Na ścieżkach złudzeń - Joanna Sykat - ebook
Opis

Prawdziwe życie często skrywa się za fasadami pozorów.

Trawa po drugiej stronie płotu zawsze wydaje się bardziej zielona. W życiu karmimy się złudzeniami, tak jak bohaterowie najnowszej powieści Joanny Sykat. Jak będzie wyglądało ich zderzenie z rzeczywistością? Czy Aldona i Wiola wyjdą z niego cało? Przeczytajcie koniecznie. Ta książka zostaje w głowie i w sercu.

Magdalena Majcher, pisarka

Aldona ma kochającego męża, który zrobiłby dla niej wszystko, i kilkuletniego syna Michałka. Wydaje się kobietą spełnioną, zwłaszcza na tle nowej podwładnej – zaniedbanej, przytłoczonej obowiązkami żony i matki. Do czasu. Świat bohaterów, którym dawno temu los przydzielił role, nagle zaczyna się kruszyć. Na idealnych wizerunkach żon, matek, mężów i ojców pojawiają się rysy i pęknięcia. Czy uda się ocalić ich rodziny? Czy katastrofa oduczy Aldonę oceniania innych z perspektywy własnej urody i bogactwa?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 231

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Joanna Sykat

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Monika Orłowska

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Skład i łamanie

Maciej Martin

Wydanie I w tej edycji

Wydanie elektroniczne 2017

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

eISBN: 978-83-7674-804-7

Wszelkie wydarzenia i osoby, który pojawiły się w książce, są fikcyjne, a ich ewentualna zbieżność z rzeczywistością może być tylko przypadkowa i niezamierzona.

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

Książkę dedykuję Monice w podziękowaniu

za wszelką pomoc, zarówno tę literkową, jak

i duchową. Niech to wino nigdy nie stygnie.

Najpierw zauważyła płaszcz w jodełkę. Potem łaty na rękawach, wystrzępione na dole dżinsy i czarne adidasy, które mogły należeć zarówno do kobiety, jak i mężczyzny. Rozpuszczone ciemne włosy też niewiele mówiły o płci. Bardziej może o… niezbyt rzetelnym traktowaniu spraw higieny.

Aldona ze swojego metra osiemdziesięciu w obcasach wychylała się to w lewo, to w prawo, próbując dojrzeć twarz osoby, która, nie wiedzieć czemu, tak bardzo ją interesowała. Bo, w sumie, co mogło być ciekawego w niedoczesanym stworzeniu, którego czubek głowy znajdował się sporo pod linią wzroku przeciętnie wysokiego człowieka? Aldona mogłaby sobie przecież popatrzeć na coś bardziej interesującego. Na przykład na tę fajnie ubraną brunetkę po prawej stronie. Kobieta miała na sobie ciemnozielony, dopasowany do figury płaszczyk, za który Aldona mogłaby zabić.

– Mam jej zabrać? – zaszeptał z boku Sebastian.

Uśmiechnęła się pod nosem. Mąż potrafił odczytać jej myśli, gusta i upodobania na tyle, że czasem sam wybierał dla niej ubrania. Na przykład ostatnio. Szli pasażem galerii. Aldona rozglądała się po sklepach, szukając czegoś wystrzałowego na zbliżające się wesele w rodzinie. Kręciła nosem na podstawiane jej przez sprzedawczynie sukienki. Skrzywiła się też na widok koronkowej szmatki, którą wskazał Sebastian.

– Trochę jak wyżęta ścierka. Nie podoba mi się – skrytykowała niciane wzorki.

– To co? Odwiesić? – Mężczyzna zadyndał wieszakiem na palcu.

Wyciągnęła rękę.

– Daj. Zmierzę. Na wszelki wypadek.

Materiał lekko dopasował się do jej figury i zatrzymał odrobinę przed kolanem. Halka nie pozwalała już dojrzeć skóry od połowy uda do obojczyków. Aldona obróciła się w koło. Sukienka pofrunęła za nią, nie mając w sobie nic z taftowej, lakierowanej sztywności. No i była przyjemna w dotyku.

– Rozpuścisz włosy, buty mogą być te. – Sebastian wetknął głowę do przymierzalni i otaksował ją wzrokiem.

– Baleriny?!

– No a co? Popatrz! Nawet mają podobny odcień. Do kościoła założysz kozaki, a potem zmienisz.

