Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 428 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na razie żegnaj - Laurie Frankel

Sam Elling to programista komputerowy, który pracuje w internetowym biurze matrymonialnym i poszukuje miłości na portalach randkowych. Kiedy firma stawia przed nim wyzwanie stworzenia idealnego programu do kojarzenia par, Sam pisze algorytm, który okazuje się niezawodny. Czy pomoże i Samowi odnaleźć idealną partnerkę? I co jaki jeszcze program może stworzyć genialny programista...?

Opinie o ebooku Na razie żegnaj - Laurie Frankel

Cytaty z ebooka Na razie żegnaj - Laurie Frankel

Jeśli nie uchwycisz mnie za pierwszym razem, nie trać nadziei, Jeśli nie znajdziesz mnie w  jednym miejscu, szukaj w  innym – Zatrzymam się gdzieś i  poczekam na ciebie. Walt Whitman, Pieśń o  sobie 12

Fragment ebooka Na razie żegnaj - Laurie Frankel

Wydanie elektroniczne

Tytuł ory­gi­nału:

GO­OD­BYE FOR NOW

Co­py­ri­ght © Lau­rie Fran­kel 2012

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with the Au­thor

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros An­drzej Kuryłowicz s.c. 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Anna Do­brzańska 2014

Re­dak­cja: Be­ata Słama

Ilu­stra­cja na okładce: ma­ra­don­na 8888/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-062-4

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

O książce

Jeśli nie możesz spędzać cza­su z ludźmi, których ko­chasz, mu­sisz poświęcać go tym, których nie ko­chasz. Do­sko­na­le wie o tym Sam, pro­gra­mi­sta, który w swo­jej pra­cy ma je­den cel – oca­lić sie­bie i in­nych od sa­mot­ności.

Sam pra­cu­je dla por­ta­lu rand­ko­we­go w Se­at­tle. Two­rzy ge­nial­ny al­go­rytm po­zwa­lający jego użyt­kow­ni­kom na zna­le­zie­nie brat­niej du­szy. Al­go­rytm działa ide­al­nie – Sam spo­ty­ka dzięki nie­mu miłość życia, uroczą Me­re­dith – ale przy oka­zji tra­ci pracę. Bo jak ser­wis rand­ko­wy może przy­no­sić zy­ski, sko­ro lu­dzie od­naj­dują swo­ich uko­cha­nych za pierw­szym ra­zem? Wkrótce jed­nak Sam za­czy­na wy­ko­rzy­sty­wać swój in­for­ma­tycz­ny ta­lent w inny sposób.

Kie­dy umie­ra bab­cia Me­re­dith – Li­vvie – dziew­czy­na nie może po­ra­dzić so­bie z jej odejściem. Widząc, jak cier­pi, Sam po­sta­na­wia za­pro­jek­to­wać kom­pu­te­rową sy­mu­lację, która zbu­du­je wir­tu­alną oso­bo­wość Li­vvie na pod­sta­wie da­nych po­zy­ska­nych z e-ma­ili, por­ta­li społecz­nościo­wych i vi­deo chatów i po­zwo­li Me­re­dith na osta­tecz­ne pożegna­nie bab­ci. Za na­mową Me­re­dith i jej eks­tra­wa­ganc­kie­go ku­zy­na Sam two­rzy Re-Ani­mację – płatną usługę, dzięki której oso­by pogrążone w żałobie mogą roz­ma­wiać ze swo­imi bli­ski­mi. Nie­ba­wem naj­do­sko­nal­szy wy­na­la­zek Sama oka­zu­je się jego naj­większym prze­kleństwem.

LAU­RIE FRAN­KEL

Ame­ry­kańska pi­sar­ka miesz­kająca z mężem, sy­nem i owczar­kiem bor­der col­lie w Se­at­tle. Au­tor­ka dwóch po­wieści: Atlas miłości i Na ra­zie żegnaj. Ma­ga­zyn in­ter­ne­to­wy Bo­ok­Pa­ge umieścił ją na swo­jej liłście 10 ko­bie­cych oso­bo­woścci pi­sar­skich 2012 roku.

www.lau­rie­fran­kel.net

Dla mo­je­go taty, Dave’a Fran­ke­la, który na­prawdę prze­pro­gra­mo­wał na­sze­go com­mo­do­re’a VIC-20 tak, by robił błędy aryt­me­tycz­ne, co miało umoc­nić moją wiarę w sie­bie i pod­szko­lić mnie w ma­te­ma­ty­ce (tyl­ko jed­na z tych rze­czy się udała).

I dla mo­jej mamy, Sue Fran­kel, która na­zy­wa moje po­wieści swo­imi wnuczętami i tak je trak­tu­je.

CZĘŚĆ I

Prze­trwa z nas tyl­ko jed­no – miłość

Phi­lip Lar­kin, Gro­bo­wiec w Arun­del1

Kil­ler app2

Sam El­ling wypełniał swój pro­fil na in­ter­ne­to­wym por­ta­lu rand­ko­wym, nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać. Z jed­nej stro­ny właśnie opi­sał sie­bie jako „za­baw­ne­go gościa” i od­po­wie­dział na py­ta­nie: „Jak bar­dzo je­steś męski?”, przy­znając so­bie osiem punktów na dzie­sięć. Z dru­giej stro­ny wszyst­ko to było dość iry­tujące i Sam do­brze wie­dział, że nie ma fa­ce­ta, który oce­niłby sie­bie na mniej niż osiem punktów. Te­raz za­sta­na­wiał się nad pięcio­ma rze­cza­mi, bez których nie może żyć. Wie­dział, że wie­lu przyszłych rand­ko­wiczów bez­czel­nie wy­mie­niło: po­wie­trze, je­dze­nie, wodę, dach nad głową plus coś odro­binę bar­dziej za­baw­ne­go. (Sam uważał, że szwaj­car­ski ser będzie błysko­tli­wym do­dat­kiem do tej li­sty albo wi­ta­mi­na D, choć odkąd za­miesz­kał w Se­at­tle, całkiem do­brze ra­dził so­bie bez niej). Mógł po­sta­wić na no­wo­cze­sność – lap­top, dru­gi lap­top, ta­blet, połącze­nie Wi-Fi, iPho­ne – ale nie chciał wyjść na ma­nia­ka kom­pu­te­ro­we­go. Nie­ważne, że nim był, po pro­stu nie chciał, żeby dziew­czy­ny od razu to wie­działy. Mógł ude­rzyć w sen­ty­men­talną nutę – opra­wio­ne w ramkę zdjęcie ze ślubu ro­dziców, należący nie­gdyś do dziad­ka szczęśliwy pens, pro­gram z gim­na­zjal­nej in­sce­ni­za­cji Gre­ase, której był nie­kwe­stio­no­waną gwiazdą, pi­sem­ne za­wia­do­mie­nie o przyjęciu go do Mas­sa­chu­setts In­sti­tu­te of Tech­no­lo­gy, pierw­sza i ostat­nia składan­ka mu­zycz­na, jaką kie­dy­kol­wiek do­stał od dziew­czy­ny – oba­wiał się jed­nak, że coś ta­kie­go zruj­nu­je jego wi­ze­ru­nek ma­cho. Mógł też po­sta­wić na lak­tozę: zno­wu szwaj­car­ski ser (nie wia­do­mo, dla­cze­go miał ochotę na szwaj­car­ski ser), lody cze­ko­la­do­we, se­rek śmie­tan­ko­wy, piz­za z Pa­gliac­ci i podwójna lat­te. Jed­nak to również nie do końca była praw­da. Mógł żyć bez wszyst­kich tych rze­czy, ale po pro­stu nie chciał.

To py­ta­nie można było opi­sać pięcio­ma słowa­mi: iry­tujące, wścib­skie, przesłod­zo­ne, żenujące i bez­sen­sow­ne. Nie miał żad­ne­go hob­by, bo cały czas pra­co­wał, przez co nie mógł zna­leźć dziew­czy­ny. Gdy­by nie pra­co­wał (albo gdy­by nie był inżynie­rem opro­gra­mo­wa­nia, a co za tym idzie, pra­co­wał z ko­bie­ta­mi), miałby czas na za­in­te­re­so­wa­nia, które mógłby wy­mie­nić, ale wówczas nie mu­siałby tego robić, bo żeby po­zna­wać lu­dzi, nie po­trze­bo­wałby por­ta­li rand­ko­wych. Tak, był ma­nia­kiem kom­pu­te­ro­wym, ale był również – albo tak mu się wy­da­wało – in­te­li­gent­ny, za­baw­ny i całkiem przy­stoj­ny. Po pro­stu nie miał pięciu hob­by, tak jak nie po­tra­fił wy­mie­nić pięciu błysko­tli­wych rze­czy, bez których nie może żyć, pięciu cie­ka­wych przed­miotów, które trzy­ma na noc­nym sto­li­ku (od­po­wiedź zgod­na z prawdą brzmiałaby: do połowy pełna szklan­ka wody, pełna w jed­nej czwar­tej szklan­ka wody, pu­sta szklan­ka po wo­dzie, zmięta chu­s­tecz­ka hi­gie­nicz­na i ko­lej­na zmięta chu­s­tecz­ka), ani pięciu rze­czy, które chciałby zro­bić w przyszłości (gdy­by mógł, na­pi­sałby pięć razy, że ma na­dzieję, iż nig­dy więcej nie będzie mu­siał prze­cho­dzić przez coś ta­kie­go). Prawdę mówiąc, nie in­te­re­so­wały go pa­sje in­nych lu­dzi, ich po­trze­by, to, co trzy­mali przy łóżkach, ani ich pla­ny na przyszłość. Od­po­wia­dał już na po­dob­ne bzdur­ne py­ta­nia na in­nym por­ta­lu, uma­wiał się na spo­tka­nia z dziew­czy­na­mi, które tak jak on szu­kały dru­giej połowy, i wie­dział, do cze­go cały ten non­sens zmie­rza. Do nicze­go. Wy­bie­rając te, które zda­wały się twar­do stąpać po zie­mi (książki, przy­bo­ry do pi­sa­nia, lamp­ka do czy­ta­nia, ze­gar z ra­diem, komórka), po pro­stu się nu­dził. Te z po­zo­ru eks­cen­trycz­ne (żółty ka­pe­lusz prze­ciw­desz­czo­wy, po­la­ro­id, woda so­do­wa o sma­ku li­mon­ki, zdjęcie Ger­tru­de Ste­in, pla­sti­ko­wa fi­gur­ka prze­wod­niczącego Mao), oka­zy­wały się dziw­ne i za­ro­zu­miałe. Ta, która wyglądała na ide­alną („Tyl­ko lap­top, bo to je­dy­ne, cze­go po­trze­ba mi do szczęścia”), oka­zy­wała się ma­niaczką kom­pu­te­rową tak po­dobną do jego współlo­ka­to­ra z col­le­ge’u, że Sam za­czy­nał się za­sta­na­wiać, czy w ta­jem­ni­cy przed nim nie pod­dał się ope­ra­cji zmia­ny płci. Tak więc trze­ba było wy­bie­rać między nudą, dzi­wac­twem i Tre­vo­rem An­der­so­nem.

Pięć rze­czy, bez których Sam nie wy­obrażał so­bie życia: sar­kazm, drwi­na, po­gar­da, szy­der­stwo, cy­nizm.

Oczy­wiście to nie wszyst­ko. Gdy­by tak było, nie szu­kałby szczęścia na in­ter­ne­to­wych por­ta­lach rand­ko­wych, tyl­ko za­szyłby się w su­te­re­nie w to­wa­rzy­stwie kon­so­li Xbox, Wii, Play­Sta­tion, pięćdzie­sięcio­dwu­ca­lo­we­go ekra­nu pla­zmo­we­go i na­chosów z mi­kro­falówki. Tym­cza­sem zno­wu się męczył. Czy samo to, że zna­lazł się w tym miej­scu, nie po­win­no zwia­sto­wać cze­goś do­bre­go w kwe­stii miłości? (Na­dziei, ra­do­snych okrzyków, ciepła, hoj­ności, obiet­ni­cy, że po­ja­wi się ktoś, kto będzie całował go na do­bra­noc). Możliwe, ale brzmiało zbyt tan­det­nie, by wpi­sy­wać to do głupie­go for­mu­la­rza.

