Na granicy śmierci - Nancy Kilpatrick - ebook
Opis

Nazywa się Kathleen Stevens, ale wszyscy mówią na nią Zero. A Kathleen nie protestuje – narkotyki i prostytucja doprowadziły do tego, że sama ma o sobie niezbyt wysokie mniemanie. Tym razem Kathleen miała dopisać do długiej listy swoich przewinień morderstwo. Zero jednak nie zdołała go popełnić, gdyż na jej drodze stanął wampir David.

Historia Davida i Kathleen daleka jest od pogodnego romansu – ich relacja pełna jest agresji i zwierzęcego pożądania, wymieszanego ze strachem i bezradnością. David Hardwick, niebezpieczny i krwiożerczy wielbiciel Byrona, będzie musiał skonfrontować się z rzeczywistością pełną przemocy, brutalnego seksu i narkotyków, w którą wprowadzi go Kathleen. Wampir będzie próbował stawić czoło własnej przeszłości, ale też zupełnie nowym wyzwaniom i pokusom. Czy będzie umiał się im oprzeć?

Na granicy śmierci, książka z cyklu The Power of Blood World, to opowiedziana w bardzo bezpośredni sposób mroczna historia o pożądaniu pomiędzy człowiekiem a wampirem rozgrywająca się w samym środku przestępczego świata Nowego Jorku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 441

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Nancy Kilpatrick

NA GRANICY ŚMIERCI

PrzekładMarcin Sieduszewski

Tytuł oryginału: Near Death

Copyright © 2004, Nancy Kilpatrick and Mosaic Press, Publishers

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Marcin Sieduszewski, MMXV

Wydanie I

Warszawa

CZĘŚĆ PIERWSZA

Wariat, kochanek, poeta – to trzy

Różne wcielenia mocy wyobraźni1.

– William Shakespeare

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wynajęty vauxhall nova przeleciał przez zardzewiałą bramę z kutego żelaza, a następnie pomknął ciągnącą się przez pół kilometra drogą jednopasmową w kierunku kolistego podjazdu, gdzie skręcił w prawo – tak, jak się tego w Anglii nie robi.

Roztrzęsiona blondynka siedząca za jego kierownicą strzeliła balonem z gumy do żucia, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w okazałą rezydencję. Znajdowała się wystarczająco daleko od Manchesteru, żeby snop światła wytwarzany przez reflektory jej niewielkiego samochodu był wyraźnie widoczny na tle gasnącego nieba. Budynek był ogromny – dwie wzniesione z kamienia kondygnacje otoczone rozległym, zapuszczonym trawnikiem. Za czterema białymi kolumnami widoczne były imponujące drzwi dwuskrzydłowe. Po ich obu stronach znajdowały się okna, a w każdym z nich naliczyła szesnaście małych szybek. To była jej pierwsza wizyta po tej stronie Atlantyku i dopiero trzeci w życiu wyjazd z Nowego Jorku, tak więc – jeśli nie liczyć posiadłości gubernatora, obok której przejeżdżali, gdy wraz z czterdziestoma innymi dziewczętami została zwerbowana na prywatne przyjęcie w Albany – Zero nigdy wcześniej nie widziała niczego podobnego. Wyłączyła silnik i rozpięła suwak skórzanej kurtki. Spod przedniego fotela wyciągnęła czarny plecak z cielęcej skóry. Wewnątrz znalazła męską chustkę do nosa, kłębek waty, łyżeczkę, zapalniczkę oraz przezroczystą plastikową strzykawkę z zainstalowaną igłą. W bocznej przegródce znajdował się wypełniony jasnobrązowym proszkiem plastikowy woreczek na kanapki zwinięty ciasno jak cygaro.

Po umieszczeniu kilku szczypt proszku na łyżeczce i dodaniu coca-coli, którą popijała z puszki, Zero odpaliła zapalniczkę. W ciągu paru sekund proszek rozpuścił się pod wpływem ciepła i napoju. Używając wacika w roli filtra, zanurzyła koniec igły w powstałym płynie, po czym szybko pociągnęła za tłoczek, żeby wciągnąć heroinę do strzykawki.

Po obwiązaniu górnej części ramienia chustką zaczęła badać wewnętrzną stronę łokcia. Początkowo nie mogła znaleźć żyły, ale chwilę później błękitna linia objawiła się na skórze. Wyćwiczonym ruchem umieściła w niej igłę. Jej ciało wypełnił płynny ogień. Żar jak zwykle najpierw wypalił jej serce, a potem głowę. Wzdychając, osunęła się na oparcie fotela i czekała, aż płomienie sięgną kończyn.

Wraz z upływem czasu mile widziane odrętwienie znieczuliło w końcu i jej duszę.

W pogrążonej w mroku piwnicy otworzyły się oczy mężczyzny. Usłyszał opony chrzęszczące na żwirze. Potem silnik zamilkł. Tylko jedna osoba, przynajmniej w zasięgu jego zmysłów. Co dziwne, drzwi samochodu otworzyły się i zamknęły dopiero po prawie trzydziestu minutach.

Po zgromadzeniu wystarczającej ilości energii, aby zacząć działać, Zero zdjęła chustkę z ramienia. Wsunęła plastikowy woreczek pod czarną skórzaną bluzkę z odkrytymi plecami, którą miała na sobie, wrzuciła portfel do plecaka, a strzykawkę wraz z resztą oprzyrządowania włożyła do schowka. Była gotowa.

Wysiadła z samochodu i poprawiła opinający jej biodra szeroki skórzany pas, którego klamrę stanowiła srebrna jaszczurka z diamentowymi oczami pożerająca własny ogon. Wyciągając plecak przez otwarte okno, spojrzała na swój zegarek nawiązujący do serialu Wiercipięta – krótsza wskazówka mierzyła w serce chłopaka, a dłuższa spoczywała między jego jajkami. Pięć godzin różnicy, jak twierdziła stewardesa. Czyli co? Siódma trzydzieści w Manchesterze? Nie zawracała sobie głowy przestawianiem zegarka – nie miała zamiaru długo tu zabawić.

Zero zajrzała przez jedno z brudnych okien w przedniej ścianie domu. W środku panowała zbyt duża ciemność, żeby dało się cokolwiek dostrzec. Na wszelki wypadek zapukała do drzwi przy użyciu zardzewiałej kołatki w kształcie róży o pokrytej kolcami łodydze. Nie oczekiwała, że ktoś na to odpowie, i miała rację. Udała się na tyły budynku i weszła do środka przez składzik, którego drzwi miały zepsuty zamek.

W kuchni po omacku przesuwała dłońmi po ścianie, aż jej palce natrafiły na włącznik światła. Nacisnęła go, ale nic się nie stało.

– Super… – wymamrotała, grzebiąc w plecaku, w którym w końcu znalazła latarkę oraz kartkę papieru. Przyświecając sobie, raz jeszcze przeczytała notkę. Instrukcja numer 7 brzmiała:

„Przeszukaj cały dom, każdy jego pokój

bez względu na rozmiar,

począwszy od piwnicy, a na strychu skończywszy.

Każde zamknięte drzwi, włącznie z szafami,

otwórz przy użyciu kluczy uniwersalnych.

Jeśli nie będą działać, użyj łomu.

Pamiętaj o tym, aby przybyć na miejsce PO ZMROKU”.

Była zbyt naćpana, żeby czuć coś więcej niż lekkie podenerwowanie. Mimo wszystko jednak, gdyby nie była do tego zmuszona, to raczej nie byłoby jej w tej chwili w tym cholernym miejscu! Znalazła drzwi do piwnicy. Słońce już właściwie zaszło, ale tak naprawdę nie było jeszcze ciemno, ona jednak nie miała zamiaru czekać.

Pojedynczy intruz, kobieta o ostrym zapachu: słodko-metaliczna woń krwi, skóra ociekająca kwaskowatym strachem. A to co takiego? Gorzkawy odór, którego nie był w stanie rozpoznać.

Nie bał się, rzecz jasna, był jedynie ciekaw. To nie miało sensu. Z pewnością musi ich tu być więcej. Zawsze przychodzili grupami.

Ale gdy skoncentrował zmysły, nie wykrył nikogo oprócz wolno zmierzającej w jego kierunku kobiety. Do jego ciekawości dołączyła niecierpliwość, a to, jak dobrze wiedział, mogło być groźne. Dla niej.

Stare schody prowadzące do piwnicy zaskrzypiały i stopa Zero przeszła na wylot przez przegniłe drewno trzeciego stopnia.

– Jasna cholera! – krzyknęła, a gdy straciła równowagę, promień latarki zatańczył po przepastnych ścianach pomieszczenia.

Przesunęła snopem światła po warstwach pajęczyn, kurzu i brudu. Powietrze było wilgotne, zapleśniałe. Nagle jej ręka zastygła w powietrzu, a serce zaczęło tłuc się w piersi jak oszalałe. Na środku podłogi stał duży kamienny sarkofag.

– Muszę sobie walnąć! – wyszeptała, automatycznie sięgając po heroinę.

Przeraziła ją jednak wizja tego, że mogłaby przedawkować w miejscu, gdzie nikt nie byłby w stanie jej pomóc. Poza tym wcale nie była na głodzie. Gdy już skończy zajmować się tym, po co tu przyszła, nagrodzi się kolejną działką.

