Na oceanie nie ma ciszy. Biografia Aleksandra Doby, który przepłynął kajakiem Atlantyk - Dominik Szczepański - ebook
Opis

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce. Wtedy można np. przepłynąć Ocean Atlantycki kajakiem. I to dwukrotnie. „Na oceanie nie ma ciszy” to historia Aleksandra Doby, emerytowanego inżyniera mechanika, który został Podróżnikiem Roku 2015 „National Geographic”. W ciągu 166 dni pokonał ponad 12 tys. km kajakiem z Lizbony do New Smyrna Beach na Florydzie. Walczył z awariami, przeciwnymi wiatrami i dziewięciometrowymi falami. Na 48 dni stracił łączność telefoniczną ze światem. O czym się myśli przez tyle samotnych dni?
Za rok Doba kończy 70 lat. Planuje kolejną wyprawę, trudniejszą od poprzednich. Sam o sobie mówi, że jest tylko turystą.

„Zawsze trzeba zaczynać od marzeń. Potem plany. No i trzeba sprzątać śmieci z rzeki, bo ja potem kajakiem nie mogę się przebić” – Aleksander Doba 

„Nie ma rzeczy niemożliwych… Skoro inni przetrwali, to dlaczego ja miałbym nie dać rady?”. Przykładem był dla niego Ernest Shackleton, odkrywca, polarny twardziel, który walczył o życie swoje i swoich współtowarzyszy, gdy kra zniszczyła ich statek daleko od lądu. Historia zmagań Olka Doby to fascynująca opowieść o niezachwianym optymizmie, pasji, wytrwałości, przekraczaniu granic wytrzymałości i strachu” – Wojciech Jacobson, żeglarz

„Zawsze uważałam, że mam dużą wyobraźnię… Ale nawet moja wyobraźnia nie sięga tak daleko jak wyobraźnia Olka Doby! Trzeba być szaleńcem, żeby pewnego dnia wsiąść w kajak i przepłynąć ocean, żeby dzięki własnej determinacji i sile mięśni samotnie przemierzyć tysiące mil morskich. Olek dokonał rzeczy, wydawałoby się, niemożliwej. Dzięki temu, co zrobił, stał się idolem dla wielu młodych, którzy chcieliby mieć tyle samo odwagi i fantazji. Rzecz w tym, że Olo jest jedyny i niepowtarzalny, inspiruje nas wszystkich do tego, żebyśmy mieli odwagę realizować marzenia, nawet te najbardziej zwariowane. I o tym właśnie jest ta książka.
Zawsze wiedziałam, że niemożliwe nie istnieje, ale po poznaniu Olka i jego historii teraz wiem to na pewno” – Martyna Wojciechowska, redaktor naczelna „National Geographic Polska”

„To opowieść o człowieku, który wie, jak marzenia zamienić w pasję, i o tym, jak z wielką determinacją realizuje kolejne wielkie wyzwania. Wydaje się, że nie ma akwenu ani rzeki, gdzie nie płynął Olek. Pisze wielką historię i będąc skromnym facetem, lekko o tym opowiada i podnosi cały czas poprzeczkę, nie bacząc na… metrykę! Dla Olka im trudniej, tym lepiej, a to wpisuje się w fantastyczną sztukę cierpienia, która daje radość zwycięzcy. Pokazał, jak brać sprawy w swoje ręce. Podziwiam Go za samotną często walkę z żywiołem na granicy ryzyka, ale wiem, że to smakuje najbardziej. Przypominając słowa Reinholda Messnera skierowane do Jurka Kukuczki, że nie jest drugi, ale wielki, trzeba powiedzieć: Olku, jesteś po prostu wielki.
Masz rację – lepiej żyć jeden dzień jak tygrys niż sto lat jak owca. No i ta… biało-czerwona, o której nigdy nie zapominasz!” – Krzysztof Wielicki, himalaista