Aldona wystawiła nogę przed siebie. Fakt. Buty zgadzały się kolorem z pajęczyną sukienki i były podobne nawet w splotach nitek. Postała jeszcze chwilę przed lustrem, doceniła kontrastujące z jej włosami bordo i zdecydowała się kupić ciuszek. Na weselu wyróżniała się wśród innych kobiet właśnie naturalnym wdziękiem. Sebastian miał jednak dobre oko i gust. Ona sama przeszłaby obok tej sukienki z dziesięć razy i nie zwróciła na nią uwagi.

– To co? – Sebastian zaszeptał ponownie. – Zabrać jej?

– Cii! – Ukłuła go palcem wskazującym w złożone dłonie, bo już jakaś kobieta posłała im karcące spojrzenie w stylu: „Dziecko stoi grzecznie, a dorośli nie potrafią”. Rzeczywiście, Michałek stał pomiędzy nimi, przytulony do uda Aldony. Czubkiem buta obrysowywał romb posadzki któryś już raz i wydawał się tą czynnością bardzo zajęty.

Aldona też była zajęta. Słowa księdza przelatywały jej przez uszy, natomiast oczy pełne były jodełkowego wzoru, który dziwacznie wyglądał na mężczyźnie. Bo to jednak był mężczyzna. Kto mógłby chcieć tak nieatrakcyjnego faceta – zastanowiła się, jak najbardziej świadomie porównując go ze swoim mężem. Ktoś jednak musiał go chcieć. I to zapewne jakaś blondynka, bo mężczyzna trzymał za ręce dwóch jasnowłosych chłopaczków, starszych może o kilka lat od Michałka. Ludzie potrafią być bardzo beztroscy. Narobią dzieci, a potem okrywają ich bidę ubraniami z lumpeksu. Popatrzyła z mieszaniną współczucia i niechęci na wytarte kurteczki i obite czubki butów, które przeszły już zapewne przez niejedne dziecięce stopy.

Pełna zadowolenia z siebie, uścisnęła rękę męża i przytuliła się do jego ramienia. Przymknęła oczy. Ale nawet wtedy nie potrafiła przestać myśleć o mężczyźnie, od którego chwilowo uciekł jej wzrok.

– Na co patrzysz, Dona? – Sebastian posadził sobie żonę na kolanach.

– Na to samo – mruknęła. – Od dwóch godzin na to samo.

Sebastian oparł głowę o brzeg basenu i przymknął oczy.

– Dałabyś już facetowi spokój. Coś się go tak uczepiła?

Aldona wzruszyła ramionami. Właściwie to on się jej uczepił. Najpierw w kościele wszedł jej w niechętny wzrok, jakby w ogóle był tego wart, a potem przyszedł z dzieciakami na ten sam basen. Fakt, kościół był obok basenu, mogło się więc zdarzyć. Musieli się chyba niedawno przeprowadzić w pobliże – pomyślała. Przecież zauważyłabym wcześniej taką dziwaczną fizjonomię.

Mężczyzna nie dawał jej spokoju. Ciągnął ku sobie jak magnes i kazał się bezczelnie na siebie gapić. Już nawet nie na granicy przyzwoitości. Aldona zsunęła się z kolan męża i spokojnie podpłynęła do drugiego brzegu basenu. Oparła podbródek na złożonych dłoniach i patrzyła, jak w solance pławią się dwaj chłopcy.

– Tata! Włącz! No włącz!

Rozebrany z jodełki mężczyzna wydawał się jeszcze chudszy, a zebrane w kucyk włosy ujawniały wystające łopatki.

– Tata! Nooo!

– Nie mam już pieniędzy. Ale wiecie co? Zjeżdżalnia jest za darmo! – Wyciągnął ramiona, a chłopaki z pryskiem wyskoczyły z solanki i złapały ojca za ręce.

Aldona przez chwilę śledziła ich wszystkich wzrokiem, a potem wróciła do męża. Próbowała znów przysiąść mu na kolanach, ale się odsunął.

– Twoja kolej – powiedział. – Idę do jacuzzi.

Sprawnie uniósł się na rękach i wyskoczył z basenu. Aldona poprawiła sobie wiązanie bikini, patrząc, jak Michał kręci się w kółku ratunkowym. Nawet nie robił wiele hałasu i nie taplał się w wodzie tak, jak dzieci tego od jodełki. Grzecznie zajmował się sobą, nie absorbując niczyjej uwagi.

