Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 422

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 11 godz. 25 min Lektor: Robert Jarociński

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 11 godz. 25 min Lektor: Robert Jarociński

Opis ebooka Na południe od piekła - Thomas Engström

Pensylwania, rok 2012. W pokoiku podrzędnego motelu znaleziono ciało młodego mężczyzny, który popełnił samobójstwo. W liście pożegnalnym wyjawia, że Ron Harriman, kandydat Partii Demokratycznej w wyborach do Kongresu, złamał mu serce. Dla Harrimana to zdarzenie może oznaczać porażkę jego kampanii. Ściągnięty z Berlina Ludwig Licht ma ustalić, kto stoi za próbą wyeliminowania polityka z wyborów. Wkrótce, krążąc pomiędzy opustoszałymi terenami przemysłowymi i spowitymi mgłą górami Pensylwanii, wpada na trop śmiertelnie niebezpiecznego spisku. Infiltracja podejrzanej grupy ekstremistów pozwala mu odkryć przerażający plan, którego kulminacją ma być katastrofa na niewyobrażalną skalę. Na południe od piekła to druga, niezależna część serii Thomasa Engströma o Ludwigu Lichcie, byłym agencie Stasi, właścicielu restauracji i człowieku od zadań specjalnych. Tym razem Licht trafia w najbiedniejsze rejony USA, ale również do Waszyngtonu, gdzie cienie przeszłości stanowią niezmiennie pożywkę dla nienawiści. „Fantastyczny thriller. Intryga jest zatrważająca, ale w pełni wiarygodna. Celne dialogi i świetny język”. Aftonbladet „Thomas Engström to nieprzeciętny gawędziarz i mistrz suspensu, porównywany do skandynawskich autorów kryminałów światowej sławy”. Norrköpings Tidningar

Opinie o ebooku Na południe od piekła - Thomas Engström

Fragment ebooka Na południe od piekła - Thomas Engström

Tytuł oryginału:

SÖDER OM HELVETET

Copyright © Thomas Engström 2014

First published by Albert Bonniers Förlag

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 © for the Polish translation by Emilia Fabisiak

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Anna Jut, Maria Zając, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-7999-763-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Gabrielli z podziękowaniem

Los nawet najgorszych ludzi przesycony jest tragizmem

THOMAS ADÉS

prolog

casino countryside inn

bear creek township, pensylwania/usa

śr 17 października 2012 roku

[07:05/est]

W Wyoming Valley nawet samobójstwa były jakieś takie niewydarzone.

Chłopak leżący w pozycji embrionalnej na beżowej narzucie w indiańskie wzory w motelowym pokoju był ubrany tylko w bokserki. Miał co najwyżej osiemnaście lat, półdługie jasnoblond włosy, szerokie ramiona i wąskie biodra. Wokół lewego bicepsa miał mocno zaciśnięty krawat, a tuż obok jego głowy, na wysokości zamkniętych oczu, leżała pusta strzykawka, chyba ostatnia rzecz, którą widział w życiu.

Nie był to pierwszy nieboszczyk w życiu George’a Deckera, szefa policji w Bear Creek. Służył w marynarce wojennej podczas inwazji na Grenadę. Podczas piętnastu lat służby w najbiedniejszym rejonie Pensylwanii przestał już nawet liczyć: nieszczęśliwe wypadki podczas polowania, wypadki samochodowe z udziałem dzikich zwierząt lub bez, niekontrolowane bójki z użyciem noża, a nawet kilka prawdziwych morderstw popełnionych z zimną krwią. Tym razem jednak było inaczej. Mimo sporej kałuży wymiocin na łóżku chłopak wyglądał, jakby spał. Jego młodzieńczy wygląd, brak deformacji spowodowanych wypadkiem sprawiały, że dla Deckera ten przypadek wydawał się tragiczniejszy od zmasakrowanych ofiar samochodowych karamboli lub bójek. Tragiczne, że można zrobić to z własnej woli.

Bo to musiało być samobójstwo, a nie przedawkowanie. Kartka papieru i długopis na nocnym stoliku, starannie złożone ubranie na poręczy krzesła.

Sam pokój należał do najtańszych w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Ściany o niedającym się ustalić kolorze. Telewizor, dwudziestocalowa puszka, która przeżyła dziesięciolecia w niewoli, stał przypięty łańcuchem do ściany na lodówce. W śmierdzącej, ciasnej łazience było parno jak w saunie, a odgłos wentylatora zagłuszał nieomal hałas dochodzący z autostrady za oknem. Mimo zapalonych lamp w pokoiku i tak panował półmrok tak gęsty, że prawie nieprzenikniony. Pomiędzy wykładziną a zbutwiałą podłogą z surowych desek ułożono warstwę papieru gazetowego, który szeleścił pod stopami.

Asystentka Deckera, od której co trzy tygodnie czuć było farbą do włosów i która chrząkała nerwowo, gdy cisza panowała zbyt długo, zeszła mu z drogi, kiedy podchodził do okna, żeby odsunąć zasłony w szkocką kratę. Za oknem zobaczyli unoszące się ponad górami poranne mgły, które majestatycznie spływały w dolinę.

Decker przeciągnął ręką po niedogolonej brodzie.

– Kto to jest?

– Christopher Warsinsky – odpowiedziała asystentka wpatrzona w prawo jazdy. – Dwieście trzydzieści siedem Lakeron Drive. Za dwa miesiące skończyłby siedemnaście lat.

– Kluczyki do samochodu?

– Nie.

– To skąd się tu wziął? – Decker rozejrzał się po pokoju.

– Dwieście metrów stąd jest przystanek autobusowy. Albo ktoś go podwiózł.

Na jednym stoliku nocnym stała pusta otwarta buteleczka po lekarstwie. Decker pochylił się, żeby powąchać, ale nie wziął jej do ręki.

Brak zapachu. Czyli heroina.

– Popatrz na to – powiedziała asystentka przy drugim stoliku, podnosząc kartkę pincetą.

– Na pewno wszystko obfotografowałaś?

– Tak. Podejdź tu.

Decker obszedł łóżko, stanął obok niej i założył okulary do czytania.

„Wal się, Ron”.

Co za Ron?

– Mogę zobaczyć jego komórkę? – spytał Decker.

Białego iPhone’a nie dało się uruchomić w rękawiczkach. Asystentka spojrzała na Deckera przez ramię i powiedziała:

– Odciski palców też już załatwione.

Decker skinął głową i zdjął rękawiczki.

Kobieta powiedziała bez przekonania:

– Czy nie powinniśmy zaczekać na…

– Oj tam, jeśli da się coś zobaczyć bez hasła, to i tak nikt nie zauważy.

Uruchomił telefon i otworzył pocztę. W ostatnich dniach żadnych ciekawych e-maili. Żadnych SMS-ów oprócz typowych młodzieżowych plotek o durnych belfrach i niesprawiedliwych zakazach wychodzenia z domu. W jeden wątek zaangażowana była Emma Harriman.

Harriman… Czyli co, córka Rona Harrimana? Czyli że co: że „Wal się, Ronie Harriman”?

Ich korespondencja dotyczyła jakiegoś… przedstawienia teatralnego. Zoo Story. Emma reżyserowała, Chris grał w nim jedną z głównych ról.

Decker wrócił do ekranu głównego i wcisnął ikonkę Facebooka.

Uderzyła go myśl, że czeka ich prawdziwe trzęsienie ziemi.

– Ostatni raz logował się o czwartej w nocy – poinformował asystentkę. – „Ron Harriman łamie obietnice – odczytał na głos. – Wykorzystał mnie i złamał mi serce. Nie mam po co żyć”.

Z lekko uniesioną brwią asystentka patrzyła na chłopca, trzymając ciągle kartkę w ręce.

– Coś takiego! No to kampania wyborcza nabierze teraz rumieńców.

Decker zatrzymał na niej na chwilę wzrok i powiedział:

– Pojadę nad jezioro, może zastanę Harrimana. Daj mi znać, gdy znajdziesz koronera, który podejmie się obdukcji. Zacznij od Scranton. I zapytaj w recepcji, czy kamery monitoringu czegoś nie zarejestrowały. Na przykład czy przyjechał sam, czy nie. Sprawdź wszystkie samochody w okolicy.

– Kto powiadomi rodzinę?

– Przecież masz adres.

Na parkingu było nadal chłodno, rześko i pusto. Rano siedem stopni, w południe temperatura dojdzie do dwudziestu. Motel – stare, zrujnowane dworzyszcze ze zbutwiałego popielatego drewna i trzy białe podłużne budynki z miejscem parkingowym przy każdych drzwiach – stał na wzgórzu tuż ponad drogą 115. Wyglądał jak przebudowana stacja trafo albo masarnia. Ponad motelem, w pobliskim lesie, wznosił się szary kościółek. Z drugiej strony dochodził huk samochodów ciężarowych i osobowych jadących drogą wiodącą w głąb doliny, w kierunku centrów handlowych i miasta uniwersyteckiego Wilkes-Barre. I oczywiście Kanady, o ile dysponowało się wolnym czasem, pieniędzmi na benzynę i zdrowym rozsądkiem. Dwie godziny jazdy i świat zmieniał oblicze. Tyle samo czasu potrzeba było na ucieczkę na wschód, na Manhattan. Dróg ucieczki było wiele. A jednak pół miliona ludzi postanowiło zostać w tej dolinie. Chris Warsinsky wybrał inne rozwiązanie.