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 302

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Mariusz Burchart
Korekta: Emilia Niedzielak
Tłumaczenie fragmentów z rozdziału VIII: Agnieszka Sowińska
Fotoedytor: Rafał Szczepankowski
Projekt graficzny makiety, skład i łamanie oraz przygotowanie zdjęć do druku:Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART. DESIGN – www.panczakiewicz.pl
Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska
Zdjęcie na okładce: Michał Mutor
Fotografie w książce (numery stron dotyczą wydania papierowego):
Aleksander Doba s. 51, 52-53, 56, 58, 65, 74-75, 77, 80-81, 84, 87, 88, 94, 99, 101, 104, 108, 111, 114, 116, 119, 135, 140, 146-147, 167, 170, 174-175, 192-193, 196, 216-217, 226, 233, 241, 246, 251, 256-257, 260, 272, 285; archiwum Aleksandra Doby s. 26, 32, 33, 41, 68, 150, 153, 156, 161, 163, 184, 188, 236; Piotr Chmieliński s. 105, 266-267, 270, 277, 278, 281, 300, 319, 330-331; Nicola Muirhead s. 289, 291, 294, 307, 310-311, 314, 316; Ricardo Bravo Canoe and Kayak/Canoandes s. 44; Artur Zagórski s. 6; Max Chmielinski s. 126; Alex Chmielinski s. 327; John Wadson s. 286-287; Agencja Gazeta: Sławomir Kamiński s. 128, 324, Cezary Aszkiełowicz s. 38, Artur Kubasik s. 221; East News: Gerard/Reporter s. 62, Sovfoto s. 205
Mapa: Joanna Wilanowska
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:
Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska
Redaktor naczelny: Paweł Goźliński
Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka
© copyright by Agora SA 2015
© copyright by Aleksander Doba 2015
© copyright by Dominik Szczepański 2015
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2015
ISBN: 978-832-681-787-8 (epub); 978-832-681-788-5 (mobi)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Pierwszy uścisk ręki po ponad czterech miesiącach samotnej podróży. Spotkanie z Piotrem Chmielińskim przed dopłynięciem do Bermudów

Wstęp

„W 2013 r. postanowił po raz drugi pokonać Ocean Atlantycki, tym razem w najszerszym miejscu. Kajak minimalnie przebudowano, bo musiał pomieścić więcej żywności. Doba wyruszył 5 października z Lizbony”.

Dominik Szczepański, Off.sport.pl,

18 stycznia 2014 r.

Planując swoją drugą wyprawę kajakiem po Atlantyku, Aleksander Doba poprosił mnie o koordynowanie ostatniego etapu jego podróży, to jest dopłynięcia do wybrzeża Florydy, a potem organizacji pobytu w Stanach Zjednoczonych. Chodziło nie tylko o powitanie na lądzie amerykańskim, lecz także o tak prozaiczne sprawy jak nocleg i transport lądowy czy pomoc przy odprawie paszportowej, którą należało przejść w momencie dotarcia do brzegu, aby nie skończyła się np. deportacją.

Wyciągając wnioski ze swojej pierwszej transatlantyckiej wyprawy sprzed dwóch lat, o której właściwie mało kto wiedział, choć już była ważnym wydarzeniem i zakończyła się sukcesem, Olek poprosił mnie również o przekazywanie mediom na bieżąco relacji z jego podróży.

Jak się później okazało, komunikacja z dziennikarzami i powstałe w efekcie publikacje prasowe oraz internetowe, a także programy telewizyjne, przyczyniły się nie tylko do rozpowszechnienia informacji i rozwinięcia zainteresowania tym, dla jednych imponującym, dla innych szalonym, przedsięwzięciem. Dzięki temu mogliśmy liczyć na pomoc z zewnątrz, w sytuacji gdy tej pomocy bardzo potrzebowaliśmy. Na Bermudach przez chwilę miałem możliwość stać się współuczestnikiem jednej z najważniejszych w ostatnich latach eksploracji.

„67-letni mężczyzna próbujący jako pierwszy na świecie przepłynąć kajakiem Atlantyk z Europy do Ameryki Północnej przybędzie dzisiaj na Bermudy, aby naprawić uszkodzony ster.

Ster kajaka Aleksandra Doby uległ zniszczeniu w czwartek podczas sztormu”.

Cooper Stevenson, „The Royal Gazette”,

Bermudy, 17 lutego 2014 r.

„To niemożliwe! Klątwa Trójkąta Bermudzkiego nie opuszcza Olka!” – pomyślałem, patrząc na telefon i odczytując raz po raz informację otrzymaną pod wieczór 13 lutego 2014 r.: urwany ster, dalsze płynięcie niemożliwe. Przez ostatnie półtora miesiąca szalejące sztormy i niesprzyjające wiatry zepchnęły Aleksandra Dobę z obranego kursu. Już miał sporo dystansu do nadrobienia, by wrócić na właściwą trasę w kierunku Florydy, a teraz jeszcze ta awaria. Jednocześnie był już tak blisko celu, pokonał przecież 8 z przewidzianych 9 tys. km. Wybrzeże Florydy było niemal na wyciągnięcie wiosła, a zarazem takie niedostępne i trudne do osiągnięcia.