Całkiem dobrze go wychowaliśmy – pomyślała z zadowoleniem. – Przynajmniej nie wisi na nas jak inne dzieci na rodzicach.

Michałek tego dnia w żaden sposób nie był… upierdliwy. Tak, to właściwe słowo. Może dlatego Aldonie trudno było zrozumieć, dlaczego jej znajome niemal ciągle narzekały, że nie mają czasu ani sobie pomalować paznokci, ani zrobić porządnego makijażu. A przecież można dziecku dać klocki czy po prostu puścić bajkę. Aldona obejrzała z zadowoleniem swoje paznokcie. Na wiśniowej czerwieni nie było ani jednego odprysku. Przyjrzała się też skrupulatnie paznokciom u stóp i, zadowolona, zanurzyła się po uszy. To był odpoczynek! Przymknęła oczy, lecz zaraz je otworzyła, przestraszona gwałtownym chlupotem w niecce zjeżdżalni. Gramolił się z niej Jodełka, a uczepieni jego ramion chłopcy zajadle tłukli piętami w lustro wody. Po chwili wszyscy pobiegli znów na zjeżdżalnię, potem znów i znów, aż wreszcie z hałasem zniknęli w szatni.

Pewnie skończył im się czas – pomyślała sennie Aldona i zatęskniła za bąbelkami. Miała ochotę wyłożyć się w wannie obok Sebastiana i może nawet odpłynąć na chwilę.

– Chodź, Michał! –Wyciągnęła do syna rękę. – Pójdziemy do taty.

Dziecko bez słowa sprzeciwu podpłynęło do drabinki i, przytrzymując kółko, wyszło z wody. Poczekało na mamę, a potem grzecznie podreptało za nią w stronę jacuzzi.

– Mała, robisz tu furorę – przywitał Aldonę mąż. – Wszyscy ratownicy gapią się na ciebie tak, jakbyś była tu jedyną kobietą, wiesz? – Znów pociągnął ją na kolana i ustami wyszukał ucho spod ciemnych włosów. Pod bąbelkową zasłoną pozwolił sobie nawet na więcej, wsuwając palec za sznureczek bikini. – Ale na mnie działasz… Dona. Dooona…

Żona trzepnęła go po ręce i odsunęła się na drugi koniec jacuzzi. Mimo pozornego dystansu, to ona przejęła teraz pałeczkę, gładząc stopą zarośnięty tors męża. Całe szczęście, że nie dał się ogłupić tej dziwnej modzie na wygalanie całego ciała i wciąż wyglądał jak facet w świecie… chłopczyków? Michał kontemplował jakiś wzorek na swoim kółku, więc mogli sobie dość bezkarnie poflirtować. Przybliżyć się do wieczoru, kiedy dziecko pójdzie już spać, a oni… Aldona, przygryzając wargę, przesuwała teraz stopę po policzku męża, obiecując sobie w myślach soczyste zakończenie dnia.

– A może byśmy się tak wybrali razem na weekend? – Sebastian rozwijał plany żony. – Tylko we dwójkę, hm? Może do Zakopanego? Albo do jakiegoś spa?

– Chcę jechać z wami! – Michał momentalnie usadowił się pomiędzy nimi. – Nigdy jeszcze nie byłem w Zakopanym! Proszę!

Mały chyba zbyt mocno przysunął się do ojca i stanął mu na goleni, bo Sebastian wrzasnął:

– Tyle razy mówiłem, żebyś się po mnie nie wałkował! Złaź ze mnie!

Aldona się skrzywiła.

– Jezu! Czy ty zawsze musisz się tak drzeć? Nie możesz spokojniej?

– Nie mogę! Bo on nie rozumie! Zawsze to samo!

Nastrój prysł. Sebastian odseparował się od rodziny, zamykając oczy. Aldona próbowała pocieszyć Michałka, ale odepchnął ją słowami:

– Idź sobie! Niefajna mama. Niefajny tata.

No to sobie poszła. Oparła kark o brzeg jacuzzi i zamilkła. Przez głowę przeleciała jej myśl, że Michał zbyt często w podobny sposób burzył ich sielankę, gdy byli we troje. A potem jedno obrażało się na drugie. Drugie na trzecie i z dobrze rozpoczętego dnia robiło się po prostu dziadostwo.

