Na szlaku do Composteli - Hape Kerkeling - ebook
Opis

W mglisty poranek Hape Kerkeling - znany niemiecki komik, zaprzysięgły piecuch - wyrusza w drogę. Czeka go sześć tygodni marszu legendarnym Szlakiem Jakubowym, przez ośnieżone szczyty Pirenejów, Kraj Basków, Nawarrę... Sam na sam ze sobą i jedenastokilogramowym plecakiem zmierza do grobu apostoła Jakuba. Z humorem i wyjątkowym zmysłem dostrzegania tego, co szczególne, Kerkeling opisuje swoje przeżycia. Poznaje zarówno tubylców, jak i współczesnych pątników. Doświadcza samotności i ciszy, wycieńczenia i wątpliwości, ale również gotowości do niesienia pomocy. Zawiera przyjaźnie, przeżywa chwile wynagradzające wszystkie wyrzeczenia i na swój sposób odkrywa zaskakującą bliskość Boga.

W Niemczech sprzedano ponad 2 000 000 egzemplarzy tej książki!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 393

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału
Ich bin dann mal weg. Meine Reise auf dem Jakobsweg
Projekt serii
MARIUSZ BANACHOWICZ
Fotografia na okładce
© Lucyna Jędrusiak
Redakcja
ZOFIA SMYK
Korekta
JANINA GERARD-GIERUT
Redakcja techniczna
ADAM KOLENDA
Copyright © 2006 by Piper Verlag GmbH, München
Polish edition © Publicat S.A. MMX, MMXV (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-271-5351-7
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu

W mglisty poranek Hape Kerkeling – znany niemiecki komik, zaprzysięgły piecuch – wyrusza w drogę. Czeka go sześć tygodni marszu legendarnym Szlakiem Jakubowym, przez ośnieżone szczyty Pirenejów, Kraj Basków, Nawarrę... Sam ze sobą i jedenastokilogramowym plecakiem zmierza do grobu apostoła Jakuba. Z humorem i wyjątkowym zmysłem dostrzegania tego, co szczególne, Kerkeling na gorąco opisuje swoje przeżycia. Poznaje zarówno tubylców, jak i współczesnych pątników. Doświadcza samotności i ciszy, wycieńczenia i wątpliwości, ale również gotowości do niesienia pomocy. Zawiera przyjaźnie, przeżywa chwile wynagradzające wszystkie wyrzeczenia i na swój sposób odkrywa zaskakującą bliskość Boga.

W Niemczech sprzedano ponad 2 000 000 egzemplarzy!

Mój Credencial del Peregrino,

Paszport Pielgrzyma

– a dokładnie jego druga część

Dalekie wyprawy, zabawne relacje, niespodziewane przygody, czyli poznawanie świata bez wychodzenia z domu.

Anke Richter – CZYM ZADZIWI STREFA KIWI

Guy Grieve – ZEW NATURY

Wolfram Eilenberger – CO FINOWIE MAJĄ W GŁOWIE

Markus Flohr – GDZIE SOBOTA JEST NIEDZIELĄ

J. Maarten Troost – NA HAJU DO RAJU

David Treanor – MISJA MONGOLIA

9 czerwca 2001 – Saint-Jean-Pied-de-Port

– Znikam na jakiś czas! – tyle mniej więcej oznajmiłem moim przyjaciołom, zanim wyruszyłem w drogę. Ot, powłóczę się po Hiszpanii. Isabel skomentowała to w bardzo lakoniczny sposób:

– Aha, czyli zupełnie ci odbiło!

Co, na litość boską, podkusiło mnie, by wybrać się na tę pielgrzymkę?

Moja babcia Berta zawsze mawiała:

– Jeśli nie będziemy uważać na Hansa Petera, to pewnego dnia wiatr go gdzieś poniesie!

Prawdopodobnie dlatego zawsze tak troskliwie mnie dokarmiała.

Mógłbym teraz wylegiwać się w domu na mym ulubionym czerwonym tapczanie, racząc się gorącym kakao i puszystym sernikiem. A zamiast tego siedzę w bardzo chłodnej kafejce u stóp francuskich Pirenejów, w malutkiej średniowiecznej mieścinie zwanej Saint-Jean-Pied-de-Port. Malownicza, pocztówkowa idylla, w której dziś zabrakło słońca.