Samobójstwa młodych ludzi zdarzały się w Wyoming Valley coraz częściej – tak często, że gazety rozpisywały się o epidemii. Ale ten przypadek nie przypominał pozostałych. W Casino Countryside Inn eksplodowała właśnie polityczna bomba samobójcza.

*

Decker nie znał Rona Harrimana osobiście. Słyszał, że facet miał krótki epizod w roli ambasadora USA w Berlinie, w tym okręgu wyborczym był jedenastym kandydatem demokratów w nadchodzących wyborach do Kongresu, a jego żona miała trzy psy, które terroryzowały wielmożnych mieszkańców Bear Creek Lake.

To prawdziwy pech, że go nie znał. Wtedy sprawę można by rozwiązać, bazując na intuicji. W tej sytuacji jednak musiał przy pierwszym spotkaniu skonfrontować kandydata z wytoczonym przeciwko niemu oszczerstwem. Fatalny początek znajomości z człowiekiem, który miał szansę zdobyć spore wpływy.

Trzeba załatwić sprawę delikatnie, bez żadnych scen. Zachować spokój.

Przez dziesięć minut jechał otoczony kolorowym październikowym listowiem i kłębami mgły. Niewysoka połyskująca grobla tuż obok przyczółka mostu i wijące się wąskie drogi sprawiały, że Bear Creek Lake wyglądało jak miasteczko z urokliwych przewodników turystycznych po Nowej Anglii. Mieszkała tu prawdziwa lokalna arystokracja – spadkobiercy dawnych gigantów przemysłowych. Minąwszy centrum, skręcił w lewo, w Beaupland Road. Minął kilka domów letniskowych i dojechał do Lake Drive East, drogi okalającej jezioro.

Samobójstwo było równoznaczne z przemocą. Czy ten wpis na Facebooku nie powinien być pisany w drugiej osobie? „Nie można ci ufać, Ron. Wykorzystałeś mnie i zrobiłeś mi krzywdę”. Decker pomyślał, że wpis chłopaka był trochę zbyt bezosobowy.

Z drugiej strony prawda jest taka, że młodzi ludzie doskonale potrafią kreować dziś swój wizerunek. Stale gonią za pochwałami, są bez przerwy gotowi do występów przed publicznością.

Dom Harrimanów był okazałą budowlą z początku dwudziestego wieku. Trzypiętrowy żółty drewniany dworek liczył minimum czterysta metrów kwadratowych. Działka miała dostęp do jeziora, zaczynała się na wzniesieniu i opadała łagodnie w kierunku plaży. Budynek królował ponad wszystkimi innymi domami w pobliżu. Od frontu strzegły go trzy rozłożyste dęby szkarłatne, posadzone w odstępach dwudziestu pięciu metrów. Na parkingu – tak wielkim jak cały ogród Deckerów i otoczonym wymuskanym niskim lawendowym żywopłotem – stały trzy samochody należące do rodziny: czarny lincoln town car, biały mercedes E350 z otwieranym czerwonym dachem i jadowicie zielony jeep wrangler. Decker zostawił samochód na żwirowanym podjeździe i ruszył w stronę domu po kamiennym chodniku.

Nasuwało mu się kilka pytań. Warsinsky pod żadnym względem nie wyglądał jak narkoman, pomyślał, dochodząc do błyszcząco-czerwonych drzwi. Chłopak był biały, ale tego Decker nie zamierzał podkreślać jako najważniejszej informacji w raporcie, choć nie da się ukryć, że był biały – był też dobrze zbudowany, a jego ciało nie nosiło śladów długotrwałego nadużywania. Z drugiej strony jednak nie można zapominać, że w dzisiejszych czasach młodzi mają łatwiejszy dostęp do heroiny niż do tabletek nasennych.

Oczywiście, że będą pytania. Zawsze są. Najczęściej udaje się znaleźć na nie odpowiedź.

Drzwi się otworzyły.

– Decker? – Harriman wyglądał na zdziwionego.

– Panie ambasadorze.

Harriman wyszedł na schody ubrany w spodnie typu chinos, czarny podkoszulek polo i z zegarkiem marki Breitling na ręce. Zamknął za sobą drzwi.

– Moja żona jest na spacerze z psami, a ja nie bardzo wiem, czy mam pana czym poczęstować.

– Nic nie szkodzi, nie ma takiej potrzeby. Panie Harriman, chciałem zapytać, jakie relacje łączą pana z Christopherem Warsinskim?

– Z Chrisem? Przyjaźni się z moją córką. Chodzą razem na kółko teatralne.

– Czy często do państwa przychodzi?

Harriman wzruszył ramionami.

– Sporo teraz podróżuję. Ale o co właściwie chodzi?

– Dziś rano znaleziono go martwego.

Słońce prześwitywało przez coraz cieńsze pasma mgły. Przez jakąś sekundę Harriman wyglądał jak prawdziwy mąż stanu – bez wątpienia przypominał przedstawicieli rodziny Kennedych, prawdziwej śmietanki społecznej w Partii Demokratycznej – ale dostojny szok przemienił się chwilę później w coś brzydkiego i podejrzanego.

– Nie żyje? Jak to się stało?

– Wygląda to na samobójstwo. Złoty strzał w motelu Casino Countryside Inn.

Harriman przeczesał ciemnokasztanowe włosy obiema rękami i spojrzał z niepokojem na drogę.

– Dobry Boże, co za nieszczęście. Tak. Inaczej nie można tego określić. Ale jeśli chce pan dowiedzieć się o nim czegoś więcej, musi pan porozmawiać z moją córką, to ona…

– Panie Harriman.

– …tak?

– Tuż przedtem Chris napisał na Facebooku, że pan… złamał mu serce. Jak pan to skomentuje?

– Na… na Facebooku? Co to ma być!?

– Napisał, że nie można panu ufać, że złamał mu pan serce i nie chce już dłużej żyć.

– To jakiś żart?

– Niestety nie.

Ramiona Harrimana się uniosły; wyprostował się jak struna, niczym pięciogwiazdkowy generał przy odbieraniu parady. Uniósł oskarżycielsko palec.

– Ja go nie znałem! Widocznie miał… poważne problemy psychiczne.

– Każdy, kto targa się na swoje życie, ma problemy z życiem – spokojnie odpowiedział Decker.

– No ale to jest kompletnie chore. Nie wiem, co powiedzieć! Musi mi pan wierzyć, naprawdę nie miałem nic wspólnego z tym chłopakiem. Może odbierałem samochodem Emmę i jego z jakichś spotkań, może się z nim przywitałem, gdy był u nas w domu i siedział z Emmą przed telewizorem… Bo ja wiem? Nawet nie bardzo pamiętam, jak wyglądał.

– No to dlaczego napisał to, co napisał?

– Może ktoś włamał się na jego konto.

– Zostawił też list napisany własnoręcznie. Napisał w nim: „Wal się, Ron”.

– Wal się? – bezwiednie powtórzył Harriman. – No, nieźle. Czy pan rozumie, jakie to będzie mieć skutki? Do wyborów zostały trzy tygodnie. Mam nadzieję, że nie rozmawiał pan jeszcze z dziennikarzami?

– Mówimy o wpisie na Facebooku, więc zasadniczo to tylko kwestia czasu. Media zaraz to wywęszą. Chyba pan to rozumie.

– To jakiś koszmar, aż trudno sobie wyobrazić efekty takiego skandalu.

– Prawdę mówiąc, panie Harriman, nie sądzę, by zrobił pan coś nielegalnego. Poza jedną rzeczą, i to chciałem podkreślić: być może dopuścił się pan kontaktów z nieletnim. Proszę zaczekać. Proszę zaczekać. Pomijając kwestię, czy to oskarżenie jest prawdziwe, to… nie ma nic nielegalnego w tym, że… jak by to powiedzieć… jest się powodem czyjegoś samobójstwa. Chciałbym, żeby pan to wiedział.

– Dziękuję, jestem prawnikiem. Rozumiem to doskonale. Coś jeszcze?

Decker patrzył ze zdziwieniem na kandydata, który wydawał się nie rozumieć, kogo na tym świecie należałoby mieć po swojej stronie.

– A więc zaprzecza pan, że miał jakiekolwiek niestosowne relacje z Chrisem Warsinskim – rzucił chłodno.

– Tak.

– I nie obiecywał mu pan niczego?

Harriman patrzył na Deckera szklanym wzrokiem. Cisza się przeciągała.

– Zdarza się, że młodzi ludzie coś sobie wyobrażają – stwierdził w końcu były ambasador. – Tak. Być może tak było i w tym przypadku. Może to symptomy jakiegoś rodzaju gwiazdorstwa.