Pro­blem z głupim for­mu­la­rzem nie po­le­gał wyłącznie na tym, że lu­dzie nie pi­sa­li praw­dy – cho­ciaż oczy­wiście nie pi­sa­li. Cho­dziło o to, że człowiek nie mógł na­pi­sać praw­dy, na­wet jeśli chciał. Rze­czy leżące na noc­nym sto­li­ku nie obnażały czy­jejś du­szy. Na­dzie­je na przyszłość nie po­win­ny być czymś, co wpi­su­je­my do for­mu­la­rza i zdra­dza­my nie­zna­jo­mym. Za­da­nia typu „uzu­pełnij luki” są za­baw­ne, ale nie przesądzają o trwałości ewen­tu­al­ne­go związku. (Cho­ciaż, prawdę po­wie­dziaw­szy, wca­le nie są ta­kie za­baw­ne). Na­wet te, które wy­ma­gają ja­snych, jed­no­znacz­nych od­po­wie­dzi, nie mówią człowie­ko­wi tego, co chciałby wie­dzieć. Na przykład Sam pragnął umówić się z ko­bietą, która po­tra­fiłaby i chciała go­to­wać, i której spra­wiałoby to przy­jem­ność, ale było to nie­możliwe, bo każda z nich oka­zy­wała się per­fek­cyjną panią domu z ob­sesją na punk­cie porządku (Sam nie­spe­cjal­nie dbał o porządek), wie­rzyła, że miej­sce ko­biety jest w kuch­ni, a jej rola ogra­ni­cza się do usługi­wa­nia mężczyźnie (Sam był fe­mi­nistą) i należała do lu­dzi, którzy jedzą wyłącznie or­ga­nicz­ne, eko­lo­gicz­ne, wol­ne od wszel­kiej che­mii, su­ro­we, wegańskie je­dze­nie od lo­kal­nych pro­du­centów (patrz wyżej: zamiłowa­nie Sama do pro­duktów mlecz­nych). Było to ważne, bo Sam nie po­tra­fił go­to­wać, a prze­cież obo­je będą mu­sie­li coś jeść. W za­mian mógłby wziąć na sie­bie któryś z do­mo­wych obo­wiązków: zmy­wa­nie na­czyń, składa­nie ubrań, sprząta­nie łazien­ki. W for­mu­la­rzu nie prze­wi­dzia­no jed­nak miej­sca na ta­kie rze­czy, po­dob­nie jak nie było miej­sca, gdzie mógłby na­pi­sać, że jest mężczyzną, dla którego ta­kie dzi­wacz­ne dro­bia­zgi mają zna­cze­nie.

A jed­nak każdy człowiek ma swo­je po­trze­by. I to nie ta­kie, o ja­kich myśli­cie. Cóż, ta­kie też, ale dla Sama to nie one były naj­ważniej­sze. Dla Sama naj­ważniej­sze było to, by miał z kim pójść na ko­lację w piątko­wy wieczór, przy kim mógłby obu­dzić się w so­bot­ni po­ra­nek, wy­brać się do mu­zeum, do kina, te­atru, na im­prezę, do re­stau­ra­cji i na mecz. Z kim w długi week­end mógłby wy­je­chać za mia­sto, cho­dzić na spa­ce­ry, jeździć na nar­tach, od­wie­dzać ro­dziców, sma­ko­wać wino i dzięki komu po­tra­fiłby nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. Dla Sama, pra­cującego w tym sa­mym in­ter­ne­to­wym biu­rze ma­try­mo­nial­nym, którego for­mu­larz nastręczał mu ta­kich pro­blemów, zwłasz­cza to ostat­nie było nie­zwy­kle istot­ne. Agen­cja za­trud­niała wie­lu za­ro­zu­miałych, ener­gicz­nych lu­dzi – w większości mężczyzn – którzy na ele­ganc­kich, wy­staw­nych przyjęciach po­ja­wia­li się pod kra­wa­tem, w to­wa­rzy­stwie wie­lu in­nych za­ro­zu­miałych, ener­gicz­nych lu­dzi – w większości ko­biet. Za­nim Sam zaczął pra­co­wać w biu­rze, nig­dy nie miał kra­wa­ta. Nie był też ani za­ro­zu­miały, ani ener­gicz­ny i wie­rzył, że by­cie inżynie­rem opro­gra­mo­wa­nia pra­cującym w bok­sie, obok in­nych inżynierów opro­gra­mo­wa­nia w ko­szul­kach ma­te­ma­tycz­nych ge­niu­szy, z fi­gur­ka­mi ze Star Tre­ka i kost­ka­mi Ru­bi­ka, uwol­ni go od tego ro­dza­ju stresów związa­nych z pracą. Jed­nak praw­ni­cy, VIP-y, dy­rek­to­rzy fi­nan­so­wi i in­we­sto­rzy wszyst­ko ze­psu­li. Poza tym pra­co­wał w in­ter­ne­to­wym biu­rze ma­try­mo­nial­nym, w miej­scu, gdzie by­cie sin­glem nie sprzy­jało ro­bie­niu ka­rie­ry. Sam spędzał ta­kie wie­czo­ry wciśnięty w zbyt sztyw­ny smo­king, siląc się na żarty w to­wa­rzy­stwie in­nych sa­mot­nych inżynierów opro­gra­mo­wa­nia, sącząc wódkę z to­ni­kiem i za­mar­twiając się, czy kie­dy­kol­wiek znaj­dzie praw­dziwą miłość.

W li­ceum w Bal­ti­mo­re, gdy Hol­ly Pa­len­ti­ne zo­ba­czyła w nim kogoś więcej niż tyl­ko ma­nia­ka kom­pu­te­ro­we­go, wej­rzała w jego ser­ce i na pry­wat­ce dała się za­pro­sić do tańca, a później na ko­lację i do kina. Kie­dy popołudnia­mi po szko­le obści­ski­wa­li się w jego piw­ni­cy, Sam był prze­ko­na­ny, że poślubi swoją młodzieńczą miłość. Pamiętał, jak trzy­mał ją w ra­mio­nach na wio­sen­nej potańcówce i wy­obrażał ich so­bie w dniu ślubu. A po­tem Hol­ly wysłała mu list z obo­zu skau­tek, na który po­je­chała jako opie­kun­ka, z py­ta­niem, czy nadal mogą być przy­ja­ciółmi. Nadal? Sam nie miał pojęcia, że kie­dy­kol­wiek w to wątpiła. W col­le­ge’u na MIT próbował noc­nych scha­dzek z koleżan­ka­mi z aka­de­mi­ka i tymi, które flir­to­wały z nim na im­pre­zach, za­ko­chał się do sza­leństwa w dziew­czy­nie pra­cującej jako ba­rist­ka w Shot Thro­ugh the He­art (choć nig­dy nie odważył się z nią po­roz­ma­wiać) i przez półtora roku trwał w praw­dzi­wym, doj­rzałym związku z Dellą Bas­set­te, która po otrzy­maniu dy­plo­mu wy­je­chała na trzy lata do Zim­ba­bwe jako wo­lon­ta­riusz­ka. Na ko­lej­ne półtora roku stra­cił głowę dla Jen­ny O’Dowd – ko­chała go i chciała spędzić z nim resztę życia, tyle że w ostat­nim se­me­strze przed ukończe­niem col­le­ge’u nie­chcący prze­spała się z jego współlo­ka­to­rem. Dwa razy. Po tym wszyst­kim próbował być sam, jako że sa­mot­ność rza­dziej kończy się złama­nym ser­cem i bólem, który roz­dzie­ra duszę. Sta­rał się nie przej­mo­wać, nie ry­zy­ko­wać i nie szu­kać. Spędzał czas z ko­le­ga­mi, sam jeździł na wa­ka­cje, sta­wiał na rozwój oso­bi­sty, zre­zy­gno­wał na­wet z te­le­wi­zji ka­blo­wej. Wszyst­ko na nic. To, że nie był za­ko­chany, rze­czy­wiście zmniej­szało ry­zy­ko cier­pie­nia. Pro­blem w tym, że Sam nie wi­dział w tym żad­ne­go sen­su.

Nie wi­dział sen­su nie dla­te­go, że był jed­nym z tych lu­dzi, którzy za­wsze, ale to za­wsze muszą kogoś mieć, nie dla­te­go, że bez pary nie czuł się sobą, ani nie dla­te­go, że gdy się nie ma part­ner­ki, trud­no o seks, ale dla­te­go, że gdy nie spędzał cza­su z ludźmi, których ko­chał, spędzał mnóstwo cza­su z ludźmi, których nie ko­chał. Ko­le­dzy z pra­cy byli do­brzy w pra­cy, ale kie­dy ra­zem gdzieś wy­cho­dzi­li, nie mie­li za bar­dzo o czym roz­ma­wiać. Wy­pad do baru z przy­ja­ciółmi, z którymi nie wi­dział się od col­le­ge’u, przy­po­mniał mu, dla­cze­go nie chciał się z nimi wi­dy­wać. Po­gawędki na przyjęciach or­ga­ni­zo­wa­nych przez zna­jo­mych przy­ja­ciół ozna­czały, że mu­siał uda­wać, iż in­te­re­sują go rze­czy, które w rze­czywistości w ogóle go nie in­te­re­so­wały.

Gdy opuścił Wschod­nie Wy­brzeże i prze­niósł się do Se­at­tle, spróbował ran­dek przez in­ter­net i nie mógł uwie­rzyć, że żyje na tym świe­cie przez trzy­dzieści dwa i pół roku i nig­dy nie przyszło mu to do głowy. Sam wie­rzył w kom­pu­te­ry i pro­gra­mo­wa­nie, w dające się za­ko­do­wać in­for­ma­cje, al­go­ryt­my, licz­by i lo­gikę. Jego oj­ciec również był inżynie­rem opro­gra­mo­wa­nia, a także pro­fe­so­rem na Uni­wer­sy­te­cie John­sa Hop­kin­sa, więc Sam do­ra­stał w prze­ko­na­niu, że kom­pu­te­ry to jego re­li­gia. Wszy­scy inni uważali in­ter­netowe rand­ki za ostat­nią deskę ra­tun­ku dla tych, którzy na stu­diach nie po­zna­li ni­ko­go in­te­re­sującego. Tym­cza­sem Sam je lubił, po­nie­waż nie było w nich ta­jem­ni­cy. Może po­znałby kie­dyś dziew­czynę, po­lu­bił ją, a ona po­lu­biłaby jego, za­przy­jaźni­li­by się, zaczęli spo­ty­kać, wszyst­ko by szło jak należy i sta­wa­li­by się so­bie co­raz bliżsi. W miarę upływu cza­su od­kry­li­by, że łączy ich co­raz więcej, stop­nio­wo zaczęliby bu­do­wać swo­je życie wokół tego dru­gie­go, za­ko­cha­li­by się w so­bie, a mimo to, kie­dy Sam wra­całby na week­end do domu, nadal spałby ze swo­im przy­ja­cie­lem. Kom­pu­te­ry nig­dy nie ze­zwo­liłyby na taką swo­bodę.

Cze­kał, aż in­ter­ne­to­we ser­wi­sy rand­ko­we za­czną działać na jego ko­rzyść. Mu­siał jed­nak przy­znać, że pie­niądze, które na nich za­ra­biał, były całkiem niezłe. Jak się oka­zało, nie mu­siał cze­kać długo. Pew­ne­go czerw­co­we­go ran­ka, zbyt piękne­go, by pójść do pra­cy, zespół Sama otrzy­mał wia­do­mość od sze­fa. Uprze­dzam, na­pi­sał Ja­mie. Za­da­nie zle­co­ne nam przez Wiel­kie­go Bra­ta: skwan­ty­fi­ko­wać ludz­kie ser­ce. Mówiąc o Wiel­kim Bra­cie, miał na myśli nie­zwy­kle ważnego pre­ze­sa zarządu, sze­fa swo­je­go sze­fa. Sam ko­chał go za to. Wiel­ki Brat wydał ostat­nio roz­porządze­nie, że każdy zespół musi roz­począć po­ra­nek od krótkie­go spo­tka­nia na ko­ry­ta­rzu, dzięki cze­mu fir­ma nie będzie mar­no­wała cen­ne­go cza­su swo­ich ge­nial­nych pro­gra­mistów. W rze­czy­wi­stości spo­tka­nia trwały tyle co za­wsze, z tą różnicą, że bra­ko­wało na nich krze­seł i cia­stek z kru­szonką. Dla­te­go Ja­mie na­zy­wał je NN, co w teo­rii miało ozna­czać „na no­gach”, a w prak­ty­ce mówiło o tym, jak bar­dzo obo­lałe były nogi pra­cow­ników pod ko­niec ze­bra­nia. Za to również ko­chał Ja­miego. I dla­te­go, że nie wa­rio­wał na punk­cie punk­tu­al­ności, dzięki cze­mu Sam miał czas, żeby wrócić do domu i zmie­nić buty na bar­dziej wy­god­ne.

– Oto, jak wygląda sy­tu­acja – zaczął Ja­mie, kie­dy Sam do­tarł do pra­cy. – Wiel­ki Brat uważa, że po­trze­bu­je­my lep­szych wy­ników końco­wych. Niektóre ser­wi­sy rand­ko­we ofe­rują „naj­bar­dziej uda­ne rand­ki”. Inne chwalą się „naj­wyższą sku­tecz­nością, o czym świad­czy licz­ba za­wie­ra­nych małżeństw”. Wiel­ki Brat chce pod­nieść stawkę. Zbyt dużo ran­dek kończy się nie­po­wo­dze­niem. Zbyt dużo małżeństw kończy się roz­wo­dem. Co może być lep­sze­go od uma­wia­nia się na rand­ki i małżeństwa?