„Wciąganie porządnych prochów przez nos to czyste marnotrawstwo” – pomyślała, wysypując odrobinę narkotyku na zaciśniętą pięść.

Gdy wdychała proszek, latarka wysunęła się jej z dłoni i spadła na dół, odbijając się od schodów.

W krwiobiegu Zero krążyła teraz tak duża ilość heroiny, że dziewczyna nawet nie drgnęła i w ciągu kilku sekund przekonała samą siebie, że się uspokaja. Po zejściu ze schodów podniosła latarkę i ostrożnie zbliżyła się do prostokątnego grobowca. Przesunęła światłem po jednym z jego boków i odczytała inskrypcję:

DAVID LYLE HARDWICK

1863–1893

NIECH BÓG MA W OPIECE DUSZE POETÓW

Zero zmusiła się do podejścia do sarkofagu i położyła na jego wierzchu wszystko, co ze sobą przyniosła, przez co pomieszczenie wypełniło się upiornym światłem. Wbiła stopy w posadzkę i naparła na wieko z całych sił, próbując je poruszyć. Przesuwało się bardzo powoli i wkrótce zaczęła się pocić.

Gdy wieko przesunęło się wystarczająco, wzięła latarkę i zajrzała do środka.

– O Boże! To jest chore! – wyszeptała.

Na zapleśniałej satynie spoczywało ciało mężczyzny odzianego w staromodne ubrania. Faliste jasne włosy sięgające mu poniżej ramion okalały bladą, posągową twarz. Delikatne białe dłonie złożone były na piersi w klasycznej pozie nieboszczyka. Nie wyglądało na to, aby oddychał, ale notka ostrzegała, że to nie ma znaczenia.

Zero włożyła drżące dłonie do wnętrza plecaka, z którego wyciągnęła drewniany młotek oraz zaostrzony kołek.

– Jezu, nie mogę tego zrobić! – zawołała.

Strach, który usłyszała we własnym głosie, prawie przedarł się przez heroinowe zamroczenie, zbytnio się do niej zbliżając. Zdecydowała, że nie zaszkodzi raz jeszcze podładować swoje morale, po czym szybko wciągnęła nosem dwie porcje narkotyku, które stłumiły przerażenie, zanim było ono w stanie jeszcze bardziej ją osaczyć.

W końcu drżącymi rękoma umieściła zaostrzony koniec kołka w miejscu, w którym powinno znajdować się serce mężczyzny, uniosła młotek i wykonała zamach.

Z trumny wystrzeliła lodowato zimna dłoń i złapała ją za gardło.

Narzędzia uderzyły o podłogę, a ona, walcząc o oddech, została przesunięta do tyłu. Zaraz za dłonią z sarkofagu wynurzyła się reszta ciała. W nikłym świetle promienia latarki dojrzała przypominające budzący się do życia koszmar lśniące oczy oraz wykrzywioną w furii twarz.

„Śnię. To musi być sen – pomyślał. – Ona wróciła”.

Ale po kilku sekundach rzeczywistość nabrała konkretnych kształtów. To nie była Ariel. Ta dziewczyna była jednak równie piękna.

„Niczym współczesna Afrodyta, nawet pomimo mocnego makijażu”. – Przyszło do głowy Davidowi.

Drobna i delikatna tak jak Ariel, a pod skórzanym ubraniem skrywała się prawdopodobnie wspaniała figura. Kukurydziana barwa włosów oraz lazurowe oczy z pewnością były inne. Nadawały jej miękkości i kobiecości.

Otaczała ją jednak również niezbyt słodka aura, coś nieprzyjemnego, czego nie był w stanie zidentyfikować, co nie było jednak związane z tym, że przed chwilą próbowała przebić mu serce grubym kawałkiem głogowego drewna. Na myśl przyszły mu ironiczne słowa lorda Byrona:

„Ach! doskonała… lecz że doskonali

Ciężarem nudnym są nędznego świata”2.

Popchnął ją na drugi koniec pomieszczenia.

Uderzyła przodem ciała o kamienną ścianę, po czym błyskawicznie obróciła się niczym przyparty do muru szczur, żeby stawić mu czoła.

– Ty bydlaku!

Gdy ruszył w jej kierunku, sprawiała wrażenie kompletnie przerażonej, chociaż nie było tego słychać w jej głosie.

– Stary, lepiej trzymaj ręce przy sobie! Hej, posłuchaj, tylko spokojnie, okej? Mam prochy. Możemy poimprezować, trochę się zabawić, co ty na to? Mogę sprawić, że poczujesz się jak w niebie.

Właśnie to wyczuł wcześniej. Była harda, ale krucha. To czyniło ją nieprzewidywalną, chociaż dla niego nie stanowiła żadnego zagrożenia. Złapał ją za ramię. Jego głos nawet w jego własnych uszach brzmiał chrapliwie. Dużo czasu minęło, od kiedy miał ostatnio okazję z niego korzystać.

– Kim jesteś?

Wpatrywała się w niego, jakby był potworem z horroru.

Potrząsnął nią lekko, żeby przywołać ją do rzeczywistości.

– Mam na imię Zero. Hej, popatrz na to! – Spomiędzy piersi wyciągnęła plastikowy woreczek i pomachała mu nim przed nosem.

– Hera. Prawie czysta. – Posłała mu uwodzicielski uśmiech, który był do tego stopnia nieszczery, że aż żałosny. Prawie zaczął jej współczuć.

– Jesteś całkiem niezły – powiedziała. – Tak jest, mogę sprawić, że poczujesz się naprawdę super.

David wyrwał jej torebeczkę z dłoni i cisnął ją w ciemny kąt.

– Ej! – wrzasnęła. – Oszalałeś? Tam są całe trzy gramy warte tysiąc pięćset dolców! Wiesz, jak długo musiałam na nie pracować?

Zamachnęła się na jego twarz, a jej ostre jak brzytwa paznokcie rozorały skórę, z której pewnie pociekłaby krew, gdyby ta się pod nią znajdowała.

Przycisnął ją do kamiennej ściany, zmagając się z żądzą przemocy.

– Dlaczego chciałaś mnie zabić?

Posłała mu wściekłe spojrzenie, kręcąc głową. Nagle jej noga wyprostowała się niczym składany scyzoryk, a kolano o mały włos nie trafiło w jego krocze.

David, który w przeszłości dopuszczał się potwornych czynów, ale nigdy wcześniej nie uderzył człowieka, zaskoczył sam siebie. Gdy jego uszu dobiegł rozbrzmiewający w piwnicy dźwięk dwóch zderzających się ciał, zdał sobie sprawę z tego, że wnętrze jego dłoni weszło w kontakt z jej policzkiem. Ona nie wyglądała na wystraszoną, ale nim wstrząsnęło to, co zrobił.

– Masz ładną buzię – syknął, z trudem odzyskując kontrolę nad emocjami. – Rób tak dalej, a może się to zmienić.

Miał nadzieję, że tyle wystarczy, żeby ją zastraszyć. Ale jednocześnie myślał:

„To masochistka, która chce mnie skłonić do aktów sadyzmu. A ja wyrażam na to zgodę. Czy Ariel aż tak bardzo mnie odmieniła?”.

– Wybacz – powiedział.

Jej oczy wypełniły się pogardą, co znowu go rozsierdziło.

– Wszyscy jesteście tacy sami, złamasy. Zniosę wszystko, czym mnie uraczysz, tak że możesz się dymać! – Tym razem wymierzyła mu mocny cios w splot słoneczny.

Wykręcił jej dłonie za plecy i pociągnął ją tyłem przez pokój, martwiąc się, że dziewczynie może podobać się bycie maltretowaną. A wystarczająco dobrze znał własną naturę, by wiedzieć, jak łatwo jest w stanie dać się ponieść tego typu mrocznym fantazjom. Wiele rzeczy można było o nim powiedzieć, ale David nie był brutalem i nie miał zamiaru się nim stać. Znajdzie na nią inny sposób.

Zmierzając ku wyjściu z piwnicy, podniósł jej plecak.

Ciągnięta do tyłu Zero zauważyła, że wnętrze budynku wypełnione było kurzem, jakby nikt w nim nie mieszkał. Miejsce przyprawiało ją o gęsią skórkę jak jakiś nawiedzony dom. Zdawała sobie sprawę, że powinna się bać, ale strach nie był w stanie przebić się przez stworzoną przez narkotyk zaporę. I była za to wdzięczna. Przeszkoda ta jednak długo nie wytrzyma. I gdy w końcu rozpadnie się na kawałki, ona znajdzie się w wielkich tarapatach.

Pokój na pierwszym piętrze, do którego ją zaciągnął, wyglądał, jakby nikt do niego nie zajrzał od pół wieku. Na podłodze zostały ślady ich stóp.

Pchnął ją na pokaźne łoże z baldachimem. Brudna kołdra buchnęła obłokiem kurzu. Obserwując, jak mężczyzna zasuwa rygiel w drzwiach i zapala pół tuzina świec, Zero dotknęła policzka i pomyślała, że niezły z niego drań. Jednak owa myśl uciekła jej z głowy, gdy zaczęła się rozglądać po pomieszczeniu.