Od więzi z cywilizacją nie potrafię się jednak zupełnie uwolnić, dlatego rozsiadłem się przy głównej ulicy i stwierdzam, że jak na dziurę, o której przedtem nigdy nie słyszałem, przejeżdża tędy nadspodziewanie dużo samochodów.

Na chwiejnym stoliczku przede mną leży prawie pusty pamiętnik, który najwyraźniej podziela mój apetyt. Właściwie nigdy przedtem nie odczuwałem potrzeby utrwalania swojego życia na piśmie – ale dzisiejszego poranka obudziło się we mnie silne pragnienie, by każdy szczegół rodzącej się właśnie przygody uwiecznić w tym pomarańczowym notesie.

Tutaj zatem rozpoczyna się moja pielgrzymka do Santiago de Compostela.

Powędruję Camino Francés – Drogą Francuską, jedną z europejskich arterii kulturowych, która wiedzie przez Pireneje, Kraj Basków, Nawarrę, La Rioję, Kastylię-León i Galicję, aż po około ośmiuset kilometrach dotrę do katedry w Santiago de Compostela, gdzie, jak głosi legenda, znajduje się grób apostoła Jakuba, wielkiego misjonarza ludów iberyjskich.

Na samą myśl o tym długim marszu czuję takie zmęczenie, że przydałby mi się dwutygodniowy odpoczynek.

Najważniejsze jest jednak to, że będę szedł. Całą trasę. PIESZO! Czytam te słowa jeszcze raz, aby w nie uwierzyć. No, i mam doborowe towarzystwo: ogniście czerwony, jedenastokilowy plecak. Jeśli po drodze padnę trupem – a szanse na to wcale nie są nikłe, to przynajmniej będę dobrze widoczny z lotu ptaka.

W domu nie fatyguję się po schodach nawet na pierwsze piętro, ale od jutra będę musiał przemierzać dziennie około dwudziestu-trzydziestu kilometrów, by dotrzeć do celu za jakieś trzydzieści pięć dni. Zaprzysięgły piecuch zmienia się w wędrowca! Dobrze, że nikt z przyjaciół nie zna moich dokładnych planów. Przynajmniej nie będzie obciachu, jeśli na przykład już jutro po południu będę musiał skapitulować z czysto fizjologicznych względów.

Początek wędrówki w Saint-Jean-Pied-de-Port

Dzisiaj rano ostrożnie przyjrzałem się już miejscu, gdzie oficjalnie rozpoczyna się Jakubowy Szlak. Leży ono powyżej bramy miejskiej, poza wieżyczkami i murami Saint-Jean, przy rogatkach hiszpańskich Pirenejów i otwiera pierwszy etap Camino Francés dość stromym podejściem po kocich łbach.

Tam właśnie zdecydowanym krokiem zmierza jakiś starszy pan około siedemdziesiątki. Podejmuje ten pielgrzymi maraton mimo wyraźnych kłopotów z chodzeniem. Osłupiały patrzę w ślad za nim przez dobre pięć minut, aż staruszek powoli znika w porannej mgle. I nie wątpię, że da radę!

Pireneje są dość wysokie i przypominają mi Alpy Algawskie.

Cieniutki przewodnik, który siłą rzeczy muszę również taszczyć przez ośnieżone szczyty, informuje, że ludzie od wieków obierają drogę do grobu św. Jakuba, jeśli już dosłownie i w przenośni nie są w stanie i nie potrafią dalej iść.

Ponieważ mam właśnie za sobą nagłe pogorszenie słuchu i usunięcie woreczka żółciowego, dwa schorzenia, które moim zdaniem świetnie pasują do komika, nadszedł czas na przemyślenia – pora na pielgrzymkę.

Jeśli całymi miesiącami nie słuchasz wewnętrznego głosu, który dosłownie wrzeszczy „STOP!”, i nic tylko dalej uparcie pracujesz, to w końcu los się mści – i nagle nic nie słyszysz. Upiorne doświadczenie! Wtedy frustracja i wściekłość na własną głupotę doprowadzają do tego, że wszystko w tobie kipi, aż wreszcie lądujesz na pogotowiu z podejrzeniem zawału serca.

Wciąż jeszcze jestem zły, że do tego dopuściłem! Ale też w końcu posłuchałem mego wewnętrznego głosu i – voilà: postanowiłem, że tego lata nie podejmę żadnych kontraktowych zobowiązań i zafunduję sobie ferie.