– Przy­ja­cie­le, z którymi można pójść do łóżka? – pod­sunął Ni­gel z Au­stra­lii.

– Brat­nie du­sze – od­parł Ja­mie. – Wiel­ki Brat chce, żebyście wymyślili al­go­rytm, dzięki któremu znaj­dzie­cie swoją drugą połowę. Dla­te­go zwra­cam się do was. Miłość to podstępna rzecz. Lu­dzie są różni. Du­sza nie kie­ru­je się lo­giką. Ser­ce chce tego, cze­go chce. Trud­no to określić. Trud­no to zmie­rzyć i za­pro­gra­mo­wać. Ale je­steśmy pro­gra­mi­sta­mi i taką mamy pracę. Tak więc mu­si­my to zro­bić. Po­wiedz­cie mi tyl­ko jak.

– Trze­ba zwiększyć szan­se na pójście do łóżka – po­wie­dział Ni­gel. – Uda­ne, luźne rand­ki o wie­le częściej kończą się w łóżku. Im da­lej po­su­niesz się na pierw­szej rand­ce, tym szyb­ciej do­wiesz się, czy pa­su­je­cie do sie­bie w sy­pial­ni.

– To nie przej­dzie – uznał Ra­jiv z Del­hi. – Rand­ki są do ni­cze­go. – W tej kwe­stii inżynie­ro­wie opro­gra­mo­wa­nia, z wyjątkiem Ni­ge­la, byli zgod­ni.

– To nie jest śmiesz­ne – stwier­dził Gau­rav z Bom­ba­ju.

– I bar­dzo niezręczne – dodał Ar­nab z As­sa­mu.

– To wszyst­ko kłam­stwa – orzekł Jay­araj z Ma­dra­su. Del­hi, As­sam, Ma­ha­rasz­tra, Ta­mil­nad i Ben­gal Za­chod­ni – pięć in­dyj­skich stanów, w których Sam zo­stał praw­dzi­wym eks­per­tem, odkąd zaczął pra­co­wać jako inżynier opro­gra­mo­wa­nia. – Na rand­ce człowiek wy­pa­da znacz­nie go­rzej niż w rze­czy­wi­stości – tłuma­czył Jay­araj. – Nie po­tra­fi skle­cić dwóch zdań, żeby nie gadać jak idio­ta. Jąka się, roz­ma­wia na bzdur­ne te­ma­ty i robi z sie­bie dur­nia. W praw­dzi­wym życiu wszyst­ko wygląda in­a­czej.

– Albo usil­nie sta­ra się, żeby wyglądać le­piej niż w rze­czy­wi­stości – dodał Sam. – Co również jest kłam­stwem. Stro­imy się, cze­sze­my i ma­lu­je­my, a tak na­prawdę całymi dnia­mi snu­je­my się po domu w dre­sie i ze spiętymi włosa­mi.

– Ma­lu­je­my? – spy­tał Ja­mie, unosząc brwi.

– Ze spiętymi włosa­mi? – zdzi­wił się Jay­araj.

– Po­trze­bu­je­my oso­by po­stron­nej – oznaj­mił Ar­nab. – Jak hin­du­scy astro­lo­go­wie, którzy od po­ko­leń znają wszyst­kich miesz­kańców wio­ski i dla­te­go małżeństwa, które aranżują przy na­ro­dzi­nach dziec­ka, trwają aż do śmier­ci.

– W wie­lu kul­tu­rach są swat­ki. Japończy­cy mają na­ko­do. Żydzi szad­chanów. – Gau­rav ukończył an­tro­po­lo­gię na Uni­wer­sy­te­cie Ka­li­for­nij­skim w San­ta Cruz. – To pro­fe­sja zna­na od wieków. Swa­ci mówią prawdę.

– Jaką prawdę? – chciał wie­dzieć Ja­mie.

– To, jacy się so­bie wy­da­je­my, i to, cze­go wy­da­je się nam, że pra­gnie­my, nie określa, jacy na­prawdę je­steśmy i cze­go pożądamy – od­parł mądrze Gau­rav. – Człon­ko­wie star­szy­zny, mędrcy, którzy cza­sa­mi używają ma­gii, ko­jarzą małżeństwa na pod­sta­wie tego, kim na­prawdę je­steśmy i kto byłby dla nas od­po­wied­nią parą.

– Tyle że nie mamy do dys­po­zy­cji mędrców, którzy na do­da­tek po­tra­fią cza­ro­wać – za­uważył Ja­mie.

– Nie, ma­cie coś lep­sze­go – oznaj­mił Sam. – Pro­gra­mistów kom­pu­te­ro­wych. Mo­gli­byśmy po­szpe­rać w da­nych do­star­cza­nych nam przez użyt­kow­ników. Przyj­rzeć się temu, co o nich mówią, za­miast temu, co oni sami mówią o so­bie.

Za­czy­nały boleć ich nogi, więc pójście za cio­sem wy­da­wało się rozsądne.

– Za­rzu­ce­nie użyt­kow­ni­kom kłam­stwa. Je­stem pew­ny, że Wiel­kie­mu Bra­tu to się spodo­ba – pod­su­mo­wał Ja­mie.

W dro­dze do biur­ka Sam za­trzy­mał się na kawę. (Pięć miejsc w zasięgu dwu­stu metrów od jego biur­ka, tyl­ko po to, żeby napić się ba­jecz­nie do­brej, podwójnej lat­te. Espres­so można było kupić na dru­gim piętrze, na czter­na­stym piętrze, w stołówce, w ba­rze ka­wo­wym w holu przy wejściu od stro­ny Piątej Alei, a także w ba­rze ka­wo­wym w holu przy wejściu od stro­ny Czwar­tej Alei. Sam uwiel­biał Se­at­tle). W końcu usiadł i zaczął się za­sta­na­wiać, gdzie, jeśli nie w for­mu­la­rzach in­ter­ne­to­wych por­ta­li rand­ko­wych, lu­dzie piszą prawdę na swój te­mat. Jakiś czas po­tem wysłał Ja­mie­mu wia­do­mość:

Czy mogę mieć dostęp do do­ku­men­ta­cji fi­nan­so­wej klientów?

Od­po­wiedź przyszła nie­mal na­tych­miast:

Za­rzu­ce­nie użyt­kow­ni­kom kłam­stwa i po­gwałce­nie ich pry­wat­ności. Wiel­ki Brat będzie za­chwy­co­ny.

Pierw­szy nie­zbi­ty dowód na to, że użyt­kow­ni­cy kłamią na swój te­mat: wszy­scy za­mar­twiają się o bez­pie­czeństwo w sie­ci, ale wy­star­czy obie­cać im, że znajdą miłość, albo przy­najm­niej będą mie­li okazję pójść z kimś do łóżka, a bez za­sta­no­wie­nia wyrażą zgodę na dostęp do do­ku­men­ta­cji fi­nan­so­wej, wyciągów z kart kre­dy­to­wych, kont e-ma­ilo­wych i in­nych da­nych, tyl­ko dla­te­go że ktoś ład­nie po­pro­sił. Do­pie­ro wte­dy Sam zo­ba­czył ich ta­ki­mi, jacy są na­prawdę, a nie lu­dzi, których udają. W for­mu­la­rzach pi­sa­li, że ich pięć ulu­bio­nych dań to: or­ga­nicz­ne borówki, kok­tajl z zie­lo­nych pędów psze­ni­cy, czer­wo­na ko­mo­sa ryżowa, tem­peh i ka­wior z bieługi, choć w ubiegłym roku wy­da­wa­li na je­dze­nie czter­dzieści sie­dem do­larów czter­dzieści centów mie­sięcznie i zwy­kle ku­po­wa­li w 7-Ele­ven. Zo­ba­czył, że pięć rze­czy, które zwy­kle trzy­mają na noc­nym sto­li­ku, to DVD z za­gra­nicz­ny­mi fil­ma­mi, jed­nak dwa razy byli w ki­nie na Shrek Fo­re­ver w 3-D i spędzi­li ty­dzień na fe­sti­wa­lu filmów za­gra­nicz­nych, bawiąc się z kum­pla­mi z col­le­ge’u na far­mie kum­pla w Wy­oming. Twierdzi­li, że lubią pisać wier­sze i opo­wia­da­nia, i od cza­su do cza­su za­miesz­cza­li na swo­im pro­fi­lu cy­tat z Ulis­se­sa, ale Sam ana­li­zo­wał ich wia­do­mości i wie­dział, że należą do dwu­na­stu pro­cent lu­dzi, którzy naj­rza­dziej używają przy­miot­ników i nie mają pojęcia, gdzie wsta­wić śred­nik. Wszy­scy kłama­li. Nie były to kłam­stwa złośliwe ani za­mie­rzo­ne. Ci lu­dzie nie tyle błędnie in­ter­pre­to­wa­li sa­mych sie­bie, ile naj­zwy­czaj­niej w świe­cie się my­li­li. To, w jaki sposób o so­bie pi­sa­li, a jacy byli w rze­czy­wi­stości – to były dwie zupełnie różne rze­czy.

Tak, Sam był ro­man­ty­kiem, ale był również inżynie­rem opro­gra­mo­wa­nia, a po­nie­waż to dru­gie wy­cho­dziło mu znacz­nie le­piej, po­sta­no­wił to wy­ko­rzy­stać. Przez ko­lej­ne dwa ty­go­dnie ob­se­syj­nie pra­co­wał nad al­go­ryt­mem, który usta­lał, jaki ktoś jest na­prawdę. Igno­ro­wał for­mu­la­rze wypełnia­ne przez użyt­kow­ników i sku­piał się na tym, ile wy­da­wa­li pie­niędzy, na wyciągach z kont ban­ko­wych i e-ma­ilach. Przeglądał hi­sto­rie rozmów, SMS-ów i postów oraz ak­tu­ali­za­cje sta­tusów. Czy­tał ich blo­gi i to, co pi­sa­li na blo­gach in­nych lu­dzi. Re­je­stro­wał, co ku­po­wa­li przez in­ter­net, co czy­ta­li, cze­go kon­se­kwent­nie uni­ka­li w sie­ci. Igno­ro­wał to, kim twier­dzi­li, że są, i ja­kiej oso­by szu­kają, sku­piając się na tym, kim są na­prawdę i kogo tak na­prawdę pragną zna­leźć. Sam połączył sta­rożytne tra­dy­cje swatów z prawdą o użyt­kow­nikach, do której oni sami nie chcie­li się przy­znać, i potęgą współcze­snych pro­ce­sorów i stwo­rzył al­go­rytm, który od­mie­nił świat in­ter­netowych ran­dek. Sam złamał kod do ludz­kich serc.

Jego ko­le­dzy byli pod wrażeniem. Ja­mie był za­do­wo­lo­ny. A Wiel­ki Brat nie po­sia­dał się ze szczęścia, zwłasz­cza gdy zo­ba­czył dowód w po­sta­ci pre­zen­ta­cji i prze­ko­nał się, jak nie­wia­ry­god­nie cu­dow­nie to działa.

– Znaj­dzie­my wam brat­nią duszę! – za­chwy­cał się. – To wszyst­ko, cze­go nam trze­ba. Ta apli­ka­cja to praw­dzi­wy strzał w dzie­siątkę!

Dziew­czy­na z sąsiedz­twa

Sam uznał, że naj­le­piej będzie, jeśli wypróbuje apli­kację na so­bie. Chciał wie­dzieć, czy za­działa. Chciał udo­wod­nić, że za­działa. Jed­nak przede wszyst­kim chciał, żeby za­działała. Żeby prze­szu­kała cały świat i ni­czym bo­ski pa­lec wska­zała tę jedną je­dyną, mówiąc: „Oto ona”. Jak sku­tecz­ny jest jego al­go­rytm? Za pierw­szym ra­zem ze­swa­tał Sama z Me­re­dith Ma­xwell, pra­cującą obok w dzia­le mar­ke­tin­gu. W tej sa­mej fir­mie. Na pierwszą randkę umówili się na lunch w fir­mo­wej stołówce. Kie­dy wy­siadł z win­dy, Me­re­dith stała opar­ta o fu­trynę i uśmie­chała się do nie­go. Siłą rze­czy on również się uśmiechnął.

– Me­re­dith Ma­xwell – przed­sta­wiła się, potrząsając jego ręką. – Przy­ja­cie­le mówią do mnie Max.

– Nie Mer­de?3 – spy­tał z nie­do­wie­rza­niem i na­tych­miast prze­ra­ził się swo­ich słów. Kto żar­tu­je w ten sposób, pre­ten­sjo­nal­ny, ska­to­lo­gicz­ny i fran­cu­ski, na pierw­szej rand­ce? Po­czuł się zakłopo­ta­ny, od­py­chający i obrzy­dli­wy.

