Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na jego warunkach - Yvonne Lindsay

Namiętny romans Piper z Wade’em, protegowanym jej ojca, zakończył się katastrofą. Wade nigdy nie wybaczył Piper, że go porzuciła i wyjechała w świat. Gdy po ośmiu latach wróciła, okazało się, że po zmarłym ojcu nie odziedziczyła nic, a na dodatek jest winna Wade’owi fortunę. Nie miała pojęcia, że Wade został prawą ręką ojca i stopniowo przejął cały majątek. Teraz składa jej niewiarygodną wręcz propozycję, którą Piper, nie mając środków do życia, musi przyjąć...

Opinie o ebooku Na jego warunkach - Yvonne Lindsay

Fragment ebooka Na jego warunkach - Yvonne Lindsay

Yvonne Lindsay

Na jego warunkach

Tłumaczenie:

Magdalena König

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Jak to, nie żyje?

Wade przyjrzał się Piper uważnie. Znał jej aktorskie umiejętności. Patrząc na nią, można by pomyśleć, że jest głęboko poruszona wiadomością o śmierci ojca. Ale gdyby jej żal był prawdziwy, zamiast od ośmiu lat hulać nie wiadomo gdzie po świecie, powinna była towarzyszyć ojcu do ostatnich chwil życia. A on powinien móc opłakiwać śmierć swego mentora i najlepszego przyjaciela razem z jego córką.

Nic z tego. Przeżyty zawód nauczył go, by nigdy więcej nie dzielić się z Piper Mitchell swoimi uczuciami.

– Tak. Zmarł cztery dni temu. A tam – dodał, wskazując krążących za jego plecami ludzi – właśnie odbywa się stypa.

– Nie, to niemożliwe – zaprotestowała gwałtownie. – Oszukujesz mnie.

– Po cóż miałbym to robić?

Kiedy sens jego słów nareszcie do niej dotarł, opalone policzki Piper pobladły, źrenice rozszerzyły się, pod oczami pojawiły się ciemne kręgi. Cofnęła się i zachwiała. Stała na najwyższym stopniu schodów prowadzących do drzwi domu, a Wade instynktownie ją przytrzymał.

– Ja … niedobrze mi – wyszeptała.

Wade, chcąc nie chcąc, chwycił ją na ręce i wniósł do przedpokoju.

– Co się dzieje, panie Collins? – zaniepokoił się pełniący rolę kamerdynera Dexter, który wychodził akurat z pełnego gości salonu.

– To panna Mitchell. Zemdlała, kiedy się dowiedziała o śmierci ojca – odparł Wade przez zaciśnięte zęby.

– Mam wezwać lekarza?

– Nie, nie trzeba. Zobaczymy, jak się będzie czuła po przebudzeniu. Czy jej pokój jest gotowy?

– Oczywiście. Pan Mitchell przykazał, żeby pokój panny Piper był zawsze przygotowany na jej powrót – zapewnił go Dexter.

– Wobec tego zaniosę ją na górę. Możesz wziąć jej rzeczy? – poprosił Wade, wskazując ruchem głowy porzucony na progu plecak.

– Tak jest, sir.

Wade wniósł na piętro córkę swego zmarłego szefa. Mimo wysokiego wzrostu była dziwnie lekka. Kładąc ją na przykrytym ozdobną kapą łóżku, zauważył, że bardzo wyszczuplała.

– Chyba powinienem powiedzieć żonie, żeby się nią zajęła – mruknął Dexter, rzucając wysłużony plecak na lśniącą podłogę.

– Bardzo słusznie – odparł Wade, spoglądając na wciąż nieprzytomną kobietę w wyświechtanych dżinsach i rozciągniętej bluzie.

Dlaczego wróciła właśnie teraz? Znając stan jej konta, zdawał sobie sprawę, do jakiego stopnia zdołała przetrzebić swój fundusz powierniczy. Na co wydała tyle pieniędzy? Sądząc po tym, jak była ubrana, chyba nie na stroje?

Do rzeczywistości przywołało go pojawienie się pani Dexter, gospodyni i kucharki, którą razem z jej mężem „odziedziczył” dwa lata temu, odkupując od Rexa Mitchella jego dom.

– Och, moje śliczności, coś ty ze sobą zrobiła? – jęknęła pani Dexter, przykładając Piper rękę do czoła. – A twoje śliczne włosy, co to ma być?