Wkrótce trafiłem do pewnej dobrze zaopatrzonej księgarni w Düsseldorfie i, z myślą „chcę gdzieś wyjechać!”, w dziale turystycznym rozpocząłem poszukiwania odpowiedniego celu podróży.

Pierwsza książka, która wpadła mi w ręce, nosiła tytuł Jakubowy Szlak Radości.

„Co za tupet, żeby tak nazywać jakiś szlak!” – pomyślałem oburzony. Czekolada, owszem, poprawia trochę humor. W wyjątkowych sytuacjach może też i whisky. Ale szlak? Mimo to kupiłem tę książkę o tak chełpliwym tytule. I połknąłem ją w jedną noc.

Jakubowy Szlak do Santiago de Compostela, podobnie jak Via Francigena z Canterbury do Rzymu i pielgrzymka do Jerozolimy, uważany jest za jedną z trzech najważniejszych pątniczych tras chrześcijaństwa.

Legenda głosi, że jeszcze w czasach przedchrześcijańskich droga ta miała służyć Celtom jako szlak inicjacyjny. Linie geomantyczne, tak zwane ley lines, czyli podziemne pasma promieniowania stymulującego, ciągną się podobno wzdłuż całej trasy równolegle do Drogi Mlecznej aż do Santiago de Compostela (z łac. campus stellae – pole gwiazd); a nawet dalej do starożytnego końca świata – przylądka Finisterra na hiszpańskim wybrzeżu Atlantyku. Dotąd zawsze wychodziłem z założenia, że cała nasza planeta jest w pewnym sensie równoległa do Drogi Mlecznej. A tu proszę, na starość można się nawet jeszcze czegoś douczyć!

Pielgrzymującym do Composteli Kościół katolicki odpuszcza łaskawie wszystkie grzechy. To jednak nie motywuje mnie tak jak perspektywa odnalezienia na tym szlaku Boga i również samego siebie. Warto spróbować!

Kolejne dni minęły mi jak w transie: szybko wytyczyłem sobie dokładną trasę, kupiłem plecak, śpiwór, karimatę, załatwiłem Paszport Pielgrzyma. I dopiero w samolocie do Bordeaux odzyskałem przytomność i głośno zadałem sobie pytanie: „Czy ty przypadkiem nie oszalałeś?”.

Bordeaux wita mnie niezmiennie brzydkie i szare jak przed dwudziestu laty, gdy przejeżdżałem tędy jako szesnastolatek. Zatrzymuję się w hotelu Atlantic, przepięknym klasycystycznym gmachu naprzeciwko dworca kolejowego. Zanim spędzę kolejne sześć tygodni w siermiężnych sypialniach wśród chrapiących Amerykanów i bekających Francuzów, bez porządnych warunków sanitarnych, chcę nacieszyć się trochę luksusem!

Luksus okazuje się jednak złudny. W porównaniu z nim wielka wspólna sala byłaby na pewno przytulniejsza. Z osobliwie uprzejmym uśmieszkiem przydzielają mi bowiem świecącą pustkami dziuplę bez okna, ale za to z piszczącą neonówką i po bandyckiej cenie. I choć przełykam tę żabę, mój nieistniejący woreczek żółciowy natychmiast podnosi raban.

Gdyby Bordeaux było przyjemniejsze, może wcale nie pojechałbym dalej.

Tamtą pierwszą i dzisiejszą podróż dzieli dwadzieścia lat. Czyżbym od dwóch dekad miał muchy w nosie? Wolę zwalić winę na Bordeaux. To o wiele prostsze.

W pokoju nic mnie nie trzyma, bo mój sprytny poprzednik doszczętnie opróżnił barek. Trzeba więc czym prędzej stąd wyjść. Idę prosto na dworzec.

– Mademoiselle, poproszę bilet z Bordeaux do Saint-Jean-Pied-de-Port, w jedną stronę, druga klasa – deklamuję sztubackim francuskim przy kasie w gigantycznym hallu dworca. Afrykańska ślicznotka za szybą reaguje szerokim uśmiechem.

– A quelle heure, monsieur?

O której godzinie? A to spryciara!

– Jutro o siódmej rano! – podejmuję spontaniczną decyzję.

Cóż z tego, skoro najważniejsza informacja najwyraźniej już zdążyła umknąć kasjerce:

– Proszę powtórzyć, jaka to miejscowość?