O dzi­wo, Me­re­dith Ma­xwell wy­buchnęła śmie­chem.

– Je cro­is que tu es le pre­mier4.

Zupełnie jak­by wy­da­rzył się cud. Uznała, że to za­baw­ne. Uznała, że Sam jest za­baw­ny. Ale to nie był cud. To była in­for­ma­ty­ka.

– Gdzie na­uczyłaś się fran­cu­skie­go? – Gdy usie­dli w ustron­nym kącie i po­sta­wi­li przed sobą tace z lun­chem, Sam nie­co ochłonął.

– Spędziłam rok w col­le­ge’u w Bru­gii. Uczyłam się też fla­mandz­kie­go.

– Pew­nie się przy­da­je.

– Rza­dziej, niż sądzisz. Je­dy­ne stwo­rze­nia, do których mówię po fla­mandz­ku, to moje psy.

– Masz psy?

– Sno­wy i Mi­lou.

– Na­zwałaś psy imio­na­mi bo­ha­terów bel­gij­skie­go ko­mik­su?

– Bel­gij­skie­go ko­mik­su i jego an­giel­skie­go przekładu – spre­cy­zo­wała Me­re­dith Ma­xwell.

Sam był sobą za­chwy­co­ny. Mimo iż na swo­im pro­fi­lu Me­re­dith ani słowem nie wspo­mniała o imio­nach psów, a Sam nie na­pi­sał ani słowa o swo­jej dzie­cięcej ob­se­sji na punk­cie Tin­ti­na, stwo­rzył al­go­rytm, który o wszyst­kim wie­dział. Jest ge­niu­szem. Tym­cza­sem Me­re­dith Ma­xwell oka­zała się piękna, za­baw­na i naj­wy­raźniej in­te­li­gent­na, miała trzy­dzieści czte­ry lata (Sam lubił star­sze ko­bie­ty, na­wet jeśli były star­sze tyl­ko o sie­dem mie­sięcy), jeździła po świe­cie, była po­li­glotką, ko­chała psy, lubiła sprze­da­wa­ne w stołówce lody tru­skaw­ko­we i miała skórę, która pach­niała mo­rzem.

– Było miło – rzu­ciła, kie­dy obo­je sprzątali ze stołu, ale nie wy­da­wała się prze­ko­na­na.

– Spo­tka­my się zno­wu? – spy­tał.

– Może nie w pra­cy? – Za­uważył, że nie odmówiła, ale nie brzmiało to również w sty­lu oczy­wiście-nie-za­da­waj-głupich-pytań. Czy nie było tak miło, jak mu się wy­da­wało? Czy ich spo­tka­nie wyglądało do­brze na pa­pie­rze (właści­wie na wy­kre­sie), ale nie w rze­czy­wi­stości? A może – ta myśl prze­rażała go naj­bar­dziej – Me­re­dith na­prawdę jest jego drugą połową, je­dyną duszą na zie­mi, która jest mu prze­zna­czo­na, a pro­gram przez nie­go stwo­rzo­ny prze­cze­sał całą ludz­kość, by zna­leźć mu part­nerkę… której nie przy­padł do gu­stu? Roz­pacz­li­wie myślał o uda­nych pierw­szych rand­kach. Czyżby osza­lał? Fir­mo­wa stołówka z pew­nością nie robiła do­bre­go pierw­sze­go wrażenia. Ale to nie po­win­no się li­czyć. Mu­siał ra­to­wać sy­tu­ację.

– Zjedz­my ko­lację w ja­kimś wyjątko­wym miej­scu – za­pro­po­no­wał.

– Do­brze.

– Może w. Can­lis? Cam­pa­gne? Ro­ver’s? – wy­mie­niał ko­lej­ne dro­gie re­stau­ra­cje, choć nig­dy w żad­nej z nich nie był. – Możemy popłynąć kli­pe­rem do Vic­to­rii. Ka­na­da jest bar­dzo ro­man­tycz­na.

– Na łodziach wy­mio­tuję – wy­znała Me­re­dith.

– To może pójdzie­my do tej re­stau­ra­cji na szczy­cie Spa­ce Ne­edle?

– Lu­bisz ba­se­ball? – spy­tała.

Sam wstrzy­mał od­dech. Czy to jest pod­chwy­tli­we py­ta­nie?

– Tak – od­po­wie­dział.

– Więc może zje­my ko­lację na sta­dio­nie ba­se­bal­lo­wym? W so­botę wie­czo­rem? Hot dogi i mecz? Może będzie faj­niej.

***

Mecz był faj­ny. Ko­la­cja też. Trochę bar­dziej swo­bod­na niż te pro­po­no­wa­ne przez Sama, ale w re­aliach Se­at­tle nadal ucho­dziła za wymyślną. Po­dob­nie jak mecz wy­bra­ny przez Me­re­dith. Py­ta­nia, którymi za­sy­pała go po ko­la­cji, przy­po­mi­nały eg­za­min z an­giel­skie­go, choć Sam czuł większą presję (nic dziw­ne­go, sko­ro i staw­ka była wyższa). Tak samo było z ko­reańskim hor­ro­rem w ki­nie za trzy do­la­ry i trwającą cały dzień wy­cieczką w góry Hur­ri­ca­ne Rid­ge. Mimo to nie od razu między nimi za­iskrzyło.

– Nie mogę oprzeć się wrażeniu – zaczęła Me­re­dith po tym, gdy obo­je wzięli prysz­nic (każde osob­no), wy­su­szy­li włosy i sie­dzie­li na podłodze w sa­lo­nie w jej miesz­ka­niu, przy czer­wo­nym wi­nie, świe­cach i taj­skim je­dze­niu na wy­nos – że jesz­cze mnie nie pocałowałeś.

– Nie? – Sam udał zdzi­wie­nie.

– Nie.

– Cóż za dziw­ne prze­ocze­nie. Jak sądzisz, dla­cze­go?

– Może dla­te­go, że mnie nie lu­bisz?

– Chy­ba jed­nak nie o to cho­dzi.

– Może mnie lu­bisz, ale uważasz, że je­stem pa­skud­na?

– To chy­ba też nie to. – Przy­sunął się do niej.

– Może wszyst­ko przez to, że je­steś kiep­skim pro­gra­mistą i al­go­rytm, który wymyśliłeś, nie działa, a my w ogóle do sie­bie nie pa­su­je­my. Two­rzy­my gównianą parę, uro­dzi­liśmy się pod nieszczęśliwą gwiazdą, mamy pe­cha i między nami nie ma żad­nej che­mii.

– Je­stem ge­nial­nym pro­gra­mistą – za­pew­nił Sam.

– A może się bo­isz? – dro­czyła się z nim Me­re­dith.

– Cze­go?

– Od­rzu­ce­nia.

– Nie sądzę. A może to ty się bo­isz?

– Ja?

– Tak, ty. – Sam przy­sunął się jesz­cze bliżej. – Może to ty bo­isz się mnie pocałować? Może je­steś tchórzem i na samą myśl o pocałunku trzęsiesz się jak osi­ka?

– Co to w ogóle zna­czy? – prychnęła. – Jak­bym była drze­wem? Małą dziew­czynką? Jak­by wszyst­kie emo­cje spro­wa­dzały się do świa­ta roślin?

– Bo tak jest. No wiesz, sil­ny jak dąb, za­ko­cha­ny w so­bie jak nar­cyz – mruknął na­stro­jo­wo Sam. – Brak ci od­wa­gi, więc drżysz jak osi­ka i wma­wiasz so­bie, że nie chcesz mnie pocałować.

– Znasz się na rze­czy, Sa­mie.

– To źle? – spy­tał, pro­stując się. Pa­trzył na nią spod półprzy­mkniętych po­wiek i tak bar­dzo po­chy­lał się w jej stronę, że zaczęło mu się kręcić w głowie.

Nie od­po­wie­działa od razu.

– Lubię mądrych mężczyzn, ale im mniej roz­ma­wia­my o rośli­nach przed pierw­szym pocałunkiem, tym le­piej.

– Nie wie­działem, że tak to wyj­dzie.

– Cóż, wygląda więc na to, że nie wiesz wszyst­kie­go.

Czy to ona go pocałowała, czy może on pocałował ją? Może byli tak bli­sko sie­bie, że ko­lej­ny wdech połączył ich usta, a może to osza­lałe ser­ce Sama pchnęło go w jej stronę? Czy to było prze­zna­cze­nie? Zgod­ność? Che­mia? A może in­for­ma­ty­ka? Sam prze­stał się tym przej­mo­wać. Prze­stał o tym myśleć. Za­po­mniał o bożym świe­cie.

Całowa­li się przez chwilę, a gdy prze­sta­li, sie­dzie­li w mil­cze­niu, wsłucha­ni w swo­je przy­spie­szo­ne od­de­chy. Miesz­ka­nie Me­re­dith ozda­biały zwi­sające z su­fi­tu mo­de­le sa­mo­lotów. Ich cie­nie, ro­ze­dr­ga­ne w świe­tle świec, spra­wiły, że Sam miał wrażenie, iż uno­si się w po­wie­trzu. A może powód był inny.

– To było miłe – ode­zwała się Me­re­dith. – Dla­cze­go po­trze­bo­wałeś aż tyle cza­su?

– Dla­cze­go ty po­trze­bo­wałaś aż tyle cza­su? – od­parł bez­tro­sko. Próbował wrócić do roz­mo­wy o tchórzu i osi­ce, cze­kając, aż jego sza­lejące ser­ce wresz­cie się uspo­koi. Za­miast tego po­wie­dział szcze­rze: – Wy­da­je mi się… To zna­czy… je­stem pew­ny, że to będzie mój ostat­ni pierw­szy pocałunek. Chciałem się nim roz­ko­szo­wać.

– I jak było?

– Za­po­mniałem – wy­znał, na co od­po­wie­działa szcze­rym uśmie­chem. – Pozwól, że spróbuję jesz­cze raz.

Tu Lon­dyn

Na­za­jutrz rano Sam leżał na boku i przez mi­nutę albo dwie przyglądał się śpiącej i po­tar­ga­nej Me­re­dith.

– Czy to zna­czy, że po­wi­nie­nem się wpro­wa­dzić? – za­py­tał w końcu.

– Co?

– Chcesz, żebym się wpro­wa­dził, czy wo­lisz za­cze­kać?

– Myślałam o brun­chu – od­parła.

– A więc po­wi­nie­nem zacząć się pa­ko­wać?

– Myślałam o brun­chu, a po­tem może o spa­ce­rze. Żar­tu­jesz?

– To pierw­szorzędny al­go­rytm, Mer­de – za­pew­nił.

– Pierw­szorzędny?

– Nie myli się. Sam go opra­co­wałem. Masz do czy­nie­nia z pro­duk­tem naj­wyższej jakości.

– Mimo to wolałabym, żeby między pierw­szym pocałunkiem a wspólnym miesz­ka­niem minęło trochę więcej cza­su niż dwa­naście go­dzin.

Sam za­sta­na­wiał się przez chwilę.

– Więc może ty wpro­wa­dzisz się do mnie?

– Nie sądzę, żeby o to tu cho­dziło, ale nie po­pa­daj w pa­ra­noję, nie wpro­wadzę się do two­jej ka­wa­ler­ki.

– Dla­cze­go nie?

– Bo two­ja sy­pial­nia to po­dest z ma­te­ra­cem, two­ja kuch­nia to je­den pal­nik, a ja mam dwa psy.

– I mnóstwo maleńkich sa­mo­lotów. A więc o to cho­dzi.

– Jedź do Lon­dy­nu. Później po­roz­ma­wia­my.

Sam le­ciał do Lon­dy­nu na co­roczną między­na­ro­dową kon­fe­rencję poświęconą tech­no­lo­gii ser­wisów społecz­nościo­wych. Ta od­by­wała się pod hasłem „Lon­dyn, mia­sto miłości: po­wierz swo­je uczu­cia tech­no­lo­gii”. Tytuł był głupi i nie­ja­sny. Lon­dyn to mia­sto wie­lu rze­czy (słysząc „Lon­dyn”, człowiek myśli o her­ba­cie, mu­miach i ziem­nia­kach w mun­dur­kach), ale na pew­no nie miłości. Kon­fe­rencję – jak to zwy­kle bywa – za­pla­no­wa­no na długo przed tym, za­nim Sam od­krył, że będzie to ty­dzień, w którym on sam się za­ko­cha. Robił wszyst­ko, żeby Me­re­dith z nim po­je­chała.

– W kon­fe­ren­cji po­wi­nien brać udział ktoś z mar­ke­tin­gu – tłuma­czył Ja­mie­mu. – Moja pre­zen­ta­cja do­ty­czy al­go­ryt­mu. Będzie­my do­sko­nałą re­klamą. – Jed­nak nic nie wskórał.