Decker poczuł, że właśnie podpowiedział kandydatowi, jak budować pierwszą linię obrony.

– Będzie obdukcja, chyba pan to rozumie.

– Oczywiście. Ale ja go nie tknąłem. A pan to na pewno potwierdzi w czasie dochodzenia.

– Panie Harriman, czy pana córka jest w domu?

– Nie, jest w szkole. A ja, gdyby pan pytał, właśnie wybieram się do naszego sztabu wyborczego. Czy to wszystko?

– Jasne – odpowiedział Decker, wyciągnął rękę, żeby się pożegnać, i odszedł. – Będziemy w kontakcie.

Ale drzwi zdążyły się już zatrzasnąć.

W drodze do samochodu Decker zobaczył nadchodzącą żonę Harrimana. Policjant pospiesznie wsiadł do samochodu i odjechał; nie miał najmniejszej ochoty odpowiadać na jej pytania. Niedługo i tak go to czeka.

OPUS 14 MINUS 19 DNISUBTELNEUMIEJĘTNOŚCI

kwatera główna explco

k street/waszyngton, dc/usa

pt 19 października 2012 roku

[11:05/est]

Ile – dwie, trzy? Clive Berner – albo GT, dla starych znajomych z Waszyngtonu, a szczególnie z CIA – powrócił do smutnej rzeczywistości. Zero. Zero łyżeczek cukru w kawie – taki był aktualny reżim.

Długo by opowiadać, ale w skrócie chodziło o to, że to, co dobre, jest niezdrowe, wynik meczu jest z góry wiadomy, a wszystko skończy się śmiercią. Bóg go nie kochał i żeby mu o tym ciągle przypominać, zesłał na niego cukrzycę.

Wyłączył ekspres i wypił łyczek kawy. Waszyngtońskie biuro firmy ochroniarskiej EXPLCO mieściło się na trzech najwyższych piętrach beżowego wieżowca. Przez okno swojego gabinetu GT widział dyskretną sylwetkę pomnika Waszyngtona, stojącego na południe od Białego Domu, który znajdował się trochę ponad pięćset metrów dalej. Gdyby człowiek przycisnął nos do szyby, to zobaczyłby w parku ubranych w garnitury lobbystów z kubkami ze Starbucksa dzielących ławki z ćpunami, klasy szkolne i Japończyków na Farragut Square.

Prywatny sektor miał sporo dobrych stron. Oczywiście pensja – trzy razy wyższa od tej, którą dostawał jako szef stacji CIA w Berlinie. O innych świadczeniach nie wspominając: plan emerytalny, mieszkanie w Alexandrii, dwa samochody w leasingu, członkostwo zawrotnej liczby klubów, których nigdy nie odwiedzał. I premia roczna! Na samą myśl pociemniało mu w oczach. Premia roczna. Zależna od wyników. Dobry Boże, jak by to było, gdyby CIA wprowadziło taki bonus? Jak zmierzyć wyniki w tajnej wojnie o przetrwanie cywilizacji?

Sam pokój jednak nie budził zaufania. Dwanaście metrów kwadratowych i kompletny brak oznak władzy. Jasnoszare ściany, świetlówki. Białe biurko, biały fotel, biała dwuosobowa kanapa przy eliptycznej białej ławie, do której trzeba było się dotoczyć na regulowanym fotelu, jeśli zaprosiło się do siebie gości.

Przynajmniej schudł. Zgubił całe dziesięć kilo – ciekawe, gdzie się podziały? Na pewno spadły na jakiegoś innego otyłego biedaka. Suma nadwagi na świecie była stała. Ważył teraz sto piętnaście kilogramów i podążał świadomie do nowego celu, jakim było sto pięć kilogramów.

Sto – według jego żony. Dziewięćdziesiąt – według lekarzy. Hm.

Tabliczka na drzwiach informowała:

CLIVE BERNER

WICEDYREKTOR, STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE

Firma miała trzydziestu wicedyrektorów, ale co tam. W trakcie całej kariery zawodowej nie miał lepszej tabliczki na drzwiach. Był jednym z trzydziestu najważniejszych ludzi – po zarządzie i dyrektorze generalnym – w firmie liczącej cztery tysiące pracowników. Matematycznie rzecz biorąc, GT osiągnął szczyt kariery. Czysto matematycznie.

Ale czasami człowiek chciałby posypać stek świeżo zmielonym pieprzem, dodać do kawy trochę cukru, tak po prostu. Brakowało mu operacji. W najbliższym czasie miał lecieć do Londynu, żeby uspokoić szefów jakiegoś eurofajansiarskiego konsorcjum, którzy oblewali się potem na myśl o inwestycji w Rogu Afryki. Był pewien, że właśnie dlatego chorował.

Na stronie internetowej firmy wypunktowano jego zasługi: „EXPLCO zatrudnia byłych pracowników wszelkich gałęzi przemysłu obronnego, ministerstwa spraw zagranicznych i służb wywiadowczych: byłego wiceministra spraw zagranicznych, dwóch byłych członków krajowej rady bezpieczeństwa i byłego szefa placówki zagranicznej CIA”. Był jak galion.

Pukanie do drzwi. Zanim zdążył zareagować, otworzyły się i do pokoju wszedł jego sekretarz. Błyskawicznie pokonał te kilka metrów do biurka i powiedział:

– Już przyszła. Mam ją wpuścić?

GT patrzył na niego znad filiżanki.

– Kogo?

– Pannę Durani.

– Jasne, niech wejdzie.

Nie miał pojęcia, o kogo chodzi. Przez chwilę stała niepewnie w drzwiach. Wreszcie zaprosił ją do środka i wskazał miejsce na kanapie. A teraz co? Ma się tam dotoczyć na fotelu?

Czarne spodnie i żakiet, limonkowy golf. Koło czterdziestki. Hinduska? Zebrane w ciasny kok czarne włosy, ciasno przylegające do siebie kościste kolana. Siedziała na samym brzegu kanapy.

– Panno Durani! – powiedział GT. Wstał, podszedł do niej i podał jej rękę na powitanie.

– Panie Berner.

– Napije się pani kawy?

– Nie, dziękuję.

Wrócił na swój fotel. Dwa uderzenia kciukiem w blat biurka. Cisza.

– Aha. – Odchrząknął. – Proszę mi przypomnieć, na jakim etapie jesteśmy?

– Dostałam wiadomość wczoraj po południu. Zadzwonił sam pan Hayeford. Bardzo się ucieszyłam.

GT skinął głową.

Kobieta zorientowała się w sytuacji.

– Pan pewnie nie wie, kim jestem – stwierdziła.

– No właśnie. – GT uśmiechnął się przepraszająco i włożył w to cały swój czar. Wąsy podniosły mu się jak u prawdziwego lwa morskiego. – Miałem ciężki tydzień.

– Jestem pana nową asystentką do spraw zbierania danych.

Czy to dobrze, czy źle? Po przymusowym odejściu z CIA na emeryturę GT stale czujnie przyglądał się sygnałom od szefostwa.

Choć przecież tutaj on sam był szefem. Trudno się do tego przyzwyczaić.

I rzeczywiście. Kilka tygodni temu, na lunchu z Hayefordem wspomniał, że nie lubi sam zbierać danych. Ale powiedział to po to, żeby móc na coś ponarzekać. No dobrze.

– Bardzo przepraszam. Teraz wszystko jasne. Panno…

– Proszę mi mówić Leya.

– Dobrze. GT.

– Przepraszam?

– Możesz mnie nazywać GT.

– Taki alkoholowy żart?

– Nie bardzo, przyczyna jest dużo bardziej skomplikowana.

– Rozumiem.

– Dali ci jakieś biurko?

– Z tego, co zrozumiałam, większość czasu mam spędzać w bibliotece.

– No ale musisz przecież mieć własny pokój do pracy, zaraz to załatwię.

Zadzwonił telefon.

– Ambasador Harriman na dwójce – powiedział jego sekretarz.

– Harriman? – GT zaczął się zastanawiać, czy cukrzyca może powodować utratę pamięci. – Ale w jakiej sprawie?

Leya podniosła palec.

– Zaczekaj chwilę – powiedział GT do sekretarza.

Kobieta wyjęła z teczki dzisiejszy „Washington Post”.

Kiedy znalazła właściwe miejsce, wstała i pokazała je GT.

Typowany na faworyta wyborów kandydat do Kongresu (demokraci, Pensylwania) zamieszany w skandal – samobójstwo nieletniego

– Połączyć? – zapytał sekretarz.

GT zasłonił mikrofon słuchawki.

– Przerażasz mnie – szepnął do Lei.

Bez mrugnięcia okiem odpowiedziała:

– Przeczytałam o tym w metrze.

– Połącz go – powiedział GT.

– Clive? – Rozpoznał Harrimana i jego charakterystyczne przeciąganie samogłosek.

– Tak?

– Tu Ron Harriman.

