zakłóca ani jedno sterczące drzewo, ani jeden kamienny murek. Dalej na zachód, za plażą i połacią oceanu, który zdaje się emanować własnym wewnętrznym światłem, na tle zachodzącego słońca widać sylwetki gór Taransay. Niebo nad nimi jest czyste, chmury rozpędził porywisty wiatr z południowego zachodu.

Wołam Musli i pies pędem wraca.

Gdy wchodzimy do domu, słyszę, jak z zapałem chłepcze wodę z miski w przedsionku. Wkraczam do kuchni i zapalam światło.

A więc piszę książkę.

Podchodzę do półki, biorę do ręki broszurkę o tajemnicy Wysp Flannana, siadam i zaczynam ją przeglądać. Dowiaduję się z niej, że największa z siedmiu wysp nazywa się Eilean Mòr, co po gaelicku znaczy Duża Wyspa; wznosi się na wysokość osiemdziesięciu ośmiu metrów ponad poziom morza i pod koniec XIX wieku wybrano ją na miejsce budowy latarni morskiej, mającej bezpiecznie przeprowadzać statki wokół przylądka Wrath i dalej ku zatoce Pentland. Wyspa liczy niecałe szesnaście hektarów powierzchni, a zbudowana na niej latarnia wznosi się na wysokość prawie dwudziestu trzech metrów. Zapalono ją po raz pierwszy siódmego grudnia 1899 roku i od tej chwili co trzydzieści sekund wysyła dwa szybko następujące po sobie błyski o mocy stu czterdziestu tysięcy świec i zasięgu dwudziestu czterech mil morskich.

Niemal dokładnie rok później, piętnastego grudnia 1900 roku, kapitan parowca Archtor płynącego do Leith na wschodnim wybrzeżu Szkocji zawiadomił przez radio, że latarnia nie świeci. Jednak osoba, która odebrała wiadomość w biurze Cosmopolitan Line Steamers, nie przekazała jej do Północnego Zarządu Latarni Morskich i w rezultacie dopiero dwudziestego szóstego grudnia na wyspę dotarła opóźniona przez złą pogodę ekipa zmienników i na miejscu stwierdziła, że latarnicy James Ducat, Thomas Marshall i Donald McArthur zniknęli bez śladu.

Czytając, czułem, jak mnie ta tajemnica wciąga. W broszurce zamieszczono też napisany dwadzieścia lat później wiersz Wilfrida Wilsona Gibsona o tym wydarzeniu. Opowiada w nim, jak trzej zmiennicy po wylądowaniu na wyspie są obserwowani przez trzy wielkie ptaki, które wystraszone zrywają się ze skały i nurkują do morza. A potem zmiennicy wchodzą do latarni, gdzie wita ich zapach bielidła i smoły – znajomy niczym „codzienny oddech”, zaprawiony jednak wonią śmierci. Na stole znajdują nietknięty posiłek złożony z mięsa, sera i chleba, a obok przewrócone krzesło. Pościel na łóżkach latarników nie nosi śladów spania, a ich samych nie ma nigdzie na wyspie.

Tej sensacyjnej wersji wydarzeń przeczy zamieszczona w broszurce relacja pomocnika latarnika, niejakiego Josepha Moore’a, który jako pierwszy wszedł do latarni po dopłynięciu do wyspy kutrem Hesperus z ekipą zmienników. Moore nie wspomina słowem o jedzeniu na stole ani o przewróconym krześle. W swej relacji pisze:

Wspiąłem się na górę i podszedłem do głównych drzwi, ale okazały się zamknięte. Skierowałem się do bocznych, prowadzących do kuchni i magazynku, lecz te też były zamknięte, podobnie jak drzwi wewnętrzne, jednak drzwi do samej kuchni były otwarte. Wszedłem do niej i stwierdziłem, że palenisko było zupełnie wygasłe i nie palono na nim od co najmniej kilku dni. Potem wszedłem kolejno do sypialni i znalazłem puste łóżka w stanie, w jakim zostawiono je wczesnym rankiem. Nie szukałem już nigdzie dalej, bo nie miałem wątpliwości, że zdarzyło się coś bardzo poważnego. Wybiegłem z latarni i popędziłem na przystań, gdzie poinformowałem pana McCormacka, że w latarni nie ma nikogo. Wtedy on i paru ludzi poszli to sprawdzić, lecz, niestety, okazało się, że miałem rację. Potem jeszcze pan McCormack i ja weszliśmy do komory lampowej, ale tam wszystko było jak należy. Lampa była wyczyszczona, zbiornik pełny, zasłony na oknach opuszczone.

