Na haju do raju. Życie na Fidżi i Vanuatu ebook

J. Maarten Troost

3.5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 308 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na haju do raju. Życie na Fidżi i Vanuatu - J. Maarten Troost

J. Maarten Troost, autor książki Zagubiony w Chinach, po raz kolejny oparł się urokom stabilnego życia. Rzucił dobrze płatną posadę w Waszyngtonie, spakował walizki i uciekł na koniec świata - egzotyczne archipelagi południowego Pacyfiku.

Na skalistych wyspach Vanuatu, gdzie tubylcy nadal są znani z tego, że "jedzą ludzi", popada z jednego zabawnego nieszczęścia w drugie. Zmaga się z tajfunami, trzęsieniami ziemi, olbrzymimi stonogami i szybko przekonuje się, że odpowiada mu niefrasobliwy styl życia wyspiarzy. Zwłaszcza, gdy poznaje kavę, lokalny napój o lekko narkotycznym działaniu.

Kiedy jego żona zachodzi w ciążę, przenoszą się na nieco bardziej cywilizowane Fidżi. Tam, zamiast upragnionego spokoju, napotykają kraj pełen prostytutek, zamachów politycznych i wodzów plemiennych, których najbardziej interesuje wynik ostatniego meczu rugby.

Zabawna i bezpretensjonalna opowieść o poszukiwaniu raju na ziemi.

Opinie o ebooku Na haju do raju. Życie na Fidżi i Vanuatu - J. Maarten Troost

Fragment ebooka Na haju do raju. Życie na Fidżi i Vanuatu - J. Maarten Troost

Tytuł oryginału: Getting Stoned with Savages
Projekt serii: mariusz banachowicz
Fotografia na okładce: © ThePalmer
Redakcja: MAŁGORZATA KLICH
Korekta: IWONA HUCHLA
Redakcja techniczna: EDYTOR
Copyright © 2006 by J. Maarten Troost
This translation published by arrangement with Broadway Books, an imprint of the Crown Publishing Group, a division of Random House, Inc.
Polish edition © Publicat S.A. MMXIII, MMXIV (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2014
ISBN 978-83-271-5120-9
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
Oświadczenie

Autor potwierdza, że nie jest Bobem Woodwardem. Pan Woodward jest skrupulatny w kwestii nazwisk i dat. Ten autor nie jest. Pan Woodward nigdy nie twierdził, że coś wydarzyło się w październiku, gdy w istocie było to w kwietniu. Ten autor tak by sugerował. Pan Woodward przytacza rozmowy w ich prawdziwym brzmieniu. Ten autor chciałby to zrobić, ale niestety, nie celuje w odręcznym piśmie i nie potrafi odczytać swoich notatek. Jednakże autor ma doskonałą pamięć. Można mu ufać.

Rozdział 1

W którym autor stwierdza ku swojemu zdziwieniu, że jest w stanie utrzymać pracę – prawdziwą pracę – czego ewentualnym skutkiem może być zrobienie kariery. To z kolei naraża go na niepomierną udrękę, ponieważ wyobraża sobie swój świat zredukowany do kłębowiska akronimów; wtedy jego czarująca żona wskazuje mu inną możliwość, ucieczkę, drogę alternatywną, więc oboje podejmują decyzję o przeprowadzce na odległe wyspy na południowym Pacyfiku.

Różnie mnie w życiu nazywano, ale jeżeli istnieje jeden stały element, epitet, strzała kierowana raz za razem w moją stronę, to jest nią oskarżenie, że, w gruncie rzeczy, jestem eskapistą[1]. Najwyraźniej bycie eskapistą jest złe, podejrzane, być może nawet nieamerykańskie. Wspomnij komuś, że tak naprawdę wolałbyś być na wyspie na południowym Pacyfiku, to spojrzy na ciebie z lekkim zdziwieniem, zastanowi się przez chwilę nad szaleństwem tego pomysłu i powie: „Przecież to czysty eskapizm. A teraz bądź tak dobry i skończ zbierać spinacze, żebyśmy zdążyli poprzekładać markery. Trzeba je ułożyć według kolorów”.

Nie wiem, skąd biorą się takie skłonności. Eskapizm, jak nam się wmawia, to dowód ułomności charakteru, braku energii, i tak jak wielu innych „-izmów”, należy go stanowczo unikać. Ludzie pytają: jak zamierzasz awansować? To absolutnie bezsensowne pytanie. Eskapista nie chce awansować. On chce od tego uciec. Ja to rozumiem, ponieważ jestem zatwardziałym eskapistą. Już kiedyś porzuciłem życie w Waszyngtonie, umykając od natarczywego zgiełku kontynentalnego świata na odległy atol na Pacyfiku w okolicach równika. Mieszkałem tam przez dwa lata, nigdy nie patrząc na zegarek, i dziwiłem się, jak nieoczekiwany obrót potrafi przyjąć życie. Mogę mieć potówki, pomyślałem, i mogę być nosicielem ośmiu różnych pasożytów, ale przynajmniej nie jestem biurowym trutniem. Uciekłem, myślałem z radością, gdy opatrywałem zakażone miejsca. A potem, niespodziewanie, w moim życiu nastąpił kolejny dramatyczny zwrot i znów znalazłem się w Waszyngtonie, by każdego ranka dokonywać wycieńczającego mnie wyboru: Który krawat założyć?

Ten dysonans był przytłaczający. Pewnego dnia, ściśnięty w wagonie waszyngtońskiego metra, przemoczony do suchej nitki listopadowym deszczem, zadrżałem lekko, uświadamiając sobie, że jest 8.17, a o 8.00 zaczęło się zebranie. Wtedy dotarło do mnie, że sześć miesięcy wcześniej mogłem płynąć kanoe z outriggerem[2] po nakrapianych słońcem wodach laguny na Pacyfiku. To trwało już od pewnego czasu – porównywałem moje dawne życie z obecnym i ów kontrast zawsze wprawiał mnie w konsternację. Jak do tego doszło? Stojąc w zbitej grupce pasażerów, napawałem się ową wizją jeszcze przez chwilę, wyobrażając sobie kołyszące się nieopodal korony palm, nagły skok latającej ryby, rybaków w kanoe wracających z połowu, a wszystko to w barwach zachodzącego słońca. Kres mojej zadumie położył hałas otwierających się drzwi wagonu i fala dojeżdżających w godzinach szczytu do pracy, która mnie porwała. To było niepokojące doznanie. Niebieska, niebieska woda, pomyślałem, jednakże na próżno, ponieważ zapędzono mnie na ruchome schody pełne podobnych do mnie osowiałych urzędasów o ziemistych twarzach. Starałem się wyobrażać sobie kołyszące się palmy, gdy biegłem w deszczu do mojego biura w siedzibach Banku Światowego, błyskając identyfikatorem z kodem barwnym, przypiętym łańcuszkiem do paska. Gdy znalazłem się już w moim pokoju, próbowałem wyczarować atmosferę bezstresowej tropikalnej egzystencji, ale znalazłem na krześle przerażającą notatkę od szefa: PRZYJDŹ DO MNIE O 7.45. I wizja znikła. Fiu.

Jak do tego doszło?, zdziwiłem się ponownie. Przez dwa lata mieszkałem w Kiribati, państwie, składającym się z garstki atoli szeroko rozsianych na końcu świata. Wiodłem tam raczej ożywioną i pełną przygód egzystencję razem z moją dziewczyną Sylvią. A teraz znajdowałem się dokładnie w miejscu, od którego zaczynałem – w realnym świecie, jak niektórzy wolą je nazywać, zastanawiając się, jak mogę znów owo miejsce opuścić.

Gdy usadowiłem się w biurze, zauważyłem kolejną notatkę na klawiaturze komputera, nabazgraną przez asystentkę: ZEBRANIE IFC W SALI KONFERENCYJNEJ WBIGF. GDZIE JESTEŚ??? 8.21. Światełko automatycznej sekretarki w moim telefonie mrugało złowieszczo. Westchnąłem i pobiegłem dużymi susami w kierunku sali konferencyjnej, zatrzymując się na chwilę, żeby przejrzeć się w szybie okiennej. Zauważyłem z pewnym zainteresowaniem, że wyglądam jak przemoczony robak. Sala konferencyjna była przezroczysta, jako że Bank Światowy ceni sobie przejrzystość; gdy się do niej zbliżałem, zastanawiałem się: Czy siedzi tam wiceprezes Banku? Tak, siedzi. Czy jest jeszcze jakiś inny? W rzeczy samej. I jeszcze szef naszego wydziału. Czy zawsze musi wyglądać na wkurzonego? Wszedłem, mamrocząc przeprosiny, ale szef mi przerwał.