Po konsultacjach ze strategiem wyprawy Andrzejem Armińskim zapadła decyzja, że Olek popłynie na Bermudy, ląd położony najbliżej jego aktualnej pozycji, nieco ponad 300 km na północ.

Kilka dni po otrzymaniu wiadomości o złamanym sterze wylądowałem na lotnisku L.F. Wade na Bermudach. Uzgodniliśmy z Olkiem, że zorganizuję mu pomoc w bezpiecznym dotarciu do lądu, który z każdej strony otoczony jest wyjątkowo niebezpiecznymi dla jednostek pływających rafami koralowymi. Potem mieliśmy zająć się uszkodzonym sterem i zdecydować, co dalej.

Dość szybko udało mi się znaleźć i jednostkę pływającą, i odpowiednich przewodników znających układ podwodnych korytarzy prowadzących do portów – Brenta Munro, właściciela kutra „Frog Cutter”, i członka jego załogi Chrisa Maughana. Przejechawszy niemal całą wyspę, znalazłem też mały warsztat, którego pracownicy mieli naprawić uszkodzony ster kajaka.

Wydawało się, że podróż na Bermudy nie będzie stanowiła większej trudności. Wiatry południowe, które dotąd znosiły Olka zbyt mocno na północ, miały same zaprowadzić go do bezpiecznego portu. Ale akurat wtedy kierunek wiatrów zmienił się na północny, zmuszając kajakarza do ogromnego wysiłku, by przeciwstawić się sile pchającej go tym razem na południe.

– Wiatry wiejące z południowego zachodu, które dotąd mi dokuczały, jak się zorientowały, że chcę płynąć na północny wschód, to zaczęły wiać właśnie z tamtej strony! – żartował później Olek, dodając „w imieniu wiatrów”: – Przecież lubimy wiać Olkowi prosto w oczy! Z tego powodu nie dotarł na wyspę 17 lutego, jak zapowiadał bermudzki dziennik „The Royal Gazette”, ale tydzień później.

„Od świtu co godzinę odbieramy sygnały o lokalizacji kajaka. I wpatrujemy się w horyzont. Po 13 godzinach rejsu – wreszcie jest. Naprawdę cieszy się, że nas widzi. Właśnie ludzi brakuje mu najbardziej”.

Dorota Wysocka-Schnepf, TVP Info,

20 lutego 2014 r.

Po raz pierwszy zobaczyliśmy się z Olkiem jeszcze na oceanie. Do rejonu, w którym według wskazań lokalizatora SPOT miał znajdować się „OLO” (tak nazywa się kajak Olka), płynęliśmy razem z redaktor Dorotą Wysocką-Schnepf i operatorem Arturem Zagórskim z TVP ponad 13 godzin. Stojąc na pokładzie „Frog Cutter”, wpatrywaliśmy się w bezmiar oceanu, próbując dostrzec żółty kajak. Czasem wzrok i wyobraźnia podsuwały już wyczekiwany obraz, taka morska fatamorgana. Wreszcie jest! Bardzo daleko na falach zakołysał się mały punkcik, wywołując w nas radosne wzruszenie. Teraz już zbliżał się z każdą minutą. Kiedy podpływaliśmy do kajaka, spodziewaliśmy się zobaczyć wiosłującego Olka. Tymczasem w kajaku nie było nikogo. Złowróżbna pustka! Tylko kto w takim razie naciskał sygnał lokalizatora SPOT? Wtem z kabiny wyłoniła się postać z długimi włosami i długą brodą, z ogorzałą od słońca i roześmianą twarzą.

– Olek, ale nas wystraszyłeś! Już pomyśleliśmy, że wypadłeś z kajaka! – zawołałem. Okazało się, że kajakarz na nasze spotkanie postanowił się trochę przygotować, w tym włożyć spodenki, których na co dzień nie używał.

– Strasznie dziękuję, Piotrze, że jesteś tu i że mam gości na Atlantyku. Dziękuję, że przyjechałeś i że mogę uściskać ci rękę – i tak stałem się pierwszym po czterech i pół miesiąca samotnej podróży człowiekiem, do którego przemówił i którego uściskał.

Cieszył się każdą minutą spędzoną z nami, możliwością porozmawiania przez telefon z tak długo niesłyszaną żoną, goszczeniem pani Doroty na pokładzie „OLO”, rozmową przed kamerą. Może trochę chudszy, z pewnością bardziej zarośnięty, pełen werwy, entuzjazmu i radości. Ani śladu zmęczenia. Kto by przypuszczał, że ten człowiek od czterech i pół miesiąca bez przerwy wiosłuje i walczy z przeciwnościami serwowanymi mu przez Atlantyk!