– Jeśli się nie mylę, to się nazywa dredy – pogardliwym tonem rzucił Wade.

Cała Piper! Zjawia się po latach obszarpana jak jakaś uciekinierka z kraju trzeciego świata, byle tylko, swoim zwyczajem, zwrócić na siebie uwagę.

Czemu się właściwie dziwi? – pomyślał, zdając sobie nieoczekiwanie sprawę, iż w głębi duszy liczył, że Piper w końcu się zmieni. Jakże był naiwny! Czy mało miał dowodów na to, że jedyną osobą na świecie, o którą dbała, była tylko i wyłącznie ona sama?

Nikt ani nic nie mogło jej przeszkodzić w uzyskaniu tego, czego chciała. Nawet umierający ojciec. Ani jej własne nienarodzone dziecko.

W drzwiach pojawił się kamerdyner.

– Panie Collins, goście czekają.

– Dziękuję, Dexter. Już idę.

Zszedł do gości, którzy zebrali się, aby uczcić pamięć człowieka, którego pomoc i opieka pozwoliły Wade’owi przezwyciężyć skutki ciężkiego dzieciństwa i zdobyć pozycję w świecie. To prawda, że Rex Mitchell potrafił zaleźć człowiekowi za skórę, ale miał wielkie serce i umiał docenić cudzą pracę. I kochał córkę, za co Piper odpłaciła mu ucieczką z domu i kompletnym brakiem zainteresowania jego losem. A jeśli trzymał samowolną córkę na krótkiej smyczy i starał się nią kierować, robił to wyłącznie dla jej dobra. Nie jego wina, że przyniosło to wszystkim opłakane skutki.

Wade krążył teraz wśród gości zebranych w salonach wielkiego domu, który, wraz z zamieszkującymi go do niedawna pokoleniami rodziny Mitchellów, stanowił nieodłączną część historii Auckland. Przyjmował kondolencje, wymieniał smutne uśmiechy.

Na koniec salony opustoszały i Wade został sam. Nie licząc, rzecz jasna, uprzątających talerze i kieliszki Dexterów oraz odpoczywającej w sypialni na górze kobiety.

Był ciekaw, kiedy Piper zdecyduje się pokazać, choć bynajmniej mu się do tego nie spieszyło. Wiedział, że nie będzie to przyjemne spotkanie.

Udał się do biblioteki, podszedł do kredensu i nalał sobie kieliszek koniaku. Zgodnie z ustalonym od dawna rytuałem, który kiedyś, zanim postępy choroby nie przykuły Rexa Mitchella do łóżka, był dla Wade’a najmilszą chwilą dnia, zajął miejsce w jednym z dwóch głębokich foteli i podniósłszy kieliszek, skłonił głowę przed pustym miejscem po drugiej stronie kominka.

– Widzę, że nie mogłeś się doczekać, kiedy dobierzesz się do koniaku ojca.

Wade znieruchomiał, był jednak zdecydowany nie dać Piper poznać, jak bardzo zabolały go jej słowa.

– Przyłączysz się? – zapytał, nie wstając z fotela ani nawet nie odwracając głowy.

– Czemu nie.

Słyszał za plecami odgłos napełnianego kieliszka i ciche kroki na grubym dywanie. Piper podeszła do dawnego fotela ojca i z głębokim westchnieniem opadła na miękkie siedzenie. Wade poczuł zapach toaletowego mydła i lekki aromat wody kolońskiej. Wykąpała się i przebrała w czyste dżinsy i ładny sweterek.

Patrząc na nią spod oka, zauważył, że nie tylko zeszczuplała, ale i twarz jej się ściągnęła. Nie przypominała rozpieszczonej jedynaczki, dla której stracił kiedyś głowę i która osiem lat temu z całą bezwzględnością podeptała jego uczucia.

– Nie mogę uwierzyć, że już go nie ma – rzekła cicho.

Dobrze ją rozumiał. Jemu też towarzyszyło niedowierzanie, kiedy dwa lata temu Rex Mitchell zdecydował się odsprzedać mu rodzinny dom, by po jego śmierci nie wpadł w ręce deweloperów, a pół roku później przekazał mu kierowanie firmą.

– Ale tak jest.

– Nigdy nie brałam po uwagę, że może umrzeć.