Fantastycznie! Na żadnej z map, które przeglądałem, nie zaznaczono linii kolejowej prowadzącej do Saint-Jean-Pied-de-Port. Więc pewnie jej tam nie ma! Skonsternowany powtarzam nazwę miasteczka, tymczasem lekko zestresowana panienka przegląda opasłe rozkłady jazdy z ubiegłych stuleci, by wreszcie dojść do zaskakującej konkluzji:

– Monsieur, we Francji nie ma miejscowości o takiej nazwie!

Tak mnie zbiła z pantałyku, jakbym właśnie usłyszał z jej ust, że Bóg umarł.

– Chwileczkę – mówię – ta miejscowość istnieje, tylko może nie dociera tam kolej. Ale z pewnością jest jakieś połączenie autobusowe czy coś w tym stylu!

Czy ktoś mógłby wątpić w istnienie Saint-Jean-Pied-de-Port?

Kasjerka nadal jest uprzejma, ale uparcie obstaje przy swoim:

– Nie, proszę mi wierzyć, nie ma takiej miejscowości!

Oczywiście nie wierzę jej i twardo przekonuję, że miejscowość istnieje. Ostatecznie chodzi też przecież o zasadę!

Po morderczo długich pertraktacjach okazuje się, że miałem rację. Mało tego: jest nawet połączenie z przesiadką. Mam wrażenie, że miejscowość istnieje tylko dzięki mojemu uporowi. Może i z Bogiem mi się poszczęści?

Gdy z biletem w ręku opuszczam dworzec i znów zadaję sobie pytanie, co ja tu właściwie robię... czy w tym wszystkim jest choć krztyna rozsądku... i w ogóle... rzuca mi się w oczy ogromny billboard reklamujący najnowszą zdobycz telekomunikacji sloganem: „Czy wiesz, kim naprawdę jesteś?”. Moja odpowiedź jest spontaniczna i bezpośrednia: „Nie, pas-du-tout!”.

Postanawiam porozmyślać nad tym w hotelu Atlantic. W pokoju leży trochę posklejany folder o Bordeaux. Niechętnie przeglądam broszurę, dowiadując się, jakie atrakcje ominęły mnie w ubiegłym tygodniu. Przy okazji natrafiam na kontynuację kampanii reklamowej z billboardu. Tym razem ze sloganem: „Witamy w rzeczywistości”. Pasuje, jak ulał!

Mój pokój nadal nie ma okien. Wtyczka ładowarki telefonu komórkowego nie wchodzi do francuskiego gniazdka. A ja? Czy już chcę wracać do domu – czy jeszcze nie? Nie wiem. Wybieram tę drugą opcję. I zasypiam.

Gdy rankiem następnego dnia docieram do Saint-Jean-Pied-de-Port, roi się tam od pątników różnych grup wiekowych i narodowości. Mieścina prawdopodobnie utrzymuje się z biznesu pielgrzymkowego. Sprzedaje się tu rustykalne kije dla wędrowców i muszelkowe wisiorki, które uchodzą za pątniczy emblemat. Kupić tu można kiczowato kolorowe figurki świętych, pielgrzymią strawę – czyli frytki z mięsem – i przewodniki we wszystkich popularnych językach. Wybieram prosty kij wędrowny, który od razu wydaje mi się zbyt długi, za ciężki i do tego nieporęczny.

W drodze do miejscowego schroniska zastanawiam się, jak po francusku nazywa się stempel. Po hiszpańsku to sello, tak jak jest napisane w credencial, czyli Paszporcie Pielgrzyma. Przy wejściu nareszcie sobie przypominam: timbre! Ależ oczywiście, naturallement. Już układam sobie w myślach poprawne zdanie: J’ai besoin d’un timbre, gdy nagle słyszę, jak starszy pan za biurkiem bryluje oksfordzkim angielskim. Obsługuje właśnie czteroosobową młodzieżową kapelę z Idaho, wbija im do paszportów pieczątki i przypisuje im numery łóżek od 1 do 4. Przy okazji dowiaduję się, że jest Anglikiem, który spędza cały urlop, stemplując pielgrzymie paszporty i przydzielając łóżka w schronisku! Najwyraźniej dobrze się bawi. Mnie natomiast mina rzednie na widok chłodnej i wilgotnej dwudziestoosobowej sypialni, w której na bank przypadnie mi łóżko nr 5, tuż obok natchnionego kwartetu country z Idaho. A jakże, taszczą nawet z sobą instrumenty: trzy gitary i flet.