– To nie jest życie, rozumiesz?! – Sebastian miotał się po pokoju, pakując do plecaka uprząż i karabińczyki. – Zapierdalam po dwanaście godzin na dobę i gówno z tego! Mam trzydzieści pięć lat, a czuję się tak, jakby mnie już nic nie czekało. Nawet nie mogę z tobą jechać na ściankę!

Zbyt mocno pociągnięty zamek plecaka przygryzł materiał. Sebastian zaklął i wściekle szarpał suwak, podczas gdy Aldona bawiła się obrączką. Zdejmowała ją z palca i na powrót wkładała, rozmasowując odciśnięte na skórze wgłębienie.

– Widziałaś mój talk?

To pytanie musiało zostać zadane. Aldona zastanowiła się szybko, czy raczej skłamać mężowi, czy też udać głupią i pomóc mu w przetrząsaniu szuflad. Albo po prostu spokojnie zapytać: „Może odłożyłeś gdzie indziej? Przypomnij sobie”. Jednak Aldona wybrała czwartą opcję i powiedziała coś, od czego Sebastian momentalnie dostał czerwonych plam na policzkach.

– Czy ja w tym domu nie mogę mieć własnych rzeczy?! Czy jeśli proszę, żeby czegoś nie ruszać, to proszę o zbyt wiele?! Może daj mu jeszcze mojego tableta albo aparat fotograficzny!

– Nie histeryzuj. To tylko talk. Otworzył szufladę i zanim zdążyłam mu zabrać, rozsypał. – Aldona wzruszyła ramionami i poszła do łazienki po cążki. Skórka przy paznokciu kciuka zadarła się paskudnie i tak samo paskudnie wyglądała. A zaczerwienione miejsce pulsowało nieprzyjemnie.

Ostrożnie odcięła bolesny zadziorek przy samej skórze, jednym uchem nasłuchując mamrotania Sebastiana, który najwyraźniej jednak wybierał się na ściankę. Po chwili zajrzał do łazienki i przytulił się do pleców żony.

– Zadzwoń po Magdę i jedź ze mną.

Aldona wysunęła się z jego objęć, by sięgnąć po krem. Uważnie wmasowała go w wysuszoną po basenie skórę, mówiąc:

– Sebastian. Przecież jest niedziela. Nie mogę wieczorem przeorganizowywać Magdzie planów.

– Przecież dobrze jej płacimy. Dołoży się coś ekstra i będzie zadowolona. – Sebastian znów przytulił się do Aldony. – Tęsknię za czasami, kiedy byliśmy częściej dla siebie i ze sobą.

– Magda będzie jutro. Pamiętasz, że idziemy do kina? A poza tym, kiedy wrócisz, Michałek będzie już spał i… – spróbowała udobruchać zawiedzionego męża, oglądając jednocześnie paznokcie. Hm. Trzeba by jeszcze zmyć lakier. Albo przynajmniej podmalować ten pobasenowy mikroodprysk na lewym kciuku…

– Ty mnie w ogóle słuchasz? – Sebastian obrócił Aldonę twarzą do siebie. – Mówiłem, że Rafał był w zeszłym tygodniu na jakimś fajnym raftingu z żoną…

– Rafał! Rafał! Rafał, do cholery, nie ma dzieci!

– No właśnie. I dlatego może korzystać z życia.

Stara śpiewka. Aldona doprawdy już rzygała Rafałem i jego małżonką. I ich egzotycznymi wypadami i fotografiami stóp na coraz to innym krajobrazie. Rzygała też wizytami w ich domu. Garden party, pool party, terrace party i Bóg jeden wie, co jeszcze. Gdyby mogła, nie oglądałaby ani Szulców, ani ich wypasionego domu wcale. „Jeny! Ty się nie brzydzisz kup?”, Aldona setki razy przedrzeźniała Szulcową, której wypudrowana twarz zdradzała pewną… nieruchawość mózgu. „Rafał nie pozwoliłby mi na dziecko. To taka strata urody i czasu”.

Sebastian nie podejmował tematu i nie reagował na zaczepki żony. Entuzjazmował się za to nowymi nabytkami szefa, wyposażeniem jego domu i wycieczkami, od których częstotliwości mogło się w głowie zakręcić każdemu.