– Uważam, że jeśli po­le­cisz sam, przy­ciągniesz większą uwagę – od­rzekł Ja­mie.

I po­niekąd miał rację. Sam nie na­rze­kał na brak obo­wiązków. Nie­kończące się spo­tka­nia z in­we­sto­ra­mi, którym mu­siał przed­sta­wiać swój pro­jekt, roz­mo­wy, w których brał udział, późne śnia­da­nia, na których mu­siał się po­ja­wiać, plus drob­ne uster­ki, które mu­siał na­pra­wiać – nie­uchron­ne, gdy człowiek pra­cu­je na pożyczo­nym sprzęcie, z dala od domu, kie­dy w grę wchodzą na­prawdę duże pie­niądze i wpływy, a cała kon­ku­ren­cja pa­trzy ci na ręce i wszyst­ko musi iść tak jak należy. Sam nie ro­zu­miał, jak to możliwe, że w miej­scu, w którym wszy­scy w pro­mie­niu trzech prze­cznic pra­cują w branży kom­pu­te­ro­wej, a cała kon­fe­ren­cja poświęcona jest naj­now­szym tech­no­lo­giom, zda­rza się tyle uste­rek tech­nicz­nych – i z tak wie­lo­ma musi ra­dzić so­bie sam – ale nie miał cza­su się nad tym za­sta­na­wiać. Oprócz tego chciał zwie­dzić mnóstwo muzeów, kościołów i tar­go­wisk, wypić mo­rze piwa i pójść do te­atru. Pragnął włóczyć się po uli­cach Lon­dy­nu w desz­czo­wy dzień, pa­trzeć na rzekę, po­pi­jać her­batę i tęsknić za Me­re­dith. W ciągu tych dwóch ty­go­dni, które mu­siał spędzić z dala od niej, czuł się sa­mot­ny i opusz­czo­ny. Tęskno­ta za nią była nie­mal na­ma­cal­na. Miał wrażenie, że usu­nięto mu płuco. A jed­nak ko­chał każdą chwilę tej sa­mot­ności.

Pierw­szej nocy, w dro­dze do ho­te­lu, wstąpił do chińskiej re­stau­ra­cji przy Tot­ten­ham Co­urt Road i do­stał cia­stecz­ko z wróżbą: Rozłąka umac­nia uczu­cia. Wysłał to Me­re­dith.

Nie­praw­da, od­pi­sała. Rozłąka spra­wia, że człowiek głupie­je.

Wrócił do ho­te­lu, przy­go­to­wał się do snu i za­dzwo­nił do niej.

– Co to zna­czy, że człowiek głupie­je? – spy­tał.

– Je­stem w pra­cy – od­parła.

– Poważnie? Tu jest po sie­dem­na­stej. Idź do domu i za­dzwoń do mnie.

– Wy­chodzę z Na­ta­lie. Możemy po­roz­ma­wiać ju­tro?

– Tyl­ko jeśli po­wiesz, co miałaś na myśli, pisząc, że człowiek głupie­je – upie­rał się Sam.

– Ju­tro – powtórzyła Me­re­dith i zakończyła roz­mowę. O piątej trzy­dzieści obu­dził go sy­gnał wi­de­ocza­tu. Dzwo­nił przez chwilę, za­nim w końcu wy­rwał Sama ze snu, w którym sie­dział uwięzio­ny na pod­wod­nym to­rze przeszkód, za­nim w końcu ude­rzył w dzwo­nek i do­stał na­grodę.

– Mmm… halo? – mruknął.

– Hej – po­wi­tała go śpiew­nym, ra­do­snym głosem. Była pi­ja­na.

– Mmm…

– Je­steś tam?

– Mmm.

– Mam wrażenie, jak­byś był w ja­ski­ni.

– Nie je­stem w ja­ski­ni.

– Nic nie widzę.

– Jest ciem­no.

– Dla­cze­go?

– Bo jest noc.

– Nie, to tu­taj jest noc. U cie­bie musi być ra­nek.

– W za­sa­dzie to możliwe – od­parł, po­wo­li wra­cając do rze­czy­wi­stości. – Ale słońce jesz­cze nie wzeszło.

– W Lon­dy­nie jest lato – obu­rzyła się Me­re­dith. – Tam za­wsze świe­ci słońce.

– Chy­ba mnie nie ro­zu­miesz. Jest ciem­no, po­nie­waż mam zaciągnięte zasłony. Po­nie­waż jest noc.

– Nie masz pro­blemów ze spa­niem w związku ze zmianą stref cza­so­wych?

– Je­stem wy­traw­nym śpio­chem.

– Nie po­wi­nie­neś być odro­binę bar­dziej ra­do­sny?

– Jest nie­wie­le rze­czy, które spra­wiają, że je­stem ra­do­sny o piątej trzy­dzieści rano.

– Chcesz wie­dzieć, dla­cze­go rozłąka spra­wia, że człowiek głupie­je?

– Ja­sne. Dla­cze­go?

– Włącz światło, żebym cię wi­działa.

Odwrócił się, włączył światło i mrużąc oczy, spoj­rzał na Me­re­dith, od której dzie­liła go połowa świa­ta i dwu­na­sto­go­dzin­na różnica cza­su.

– Człowiek głupie­je, bo idzie ze swoją naj­lepszą przy­ja­ciółką, której nie wi­dział od ty­go­dni, do ulu­bio­ne­go baru, w którym nie był od mie­sięcy, żeby zo­ba­czyć, jak ulu­bio­na drużyna po­ko­nu­je New York Yan­ke­es je­de­naście do jed­ne­go, i ma wrażenie, że przez cały wieczór cze­goś mu bra­ku­je.

– Tęskno­ta za mną to nie sza­leństwo. To zdro­wy rozsądek.

– Do­bra­noc, Sam.

– Łatwo ci mówić. To nie ty zamówiłaś bu­dze­nie te­le­fo­nicz­ne na szóstą rano.

– Two­ja pre­zen­ta­cja jest ju­tro?

– Dziś. Tak.

– Two­ja główna pre­zen­ta­cja?

– Dokład­nie ta.

– Przed set­ka­mi na­prawdę mądrych lu­dzi?

– Może na­wet tysiącami.

– A stawką jest przyszłość całej fir­my, na­szej fir­my?

– Je­stem na­prawdę wielką szychą.

– De­ner­wu­jesz się?

– Co­raz bar­dziej.

– Chry­ste, Sam, na­prawdę po­wi­nie­neś się wy­spać.

***

Kie­dy Sam pod­niósł ro­le­ty, prze­ko­nał się, że w po­ko­ju zro­biło się nie­wie­le jaśniej niż wte­dy, gdy były opusz­czo­ne. Go­dzinę później spo­tkał się w holu z Ja­miem. Ja­mie po­cho­dził z Lon­dy­nu. Rok temu przy­je­chał do Se­at­tle na prośbę Wiel­kie­go Bra­ta, żeby po­kie­ro­wać wy­działem, w którym pra­co­wał Sam. Twier­dził, że za­wdzięcza wszyst­ko swo­im zdol­nościom przywódczym i spe­cja­li­stycz­nej wie­dzy. Jed­nak Sam po­dej­rze­wał, że Wiel­ki Brat po­lu­bił jego bry­tyj­ski ak­cent, dzięki któremu Ja­mie spra­wiał wrażenie mądre­go i oby­te­go w świe­cie, gdy ze sto­ic­kim spo­ko­jem tłuma­czył, dla­cze­go na­pu­szo­ne po­mysły Wiel­kie­go Bra­ta są nie­możliwe do zre­ali­zo­wa­nia. Za­nim tra­fił do branży kom­pu­te­ro­wej, kształcił się na ak­to­ra szek­spi­row­skie­go, dla­te­go mówił o naj­drob­niej­szych szczegółach z cha­rak­te­ry­stycz­nym dra­ma­ty­zmem, in­to­nacją i po­wagą, które do­sko­na­le har­mo­ni­zo­wały z tym, co Wiel­ki Brat sądził na swój te­mat. W Lon­dy­nie Ja­mie był nie tyl­ko sze­fem Sama, ale i prze­wod­ni­kiem. I za­go­rzałym obrońcą królo­wej.

– Wa­sza po­go­da jest do dupy, chłopie – po­wi­tał go Sam, siląc się na ak­cent z Mon­ty Py­tho­na.

– Wa­sza po­go­da jest do dupy, koleś – po­pra­wił go Ja­mie. – Zresztą, co ty wiesz? Miesz­kasz w Se­at­tle. Wa­sza po­go­da jest tak samo do dupy jak na­sza.

– Ale le­piej so­bie z nią ra­dzi­my.

– Bądź łaskaw wytłuma­czyć mi, co masz na myśli.

– Bary ka­wo­we – rzu­cił Sam.

– Puby – zri­po­sto­wał Ja­mie.

– Ja­sne, bo człowie­ko­wi, który wiecz­nie mok­nie, po­trze­ba zim­ne­go piwa i środków uspo­ka­jających.

– Piwo w An­glii nie jest zim­ne.

– Nie mam nic więcej do do­da­nia – uciął Sam.

– Możemy zamówić ci kawę – za­pro­po­no­wał Ja­mie, kie­dy szli w stronę sta­cji me­tra.

– Ja­sne, gównianą kawę.

W od­po­wie­dzi Ja­mie we­pchnął go do kałuży, więc Sam pro­wa­dził pre­zen­tację w mo­krych bu­tach. Mimo to on i jego al­go­rytm spo­tka­li się z nie­zwy­kle ciepłym przyjęciem, a część poświęcona na py­ta­nia i od­po­wie­dzi mu­siała zo­stać prze­rwa­na po półto­rej go­dzi­nie, po­nie­waż ktoś inny (komu Sam był do­zgon­nie wdzięczny) po­trze­bo­wał sali.

Ja­mie po­sta­no­wił uczcić suk­ces, za­pra­szając go na lunch do pubu nie­opo­dal ka­te­dry Świętego Pawła, gdzie Sam wypił duży ku­fel naj­lep­sze­go piwa na świe­cie po­da­wa­ne­go w tem­pe­ra­tu­rze po­ko­jo­wej. Później prze­szli przez most do Tate Mo­dern, żeby rzu­cić okiem na eks­po­nat wypełniający gi­gan­tycz­ny hol: ma­kietę Lon­dy­nu. Zro­bio­no ją z pian­ki, więc gdy ktoś miał ochotę na­depnąć na bu­dy­nek Te­atru Na­ro­do­we­go albo – dosłownie – po­tknąć się o Big Bena, mógł to uczy­nić bez obaw, że zro­bi so­bie krzywdę albo uszko­dzi eks­po­nat. Ma­kie­ta sięgała do pasa, a jej twórcy za­dba­li o szczegóły do tego stop­nia, że przez okna Tur­bi­ne Hall w mi­nia­tu­ro­wej Tate widać było pa­no­ramę mia­sta. Spa­ce­ro­wa­li uli­ca­mi bar­dziej su­chy­mi niż te praw­dzi­we, aż Ja­mie zna­lazł miesz­ka­nie, w którym do­ra­stał, i nie­chcący za­cze­pił ma­ry­narką o re­stau­rację, o której ist­nie­niu za­po­mniał. Ko­niecz­nie chciał za­brać tam Sama na ko­lację.

– Czy nie je­stem do­brym sze­fem? – spy­tał.

– Je­steś.

– To była do­sko­nała pre­zen­ta­cja, Sam. Bar­dzo in­te­li­gent­na. Po­wie­działbym, że ge­nial­na.

– Dziękuję.

– Dasz so­bie radę – dodał Ja­mie.

– Tak myślisz?

– Ja­sne, nic ci nie będzie. – Po tych słowach ru­szył w stronę To­wer.

Gdy Sam był na ko­lej­nym piętrze ga­le­rii, do­stał SMS od Me­re­dith:

Za­mor­duję cię, pisała. W trak­cie po­ran­ne­go spo­tka­nia spoj­rzałam na swo­je sto­py i zo­ba­czyłam, że mam je­den but nie­bie­ski, a dru­gi czar­ny.

Niby dla­cze­go jest to moja wina? – od­pi­sał.

Rozłąka spra­wia, że człowiek głupie­je.

***

Resz­ta po­by­tu w Lon­dy­nie wyglądała mniej więcej tak samo. Rano kon­fe­ren­cja. Po południu wałęsa­nie się po mieście w to­wa­rzy­stwie Ja­mie­go. Cze­ka­nie, aż Me­re­dith się obu­dzi i za­dzwo­ni/wyśle SMS/po­ja­wi się na cza­cie/wyśle wia­do­mość/albo w ogóle da znać, że żyje, ma się do­brze i o nim myśli. Na bieżąco prze­syłała mu listę do­wodów na to, że jego nie­obec­ność do­pro­wa­dza ją do obłędu.

3) Przez pomyłkę na­zwałam bar­mankę mamą.