Gdy przychodzi moja kolej, uprzejmy Brytyjczyk zadaje mi pytanie:

– What’s your profession, Sir?

Po chwili namysłu odpowiadam:

– Artist!

Facet przygląda mi się z niedowierzaniem. Muzyków wcale o to nie pytał.

Przypomina mi się slogan z billboardu: „Czy wiesz, kim naprawdę jesteś?”. Chyba jednak nie wiem. W białej czapeczce przeciwsłonecznej wyglądam raczej jak komiksowy Elmar, który ściga królika Bugsa.

Zanim faktycznie zostanie mi przydzielone łóżko nr 5, czym prędzej opuszczam schronisko z pierwszym stemplem – chociaż nie przemierzyłem jeszcze ani jednego metra Jakubowego Szlaku.

Dzięki tej pieczątce Kościół katolicki ma oficjalne potwierdzenie, że rzeczywiście stąd wyruszyłem. Na zakończenie peregrynacji Secretarius Capitularis w Santiago wyda mi Compostelę, łaciński dyplom w złotej ramce. Uzyskam odpuszczenie wszystkich grzechów, a według Kościoła katolickiego uzbierało się ich niemało! Czuję się jak bohater komedii klerykalnej.

Stemple otrzymać można tylko w oficjalnych schroniskach pielgrzymkowych, kościołach i klasztorach znajdujących się na szlaku. Zatwardziali miłośnicy podróży samochodem lub koleją nie mają szans na wycyganienie dyplomu pątnika, bo do miejsc, w których przybijane są najważniejsze pieczęcie, dotrzeć można tylko pieszo lub rowerem. Prawdziwy pielgrzym przebywa przynajmniej ostatnich sto kilometrów na trasie do Santiago de Compostela per pedes albo ostatnich dwieście kilometrów rowerem lub konno. Większość ludzi jednak, kierując się tradycją, decyduje się na przejście całego Camino Francés.

Aby dostać rzeczony paszport, ów najważniejszy rekwizyt pielgrzymki, nie trzeba być koniecznie katolikiem. Siebie na przykład definiuję jako pewien rodzaj buddysty z chrześcijańską otoczką. Teoria brzmi bardziej skomplikowanie niż praktyka!

Wystarczy chęć do duchowych poszukiwań. I tak jest właśnie w moim przypadku.

W ramach zadośćuczynienia za ostatnią noc w Bordeaux zatrzymuję się w tutejszym Hôtel des Pyrenées. Najlepszy adres w mieście! No cóż, czasem trudno nie zauważyć, że jestem z Düsseldorfu![1]

Schronisko pielgrzymkowe wydało mi się jak na pierwszy nocleg trochę zbyt – hm, jakby to ująć – integrujące.

Popijając w bistro café au lait, zastanawiam się nad tym, czego właściwie obiecuję sobie po tej pielgrzymce. Mógłbym wyruszyć w drogę z pytaniem: Czy istnieje Bóg? Czy też Jahwe, Siwa, Ganesza, Brahma, Zeus, Ram, Wisznu, Odyn, Manitu, Budda, Allach, Kriszna, Jehowa? Można by wymienić jeszcze wiele imion...

Pytanie o wielką nieznaną istotę zajmowało mnie od najmłodszych lat. Jako ośmiolatek chętnie uczęszczałem na przedkomunijną katechezę i do dziś dokładnie pamiętam, czego mnie tam uczono. Podobnie było z lekcjami religii, nauką spowiedzi i przygotowaniem do bierzmowania. Nie musiano mnie tam zaciągać siłą; zresztą i tak nikt by tego nie robił, bo nie pochodzę z bardzo katolickiej rodziny. Tematy religijne w znacznym stopniu interesowały mnie aż do matury.

Podczas gdy inne dzieci niechętnie człapały na mszę, mnie rozpierała radość, którą oczywiście ukrywałem, by nie narazić się na obciach. Owszem, kazania naszego proboszcza nigdy mnie specjalnie nie porywały, ale i nie ostudziły moich zainteresowań. Fascynowały mnie wszystkie światopoglądy, wszelkie formy duchowości. Przez pewien czas poważnie myślałem o zmianie wyznania, chciałem zostać ewangelickim pastorem lub przynajmniej religioznawcą. Jako dziecko nigdy ani przez chwilę nie wątpiłem w istnienie Boga, lecz dziś jako hipotetycznie światły dorosły poważnie zadaję sobie pytanie: czy Bóg rzeczywiście istnieje?