Dwie godziny później zostawiliśmy go znowu samego na oceanie, by ponownie spotkać się już na lądzie.

„Doznawszy uszkodzenia kajaka, samotny kajakarz morski, 67-letni Aleksander Doba, dotarł dziś rano na Bermudy w celu dokonania naprawy przed kontynuacją podróży. Doba spędził na morzu 141 dni”.

„Bernews”, Bermuda’s 24/7 News Source,

24 lutego 2014 r.

Tuż przed dotarciem Olka do lądu rozpętały się burza i sztorm. Mgła, deszcz, silny wiatr i kompletna ciemność objęły nas płynących ponownie na „Frog Cutter”. Do tego pojawił się problem z połączeniem internetowym uniemożliwiający odczyt lokalizacji „OLO”, którego mieliśmy przeprowadzić między rafami koralowymi i wprowadzić bezpiecznie do portu. Napięcie rosło. Mimo moich nacisków kapitanowie kutra zdecydowali, że należy poczekać na jakąkolwiek informację o położeniu kajaka i dopiero wtedy ruszyć mu na spotkanie. Poszukiwania w tych warunkach pogodowych były wyjątkowo niebezpieczne, szczególnie dla kutra. Sterowanie na płyciznach i między rafami koralowymi mogło zakończyć się tragicznie.

Kiedy wreszcie sygnał się pojawił, okazało się, że Olek jest blisko miejsca wyznaczonego spotkania. Wypłynęliśmy mu naprzeciw. W strugach deszczu trudno było cokolwiek dostrzec. Wreszcie pojawiło się nikłe światełko. To on! Nie mogliśmy jednak zbliżyć się ze względu na płycizny pomiędzy rafami koralowymi. Próbując przekrzyczeć wiatr, wołałem: „Olek, to ja, Piotr! Płyń za nami!”. Chyba nas nie słyszał i nie widział, bo nie płynął w naszym kierunku. Nie mieliśmy za dużego pola manewru. Jedyne, co mogliśmy zrobić, to poruszać się w obrębie dostępnego między rafami kanału, licząc, że Olek się zorientuje, że wskazujemy mu właściwy kurs. Wreszcie nas zauważył. Podpłynął bliżej. Kiedy zapytałem, czy mamy go wziąć na hol, odmówił. Trzymając się kursu wytyczanego przez kuter, rankiem 24 lutego Olek wpłynął do Ely’s Harbour, gdzie po ponadczteromiesięcznym pobycie na wodzie po raz pierwszy postawił stopę na stałym lądzie.

„Choć był zadowolony z dotarcia do Bermudów, Doba stwierdził, że wykonał tylko 75 proc. zadania, a jego celem pozostaje dotrzeć do Florydy. »Teraz tylko muszę znaleźć na to sposób«”.

Cooper Stevenson, „The Royal Gazette”,

25 lutego 2014 r.

Uszkodzony ster został naprawiony już trzy dni po przybyciu Olka na Bermudy. Mógłby zatem bez przeszkód ruszyć w dalszą podróż, gdyby tylko udało się znaleźć sposób przetransportowania kajaka do punktu na oceanie, z którego niesprzyjające wiatry zaczęły spychać go z właściwego kursu. Jakieś 600 km na południe od wyspy.

Dzięki lokalnym mediom, które z ogromnym zainteresowaniem powitały człowieka płynącego kajakiem po oceanie, wyspę obiegła informacja o poszukiwaniu przez nas statku mogącego przewieźć Olka i kajak na środek oceanu. Pomagało mi to w spotkaniach z bermudzkimi przedsiębiorcami, potencjalnymi organizatorami i sponsorami takiego przedsięwzięcia. Olkowi pomagało to z kolei w negocjacjach z kapitanami cumujących w portach statków.

„Była nadzieja, że niedawno przybyły statek szkoleniowy »Tres Hombres« będzie w stanie pomóc Dobie. Z powodu oczekiwanych słabych wiatrów, które dominować będą przez większość tygodnia, kapitan Lammert Osinga stwierdził, że podróż nie będzie możliwa, ponieważ musiałby płynąć okrężną drogą. A przez to nie zdążyłby dopłynąć do swojego miejsca docelowego w zaplanowanym terminie”.