– Nareszcie – powiedział. – Teraz możemy zacząć. Czy masz slajdy w PowerPoincie?

No cóż... slajdy w PowerPoincie... to ja miałem je przynieść?... Myślałem... Czy to nie Sergio...?

Sergio spojrzał na mnie ze spokojną obojętnością. Poczułem się jeszcze bardziej przemoczony, jako że pot zmieszał się z deszczem, i gdy przyglądałem się tłumowi podnieconych twarzy, pomyślałem sobie: Pół roku temu...

W niewytłumaczalny sposób sześć miesięcy zmieniło się w rok, a potem w dwa lata. Jednakże to dziwne poczucie dyslokacji nigdy mnie nie opuściło. Gdzie ja jestem?, pytałem samego siebie z alarmującą częstością. Jak się tu znalazłem? Jakie wydarzenia w czasie i przestrzeni doprowadziły mnie do tego momentu? Wyglądając przez okno mojego biura, widziałem limuzyny wiozące prezydentów, premierów, laureatów Nagrody Nobla i wybitnych myślicieli, a nawet samego Bono i wspominałem, że nie tak dawno mieszkałem w miejscu, które od globalnej sceny już dalej znajdować się nie mogło. W Kiribati chętnie oddałbym palec czy dwa za gazetę, a teraz otaczały mnie osobistości warte prasowej wzmianki.

– Bank Światowy? Ty? Jesteś snobistycznym konsultantem Banku Światowego? – zapytał ktoś.

– Tak.

– Byłeś bezrobotny przez dwa lata, a teraz dostałeś tę prestiżową robotę w Banku Światowym?

– Nie byłem bezrobotny – zaprotestowałem, zadowolony, że ktoś uważa moją pracę za prestiżową.

– Rozumiem. Co zatem robiłeś przez te dwa lata?

– Pisałem.

– Pisałeś. – Długa przerwa. – A ile, jeżeli wolno mi zapytać, twoje pisanie – z pewnością wspaniałe – ci przyniosło?

– Bez podatku?

– Tak, bez podatku.

– Trzysta pięćdziesiąt dolarów.

– Trzysta pięćdziesiąt dolarów. – Rozkoszował się tym przez chwilę. – Dwa lata. Trzysta pięćdziesiąt dolarów.

– Trzysta pięćdziesiąt amerykańskich dolarów.

– Trzysta pięćdziesiąt amerykańskich dolarów. A teraz doradzasz krajom, całym krajom, co powinny zrobić ze swoimi pieniędzmi.

– Prawdę mówiąc, to robi mój szef.

– A co ty robisz?

– Pomagam mu.

– Pomagasz mu. I za tę pomoc jesteś, bez wątpienia, nieźle wynagradzany.

– Nie skarżę się.

Faktycznie, nie mogłem. Po raz pierwszy w życiu miałem tyle pieniędzy, że nie wiedziałem, co z nimi zrobić. To, jak i wiele innych rzeczy, zmieniło moją sytuację w zdumiewający sposób. Przez lata klepałem beztroską biedę jako wagabunda. I gdy wszyscy wsiadali do internetowego pociągu wiozącego pieniądze, w postaci chociażby internetowych sklepów, ja zniknąłem na drugim końcu świata, gdzie żyłem jako finansowy pasożyt, zamierzając napisać powieść, co zakończyło się fiaskiem. Z powodu posiadania pieniędzy powinienem szaleć z radości. I tak było. Przez jeden dzień. Dzień, w którym zobaczyłem, że na moim koncie bankowym figuruje czterocyfrowa suma, która wydawała mi się niebotyczna. Ale potem przyszła refleksja – co z nimi zrobić? To znaczy, po szaleństwach w restauracji. I gdy pragnienie wyjazdu do Paryża zostało zaspokojone. Gdzie je ulokować? W akcjach? W obligacjach? To właśnie zrobiłem. Co prawda, to dość zabawna sprawa. Wtedy dopiero zaczynasz martwić się o pieniądze. Ku mojemu wiecznemu rozczarowaniu odkryłem, że to prawda, co ludzie mówią: za pieniądze szczęścia nie kupisz.

A niech to szlag!

To zbiło mnie z tropu. Miałem pieniądze. Miałem przyzwoitą pracę. Gdybym się trochę bardziej postarał i dobrze wszystko rozegrał, mógłbym zamienić stanowisko doradcy na stałe stanowisko kierownicze i być urządzony na całe życie. Mógłbym przenieść się z WBILG do WBOPA, a może nawet do WBPCL. A tam otwierały się różne możliwości: UNDP, EBRD, IMF, ADB, a może nawet praca z niegrzecznymi chłopcami w IFC. No, może nie w IFC. To zebranie nie poszło dobrze. Wcale nie. Przeze mnie mój szef źle wypadł, co jest absolutnie nie do przyjęcia w Banku Światowym. Ale gdybym się przyłożył, to nadal mógłbym liczyć na dożywotnie zatrudnienie w charakterze dobrze wynagradzanego biurokraty i na wszelkie bonusy, do jakich takie stanowisko uprawnia. To byłyby podróże klasą biznesową i sześć tygodni wakacji rocznie. Ubezpieczenie zdrowotne i bardzo wysoka emerytura. A najlepsze byłoby to, że nigdy nie zostałbym wylany. Gdy pracownik znajdzie się w systemie ONZ, ma gwarancję dożywotniego zatrudnienia, może nie z zasady, ale na pewno w praktyce. Na przykład biuro obok mojego zajmował dżentelmen z Korei, który, o ile mi wiadomo, przez dobre trzy lata nie stwarzał nawet cienia pozorów, że pracuje. W niektóre dni się pokazywał, w inne nie, ale każdego roku jego pensja rosła. To niezupełnie było tym, do czego dążyłem, ale wiedziałem, że są znacznie gorsze sposoby zarabiania na życie.

Jednakże nie przyłożyłem się. Zamiast tego, gdy wpatrywałem się ze smutkiem w ekran komputera, usiłując bez przekonania rozszyfrować zawiłe równanie ekonomiczne (– Żadnej matematyki – powiedziałem. – U mnie lewa półkula ma stuprocentową przewagę), ponownie sobie uświadomiłem, że moje myśli biegną ku Pacyfikowi. Przypomniałem sobie, że dwa lata temu byłem na zewnętrznej wyspie w Kiribati, odpoczywając w krytym strzechą domu modlitwy i gawędząc przyjaźnie ze starszym mężczyzną o płetwach rekinów suszących się na krokwiach. Wówczas nie przywiązywałem do tego wagi. To był normalny dzień w Kiribati. Ale teraz, gdy spojrzałem na ścianę, zauważyłem, że stosy ciężkich segregatorów z takimi tytułami, jak Prywatyzacja i sektor energii oraz Finansowanie infrastruktury: Globalne wyzwanie sięgały tak wysoko, że prawie zakryły jedną z wszechobecnych tam reprodukcji Moneta – jak ja nienawidziłem tych lilii – i odkryłem, że to wspomnienie jest niemalże bolesne. Kiedyś moje życie było pełne cudów i tajemnic. Żyłem otoczony wodą tak niebieską, że czasami jej piękno zapierało mi dech w piersiach. Znałem magików i czarowników. Spałem pod miriadami gwiazd i w końcu zrozumiałem, co oznacza pojęcie świat duchowy. Ja...

– Zapominasz o odchodach na plaży – powiedziała później moja żona Sylvia, słuchając mojego wykładu. Sylvia była tą dziewczyną, za którą pojechałem do Kiribati. Zawarliśmy tam udawane małżeństwo, a po dwóch latach praktyki uznaliśmy, że zasługujemy na obrączki. – Zapominasz także o grzybicy, gorączce tropikalnej i „La Macarena”. A pamiętasz, jak wysłano piwo na niewłaściwą wyspę? Nie byłeś wtedy w poetyckim nastroju. No i jedzenie – całymi miesiącami nic tylko ryż i zgniłe ryby. Czy pamiętasz tę świąteczną paczkę od twojego ojca, tę z ciastkami i czekoladą?