Co jednak, jeśli u kresu tej podróży zabrzmi odpowiedź: „Nie, przykro nam. Boga nie ma. Nie ma NICZEGO. Proszę nam uwierzyć, monsieur!”.

Czy mógłbym się z tym uporać? Jak radzić sobie z NICZYM? Czyż wtedy całe życie na tej zabawnej, małej planecie nie okazałoby się zupełnie bez sensu? Oczywiście każdy, jak sądzę, chciałby odnaleźć Boga... albo przynajmniej wiedzieć, czy On istnieje... istniał... albo nadejdzie... albo co?

Może lepsze byłoby pytanie: kim jest Bóg?

Lub: gdzie jest?

Jaki jest?

Naukowcy też przecież tak zabierają się do roboty.

Stawiam więc hipotezę: Bóg istnieje!

Przecież kompletnym bezsensem byłoby trwonienie mojego cennego, tak krótkiego czasu w poszukiwaniu czegoś, co w rezultacie może okazać się ułudą.

Mówię więc, że Bóg jest! Nie wiem tylko gdzie. I jeśli rzeczywiście istnieje jakiś stwórca, będzie z pewnością zachwycony faktem, że nigdy w niego/nią nie wątpiłem.

W najgorszym wypadku odpowiedź zabrzmi: „Bóg istnieje i jednocześnie go nie ma. Tego wprawdzie pan nie rozumie, ale cóż, przykro nam, takie są fakty, monsieur!”.

Z tym mógłbym żyć, bo to byłby swoisty kompromis! Niektórzy hindusi wyznają nota bene właśnie taki światopogląd.

A teraz ustalmy, kto właściwie poszukuje Boga?

Ja! Hans Peter Wilhelm Kerkeling, trzydziestosześciolatek, zodiakalny Strzelec, ascendentalny Byk, Niemiec, Europejczyk, rodowity Westfalczyk, przysposobiony Nadreńczyk, artysta, palacz, Smok według chińskiego Zodiaku, pływak, kierowca, płatnik abonamentu radiowo-telewizyjnego, widz, komik, rowerzysta, pisarz, klient, wyborca, obywatel, czytelnik, słuchacz i monsieur.

Najwyraźniej sam zbyt dokładnie nie wiem, kim jestem. Jak w takim razie mam się dowiedzieć, kim jest Bóg?

Moje pytanie musi więc najpierw zabrzmieć skromniej: kim ja jestem?

Początkowo wcale nie zamierzałem się tym zajmować, ale skoro billboardy wciąż mnie do tego wzywają, chyba nie pozostaje mi nic innego. A więc dobrze – zacznę od poszukiwania samego siebie; potem zobaczę, co dalej. Może mi się poszczęści i okaże się, że Bóg wcale nie mieszka tak daleko ode mnie. A gdyby jednak faktycznie mieszkał w Wattenscheid, to muszę wrócić do Westfalii!

W stęchliźnie francuskiej dziupli udało mi się wczoraj przespać co najwyżej trzy godziny. To pewnie dlatego tak plączą mi się myśli. Ale może tylko pod presją staję się potulny? Dziś wcześnie się położę, bo jutro rano chcę wyruszyć o szóstej. Ludzie, jaki ja jestem zmęczony!

Jeżeli Bóg istnieje, to ma przynajmniej niezłe poczucie humoru. Siedzę tu sobie przy kawie z mlekiem na kartoflowatej planecie, która z niesamowitą prędkością pomyka przez wszechświat. Wprawdzie tego nie czuję, ale to fakt.

Jestem w Saint-Jean! Czyż apostoł Jan nie jest bratem Jakuba?

To mogłaby być dyskretna wskazówka, że wkraczam na Szlak Braterstwa. Ale może miasteczko nazwano tak na cześć św. Jana Chrzciciela? Było trochę tych Janów... Jestem zbyt zmęczony, by to dziś zgłębiać.

Konkluzja dnia:

Najpierw muszę dowiedzieć się, kim jestem.

[...]

Przypisy
[1] Mieszkańcy Düsseldorfu, niemieckiej stolicy mody i jednego z najdroższych miast Niemiec, uchodzą wśród swoich rodaków za snobów i osoby ceniące luksus (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).