Jak się okazuje, na wyspie są dwie przystanie: jedna od strony wschodniej i druga od zachodniej. O ile na przystani wschodniej wszystko było normalnie, o tyle z przystani zachodniej zniknęła skrzynia z linami i osprzętem, poręcze były wygięte, ważący ponad tonę blok skalny przesunięty, a koło ratunkowe wyrwane z mocowania – wszystko to trzydzieści trzy metry nad poziomem morza. Poniżej znaleziono rozrzucone na skałach kawałki lin i jedynym wnioskiem, jaki wysnuli badający sprawę śledczy, było to, że jakaś wyjątkowo duża fala przelała się przez skały i porwała z sobą latarników.

Słaby punkt tej diagnozy, według broszurki, stanowiło to, że zgodnie z przepisami jeden z latarników powinien zawsze znajdować się wewnątrz budynku latarni. I o ile gumowców i sztormiaków dwóch latarników nie było, wodoodporna peleryna trzeciego, Donalda McArthura, nadal wisiała na kołku w sieni. Tak więc, jeśli doszło do złamania regulaminu i McArthur również opuścił latarnię, musiałby to zrobić w samej koszuli z krótkimi rękawami. Nikt nie potrafił tego wyjaśnić.

Zamknąłem broszurkę i przejechałem dłonią po twarzy, czując po raz pierwszy kłujący zarost na policzkach i brodzie. Ciekawe, ile czasu minęło od ostatniego golenia? Ale bardziej intrygowała mnie tajemnica zaginionych latarników oraz to, co napisałem o nich w swojej książce. Zapewne całkiem dużo, skoro – jak mi powiedziano – zbliżałem się już do końca.

Siadam przed laptopem i budzę go z uśpienia. Tak jak poprzednio, wita mnie niemal zupełnie pusty ekran, tym razem jednak sięgam nieco głębiej. Otwieram przeglądarkę i sprawdzam historię, ale i w niej nic nie ma. Jest ustawiona na prywatne przeglądanie, lecz foldery COOKIES i POBRANE są puste. Rzut oka na ekran potwierdza, że jestem podłączony do internetu. Wygląda na to, że jestem całkiem biegły w obsłudze laptopa i pracy z oprogramowaniem. Najwyraźniej komputery nie są mi obce i umiem się w nich poruszać. Sprawdzam OSTATNIE MIEJSCA, ale poza otwartą ostatnio pocztą i przeglądarką tu też niczego nie znajduję. Zaczynam podejrzewać, że musiałem celowo zacierać ślady. Do czegokolwiek służył mi ten komputer, najwyraźniej nie chciałem, by ktoś obcy mógł mieć do tego wgląd. Wszystkie moje próby ustalenia, co tak skrupulatnie chciałem ukryć, spełzają na niczym i czuję narastającą frustrację.

Jestem niemal gotów się poddać i sycząc przez zęby ze złości, już mam wyłączyć laptopa, gdy dostrzegam skromnie wciśnięty między POBRANE a MUZYKA folder zatytułowany po prostu Flannany. Klikam dwa razy i otwiera się długa lista plików: Rozdział pierwszy, Rozdział drugi i tak dalej, aż do Rozdziału dwudziestego. Znów dwukrotnie klikam, tym razem na Rozdział pierwszy. Na ekranie otwiera się dokument w Wordzie. Stronica ma ustawione marginesy boczne, górne i dolne oraz nagłówek, ale ani słowa treści. Przez chwilę przyglądam się jej zdumiony, po czym otwieram Rozdział drugi, ten jednak wygląda identycznie. Coraz bardziej zdezorientowany, otwieram kolejne rozdziały, z tym samym rezultatem.