Oczywiście, że pamiętałem. To była bożonarodzeniowa tradycja zapoczątkowana przez moją babcię w Holandii. Każdego roku przysyłała nam paczki z ciastkami i mlecznymi czekoladkami, w których produkcji Holendrzy przodują. Po śmierci babci ojciec podtrzymywał tę tradycję. Paczka, którą nam wysyłał, wędrowała do Kiribati przez siedem miesięcy. Gdy do nas dotarła, połowa jej zawartości była zjedzona przez szczury, a reszta słodyczy nosiła ślady ich pazurów i zębów. Ale nie przyszło nam do głowy, żeby ich nie zjeść. Spałaszowaliśmy pozostałą część w ciągu jednego, długiego, żarłocznego popołudnia, czując wyłącznie niebiańską rozkosz.

– Czy nie była to najlepsza czekolada, jaką kiedykolwiek jadłaś? – zapytałem.

– Tak – westchnęła. – Ale o to właśnie chodzi. Nigdy więcej nie chcę czuć się tak zdesperowana.

Sylvia miała rację. Eskapizm ma swoje minusy. Życie w Kiribati było desperackie. Jeżeli mieliśmy nadzieję na znalezienie na morzach południowych sielankowej egzystencji z naszej wyobraźni, zderzyliśmy się w brutalny sposób z realiami wyspiarskiego życia. To prawda, że było ono piękne. Ale było również ciężkie. Stan ciągłego odmawiania sobie wszystkiego sprawiał, że znacznie bardziej docenialiśmy drobiazgi takie jak czekolada. Ale, choć to dziwne, potem przestałem ją doceniać. Nawet nie potrafiłem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz jadłem czekoladę i z jakiegoś powodu zaczęło mnie to niepokoić, bo czymże jest życie, dobre życie, jak nie gromadzeniem drobnych przyjemności? W Waszyngtonie mieszkaliśmy w miejscu, w którym wszystko, choć nieźle to kosztowało, było dostępne. Ja jednakże nie potrafiłem sobie przypomnieć, kiedy naprawdę czymś się delektowałem – książką, zachodem słońca, dobrym posiłkiem. To było tak, jakby przeciążenie sensoryczne, czyli amerykańskie życie, doprowadziło do deprywacji sensorycznej, przesytu bogactwem, bo wszystko jest dozwolone, więc niczego się nie ceni. Takie zakupy w Whole Foods, na przykład. Pamiętam, że nie tak dawno popełniłbym każde przestępstwo za możliwość wskoczenia pomiędzy przepełnione półki. A teraz czułem się odrobinę wkurzony, że asortyment serów nie jest tak szeroki, jakbym sobie życzył. W Kiribati pragnąłem tego, co mieliśmy w Waszyngtonie – najlepszych sklepów spożywczych, sprawnej sieci energetycznej, niewyczerpanej oferty dla konsumentów – a teraz, gdy pławiłem się w tej obfitości, tęskniłem do tego, co mieliśmy w Kiribati, do rzeczy niematerialnych, ponieważ trudno znaleźć dobra materialne na odległym atolu.

Na to, co najczęściej nie dawało mi spokoju, gdy każdego ranka zakładałem krawat, składała się świadomość, że życie w Kiribati było zawsze interesujące. Nie twierdzę, że zawsze w pozytywnym sensie. Co prawda, gdy Sylvia przywołała moje wspomnienia, przypomniałem sobie również, że życie na południowym Pacyfiku potrafi być ponure, często szokujące i odrażające. Pewnego ranka obudziłem się i znalazłem zdechłą świnię na naszym podwórku. Na równiku to spory problem. Nie ma nic lepszego niż odór rozkładającej się w promieniach tropikalnego słońca zdechłej świni, żeby człowiek wyznaczył sobie priorytety na ten dzień. Usunięcie wzdętej bestii zajęło mi większość poranka. Znalazłem duży kij i zacząłem popychać zwierzę w stronę zbliżającego się przypływu. Proszę cię, oceanie, powiedziałem, zabierz tę świnię. Ale nie zrobił tego. Świnia unosiła się na powierzchni i ilekroć wpychałem ją pod wodę, ocean odpychał ją w moją stronę, a padlina lądowała u moich stóp z groteskowym łomotem. Stanowiło to niezłą zabawę dla obserwujących mnie I-Kiribati[3], dopóki jeden z nich nie ulitował się nade mną. Chwyciliśmy za kopyta i przeciągnęliśmy gnijącą świnię około trzysta metrów przez fale przyboju w kierunku brzegu rafy. Tam wzięliśmy potężny zamach i wrzuciliśmy ją w spienioną wodę. – Prezent dla rekinów, powiedział mój towarzysz. Wtedy zauważyłem, że moje dłonie, ramiona, i znaczna część tułowia pokryte są śluzem ze zdechłej świni. Jeszcze nigdy tak szybko nie płynąłem do brzegu.

Dlaczego w takim razie, można by rozsądnie zapytać, ktoś chciałby wrócić do takiego świata? To doskonałe pytanie. Nuda, nieznośna i nieustępliwa nuda, z pewnością miała w tym swój udział. Tego przedpołudnia w Kiribati udało mi się, w ciągu kilku godzin, dokonać czegoś produktywnego. Pozbyłem się problemu. Pływałem w Oceanie Spokojnym. Wyczułem niebezpieczeństwo. Znalazłem przyjaciela. Miałem nową historię do opowiadania. Oczywiście, nie chciałem przeżywać tego ponownie, ale przynajmniej coś się wydarzyło. Coś interesującego. To prawda, że znalezienie rozkładającej się świni na własnym podwórku nie jest idealnym sposobem na rozpoczęcie dnia. Uznałem jednak, że sposób rozpoczynania go w Waszyngtonie, od uciszenia przeraźliwego dźwięku dzwonka budzika, po szaleńczy bieg do biura, w którym witał mnie komputer z informacją, że mam dziewięćdziesiąt dwie nowe wiadomości, z czego trzydzieści siedem rzekomo pilnych, a potem spędzenie pozostałych godzin w potężnym stresie z powodu listy spraw do załatwienia, szczególnie tych wypunktowanych, notatek służbowych i prezentacji w PowerPoincie, zebrań i konferencji prasowych, tylko po to, żeby wyjść długo po zachodzie słońca z tym mdlącym przekonaniem, że pomimo tego czasu, tej całej energii, zamieszania niczym się w tym dniu nie wykazałem, niczym prawdziwym, wymiernym i dobrym – jest również do dupy.

W Waszyngtonie wmawiano nam, że mieszkamy w centrum świata, a reszta globu kręci się zgodnie z naszymi kaprysami i priorytetami. Takie przekonanie może uderzyć do głowy. Czy Namibijczycy powinni mieć elektryczność? My zdecydujemy. Czy Laotańczycy mają handlować trzciną cukrową? Jeżeli tak, niech grzecznie o to poproszą. Czy rząd Haiti nie robi się arogancki? Pieprzyć rząd. Obalimy go. Takie działania przyciągają osoby określonego pokroju. Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze i oceniając mój szary garnitur, koszulę od Brooks Brothers, jedwabny krawat i włoskie buty z miękkiej skóry, uznałem, że nie jestem taką osobą. Czułem się jak turysta, półprzytomnie idący przez życie, które nie jest przeznaczone dla mnie. Wielu ludzi pociąga władza. Ja wolałbym grać na ukulele na odległej plaży. Nie byłem typem człowieka w miękkich, skórzanych włoskich butach. Byłem człowiekiem w klapkach. I jako klapkarz wiedziałem, co trzeba zrobić. Kiribati może nie jest rajem, ale byłem gotowy zaryzykować. Wiedziałem także, jak to zrobić. Moja żona będzie musiała znaleźć pracę na południowym Pacyfiku.

To było takie łatwe, naprawdę. Nieoczekiwanie łatwe.

– Południowy Pacyfik nie pomoże mi w karierze – sprzeciwiła się Sylvia.

– Co tam kariera. Niebieska, niebieska woda.

– To oznacza niższą pensję.

– Mam pieniądze, a gdy się skończą, będziemy żyli miłością. Kołyszące się palmy.

– Ale naprawdę uważam, że południowy Pacyfik to doskonałe miejsce na założenie rodziny.

– Hm...

Moja żona myślała kreatywnie. Na mój rozum, gdy kobieta czuje potrzebę prokreacji, towarzyszy temu zazwyczaj pragnienie stabilizacji, posiadania domu, może nawet na przedmieściu, gdzie szkoły są dobre, a sąsiedzi pogodni. Ale nie Sylvia. Instynkt macierzyński wyzwolił u niej chęć ucieczki, wyjazdu możliwie jak najdalej od Ameryki. Ona także doświadczyła zaskakującego dysonansu, ekstremalnego szoku kulturowego, który był nieuniknioną konsekwencją przeprowadzki z takiego miejsca jak Kiribati do miasta takiego jak Waszyngton. Być może nie była skłonna do idealizowania wyspiarskiego życia tak jak ja, ale było w niej dostatecznie dużo z wyspiarza, żeby dojść do wniosku, że, w zasadzie, wolałaby mieć dzieci raczej na odległej wyspie.