– No to oddajmy Michałka do domu dziecka. Co ty na to? – zaproponowała Aldona. – A w ogóle to co tu jeszcze robisz? Miałeś iść na ściankę, nie? To idź już, do cholery, i przestań narzekać! – Trzasnęła drzwiami od łazienki i poszła do pokoju, w którym synek oglądał bajkę. Usiadła przy nim, udając zainteresowanie przygodami smoków, z których jednak nie docierało do niej nic. Znakomicie usłyszała za to trzaśnięcie drzwi wejściowych i chwilę później mocny głos Fredka w akompaniamencie wściekłego Sebastiana. I want to break free umilkło dopiero zagłuszone rykiem silnika.

– No to co będziemy robić, Michałku? – zapytała Aldona, kiedy skończyła się godzinna bajka. – Może puzzle? – podsunęła wygodną dla siebie wersję.

– Nie. – Mały pokręcił głową. – Bawimy się. Ty będziesz biedronką, a ja kotkiem. I się poznamy, dobrze?

Aldona westchnęła.

– A może poczytamy jakąś książeczkę? – Zerknęła na zegarek, obliczając w myślach czas pozostały do kolacji i kąpieli. Półtorej godziny.

– Bawimy się! – powtórzył Michał z uporem i podszedł do regału, na którym stało pudło ze zwierzątkami. Przez chwilę grzebał w nim, mrucząc coś do siebie, a potem przyniósł na dywan biedronkę i kotka. – No to bawimy się!

Biedronka nie umiała przypasować się do ręki Aldony ani też wyprodukować historii, wokół której można by opleść zabawę.

– Cześć. Jestem biedronka. A ty kto? – zaczęła.

– Ja jestem kotkiem. Zaprzyjaźnimy się?

– Bardzo chętnie. I co będziemy robić?

– Może pójdziemy na wędrówkę?

– Och, to znakomity pomysł! Chodźmy.

Zwierzątka wędrowały przez długie nitki fioletowego dywanu. Potykały się o sploty, niknęły między nimi i dialogowały drętwo. Aldona z przyzwyczajenia poruszała tylko rękoma. Myśli skryły się za pustym wzrokiem i nie były w stanie wystukać z głowy jakiegokolwiek scenariusza zabawy. Dlaczego spędzanie czasu wolnego z własnym dzieckiem było trudniejsze od rozrysowywania ekranów apek?

– To może już dotrzemy do jakiegoś domku? – zaproponował w końcu znudzony kotek.

– To dobry pomysł. Znakomity.

Michał prędko zbudował domek dla dwójki przyjaciół. Aldona lubiła patrzeć na twórczość syna, który z kabelka, kawałka sznurka i jakiegoś starego włącznika potrafił wyczarować naprawdę ciekawą budowlę czy rzecz. Podczas konstruowania był bardzo skupiony i nie wolno było mu przeszkadzać. Aldona odsuwała się na bok i z uśmiechem patrzyła na zarumienione policzki i paluszki, które zadziwiały sprawnością.

– I ta biedronka będzie sobie mieszkać na pięterku, wiesz?

– Wiem. Świetnie to wymyśliłeś. Poczekaj, zrobię zdjęcie. – Sięgnęła ręką po smartfona, który leżał na ławie. Błysnęła lampą i wysłała Sebastianowi fotografię domku. „Byłoby z tego jakieś fajne bankowe logo, pomyśl”.Chwilę potem odebrała emotikona z różą i uśmiechnęła się do siebie. Sebastianowi najwyraźniej przeszły już nerwy.

– Mama? No, bawimy się!

– Bawimy się, bawimy. – Ułożyła się z powrotem na dywanie. – Jeszcze tylko sprawdzę szybko maila.

Widok zamkniętej koperty porządnie zepsuł jej humor. Czego Dawid mógł od niej chcieć w niedzielny wieczór? Przygryzając wargę, dotknęła opuszką wyświetlacza.

Hi there, Aldona

Przypominam o jutrzejszym spotkaniu. Ubierz się starannie, to ważny kontrakt. I mam prośbę. Rozpisz jeszcze aplikację na ścieżki, tak jak sugerowałaś ostatnim razem. Będzie bardziej przejżysta. OK?

To CU

Davy

Wściekła zerknęła na zegarek. Za pięć siódma. Pewnie, dlaczego nie! Rozpisze tę aplikację w niedzielny wieczór. W końcu praca w najnowszych technologiach zakładała dwudziestoczterogodzinne zaangażowanie, co bardzo często podkreślał Dawid. Pardon, Davy, dla którego angielska ortografia była zdecydowanie bardziej… przejrzysta niż ta języka ojczystego.