Nastąpiła raczej nieprzyjemna cisza. Rozstawali się w mało przyjaznych okolicznościach – GT dopuścił się w Berlinie szantażu na ambasadorze, żeby osiągnąć cel, który uznał wtedy za najważniejszy w życiu.

– Miło cię słyszeć, Ron.

– Słuchaj, siedzę po uszy w gównie. A może nawet głębiej. Możesz tu przyjechać?

przestrzeń powietrzna nad baltimore

maryland/usa

pt 19 października 2012 roku

[18:05/est]

Jedną z wielu zmian w życiu GT była liczba godzin spędzanych w samolotach. Teraz, kiedy nastała jesień życia i miał teoretycznie stopniowo zwalniać, spędzał prawie połowę czasu pracy w powietrzu, co okazało się niezwykle wyczerpujące. Ale kiedy już latał, robił to przynajmniej z klasą.

Z powodu ciężkich czasów EXPLCO dzieliło swoją flotę prywatnych odrzutowców z pięcioma innymi firmami. W porównaniu z dawną działalnością GT w Europie tutaj wszystko odbywało się otwarcie i bezproblemowo: żadnych fałszywych oznakowań samolotów, żadnych skomplikowanych procedur rezerwacji i ciągłego flirtowania z biurokracją lotniczą obcych państw. Teraz przypominało to zamawianie taksówki. Mówił sekretarzowi, dokąd chce jechać, i jeśli któryś z prywatnych samolotów był wolny, sekretarz go rezerwował. Jeśli nie, kupował mu bilet w pierwszej klasie na liniach regularnych, mimo ciężkich czasów.

Jego nowa asystentka robiła, co mogła, żeby nie okazywać ekscytacji, ale nie było to łatwe. Wygodne fotele pokryte skórą w kolorze czekolady ustawione były grupami po cztery, jak w pociągu. Stoliki z hartowanego szkła. Posiłki przygotowywał na pokładzie specjalny kucharz; przed chwilą właśnie przedstawił im menu i przepraszał, że z powodu krótkiego lotu nie wszystko jest dostępne. Zjedli po sałatce Cezar. GT podziękował za dressing.

– Dokąd właściwie lecimy? – zapytał Lei, spoglądając na zegarek. Dziesięć po szóstej wieczorem. Jeszcze pół godziny.

Kobieta podniosła wzrok znad laptopa.

– Wyoming Valley. W jej centrum znajdują się bliźniacze miasta Scranton, stare miasto przemysłowe, i Wilkes-Barre, wcześniej prężny ośrodek uniwersytecki. Jedenasty okręg wyborczy obejmuje ich teren i jeszcze obszar kawałek dalej. Ron Harriman wygrał w cuglach prawybory u demokratów, które odbywały się w tym roku, a teraz liczy na miejsce w Izbie Reprezentantów w Waszyngtonie.

– Scranton… Skąd ja znam to miasto?

– Pochodzi stamtąd wiceprezydent. Poza tym o Scranton pisały latem zagraniczne gazety, kiedy burmistrz obniżył wynagrodzenia pracownikom publicznym do siedmiu dolarów za godzinę, żeby uniknąć bankructwa. Rekordowo wysokie bezrobocie. Najlepiej prosperującą firmą w okolicy jest megakasyno pomiędzy obydwoma miastami. Liczba ich mieszkańców przekracza pięćset tysięcy. Dziewięćdziesiąt dwa procent mieszkańców to biali, najwyższy odsetek w całym USA.

– Czyli z którejkolwiek strony na to spojrzeć, prawdziwe zadupie.

– Tego nie potrafię powiedzieć. Są jednak wyniki badań, które wskazują na dużą liczbę niezadowolonych. Wysokie statystyki samobójstw.

– Okej. A wracając do kampanii wyborczej?

– Harriman prowadzi o pięć punktów procentowych przed swoją rywalką, republikanką Gwen Heart. Wybory do Kongresu są za niecały miesiąc, w dniu wyborów prezydenckich, szóstego listopada. Oboje są przybyszami z zewnątrz. Dotychczasowy reprezentant jedenastego okręgu przechodzi na emeryturę. Heart postrzegana jest jako skrajnie prawicowa, popiera ją Partia Herbaciana i posiada, jak sama przyznała, trzydzieści siedem sztuk ręcznej broni palnej. Jej strategia polega chyba na tym, że chce zachęcić do pójścia do urn wszystkich białych zamieszkujących okolicę.

– Ale Harriman prowadzi.

– Tak, to przecież Pensylwania. Związki zawodowe postarają się, żeby wybrano kandydata demokratów. W miarę nasilania się bezrobocia związki tracą członków, tak jak wszędzie. Harriman wygrywał do wczoraj. Wyniki nowego badania pojawią się w przyszłym tygodniu. Wtedy straci prowadzenie, szczególnie jeśli nie ustanie wrzawa medialna.

– I coś takiego nadal ma znaczenie? Byle skandal seksualny?

– Mam pewną teorię – powiedziała śmiertelnie poważnie.

– No mów, jestem ciekawy.

– To fantastyczna okazja, by poczuć moralną wyższość. Człowiek wchodzi z kartą wyborczą w ręce za zasłonę kabiny do głosowania i feruje wyrok. Może wcześniej o tym w ogóle nie myślał, ale jak już tam stoi? To tak, jakby wyciągał rózgę i wymierzał karę.

GT kiwnął głową, nie odrywając wzroku od widocznego za oknem skrzydła samolotu.

– Zakładam, że rozumiesz, na czym polega nasze zadanie?

Leya czekała na ciąg dalszy.

– Ron Harriman to pajac. Wiesz, co trzymał w toalecie przy swoim gabinecie w Berlinie? Całą serię jakichś pieprzonych kosmetyków do… jak to się nazywa… do pielęgnacji włosów. Japońską albo koreańską.

– Kanebo?

– Nie, coś na S.

– Shiseido?

– Shiseido! No właśnie. Dziesięć kilogramów kremów i innego gówna. W życiu czegoś takiego nie widziałem.

– Chcesz powiedzieć, że uważałeś go za utajonego homoseksualistę?

GT zobaczył, że kobieta się uśmiecha. Pierwszy raz, odkąd się poznali. Skrzyżował ręce i z gamoniowatym wyrazem twarzy odpowiedział:

– Nie, uważałem go za utajonego półgłówka. – Opuścił oparcie fotela trochę niżej i wytarł usta kraciastą materiałową serwetką. – Skąd się właściwie wzięłaś?

– Z Pakistanu. Przyjechałam tu, gdy miałam trzy lata.

– Chodziło mi o drogę zawodową.

– Jestem doktorem socjologii. Dziesięć lat na stanowisku wykładowcy w Georgetown. Ostatnie pięć lat pracowałam jako konsultant dla FBI.

– Czyli masz za wysokie kwalifikacje na to stanowisko.

– Zawsze tak było.

Przyszedł steward, sprzątnął ze stołu i poinformował ich, że zaraz zacznie się lądowanie. Był w wieku Lei, świetnie umięśniony. Sześćdziesięciodwuletni GT poczuł się jeszcze starzej niż zwykle.

– A co takiego zdarzyło się ostatnio? Że nie chciałaś już pracować dla gliniarzy?

– Chciałam poszukać nowych wyzwań.

– Zła odpowiedź.

Westchnęła.

– Wylałam dzbanek wrzątku za koszulę pewnego podejrzanego.

Twarz GT pojaśniała.

– Miałaś jakiś szczególny powód?

– Nie. Miałam wtedy problemy z wahaniami nastrojów.

– A teraz już nie masz?

– Przeszłam rozległą psychoterapię z wynikiem bardzo dobrym.

– Z wynikiem bardzo dobrym? – GT uśmiechnął się jak aktor w musicalu na Broadwayu. – No to w porządku.

Wydawało się, że Leya odtwarza sobie w myślach nagranie ostatnich sekund rozmowy, żeby się zorientować, co wywołało ten uśmiech. GT pomyślał, że kobieta balansuje na granicy zespołu Aspergera. Jak większość ludzi, którzy się do czegoś nadają.

– Okej – powiedział, kładąc dłonie na stole. – Jedno wiem na pewno. Harriman jest gotów wydusić dziesiątki tysięcy dolarów z funduszu na kampanię, żeby udowodnić żonce, że nie ma nic do ukrycia. Dlatego przyszedł z tym do nas. Gdy tylko coś znajdziemy, trzeba się będzie pakować i znikać. Tu chodzi bardziej o działanie symboliczne.

– Skąd ta pewność, że coś łączyło go z tym chłopakiem?

– Przecież dzieciak nie popełnił samobójstwa tylko dlatego, że Harriman miał droższe kosmetyki do włosów.