– To powinna być wieś – powiedziała. – W Ameryce już nie ma wsi.

Co za szczęśliwa synchronizacja, pomyślałem. Ja także czułem potrzebę ucieczki. A jeżeli miało to oznaczać, że seks może wiązać się z pewnymi konsekwencjami, pomyślałem, abstrakcyjnie oczywiście, to też będzie cudowne.

Wkrótce znalazła się praca dla Sylvii. Organizacja, dla której pracowała w Kiribati – Foundation for the Peoples of the South Pacific[4] – zaproponowała jej stanowisko menedżera regionalnego z siedzibą na Fidżi. Oczywiście, Fidżi to nie Kiribati. Wiedzieliśmy o tym z własnego doświadczenia. Po wyjeździe z tego ostatniego podróżowaliśmy przez miesiąc po południowym Pacyfiku, Fidżi nie wyłączając. Wyspa miała status ulubionego miejsca pięknych i bogatych, dlatego byliśmy całkowicie pewni, że nie spotkamy się z ubóstwem, które tak silnie definiowało życie w Kiribati. Jeżeli Fidżi jest wystarczająco dobre dla Nicole Kidman, dowodziliśmy, będzie dobre i dla nas. Nagle życie wydało nam się piękne. Mieliśmy plan. Dobry plan. Przeprowadzimy się na Fidżi, na wyspy szczęśliwe. Napiszę książkę o Kiribati, a jeżeli to nie wypali, zawsze mogę uprawiać yam[5]. Sylvia będzie wykonywać szlachetną i podnoszącą na duchu pracę dla dobrych ludzi z południowego Pacyfiku. Nasz dom będzie rozbrzmiewał tupotem małych stóp. Ponieważ przyszłość jawiła się w tak jasnych kolorach, czułem się dostatecznie pewnie, żeby zacząć naciskać przycisk wyłączający budzik na kilka minut.

A potem nasz plan spalił na panewce. Przyjechałem do pracy po 9.00, a raczej o 10.00, wypoczęty, odświeżony i zabrałem się do przeglądania e-maili. Wśród niezliczonych programów i raportów konsultantów dostrzegłem wiadomość z nagłówkiem ZAMACH STANU. Te wyrazy przyciągnęły moją uwagę. To była korespondencja seryjna od naszego znajomego z Fidżi. Początek brzmiał: Teraz jesteśmy bezpieczni, co moim zdaniem było bardzo interesującym sposobem rozpoczynania e-maila. Wiadomość była przekazem strumienia świadomości z bardzo złego dnia. Uzbrojeni bandyci... premier zakładnikiem... strzelanina... szabrownicy... Suva w ogniu.

Sylvia zadzwoniła do mnie.

– Słyszałeś?

– Tak. Ale mam nadzieję, że problem wkrótce sam się rozwiąże – powiedziałem.

Ale się nie rozwiązał. Tego ciepłego poranka grupa mężczyzn uzbrojonych w broń automatyczną i maczety wtargnęła do parlamentu w Suvie, stolicy Fidżi i wzięła premiera i większość członków rządu jako zakładników. Zazwyczaj trudno znaleźć jakąkolwiek wzmiankę o południowym Pacyfiku w światowej prasie, z jednym znakomitym wyjątkiem, gdy jakiś celebryta zostaje przypadkiem zauważony na Tahiti. Teraz jednakże strony gazet na całym świecie były pełne artykułów z nagłówkami w rodzaju TURYŚCI STERRORYZOWANI W LUKSUSOWYM KURORCIE NA WYSPIE. Na Fidżi doszło już do zamachu stanu w 1987 roku, więc dowcipnisie z prasy zaczęli określać to miejsce jako „kraj pucz-pucz”. Pochłanialiśmy wszystkie wiadomości, jakie mogliśmy znaleźć, w nadziei, że zamach okaże się zwykłym kryzysem, czasową uzurpacją prawa i porządku, i że ta napięta sytuacja zostanie spokojnie rozwiązana podczas ceremonii z użyciem kavy[6], przeprosin, grupowych uścisków i uroczystego wymienienia się zębami wielorybów. Jednakże dramat zakładników trwał już pięćdziesiąt sześć dni. Kiedy oglądaliśmy z przerażeniem reportaże telewizyjne pokazujące Suvę w płomieniach, coraz trudniej było podtrzymywać iluzję, że ten problem jest błahy. Niemniej jednak ja próbowałem. Mieliśmy plan. Zamach nie mógł nam przeszkodzić. Ale pewnego dnia Sylvia wróciła do domu i oświadczyła: wyjazd na Fidżi został odroczony.

– Szkoda – powiedziałem. – A tak liczyłem, że przeprowadzimy się na Fidżi.

– Ja też żałuję. Ale jak wiesz, tam był zamach.

– Co sprawia, że życie na Fidżi wydaje się jeszcze bardziej interesujące – stwierdziłem. – To nie pierwszy zamach. Poprzedni dobrze się zakończył.

– Ale tym razem ludzie się zabijają.

– Racja, to straszne. Ale chodzi o to, że... wylali mnie dzisiaj.

– Wylali cię?

– Tak, choć byli bardzo mili. Powiedzieli, że nie odnowią mojego kontraktu z uwagi na fundusze i temu podobne kwestie, i że pomyślą o mnie w przyszłości, ale przekaz był całkiem jasny. Opróżniłem biurko. Pomyślałem, że przeprowadzka na południowy Pacyfik będzie doskonałym rozwiązaniem, ponieważ mój terminarz będzie wkrótce pusty.

– Nie mogę uwierzyć, że cię wylali – Sylvia pokręciła głową.

– Chwilą chwały bym tego nie nazwał.

– Na szczęście dla ciebie, chcą mi dać na razie pracę w Vanuatu. Nadal chcesz jechać?

Tak oto nowy plan powstał jak Feniks z popiołów.

Rozdział 2

W którym autor podaje interesujące informacje o Vanuatu – o jego stu kilkunastu językach, historii kanibalizmu, kultach cargo[7], tlących się wulkanach – i przyjeżdża na wyspę Efate, na której wkrótce zostaje uziemiony.

A zatem Vanuatu. Sprawy przybrały chyba najbardziej fortunny obrót z możliwych. Dzięki temu ból posiadania statusu bezrobotnego konsultanta wyrzuconego z panteonu władzy był znacznie łatwiejszy do zniesienia. Mimo że to ja wolałbym wygłosić stanowcze odchodzę, to jednak ważne było, że tak się stało. Kiedy wędrowałem ulicami Waszyngtonu, żwawo stukając klapkami, zaczynałem czuć się bardziej niż odrobinę z siebie zadowolony. Hej, ty, pomyślałem na widok wyraźnie udręczonego prawnika, który w jednej ręce ściskał kanapkę z Au Bon Pain, a w drugiej dwudziestokilogramową teczkę. Pewnie jesteś wspólnikiem, pracujesz dziewięćdziesiąt godzin tygodniowo i nie masz prywatnego życia... Ja wyjeżdżam na południowy Pacyfik. Gdy zobaczyłem młodą kobietę chwiejącą się pod ciężarem dwóch laptopów, usiłującą dotrzymać kroku ważniakowi z najlżejszym z telefonów komórkowych w ręku, pomyślałem: Stażystka! Biedactwo. Uciekaj stąd natychmiast... Melanezja, skarbie, Melanezja.

To wszystko było jak wyzwolenie, ponieważ nie tylko wracaliśmy na południowy Pacyfik, z jego nieodłącznym pięknem i rozleniwieniem, ale jechaliśmy do Vanuatu. Już raz zatrzymałem się na tamtejszych wyspach, i choć spędziłem tam tylko tydzień, pamiętam, że ten kraj wydał mi się jednym z najdziwniejszych na ziemi. Zważywszy jednak na to, że mieszkałem dwa lata na atolu, całkowicie odizolowany od większego świata, mogłem nie myśleć trzeźwo. Ale Vanuatu miało w sobie coś dziwnego, jakąś nieprzemijającą osobliwość, która wydała mi się szczególnie atrakcyjna. Gdy wrzucałem garnitury i krawaty do torby, żeby oddać je organizacji charytatywnej, bardziej szczęśliwy być już nie mogłem. Precz, szare garnitury. Już nie będziecie mi potrzebne. Jadę na wyspę, gdzie strój wizytowy składa się z liścia zawiązanego wokół penisa.