4) Wy­pro­wa­dzając psy na spa­cer, za­po­mniałam wziąć to­rebkę i mu­siałam sprzątać psie kupy, używając liści.

5) Sprzątnęłam psią kupę, używając liścia, cho­ciaż nikt nie pa­trzył i cho­ciaż nie leżała na środ­ku chod­ni­ka. Je­stem zda­nia, że lu­dzie po­win­ni uważać, gdzie chodzą, za­miast używać tych wszyst­kich pla­sti­ko­wych to­re­bek, które za­le­gają na wy­sy­pi­skach śmie­ci, choć te, których ja używam, ule­gają bio­de­gra­da­cji, ale nie wte­dy, gdy zo­sta­wiam je w domu.

6) Za­po­mniałam spi­sać spe­cy­fi­ka­cje użyt­kow­ników za maj/czer­wiec, nie dokończyłam sto­ry­bo­ar­du dla Wil­son-Ab­bot ani nie spo­tkałam się z Erin: początek w przyszłym mie­siącu, tak więc muszę mieć się na bacz­ności na po­ran­nym ze­bra­niu, żeby nie do­stać re­pry­men­dy (!) (jak­bym była jego czte­ro­let­nią córeczką) od Ed­mon­so­na. Wszyst­ko przez to, że myślałam o To­bie, myślałam o To­bie, myślałam o To­bie i… myślałam o To­bie.

7) Nie za­cho­wałam nu­me­ru 6 w ta­jem­ni­cy i dla­te­go muszę być spo­koj­na, opa­no­wa­na i non­sza­lanc­ka, uda­wać za­in­te­re­so­waną, choć nie prze­sad­nie, i odro­binę zdy­stan­so­waną. Obłęd.

Sam czuł się, jak­by je­dy­ne oca­lałe płuco odmówiło mu posłuszeństwa. Nie mógł się do­cze­kać po­wro­tu do domu.

***

Ostat­nia część ostat­nie­go dnia kon­fe­ren­cji miała się wresz­cie ku końcowi. Sam ode­tchnął z ulgą na myśl, że nie będzie mu­siał zma­gać się z ko­lej­ny­mi uster­ka­mi, jego uwa­gi nie zaprzątną już żadne spo­tka­nia, nie będzie zmu­szo­ny brać udziału w żad­nych wy­da­rze­niach, a za dzie­więtnaście go­dzin wróci sa­mo­lo­tem do resz­ty swo­je­go życia. Spo­tkał się z Ja­miem w tym sa­mym pu­bie, w którym je­dli lunch. Sprze­da­wa­ne tam duże piwo było ko­lej­na rzeczą, oprócz Me­re­dith, nie­dającą mu przez cały ty­dzień spo­ko­ju.

Ja­mie przy­szedł spóźnio­ny, prze­mo­czo­ny i wyraźnie roz­drażnio­ny. Kupił dwa piwa i usiadł na­prze­ciw­ko Sama.

– Do­pie­ro zacząłem pić. – Sam wska­zał głową pra­wie pełną szklankę. De­lek­to­wał się do­sko­nałym sma­kiem.

– Oba są dla mnie – warknął Ja­mie. – Chcesz usłyszeć do­bre czy złe wieści? – spy­tał.

Doświad­cze­nie za­wo­do­we na­uczyło Sama, że do­bre wieści nig­dy nie są na tyle do­bre, by przyćmić te złe. Nie ma co porówny­wać. A na­wet jeśli tak, roz­mo­wa nig­dy nie za­czy­nała się w ten sposób.

– Do­bra wia­do­mość jest taka, że Wiel­ki Brat jest za­chwy­co­ny prze­bie­giem kon­fe­ren­cji – oznaj­mił Ja­mie. – Jego zda­niem wszyst­ko poszło jak z płatka. Na­sze wystąpie­nia były wol­ne od uste­rek. Twój al­go­rytm i pre­zen­ta­cja dosłownie rzu­ciły lu­dzi na ko­la­na. Fir­ma ma się do­sko­na­le. In­we­sto­rzy pieją z za­chwy­tu. Uczy­ni­liśmy go bar­dzo bo­ga­tym człowie­kiem.

– Właśnie o to mi cho­dziło – od­parł Sam. – Jak brzmią złe wieści?

Ja­mie się skrzy­wił.

– Złe wieści są ta­kie, że Wiel­ki Brat kazał mi cię zwol­nić.

Sam pomyślał, że to jakiś kiep­ski żart.

– Żar­tu­jesz – wy­krztu­sił.

– Nie.

– Dla­cze­go?

– Twój al­go­rytm kosz­to­wał firmę for­tunę. Jest ge­nial­ny. Po­wi­nie­neś do­stać za nie­go jakąś na­grodę albo coś. Wiel­ki Brat uważa, że je­steś ge­niu­szem. Ale to, co stwo­rzyłeś, działa za do­brze.

– Jak to „za do­brze”?

– Wygląda na to, że nie za­ra­bia­my na swa­ta­niu lu­dzi. Wo­li­my dawać im na­dzieję, że już wkrótce, nie­ba­wem spo­tkają swoją drugą połowę. To działa za szyb­ko. Do­cho­dy z re­je­stra­cji na por­ta­lu osiągają nie­bo­tycz­ny po­ziom, ale mie­sięczne opłaty nie przy­noszą pra­wie żad­nych zysków. To kosz­tu­je Wiel­kie­go Bra­ta for­tunę.

– Właśnie po­wie­działeś, że uczy­ni­liśmy go bar­dzo bo­ga­tym człowie­kiem – za­uważył Sam.

– Chce być jesz­cze bo­gat­szy. Właśnie dla­te­go jest sze­fem wszyst­kich szefów.

– Ale właśnie po­wie­działeś, że jest za­do­wo­lo­ny z tego, jak wszyst­ko poszło.

– Dla­te­go, żeby cię zwol­nić, cze­kał do końca kon­fe­ren­cji.

Teo­ria, że do­bre wieści nig­dy nie są na tyle do­bre, by przyćmić te złe, po raz ko­lej­ny zna­lazła po­twier­dze­nie. Jak widać, uczy­nie­nie Wiel­kie­go Bra­ta bo­ga­tym człowie­kiem wca­le nie wyszło Sa­mo­wi na do­bre.

Gdy tyl­ko wrócił do ho­te­lu, za­dzwo­nił do Me­re­dith, cho­ciaż wie­dział, że jesz­cze śpi.

– Od­gry­wasz się na mnie? – spy­tała sen­nie.

– Chcesz usłyszeć dobrą czy złą wia­do­mość? – spy­tał.

– Aha.

– Wy­la­li mnie.

– Co?! Dla­cze­go?

– Ja­mie mówi, że kosz­tuję Wiel­kie­go Bra­ta za dużo pie­niędzy.

– Ten al­go­rytm jest ge­nial­ny. Ty je­steś ge­nial­ny.

– On też tak twier­dzi. Ale nie jest opłacal­ny dla fir­my. Widać na dłuższą metę rozgłos to za mało. Po­dob­no lu­dzie już zaczęli żałować, że wymyśliłem coś ta­kie­go.

– Ja nie żałuję – za­pew­niła Me­re­dith.

– To dla­te­go, że je­steś sza­lo­na.

– W ta­kim ra­zie ja też odejdę.

– Le­piej tego nie rób.

– Stanę na cze­le bun­tu. Pociągnę za sobą cały dział mar­ke­tin­gu. Zo­ba­czy­my, jak Wiel­ki Brat so­bie bez nas po­ra­dzi.

– Szko­da za­cho­du.

– To nie w porządku. Po­wi­nien cię awan­so­wać, nie zwal­niać.

– Przy­da mi się trochę wol­ne­go.

– Och, Sam, tak mi przy­kro. Co mogę dla cie­bie zro­bić?

– Ju­tro po południu ode­brać mnie z lot­ni­ska.

Li­vvie

O dzi­wo, Me­re­dith nie cze­kała na nie­go na lot­ni­sku. Nie było jej, kie­dy wy­szedł z od­pra­wy i gdy od­bie­rał bagaż. Nie za­dzwo­niła na­wet, żeby go prze­pro­sić i po­wie­dzieć, że lada chwi­la będzie na miej­scu. Za­sta­na­wiał się, czy po­wi­nien się mar­twić, czy złościć, kie­dy otrzy­mał SMS:

Prze­pra­szam. Spo­tkaj­my się u mnie, wszyst­ko Ci wytłumaczę.

Sam wsiadł do ko­lej­ki miej­skiej, za­nie­po­ko­jo­ny bez­na­miętnym to­nem wia­do­mości. Nie wie­dział, czy Me­re­dith stchórzyła, uznała, że woli uma­wiać się z kimś, kto ma pracę, a może doszła do wnio­sku, że rozłąka rze­czy­wiście wzmac­nia uczu­cia, a stęsknio­ne ser­ce bije moc­niej niż wte­dy, gdy uko­cha­ny jest tuż obok. Ist­niała też szan­sa, że po­wi­ta go w drzwiach zupełnie naga. Był tyl­ko je­den sposób, by się o tym prze­ko­nać, i choć nie po­le­gał on na czy­ta­niu tej sa­mej wia­do­mości trzy­dzieści pięć razy, to właśnie po­sta­no­wił zro­bić Sam.

Me­re­dith otwo­rzyła drzwi ubra­na w spodnie od dre­su, spor­tową bluzę, sza­lik, czapkę, mi­ten­ki i kil­ka par skar­pet. W żad­nym wy­pad­ku nie była więc naga. Przy­tu­liła się do nie­go i Sam po­czuł, że od­zy­sku­je płuca. Przez chwilę trzy­mał ją w ra­mio­nach, roz­ko­szując się jej bli­skością, za­nim szepnął:

– Jest sier­pień. Dwa­dzieścia czte­ry stop­nie. Dla­cze­go ubrałaś się jak na zimę?

– Nie mogę się roz­grzać. Cały czas się trzęsę.

– Je­steś cho­ra?

Pokręciła głową, nie patrząc na nie­go.

– Prze­pra­szam, że za­po­mniałam po cie­bie przy­je­chać.

– Nic się nie stało. – Był za­in­try­go­wa­ny i cze­kał na rozwój wy­da­rzeń.

– Rozłąka chy­ba na­prawdę spra­wia, że człowiek głupie­je.

– Ale wróciłem – od­parł radośnie.

– Nie mówię o to­bie. Moja bab­cia umarła.

***

Naj­gor­sze było to, że zna­le­zio­no ją do­pie­ro kil­ka dni po śmier­ci. Bab­cia Me­re­dith, Oli­via – Li­vvie – spędzała zimy na Flo­ry­dzie, jak przy­stało na rozsądną eme­ry­to­waną miesz­kankę Se­at­tle, jed­nak la­tem wra­cała do domu i miesz­kała w po­bliżu córki i wnucz­ki, oto­czo­na przy­ja­ciółmi, wspo­mnie­nia­mi i ulu­bio­ny­mi miej­sca­mi. Miała miesz­kanie w wieżowcu na First Hill, w którym miesz­kała od pięćdzie­sięciu lat; to samo, w którym do­ra­sta­li mama i wu­jek Me­re­dith i gdzie Me­re­dith spędziła naj­lep­sze chwi­le dzie­ciństwa. Jej ro­dzi­ce wy­je­cha­li na wyspę Or­cas, żeby być ar­ty­sta­mi i żyć jak artyści, tak więc Me­re­dith do­ra­stała w pra­cow­ni garn­car­skiej, go­spo­dar­stwie rol­nym, pośród sma­ga­nych wia­trem plaż i sta­rych jodłowych lasów, jed­nak gdy­by to zależało od niej, na­tych­miast prze­niosłaby się do sta­roświec­kie­go miesz­kania bab­ci. Dla­te­go przy pierw­szej lep­szej oka­zji wróciła do mia­sta. Ona i Li­vvie były prak­tycz­nie sąsiad­ka­mi.

Me­re­dith przy­najm­niej raz w ty­go­dniu cho­dziła do bab­ci na ko­lację, choć równie często, w dro­dze do pra­cy, wpa­dała na śnia­da­nie. Spo­ty­kała się z Li­vvie w prze­rwie na lunch, zaglądała do niej, żeby pod­rzu­cić spódnicę do skróce­nia, przy­nieść kawałek cia­sta, które upiekła, zupę, cze­reśnie albo pudełko cia­ste­czek ku­pio­nych od skau­tek. Nie cho­dziło o to, że Li­vvie była zbyt sta­ra, nie­dołężna i zmęczo­na, by dać so­bie radę, po pro­stu lubiły swo­je to­wa­rzy­stwo. Bywało i tak, że Me­re­dith nie miała pojęcia, co się u bab­ci dzie­je. Li­vvie miała mnóstwo przy­ja­ciół i pro­wa­dziła bo­ga­te życie to­wa­rzy­skie. Była zdro­wa, ale wy­pa­lała pół pacz­ki pa­pie­rosów dzien­nie. Kie­dy Me­re­dith wspo­mi­nała coś na ten te­mat, uci­nała roz­mowę, mówiąc: „Palę od sześćdzie­sięciu lat. Naj­wy­raźniej mi to służy, sko­ro do tej pory nie umarłam”.