Cooper Stevenson, „The Royal Gazette”,

4 marca 2014 r.

Ale czas mijał nieubłaganie. Kilka rozwiązań zarysowywało się bardzo mgliście, ale poważną przeszkodą w ich realizacji stała się pogoda, która zablokowała wszelkie morskie podróże. Pod koniec lutego pojawiła się niezwykle realna szansa na zwodowanie kajaka w określonym przez Olka miejscu z żaglowca szkoleniowego „Tres Hombres”. Po kilku dniach okazało się jednak, że i to rozwiązanie nie wchodzi w grę. Z powodu braku wiatru.

Pozostawało więc dalej czekać. Wkrótce w Gdyni miało się odbyć kolejne spotkanie polskich podróżników Kolosy, w których każdego roku biorę udział jako członek kapituły. Rozważałem już rezygnację z wyjazdu, ale czekać na transport dla Olka mogłem równie dobrze w Polsce i ostatecznie zdecydowałem się pojechać najpierw do Waszyngtonu, a stamtąd do Warszawy i Gdyni.

Olka zostawiłem pod opieką dwóch Polaków, których poznałem w prowadzonej przez nich miejscowej aptece. Rafał Burbon i Krzysztof Puciaty nie tylko udostępnili Olkowi lokum, połączenie internetowe, dzięki czemu ponownie nawiązał kontakt ze światem, lecz także pomagali mu w rozmowach z armatorami, właścicielami statków, łódek, właściwie każdej jednostki pływającej. Razem z nim poszukali możliwości wypłynięcia „OLO” na szerokie wody Atlantyku.

„Aleksander Doba załadował swój kajak na pokład »Spirit of Bermuda« i zostanie przetransportowany ok. 325 mil morskich na południe, skąd podejmie próbę przepłynięcia ostatnich 900 mil na Florydę, do miejsca, do którego zmierzał po wypłynięciu z Portugalii w październiku”.

„Bernews”, Bermuda’s 24/7 News Source,

23 marca 2014 r.

Dobra wiadomość nadeszła 3 marca. E-mail, który odebrałem gdzieś pomiędzy Waszyngtonem a Warszawą, zatytułowany był po prostu: „Od Jamesa Butterfielda – Bermudy”.

„Przeczytaliśmy w sobotnim wydaniu »The Royal Gazette« artykuł poświęcony Aleksandrowi Dobie. Czy mógłby Pan poinformować nas, czy pan Doba był w stanie zorganizować już transport powrotny na swój pierwotnie zaplanowany kurs, 300 mil na południe od Bermudów?”.

To pytanie tchnęło nadzieją, że wreszcie uda się wydostać Olka z Bermudów.

Dalej sprawy zaczęły toczyć się szybko. Z kolejnych e-maili oraz rozmów telefonicznych dowiedziałem się, że jest możliwość przetransportowania i zwodowania „OLO” w wyznaczonym na oceanie miejscu z żaglowca szkoleniowego dla młodzieży, o znamiennej jak na Trójkąt Bermudzki nazwie „Spirit of Bermuda” (Duch Bermudów).

James Butterfield, związany z fundacją Bermuda Sloop Foundation, postanowił zaangażować się finansowo i logistycznie w organizację tej niezwykłej eskapady. Natychmiast skontaktował mnie z kapitan Karen McDonald i rzeszą osób, które zadbały o każdy detal związany z załadunkiem i rozładunkiem kajaka.

Dwa tygodnie później ujrzałem dumę Bermudów, piękny i dostojny żaglowiec, którym 23 marca mieliśmy wypłynąć na południe, wstrzeliwując się w okno pogodowe między sztormami. Stojąc na nabrzeżu, zapytałem Jima Butterfielda, co skłoniło go do zainteresowania się kajakarzem z Polski.

– W życiu wyznaję zasadę: jeśli możesz pomóc, dlaczego miałbyś nie pomóc? – usłyszałem. – Kiedy po raz pierwszy przeczytałem w gazecie o kajakarzu, wydało mi się to fascynujące, że ktoś przepłynie Atlantyk w kajaku, w czymś tak małym! Informacja, że po naprawie steru potrzebował pomocy w powrocie do miejsca przerwania podróży, spowodowała, że zacząłem myśleć o statku i przyjaciołach, o których wiedziałem, że mogliby pomóc. Liczy się to, że można dać coś komuś kompletnie obcemu, choć w tym wypadku to był ktoś związany z oceanem, a ja spędziłem wiele tygodni, pokonując Atlantyk, choć na łodziach większych niż kajak.