– Ani ja. Procent wyleczeń raka jąder dawał mu duże szanse.

– To był rak? Myślałam, że zmarł na atak serca.

– Skąd ci to przyszło do głowy?

– Nie wiem. Nie miałam pojęcia, że jest chory, więc pomyślałam, że zmarł nagle, na serce. Zawsze się przepracowywał.

Dostrzegł łzy w jej oczach. Nie zgadzał się z Rexem, który w rzadkich momentach, kiedy Piper raczyła zadzwonić, uparcie nie chciał jej powiedzieć o chorobie. I zabraniał mówić o tym Wade’owi, twierdząc, że jej delikatna psychika nie zniesie takiego stresu. Była to jedyna sprawa, w której Wade nie zgadzał się z mentorem. Uważał, że Rex zasługuje na to, aby jedyna córka towarzyszyła mu w chorobie, i miał w nosie jej psychiczną wytrzymałość.

– Przyjechałabym wcześniej, gdybym wiedziała, że jest chory – podjęła Piper.

– Myślę, że między innymi dlatego trzymał to przed tobą w tajemnicy – odparł Wade poirytowanym tonem.

To ma być wytłumaczenie? Po ośmiu latach całkowitej obojętności na los własnego ojca?

– Co chcesz przez to powiedzieć? – obruszyła się Piper.

– To, co powiedziałem. Znałaś go. Wcale nie twierdzę, że nie wyczekiwał twojego powrotu. Ale chciał, żebyś wróciła z własnej woli, a nie z poczucia obowiązku.

– Czyli sugerujesz, że kolejny raz go zawiodłam.

– Niczego takiego nie powiedziałem – zaprotestował, postanowił jednak nie wdawać się w bezpłodną dyskusję. – Rex zawsze chciał przede wszystkim chronić cię przed złem tego świata. Także przed swoją chorobą. Nie chciał cię narażać na widok swoich cierpień. Zresztą trudno to dzisiaj oceniać.

– Jedno jest pewne – rzekła z goryczą Piper, podnosząc do ust kieliszek. – Podczas gdy ja przynosiłam ojcu same rozczarowania, ty nigdy go nie zawiodłeś. Jak zawsze, młodzieniec bez skazy!

Miała ochotę zakrzyczeć Wade’a, doprowadzić do ostrej wymiany zdań. Mieli wszak kiedyś w tej dziedzinie niemałe doświadczenie. Kiedyś, gdy łączyła ich gorąca miłość, a dzieliły niemożliwe do pogodzenia pragnienia, które nieuchronnie prowadziły do burzliwych kłótni.

Ale teraz wszystko się zmieniło. Jak ma sobie poradzić z niezaprzeczalnym faktem, że ojciec nie żyje i nigdy go więcej nie zobaczy? Jak ma sobie poradzić z dławiącą pustką w sercu?

Już nigdy nie zdoła mu wynagrodzić utrapień, jakich mu nie szczędziła, odkąd jako szesnastolatka zdała sobie sprawę z przewagi, jaką zyskała, stając się kobietą. Opuszczając rodzinny dom zaraz po ukończeniu dwudziestu lat, wiedziała, że sprawia ojcu ból, ale w swej głupocie nie rozumiała, że nieobecność nieznośnej, niekiedy zachowującej się w skandaliczny sposób córki zapewne łagodziła ból rozstania.

Piper odstawiła kieliszek i skuliła się na siedzeniu fotela. Dlaczego ojciec nie powiedział jej o chorobie? Kiedy ostatni raz, jakieś trzy miesiące temu, rozmawiała z nim przez telefon, w jego głosie brzmiało zmęczenie. Miała prawo wiedzieć, co się dzieje.

Przed Wade’em niczego nie ukrywał, pomyślała z zazdrością. Okazywał mu absolutne zaufanie, odkąd zatrudnił go w swej firmie eksportowej jako stażystę. I traktował jak upragnionego syna, którego się nie doczekał. Syna, któremu ona, prawdziwa córka, nigdy nie potrafiła dorównać. To, że ojciec i Wade byli sobie bliscy, od początku budziło zazdrość Piper. Na wszelkie sposoby starała się ich poróżnić.