Przy kamiennym kominku stały stare fotele, których oparcia i podłokietniki okryte były sczerniałymi serwetami. Oprócz nich w pokoju znajdowały się drewniane stoły we wszystkich rozmiarach i kształtach, a nogi niektórych z nich owinięte były pożółkłymi koronkami. Na ścianach oklejonych brudną tapetą w kwiatki wisiały fotografie w owalnych ramkach.

Większą część drewnianej podłogi zakrywał spory tkany dywan, którego wełna była zbyt brudna, by dało się rozpoznać jego kolor.

„Co za chlew” – pomyślała.

Zero przyglądała się mężczyźnie badającemu zawartość jej plecaka. Jego strój był wymięty, ale w rysach miał coś szlachetnego – niczym osoba z innej epoki, która wpadła w zakrzywienie czasoprzestrzeni.

„Niezły z niego psychol – pomyślała. – Wydaje mu się, że jest Drakulą”.

Skórę miał białą jak papier, a ubrania wisiały na nim jak na anorektyku. Jego twarz miała poważny wyraz osoby z tendencjami do zamartwiania się. Mogła się założyć, że identycznie wyglądał już jako dziecko.

Gdy skończył przeglądać jej rzeczy, wbił w nią swoje przerażające piwne oczy.

– Zgodnie z twoim dokumentem identyfikacyjnym nazywasz się Kathleen Stevens.

– Wszyscy mówią na mnie Zero – odparła nieprzyjaźnie.

– Pochodzisz z Nowego Jorku – czytał z jej prawa jazdy, ale ton jego głosu był zaskakująco łagodny. – Masz dwadzieścia pięć lat. Jesteś niezamężna. – Upuścił portfel do plecaka. – I jesteś zabójczynią.

Zero się zaśmiała.

– Swój zawsze pozna swego, co? Chyba że jesteś wampirem wegetarianinem?

– Ta notatka z instrukcjami. Od kogo ją otrzymałaś?

Zrobiła głęboki oddech i zatrzymała powietrze w płucach. Nigdy mu tego nie zdradzi, bez względu na to, co będzie chciał jej zrobić. Gdy mężczyzna ruszył w stronę łóżka, zaczęła żałować, że nie ma przy sobie heroiny. Cała się napięła w oczekiwaniu na kolejny cios.

– Zero, jesteś w poważnych tarapatach. – Miało to zabrzmieć złośliwie, ale nie do końca mu to wyszło. – Czy jesteś do tego stopnia odurzona, że nie zdajesz sobie sprawy z tego, gdzie trafiłaś? Wdałaś się w coś, co cię przerasta. Osoba, którą starasz się ochraniać, nie jest warta tego, co może się z tobą stać.

Wysunęła podbródek, próbując wyglądać zadziornie. Wiedziała, że mężczyźni robią się jeszcze bardziej brutalni, gdy okaże się im strach.

– Kto cię przysłał? – David czuł, że znalazł się w kropce.

Wiedział, że mówi niczym gangster ze starego filmu. Nie był jednak przygotowany na aż taki opór ze strony zwykłej śmiertelniczki. Ariel sprawiła, że na nic już nie był gotowy.

Dziewczyna była zbyt otumaniona, żeby dało się ją zahipnotyzować. Jedynym pomysłem na rozszyfrowanie, o co w tym wszystkim chodzi i kto ją przysłał, było spuszczenie jej manta, a nie miał najmniejszego zamiaru się do tego uciekać. Wyrządził już wystarczająco dużo krzywd.

Pomyślał, że jest ładniutka. Przypomina trochę małe, płochliwe leśne zwierzątko. Zaśmiał się gwałtownie z własnego romantyzmu. Mała i płochliwa! Raczej jadowita niczym pająk, poprawił się.

Starał się ignorować zapach jej krwi, ale ten coraz bardziej go obezwładniał. Upłynął już tydzień od ostatniego posiłku.

Nie będąc w stanie się powstrzymać, postawił ją na nogi. Na szyi nosiła czarny wisiorek ze srebrną główką lisa. Zwierzę miało w oczach te same klejnoty co jaszczurka u jej pasa. Zerwał z niej naszyjnik i przyłożył zęby do żyły na jej szyi, zanim była w stanie zareagować.

Och, jak bardzo pragnął przebić tę skórę! Przyzywał go słodki zapach płynącego pod nią rozgrzanego płynu. Ciepło powlekłoby mu wnętrze ust i spłynęło przełykiem, wypełniając energią i rozniecając w nim iskierki życia. Było to niezapomniane uczucie i za każdym razem pragnął, by trwało wiecznie. Krew była obietnicą, która dodawała mu sił.

Przez głowę przemknęła mu myśl, że skoro jest aż tak odurzona, to nie będzie pamiętać, co z nią robił. Ale ta krew została splugawiona narkotykami – rozpoznawał już ich odór. Tłumaczyło to jej dziwaczne zachowanie. Jego ciało było w stanie skutecznie oddzielić składniki odżywcze i wydalić truciznę, ale heroina wywołałaby w nim tymczasową dezorientację, a w tej chwili nie mógł sobie pozwolić na utratę kontroli. Jej krew nie przyniosłaby mu satysfakcji, a co więcej, nie miał zamiaru zdradzić wartości, w które wierzył. Poddawanie się własnej obsesji było wystarczającym poniżeniem. Skoro już musiał żywić się krwią, a dobrze wiedział, że tak właśnie jest, to sam będzie decydował, kiedy i jak to zrobi, oraz do kogo będzie ona należała.

Drżąc, zrobił krok do tyłu. Bolały go korzenie zębów, a szczękę ogarnęły spazmy. Gdy dostrzegła jego kły, na jej twarzy pojawił się wyraz niedowierzania, który widział już wcześniej u tak wielu innych osób.

– Kto cię przysłał? – spytał groźnie, pozwalając jej dobrze mu się przyjrzeć w nadziei, że szok wydobędzie z niej prawdę.

Przyłożyła dłoń do szyi, a chwilę później ją odsunęła. Brak wilgoci na palcach wcale jej nie uspokoił. Wpatrywała się w niego z przerażeniem.

– Zdradź mi to, Kathleen. Po co miałabyś cierpieć?

Dokonany wybór napełnił go siłą. Mięśnie jego twarzy zaczęły się rozluźniać, a głód rozrywający mu trzewia nieznacznie zelżał.

„Jest śliczna – pomyślał – a jej barwy są równie delikatne i eteryczne jak te na obrazach Reynoldsa. Hipnotyzująca. Niczym kobra” – upomniał sam siebie.

Nagle wyraz jej twarzy raz jeszcze uległ zmianie, jak gdyby to, czego przed chwilą była świadkiem, zostało wymazane z pamięci. Uśmiechnęła się do niego ponętnie. Czuł, że za uwodzicielskością kryje się coś więcej, ale nie miał pojęcia, co to może być.

Zaczęła bawić się guzikami jego koszuli, przysunęła się do niego, kołysząc biodrami, i spojrzała mu prosto w oczy. Miała szklisty wzrok. Zanim zdążył zareagować, rozwarła jego wargi swoimi ciepłymi ustami, a potem zszokowała go, wsuwając między nie język. Zaczął się zastanawiać, czy dziewczyna nie jest przypadkiem szalona.

Zdjęła kurtkę i rozsunęła kamizelkę. Jej piersi były pełne i krągłe, a nabrzmiałe sutki przypominały mięsiste koraliki. Gdy położyła na nich jego dłonie, ciepło i faktura jej skóry w połączeniu z wyczuwalnym pod nią pulsowaniem pobudziły w nim kilka rodzajów apetytu. Poczuł, jak zasycha mu w ustach, a jego krocze pęcznieje.

„Być może jeśli okażę jej sympatię i zachęcę do zaufania mi, odzyska zdrowy rozsądek” – rozmyślał, częściowo tylko świadomy tego, że próbuje racjonalizować jej kompletnie niestosowne zachowanie.

Zsunęła z siebie skórzane spodnie i botki, a następnie położyła się na łóżku, szeroko rozkładając nogi. Sprawiała jednocześnie wrażenie bezbronnej i niemożliwej do zranienia. Zdał sobie sprawę, że taka sytuacja najwyraźniej nie była dla niej nowością. Upomniał się szorstko, że przecież to zabójczyni i narkomanka, która ma zamiar go zniszczyć.

Ale wtedy ona zaczęła przyciągać go do siebie, przesuwać dłońmi pod jego koszulą i rozpinać mu spodnie.

– Lepiej powiedz mi to, co chcę wiedzieć – powiedział chrapliwym, kompletnie nieprzekonującym głosem.

– Może tak właśnie zrobię – roześmiała się.

Obserwował jej twarz, mając nadzieję dostrzec na niej jakąś słabość. Nagle przyszło mu na myśl porównanie jej do gąbki, bo uświadomił sobie, że chociaż dziewczyna wchłania w siebie pobudzające bodźce, w rzeczywistości wcale nie doświadcza tego, co się dzieje. Wydawała się jednak bezgłośnie prosić go o więcej. Z zawstydzeniem wyobraził sobie, jak strofuje go w myśli za brak asertywności.

David odsunął się, a następnie położył na łóżku obok niej i cały oszołomiony zaczął się jej badawczo przyglądać, mając wrażenie, że jest obiektem manipulacji. Wyglądała jak osoba, która przed chwilą skosztowała czegoś, co przypadło jej do smaku, ale co z pewnością nie zaspokoi jej apetytu.