Samolot skręcił i zaczął podchodzić do lądowania. GT zastanawiał się, czy opowiedzieć Lei o swoim ostatnim spotkaniu z Ronem – na dachu wieżowca w Berlinie, gdzie nieco ponad rok temu groził Harrimanowi, że ujawni jego współpracę z Hydraleaks, czyli grupą anarchistów, którzy upubliczniali informacje z przecieków. Stanęło na tym, że Harriman zgodził się pomóc zidentyfikować kuriera pracującego dla tej organizacji. Ambasador wywiązał się więc ze swojego zobowiązania wynikającego z zawartego wtedy nieformalnego porozumienia i miał prawo wierzyć, że GT też wywiąże się ze swojej obietnicy, czyli będzie trzymał gębę na kłódkę. Tyle że teraz kandydat miał na karku dużo gorszy skandal, przynajmniej z punktu widzenia szacownych wyborców w jedenastym okręgu stanu Pensylwania – aferę z homoseksualizmem w tle.

GT przyglądał się Lei, która znowu zanurzyła się w otchłaniach internetu. Nie. Instynkt mu podpowiadał: jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, czy coś powiedzieć, czy nie, lepiej nic nie mów.

*

W taksówce wiozącej ich z lotniska GT poczuł, że jest w świetnym humorze. Minęły już wieki od czasu, gdy wykonywał coś tak konkretnego, jak dzisiejsze zadanie. Ani zniszczone drogi – samochód co chwila podskakiwał na kolejnych pęknięciach i dziurach – ani nawet zrujnowane, stare budynki browaru i magazynów węgla nie mogły mu zakłócić znakomitego nastroju.

– Jak interesy? Da się jakoś przeżyć? – zapytał kierowcę, górę mięśni z wygoloną na łyso głową.

– Ostatnio trochę się poprawiło, bo zamknęli następne linie autobusowe. Teraz ostatnie autobusy odjeżdżają koło piątej po południu, a w święta w ogóle nic nie jeździ. Dla mnie dobrze, ale ci biedniejsi, bez samochodów, mają przechlapane. Najgorsi są jak zwykle studenci. Wolą wydać ostatnią kasę na rozchodniaka i potem wracać piechotą. No i dochodzi do…

Przerwał mu komunikat nadany przez radio. GT nie był w stanie zrozumieć jego treści.

– Wczoraj zaginął jeden z naszych samochodów – wyjaśnił kierowca.

– Ojej. Z kierowcą czy bez?

– Z kierowcą. A przynajmniej tak nam się wydaje. To była kobieta. Jej mąż strasznie się martwi.

– Ale jak to zaginął… Często się to zdarza?

– Co? No zdarza się.

Wjechali do Wilkes-Barre. Centrum miasta było jak przeniesione z Detroit albo Baltimore – siedem, osiem przecznic zabudowy wielkomiejskiej z licznymi okazałymi siedzibami banków z lat czterdziestych dwudziestego wieku i małym parkiem, gdzie zbiegały się wszystkie większe ulice, tworząc rondo w stylu paryskim. Zaczynająca się w tym miejscu Main Street wiodła na południowy zachód.

Po lewej stronie, sto metrów od siebie, znajdowały się lokalne sztaby wyborcze obydwu kandydatów w wyborach prezydenckich: najpierw republikańskiego kontrkandydata, potem prezydenta. Maleńkie dziuple. Taksówka skręciła w prawo na skrzyżowaniu ze światłami, gdzie wyraźnie zmienił się charakter zabudowy, pojawiły się stare profesorskie wille i mniejsze budynki różnych instytucji. Po kilkuset metrach samochód się zatrzymał.

– Równo czternaście dolarów – powiedział kierowca.

GT zapłacił banknotem dwudziestodolarowym. Gdy wysiedli z taksówki, poczuli, że temperatura wyraźnie spadła. Aż dziwne, że lot, który trwał zaledwie godzinę, mógł ich przenieść w dużo chłodniejsze rejony.

Sztab wyborczy Rona Harrimana zajmował cały secesyjny budynek przy Westhampton Street. Typowa idylla brytyjska: stary sad owocowy ogrodzony ciemnobrązowym murem z cegły, a pośrodku pomalowany na biało pałacyk porośnięty bluszczem, który jeszcze dodawał budynkowi lat. O tej porze nic tędy nie jeździło – czasami jakaś taksówka, wóz policyjny albo samochód kurierski UPS.

Furtka była otwarta, drzwi wejściowe też. Po schodach schodziło właśnie dwoje ludzi w średnim wieku z border collie na smyczy. Skinęli głowami w kierunku GT i Lei. Do rozświetlonego domu wkroczyły trzy młode kobiety z plecakami na plecach. Wolontariuszki, jak wszyscy tutaj. Poziom bezpieczeństwa, pomyślał GT, można porównać do wyprzedaży garażowej.

Leya szła tuż za nim. W holu znajdowały się szerokie proste schody prowadzące na piętro i dwuskrzydłowe drzwi po obu stronach, za którymi widać było ogromne pokoje pełne biurek, starych komputerów, telefonów od darczyńców i kilkunastu wolontariuszy rozmawiających przez telefon. GT spacerował sobie wkoło bez przeszkód. Nikt na niego nie zwracał uwagi. Leya stała grzecznie w holu.

W jednym pokoju na mahoniowej boazerii wisiała ogromna tablica ogłoszeń. Spoglądały z niej na pokój setki twarzy ludzi w różnym wieku, o wszelkich możliwych kolorach skóry i orientacjach seksualnych. Przekrój kampanii bezpośredniej.

– Clive.

GT się odwrócił. Ubrany w granatowe dżinsy, białą koszulę i czarną marynarkę klubową Harriman wyglądał niezmiennie młodo. Lato spędzone w domu w USA uwidoczniło jego piegi, a zazwyczaj doskonale ułożone włosy Rona sprawiały wrażenie, o ile to możliwie, jeszcze bardziej perfekcyjnie pofalowanych; prawie jak u Bobby’ego Kennedy’ego, choć z odrobiną dekadencji. Patrząc na niego, uważny obserwator dostawał sygnał: syn klasy wyższej, któremu nie brak odwagi, by się przeciw niej buntować. Jak mógł robić taki teatr?

Przywitali się uściskiem ręki. Czuć było między nimi pewien dystans, ale możliwy do pokonania. Wspólny problem zazwyczaj zabliźnia stare rany.

– Dobrze wyglądasz, Ronie.

– Pozory mylą. – Uśmiech Harrimana wypadł faktycznie dość blado.

– Gdzie moglibyśmy usiąść i porozmawiać? – GT popatrzył na kobiety, które przyszły w tym samym czasie co on i Leya. Wszystkie siedziały przy jednym komputerze i przeglądały listy zadań do wykonania. Chodziło oczywiście o to, żeby znaleźć coś na tyle istotnego, żeby dobrze wyglądało w CV, ale jednak nie tak absorbującego, żeby zaburzyć przyjemne życie studenckie.

Leya podeszła do nich i się przywitała. Weszli po schodach – w połowie drogi GT musiał się zatrzymać i złapać oddech – a potem skręcili w prawo w długi korytarz. W jednym z wykuszy stały kanapa Chesterfield w kolorze śliwkowym oraz fotel.

– Przede wszystkim chciałem wam podziękować, że przyjechaliście – powiedział Harriman, gdy usiedli, on w fotelu, a oni na kanapie. – To dla mnie wiele znaczy.

Scena jakby wycięta z programu Oprah Winfrey. GT nieświadomie ugniatał palcami koniuszek krawata i próbował wyglądać dobrodusznie. Mijały sekundy.

Wziął głęboki wdech i powiedział:

– Musisz wyłożyć wszystkie karty na stół, Ronie. W przeciwnym razie nie będę wiedział, jak ci pomóc.

– Nie potrafię powiedzieć tego inaczej, choć wiem, że będzie to brzmiało jak imitacja Clintona w Saturday Night Live – stwierdził z goryczą Harriman. – Ale to prawda, nigdy nie miałem stosunków z tym chłopakiem. Przysięgam. Nigdy!

Leya nie wiadomo dlaczego zaczęła kiwać głową. GT patrzył na nią skonfundowany. Wreszcie spojrzał kandydatowi głęboko w oczy.

– Jesteśmy tu sami – powiedział bardzo wolno. – Może powinniśmy…

– Nigdy go nie dotknąłem. Bywał u nas w domu, znał moją córkę. Moja żona spędziła z nim znacznie więcej czasu niż ja. Tak to wygląda. Jeśli mi nie wierzysz, muszę poszukać kogoś innego.

– Może powinniśmy się przespać z tym problemem? – nalegał GT.

– Nie śpię od dwóch dni.

Leya odchrząknęła.

– Jak pan wytłumaczy jego samobójstwo, panie Harriman?

– Musiało być upozorowane – powiedział cicho Harriman.

Spojrzenia GT i Lei się spotkały.

– Wiem, jak to brzmi. – W jego głosie słychać było prawdziwą desperację. – Trudno w to uwierzyć. Ale jeśli przez chwilę spróbujecie dać wiarę w to, że nie uprawiałem z nim seksu, proszę, zróbcie mi tę przysługę, to… sami powiedzcie, jakie inne wyjaśnienie jest możliwe?

– Upozorowane – odpowiedział GT.