Gdy szykowaliśmy się do podróży, przypomniałem sobie błędy, jakie popełniłem, przygotowując się do wyspiarskiego życia w Kiribati. Pakowanie się na wyjazd na południowy Pacyfik różni się od tego w inne rejony. Bardziej przypomina pakowanie za pomocą odejmowania. Swetry, spodnie, skarpetki – nie, nie, nie. Tapczan? Stół z krzesłami? Na wyspach Pacyfiku człowiek siedzi na podłodze. Dni mijały, a my pozbywaliśmy się większości ubrań, wszystkich mebli i wkrótce niewiele pozostało z naszego życia, poza kilkoma walizkami wyładowanymi wystrzępionymi szortami i kwiecistymi podkoszulkami. Bardzo lubię nowego początki. Śmiem nawet twierdzić, że przoduję w tychże początkach. Każdy w końcu staje się w czymś dobry, jeżeli robi to dostatecznie często. Byłem zadowolony, że po trzydziestu kilku latach życia mój bagaż ograniczał się do jednej walizki.

Zbliżał się dzień wyjazdu, więc nasze myśli krążyły wokół Vanuatu. Podczas krótkiego tam pobytu dwa lata wcześniej odnieśliśmy wrażenie, że te wyspy stanowiły jedno niezwykłe małe państwo. Już samo położenie geograficzne tłumaczy w znacznym stopniu fakt, że ten kraj jest dziwny. A taki jest, ponieważ ponad osiemdziesiąt lądów tworzących Vanuatu leży dokładnie w pierścieniu ognia na Pacyfiku, który, jak sama nazwa wskazuje, jest raczej strasznym miejscem. Prawdopodobnie nie ma większej siły niż ta, która powstaje, gdy jedna płyta tektoniczna, powiedzmy z Australią i subkontynentem indyjskim na plecach, postanawia spotkać się z drugą płytą tektoniczną dźwigającą na ramionach Pacyfik, zachodnie wybrzeża Ameryki Północnej i Południowej i, na dokładkę, Japonię. Tam właśnie znajduje się Vanuatu; co za ekscytujące położenie z geologicznego punktu widzenia. Tak solidny jak ziemia pod stopami – nie jest to wyrażenie często przytaczane w Vanuatu. Wyspy są młodymi, wybuchowymi nastolatkami, skłonnymi do huśtawki nastrojów i nagłych przyspieszeń wzrostu, więc nie ma w tym nic niezwykłego, gdy jedna z nich doświadcza nagłego wstrząsu i zostaje wypchnięta ku górze o kolejny metr czy dwa. Co jakiś czas kompletnie się gubi i w ataku apopleksji wysadza się w powietrze, jak to się stało z Kuwae w 1475 roku. I zawsze są tam trzęsienia ziemi – dużo, dużo trzęsień – które zdarzają się każdego dnia. Większość to błahe, zwykłe wstrząsy. Jednakże takim osobom jak ja, które nigdy nie widziały sztućców tańczących na stole w restauracji, mogą wydawać się bardzo niepokojące.

– Co to było? – zapytałem kelnerkę w Port Vila, stolicy kraju, gdy przyszedłem do siebie.

– Kalmary.

– Nie, nie. Ten wstrząs, co to było?

– Nic. Małe trzęsienie ziemi, czkawka.

Czkawka najprawdopodobniej wywołana wybuchem jednego z dziewięciu czynnych wulkanów w Vanuatu. To prawda, że dwa są pod wodą, ale siedem aktywnych stożków okupujących obszar niewiele większy od Connecticut stanowi zdumiewającą koncentrację żywiołowej siły rzymskiego boga ognia Wulkana. W Vanuatu ziemia żyje, i właśnie tam można doświadczyć jej niesamowitej potęgi. Gdy stoisz na krawędzi takiego wulkanu, nawet jeżeli on tylko sapie, sporadycznie wyrzucając z gburowatą obojętnością głaz wielkości samochodu lub długi, zadzierający nosa strumień płonącej lawy, oznacza to, że widzisz olbrzymią potęgę planety. Nie lekceważ mnie, czujesz, jak do ciebie mówi, i od razu chcesz zrzucić z krawędzi kilku właścicieli hummerów, ot taka drobna ofiara dla bogów. Niestety, to nie właściciele monstrualnych SUV-ów mają kłopoty, gdy planeta staje się szczególnie gburowata – jeszcze nie, w każdym razie. To mieszkańcy Ambrim, wyspy wyróżniającej się posiadaniem dwóch nadmiernie aktywnych wulkanów, ucierpieli podczas potężnych erupcji w latach 1913, 1929, 1937, 1946, 1950, 1979 i 1993. Jeżeli ludzie z Ambrim wydają się przyjezdnym nieco bojaźliwi, trochę pesymistyczni i w złym humorze, mają ku temu powody. Fakt, że w każdej chwili twój świat może zrobić bum, wpływa na twoją wrażliwość.

Można by sądzić, że w miejscu, w którym ziemia przejawia skłonności do energicznych wstrząsów i niekontrolowanych eksplozji, natura przydziela przynajmniej przyjemny klimat. To pomyłka. Choć Vanuatu ma cudowną pogodę przez połowę roku, w drugiej połowie jest nawiedzane przez cyklony. Od listopada do maja pewne jest, że uderzą dwa lub trzy cyklony, czyli huragany, które noszą taką nazwę w tym zakątku świata. Jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, że większość mieszkańców Vanuatu mieszka w wioskach zbudowanych z drewna i sitowia, a utrzymuje się głównie z uprawy owoców i warzyw, można zrozumieć, jak potencjalnie tragiczne w skutkach są cyklony dla wyspiarzy, lub Ni-Vanuatu, jak ich nazywają. Nie tylko że przeciętny Ni-Vanuatu może być pewien utraty domu i inwentarza, może spodziewać się również, że spotka go to kilkakrotnie w życiu. Taki jest świat, który natura pozostawiła nam w spadku. Dlatego nie zdziwiłem się, że wody wokół Vanuatu roją się od rekinów.

Przypomniałem sobie życie w Kiribati, gdzie środowisko wpływało na każdy aspekt życia. Inaczej niż w Waszyngtonie, w którym natura została zredukowana do kolejnej, banalnej kwestii politycznej, a czyjeś zdanie na temat środowiska sygnalizowało, czy ten ktoś gra w drużynie niebieskich czy czerwonych. Na Tarawie migracje ryb decydowały, co ktoś będzie jadł na obiad; deszcz nawalny oznaczał, że w końcu będziesz miał dosyć wody, żeby umyć włosy; a fale określały, jak daleko możesz podróżować po wyspie. Życie sprowadzało się do podstawowych potrzeb, a to oczywiście miało wpływ na kulturę. Tam, skąd pochodzę, wychodzimy z wody na widok rekina. W Kiribati, gdy ludzie widzą rekina, radośnie nurkują i starają się go złapać. Położenie geograficzne, jak to mówią, to przeznaczenie.

Podobnie jak Kiribati, odizolowane, drżące wyspy Vanuatu, z ziejącymi ogniem wulkanami i porywistymi cyklonami stworzyły szczególnie intrygującą kulturę, w wyjątkowy sposób przystosowaną do tego świata. Podczas naszego pobytu w Port Vila przed dwoma laty wydawało nam się, jakby każdy obcokrajowiec, którego spotykaliśmy, był antropologiem, świeżo powracającym z najgłębszego, najciemniejszego buszu, w kasku tropikalnym na dodatek. Nic w tym dziwnego. Choć Ni-Vanuatu są Melanezyjczykami (grecka nazwa „z czarnych wysp”), potomkami odważnych podróżników, którzy pierwsi przypłynęli z Papui-Nowej Gwinei i Wysp Salomona jakieś cztery tysiące lat temu, mają z nimi, poza wyglądem, niewiele wspólnego. Vanuatu jest krajem wodzów i klanów, z których każdy ma własne tradycje i wierzenia. Niektórzy uważają, że kość w przegrodzie nosowej czyni ich szczególnie atrakcyjnymi. Inni manipulują czaszkami niemowląt, aż staną się odpowiednio wydłużone. Wielu mężczyzn Ni-Vanuatu nie nosi niczego poza namba, liściem, w odpowiednim rozmiarze, owiniętym wokół penisa. Oczywiście, są plemiona Dużych Namba i Małych Namba. I nie darzą się sympatią.