– Chodźmy do piwnicy po towar – zaproponowała radosnym głosem i zaczęła się podnosić. – No, chodź! Koszmarnie tu nudno. Nie masz nawet pojęcia, jak się dobrze zabawić. Jeśli tak sobie wyobrażasz seks, to potrzebujesz prochów jeszcze bardziej niż ja.

Przycisnął jej ramiona do łóżka, kompletnie zdezorientowany tym brakiem emocji z jej strony.

– Kurczę, przyćpałabym. – Zadrżała, ale podejrzewał, że nie ze strachu przed nim.

– Kto cię tu przysłał? – Ton jego głosu stał się chłodny.

Zachichotała mu prosto w twarz.

– Kotku, ale z ciebie nudziarz. Nie ma mowy, żebyś otrzymał ode mnie jakiekolwiek odpowiedzi. Chodźmy do piwnicy i spróbujmy się trochę rozluźnić. Masz tu gdzieś jakieś igły?

Possał górną wargę, przyglądając się jej. Była niczym postać z powieści Burroughsa. W końcu jednak powiedział:

– Powiesz mi, jeśli dam ci narkotyki?

– Jasne – odparła z udawaną nieśmiałością.

Sięgnęła ku jego kroczu, ale odepchnął jej dłoń.

– Stary, czy wszystkie wampiry są takie spięte? Hej, jak to właściwie jest, gdy się nie żyje? Pewnie super, co? Zero problemów. Załatwisz mi to?

– Idziemy. – Postawił ją na nogi i wyprowadził przez drzwi.

Po odnalezieniu niewielkiej torebki z proszkiem patrzył, jak dziewczyna wysypuje go na zwiniętą w pięść drżącą dłoń, a potem wciąga przez nos. Jej źrenice, które i tak wyglądały na zbytnio zwężone w bladym świetle latarki, teraz stały się jeszcze mniejsze, osiągając rozmiar główki od szpilki.

– Chcesz trochę? – spytała.

– Kto cię przysłał? I gdzie są pozostali?

Wyciągnęła dłoń ociężałym ruchem.

– No chodź tu, kotku, to trochę dostaniesz.

Wyrwał jej woreczek i umieścił poza jej zasięgiem, chociaż i tak była zbyt otępiała, żeby go zdobyć.

– Nic innego cię nie przeraża, więc może to zadziała. Przyjmę na siebie rolę strażnika tego narkotyku i zobaczymy, jak długo będziesz w stanie się bez niego obyć.

Wyglądała na wystraszoną. W końcu trafił na ślad właściwych emocji i miał zamiar dopilnować, by się nasilały.

ROZDZIAŁ DRUGI

Ty sukinsynu, draniu, złamasie!

Gdy tylko David wszedł do sypialni, z łóżka, na którym leżała Kathleen z nadgarstkami przywiązanymi do słupków baldachimu, popłynął w jego kierunku potok najczarniejszych epitetów.

– Frajer! – warknęła jeszcze na koniec.

Jej ciało lśniło od potu. Od momentu, gdy kilka godzin temu zaszło słońce, obserwował jej rosnącą z minuty na minutę żądzę heroiny. Jej głód przypominał mu jego własny. Gdy nie mógł już dłużej patrzeć na jej cierpienia, pojechał do Manchesteru sprawdzić, czy jest w stanie się czegoś dowiedzieć. No i trochę się posilić.

Miał fart. Natknął się na dziewczynę siedzącą po turecku na cmentarnym nagrobku. Była sama. Miała na sobie obcisłą czarną sukienkę z wysokim koronkowym kołnierzem oraz ciężkie czarne buty podobne do tych noszonych przez robotników budowlanych. Wiedział, że styl gotycki jest teraz w modzie. Młodzi ludzie rozpaczliwie starali się wskrzesić romantyczne ideały w zimnym, pozbawionym pasji świecie.

Niestety, wielu z tych neoromantyków cechowała również fascynacja śmiercią. Nie była to pierwsza dziewczyna, jaką zastał na cmentarzu. Ta wyglądała na przygnębioną.

– Mogę się przysiąść? – spytał.

– Jak chcesz, koleś. – Jej głos był nieciekawy, a wyraźny akcent wskazywał na klasę średnią. Podejrzewał, że pochodzi gdzieś ze środkowej części Anglii. Prawdopodobnie pracowała jako niania.

Obróciła się do niego i zobaczyła, że się w nią wpatruje. Oczy obrysowane miała ciemną kredką, co nadawało jej upiorny wygląd. Prawie nie okazywała mu zainteresowania, ale on i tak momentalnie wykorzystał jej szczątkową uwagę. Był wygłodniały.

W ciągu kilku chwil dziewczyna padła ofiarą hipnozy. Ułożył ją na kamiennym nagrobku, a potem rozpiął czarne perłowe guziki biegnące wzdłuż syntetycznej koronki, która osłaniała jej szyję. Odchylił jej głowę do tyłu pod kątem, który wypchnął żyłę na długiej, smukłej szyi. Pochylił się nad zgrabnym ciałem dziewczyny i wciągnął w nozdrza jej słodki zapach.

Jego własne żyły sprawiały wrażenie zasuszonych, a kości przypominały lodowy szkielet podtrzymujący formę z masy papierowej. Nie był w stanie zapanować nad niecierpliwym drżeniem swojego wygłodniałego ciała. Wszystko dookoła, z dziewczyną włącznie, zniknęło. Cała jego uwaga skupiła się na pulsującym błękicie. Przysunął się bliżej, jakby wciągał go potężny wir, z którym nie można było wygrać. I gdy w końcu przebił zębami skórę, a język zalała mu gorąca rzeka życia, wszystkie jego myśli umarły i stały się ciałem. Skurczone żyły zaczęły nabrzmiewać życiodajnym płynem. Jego kości ogarnęło ciepło, a mięśnie przeniknął promieniujący żar, który przemienił skórę w żywą tkankę.

Gdy poczuł się odświeżony, zapiął na powrót guziki jej sukienki i pozostawił ją w towarzystwie snów. Wiedział, że tak właśnie go zapamięta. Jako tajemniczego nieznajomego – och, gdyby tylko mógł okazać się prawdziwy! – który zabrał ją na krawędź ekstazy, ofiarując chwilę wytchnienia od tej boleśnie nudnej egzystencji.

Dotarłszy do miasta, dowiedział się, że vauxhall nova został telefonicznie wypożyczony na jedną dobę dwa wieczory wcześniej przez kobietę przedstawiającą się jako pani Stevens z Nowego Jorku. Samochód został odebrany z lotniska. Wczoraj przyszła pocztą koperta zawierająca wystarczającą ilość gotówki na pokrycie kosztów wynajmu oraz paliwa. Do pieniędzy dołączona była notka składająca się z pojedynczego zdania: „Dodatkowy dzień wynajmu dla Kathleen Stevens”. Bez podpisu. Pracownik filii firmy Hertz mieszczącej się na lotnisku w Manchesterze, który miał dyżur, gdy odbierane były klucze, pamiętał Kathleen. Nie miało miejsca nic niezwykłego. Komputer linii lotniczych American Airlines mógł tylko potwierdzić, że Kathleen Stevens wylądowała zeszłego popołudnia na lotnisku w Manchesterze na pokładzie samolotu o numerze 503, a jej bilet powrotny musiał być wykorzystany w ciągu siedmiu dni.

Albo zaplanowała to wszystko sama – co wydawało się mało prawdopodobne – albo wydająca jej polecenia osoba znajdowała się w Manchesterze lub miała pomocnika w Anglii. Najwyraźniej byli to ludzie dobrze zorganizowani.

– Jesteś gotowa wyznać, kto cię przysłał? – spytał, siadając na skraju łóżka.

– Pieprz się! – Jej oczy były dzikie, wypełnione histerią i łzami, choć wcale nie wydawała się płakać.

– Niedługo zaczniesz czuć się raczej kiepsko, Kathleen. Mogę zakończyć twoją mękę. Wystarczy, że powiesz mi to, co chcę wiedzieć.

– Ty dupku! Nie powiedziałabym ci nawet, która jest godzina!

– W końcu mi powiesz. A ja mogę sobie pozwolić na czekanie. Jestem niezwykle cierpliwą osobą i mam do dyspozycji więcej czasu, niż możesz sobie wyobrazić.

W lewym kąciku jej ust zebrała się odrobina białej piany. Gdy wyciągnął dłoń, żeby ją zetrzeć, próbowała ugryźć go w palec.

– Diablica z ciebie, co?

– Za to ty jesteś zwykłą ciotą!

Zaśmiał się i wstał, żeby przenieść się na stojący przy kominku fotel.

Po drodze zdjął z półki tom wierszy Byrona i zdmuchnął kurz z grzbietu książki.

– Masz ochotę na odrobinę poezji?

– Niech cię diabli!

Od dwudziestu lat nie czytał niczego poza nagłówkami przypadkowych gazet. Ten konkretny tom dzieł Byrona był kiedyś jego ulubionym, ale on nawet na niego nie spojrzał od powrotu do Anglii. Miękka skóra rubinowej barwy była miejscami wytarta, a układ tych punktów pasował do kształtu jego dłoni.

Otworzył książkę w miejscu założonym doczepioną do niej wstążką i zaczął czytać cichym głosem:

„Twój własny duch zapuścił grot w siły stargane:

On dopomógł jej zadać ci morderczą ranę!...