I naj­wy­raźniej się myliła. W środę Me­re­dith i Li­vvie zjadły ra­zem ko­lację i umówiły się na brunch w week­end. W piątek wie­czo­rem Me­re­dith za­dzwo­niła do bab­ci i zo­sta­wiła wia­do­mość, że przy­nie­sie jej pół pudła po­mi­dorów, które sąsiad ho­do­wał w ogródku. Do­pie­ro w so­botę po południu uświa­do­miła so­bie, że Li­vvie nie dała zna­ku życia i że nie omówiły szczegółów week­endowego brun­chu – po­dob­ne sy­tu­acje zda­rzały się już wcześniej, ale Me­re­dith zaczęła się nie­po­koić. Li­vvie była wiecz­nie zajęta, ale prze­cież miała komórkę. Me­re­dith za­dzwo­niła jesz­cze raz, zo­sta­wiła ko­lejną wia­do­mość, i jesz­cze jedną, jed­nak był późny so­botni wieczór. W nie­dzielę z sa­me­go rana poszła do jej miesz­ka­nia.

Li­vvie sie­działa na so­fie z oku­la­ra­mi do czy­ta­nia na no­sie i książką na ko­la­nach. Na sto­li­ku obok stała nie­tknięta szklan­ka wody. Jed­nak na tym sie­lan­ko­wa sce­ne­ria się kończyła. Wy­star­czyło jed­no spoj­rze­nie, by Me­re­dith wie­działa, co się stało. Prawdę mówiąc, wie­działa już wcześniej, kie­dy otwo­rzyła drzwi do miesz­ka­nia i nie usłyszała ra­dia na­dającego re­lację z me­czu, nie po­czuła za­pa­chu kawy i nie­dziel­nych baj­gli, gdy zo­ba­czyła zaciągnięte zasłony i za­mknięte okna. Li­vvie za­wsze od­dzwa­niała, uwiel­biała Me­re­dith i była słowna, zwłasz­cza gdy cho­dziło o brun­che.

Jakiś czas później przy­je­chało po­go­to­wie, wyłącznie po to, by po­twier­dzić przy­pusz­cze­nia Me­re­dith. Le­karz orzekł, że przy­czyną śmier­ci Li­vvie był roz­legły atak ser­ca. Tak roz­legły, że wcześniej nie po­ja­wiły się żadne symp­to­my. Tak roz­legły, że nie zdążyła na­wet zdjąć oku­larów, wstać z ka­na­py i upaść na podłogę, we­zwać po­mo­cy ani na­wet po­czuć pra­gnie­nia, dla­te­go szklan­ka nadal była pełna. Za­pew­ni­li Me­re­dith, że wszyst­ko wy­da­rzyło się tak szyb­ko, że nie czuła bólu, że i tak nie dałoby się nic zro­bić.

***

Na po­grze­bie Sam trzy­mał Me­re­dith za rękę, po­znał jej ro­dziców, krew­nych i przy­ja­ciół. Przed­sta­wiła mu wszyst­kich, dbając o to, by ani jed­na, ani dru­ga stro­na nie po­czuła się po­mi­nięta.

– To Na­omi. Ona i jej mąż w la­tach pięćdzie­siątych cho­dzi­li z mo­imi dziad­ka­mi na potańcówki. Na­omi i Li­vvie często bywały ra­zem w te­atrze. Na­omi jest do­sko­nałą tan­cerką. – Albo: – To Ralph i Ella Mae. Ulu­bie­ni to­wa­rzy­sze bab­ci, jeśli cho­dzi o ko­la­cje i fil­my. A to Pen­ny, naj­lep­sza przy­ja­ciółka bab­ci. Miesz­ka na dole. Nie­daw­no stra­ciła męża, dla­te­go po­dej­rze­wam, że gdy my tu so­bie sto­imy i ga­da­my, bab­cia i Al­bert bawią się w naj­lep­sze. – Po tych słowach Me­re­dith i Pen­ny padły so­bie w objęcia i zaczęły płakać, pod­czas gdy skrępo­wa­ny Sam stał z rękami w kie­sze­niach, spo­dzie­wając się, że lada chwi­la okaże się po­trzeb­ny.

Tym­cza­sem ro­dzi­ce Me­re­dith wyglądali na równie za­gu­bio­nych jak on. Ju­lia ocie­rała oczy zbyt długi­mi ręka­wa­mi, które ści­skała w zaciśniętych pięściach, i zakładała za uszy nie­ist­niejące pa­sma włosów. Wy­da­wała się wdzięczna Me­re­dith, że zajęła się wszyst­kim w tej jakże smut­nej sy­tu­acji, jed­nak za każdym ra­zem, gdy się z kimś witała albo próbowała uśmiechnąć, wy­bu­chała płaczem. Kyle oce­nił sy­tu­ację i naj­wy­raźniej do­szedł do wnio­sku, że Me­re­dith ra­dzi so­bie z nią le­piej niż Ju­lia, stał więc obok żony, przez co wyglądali jak fi­gur­ki nowożeńców na we­sel­nym tor­cie. Jed­nak ro­dzi­ce Me­re­dith za­cho­wy­wa­li się tak na­wet wte­dy, gdy wszyst­ko było jak należy. Kyle i Ju­lia sta­li ramię w ramię prze­ciw­ko całemu świa­tu. Byli wy­spia­rza­mi z północ­no-za­chod­nie­go wy­brzeża i lu­bi­li ta­kie życie. Mie­li zruj­no­waną pra­cow­nię ce­ra­miczną, a w niej sklep. Sami miesz­ka­li na górze i je­dli to, co wy­ho­do­wa­li w przy­do­mo­wym ogródku. W ciągu dnia ro­bi­li na­czy­nia i roz­ma­wia­li o sztu­ce, spa­ce­ro­wa­li po plaży, trzy­mając się za ręce, pływa­li ka­ja­kiem i odkrywa­li nie­zli­czo­ne za­tocz­ki. Żeby do­trzeć do Se­at­tle, które nazywa­li – bez iro­nii – Wiel­kim Mia­stem, mu­sie­li odbyć długą podróż pro­mem i jesz­cze dłuższą sa­mo­cho­dem. Nie pa­li­li ma­ri­hu­any, nie gar­dzi­li cy­wi­li­zacją, nie byli we­ga­na­mi i nie cho­dzi­li brud­ni. Two­rzy­li sztukę i pro­wa­dzi­li szczęśliwe życie. Jed­nak żyli z dala od świa­ta, rze­czy­wi­stości, a na­wet od swo­ich bli­skich. Mie­li kil­ku do­brych przy­ja­ciół i nie kon­tak­to­wa­li się z Me­re­dith, jeśli ona się do nich nie ode­zwała, tak samo jak nie roz­ma­wia­li z Li­vvie, jeśli to ona do nich nie za­dzwo­niła. To oczy­wi­ste, że ko­cha­li swoją je­dyną córkę. Ale równie moc­no ko­cha­li być tyl­ko we dwo­je.

Zupełnie in­a­czej miały się spra­wy z ku­zy­nem Me­re­dith.

– Da­shiell Ben­tli­ve­ly. – Wyciągnął do Sama rękę i ura­czył go uśmie­chem jak z re­kla­my pa­sty do zębów.

– Na­prawdę tak się na­zy­wasz? – Sam uśmiechnął się nie­pew­nie. Nie chciał ni­ko­go ura­zić, ale był prze­ko­na­ny, że to nie może być praw­dzi­we imię.

– Nie. – Da­shiell puścił do nie­go oko. – Ale na­wet mama przy­zna­je, że imię Da­shiell pa­su­je do mnie le­piej niż to, które wy­brała.

– Nie znałam go jesz­cze, gdy wy­bie­rałam dla nie­go imię. – Mad­die, ciot­ka Me­re­dith, wzru­szyła ra­mio­na­mi.

Da­shiell był sy­nem bra­ta Ju­lii, Jef­fa. On i Me­re­dith uro­dzi­li się tego sa­me­go dnia, więc trak­to­wa­li się jak bliźnięta, choć w rze­czy­wi­stości – oprócz uro­dzin i bab­ci – nie­wie­le ich łączyło. Da­shiell miesz­kał w Los An­ge­les, cza­sa­mi był ge­jem, cza­sa­mi he­te­ro, pra­co­wał i do­ro­bił się w szyb­kim tem­pie gdzieś w Hol­ly­wo­od, ale nie­ko­niecz­nie w branży fil­mo­wej. Me­re­dith nie ro­zu­miała, co robi, ani na­wet nie uda­wała, że to ro­zu­mie, nie za­da­wała też zbyt wie­lu pytań, ale i tak byli so­bie bli­scy.

– Wygląda na to, że te­raz ja je­stem matką rodu – oznaj­mił po uro­czy­stościach po­grze­bo­wych.

– A co ze mną? – spy­tała Ju­lia.

– Ty się do tego nie na­da­jesz – zbył ją Dash. Próbował się po­pi­sy­wać, ale kiep­sko so­bie ra­dził.

Po po­grze­bie, kie­dy wszy­scy roz­je­cha­li się do domów, ro­dzi­ce Me­re­dith po­szli do niej, a wu­jek Jeff i ciot­ka Mad­die wy­najęli pokój w luk­su­so­wym ho­te­lu w cen­trum mia­sta, co Mad­die skwi­to­wała jed­nym zda­niem: „Kie­dy życie cię przytłacza, zamów obsługę ho­te­lową”. Da­shiell za­trzy­mał się w miesz­ka­niu Li­vvie, tak więc Me­re­dith poszła do Sama, który – na­resz­cie – miał ją wyłącznie dla sie­bie, tulił ją i roz­ko­szo­wał się spo­tka­niem, o którym ma­rzył, wra­cając z dru­gie­go końca świa­ta. Nie wyglądało to tak, jak so­bie wy­obrażał, i nie bar­dzo wie­dział, jak się za­cho­wać – nie po­sia­dał się ze szczęścia, że zno­wu są ra­zem, i było mu przy­kro z po­wo­du stra­ty Me­re­dith – ale do­ty­kając jej pachnącej mo­rzem skóry, szep­tał o miłości, i to mu wy­star­czyło.

– Je­stem głodna – oznaj­miła na­gle.

– Na­prawdę?

– Tak. Dziw­ne, praw­da?

– Lodówka jest pu­sta. Nie było mnie w domu od dwóch ty­go­dni.

– Pamiętam – od­parła z uśmie­chem i za­raz dodała prze­stra­szo­na: – Za­po­mniałam.

Sam zna­lazł kil­ka pu­szek zupy i kra­ker­sy. Próbował nie oka­zy­wać radości, ale nie po­tra­fił nad nią za­pa­no­wać, tak bar­dzo się cie­szył, że zno­wu są ra­zem.

– Tęskniłem za tobą – po­wie­dział, chcąc zmie­nić te­mat.

– Pamiętam. – Me­re­dith uśmiechnęła się do nie­go. – Za­po­mniałam – dodała po chwi­li i nie zważając na oko­licz­ności, zaczęła chi­cho­tać. – Le­piej mi o tym przy­po­mnij.

Co po­wie­działaby Li­vvie

To był ciężki ty­dzień. Me­re­dith i Dash wzięli wol­ne i ra­zem z ro­dzi­ca­mi zaczęli porządko­wać miesz­ka­nie Li­vvie. Sam po­sta­no­wił trzy­mać się z boku i dać im trochę prze­strze­ni, ale był bez­ro­bot­ny i po­ma­gając im, mógł choć przez chwilę po­czuć się po­trzeb­ny. W po­nie­działek za­wi­jał w ga­ze­ty kie­lisz­ki do wina. Pa­ko­wał ta­le­rze, kub­ki, wa­zo­ny, mi­ski, ka­raf­ki i pu­char­ki. Owinął pa­pie­rem lamp­ki i por­ce­la­nową fi­gurkę tan­ce­rzy, którą Li­vvie kupiła pod­czas mie­siąca mio­do­we­go w Paryżu, i ce­ra­miczną kaczkę zro­bioną przez Me­re­dith w dru­giej kla­sie. Oto­czo­ny ga­ze­ta­mi Sam pa­ko­wał różne przed­mio­ty i każdy wkładał ostrożnie do pudełka.

– Co ty wy­ra­biasz? – Do po­ko­ju weszła Ju­lia.

– Pa­kuję szkło.

– I wkładasz wszyst­ko do jed­ne­go pudełka?

– No tak.

– Nie, wszyst­ko musi iść do osob­nych kar­tonów. Naj­le­piej włożyć jed­no pudełko w dru­gie i sta­ran­nie opi­sać. Może ja się tym zajmę. Co­dzien­nie pa­kuję ce­ra­mikę, za­ra­biam tym na życie.

