Wydawca: Insignis Media Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Na litość boską! Świat według Clarksona 3 ebook

Jeremy Clarkson

5 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 391 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na litość boską! Świat według Clarksona 3 - Jeremy Clarkson

Książki z serii Świat według Clarksona trafiły już do wielu milionów czytelników. Mimo to wokół nas w dalszym ciągu aż roi się od zatruwających życie absurdów. A to oznacza, że prywatna wojna, jaką Jeremy Clarkson prowadzi z wrogami zdrowego rozsądku, nie została jeszcze wygrana. Nasz bohater powraca więc w wielkim stylu i swoim ostrym piórem rozprawia się z tym wszystkim, co drażni, przeszkadza i irytuje.

Z części 3. Świata według Clarksona dowiecie się między innymi:

  • jak zachować wieczną młodość;
  • dlaczego za nadciągający upadek naszej cywilizacji odpowiada YouTube;
  • czym należy się kierować, wybierając miejsce na wakacje;
  • jakie zwierzę najlepiej (i najtaniej) trzymać w domu;
  • czy kobiece pończochy są w stanie zapobiec zdziczeniu mężczyzny;
  • na czym polega problem z Ameryką.

Czy wiedzieliście, że Clarkson to najpunktualniejszy człowiek na świecie? A słyszeliście może o jego tajemniczej szafie i jej zawartości?

Część 3. Świata według Clarksona to nie tylko kolejny, śmiały i kontrowersyjny manifest filozofii życiowej miłośnika szybkich samochodów, perkusisty amatora i przeciwnika angielskich pubów. To również pełna humoru i rozbrajających komentarzy lektura, która sprawi, że będziecie pękać ze śmiechu.

A gdy już skończycie się śmiać, dojdziecie do wniosku, że... Clarkson rzeczywiście ma rację!

Opinie o ebooku Na litość boską! Świat według Clarksona 3 - Jeremy Clarkson

Fragment ebooka Na litość boską! Świat według Clarksona 3 - Jeremy Clarkson

Mama zna wszystkie najlepsze gry

Bądźmy przez chwilę szczerzy. Nie spędziliście mile Bożego Narodzenia, prawda? Wasz indyk był zbyt suchy, wasze dzieci przez cały dzień ślęczały przyklejone do swoich „internetów”, a wy nawet nie zaprzątaliście sobie głowy obejrzeniem świątecznego telewizyjnego superhitu, bo od lat macie go na DVD.

To, czego wam zabrakło, by rozkręcić atmosferę, to moja mama. Przyjechała do mnie z żelaznym postanowieniem, by nasze święta wyglądały dokładnie tak jak święta, które spędzała będąc dzieckiem.

Tylko bez dyfterytu i nalotów bombowych.

Moja mama nie lubi amerykańskich programów telewizyjnych, bo nie rozumie, „o co w nich chodzi”. Nie lubi też konsoli PlayStation, bo ogłupiają. I nie cierpi „internetów”, bo nigdy nie działają.

Lubi za to gry salonowe. A ponieważ z moją mamą nie można się sprzeczać, to w nie właśnie graliśmy.

Na samym początku dzieci były zaniepokojone. Ich zdaniem wszystko, co nie korzysta z prądu, jest ponure i odrobinę przerażające. Dlatego pomysł, by stanąć przed całą rodziną i odegrać scenę z książki albo z filmu, plasował się według nich gdzieś między nonsensem a czarną magią.

To dziwne, ale najwyraźniej spodobało im się. Zaznaczam, że zabawa z siedmioletnią dziewczynką nie jest łatwa, bo wszystko, co mogła odegrać, sprowadzało się do sześciu słów, biegania na czworakach w tę i z powrotem po jadalni i ujadania. Zwykle prawidłową odpowiedzią był dwuwyrazowy tytuł głośnego, nakręconego bez udziału psów filmu – Piraci z Karaibów.

Z drugiej strony, moja mama umiała odgrywać wyłącznie sceny z książek oraz z filmów z lat czterdziestych ubiegłego wieku; to jednak najwyraźniej wcale nie ostudziło entuzjazmu dzieci. Zapragnęły nawet obejrzeć Drogę do gwiazd, głównie dlatego, że w wykonaniu mamy zabrzmiała jak Grand Theft Auto: Vice City.