Siedzę wpatrzony w pusty ekran, coraz bardziej zbity z tropu. Cokolwiek mówiłem Sally i Jonowi czy komukolwiek innemu, nie piszę żadnej książki o tajemnicy Wysp Flannana. Jestem zwykłym oszustem.

Czuję, jak wzbierają we mnie złość i rozgoryczenie, bulgocząc i grożąc wybuchem wściekłości. Zrywam się z krzesła, a ono zupełnie jak w wierszu Wilfrida Wilsona Gibsona przewraca się na podłogę. Musi być w tym domu coś, co powie mi więcej o tym, kim jestem. Po prostu musi! W końcu mieszkam tu. Nie jestem duchem. Muszę zostawiać po sobie jakieś ślady.

Następne pół godziny spędzam na przeglądaniu szuflad i szafek; wyjmuję z nich zawartość w gorączkowym pośpiechu i szukam nie wiadomo czego. Zdejmuję kolejno wszystkie książki z półek i trzymając za grzbiet, wytrząsam, sprawdzając, czy nie ma czegoś między kartkami. Gdy w końcu kieruję się do sypialni, na podłodze w pokoju leży stos rupieci świadczących o mojej desperacji.

Ale zatrzymuję się w drzwiach, bo moją uwagę przyciąga mapa na stoliku, tuż obok butelki whisky. Wydana przez Państwowe Wydawnictwo Kartograficzne leży równo złożona, połyskując spękaną lakierowaną okładką. Podchodzę do stolika i biorę ją do ręki. Mapa topograficzna południa wyspy Harris. Jest mocno podniszczona, niektóre miejsca są poprzecierane i po rozłożeniu mapa okazuje się ogromna i nieporęczna. Przedstawia bardzo szczegółowy obraz dolnej połowy wyspy – górzystą połać lądu usianą niezliczonymi jeziorami. Na czerwono zaznaczono na niej główną przelotową szosę A859, kolorem żółtym i czarnym przerywanym – drogi boczne. Tràigh Losgaintir, gdzie kilka godzin temu wyrzuciło mnie morze, ma postać dużego żółtego trójkąta. W pobliżu odnajduję cmentarz i sąsiadujący z nim mój dom. Moją uwagę przyciąga gruba pomarańczowa kreska pociągnięta odblaskowym markerem. Ciągnie się wzdłuż czarnej linii przerywanej od południowego krańca plaży niemal wprost ku wzgórzom i roztaczającej się za nimi krainie jezior wschodniego wybrzeża. Musiałem sam ją namalować, ale nie ostatnio. Krecha jest dość wyblakła i zaczynam się zastanawiać, od jak dawna muszę tu siedzieć, skoro tusz markera aż tak stracił kolor.

Unoszę mapę do światła i wysilam wzrok, by odczytać małe czarne literki pod markerem. Okazuje się, że czarna linia przerywana na mapie nosi nazwę Bealach Eòrabhat. To po gaelicku i nie mam pojęcia, co znaczy. Zupełnie nie wiem, po co zaznaczyłem tę trasę na pomarańczowo, ale przynajmniej daje mi to jakiś punkt wyjścia. Coś, czym będę mógł zająć się jutro. Bo jest ciemno i teraz nic już nie mogę zrobić.

Odkładam rozłożoną mapę na stolik i idę do sypialni, by kontynuować przeszukiwanie szuflad i szaf. Nie ma w nich nic poza czystą odzieżą, bielizną i pościelą. Druga sypialnia na końcu korytarzyka najwyraźniej służy za garderobę, bo mieści tylko więcej ciuchów. Na komodzie leży walizka, ale jest pusta. Wychodząc, natykam się na brezentową torbę podróżną na ubrania, która wisi na haku na wewnętrznej stronie drzwi. Znajduję w niej brezentową saszetkę i siadam na łóżku, żeby do niej zajrzeć. Wreszcie coś osobistego. Drżącymi palcami otwieram sprzączki i wyjmuję pusty notes i portfel. Ku memu rozczarowaniu, graniczącemu już ze złością, w portfelu są tylko pieniądze. Kilka banknotów i trochę drobnych. Żadnych kart kredytowych, żadnych wizytówek, żadnych rodzinnych fotografii. Nic. Rzucam tym szajsem o ścianę, chowam twarz w dłoniach i palcami zgiętymi jak szpony drapię się po skórze. Potem wznoszę twarz ku niebu, a mój krzyk wypełnia ściany domu.