23 marca, około godziny 15, na pokładzie „Spirit of Bermuda”, na którego maszcie powiewała polska bandera, wypłynęliśmy z portu Saint George’s. Spojrzałem na Olka radośnie machającego do żegnających go mieszkańców wyspy i zobaczyłem w tym 67-letnim brodaczu z roześmianymi oczami, przypominającym prawdziwego wilka morskiego, młodego chłopaka przepełnionego entuzjazmem, energią i niecierpliwie czekającego na spotkanie ze swoją przygodą, wypatrującego na horyzoncie tego, co ma mu przynieść szczęśliwy los.

„600-kilogramowy kajak został uwięziony pod odbojnicą statku, doznając poważnego uszkodzenia”.

Cooper Stevenson, „The Royal Gazette”,

27 marca 2014 r.

Wodowanie „OLO”, dwa dni po opuszczeniu wyspy, dostarczyło całej załodze „Spirit of Bermuda” niezwykłych emocji, o czym w dalszej części książki opowie sam bohater wyprawy. Nawet niewierzący w zabobony pomyśleli, że Trójkąt Bermudzki faktycznie przynosi Olkowi pecha, przekreślając na dobre los transatlantyckiej wyprawy. Okazało się jednak, że to wcale nie był pech, ale po trosze szczęście. Kajakarz w swoim pozbawionym pierwotnego kształtu kajaku, znalazłszy się na wodzie, machnął nam szybko na pożegnanie i czym prędzej odpłynął, jakby w obawie, że zechcemy go zatrzymać. Tylko kto byłby w stanie powstrzymać Olka...

Jeszcze chwilę patrzyliśmy, jak odpływa na południowy zachód, niknąc raz po raz pośród fal. Nie było jednak czasu na dłuższą obserwację, musieliśmy spieszyć się do brzegu, bo zapowiadano gwałtowną zmianę pogody. Zrobiliśmy odwrót, a kilka godzin później wpadliśmy w epicentrum najsilniejszego od lat sztormu.

Pod wieloma względami konieczność zatrzymania się na Bermudach stanowi przełom w niezwykłej podróży Aleksandra Doby po Atlantyku. W pierwszej chwili wydawało się, że urwany ster przesądził o losach wyprawy. To dramat dla kogoś tak zdeterminowanego, rozczarowanie, żal i złość porównywalne z tymi, które towarzyszą wspinającym się na Everest i zmuszonym do odwrotu niemal spod samego szczytu. Olek szybko jednak znalazł pozytywne strony tej historii, tłumacząc sobie, że to i tak spory sukces – nikt przecież nie dopłynął do Bermudów z Europy kajakiem. Po inżyniersku wyliczył miarę swojego wyczynu na 75 proc. Jeśli uda się dopłynąć do Florydy – procent wzrośnie do 93.

Mapa z wyprawami transatlantyckimi. Na zielono wyprawa z Afryki do Brazylii, na czerwono plan wyprawy z Lizbony do Florydy

Przekonałem go jednak, że faktycznie osiągnął znacznie więcej niż „tylko” przepłynięcie Atlantyku. Już samo to, że po wymuszonej awarią steru przerwie w podróży podjął ją na nowo, położył kajak z powrotem na wodzie i ruszył do celu, było wielkim osiągnięciem. Dodatkowo tułaczka po Trójkącie Bermudzkim przyczyniła się do ustanowienia kilku rekordów.

Spychany przez wiatry, zataczając pętle na oceanie, pokonał kajakiem trasę o prawie 3600 km dłuższą niż planowana, spędził na wodzie pół roku, choć pierwotnie miały to być cztery miesiące. Nie poddał się w chwili największego zwątpienia, choć wielu sądziło, że na Bermudach skończy się jego wyprawa. Na wyspie okazało się też, że w trudnych chwilach można liczyć na bezinteresowną pomoc ludzi, którym imponuje podejmowanie wyzwań wydających się niemożliwymi do zrealizowania.

Najważniejsze, że mimo przymusowego postoju na Bermudach założenia i cel wyprawy zostały osiągnięte.

„Samotna podróż Olka Doby kajakiem przez Ocean Atlantycki zbliża się do końca, jeszcze w tym tygodniu. 67-letni Doba nie ustanawia rekordu transatlantyckiego spływu dla pieniędzy, ale dlatego, że znajduje się ona na liście rzeczy do zrobienia w jego życiu”.

Alan Duke, CNN,

15 kwietnia 2014 r.

[...]