Nie znoszę kalamburów, ale mimo iż usiłowałem zakończyć tę farsę naśladując Diabelskie błogosławieństwa Baltazara B, rodzina zagrzała mnie do gry okrzykami aplauzu. Kolejną książką, którą usiłowałem zepsuć ten dzień, był album Wersal widziany z perspektywy Szwecji, praktycznie niemożliwy do odegrania i jeszcze trudniejszy do odgadnięcia. Gdy i to zawiodło, uciekłem się do całkowicie niewykonalnej monografii Franka McLynna 1759: Rok, w którym Brytania została władczynią świata.

W końcu, gdy moja mama mruczała coś jeszcze o nienagannej i nieamerykańskiej dykcji Trevora Howarda z Drogi do gwiazd, gdy córka wciąż ujadała pod stołem, a ja próbowałem odegrać serial dokumentalny BBC Co by było, gdyby…, na szczęście zdecydowaliśmy się zagrać w coś innego.

Tylko nie w „Monopoly”.

Boże, uchowaj! W czwartek muszę być w Norwegii, a jeśli rozpętamy tę najnudniejszą grę planszową świata, wciąż będę zmierzał swoim stateczkiem do pola z napisem „Angel Islington”. Na szczęście słowo „Monopoly” okazało się dla mojej mamy zbyt nowoczesne, w dodatku w jej czasach grało się w gry własnej roboty.

W ruch poszły długopisy i papier. Nie chce mi się wyjaśniać zasad gry, którą zaproponowała moja mama, ale z grubsza rzecz biorąc chodzi o to, by przypominać sobie nazwy państw, żeńskie imiona i obiekty z przestrzeni kosmicznej, które zaczynają się na określoną literę. Brzmi okropnie, w szczególności w zestawieniu z oglądaniem Simpsonów czy strzelaniem prostytutce z Los Angeles między oczy, ale wiecie co? Dzieciom ta gra przypadła do gustu jeszcze bardziej niż kalambury.

Moja córka była tak wciągnięta w rozgrywkę, że ujawniła niespodziewaną i jak dotąd nieobserwowaną u niej umiejętność pisania. Nie żartuję. Płacimy 5 milionów funtów za semestr. Ma nianię. W dodatku spędzamy niezliczone godziny na próbach oderwania jej od Piratów z Karaibów i na wsadzaniu jej nosa w książkę, i wszystko to bezskutecznie. Nigdy, przenigdy nie napisała niczego, co można by uznać za słowo.

Tymczasem tego dnia pisała tak dużo, że aż zużył się jej cały wkład; gdy musiała iść do łóżka – wyła jak potępieniec.

Kiedy dzieci leżały już w ciepłej pościeli, zrobiłem to, co każdy mężczyzna o zdrowych zmysłach zrobiłby na moim miejscu: sięgnąłem po pilota. Moja mama miała jednak inne plany. Nakryliśmy więc obrusem układankę, którą właśnie przygotowywała, i zaczęliśmy grać w karty.

To był niezły odlot. Dym, wino, przebijanie i rosnące napięcie. Nie ma takiego programu telewizyjnego, takiej strony internetowej, a już na pewno takiej gry na PlayStation, która mogłaby dostarczyć takich wrażeń jak siedzenie przy stole, w stanie lekko wskazującym, w pokoju z atmosferą gęstą od kłamstw, ze słabymi kartami ściskanymi kurczowo w dłoni. Wydaje mi się, że gra w karty daje wszystko, czego można chcieć od życia. Jest tak pasjonująca, jak – nie przymierzając – dramat, i tak przyjemna, jak atmosfera podczas wspólnej kolacji. Jest oprócz tego zabawna, darmowa, przyjazna środowisku i stwarza okazję, by pobyć z rodziną.

Co więcej, po tym jak odkryłem, że moja córka potrafi pisać, nazajutrz podczas gry w „Blob!” spostrzegłem, że umie też przeprowadzać w pamięci skomplikowane rachunki. Przez 12 miesięcy z okładem wciskała nam, że nie umie liczyć, tymczasem umie, i to cholernie dobrze, liczyć karty. Jak Boga kocham, przez trzy dni świąt nauczyła się więcej, niż przez trzy lata szkoły!

To nie wszystko – również i cała nasza rodzina bawiła się o wiele lepiej, niż przy zdalnie sterowanym Roboraptorze i naszych „internetach”.