– Na miłość boską, kim ja jestem?!

Oczywiście nikt mi nie odpowiada i dłuższą chwilę siedzę w przygnębiającym milczeniu. Może jednak jestem duchem? Może naprawdę umarłem gdzieś na morzu. Jon powiedział, że wczoraj „ostro wiało”, a ja zrezygnowałem z popłynięcia na Wyspy Flannana. Przynajmniej tak twierdzę. A jeśli jednak tam byłem? Jak się na nie dostałem i co było celem mojej eskapady? Z całą pewnością nie zbieranie danych do książki, której nie piszę. Ale coś się wydarzyło. Wiem, że tak. Czuję to. I było to coś strasznego. Może się utopiłem? Może fale wyrzuciły na plażę tylko moje zwłoki? I tylko mój duch powstał z piachu, by straszyć w tym domu. Może dlatego nie potrafię znaleźć żadnego śladu po sobie.

Zaciskam dłonie w pięści, wbijam paznokcie w ciało i po bólu poznaję, że nie jestem duchem. Podnoszę głowę i patrzę na psa, który przybiegł z przedpokoju, stanął w drzwiach i mi się przygląda.

– Musli, powiedz mi – zwracam się do niego. – Powiedz mi, kim jestem. I co tutaj robię?

A on przekrzywia łeb i strzyże uszami. Wie, że mówię do niego, i może słyszy pytanie w moim głosie. Ale nie ma dla mnie żadnych odpowiedzi.

Czuję się wycieńczony fizycznie i emocjonalnie. Sztywno podnoszę się z łóżka, Musli idzie za mną do sypialni. Brakuje mi nawet energii, by pójść dalej i zgasić światło w kuchni. Ściągam dżinsy i T-shirt i padam na łóżko. Gdybym mógł, chętnie bym się rozpłakał. Ale w moich oczach zamiast łez jest tylko suche pieczenie. W ustach też mi zaschło. Powinienem napić się wody. I coś zjeść. Ale jestem zbyt skonany. Kładę się na wznak; rozproszone światło z przedpokoju rozjaśnia nieco mrok sypialni. Zamykam oczy tylko na wpół świadomy tego, że Musli wskakuje na łóżko i układa się przy moich nogach.

ROZDZIAŁ 3

Po raz drugi budzi mnie hałas, którego nie słyszę, ale który jakimś sposobem trafia do podświadomości i przekazany do mojej świadomości, wyrywa mnie z najgłębszego snu. Krew pulsuje mi w głowie, mrugam, mój wzrok próbuje się skupić na nieregularnym prostokącie światła padającego na podłogę i przeciwległą ścianę przedpokoju. I dostrzegam poruszający się na jej tle cień.

– Kto tam? – Mój głos brzmi dziwnie obco. Wiem, że powinienem się przestraszyć, ale jakoś nie czuję strachu. Słyszę dziwne gardłowe warknięcie Musli i widzę, jak podnosi łeb i zaczyna węszyć. Nie jest jednak na tyle zaniepokojony, by zwlec się z łóżka.

Z pokoju wyłania się i staje w przedpokoju ludzka sylwetka, a ja od razu rozpoznaję w niej Sally.

– Jezu! – Nie bardzo rozumiem, dlaczego szepczę. – Śmiertelnie mnie przestraszyłaś.

– Dlaczego? Myślałeś, że nie przyjdę?

– Nie wiedziałem, że mam się ciebie spodziewać.

– Kretyn! – Słyszę uśmiech w jej głosie.

Przekręcam się na bok, a ona zaczyna się rozbierać, zrzucając wszystko na podłogę. Chwilę później widzę w półmroku gładki zarys jej bioder i ciemniejsze aureole wokół sutków.

– A co z Jonem?

– A co ma być? Chyba nie oczekiwałeś, że do nas dołączy, co? – parska śmiechem i kładzie się obok mnie do łóżka.

– Nie będzie cię szukał?