– To najlepsza rzecz, jaka mogła się zdarzyć mojej przeciwniczce. Ni stąd, ni zowąd ma wielkie szanse wygrać to gówno.

– Nie zdążyłam jeszcze porządnie sprawdzić informacji o Gwen Heart – rzuciła przyjaźnie Leya. – Ale bardzo, bardzo trudno mi sobie wyobrazić…

– Wśród jej zwolenników jest wielu fanatyków – powiedział Harriman. – Naprawdę chore przypadki. Może wzięli sprawy w swoje ręce? A sprawa z Chrisem nie jest jedynym dziwnym zdarzeniem w ostatnim czasie. Kampania Heart cały czas wyprzedza o krok nasze działania. Gdy tylko zaplanujemy jakąś akcję, oni robią podobną, ale dzień wcześniej. W ubiegłym tygodniu mieliśmy zaproponować rodzaj eksperymentu na skalę krajową, stworzenie wolnej strefy ekonomicznej w Hazelton. Heart jakimś cudem dowiedziała się o tym pomyśle i ogłosiła go jako własny. To cholernie niesprawiedliwe.

– A więc macie przeciek – stwierdziła Leya.

– Może. Nie mam pojęcia, kto mógłby to robić.

GT machnął szeroko ręką w kierunku wnętrza domu.

– To nie wygląda raczej na skarbiec bankowy. Ludzie wchodzą i wychodzą, kiedy im się podoba.

– Poświęcają mi mnóstwo swojego czasu – powiedział Harriman. – Przecież nie stanę z batem i nie każę podbijać karty zegarowej.

– Te zdjęcia, które wiszą na ścianie na dole… Robicie zdjęcia wszystkim, którzy wam pomagają?

– Tak, taki był zamysł. Niektóre fotografie wieszamy na tablicy.

– A pozostałe?

– Wydaje mi się, że chowamy do segregatora.

– To może je pooglądamy?

Harriman podniósł się.

– Zaraz wrócę – powiedział i ruszył w głąb korytarza.

Kiedy człowiek odchodzi na emeryturę z CIA, wydaje mu się, że to również emerytura od aktywnego życia. Ale teraz GT wyraźnie poczuł pulsowanie w lewej skroni. Czuł, że zaschło mu w gardle, a całe jego ciało zastygło w napięciu. Coś było na rzeczy; ta myśl formowała się długo i z oporami, ale teraz była na wyciągnięcie ręki.

Leya nie odezwała się ani słowem. Jej oczy poruszały się w jedną i drugą stronę, jakby skanowała długi tekst na ekranie komputera. GT uświadomił sobie, że była zatrudniona na okres próbny i że oczekiwano od niego oceny jej umiejętności.

Harriman wrócił z dwoma białymi segregatorami.

– Te są ostatnie – powiedział, kiedy GT zaczął przeglądać je od tyłu.

GT skinął głową.

– Sprawdzacie ich dokumenty?

– Jesteśmy demokratami. – Harriman uśmiechnął się ponuro. – Sprawdzanie dokumentów tożsamości jest niezgodne z naszą filozofią.

Wielu młodych ludzi, wiele kobiet, wielu mężczyzn w średnim wieku, z brodą i w okularach. Kilku czarnych, kilku Azjatów. Garść Latynosów. Wszyscy wyglądali na mniej lub bardziej zadowolonych i życzliwych. Wszyscy z wyjątkiem…

– A to kto? – spytał GT. Był w połowie najnowszego segregatora.

Facet na zdjęciu miał około czterdziestki, ogoloną głowę, ciemnoniebieskie oczy i kozią bródkę. Na szyi, ponad wycięciem podkoszulka, widać było wijący się tatuaż. Łapa jaszczurki? Szpony smoka?

Harriman pochylił się nad stołem.

– Nie mam pojęcia.

– Craig Winston – odczytał głośno GT. Odwrócił segregator i podał go Harrimanowi. – Co jest nie tak na tym zdjęciu, jak myślisz, Ron?

Harriman przyglądał się przez chwilę. Wreszcie wzruszył ramionami.

– Papierosy – powiedziała Leya.

– Papierosy – powtórzył GT.

W kieszeni na piersi mężczyzny widać było czerwoną paczkę winstonów.

– Jeśli nie wybrał tej marki w dowodzie uznania dla swojego dumnego nazwiska – ciągnął dalej GT – to chciałbym mu się bliżej przyjrzeć. I chodzi nie tylko o nazwisko i papierosy. Coś jest z nim w ogóle nie tak. Popatrz na jego spojrzenie. Sierota z domu dziecka, wielokrotny kuracjusz więzienia. Ziarnko pieprzu w torebce z mąką, jak mawiała moja babcia.

GT poszedł bez wahania za podszeptem intuicji nie dlatego, że miał stuprocentową pewność, tylko po to, żeby sprzedać usługę firmy. Straszenie klientów nieźle mu wychodziło. Ostatecznie miał przecież wieloletnie doświadczenie pod tym względem, choć oczywiście w starym życiu było to straszenie przełożonych, żeby wymusić na nich zwiększenie nakładów i zatwierdzenie operacji na granicy prawa.

Harriman przełknął ślinę.

– Data sprzed trzech tygodni. Tuż przed tym, gdy wszystko zaczęło nam się rozłazić. I masz rację, coś jest z nim nie tak. Po prostu nie pasuje. Niech to szlag, wszystkiego trzeba samemu dopilnować.

– Tak, myślę, że to może być on.

– Co on tu robił? – spytał nerwowo Harriman. – To zaczyna wyglądać naprawdę nieprzyjemnie.

– Może tylko sobie siedział, obserwował i podsłuchiwał. Jeśli miał konkretny cel, to oczywiście jest dużo więcej możliwości. Mógł mieć ze sobą fałszywy maszt telefoniczny, który przechwytuje szyfrowane sygnały 3G, konwertuje je do starego systemu GSM i…

– Coś takiego jest możliwe?

– Jak najbardziej. Mieści się w plecaku. Bardzo popularne ostatnio na lotniskach. Ale w takim wypadku widzielibyście go tu codziennie. Albo to, albo działał w klasycznym stylu. Zaraz to ustalimy. Gdzie masz swój gabinet?

Zeszli na parter, przemierzyli salę, w której trzy znajome studentki nadal tłoczyły się przy jednym komputerze, i znaleźli się przy drzwiach przesuwnych. Mieszczący się za nimi pokój miał piętnaście metrów kwadratowych i wysokie, wąskie nowoczesne okno wychodzące na tył domu. Tutaj nie było boazerii, tylko tapeta w czerwono-białe paski. Biurko z czereśniowego drewna było współczesną repliką – czyjąś wizją konsumenckiego gustu z początku dziewiętnastego wieku. GT przyłożył palec do ust, podszedł prosto do telefonu stacjonarnego i wyciągnął wtyczkę z gniazdka.

– Masz śrubokręt? – zapytał Harrimana.

Kandydat obszedł biurko, wyciągnął szufladę i po chwili podał GT szwajcarski nóż wojskowy.

Rozkręcając aparat, GT wzdychał i sapał jak napalony przestępca seksualny. Odwrócił aparat i otworzył pokrywę.

W tym momencie ciężarówka mogła przejechać mu po stopach – i tak by tego nie zauważył. Zamknął oczy, otworzył je – nie ma wątpliwości, był tam, gdzie przypuszczał. Bezprzewodowy nadajnik Infinity, przedpotopowy model wielkości dwóch spłaszczonych pudełek zapałek. Nie ruszył go, ale odciął króciutki przewód podłączony do kabla zewnętrznego.

Martwiły go dwie cechy Infinity zwanego również pluskwą harmonijkową. Po pierwsze, nadajnik nie przekazuje sygnałów przez radio, tylko za pomocą linii telefonicznej, co oznacza, że podsłuchujący może się znajdować w dowolnej odległości. Po drugie, mikrofon rejestruje nie tylko rozmowy prowadzone przez telefon, ale również wszelkie rozmowy w promieniu co najmniej dwudziestu pięciu metrów od aparatu. To znaczy: wszystkie poufne dyskusje w sanktuarium Harrimana.

Kandydat wpatrywał się jak zahipnotyzowany w elektroniczny gadżet.

– To niepojęte – wysapał. Nabrzmiała żyła na jego czole drgała nerwowo. Przygryzał wargi. – To zaczyna mnie przerastać.

GT poskręcał aparat i podłączył telefon do sieci.

Uznał, że leżąca na biurku komórka należy do Harrimana. Zdjął tylną pokrywę i zajrzał do środka. Nic.

Można z tego wysnuć dwa wnioski. Intruz – najprawdopodobniej Winston – nie miał dostępu do telefonu komórkowego. Albo podsłuchujący mieli możliwość zdalnego sterowania mikrofonem w komórce Harrimana, które umożliwiało im podsłuchiwanie rozmów przez telefon i rozmów w pokoju – takie rozwiązania techniczne były dość proste i coraz częściej spotykane.