Następna sprawa to języki. Dwieście tysięcy ludzi, którzy nazywają Vanuatu domem, mówi ponad stu językami. Nie ma innego miejsca na świecie, które jest bardziej zróżnicowane pod względem lingwistycznym. Na niektórych lądach, a nie są one duże, mieszkańcy nie rozumieją się wzajemnie, ponieważ istnieje tam kilkanaście miejscowych języków. Jak to możliwe?, zapytasz. Ci ludzie mieszkają na wyspie – na wyspie! – od tysiąca lat, a może dwóch czy czterech, a i tak ich języki ewoluowały niezależnie od siebie, od zwykłego dęcia w muszlę poczynając. Odwiedzając te ziemie, można szybko się zorientować, że topografia miała coś z tym wspólnego. Wyspy Vanuatu są nierówne, czego można się spodziewać po lądach podatnych na wysadzenie w powietrze; środkowe części większości z nich porasta złowroga, gęsta dżungla. Na Tanie, wyspie na południu, rejon ten jest znany jako Riddle Bush, przywodzący na myśl nazwę pochodzącą wprost od J.R.R. Tolkiena. Mordor można znaleźć na Ash Plain, gdzie setki lat erupcji wulkanów zdziesiątkowały życie, pozostawiając szary, jałowy i wynaturzony krajobraz, który po prostu krzyczy NIE WCHODZIĆ!

Ale najwyraźniej coś musi kryć się za tym, że tak niewielu ludzi na tak małym terenie mówi tyloma językami. Szybki rzut oka na wczesną literaturę z Vanuatu dostarcza kilku wskazówek. W 1893 roku wydano intrygującą księgę Cannibals Won for Christ, wkrótce po niej My Adventures Among South Sea Cannibals, From Fiji to the Cannibals Islands, a w 1922 roku nowatorski Cannibal-land. Barwne tytuły – przynajmniej ja tak uważałem. To, do czego one tak subtelnie nawiązywały, to wilcze apetyty, jakie mieli tutejsi mężczyźni na siebie nawzajem. Kanibalizm był powszechny na wyspach, i z tego drobnego faktu wydedukowałem, dlaczego Ni-Vanuatu zadawali sobie tyle trudu, żeby się wzajemnie unikać. Wyobraź sobie, że idziesz przez las i trafiasz na kilku ludzi z sąsiedniej wioski. Gdzieś indziej na świecie spędziłbyś kilka minut, gawędząc o pogodzie, lokalnej polityce czy cenach nieruchomości, a potem odszedłbyś, machając przyjaźnie ręką na pożegnanie; albo zignorowalibyście się wzajemnie. Ale w Vanuatu lepiej uciekać na złamanie karku, ponieważ jeżeli zostaniesz złapany przez sąsiadów, możesz być pewien, że bardzo szybko opuścisz ich tyłki w formie odchodów.

Pewnie myślisz, że tak było bardzo dawno temu. Sto czy dwieście lat kontaktu z innymi kulturami musiało bez wątpienia zahamować zwyczajowy nałogowy kanibalizm. I tak się stało, ale wcześniej mnóstwo misjonarzy i żeglarzy zakończyło swój żywot jako gulasz w garnku. Jednak tradycja ma sposób na przetrwanie. Ostatni, oficjalnie odnotowany przypadek kanibalizmu w Vanuatu zdarzył się na wyspie Malekula w 1969 roku. Ja urodziłem się w tym roku i choć jestem skłonny przyznać, że szybko on przemija w mrokach dziejów, nie było to aż tak dawno. Bądź miły i zgódź się ze mną. Jeżeli ludzie nadal oficjalnie obgryzali ludzkie kończyny w tym okresie, jest raczej pewne, że od tamtego czasu doszło do kilku nieoficjalnych aktów kanibalizmu. Nasi towarzysze w Port Vila też tak uważali. Ich zdaniem, na Ambrim. To wyspa czarnej magii. Albo na Malekuli, szczególnie wśród zarozumiałych Dużych Namba.

Oczywiście, Vanuatu to nie tylko kanibalizm. W końcu jesteśmy czymś więcej niż tylko tym, co jemy. Na wielu lądach mieszkańcy nadal żyją zgodnie z zasadami kastom; to słowo w języku pidgin oznacza „obyczaj”, szanowane tradycje i wierzenia, które przeniknęły do kultury Ni-Vanuatu na długo przed pojawieniem się statków z Zachodu wiozących muszkiety i misjonarzy. Chociaż Ni-Vanuatu skończyli z konsumowaniem ludzkiego mięsa, wielu nadal trzyma się uporczywie starych zwyczajów, w których krzywizna świńskiego kła ma znacznie większą wartość niż cienkość płaskoekranowego telewizora. To świat duchów, magii i czarów, gdzie wroga można uśmiercić odpowiednim zaklęciem. Ale na każdej z wysp Vanuatu kastom ma inne oblicze. Na Pentecost są skoczkowie, odważni chłopcy i mężczyźni, skaczący na pnączach przywiązanych do kostek nóg z wież własnej roboty, wznoszących się na dwadzieścia siedem metrów. Opadając, muskają włosami twardą glebę, zapewniają w ten sposób pomyślne zbiory yamu. Jednakże na kilku wyspach do osobliwości miejscowej kultury przeniknęły te ze świata Zachodu, w wyniku czego niektórzy wyspiarze powiewają flagą amerykańskiej marynarki i maszerują jak amerykańscy żołnierze, żywiąc gorącą nadzieję, że pewnego dnia odwiedzi ich tajemniczy nieznajomy, przywożąc nadwyżki zapasów armii amerykańskiej.

Tak, to dziwny kraj, a jego kolonialna historia czyni go jeszcze dziwniejszym. Trudno mi było wyobrazić sobie, że przed uzyskaniem niepodległości przez Vanuatu w 1980 roku Brytyjczycy i Francuzi traktujący się ze sporym lekceważeniem rządzili wspólnie tymi wyspami, które były znane jako New Hebrides lub Nouvelles-Hébrides. Dwie kolonialne potęgi spędziły całą epokę, prawie sto lat, próbując w ordynarny sposób osłabić jedna drugą, czego rezultatem jest dzisiaj to, że połowa kraju jest frankofońska, a połowa anglofońska – jako dodatek do niezliczonych tubylczych języków. Naturalnie, żeby Ni-Vanuatu mogli się porozumieć z kimś spoza ich wioski, trzeba było stworzyć jeszcze jeden język: bislama, czyli wyspiarski język pidżynowy, stanowiący mieszankę fonetycznego angielskiego i fonetycznego francuskiego. Ni-Vanuatu mogą już w prosty sposób powiedzieć „Nie rozumiem” – Me no save.

Jeżeli kiedykolwiek istniało lekarstwo na znudzenie miastem, było nim Vanuatu. Gdy jeździłem metrem po Waszyngtonie, gromadząc to, co uważałem za niezbędne w naszym nowym życiu – fajki do nurkowania, płetwy, zapasowe klapki, kremy z filtrem (w opakowaniach dla całej rodziny) – ledwo mogłem pohamować wesołość. Zazwyczaj uważałem jazdę metrem w godzinach szczytu za hipnotycznie przygnębiającą. Z jakiegoś powodu różniła się ona w zauważalny sposób od podróżowania metrem w Nowym Jorku, Londynie czy Berlinie. Gdzie indziej czujesz jakieś ożywienie, gdy ludzie paplają z sąsiadami, a co najmniej jedna trzecia pasażerów, być może nawet połowa, wydaje się zadowolona, że jest tu i teraz, z tobą, w jednym wagonie. Na Czerwonej Linii w Waszyngtonie, którą można by równie dobrze nazwać Białą Linią, ponieważ dudni pod najbledszym kwadrantem miasta, atmosfera jest wyraźnie inna. To szelest gazet i kartkowanie sprawozdań. To westchnienia i głośne chrząknięcia, drobne niewerbalne gesty, które mówią, że w zasadzie ludzie woleliby, żeby cały świat się od nich odpieprzył. Wydaje mi się, że waszyngtończycy nie są klapkarzami. Zastanawiam się, jak inna mogłaby być Ameryka, gdyby stolica znajdowała się na Key West. A co, jeśli narodowym mottem byłoby Let’s get drunk and screw? Czy świat byłby lepszy?