Jak orzeł pchnięty strzałą gdzieś na polnej glebie,

Skąd już się nigdy w modre nie wzbije podniebie,

Na zabójczym pocisku własne pióro zoczy,

A sam – uskrzydlił pocisk, co pierś mu krwią broczy”3.

– Błagam, dasz mi trochę? Odrobinkę? Bądź kolegą.

David wziął do ręki list, który niedawno przyszedł, i spojrzał na adres zwrotny, zapisując go w pamięci. Popatrzył na Kathleen i zastukał krawędzią koperty o stół. Jej spojrzenie było miękkie i pełne bólu niczym wzrok rannego jelonka. Jej wargi za to ułożyły się w szyderczy uśmiech. Wrócił do czytania:

„Czym ból najgorszy, który starość czeka?

Najgłębsze zmarszczki cóż wyżłobić może?

Z kart życia stracić drogiego człowieka!

Jak ja samotnym zostać w tym przestworze!”4.

Z nadejściem świtu spokorniała.

– Błagam. Zrobię dla ciebie wszystko. Co tylko będziesz chciał. Dobrze robię loda. Doprowadzę cię do szaleństwa. Zrobię wszystko, tylko daj mi działkę.

Odłożył książkę.

– Powiedz, kto cię przysłał.

Jej twarz i wargi pozbawione były koloru. Sprawiała wrażenie coraz bardziej kruchej i bezbronnej. Jej głos odmłodniał, stając się głosem małej dziewczynki.

– Proszę. Nie pytaj. Nie mogę ci tego zdradzić. Gdybym mogła, tobym to zrobiła.

– A ja dałbym ci heroinę, gdybym tylko mógł.

– Błagam! – Znowu zaczęła zanosić się bezdźwięcznym płaczem.

W pierwszej chwili ten cichy szloch prawie złamał jego opór. Ale po łzach, tak jak zawsze, przyszła pora na obelgi i przekleństwa. Czekał więc dalej.

– Daj mi tylko troszkę i powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć. Nawet nie muszę ładować w żyłę. Wciągnę nosem.

Dwie duże łzy stoczyły się z jej skroni na nasączoną potem i wymiocinami poduszkę.

– Najpierw odpowiedz.

Kathleen zacisnęła szczęki i zaczęła się miotać na łóżku. Z jej ust wydobył się dźwięk przypominający warczenie, a potem wrzasnęła:

– Ty śmieciu! Nienawidzę cię, ty pozbawiony jaj mięczaku!

David odstawił książkę na półkę i ruszył w kierunku drzwi.

– Możesz hałasować, ile dusza zapragnie. Znajdujemy się na odludziu, a mnie i tak nie zbudzisz. Dołączę do ciebie jutro wieczorem, za jakieś dwanaście godzin.

– Nie zostawiaj mnie! – zawołała rozpaczliwie, gdy otwierał drzwi. – Proszę. Potrzebuję jej. Powiem wszystko!

Zatrzymał się. Jej brzuch zapadał się i unosił, stając się to wklęsłym, to wypukłym z bólu, co wywołało w nim litość.

– No i?

– To inny wampir.

– Mężczyzna czy kobieta?

– Mężczyzna. Kobieta. Oboje! Jest ich dwójka!

– Po co cię tu przysłali?

– Pewnie doszli do wniosku, że mam większe szanse na zabicie ciebie niż oni sami.

– A to niby czemu? Przecież mój gatunek jest o wiele potężniejszy od ludzi.

– Dlaczego? Skąd miałabym wiedzieć? Tego mi nie powiedzieli.

– Ale kazali ci przyjechać tu dobrze po zmroku, prawda? A mimo to ty pojawiłaś się, zanim na niebie całkowicie się ściemniło…

– Tak. Przyjechałam za wcześnie. Mogę teraz dostać prochy? Powiedziałam ci wszystko, co chciałeś wiedzieć. Konam.

– Dlaczego mieliby ci kazać przyjechać tu po zmroku, skoro wszyscy, a zwłaszcza tacy jak ja, wiedzą, że wampiry, jak na nas wołacie, budzą się w nocy, a sypiają w dzień?

– Co? – Wyglądała na zdezorientowaną, pogrążoną w histerii, jej pierś unosiła się spazmatycznie, a całe ciało dygotało.

– Cóż za nonsens! – Zaśmiał się. – Nie polecam ci kariery poetki. Masz bardzo słabą wyobraźnię.

Wpatrywała się w niego, jakby zaczął nagle używać greki.

Gdy o zachodzie słońca wszedł do sypialni, jego twarz była blada i zmęczona, ale Zero miała to gdzieś.

Bóg jeden wiedział, jak długo już leżała w pozycji embrionalnej, starając się ograniczyć dyskomfort do minimum. Była w stanie brać jedynie płytkie oddechy. Ciało niewiarygodnie mocno ją swędziało i zaczynała mieć halucynacje – z tapety wyłaniały się ohydne, nieludzkie kształty, które nie mogły istnieć naprawdę. Przynajmniej miała taką nadzieję.

Ten dzień był czystą agonią, a mimo to ból promieniujący z żołądka, panika rozsadzająca jej mózg oraz uczucie powolnego rozdrapywania jej układu nerwowego ciągle się nasilały.

Mężczyzna coś powiedział, ale w pierwszej chwili nie była w stanie go zrozumieć.

W końcu udało jej się złożyć jego słowa do kupy:

– …w przeciwnym razie będziesz miała przed sobą kolejną długą dobę.

– Mogę… dostać wody?

Wyszedł z pokoju i wrócił ze szklanką pełną wody. Delikatnie uniósł jej głowę, żeby mogła się napić. Jego dłoń była zimna niczym lód. Z trudem przełykała. Miała wrażenie, że język jej napuchł, i większość płynu wyciekała jej z ust.

– Jesteś gotowa udzielić odpowiedzi na moje pytania, Kathleen?

Zero wiedziała, że długo tak nie pociągnie. Ledwo mogła mówić. Skinęła głową, dając mu znak, że się poddaje.

Usiadł przy łóżku i czekał.

– Jakiś koleś. Zaczepił mnie w barze.

– Gdzie?

– W Alphabet City.

– Czyli gdzie?

– Na Lower East Side. W pobliżu East Houston.

– Jak się nazywał?

– Dennis. Słyszałam, jak ktoś mówił do niego Dennis.

Przeszył ją kolejny atak nieznośnego bólu. Zero przyciągnęła kolana jeszcze bliżej do piersi, bezgłośnie popłakując, jęcząc i trzęsąc się dopóty, dopóki chłodny paluch śmierci nie przestał przesuwać się po jej kręgosłupie.

– Proszę, daj mi najpierw zażyć – błagała pozbawionym sił głosem.

– Najpierw dokończymy rozmowę.

Stęknęła, czując, jak drżą jej wargi. Ale w końcu powiedziała:

– Kazał mi tu przylecieć. Dał mi bilet na samolot, pieniądze i instrukcje oraz powiedział, że samochód będzie na mnie czekał na miejscu. Plecak był już w środku.

– Po co to wszystko zrobił, Kathleen?

– Nie wiem.

Zaczął się podnosić.

– Proszę! Nie kłamię! – Nie była w stanie stwierdzić, czy jej wierzy, czy nie.

– Co było potem?

– Przyjechałam tutaj. Resztę już znasz.

– Co jeszcze ci dał?

Nagle całym jej ciałem szarpnęły drgawki. Dostała rozwolnienia. Gdy leżała zasapana po przelotnym spazmie, stwierdziła, że mężczyzna wygląda dziwacznie i przerażająco, jak coś nie z tego świata. A ta myśl tylko podsyciła panikę. Zaczęła się gwałtownie trząść.

– Co jeszcze ci dał, Kathleen?

– Co jeszcze? Nic więcej.

– Czyż to nie on podarował ci heroinę?

– No, tak. Jeszcze to.

– Kim właściwie jest ten Dennis?

– Widziałam go już wcześniej, ale nigdy z nim nie rozmawiałam. Sam do mnie podszedł. Wiedział, jak mam na imię.

Patrząc na Davida, uświadomiła sobie, jak bardzo był blady i wygłodniały, i po raz pierwszy myśl, że może naprawdę był tym, za kogo się podawał, wystraszyła ją bardziej niż halucynacje.

– Mogę prosić jeszcze trochę wody?

Napoił ją, a potem powiedział:

– Wyjawiłaś mi wszystko oprócz powodów, dla których chce mnie zgładzić.

– Słuchaj, nie wiem, o co mu chodzi. Nie powiedział.

– Ale wiesz, dlaczego zrobiłaś to, co ci kazał.

Zero modliła się, żeby zawalił się sufit i zmiażdżył ją na śmierć. Ale już kilka razy tego długiego dnia pragnęła umrzeć, a z doświadczenia wiedziała, że ma raczej nikłe szanse stać się beneficjentką cudu.

– Proszę. Jedną działkę. Tylko jedną. Nie mogę już tego znieść.

Z jej oczu polały się łzy bezradności. Nie była zaskoczona, gdy w ogóle go to nie wzruszyło.

– Musi chodzić o coś więcej niż narkotyki. Mogłaś je po prostu zabrać. W jaki sposób przekonał cię, żebyś tu przyjechała? I to z zamiarem morderstwa.