– Nadal zażywa te swoje prochy. Jest po nich kompletnie odjechany. Przez najbliższe osiem godzin nie dojdzie do siebie.

Zdaję sobie sprawę, że powinienem wiedzieć, o jakich prochach mowa, więc nie pytam.

Sam nie wiem, czy mam się bać, czy podniecać. Bliskość jej nagiego ciała w sposób naturalny mnie podnieca. Czuję zapach jej perfum i bijące od niej ciepło. Sally przetacza się między moje nogi i kładzie na mnie. Czuję ucisk jędrnych piersi na mojej klatce piersiowej i jej oddech na twarzy. Kładzie mi chłodne dłonie na policzkach, przytrzymuje głowę i dotyka ustami moich ust. Domyślam się, że musieliśmy to już robić, ale dla mnie to jak pierwszy raz i czuję, jak rozpala we mnie płomień, który zaczyna buzować i podgrzewać przemożną żądzę, by ją posiąść.

Chwytam ją za ręce, jednym ruchem zrzucam z siebie i obracam na plecy, słysząc jej ciche sapnięcie. Niemal podświadomie przyjmuję do wiadomości, że Musli zeskakuje z łóżka i rusza biegiem do przedpokoju. Gdy moje usta odnajdują jej wargi, nasz głód siebie wydaje się nienasycony. Pręży się pode mną, a ja wodzę ustami po każdej części jej ciała. Piersi, sutki, brzuch i miękkie owłosienie łonowe. Jej zapach wciągany do płuc jest jak narkotyk. Tracę nad sobą kontrolę i myślę już tylko o tym, by zapanować nad tą kobietą.

Ale ona się wywija i walczy o to samo. Idziemy na wojnę ustami i rękami, poświęcając wszystkie myśli na ołtarzu fizycznego pożądania i w końcu doprowadzając do gwałtownego, jękliwego spełnienia, po którym przez chwilę leżymy zdyszani i zlani potem, wpatrując się w cienie na suficie i czekając powrotu do jakiej takiej normalności.

W końcu ona łapie oddech i mówi:

– To było niesamowite.

Kiwam głową, bo tak naprawdę brak mi słów. A potem uświadamiam sobie, że ona nie może tego widzieć, więc szepczę:

– Tak, było.

Podnosi się, opiera na łokciu i w panującym półmroku wpatruje się w moją twarz, lekko wodząc palcami po mojej klatce piersiowej.

– Lepiej niż za pierwszym razem. Lepiej niż za ostatnim. Co ci się stało, Neal? Wydajesz się… nie wiem, jakiś inny.

Przez głowę przelatuje mi dziesięć możliwych odpowiedzi, ale ani jedna prawdziwa. Czuję, jak nerwy trzepoczą mi się w brzuchu niczym motyle. To właściwy moment, by podzielić się z nią prawdą, bo czuję, że dużo dłużej nie dam rady. Mimo to boję się mówić o czymś, czego nawet nie pamiętam. W końcu zbieram się w sobie i zaczynam:

– Bo jestem inny.

Zwracam ku niej głowę i widzę, że robi na wpół zaskoczoną, na wpół rozbawioną minę.

– Jesteś inny? W jakim sensie?

Biorę głęboki, drżący oddech.

– Mówi się, że wszyscy stanowimy sumę naszej pamięci. To ona decyduje o tym, kim jesteśmy. Zabierz człowiekowi jego pamięć, a stanie się pusty w środku. Jak komputer bez oprogramowania.

Przez chwilę się nad tym zastanawia.

– Próbuję to sobie wyobrazić – odzywa się wreszcie. – Byłoby dziwnie. Chyba pamięć to doświadczenie. Uczymy się z własnych doświadczeń. Więc bez nich… – Parska śmiechem. – Bylibyśmy znów jak dzieci.

– Jeśliby ci zabrano tylko pamięć samej siebie, o tym, kim jesteś, to nie. Wszystko, czego nauczyłaś się w życiu, pozostaje. Wyjmują z równania tylko ciebie. – Chyba staram się tłumaczyć to sobie samemu, lecz to nie jest proste i nie mam pewności, czy moje wyjaśnienie w ogóle ma sens. Ale jej półuśmieszek znika i zostaje tylko grymas.