– Słuchajcie, chyba jestem głodny – powiedział nagle GT. – Pójdziemy sprawdzić, co dobrego można dostać w tym mieście o tej porze?

Harriman sięgnął bezwiednie ręką po komórkę.

– Myślę, że nie będzie ci potrzebny. – GT starał się panować nad tonem głosu.

– Tak, nie, rzeczywiście.

Odłożył aparat na biurko, jakby go parzył.

Na zewnątrz było pięć, może sześć stopni, a powietrze zimne i wilgotne jak w mieście portowym. Gdyby GT miał tu zostać – a wydawało się, że tak – będzie zmuszony kupić sobie jakieś cieplejsze ubrania. Kilka metrów przed nimi szła Leya, w cienkim żakiecie, którego poły mocno przytrzymywała skrzyżowanymi ramionami. Tylko Harriman był ubrany adekwatnie do pogody – w krótki płaszcz.

Miasto oszczędzało na oświetleniu ulicznym; żarówki wymieniono na wersję energooszczędną o minimalnej mocy, wskutek czego dawały blade światło, jak z horrorów. Dopiero gdy oświetliły ich reflektory przejeżdżającego samochodu, na twarzy GT można było zobaczyć autentyczną radość.

*

Pizzeria znajdowała się tuż obok kina Movies 14 po drugiej stronie Main Street, naprzeciwko zagrodzonego szlabanem wjazdu na strzeżony całą dobę wielki parking. Szafranowy kolor świeżo odnowionych ścian lokalu podkreślał niechlujny wygląd wyświechtanych czerwonych obić foteli w boksach. Kelnerka była młoda, tłusta i pełna entuzjazmu.

GT zamówił colę light, mimo że aspartam zaburzał mu poziom cukru we krwi, a pozostała dwójka wzięła po kawałku pepperoni.

– Jeśli to koszmar senny, to błagam, obudźcie mnie – powiedział cicho Harriman, patrząc przez okno na starszego ciemnoskórego mężczyznę w puchowej kurtce, który starannie przeszukiwał zawartość śmietnika.

– Kim są pana wrogowie? – zapytała Leya, wycierając dłonie serwetką.

Harriman prychnął.

– Bo ja wiem? Tutaj każdy dupek jest twoim wrogiem. Powinniśmy zrobić, jak proponowała Liz, i przeprowadzić się do Connecticut. Ci pieprzeni rolnicy… – uśmiechnął się chłodno do kelnerki, która podeszła, żeby posprzątać ze stołu, poczekał, aż odeszła – …nie mogą znieść myśli o tym, że ktoś może być prawdziwym, postępowym demokratą. To dla nich za wiele. Ludzie, którzy nigdy nie brali udziału w wyborach. Mogę się założyć, że teraz pójdą na nie tylko po to, żeby się mnie pozbyć.

– Czy to znaczy, że za podsłuchem niekoniecznie musi stać sztab wyborczy Gwen Heart? – spytał GT. – Skoro wszyscy cię tak bezgranicznie nienawidzą?

– Nie mam pojęcia. Dlatego was tu ściągnąłem. Jedno jest pewne: to, co uzyskali z podsłuchu, przekazywali do jej sztabu.

– A samobójstwo? – spytała Leya.

Brak odpowiedzi.

– Po kolei – stwierdził GT. – Choć oczywiście nasuwa się wiele pytań.

Harriman pokręcił głową.

– Jasna cholera, czasami zaczynam się zastanawiać, po co w ogóle…

GT poruszył drażliwy temat.

– To będzie sporo kosztować, Ron. Jeśli zdecydujesz, że mam się tym zająć.

– Mam pieniądze.

GT pociągnął ostatni łyk coli.

– Dobrze.

– Ale musisz mi pomóc, Clive. W tej branży znam tylko ciebie.

– Okej. Tyle że ja się już raczej nie nadaję do pracy w terenie. – Poklepał się znacząco po brzuchu. – A młodsze siły w firmie nie zawsze rozumieją potrzebę zachowania dyskrecji. To typowi najemnicy, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Działają po prostu zbyt obcesowo.

Staruszek w puchowej kurtce skończył plądrować śmietnik, stanął tyłem do szyby, za którą siedzieli, i oparł się o nią plecami. Wygrzebał z kieszeni peta i przypalił go niebieską zapalniczką marki ZIPPO. GT długo mu się przyglądał. Możliwe, że miał przy sobie czuły mikrofon – są takie czujniki, które umożliwiają odtworzenie rozmowy na podstawie drgań szyb w oknach, klasyczne rosyjskie rozwiązanie – może teraz przysunął się do szyby, żeby poprawić jakość nagrania.

– Pozbądź się go – powiedział GT do Lei.

Jej wahanie trwało zaledwie kilka sekund, potem wstała i wyszła z lokalu.

Harriman spojrzał pytająco na GT.

– Nigdy nie wiadomo – wyjaśnił stary agent CIA.

Widzieli, jak Leya podała podejrzanemu bezdomnemu banknot, klepnęła go przyjaźnie po ramieniu i coś powiedziała. Mężczyzna otworzył szeroko oczy, popatrzył z niedowierzaniem na banknot, wsadził go do kieszeni spodni i dziarsko ruszył w stronę Main Street.

– Jak to załatwiłaś? – spytał GT, gdy Leya wróciła do stolika.

– Powiedziałam, żeby poszedł do centrum scjentologicznego i kupił książkę.

GT nie mógł powstrzymać uśmiechu.

– A ile mu dałaś?

– Dwadzieścia dolarów.

– Trzeba było kazać mu spieprzać, wyszłoby dużo taniej – powiedział ponuro Harriman. – W najlepszym przypadku przepije tę kasę. W najgorszym posłucha pani rady. Miała go pani tylko stąd wykurzyć.

Replika Lei była błyskawiczna:

– My tak nie pracujemy.

GT zaczynał lubić tę nowicjuszkę. Nie była idealistką. Była dobrze wychowana. I efektywna. Trudno zrozumieć, że kiedyś pracowała w FBI.

– Aha – mruknął Harriman. – To co teraz?

Nadjechał brązowo-żółty samochód policyjny. Zatrzymał się przy parkingu. Kierowca oświetlił leżący w mroku teren parkingu ręcznym reflektorem o bardzo silnym świetle. Nie zobaczył nic podejrzanego, więc wyłączył lampę i odłożył ją na podłogę w tyle samochodu. Jego partner coś powiedział, wysiadł i wszedł do pizzerii. W drodze do toalety zamówił dwie kawy na wynos, które kelnerka nalała mu do papierowych kubków.

– Jak już mówiłem, w tym przypadku nie potrzebujemy ciężkiej artylerii – powiedział GT, cmokając. – Nie. Tutaj potrzebne są bardziej… subtelne umiejętności.

venus europa

oranienstraße/berlin kreuzberg/niem

sob 20 października 2012 roku

[06:10/cet]

W lokalu są zwłoki, ale nie jest to mężczyzna leżący na barze. Ofiarą jest maszyna znajdująca się na podłodze; rozbita, częściowo zmiażdżona, roztrzaskana na setki elementów. Narzędziem mordu była spoczywająca na ladzie siekiera przeciwpożarowa.

Śpiący mężczyzna wyglądał na pięćdziesiąt pięć lat. Jednym policzkiem mocno wtulał się w wypolerowaną czarną drewnianą płytę. Całą twarz oblepiały mu dziesięciocentymetrowe blond włosy. Dłonie miał złożone pomiędzy kolanami. Bardzo się spocił, więc teraz zaczął dygotać, z każdym oddechem coraz mocniej.

– Słyszysz mnie? Halo?

Coś zatrzeszczało na samym dnie jego świadomości. Jakiś duch bawiący się zapałką, chłopiec, któremu pierwszy raz w życiu udało się odblokować zabezpieczenie przed dziećmi w prawdziwej zapalniczce. Nastąpił błysk. Kiedy powrócił mrok, zrobiło się mniej… ciemno.

– Ludwigu!

Poczuł na przegubie dwa palce i kciuk. Otworzył oczy i zobaczył Tinę, zastępczynię szefa restauracji Venus Europa, kobietę, której pogarda wobec niego mogła się mierzyć wyłącznie z przesiąkniętą nienawiścią opieką matki.

– Co ty wyprawiasz? – spytała. – Coś ty narobił?

– Nieee, niiieee – wyseplenił Ludwig Licht, lekko się uniósł, przy czym o mały włos, a spadłby na podłogę, odzyskał równowagę i zsunął się delikatnie z baru. – To nie moja wina.

Równowaga była chyba źle skalibrowana, bo znajdowała się jakiś metr obok niego; nadciągnęła jak wielkie wahadło, zmusiła go do przechyłu, który skończył się upadkiem na bok.

– Ożeż ty w mordę… Nieźle przypiździłem…

Bolało go ramię. Nie wiadomo, czy od uderzenia o oparcie krzesła podczas upadku, czy z powodu odrętwienia po kilku godzinach polegiwania na twardym blacie. Na wszelki wypadek kopnął krzesło, które potoczyło się po klinkierowej podłodze na odległość kilku metrów.