Tak więc gdy walisz teraz w klawisze PlayStation zastanawiając się, dlaczego ktoś znów skopał cię na śmierć, lub gdy oglądasz film, który widziałeś już wcześniej milion razy, i to bez przerywających go reklam, pozwól, że zaproponuję ci pstryknięcie w główny wyłącznik w skrzynce z bezpiecznikami, rozpalenie w kominku i oddanie się kartom, długopisom i papierowi.

Unikajcie tylko kalamburów.

To sposób, w który natura tłumaczy, dlaczego nie udało się wam zostać aktorem.

Niedziela, 1 stycznia 2006 r.

Olimpijska wioska? Wolę wiejską olimpiadę…

Obserwując zapierający dech w piersiach sylwestrowy pokaz ogni sztucznych w Londynie, ostatecznie wyrobiłem sobie opinię na temat Wielkiej Brytanii jako gospodarza olimpiady.

Na początku chciałbym wyjaśnić, że nie przepadam zbytnio za lekkoatletyką. Bieganie, jeśli mam być szczery, jest świetne jeśli spóźniasz się na pociąg lub gdy masz 10 lat, natomiast idea uganiania się w kółko tylko po to, by okryć się chwałą, trąci mi nieco średniowieczem.

A skoro już mowa o średniowieczu, weźmy rzut oszczepem. Wyobrażam sobie, że w zamierzchłych czasach, kiedy ludzie jadali bizony, a pan Smith nie spotkał jeszcze pana Wessona, gość, który umiał cisnąć dzidą na dużą odległość, faktycznie mógł dzięki temu mieć wiele żon. Dziś jednak nie rajcuje mnie jakoś specjalnie widok gigantycznego Polaka miotającego kijem.

Podobnie – rzut młotem. Gdy jakiś ogromny Uzbek ciśnie go w rząd G drugiego balkonu na stadionie, to czy myślimy, że jest najlepszym miotaczem na świecie? A może najlepszym miotaczem spośród tych, którzy poświęcili ostatnie cztery lata swojego życia na rzucanie młotami?

Nawet przy najlepszych chęciach trudno uznać to za jakiś szczególny zaszczyt.

Nieważne. Igrzyska olimpijskie są jak parka naszych prezenterów – Richard i Judy. Czy lubisz ich czy nie – istnieją i są znani. Przez ostatnie kilka miesięcy dręczyła mnie jednak inna kwestia: czy powinienem się cieszyć, że olimpiada odbędzie się w Londynie?

Uważam, że Lord Sir Papież Arcybiskup Hrabia Książę Król Seb Coe1 powinien zostać sowicie wynagrodzony za zapewnienie Wielkiej Brytanii zwycięstwa. Zatrudniono go, by pobił Francuzów, a on, ubrany w beżowy garnitur, mówiąc o „multitożsamości etnicznej”, zrobił dokładnie to, czego od niego oczekiwano. Brawo!

Teraz jednak przygotowanie imprezy zostanie przekazane tym, którzy wybudowali Millenium Dome, zajmują się państwową służbą zdrowia, obsługują system azylowy i zarządzają siecią dróg; tym, którzy utworzyli Agencję Wsparcia Dziecka, najechali Irak, stoją na straży rabatu brytyjskiego przy wpłatach do budżetu Unii Europejskiej i chronią zamieszkujące w naszym kraju lisy.

Gdybyśmy zatem przewinęli film do lata 2012 roku, do ceremonii otwarcia igrzysk, to co prawdopodobnie ujrzelibyśmy? Doskonale wymieszanych pod względem etnicznym londyńskich uczniów, paradujących po prawie ukończonym stadionie w kaskach budowlanych i w okularach ochronnych, na wypadek, gdyby jakimś trafem miał na nich paść blask ognia olimpijskiego. Nie byłoby basenu, bo inspektorat BHP uznałby, że „zagraża utonięciem”.

Ale to będzie za jakiś czas. Obecnie najbardziej martwię się nadchodzącymi sześcioma latami, przez które na oczach całego świata będziemy się borykać z wybudowaniem odpowiedniej infrastruktury.

Jeśli o mnie chodzi, to jedynymi kryteriami przy podejmowaniu decyzji byłyby dobry projekt i jego koszt. Ale nie ja tu rządzę, lecz ludzie z BHP. A oni spędzą każdą możliwą chwilę spierając się z ludźmi, którzy chcą wszystkich miejsc siedzących skierowanych na wschód, by uszczęśliwić wszystkich muzułmanów oraz z ludźmi, którzy odkryli jakiegoś rzadkiego ślimaka w Newham i woleliby, by wioska olimpijska została zbudowana gdzieś indziej, oraz z tymi, którzy żądają, by prąd uzyskiwać wyłącznie z wiatru i fal, bo mamy przecież to cholerne globalne ocieplenie.