Odważyła się podnieść oczy na siedzącego na wprost niej mężczyznę. Mimo malującej się na jego twarzy niechęci Wade nadal budził w jej sercu dawno zapomniane uczucia. Wyraźnie zmężniał przez te osiem lat, rysy zaostrzyły się i nabrały wyrazu. Ciężka praca połączona z dostatkiem najwidoczniej mu służyły.

Zerknąwszy na lewą dłoń Wade’a, nie dostrzegła obrączki. Nie rób sobie złudzeń, upomniała się w duchu. Czy nie widzisz, że nie żywi wobec ciebie ani cienia cieplejszych uczuć? Zresztą nowa odmieniona Piper przyjechała nie po to, by wracać do przeszłości, ale po to, by naprawić dawne przewinienia. Między innymi odpokutować zło, jakie wyrządziła Wade’owi, gdy przez swój karygodny egoizm, wiedząc, jak bardzo ją kocha, usiłowała złamać jego wolę, każąc mu wybierać między sobą a ojcem. Najwyższy czas okazać skruchę.

– Bardzo ci współczuję – powiedziała. – Wiem, jak wiele ojciec dla ciebie znaczył, jak bardzo był ci bliski. Musiałeś przeżyć wiele ciężkich chwil.

Na twarzy Wade’a odmalowało się zdziwienie.

– Dziękuję, Piper.

– Czy bardzo cierpiał?

– Nie – odparł zdecydowanym tonem – jeśli nie liczyć poczucia bezsilności i niemożności działania. Ale dzięki lekarzom nie musiał znosić bólu. Do ostatnich chwil był tutaj, w domu. Zainstalowaliśmy mu łóżko szpitalne na parterze, w pokoju śniadaniowym, i przez dwadzieścia cztery godziny na dobę był pod opieką pielęgniarek.

– Dziękuję, Wade, za wszystko, co dla niego zrobiłeś.

– On tak samo zachowałby się wobec mnie. Zresztą robiłem tylko to, co dyktowało mi serce.

Kolejna zawoalowana przygana. Przypomnienie, że to nie ona towarzyszyła ojcu w chorobie. Ale Piper stłumiła chęć usprawiedliwiania się i tłumaczenia przyczyn swego postępowania. Nie da się cofnąć czasu. Jedyne, co może zrobić, to dowieść, że jest teraz inną osobą niż kiedyś.

– Nie wiem, jak ci dziękować za to, że byłeś przy nim do ostatniej chwili. To musiało być dla niego wielką ulgą. Zawsze cię szanował.

– A ja jego.

– A co będzie teraz z firmą?

– Nie rozumiem.

– No, skoro firma straciła szefa… jak będzie dalej funkcjonować?

– Bez zmian. Mieliśmy od dawna długofalowy plan rozwoju firmy, jeszcze zanim stało się jasne, że Rex nie wygra walki z nowotworem. A już mniej więcej od półtora roku praktycznie sam nią zarządzam.

– Doprawdy? – zdziwiła się Piper. – Zrezygnował tak wcześnie?

– Nie miał wyboru. Operacje i zabiegi, zarówno w kraju, jak i za granicą, były zbyt wyczerpujące. Ale do końca interesował się wszystkim, co się w firmie dzieje. Wiesz, jak był do niej przywiązany.

Piper zastanowiła się, gdzie była półtora roku temu. W Somalii? Nie, w Kenii. Pracowała w kobiecym szpitalu. Potem w Azji wybuchła powódź, a ona zgłosiła się jako wolontariuszka do ośrodka pomocy ofiarom i poszukiwania zaginionych członków rodzin. Była wszędzie, tylko nie tam, gdzie być powinna. Gdzie jej obecność byłaby niezastąpiona.

Poczuła nagle obezwładniające zmęczenie. Nie zdołała powstrzymać ziewnięcia.

– Jeszcze nie wypoczęłaś?

– Uhm. Byłam w podróży przez trzydzieści sześć godzin. Upłynie trochę czasu zanim mój zegar biologiczny dostosuje do tutejszych warunków.

– W takim razie wracaj do siebie. Powiem pani Dexter, żeby zaniosła ci na górę tacę z jedzeniem.

Piper mimo woli poczuła się dotknięta. Co on sobie myśli, traktując ją w jej własnym domu niczym uprzejmy gospodarz? Jednakże dobre postanowienia wzięły górę nad urazą i powstrzymała się od ostrej riposty, którą miała już na końcu języka.