Takie były moje przemyślenia, gdy drzwi się otworzyły i do wagonu weszła niesamowicie atrakcyjna kobieta. Jako żonaty mężczyzna usilnie starałem się nie wyjść na ogra, ale była tak piękna, że nie mogłem się powstrzymać, by nie wpatrywać się w nią ukradkiem, nawet jeżeli było jej daleko do urody mojej żony, a czynię tę uwagę, nie będąc pod żadnym przymusem. Tak czy owak, była prawdziwą pięknością. Kobieta miała nogę w gipsie, jeszcze podkreślającym jej udo, którego opis musiałem usunąć, bo zostałem o to poproszony. Jeżeli moje pojęcie męskości jest prawidłowe, a jestem o tym całkowicie przekonany, można by się spodziewać, że w zatłoczonym wagonie metra pojawienie się Afrodyty o kulach doprowadzi niemalże do zamieszek wśród mężczyzn potykających się jeden o drugiego, żeby szarmancko ustąpić jej miejsca. Ale nic takiego się nie stało. Zamiast tego gazety rześko zaszeleściły, a mężczyźni z Waszyngtonu ponownie się w nich zagłębili.

Szczerze mówiąc, wydało mi się to dziwne, nie tylko dlatego, że zachowali się nad wyraz nieuprzejmie, lecz także dlatego, że ewidentnie byli eunuchami.

Gdy pociąg podskakiwał na szynach, zobaczyłem, ku mojemu ogromnemu przygnębieniu, że ta biedna kobieta najwyraźniej cierpi. Wagon kołysał się w tę i we w tę, a ona krzywiła się z bólu, usiłując utrzymać się w pozycji stojącej. Oprócz niej było tam dwóch facetów, wygodnie rozpartych na siedzeniach. Ten na zewnętrznym siedzeniu wyglądał na trzydzieści kilka lat, miał na sobie garnitur, łysiał i nosił okulary w złotych oprawkach, które niektórzy mężczyźni zakładają, żeby wyglądać na bogatych, a wyglądają tak, jakby przedwcześnie się zestarzeli. Obserwowałem go, jak siedział kilka centymetrów od kobiety stojącej na złamanej nodze i doszedłem do wniosku, że należy do najgorszego gatunku facetów. Gdy zauważyłem, że wszyscy mężczyźni w wagonie mają miejsca siedzące, zajmując również te zarezerwowane dla osób starszych i inwalidów, ten wymuskany mały maskonur uosabiał dla mnie wszystko to, co uważałem za obrzydliwe w Waszyngtonie.

– Hej, stary – powiedziałem do niego. – Ustąp miejsca tej pani ze złamaną nogą.

Ku mojemu zadowoleniu spojrzał na mnie z taką miną, jakby właśnie połknął cytrynę. Wykrzywił twarz, gdy usiłował nadać jej odpowiedni emocjonalnie wyraz.

– Jak... kim ty... – zaczął bełkotać. Potem się rozmyślił i z wyraźnym rozdrażnieniem podniósł się z miejsca.

– Dziękuję – powiedziała kobieta z promiennym uśmiechem. Usiłowałem wymyślić jakąś dowcipną odpowiedź, ale na to ma się tylko chwilę, a ta chwila minęła, więc nie przyszło mi na myśl nic poza nieśmiałym, czerwieniącym się „nie ma za co”.

Takie coś nie wydarzyłoby się na południowym Pacyfiku, pomyślałem. Prawdopodobnie dlatego, że na południowym Pacyfiku nie ma metra. Gdy pociąg toczył się z łoskotem przez tunel, myślałem o wyspiarzach. Mogli cię zabić, jeżeli uznali, że praktykujesz czarną magię. Mogli spalić ci dom, ponieważ przypadkowo poczęstowałeś się kokosem z drzewa, które uważali za tabu. Ale nigdy nie byli chamscy. Zgoda, czasami gwałtowni. I oczywiście nieprzewidywalni emocjonalnie. Ale zawsze uprzejmi. I bądźmy szczerzy, pomyślałem, światu przydałoby się trochę więcej uprzejmości.

***

Jest kilka dziwniejszych doznań niż jet lag[8]. Siedzisz w samolocie, mija godzina za godziną, a ty nie masz nic bardziej interesującego do roboty niż czytanie sensacyjnej powieści, podjadanie co jakiś czas, a jeżeli masz szczęście, udaje ci się zdrzemnąć; pomimo tego całego nicnierobienia, po skończonym rejsie, jesteś wykończony. Nie potrafię tego zrozumieć. Zazwyczaj jestem na nogach siedemnaście godzin na dobę. Większość dnia poświęcam pracy. Jeżeli jestem szczególnie ambitny, godzinę przeznaczam na ćwiczenia. Resztę dnia spędzam w zwyczajny sposób, i ponieważ po siedemnastu godzinach mogę się czuć nieco zmęczony, nieco śpiący, robię sobie fajrant. Wystarczy mnie wsadzić do samolotu na siedemnaście godzin, a czuję się tak, jakbym ukończył bataański marsz śmierci[9].

– To jest Nowa Zelandia? – powiedziałem do Sylvii, gdy staliśmy przy krawężniku na lotnisku w Auckland.

– Jest zimno – zauważyła Sylvia.

– I szaro – dodałem.

– I mokro.

– Musimy tu kiedyś wrócić – stwierdziłem. Potem odwróciliśmy się, weszliśmy do terminalu i złapaliśmy samolot do Vanuatu. Pięć godzin później staliśmy na Bauerfield International Airport, kilka kilometrów od Port Vila, na wyspie Efate. To był długi i dziwny dzień. Gdy obudziłem się poprzedniego rana, byłem po drugiej stronie kuli ziemskiej. A teraz byłem na wyspie, na południowym Pacyfiku. Spójrz: palmy. Gdzie są papugi? Hej, wszyscy są Afroamerykanami. Nie, nie Afroamerykanami. Melanezyjczykami. Gdzie ja jestem?

Czasami podczas długich podróży masz wrażenie, jakbyś w ogóle się nie przemieszczał, tylko po prostu zamienił biały szum[10] domu na ten sam, różniący się tylko nazwą w obcym języku. Ale nie w Vanuatu. Wyspy znajdują się tak daleko, że przypominają planety Liliputów zamieszkujących najbardziej błękitne z wszechświatów, odległe miejsca, w których zawsze jest czas na drzemkę, co stwierdziliśmy z zazdrością, obserwując pracowników lotniska przysypiających w popołudniowym cieniu.

Ale nie dla nas. Jeszcze nie. Oszołomieni z powodu jet lagu, wkrótce znaleźliśmy się w towarzystwie Reksa, nowego szefa Sylvii, mieszkańca Wysp Salomona, który był przedstawicielem swojego kraju w ONZ w Nowym Jorku. Tego wieczoru gościł nas na kolacji w przestronnym domu, czego niestety prawie nie pamiętam. Wyczerpanie w połączeniu z kieliszkiem czy dwoma wina nie wpłynęło korzystnie na moją towarzyskość. Mgliście pamiętam ożywioną dyskusję o sytuacji na Fidżi, która zakończyła się dla mnie tym, że leżałem na wznak na kanapie Reksa, z której, bez wątpienia, czarowałem innych gości sporadycznymi, sapiącymi prychnięciami. W jakiś sposób i prawdopodobnie z ogromną ulgą dostarczono nas do pokoju w motelu, w którym przespaliśmy czternaście godzin przy rześkim warkocie wiatraka podwieszonego na suficie.

– Czy zupełnie się zblamowałem wczorajszego wieczoru? – zapytałem Sylvię, gdy obudziliśmy się następnego dnia.

– Nie pamiętam wczorajszego wieczoru – odpowiedziała.

– To chyba dobrze.

Dlatego poczuliśmy się nieco zaskoczeni, kiedy Kathy, koleżanka Sylvii, podjechała pod motel swoim SUV-em. Najwyraźniej umówiliśmy się wczoraj, że pożyczymy od niej samochód i pojeździmy po wyspie. Wydało nam się to bardzo sympatycznym sposobem rozpoczęcia naszego pobytu w Vanuatu i byliśmy zadowoleni, że wpadliśmy na taki pomysł, choć trochę zaskoczeni, że o tym nie pamiętaliśmy.

– Uważajcie – przestrzegała nas Kathy. – Kilka dni temu padał deszcz, więc na drodze może być niebezpiecznie.

– Nie martw się – powiedziałem. – Co prawda, choć żyję już trzydzieści parę lat, nigdy nie miałem samochodu, ale mogę cię zapewnić, że jestem doskonałym kierowcą.

– Mieszkałeś w Ameryce przez prawie całe życie i nigdy nie miałeś samochodu?

– Ani nie prowadziłem SUV-a – dodałem radośnie.