– Nie wykręcaj się dzieckiem – uśmiechał się, gdy Aldona próbowała niekiedy zwolnić się przed czasem. – Wszystko jest kwestią dobrej organizacji. Ja na przykład spałem dziś cztery godziny, a widzisz, że jestem wypoczęty. Zdążyłem rano spędzić miłą godzinkę z Martyną i jeszcze pójść na siłownię.

O, tak. Powinna sobie powiększyć oblicze łagodnie uśmiechniętego szefa i powiesić je nad łóżkiem. Dla lepszej motywacji. W każdym aspekcie życia. Westchnęła i włączyła laptopa.

– Mama? No, bawimy się? – Michałek przywrócił ją do bieżącej chwili.

– Synku, pobaw się chwilę sam. Muszę zrobić coś bardzo ważnego i szybciutko do ciebie wracam, dobrze?

– Miałaś się bawić! – Buzia dziecka już krzywiła się do płaczu. – Miałaś się bawić!

– Wiem, ale czasem jest tak, że… – próbowała tłumaczyć, ale mały wyrwał się z jej objęć i obrócił tyłem, mrucząc pod nosem coś, czego wolałaby nie słyszeć.

– To nie. Nie będzie już żadnego domku. – Wściekły rozrywał pracowicie połączone elementy, podczas gdy bezradna Aldona zastanawiała się, czy pisać te ścieżki, czy jednak wracać do zabawy z synem. Dawid nie będzie zadowolony, jeśli tego nie zrobi. Ale jak, do cholery, miała rozpisać tę aplikację mobilną przy dziecku, które akurat nie miało ochoty zająć się samo sobą? Westchnęła i odłożyła laptopa na ławę. Kucnęła przy Michałku.

– Posłuchaj. Zbuduj ten domek jeszcze raz, bo naprawdę był fajny. Ja w tym czasie szybciutko coś napiszę, a jak tylko skończysz, wracamy do zabawy, dobrze?

Dolna warga syna sięgała prawie brody, ale gdy mały usłyszał propozycję matki, z wolna zaczął się rozchmurzać.

– Dobrze. Tamten domek był głupi. Zrobię lepszy, wiesz?

– Uhm. Zrób. Zrób – powiedziała nieuważnie, otwierając plik z własnoręcznie rozrysowaną aplikacją. Co też mnie podkusiło do zaproponowania tych ścieżek – pomyślała wściekła. W końcu na czyją głowę spadnie teraz ta dodatkowa robota? Oczywiście, że na moją.

Zwykły opis apki miał się rozrosnąć do co najmniej kilku stron, zakładając rozpisanie każdego kliknięcia w przycisk. Klikając w przycisk STOPER, przenosimy się do ekranu drugiego, który umożliwia nastawienie godziny i daty, wyświetla długość trasy, najszybszy i najwolniejszy dotychczasowy czas pokonania dystansu – Aldonauderzała wściekle w klawisze laptopa, rozpisując projekt aplikacji do biegania. Klikając w przycisk…

– Mamo! Już!

– Uhm. A dobuduj coś jeszcze. Może na przykład wieżę, hm? Klikając w przyciskNOWA TRASA, przenosimy się…

– Nie trzeba żadnej wieży! Bawimy się!

– Zaraz. Już kończę... NOWA TRASA, przenosimy się na ekran trzeci…

Michałek podbiegł do matki i gwałtownym ruchem zatrzasnął klapę laptopa tak szybko, że ledwo zdążyła zabrać palce.

– Zawsze tylko mówisz „zaraz” i „zaraz”!

Wściekła Aldona odstawiła laptopa na ławę i krzyknęła:

– Ile razy ci mówiłam, że nie można w ten sposób zamykać komputera?! Mogłam w ten sposób utracić niezapisane dane! Mogła paść płyta!

– Głupia jesteś! Nie kocham cię! – Michał schował się za zasłonę.