– Twardziel z ciebie – przyznała z goryczą. – Wyglądasz jak ciepłe kluchy, ale jaja masz jak kierowca rajdowy.

Uśmiechnął się nieznacznie.

– Cóż za oryginalne porównanie. Może jednak masz w sobie coś z poetki.

Jej ciało znowu zaczęło się trząść, a on czekał. Gdy tylko konwulsje osłabły, spytał:

– Czym cię szantażuje?

– O, Boże! – zaczęła zawodzić. Z jej oczu wytrysły strumienie łez. – Proszę! Powiedział, że go zabije, jeśli się wygadam. Nie każ mi tego mówić!

Ale w końcu Zero ogarnął dziwny spokój wywołany przez instynkt samozachowawczy i zrozumiała ponad wszelką wątpliwość, że powie mu wszystko. Kolejnej godziny by nie zniosła.

„Może to już zresztą nieważne” – pomyślała, próbując usprawiedliwić przed samą sobą zdradę, jakiej się dopuszczała.

– Porwał mojego młodszego brata. Powiedział, że jeśli tu nie przyjadę, żeby przebić cię kołkiem, Bobby umrze. To wszystko. Nie wiem nic więcej. Proszę! Daj mi herę.

David widział po jej oczach, że dziewczyna mówi prawdę, a przynajmniej taką jej wersję, jakiej można było oczekiwać od skręcającej się z narkotycznego głodu ćpunki.

Zaczął przemierzać pokój w tę i we w tę. To nie miało sensu. Kto mógłby mieć ochotę go zabić? Przedstawiciele jego gatunku wiedzieli, że to niemożliwe, a już na pewno nie w sposób, w jaki została zaaranżowana ta operacja. I po co wysyłać śmiertelniczkę? Narkomankę, której nie można było ufać? No i te instrukcje dotyczące przybycia po zmroku. Osoby, które wiedziały o położeniu jego domu, zwykł uważać za przyjaciół. Nie był skłonny wierzyć, że ktokolwiek z nich chciałby go skrzywdzić. Kim był ten cały Dennis, który pomimo wiedzy na temat tożsamości i miejsca zamieszkania Davida okazał się tak nieporadny?

– Gdzie moje prochy? Obiecałeś! – zaskomlała.

Doszedł do wniosku, że dziewczyna jest zdecydowanie zbyt ładna, aby skończyć jako ćpunka.

– Zamierzam wyświadczyć ci ogromną przysługę. Jestem gotów pomóc ci zerwać z nałogiem, o ile pamięć mnie nie myli co do poprawności tego wyrażenia.

Jej oczy zrobiły się wielkie i okrągłe niczym spodki. Naczynia krwionośne jej twarzy wypełniły się krwią, doprowadzając do zaczerwienienia skóry na chwilę przed tym, gdy zaczęła wrzeszczeć. Słowa mieszały się ze sobą w niezrozumiałym bełkocie. Szarpała nogami, a spomiędzy jej zębów wydobywała się biała piana.

Podszedł do łóżka i uspokajającym gestem położył jedną dłoń na skręconym, wijącym się ciele dziewczyny, a drugą na jej czole. W trakcie trwających dziesięć minut konwulsji jej brzuch i klatka piersiowa pokryły się różową wysypką. Gdy uspokoiła się na tyle, żeby być w stanie mówić, zaskrzeczała:

– Ty gnoju! Kłamliwy, pojebany gnoju! Obiecałeś!

– Nie, Kathleen, nigdy nie obiecywałem, że podam ci narkotyk. Przysięgłem za to, że zakończę twoje męki, a osiągnąć to mogę tylko na dwa sposoby. Mógłbym wyssać z siebie całą krew, co skończyłoby się twoją śmiercią, albo przeczekać to razem z tobą. Pomogę ci, bo chcę, żebyś udała się ze mną do Nowego Jorku w celu odszukania Dennisa, a do tego niezbędna ci będzie jasność myślenia. A także dlatego, że wierzę w humanitaryzm. Tak przynajmniej było do momentu, gdy zmuszony byłem stać się drapieżnikiem.

Do czoła przykleiły się jej wilgotne, zmatowiałe włosy. Z jej szklistego wzroku biło szaleństwo. Pot na jej skórze był jednocześnie lśniący i pełen grudek. Była blada, osłabiona, bezbronna – jednym słowem żałosna. Zawieszona pomiędzy życiem a śmiercią. Przypomniały mu się przepełnione bólem słowa Byrona:

„A gdy się śmieję z życia krotofili,

To – że nie mogę płakać”5.

Ale pomimo całej tej kruchości i tak zdobyła się na to, żeby głośno krzyknąć:

– Nie łudź się, że masz w sobie coś z człowieka, stary! Jesteś niczym więcej, tylko przeklętym bękartem jakiejś puszczalskiej bogini!

ROZDZIAŁ TRZECI

Po dwóch nocach wypełnionych przerażającymi wizjami rodem z najgorszych koszmarów, majakami, histerią i cierpieniem tak wielkim, że z trudem mogła uwierzyć, iż była w stanie je znieść, David pozwolił jej podnieść się z łóżka, gdy tylko wyczerpane słońce osunęło się za horyzont. Pościel pokryta była zaschniętą warstwą wszystkiego, co w ostatnim czasie przeszło przez jej ciało.

– W toalecie postawiłem dwa wiadra z wodą ze studni – usłyszała od niego Zero. – Jeśli masz ochotę, możesz rozpalić ogień i ją ogrzać. Instalacja hydrauliczna nie działa już od dekady.

Kręciło jej się w głowie. Przeszła przez pokój chwiejnym krokiem, ale upadła na podłogę, zanim dotarła do drzwi łazienki. Chwycił ją w talii i uniósł, jakby ważyła tyle co wata cukrowa, po czym usadził ją na krawędzi wanny. Jej skóra nosiła na sobie ślady zaschniętych wymiocin, moczu i odchodów. Zastanawiała się, jakim cudem on znosi ten odór, skoro sama Kathleen ledwo była w stanie go wytrzymać.

W jedną z jej dłoni wsunął ścierkę, która zawisła bezwładnie u jej boku. Jej barki zsunęły się ku sobie, a głowa pochyliła się nisko. Czuła się pozbawiona kości niczym szmaciana lalka, którą – nawiasem mówiąc – musiała też przypominać wyglądem.

Po kilku minutach westchnęła i pochyliła się do przodu, wykrzesawszy z siebie wystarczającą ilość energii, żeby zanurzyć ścierkę w zimnej wodzie. Jej lodowatość sprawiła, że Kathleen gwałtownie wciągnęła powietrze w płuca. Przycisnęła szmatkę do twarzy i szyi, a następnie zaczęła powtarzać ten zabieg, dopóki nie osiągnęła takiego poziomu czystości, na jaki pozwalały okoliczności. Po wypłukaniu ust i wyżęciu mokrej ścierki nad głową odniosła wrażenie, że powoli wraca do życia, ale nie znaczyło to, że czuła się lepiej. Podniosła wzrok. Mężczyzna stał w drzwiach bez ruchu. Zadrżała.

– Ubierz się, proszę. – Podał jej ręcznik.

Gdy była już sucha, włożyła ubrania i pozwoliła mu po części zaprowadzić, a po części zanieść się do samochodu. Zapiął wokół niej pas, jakby była małym dzieckiem, a ona przez całą drogę do Manchesteru siedziała otumaniona. W oczach Zero mrok nocy wydawał się pozbawiony głębi, a niebo przypominało ciemne malowidło na kartonie upstrzone białymi kropkami, na którym domalowano okrąg o nieidealnym kształcie. Tuż przed granicami miasta David skręcił w dobrze ukrytą nieutwardzoną drogę, gdzie zamknął ją w bagażniku samochodu, uprzednio ją związawszy i zakneblowawszy.

Zero niczego nie czuła. Leżała otępiała w ciemności, pogrążona w bezmyślnym, oderwanym od czasu stanie. Jej myśli stanowiły pozbawione znaczenia strzępki wspomnień. Były to nakładające się na siebie twarze Bobby’ego, jej ojca, anonimowego faceta, którego gdzieś poderwała, Davida. Każda z tych wizji przybierała formę snu, a ona nie umiała odnaleźć żadnych powiązań pomiędzy tymi obrazami.

Nie miała pojęcia, jak długo go nie było – minutę czy dzień – ale gdy wrócił, jego twarz okrywał rumieniec i wydawał się mniej mizerny. To ją uspokoiło. Odwrotny efekt wywarły jednak czerwone plamki na jego koszuli. Robiła, co mogła, żeby wytłumaczyć sobie jakoś obecność krwi, bo nie potrafiła zaakceptować myśli, że David miałby być wampirem.

– Zachowuj się przyzwoicie. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić – oznajmił jej dziesięć minut później, gdy wchodzili do biura wypożyczalni samochodów.

Była zbyt przybita i wyczerpana, żeby sprawiać kłopoty. Usiadła bez słowa, a on zwrócił kluczyki od auta i zapłacił za dodatkowe dni. Zachodziła w głowę się, co się stanie, gdy dotrą do Nowego Jorku, i czy w ogóle uda im się znaleźć Dennisa. Pomyślała o Bobbym i zrobiło jej się bardzo smutno. A potem zaczęła się zastanawiać, skąd mogłaby skołować trochę hery. I to szybko.