Kathy drgnęła nerwowo, ale wyjąłem jej kluczyki z dłoni i wkrótce odjechaliśmy z piskiem opon. To było oszałamiająco dziwne doznanie. Jednego dnia człapaliśmy po Waszyngtonie, pełni cichej pogardy dla otoczenia, a dzień czy dwa później byliśmy w odległym Vanuatu, jadąc dużym sportowym samochodem. To był dysonans w najlepszym wydaniu.

Po kilku minutach pozostawiliśmy za sobą jezdnie Port Vila i rozpoczęliśmy ostrożne okrążanie Efate, jadąc stukilometrowej długości wyboistą, nieutwardzoną drogą wijącą się wokół wyspy. Jak już zdążyliśmy się zorientować, Port Vila było wyspą na wyspie. Miało elektryczność, sklepy, restauracje i kurorty. Była tam nawet dyskoteka. Ale gdy tylko wyjechałeś poza granice miasta, czekał na ciebie nieucywilizowany Pacyfik. Bardzo często droga przechodziła w wąską ścieżkę w buszu, żeby niespodziewanie przeistoczyć się w olbrzymie błotniste doły, w których stały bezrobotne i puste koparki, zaparkowane w nadzwyczaj chaotyczny sposób, tak jakby były pozostałościami dawnego projektu naprawy dróg. Znaki głosiły ZA ZGODĄ RZĄDU JAPONII. Poza tym na szosie nie było żadnych pojazdów, na szczęście zresztą, ponieważ mimo że jechaliśmy samochodem z napędem na cztery koła, często zarzucało nas w błocie.

– Hamuj lekko – zasugerowała Sylvia uprzejmie.

– Właśnie to robię. Ale jeżeli chcesz, możesz prowadzić.

– Będę musiała pracować z Kathy. – Sylvia pokręciła głową. – Skoro mamy rozbić jej samochód, będzie lepiej, jeżeli ty to zrobisz.

Nie miałem zamiaru rozbijać cudzego samochodu, więc jechaliśmy z maksymalną ostrożnością. Efate była porośnięta bujną roślinnością, z dżunglą opadającą ze stromych wzgórz, których większość spowijała persykaria (rdest) zasadzona przez Amerykanów podczas II wojny światowej – w amoku kamuflażu. Wzdłuż brzegu ciągnęły się plantacje palm kokosowych; było tam też kilka farm, gdzie krowy leniuchowały pod wielkimi bananowcami. Życie na wyspie toczy się głównie na wybrzeżach. W kilku sennych wioskach, przez które przejeżdżaliśmy, stały małe budki z desek i blachy, oferując na sprzedaż warzywa, muszle i sześćdziesięcioletnie butelki coca-coli wyłożone na półkach. Zapłatę można było wrzucać do skarbonki. A wokoło rozciągał się ocean, majestatyczny i urzekający.

– Gdzie są wszyscy? – zastanawiałem się, wrzucając kilka monet do skarbonki w zamian za dwa zielone kokosy. Byliśmy w małej przybrzeżnej wiosce. Naszym zachodnim oczom wydawała się ona bardzo biedna, z domami z drewna, sitowia i blachy falistej oraz ogródkami otoczonymi koślawymi płotami z gęstej siatki. Ale gdy ktoś tak szybko przeprowadza się z Ameryki, gdzie większość ludzi jest zadłużonych na setki tysięcy dolarów i nawet biedni mają telewizory, do miejsca takiego jak Vanuatu, gdzie miarą bogactwa są świńskie kły, zmienia się sposób pojmowania biedy.

– Myślę, że dziś jest niedziela – powiedziała Sylvia, gdy wycinała, jak stary wyga z Pacyfiku, dziury w kokosie naszym szwajcarskim scyzorykiem.

W pewnym momencie podróży przekroczyliśmy międzynarodową, umowną, linię zmiany daty, gdzie dziś staje się jutrem i chwila, którą przeżyłeś przed momentem, teraz jest pozornie daleko za tobą. Lub coś w tym rodzaju. Staliśmy przez jakiś czas, zastanawiając się nad złożonością czasu, a gdy mózgi zaczęły nas boleć, usłyszeliśmy hymny dobiegające z kościoła z blaszanym dachem, który stał kawałek dalej. To była niedziela.

– Nic dziwnego, że nikogo nie ma na drodze – powiedziałem. Nie wszyscy Ni-Vanuatu są chrześcijanami, chociaż mieszkańcy Efate, najbardziej zeuropeizowanej wyspy Vanuatu, w większości zostali nawróceni. Na zewnętrznych lądach wielu zachowało dawne zwyczaje i postępowało zgodnie z zasadami kastom. W jakim stopniu pozostali wierni tradycji, było tym, co zamierzałem zbadać. Inni praktykowali kulty cargo, niecierpliwie wyczekując dnia, gdy los się do nich uśmiechnie i rozjaśni ich życie konserwami Spam i rewolwerami z czasów II wojny światowej. Ale, tak jak wszędzie na południowym Pacyfiku, dla chrześcijan w Vanuatu niedziele były przeznaczone na modlitwy. Nie ma spokojniejszego miejsca na ziemi niż wyspa na Pacyfiku w niedzielę. Dopóki nie wejdziesz do kościoła. Gdy przychodzi do śpiewania, wyspiarze z Pacyfiku zaciekle konkurują z baptystami z południa Stanów Zjednoczonych.

Kontynuowaliśmy naszą wycieczkę, a im bardziej oddalaliśmy się od Port Vila, tym droga stawała się bardziej zdradziecka. Po raczej emocjonującym ślizgu w dół wzgórza, gdy wciskałem hamulce do oporu, powinniśmy prawdopodobnie posłuchać naszych bardziej rozsądnych instynktów i zawrócić. Jechaliśmy jednakże dalej, po części dlatego, że z natury jestem niezdolny do zawracania, ale głównie dla urzekającej scenerii, każdy zakręt bowiem i każdy szczyt obiecywały kolejną panoramę raju. Rosły tam palmy z liśćmi kołyszącymi się jak leniwe wachlarze, a ja byłem ogromnie zadowolony, że znów jestem wśród nich. Zbocza porastała gęsta roślinność, emanująca atmosferą pierwotnej dzikości. Czytałem, że w tych lasach żyje mnóstwo jaszczurek, łącznie z legwanem fidżyjskim, groźnie wyglądającym smokiem długości dziewięćdziesięciu centymetrów. Można tam również znaleźć boa pacyficznego, węża długości dwustu czterdziestu centymetrów, którego miałem nadzieję nigdy nie spotkać. Mówi się, że boa pacyficzne nie są groźne, ale ja w to, chwilowo, nie wierzyłem. Wychowano mnie w wierze katolickiej, dlatego trudno mi żywić ciepłe uczucia wobec węży. Zatrzymywaliśmy się tu i ówdzie, nie spotykając ani jednego samochodu, słuchaliśmy cichego brzęczenia owadów i leniwych głosów ptaków drzemiących w południowym słońcu. Na wyspie panował apatyczny spokój, a dręcząca nas jeszcze niewielka presja, która była pozostałością po życiu w Waszyngtonie, przymus, żeby się spieszyć, sprawdzać e-maile, załatwić sprawunki, wyparował we wzmagającym się upale.

Przypisy
[1] Osoba uciekająca od rzeczywistości i problemów z nią związanych (przyp. red.).
[2] Kajak z pływakiem na wysięgniku; jedna z najszybszych jednoosobowych łodzi podporowych na świecie (przyp. tłum).
[3] Rdzenni mieszkańcy Kiribati, Kiribatyjczycy (przyp. tlum.).
[4] Organizacja pomocowa dla państw południowego Pacyfiku; skrót FSPI (przyp. tłum.).
[5] Bulwa tropikalnych winorośli w smaku przypominająca słodkie ziemniaki (przyp. red.).
[6] Rodzaj napoju z ziół o działaniu narkotycznym (przyp. red.).
[7] Współczesne kulty religijne, których wyznawcy oczekują nastania nowego porządku (opartego na równości rasowej między białymi i kolorowymi mieszkańcami świata) i raju na ziemi (przyp. red.).
[8] Zmęczenie spowodowane różnicą czasu przy długich podróżach (przyp. red.).
[9] Przemarsz amerykańskich i filipińskich jeńców wojennych z Bataan do japońskiego obozu koncentracyjnego w O’Donnel na wyspie Luzon (Filipiny) w 1942 roku; jedna z największych zbrodni wojennych (przyp. red.).
[10] Kombinacja częstotliwości dźwiękowych bardzo jednostajnych, filtrujących hałas (przyp. red.).