– Wstawaj – powiedziała Tina, wyciągając do niego obie ręce.

– Pieprzone, posrane meble są już wszędzie.

– Podnoś się.

Zamknął oczy. Nie jest dobrze, wręcz przeciwnie, i to pod każdym względem.

– Bo ja wiem.

– Podnieś się, do cholery, za godzinę zaczynamy podawać śniadanie. Muszę się ciebie pozbyć i posprzątać ten… Co zrobiłeś z ekspresem?

Na przekór wszystkiemu Ludwigowi udało się wstać o własnych siłach. Spojrzał na pobojowisko.

– Niektórych konfliktów nie da się rozwiązać w drodze negocjacji – mruknął. – Może tam, gdzie się wychowałaś, w lekarskim luksusowym domu w Hamburgu, wygląda to inaczej. Ale tu jest Berlin. Tutaj sprawy dzieją się na poważnie.

Tina popatrzyła mu prosto w oczy i pokręciła z niedowierzaniem głową.

– Aż trudno uwierzyć, że można być takim idiotą.

– Pieprzyć to – powiedział Ludwig, wbijając wzrok w podłogę. – Ubezpieczyciel zapłaci.

– W takim razie musisz zgłosić szkodę.

– Dobra, dobra.

– I wyjaśnić policjantom, jakim cudem nie ma śladów włamania. A jeśli masz paragon na ten ekspres, to jestem chińską księżniczką.

– Przecież tu jest!

– Co?

– Ta pieprzona maszyna. Jest tu, czysto fizycznie. Prawda? Jak to niby możliwe, że jakiś byle świstek jest ważniejszy od fizycznej… fizycznej obecności? W jakim my świecie żyjemy? Możesz mi to wyjaśnić?

– Zamknij się wreszcie. Chodź, odprowadzę cię do domu.

*

Ludwig wyszedł za nią i zatrzymał się, czekając, aż zamknie drzwi na klucz. Był ciepły jesienny poranek – cały poprzedni tydzień temperatura przekraczała normę. Tyle pamiętał, tylko tyle. W jakimś oknie wystawowym zobaczył swoje odbicie: groszkowe dżinsy, granatowa kurtka dżinsowa i pomarańczowy podkoszulek w serek, z długimi rękawami. Ubranie, które musiał sobie kupić jakoś niedawno z całkiem nieznanego powodu. To fascynujące. Na którejś z otulonych oparami mgły poplątanych ścieżek myśli dosięgła go fantazja sprawienia sobie tego oślepiającego kolorystyką odzienia?

Życie na Oranienstraße zaczynało się w sobotnie poranki o siódmej, czyli teraz. Młodzi rowerzyści jadący na równie pożądane, co słabo opłacane praktyki w firmach o niejasno sformułowanym zakresie działalności, restauratorzy i właściciele kawiarni, sklepikarze handlujący papierosami o bezlitośnie niskich marżach, taksówkarze kończący właśnie zmianę i wysiadający z samochodów, sprzątacze ulic usuwający pozostałości po nocnych ekscesach i wysyłający raporty o nowych nagryzmolonych graffiti.

Tina szła kilka kroków przed nim. Była ubrana jak do pracy, w czarne spodnie, białą bluzkę i czarną kamizelkę. Cienki czerwony płaszcz wyraźnie przełamywał nudę uniformu.

– Zaczynam trzeźwieć – powiedział Ludwig, gdy stanęli przed jego bramą przy Adalbertstraße. – Daj się namówić na kawę.

Tina wyciągnęła telefon komórkowy, żeby sprawdzić godzinę.

– Muszę wracać i posprzątać po tobie.

– Pięć minut.

– Okej.

Na schodach o mało nie wyzionął ducha. Miał całkiem niezłą kondycję; ale dzisiaj jego mózg nie nadążał na zakrętach. Za bardzo się wszystko telepało, podskakiwało.

Tina poszła do łazienki, a on włączył czajnik i wyjął z szafki dwa kubki.

– Rozpuszczalna – powiedział głośno i odkręcił zakrętkę. – Niezawodna w każdych warunkach.

Czajnik nie wydawał żadnych odgłosów. Wyciągnął wtyczkę z kontaktu, wsadził ją z powrotem, nacisnął przycisk. Cisza.

– Spadaj. – Odkręcił kran i czekał. Kiedy zaczęła lecieć gorąca woda, podstawił kubki, nasypał kawy i zaczął gwałtownie mieszać. Rozpuściło się prawie wszystko.

Tina usiadła przy stole w kuchni i wyglądała przez okno na podwórze.

– A teraz wkładka – powiedział Ludwig, nalewając do obu kubków trochę whisky. Poszedł do lodówki, przeprowadził błyskawiczną inwentaryzację – litr mleka, trzy i pół sześciopaka Warsteiner Premium, paczka jajek, megapaczka duńskiego bekonu i… jest, pojemnik ze śmietaną w sprayu. Miał ją od miesięcy, a może i dłużej. Ale kto wie…

Postawił kubki na stole, potrząsnął pojemnikiem i wycisnął do kubka Tiny trochę żółtozielonego glutowatego czegoś.

Spojrzała na niego, potem na kubek.

– Chyba straciłam ochotę – powiedziała.

– Oj tam. – Ludwig przestawił jej kubek na swoją stronę stołu. – Zaraz się tego pozbędziemy – powiedział, idąc do zlewu, gdzie wyrzucił z kubka glutowatą maź. Ponownie pomachał pojemnikiem i nacisnął spust.

Śmietana – albo cokolwiek tam było – zachowywała się nieracjonalnie. Nie wpadła do kubka, tylko strzeliła do tyłu, pokrywając jego prawe ramię jak szybko rosnący bluszcz. Upuścił pojemnik, który potoczył się po podłodze w stronę sypialni. Gdy dotarł prawie do progu, pojawiła się przed nim para stóp z pomalowanymi na czarno paznokciami.

– No wreszcie jesteś – powiedziała kobieta ubrana w jego szlafrok.

Miała około pięćdziesiątki. Ufarbowane na czarno włosy, ciemny makijaż. Na łańcuszku pod szyją nosiła pięcioramienną gwiazdę.

Przez kilkanaście sekund Ludwig patrzył jej prosto w oczy kompletnie zaskoczony, jakby nie wiedział, kim jest. Kobieta przechyliła głowę i wydała odgłos przypominający cmoknięcie.

– No chodź tu i przywitaj się porządnie – powiedziała kobieta demon, robiąc gest w kierunku ciemnego pokoju, z którego właśnie się wyłoniła.

– Yes, na mnie już czas – powiedziała Tina, wstając.

Ludwig skinął głową.

W chwili gdy Tina wychodziła z mieszkania, zadzwoniła komórka Ludwiga. Kobieta demon przedreptała obok niego, podniosła niezaplamiony kubek z kawą z blatu kuchennego i usiadła przy stoliku. Ludwig wyłuskał telefon z kieszeni obcisłych dżinsów.

Nieznany numer.

Zsunął się po ścianie przy lodówce, usiadł na podłodze i odebrał.

– Dzień dobry.

– Ludwigu!

– …tak?

– To ja – powiedział GT.

Nie rozmawiali ze sobą od pół roku. Od krwawej rzezi w Ambasadzie Syrii w Berlinie. Podczas ostatniej rozmowy Ludwig przeciął wszystkie więzy łączące go z CIA i zrobił to oficjalnie. GT. Spośród wszystkich ludzi, z którymi miał do czynienia tego ranka, otyły, przebiegły Amerykanin był postacią równie nieprawdopodobną, co niepożądaną.

– Dzień dobry – powtórzył Ludwig.

– Przepraszam, że dzwonię tak wcześnie. Co tam u ciebie?

Ludwig przełknął ślinę i wytarł utytłaną w śmietanie rękę o podłogę.

– Rewelka.

– Dobrze słyszeć!

Kobieta siedziała przy stole, piła kawę i esemesowała. Konsternacja Ludwiga nabierała odcienia niesmaku. Ile dni z nią spędził? Czy się zabezpieczał? Jakim cudem w ogóle wiedział,  j a k   t o   s i ę   r o b i?

– Jasne – rzucił Ludwig. – Pasmo sukcesów. Każdego dnia budzę się od okrzyków zachwyconej publiczności. A co u ciebie?

– Dziękuję, w porządku – odpowiedział GT. – Tyle że trochę za mało stymulujących zadań. Aż do teraz. Wczoraj pojawiła się pewna sprawa.

Ludwig pokręcił głową i powiedział:

– Życzę powodzenia w jej rozwiązaniu.

– Daj spokój, przestań się wydurniać, Ludwigu.

Dopiero teraz pojawił się prawdziwy ból głowy: dopiero teraz wytrzeźwiał na tyle, żeby poczuć kaca. Jeszcze godzina i zaczną się wymioty. Może wcześniej. Do tego czasu muszę się pozbyć tej baby.

– Nie pracuję już dla firmy – powiedział po dłuższej chwili ciszy.