– Nie zawracaj jej głowy – odparła, wstając z fotela. – Sama wezmę sobie coś z kuchni.

Przeciągnęła się leniwie dla rozprostowania mięśni, ale spostrzegłszy, że Wade wodzi wzrokiem po jej ciele, poczuła dobrze kiedyś znane mrowienie w samym centrum swego fizycznego jestestwa i szybko opuściła ręce.

Nadal go pragnęła, tak samo jak dawniej. Czy Wade też to poczuł? Ich spojrzenia spotkały się, a ona przez moment miała wrażenie, że widzi w jego oczach odblask zmysłowego podniecenia, które rozpaliło jej policzki. Natychmiast jednak stały się równie chłodne i odpychające jak parę godzin temu, kiedy ujrzał ją na progu domu.

Przełykając ból odrzucenia, dzielnie podała mu rękę.

– Dziękuję za wszystko – rzekła.

– Zrobiłem to dla Rexa.

– Wiem. Niemniej bardzo to doceniam. Z całego serca. – Zapadła chwila milczenia. – No cóż – podjęła, zbierając się na odwagę – odprowadzę cię do drzwi i pójdę wcześnie spać. Jutro muszę pewnie załatwić mnóstwo formalności.

Widząc, że Wade nie zbiera się do wyjścia, zapytała:

– Czy jest jeszcze coś, o czym chciałbyś porozmawiać?

Uśmiechnął się, lecz nie był to wesoły uśmiech.

– Nie, a więc dobranoc.

Wyszła za nim z biblioteki, ale Wade, zamiast skierować się do drzwi wejściowych, zaczął wchodzić na schody.

– Dokąd się wybierasz?

– Do swojego pokoju.

– Jak to, do „swojego” pokoju?

– Ja tu mieszkam.

– Przepraszam cię, Wade, domyślam się, że na pewien czas przeniosłeś się do ojca, żeby nie był sam, i bardzo to doceniam, ale szczerze mówiąc, wolałabym zostać sama i móc się w spokoju pozbierać.

– Oczywiście. Możesz zostać, jak długo zechcesz, nikt nie będzie ci przeszkadzał.

Piper na chwilę zaniemówiła.

– Przepraszam, ale nie rozumiem – rzekła wreszcie.

– Chyba jasno się wyraziłem. Nawet ty powinnaś to zrozumieć.

– Jak śmiesz!

Niech diabli wezmą najlepsze postanowienia! Dosyć się na nią dzisiaj zwaliło. Najpierw wiadomość o śmierci ojca, a potem, po tylu latach, konfrontacja z Wade’em. Nie pozwoli na dodatek pomiatać sobą we własnym domu.

– Posłuchaj uważnie. Sądzę, że po wszystkim, co między nami zaszło, pozostawanie razem w jednym domu nie jest dobrym pomysłem.

– Może nie – odparł Wade – ale chyba nie pojęłaś, co miałem na myśli, mówiąc, że mieszkam tutaj. Bo prawda jest taka, że ten dom należy do mnie. A ty jesteś w nim gościem.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Że co?

Dom należy do niego? Jak to możliwe? Rodzinny dom, przekazywany z pokolenia na pokolenie, zbudowany przez jej przodków w połowie XIX wieku? Czyżby Wade, wykorzystując ciężki stan ojca, namówił go do przepisania domu na niego? Nigdy by go o nic podobnego nie podejrzewała, ale nie wyobrażała sobie, w jaki inny sposób mogło do tego dojść.

– To chyba nie najlepszy moment na dłuższą rozmowę – odezwał się Wade. – Oboje mieliśmy ciężki dzień. Odłóżmy ją do jutra.

– Nie ma mowy! Nie będziemy niczego odkładać.

– Jak chcesz – odparł, kierując się z powrotem do biblioteki. – Zechciej usiąść i mnie wysłuchać.

Rozzłoszczona Piper weszła szybkim krokiem i opadła z rozmachem na ten sam fotel, z którego wstała parę minut wcześniej. Wade zajął miejsce naprzeciwko niej, a spokojna elegancja, z jaką to uczynił, ostatecznie ją rozjuszyła.