W tkaninie uwidoczniły się jego kolanka. Najwyraźniej usiadł po turecku i teraz, obrażony, nie wyjdzie stamtąd przez najbliższe pół godziny. Aldona śledziła przesuwające się po materiale wybrzuszenia robione palcami. Michałek znowu zwiedzał swoje trasy, wiodąc opuszkami po splotach zasłony. Z pewnością to go uspokajało, w przeciwieństwie do niej. Chyba dziś na basenie pochwaliła dzień przed zachodem słońca, ciesząc się, że ma takie grzeczne, spokojne dziecko. A tymczasem… Głośno westchnęła, sięgając znów po komputer. Sebastian miał wrócić dopiero za jakieś trzy godziny, a ten zakichany opis musiał być gotowy na jutro rano. Aldona podniosła klapkę, modląc się w duchu, żeby laptop zaczął pracować. Chwilę potem odetchnęła z ulgą. Na szczęście komputer nie pogniewał się za zbyt obcesowe potraktowanie i do tego zdążył zachować niezapisaną część tekstu. Na rozgrzewkę przeczytała wcześniejszy fragment opisu, jednak dalsze słowa za nic nie chciały ułożyć się w myśli, a co dopiero w zdania. Zrezygnowana, zamknęła laptopa i włożyła go do torby. Jutro wstanie wcześniej i jakoś, przy kawie, rozpisze te ścieżki, a w razie czego dokończy w pracy.

– Michałku? – Spróbowała zbliżyć się do zasłony, która nagle wybrzuszyła się kolankami i łokciami. – Michałku – powtórzyła bezradnie, zupełnie nie mając pojęcia, co powinna zrobić albo powiedzieć. Tym bardziej że w materiale odcisnęła się teraz bardzo wyraźna pupa.

– Głupia mama! Znajdę sobie inną! – Głos dochodzący zza zasłony był bardzo poważny. – Nie potrzebuję cię, wiesz?

– No to sobie idę – westchnęła i poszła do łazienki.

Machinalnie zatkała odpływ w wannie i rozkręciła kurki na całego. Skoro nie miała nic lepszego do roboty, to mogła się wykąpać. Nawet o tej siódmej wieczorem. Woda lała się z głośnym bulgotem, a para momentalnie zakryła lustro. Aldona uchyliła drzwi, żeby słyszeć, co dzieje się w pokoju, a potem zdjęła z siebie ubranie i włożyła jedną nogę do wanny, natychmiast ją z niej wyciągając.

– Dolej zimnej. Pupa ci nie siądzie. – Michałek zaglądał jednym okiem do łazienki, więc Aldona prędko okręciła się ręcznikiem i odwróciła w stronę syna.

– Niemądra mama ze mnie, co? Chciałam wejść do gorącej wody.

Kreseczka warg Michała uniosła się trochę.

– Dobrze, że przyszedłem. Bardzo mi dziękujesz?

– Bardzo ci dziękuję. A teraz szybko się wykąpię, a potem poczytamy razem bajkę. Przygotujesz jakąś?

– Uhm! – Stopy zatupotały po podłodze, a za chwilę dał się słyszeć szelest rozrzucanych książeczek.

Aldona dolała sobie zimnej wody, a potem zanurzyła się po szyję. To jednak był trudny dzień, choć tak dobrze się zaczął. A przecież cały tydzień minął naprawdę fajnie i bez zgrzytów. Tylko ta niedziela… i jeszcze ta sprzed dwóch tygodni. Także i ta wcześniejsza. Aldona pomyślała, że coś im się te wspólne niedziele nie układają. Że zbyt często kończą się albo gremialną awanturą, albo tymi pomniejszymi na linii dziecko–któreś z rodziców. Powinna poczytać coś na ten temat. Ale to już nie dziś. Dziś chciała już tylko odpocząć. Z pokoju dochodziło pomrukiwanie Michałka, więc ze spokojem przymknęła oczy i cieszyła się czasem dla siebie.

Potem zdążyła jeszcze zrobić peeling, nałożyć na twarz i włosy maseczkę, gdy Michałek ponownie stanął w drzwiach.

– Mama! A wychodzisz zaraz?

– Tak. Za piętnaście minut.

– Zrobiłem dla ciebie lampkę. Wiesz? Nie musisz już zapalać światła w salonie.

Uśmiechnęła się, czując, jak maska roluje się jej na twarzy.

– Dziękuję, synku. A teraz już biegnij do bajeczki i czekaj na mnie.