– Bab­cia wca­le by się nie przej­mo­wała! – krzyknęła z sa­lo­nu Me­re­dith.

– Jeśli spa­ku­je­my wszyst­ko jak po­pad­nie, nig­dy ni­cze­go nie znaj­dzie­my – tłuma­czyła Ju­lia.

– Bab­cia po­wie­działaby, że to miło, kie­dy otwie­rasz pudełko i nie wiesz, co znaj­du­je się w środ­ku – upie­rała się Me­re­dith.

– Nie wiem na­wet, czy kie­dy­kol­wiek otworzę te pudła. – Ju­lia wes­tchnęła. – W życiu nie użyję żad­nej z tych rze­czy.

– Bab­cia po­wie­działaby, że to rze­czy co­dzien­ne­go użytku. Po­wie­działaby, że nie ma sen­su cho­wać do­brej por­ce­la­ny na wyjątko­we oka­zje, bo wyjątko­we oka­zje nie zda­rzają się wy­star­czająco często.

***

We wto­rek zajęli się ubra­nia­mi.

– Bab­cia kazałaby to wszyst­ko wy­rzu­cić – po­wie­dział Dash, opie­rając ręce na bio­drach i zaglądając do sza­fy Li­vvie.

– Możemy przy­najm­niej oddać je po­trze­bującym – od­parła Me­re­dith.

– Ar­mii Zba­wie­nia Sta­rych Ko­biet?

Ju­lia prze­cisnęła się między nimi, zdjęła z wie­sza­ka zno­szo­ny, po­ma­rańczo­wy, roz­pi­na­ny swe­ter, włożyła go i wyszła z po­ko­ju.

***

W środę przy­szedł czas na roz­ma­ite do­ku­men­ty.

– Bab­cia kazałaby to wszyst­ko wy­rzu­cić – po­wie­dział zno­wu Dash. Sam przy­go­to­wał ka­nap­ki i po­pcorn, pod­czas gdy po­zo­sta­li roz­sie­dli się na podłodze i zaczęli se­gre­go­wać sto­sy pa­pierów, układając je w sto­sy, dzięki którym mie­li po­czu­cie, że pa­nują nad sy­tu­acją: li­sty i pi­sma urzędowe, sta­re ra­chun­ki i za­ległe opłaty, do­ku­men­ta­cja księgowa i śmie­ci.

– Kie­dy my odej­dzie­my, wszyst­ko będzie ta­kie inne – ode­zwała się Me­re­dith. – Nikt już nie pi­sze do mnie listów na pa­pie­rze. Nie do­staję pa­pie­ro­wych ra­chunków, wyciągów z kon­ta ani do­ku­men­ta­cji po­dat­ko­wej. Moje wnu­ki za­znaczą za­war­tość mo­je­go kon­ta e-ma­ilo­we­go, wcisną „usuń” i na tym ko­niec.

Zna­lazła zie­loną ulotkę, złożyła ją i scho­wała do kie­sze­ni. Nie­co później na­tknęła się na ko­lejną, nie­bieską, i jesz­cze jedną, różową, i je także włożyła do kie­sze­ni. W kuch­ni dys­kret­nie wy­rzu­ciła je do ko­sza.

– Co to? – spy­tał Sam.

– Ulot­ki ce­ra­mi­ka z Flo­ry­dy. Bab­cia za­wsze chciała, żeby mama stwo­rzyła stronę in­ter­ne­tową, taką jak ma Pe­ter Garn­carz, przyj­mo­wała zamówie­nia jak Pe­ter Garn­carz i jak on robiła ogro­do­we kra­sna­le. Myślała, że jest bo­ga­ty, bo na tar­gu sta­rzy lu­dzie usta­wia­li się w ko­lej­ce, żeby kupić jego rze­czy. Moja mama uważa, że ten fa­cet to wół ro­bo­czy. Roz­mo­wy o nim do­pro­wa­dzały ją do szału. Pomyślałam, że oszczędzę jej nerwów.

Ju­lia weszła do kuch­ni, wyjęła ulot­ki z ko­sza i roz­pro­sto­wała na bla­cie.

Widząc to, Me­re­dith uniosła brwi.

– Myślałam, że ro­bie­nie kra­sna­li ogro­do­wych jest nie­god­ne i żałosne.

– Tak, żałosne i małe. Dla­te­go pomyślałam o el­fach – zażar­to­wała Ju­lia i zmu­siła się do uśmie­chu.

– Trzy­masz ulot­ki przez sen­ty­ment? – spy­tała Me­re­dith.

– Na­wet te­raz, kie­dy nie żyje, słyszę, jak su­szy mi o to głowę – od­parła Ju­lia. – W tej kwe­stii nie miała so­bie równych.

W czwar­tek wszy­scy po­trze­bo­wa­li prze­rwy. Wu­jek Jeff i ciot­ka Mad­die za­pro­si­li Kyle’a i Julię na lunch do swo­je­go luk­su­so­we­go ho­te­lu. Dash i Me­re­dith – pod­eks­cy­to­wa­ni i z po­czu­ciem winy – w ta­jem­ni­cy przeglądali biżute­rię Li­vvie.

– Bab­cia kazałaby to wszyst­ko wy­rzu­cić – po­wie­działa bez­tro­sko Me­re­dith. Sie­działa na łóżku oto­czo­na sto­sa­mi pereł, złotych łańcuszków, cy­no­wych wi­siorków, na­szyj­ników z praw­dzi­wy­mi i sztucz­ny­mi bry­lan­ta­mi, ja­de­ito­wych bran­so­le­tek i ogrom­nych pierście­ni. Niektóre z tych rze­czy były na­prawdę cen­ne. Jed­nak większość nie. Niektóre były piękne. Jed­nak większość nie. Me­re­dith miała na so­bie trzy sznu­ry pereł (białych, różowych i z masy perłowej), dwa złote na­szyj­niki (je­den z me­da­lio­nem, którego nie dało się otwo­rzyć, i je­den z za­wieszką w kształcie pu­dla, z czasów, gdy Li­vvie miała psa – jesz­cze za­nim Me­re­dith przyszła na świat), nowy ze­staw kol­czyków (srebr­ne koło i nie­bie­ski ćwiek) i czte­ry pierścion­ki, w tym ślubną obrączkę Li­vvie i czer­wo­no­fio­le­to­wy pla­sti­ko­wy pierścień, który Me­re­dith wy­grała dla niej na fe­sty­nie w szóstej kla­sie. Dash mie­rzył tiarę z bar­dzo sztucz­nych bry­lantów i na­szyj­nik, który sam zro­bił z ma­ka­ro­nu. Na każdym pal­cu miał pierścio­nek (niektóre z nich równie ele­ganc­kie jak ten pla­sti­ko­wy), a na pier­si całe mnóstwo roz­ma­itych bro­szek z kości słonio­wej.

– Daj mi jedną – pro­siła Me­re­dith.

– To kom­plet – obu­rzył się Dash.

– Jed­na ma kształt smo­ka, a dru­ga ty­gry­sa.

– Właśnie. Za­raz stoczą po­je­dy­nek. Zo­ba­czy­my, kto wy­gra.

Owinął bran­so­letkę z bre­locz­ka­mi wokół kost­ki u nogi. Złote ozdo­by przed­sta­wiały Jef­fa, Julię, Da­sha i Me­re­dith, kie­dy byli dziećmi.

– Bie­rzesz wszyst­ko, co naj­lep­sze – jęknęła Me­re­dith.

– Dziew­czy­no, biorę tę bran­so­letkę. Nie od­bie­rzesz mi jej.

– Przy­najm­niej daj mi tiarę.

– Posłuchaj, tu są czte­ry kup­ki – tłuma­czył Dash. – Jed­na dla two­jej mamy, jed­na dla cie­bie, jed­na dla mnie i jed­na dla AZSK.

– AZSK?

– Ar­mii Zba­wie­nia Star­szych Ko­biet.

– Na­wet one nie wzięłyby niektórych z tych rze­czy.

– Bab­cia chciałaby, żebym je za­trzy­mał – po­wie­dział Dash, biorąc ko­ra­lo­we klip­sy z wi­ze­run­kiem słońca i księżyca.

– Bab­cia po­wie­działaby, że te klip­sy są ohyd­ne.

– Należały do niej.

– Je­stem pew­na, że kie­dy ku­po­wała je w tysiąc dzie­więćset czter­dzie­stym siódmym roku, były nie­zwy­kle sty­lo­we, ale te­raz nie są.

– Będę je nosił – oznaj­mił Dash, zakładając klip­sy.

– Noś je z dumą – mruknęła Me­re­dith.

***

W piątek zajęli się całą resztą. Było tego dużo, a za­ra­zem dziw­nie mało. Te­le­fon Li­vvie, dru­ty do robótek, szu­fla­da z ru­pie­cia­mi pełna tego, co zwy­kle można zna­leźć w szu­fla­dach z ru­pie­cia­mi. Były tam taśma klejąca, nożycz­ki, ulot­ki z re­stau­ra­cji ofe­rujących je­dze­nie na wy­nos, ta­lo­ny, których ter­min daw­no minął, gum­ki re­cep­tur­ki, spi­na­cze i bre­locz­ki. Zna­leźli M&M’sy, które ukryła przed Me­re­dith i Da­shem pew­ne­go popołudnia, kie­dy mie­li pięć lat i nu­dzi­li się jak mop­sy (zna­leźli pra­wie wszyst­kie, ale, jak widać, nie wszyst­kie), ka­se­ty wi­deo, które wpadły za te­le­wi­zor, i nie­po­ko­lo­ro­wa­ne ko­lo­ro­wan­ki, o których ist­nie­niu daw­no już za­po­mniała albo które cze­kały, aż w domu po­ja­wią się ja­kieś dzie­ci. No i me­ble. Za­dzwo­ni­li do Ar­mii Zba­wie­nia i cze­kali na ich przy­jazd, pod­czas gdy wu­jek Jeff roz­ma­wiał przez te­le­fon z pośred­ni­kiem han­dlu nie­ru­cho­mościa­mi.

– Wpro­wa­dzam się – oznaj­miła na­gle Me­re­dith.

– Gdzie? – spy­tała w zamyśle­niu jej mat­ka.

– Tu. Do miesz­ka­nia bab­ci. Chcę tu za­miesz­kać.

– To miesz­ka­nie dla star­szej pani – za­uważył wu­jek Jeff.

– Bab­cia za­miesz­kała w nim tuż po ślu­bie – przy­po­mniała Me­re­dith. – Wy­cho­wy­wała tu małe dzie­ci. I na­sto­lat­ki.

– To kawał hi­sto­rii – dodał Dash. – I mnóstwo wspo­mnień.

– To źle?

– Może być ciężko. Nie wiem, czy to znie­siesz.

– Bab­cia chciałaby, żebym tu za­miesz­kała – upie­rała się Me­re­dith.

– Pełno tu pa­skud­nych me­bli – za­uważył Dash. Miał rację. Niektóre me­ble były tak brzyd­kie, że na­wet sen­ty­ment i no­stal­gia nie mogły tego zmie­nić.

– Sprze­dam swo­je miesz­ka­nie i was spłacę – zwróciła się Me­re­dith do mat­ki i wuja.

– Nie ga­daj głupot – prychnął wu­jek Jeff. – Należysz do ro­dzi­ny. Masz ta­kie samo pra­wo do tego miesz­ka­nia jak my wszy­scy. Nie cho­dzi o pie­niądze.

– Bab­cia chciałaby, żebyś tu za­miesz­kała – ode­zwała się Ju­lia. – Ale jeśli na­prawdę tego chcesz, a nie dla­te­go, że nie po­tra­fisz roz­stać się z tym miej­scem. Zwłasz­cza jeśli przez to sta­niesz się smut­na i przygnębio­na.

– Nie po­tra­fię się z nim roz­stać – przy­znała Me­re­dith. – Ale nie dla­te­go chcę tu za­miesz­kać.

***

Wie­czo­rem Jeff i Mad­die wrócili do ho­te­lu, Kyle i Ju­lia po­je­cha­li do Me­re­dith, Dash za­trzy­mał się u Sama, pod­czas gdy Sam zaczął roz­pa­ko­wy­wać ta­le­rze, filiżanki, kie­lisz­ki i mi­ski i usta­wiać je z po­wro­tem na półkach. Me­re­dith miała wrażenie, że por­ce­la­na, którą po ukończe­niu col­le­ge’u kupiła w skle­pie z używa­ny­mi ar­ty­kułami, nie może równać się z tą, która była własnością bab­ci. Czuła, że rze­czy Li­vvie przy­na­leżą do tego miesz­ka­nia, i była prze­ko­na­na, że gdy­by bab­cia żyła, właśnie tak kazałaby jej postąpić.