W biurze podróży położonym przy tej samej ulicy David kupił dla siebie bilet w jedną stronę na lot do Nowego Jorku oraz potwierdził jej rezerwację.

– Samolot odlatuje za dwie godziny. Mamy czas na zakupy, a ty możesz coś zjeść – powiedział.

– Nie jestem głodna.

– Ale i tak coś zjesz. Przez ostatnie cztery dni, a może i dłużej, żywiłaś się tylko wodą.

Zatrzymali się w McDonaldzie, gdzie David kupił jej Big Maca, sałatkę oraz dwa napoje. Była odwodniona, więc momentalnie wyssała całą zawartość jednego z kubków, ale nawet nie rozwinęła burgera ani nie otworzyła pojemnika z sałatką.

Skinął głową w kierunku jedzenia.

– Nie mam ochoty.

– No to chodź – powiedział takim tonem, jakby namawiał na coś uparte dziecko. – Po drugiej stronie drogi znajduje się cmentarz, na którym jest zawsze pusto, przynajmniej jeśli chodzi o ludzi. Nakarmię cię tam własnoręcznie, chociaż może okazać się, że uznasz jedzenie pośród zmarłych za mało apetyczne. A i tak nikt nie usłyszy tam twoich protestów.

Wstał.

– Nie, czekaj! Zjem. Daj mi trochę czasu.

Usiadł.

Zero obserwowała go, z trudem przełykając kęs hamburgera, który jej żołądek łaskawie zgodził się przyjąć. Rozglądał się po restauracji, jakby nigdy wcześniej nie widział wnętrza McDonalda. Miał na sobie tę samą przypominającą bluzkę koszulę z wysokim kołnierzem co wcześniej, niezbyt czystą – zwłaszcza z dodatkiem karmazynowych plamek – a do tego zwężane spodnie z błękitnej wełny, kamizelkę oraz staromodne buty ze sprzączkami. Dwurzędowa marynarka z aksamitnym kołnierzem szalowym to byłaby już przesada, więc cieszyła się, że nie wziął jej ze sobą. Jego jasne włosy zostały umyte i schludnie zaczesane za uszy, ale i tak sięgały poniżej szerokich ramion. W dalszym ciągu wyglądał jak ktoś żywcem wyjęty ze starej fotografii. Nudy.

– Dlaczego wydaje ci się, że jesteś wampirem?

Spojrzał jej prosto w oczy wzrokiem tak pełnym emocji, że poczuła się niezręcznie. Zazwyczaj to ona rzucała ludziom tego typu spojrzenia.

– U wielu osób wizja rzeczywistości utrwala się już w pierwszej dekadzie życia. Zaakceptowanie czegokolwiek, co wykracza poza przyjęte z góry wyobrażenia, okazuje się trudne, a czasem wręcz niemożliwe.

– Co to ma znaczyć?

– Mam przez to na myśli, że jestem tym, kim jestem, i tak właśnie wygląda moja egzystencja. – Przerwał, jakby szukając właściwych słów, które pozwolą jej go zrozumieć. – Jak widać wyraźnie, nie jestem martwy w powszechnie przyjętym znaczeniu tego słowa. Krzyże ani czosnek nie wzbudzają mojej odrazy. Widzę swoje odbicie w lustrze. Ale moja skóra i oczy stały się nadwrażliwe na światło, a ponadto do życia potrzebna mi jest krew. Historie o Drakuli i innych wampirach to w większości bujdy. Granica pomiędzy fantastyką a prawdą okazuje się często niezwykle cienka. Najrozsądniej byłoby postrzegać mnie jako członka gatunku zbliżonego do homo sapiens.

– Żyjesz od lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku? – spytała, sącząc drugi napój, częściowo próbując wydobyć jakiś sens z tej informacji, a po części starając się go udobruchać, żeby potem mogła go wystawić i prysnąć.

Obserwowała go jednak bardzo uważnie. Spotkała już w życiu niejednego wariata.

Wyraz jego złotobrązowych oczu złagodniał jeszcze bardziej. Z odrobinę mniej masywną szczęką mógłby uchodzić za dziewczynę. Ogólnie rzecz biorąc, robił wrażenie wrażliwego. Ale czuła, że bez względu na to, kim jest – czy kim mu się wydaje, że jest – potrafi być twardy.

– Przyszedłem na świat w roku 1863. Pierwsze trzydzieści lat mojego życia przebiegło w sposób typowy dla przedstawiciela mojej klasy. Był to okres całkowicie przewidywalny. Ukończyłem Cambridge z najlepszym tytułem naukowym. Rodzice wydawali się relatywnie zadowoleni ze swego jedynego potomka. Aspirowałem do bycia poetą i od czasu do czasu publikowałem jakiś sonet, choć podejrzewam, że w kwestii kariery moim przeznaczeniem było raczej dołączenie do kadry uniwersyteckiej jakiejś znamienitej uczelni. Na przeszkodzie stanął mi jednak okrutny los.

– W jaki sposób stałeś się, no wiesz, taki, jak jesteś?

Drgnął nieznacznie, a ona to zauważyła.

– Pewnego wieczoru podczas pobytu w Londynie wracałem do hotelu z pijackich hulanek ze starym kumplem ze szkoły i wtoczyłem się w niewłaściwą uliczkę w niewłaściwym momencie. Stałem się ofiarą napaści. Obdarzone kłami, szkaradne, nieludzko silne stworzenie przycisnęło mnie do bruku, a następnie wyssało ze mnie mnóstwo krwi. Nie byłem w stanie zacząć wołać o pomoc. Jego twarz skryta była w cieniu, ale i tak nigdy go nie zapomnę. Tej brutalności. Tych naznaczonych szaleństwem rysów. Mógł mnie zabić, a właściwie powinien był, ale jakaś perwersja jego natury kazała mu zmusić mnie do skosztowania jego krwi. Cel tego miałem zrozumieć dopiero później. Rzecz jasna, owładnęły mną strach i gniew bezsilności. Mogłem jedynie podporządkować się jego woli. Gdy przebudziłem się następnej nocy, byłem sam i szarpał mną piekielny ból.

Pomyślała, że on zdecydowanie ma nie po kolei w głowie, ale spytała:

– Poznałeś tego faceta?

– Nie widziałem go nigdy wcześniej ani też później. Jestem taki, jak jestem, od roku 1893.

– Ten strój też pochodzi z tamtych czasów?

Spojrzał na swoją koszulę i uśmiechnął się. Wydawało się, że z ulgą przywitał zmianę tematu.

– W ubiór tego typu na początku dziewiętnastego wieku z chęcią przyodziałby się sam lord Byron. Ale kupiłem go dwadzieścia lat temu na wyprzedaży rzeczy używanych. Był to kostium teatralny, ale pasował do mody lat sześćdziesiątych i dobrze na mnie leżał.

– Dlaczego ciągle to nosisz? Byłeś hipisem czy co?

Udało jej się przełknąć trzy kęsy hamburgera, ale nie tknęła sałatki. Odłożyła resztę kanapki na stół i odsunęła ją od siebie.

– Zjedz co najmniej połowę albo pójdziemy wieczerzać na grobie dziewiętnastowiecznego malarza.

Podniosła hamburgera i uważnie mu się przyjrzała. Na samą myśl o kontynuowaniu posiłku robiło jej się niedobrze, ale strach przed jedzeniem na cmentarzu pomógł jej przezwyciężyć mdłości. Westchnęła, po czym ugryzła niewielki kęs i zaczęła przeżuwać go na papkę.

– To czemu się tak ubierasz?

– Niezbyt często wypuszczam się poza dom – odparł. – Nie robiłem tego od dziesięcioleci. Bawi mnie spanie w trumnie i odgrywanie roli Nosferatu. Mam skłonności do romantyzmu.

– Brzmi to raczej jak zboczenie – skomentowała, odgryzając kolejny niewielki kęs.

Zaśmiał się.

– Pewnie tak.

Przed oczami mignęły jej dwa ostre zęby i zamrugała z niedowierzania. Pomyślała, że pewnie ciągle cierpi na halucynacje.

Gdy zadowolił się ilością tego, co zjadła, wyszli i złapali taksówkę.

– Potrzebna mi twoja pomoc – powiedział. – Jak wspomniałem, w dużym stopniu oderwałem się od spraw tego świata. Mój wygląd musi być na czasie. Czy zechciałabyś poinstruować mnie co do ubiorów, które są aktualnie w modzie?

Weszli do kilku sklepów, gdzie Kathleen pomogła mu wybrać dwie pary czarnych skórzanych spodni, kilka czarnych T-shirtów, czarne wysokie buty oraz czarną skórzaną kurtkę. Patrzył na to wszystko, jakby nigdy zbyt często nie miał okazji robić zakupów.

– Masz na to wszystko pieniądze? – spytała.

– Mam ich mnóstwo.

– Tak? A ile?

– Przy sobie mam pięćdziesiąt tysięcy funtów.

– Chyba nie w gotówce?

– Tak.

– Nie słyszałeś o bankomatach? Człowieku, ktoś mógłby cię obrabować.

Zaśmiał się i poprawił na sobie krótką kurtkę.

„Bez dwóch zdań jest dziwny – stwierdziła. – Bardzo dziwny”.