Pół godziny dobroci dla siebie właśnie się skończyło. Aldona przejechała jeszcze dłonią po piętach, sprawdzając, czy potrzebują dziś usuwania naskórka. Na szczęście były gładkie i wystarczyło tylko po kąpieli wmasować w nie krem. A zatem minimalna wersja wieczornych ablucji zgodziła się w każdym punkcie. Aldona dokładnie wytarła ciało i wklepała w nie oliwkę dla dzieci. Potem narzuciła na siebie piżamę i starannie wyszczotkowała zęby. W tym czasie krem wchłaniał się w jej policzki, liftingując skórę albo tylko mózg hialuronami, arganami i retinolami. Jakkolwiek było, z kremu nie zamierzała rezygnować. Stanowił ostatni punkt wieczornej pielęgnacji. Jeśli zdarzyło się jej o nim zapomnieć, nie było takiej siły, która utrzymałaby ją z tą wiedzą w łóżku do rana. Mogła się potykać o własne nogi, wybić ze snu na resztę nocy, ale twarz musiała zostać pokryta ochronną warstewką. Jeszcze kontrolne spojrzenie w lustro i można było iść do pokoju, w którym Michał skakał po łóżku.

– Widziałaś lampkę? – Miał tak rozradowaną buzię, jak gdyby nie było dzisiejszych scysji.

Aldona rozejrzała się dyskretnie po pokoju. Syn zauważył jej spojrzenie.

– W salonie. Przecież mówiłem, że w salonie!

– Mama gapa, prawda? – Błyskawicznie rozładowała sytuację, a Michał dał się podejść.

– Mama gapa! Mama gapa! To teraz idź w końcu zobacz tę lampkę! – wyskandował, znów skacząc po łóżku, więc Aldona cofnęła się do salonu.

Lampkę stanowiła świecąca kula, z którą mały zasypiał. Białe tworzywo mieniło się różnymi kolorami, pulsowało, delikatnie rozświetlając regał, do którego było przymocowane nie wiadomo jak. Aldona uśmiechnęła się i wyciągnęła do Michała rękę.

– Dobrze, że o mnie pomyślałeś. Bez tej lampki na pewno nie trafiłabym tak szybko do sypialni. A teraz chodź, umyjemy ząbki i buzię.

Reszta wieczoru potoczyła się gładko. Mały wyszorował zęby i wygłaskał wodą buzię, a potem wskoczył do rozesłanego przez Aldonę łóżka i szukał zakładki w ostatnio czytanej książce. Aldona zgasiła lampkę syna i z ulgą położyła się obok niego.

– Czytamy?

– O, tak, tak. – Michał wtulił się w jej obojczyk i zatonął wzrokiem w ilustracjach na długi czas, do momentu, kiedy zegar wybił dziewiątą. Przepisowo oznaczył ostatnią przeczytaną stronę zakładką i zamknął książkę.

– To jeszcze pójdę siku. Ale ty nie odchodź, dobrze? Chcę dzisiaj zasnąć z tobą.

Aldona ziewnęła.

– Dobrze, dobrze. Idź siku. – Zakręciła się w kołdrę, nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie zgaśnie światło i będzie można spokojnie pomyśleć. Nasłuchiwała, jak mały trzaska deską sedesową i jak szura jej pantoflami po kuchennych panelach. Wreszcie znalazł się w sypialni. Z westchnieniem podniosła się i odchyliła kołdrę, ale syn nie kwapił się z wejściem pod nią.

– Nie zapaliłaś dla mnie lampki! – powiedział z bardzo czytelnym wyrzutem.

– Co? A, tak, tak. Przepraszam. No, kładź się, Mich…ałku. – Oczy Aldony zamykały się tak szybko, że nie była w stanie dokończyć myśli i słów.

– Ale nie idziemy jutro do przedszkola?

Obudziła się momentalnie.

– Oczywiście, że idziemy! Kładź się w końcu, ale już!

No, doprawdy! Chyba jeszcze nigdy nie czuła się tak zmęczona po całym dniu z dzieckiem. Boże! Dobrze, że jutro idę do pracy! – pomyślała z ulgą, za którą nie było jej nawet wstyd, prędko otuliła Michała kołderką i wyszeptała zdawkowe dobranocki.

Chwilę potem zatonęła głową w wygodnie umoszczonej poduszce. Naciągnęła kołdrę na uszy i zasnęła w locie. Nie wiedziała, czy spała pięć minut, czy może godzinę, gdy głos Michałka postawił ją na równe nogi.

– Mamo! Dlaczego ona stoi w kącie i patrzy na mnie?

Ciąg dalszy w wersji pełnej