– No mów – rzuciła. – Jakim cudem wszedłeś w posiadanie domu mojego ojca, który on odziedziczył po swoim ojcu, a tamten po swoim, i tak…

– Oszczędź sobie melodramatycznych przemówień – przerwał jej Wade. – Nic w ten sposób nie wskórasz. Kiedy się okazało, że nowozelandzcy lekarze nie dają już nadziei na wyleczenie, Rex postanowił poddać się dostępnej w zamorskich krajach terapii alternatywnej i w rezultacie doszliśmy do finansowej ugody.

– Jakiej finansowej ugody? – obruszyła się Piper. – Po co? Naszej rodzinie nigdy nie brakowało pieniędzy.

– Do czasu – odparł Wade, podnosząc na nią oczy.

– Chcesz powiedzieć, że to moja wina? Przecież korzystałam wyłącznie z własnego funduszu powierniczego. Nie byłam dla ojca finansowym obciążeniem.

Wade zacisnął wargi i nerwowym ruchem wzburzył włosy. Piper, mimo złości, zapragnęła przygładzić je, aby się przekonać, czy są nadal równie jedwabiście gładkie jak kiedyś. Własna głupota jeszcze bardziej ją rozzłościła.

– Nie wszystko kręci się wokół ciebie, Piper – oschle zauważył Wade. – Kiedy się uspokoisz, sama zobaczysz, że przez cały czas działaliśmy z ojcem w najlepszej wierze.

– Wyjaśnij mi to dokładnej.

– Rex był zdecydowany za wszelką cenę pokonać chorobę. Nie przyjmował do wiadomości możliwości przegranej. Nawet kiedy lekarze bezradnie rozłożyli ręce, postanowił walczyć dalej, nie zważając na koszty. A te były bardzo wysokie. Nie wiem, gdzie się podziewałaś przez ostatnie lata, więc nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z globalnej recesji, która dotknęła cały świat. Także naszą firmę, i to bardzo dotkliwie. Przez długi czas Rex z własnych funduszy pokrywał jej straty.

– Nie mogłeś mu pomóc?

– Chciałem, ale mi nie pozwolił. Firma była jego własnym ukochanym dzieckiem.

Nikt nie zdawał sobie z tego sprawy lepiej niż ona. W sercu ojca firma zajmowała pierwsze miejsce, ona była zawsze na miejscu drugim.

– Czyli potrzebował pieniędzy na alternatywną terapię? Czy tak?

– Tak. Byłem gotów pokryć jej koszty, ale się nie zgodził. Zamiast tego zaproponował, że weźmie ode mnie pożyczkę pod zastaw domu.

– Ale przecież dom jest wart miliony!

– Rex koniecznie chciał żyć. Przez długi czas był przekonany, że wyzdrowieje i spłaci pożyczkę do ostatniego centa.

– I wiedział, że tak czy inaczej dom, który zdążyłeś pokochać, znajdzie się w dobrych rękach – łaskawie przyznała Piper.

– Chyba tak. A kiedy ostatecznie pogodził się z tym, że wkrótce umrze, przepisał dom na mnie z zastrzeżeniem, że zostanie w nim do końca życia. Na co, rzecz jasna, z chęcią się zgodziłem.

Piper z trudem powstrzymała łzy. Opowieść Wade’a brzmiała sensownie. Wiedziała, że ojciec miał do niego bezgraniczne zaufanie. A co ważniejsze, że zdawał sobie sprawę, jak wiele Wade mu zawdzięcza i jak bardzo pragnie dowieść, że zasługuje na jego zaufanie. Nic dziwnego, że mogąc się Rexowi odwdzięczyć za jego przyjaźń, a jednocześnie osiąść we własnym domu i objąć firmę, Wade nie wahał się. I słusznie. Miał do tego pełne prawo. Niemniej uznanie jego racji nie zmieniało faktu, że Piper czuła cień żalu do ojca o to, że dysponując odziedziczonym po przodkach domem, pominął swą jedyną córkę.

Gdyby nie wyjechała, gdyby była u boku ojca w najcięższych czasach, gdyby przekonała go, że potrafi mu zastąpić upragnionego syna, gdyby nie uciekła z domu, ponieważ nie zdołała przeprowadzić swojej woli, i przez wiele lat prawie nie utrzymywała z ojcem kontaktu – może nie musiałby szukać osoby, której mógłby przekazać nie tylko ukochaną firmę, ale nawet rodzinny dom.