Nigdy wcześniej nie spotkała kogoś takiego jak on. Ale z drugiej strony nigdy wcześniej nie natknęła się na wampira. Oczywiście nie wierzyła w to, że on naprawdę może być wampirem – spotkała w życiu wielu facetów, którzy twierdzili, że są kimś, kim wcale nie byli. Raz poznała pewnego kolesia w Greenwich Village, który utrzymywał, że gdy nastaje pełnia, zmienia się w wilkołaka. No cóż, faktycznie był na to wystarczająco owłosiony. Poza tym David oddychał, musiał więc żyć – był tylko trochę blady i staromodny. Ale nowe ubrania poprawiły sytuację. Zdała sobie sprawę, że już się go nie boi. Prawdę mówiąc, była podekscytowana. Ta cała sytuacja coraz bardziej przypominała przygodę. A on zaczynał wyglądać normalnie, a nawet dosyć przystojnie.

– Nosiłeś kiedyś coś ze skóry? – spytała, przesuwając palcem po daszku skórzanej czapki, której krawędź okalał srebrny łańcuszek. – Łap! – Rzuciła mu nakrycie głowy.

Złapał ją i ostrożnie wsadził na głowę. Następnie spojrzał w lustro. Nie miała problemu z dostrzeżeniem jego odbicia.

– To przypomina mój strój w latach sześćdziesiątych, gdy przemierzałem Amerykę Północną na posiadanym przez siebie motocyklu marki Harley-Davidson.

– Miałeś tego typu maszynę? Nie wierzę.

Ułożył wargi w firmowy uśmieszek Elvisa Presleya, a ona zachichotała.

– Czy wszyscy w Nowym Jorku ubierają się teraz w czarne skóry?

– Wszyscy, których znam. Powinieneś ogolić głowę albo nastroszyć włosy. Jeśli chcesz znaleźć Dennisa, powinieneś wyglądać, jakbyś należał do konkretnej grupy. I musisz wyglądać na twardziela. W końcu chcesz się wmieszać w tłum, no nie? Ale nie martw się. Zajmę się tobą. Nałóż jeszcze to.

Podała mu okulary przeciwsłoneczne z lustrzanymi soczewkami, po czym wybrała drugą parę dla siebie.

Namówiła go na strzyżenie, a fryzjer na lotnisku skrócił mu włosy po bokach i nadał bokobrodom zaostrzony kształt. Tył został skrócony tak, aby sięgał mniej więcej do połowy szyi, podobnie jak przód, który można było teraz lekko postawić na żel. Stwierdziła, że David zaczyna przypominać faceta. Twardziela.

Gdy czekali w hali odlotów na swój całonocny lot, spytała:

– Co zrobisz Dennisowi?

– To zależy od tego, w jakim stopniu będzie skłonny do współpracy. Jak również od powodów, dla których chce mnie zniszczyć.

Kathleen opuściła wzrok na dłonie.

– I tego, gdzie trzyma mojego brata. Powinieneś zobaczyć Bobby’ego. Czekaj! Mam przecież zdjęcia.

Wyjęła z portfela dwie wymięte czarno-białe fotografie, z których jedna przedstawiała rozmazaną postać małego chłopca, a druga młodszą Kathy obejmującą dziecko. David obrócił tę drugą. Z tyłu znajdował się napis „Bobby i ja” oraz data sprzed paru lat.

– Tu tego nie widać – powiedziała wesoło – ale Bobby ma jasnobrązowe włosy i oczy takie jak ja. Uwielbia wodę. Bez przerwy muszę zabierać go na spacery nad rzekę. I jest strasznie mądry! Ma dopiero osiem lat, ale jest już w piątej klasie – pozwolili mu jedną przeskoczyć.

David przesunął tylną stroną palca wskazującego po ciepłej, gładkiej skórze jej policzka. Czuł, jak tętni pod nią gorąca krew, ale starał się to ignorować. Pomyślał, że zważywszy na to, przez co przeszła, dziewczyna całkiem nieźle się trzyma. A przeszła przez piekło. Były takie chwile – całe ich tuziny – kiedy był już prawie gotów oddać jej narkotyk, do tego stopnia bolesne było obserwowanie jej mąk. Ale zdawał sobie sprawę z tego, że na dłuższą metę lepiej dla niej będzie, jeśli przestanie ćpać. Poza tym potrzebna mu była jej pomoc w znalezieniu Dennisa.

Wraz z ustępowaniem symptomów odstawienia nie tylko zaczęła lepiej się prezentować, ale też wydała mu się interesująca. Przestała być zrzędliwa i krucha, jakby wzięła się w końcu w garść.

Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi błękitnymi oczami wyrażającymi niewinność, która głęboko go poruszała.

– Ten facet: Dennis. Nie znam go, ale widywałam go już wcześniej – powiedziała. – Jest twardy. Będzie chciał cię skrzywdzić.

– Nie kłopocz się tym. Jestem w stanie zapewnić nam ochronę.

– To potężny koleś. Napakowany.

– Struktura mojego ciała nieco różni się od ciał zwykłych śmiertelników. Jestem o wiele silniejszy, niż mogłoby się wydawać. I całkiem inteligentny.

– Wyglądasz na bystrego. Szkoda, że ja nie – wyznała, a jej wzrok posmutniał. – Próbowałam ukończyć szkołę, ale miałam problemy. Nie dałam rady. Przez jakiś czas pracowałam jako kelnerka, sprzedawczyni w Bloomingdale’s, jeździłam taryfą. Ale teraz mam nałóg na utrzymaniu. Większość czasu spędzam pod latarnią.

Jej wzrok zdradzał, że była przyzwyczajona do bycia odrzucaną, i tego właśnie spodziewała się z jego strony.

– Miałaś nałóg na utrzymaniu – poprawił.

– Tak, jasne. – Odwróciła wzrok.

Rozległ się komunikat i weszli na pokład.

– Nie każ mi siedzieć przy oknie – poprosiła.

Mimo to wskazał jej to właśnie miejsce.

– Błagam! Boję się latać.

Wyciągnął rękę i zasunął roletę, żeby nie mogła wyglądać na zewnątrz.

– To nie pomoże. Pozwól mi siąść od korytarza. Albo chociaż w środku. Nie będę nic kombinować, słowo.

– Obróć się do mnie – powiedział. – Spójrz mi w oczy.

– Po co? Chcesz mnie zahipnotyzować czy coś w tym stylu? To nic nie da. Kiedyś jeden facet próbował tego na mnie podczas swojego występu. Chciał mnie zmusić do szczekania jak pies, ale nie był w stanie.

Stwierdził, że doświadczyła wystarczająco dużej traumy. Po co miałby wymagać od niej, by stawiła czoło kolejnemu lękowi? Przy użyciu mocy sugestii ustnie zaczął podsuwać jej kojące myśli, które miały pomóc jej w zniesieniu startu i lądowania. Po upływie pół minuty zauważył, że jej ramiona rozluźniają się, a oddech zwalnia.

Podano posiłek oraz wino, których David nie przyjął. Kathleen chciała także spasować, ale on wymógł na niej, aby wzięła tacę.

Gdy dziewczyna jadła, David rozmyślał na temat zmian, które zostały wprowadzone w życie od momentu, gdy ostatnio miał okazję latać. Samoloty były większe, szybsze i wygodniejsze. Posiłki wyglądały na smaczne, chociaż on i tak nigdy ich nie próbował. Zastanawiał się, jak będzie wyglądał Nowy Jork. Gdy ostatnim razem go opuszczał, był rok 1963.

David wyraźnie pamiętał lata spędzone z André i Karlem. Przyjaciele pomogli mu nawiązać więź ze współczesnym światem i skłonili go do zaakceptowania kondycji dwudziestego wieku. Oraz jego własnego stanu.

Ich trójka była sobie niezwykle bliska. To, że pochodzili z różnych epok i kultur oraz poddani zostali tej samej przemianie, powinno ich raczej dzielić niż łączyć. Jednak każdego z nich cechowało zamiłowanie do piękna i sztuki i to właśnie okazało się wystarczająco silne, by ich połączyć. Jak i oddanie się prawdzie. Mieli te same gusta w kwestii wielu istotnych spraw. A przez pewien okres dzielili się również Ariel.

André najbardziej z nich kochał cielesność. Lubił sport i ruch. Wiedział też, w jaki sposób wyciągnąć jak największą przyjemność z krwi. Oraz z kobiet. To David nadał mu przydomek La Corps6. Z kolei Karla określał jako Der Verstand7, gdyż myślał on w sposób jasny i cechowała go pasja do precyzyjnego rozumowania. Ta skłonność do logiki częściowo udzieliła się też Davidowi, którego myśli poruszały się uprzednio po bardziej intuicyjnych torach.

Towarzysze nazywali go czule Duszą ze względu na to, że David tworzył i czytał poezję, i jak sam dobrze wiedział, emanował silnymi uczuciami, które często bywały dość ponure. Ale jego wrażliwa natura nie wywoływała niechęci. Wprost przeciwnie – kochali go, a on kochał ich. Było to słowo pozbawione piętna seksualności, co byli w stanie zrozumieć jedynie mężczyźni rodem z przeszłych epok.

Ale z czasem każdy z nich się zmienił, i to niekoniecznie na lepsze. Ich silne strony przemieniły się w największe słabości.