Każde igrzyska, począwszy od tych z roku 1948 w Los Angeles, albo przyniosły zysk, albo przynajmniej się zwróciły. Założę się jednak, że Wielka Brytania pobije tu rekord. Bo w przeciwieństwie do Amerykanów, Australijczyków i w szczególności do Greków, mamy obsesję na punkcie ratowania wielorybów, dokarmiania biednych i zielonej ideologii. Poza tym wbito nam do głów, że nawet na placu budowy nikomu nie może przytrafić się nic złego.

Skoro ludzie gotowi są trwonić nasze pieniądze na kurtki o wysokiej widoczności i ekologiczne dywaniki modlitewne, pomyślcie tylko, jak wielkie kwoty mogą zmarnotrawić, by zaspokoić chciwość tych, którzy mieszkają i pracują w miejscu, gdzie stanąć ma wioska. Już słyszałem przedsiębiorców twierdzących, że rekompensaty, które zaoferowano im w zamian za przeniesienie ich beznadziejnych firm w inne miejsce, są o wiele za małe. Czują zapach pieniędzy i wiedzą, że tym, co dzieli ich od pobytu w domu spokojnej starości w Hiszpanii, jest banda tępych liberałów, którzy nie są w stanie zbilansować budżetu wioski.

Cóż więc można zrobić, by uniknąć tego katastrofalnie kosztownego fiaska? Moglibyśmy na przykład przekazać to zadanie Francuzom. Albo wojsku. Problem w tym, że rozważając wszelkie za i przeciw, chciałbym, żeby olimpiada odbyła się jednak u nas. Co można na to poradzić? Sięgnijmy do korzeni olimpiady i zorganizujmy całą imprezę w szkole moich dzieci. Naprawdę! Pewnego dnia przechadzałem się po szkolnych boiskach i zacząłem się zastanawiać, czegóż więcej mogliby chcieć olimpijczycy.

Podczas corocznego dnia sportu szkoła ta jest w stanie jednocześnie zorganizować sześć wyścigów sprinterskich, cztery mecze hokejowe i kilka konkurencji pływackich na pełnowymiarowym basenie. Nieopodal płynie nawet rzeka, specjalnie dla Matthew Pinsenta2. Jedyne, co należałoby zrobić, aby przekształcić ten kompleks w olimpijską wioskę, to powiększyć piaszczyste skocznie w dal. A tak się składa, że znam miejscowego budowlańca, który podjąłby się tej pracy, nie ryzykując bezpieczeństwem swojej siły roboczej i nie przyczyniając się do efektu cieplarnianego, za jakieś 250 funtów.

Naprawdę nie żartuję. Jeśli wejdziecie do Google Earth, zobaczycie, że mimo intensywnych starań Johna Prescotta, zmierzających do budowania domów na każdym szkolnym boisku sportowym w naszym kraju, południowo-wschodnia część Anglii jest pokryta mnóstwem obiektów sportowych. W samym Surrey znajduje się wystarczająca liczba basenów, by zapewnić Markowi Spitzowi3 40 lat pływania bez przerwy.

A zatem, moja wizja jest następująca: nie stawiajmy się w roli gospodarzy najbezpieczniejszych, najpoprawniejszych politycznie i prowadzących do globalnego oziębienia igrzysk olimpijskich wszech czasów. Zorganizujmy najmniejsze. A wtedy płynące z tego oszczędności – jakieś 5 miliardów funtów – moglibyśmy przeznaczyć na najważniejszą część ceremonii otwarcia igrzysk. Na pokaz sztucznych ogni.

Niedziela, 8 stycznia 2006 r.

1 Sebastian Coe – brytyjski lekkoatleta, biegacz średniodystansowy, wielokrotny mistrz olimpijski i rekordzista, kierownik Londyńskiego Komitetu Olimpijskiego, doprowadził do zwycięstwa Wielkiej Brytanii w rywalizacji o organizację olimpiady w 2012 roku.

2 Matthew Pinsent – brytyjski wioślarz, czterokrotny złoty medalista olimpijski.

3 Mark Spitz – amerykański pływak, w 1972 r. podczas igrzysk w Monachium zdobył siedem złotych medali, bijąc przy tym siedem rekordów świata.