Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 411 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na gorącym uczynku - Harlan Coben

Siedemnastoletnia Haley McWaid jest doskonałą uczennicą i chlubą swoich rodziców. Pewnego dnia nie powraca  do domu. Po trzech miesiącach bezskutecznych poszukiwań jej najbliżsi są przygotowani na najgorsze. Dan Mercer, pracownik opieki społecznej, wpada w pułapkę zastawioną przez reporterkę Wendy Tynes, realizującą program telewizyjny „Przyłapani Na gorącym uczynku”, służący demaskowaniu przestępców seksualnych. Za próbę seksu z nastolatką staje przed sądem.
Ku oburzeniu miejscowej społeczności sąd uniewinnia mężczyznę. Swoje niezadowolenie z wyroku szczególnie ostro demonstruje były szeryf federalny, Ed Grayson. Od jawnej wrogości przechodzi do czynów, proponując reporterce, by pomogła mu dokonać samosądu na rzekomym pedofilu. Wendy odmawia, lecz Mercer i tak musi zginąć. Czy zabił go Grayson? Czy Dan maczał palce w zaginięciu Haley McWaid? Dlaczego w jego telefonie komórkowym było zdjęcie zaginionej dziewczyny? Wendy  stopniowo  zdaje  sobie  sprawę,  że  padła    ofiarą    gigantycznej  manipulacji... Zaginięcie nastolatki uruchamia spiralę zbrodni...

Opinie o ebooku Na gorącym uczynku - Harlan Coben

Cytaty z ebooka Na gorącym uczynku - Harlan Coben

Smutek przygniatał, obciążał kończyny, wpychał kawałki szkła do płuc, tak że nawet oddychanie było męczarnią. Teraz cała społeczność cierpiała, ale Wendy wiedziała, że to nie potrwa długo. Tak samo było z  przedwczesną śmiercią Johna. Żałoba niszczy, pochłania wszystko. Jednak tylko odwiedza przyjaciół, nawet najbliższych. U  rodziny pozostaje dłużej, zapewne na zawsze, ale zapewne tak powinno być.
–  Żyjąc na tym świecie, człowiek zderza się z  innymi. Tak to już jest. Zderzamy się i  czasem ktoś zostaje zraniony. Oni chcieli tylko ukraść te głupie bokserki. Skończyło się to fatalnie. Przez pewien czas ich nienawidziłam. Kiedy jednak się nad tym zastanowić, co to da? No wie pani, potrzeba tyle energii, żeby wciąż żywić nienawiść, że traci się poczucie tego, co jest ważne.

Fragment ebooka Na gorącym uczynku - Harlan Coben

Tytuł oryginału:

CAUGHT

Copyright © Harlan Coben 2010

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2010

Polish translation copyright © Zbigniew A. Królicki 2010

Redakcja: Beata Słama

Ilustracja na okładce:

Andre Lichtenberg/Photonica/Getty Images/Flash Press Media

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

Skład: Laguna

ISBN 978-83-7659-431-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

2011. Wydanie elektroniczne

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spektakularny sukces powieści Nie mów nikomu uczynił z Harlana Cobena megagwiazdę współczesnego thrillera. Precyzyjnie skonstruowana intryga, mistrzowsko stopniowane napięcie, fałszywe tropy prowadzące donikąd, pozornie niemożliwe do wyjaśnienia zagadki pojawiające się niemal na każdej stronie, zaskakujące zakończenie, którego nie domyśli się nawet najbardziej przenikliwy czytelnik, to podstawowe cechy jego pisarskiego stylu

Dla Anneod największego szczęściarza na świecie

Prolog

Wiedziałem, że po otwarciu tych czerwonych drzwi moje życie legnie w gruzach.

Tak, to brzmi melodramatycznie i złowieszczo, a ja nie jestem skłonny do jednego czy drugiego, i to prawda, że te czerwone drzwi wcale nie wyglądały groźnie. W istocie były zupełnie zwyczajne, drewniane i czteropłycinowe, takie, jakie widuje się na frontach trzech z każdych czterech podmiejskich domów, z wyblakłą farbą, nieużywaną już przez nikogo kołatką na wysokości piersi oraz klamką z imitacji mosiądzu.

Jednak kiedy się do nich zbliżałem, w blasku odległej latarni ledwo oświetlającym mi drogę, to ciemne przejście było niczym paszcza gotowa połknąć mnie całego, i nie mogłem odpędzić złych przeczuć. Każdy kolejny krok wymagał ogromnego wysiłku, jakbym szedł nie po lekko popękanym chodniku, lecz po jeszcze niezastygłym cemencie. Moje ciało słało wszystkie klasyczne sygnały zagrożenia. Ciarki przebiegające po plecach? Owszem. Włosy stające dęba? Tak. Swędzenie nasady karku? Było. Mrowienie skóry na głowie? Jak najbardziej.

Okna domu były ciemne, w żadnym nie paliło się światło. Chynna uprzedziła mnie, że tak będzie. To miejsce nie wiadomo dlaczego wydawało się trochę zbyt sztampowe, zbyt niepozorne. To z jakiegoś powodu mnie niepokoiło. Ponadto dom stał na samym końcu ślepej uliczki, nieco odosobniony, i majaczył w ciemności, jakby chciał odpędzić intruzów.

Nie podobał mi się.

Nie podobało mi się to wszystko, ale tym się zajmuję. Kiedy zadzwoniła Chynna, właśnie zakończył się mecz drużyny koszykówki Newark Biddy, czwartoklasistów ze śródmieścia, której byłem trenerem. Drużyna, która składała się z dzieci, tak jak ja wychowywanych w rodzinach zastępczych (nazwaliśmy się NoRents, co jest skrótem od No Parents1 i przejawem wisielczego humoru), zdołała w ciągu dwóch ostatnich minut stracić sześciopunktową przewagę. Na boisku tak samo jak w życiu NoRents nie radzą sobie pod presją.

Chynna zadzwoniła, kiedy zbierałem moich młodych koszykarzy na pomeczową przemowę, w której zazwyczaj przekazywałem im takie budujące i wnikliwe uwagi, jak: „Daliście z siebie wszystko”, „Załatwimy ich następnym razem” lub „Nie zapomnijcie, że gramy w następny czwartek”, i zawsze kończącą się hasłem „Zwarci”, po którym następuje chóralny odzew „W obronie!”, zapewne wybrany dlatego, że w ogóle nam to nie wychodzi.

– Dan?

– Kto mówi?

– Tu Chynna. Proszę, przyjedź.

Powiedziała to drżącym głosem, więc zwolniłem zespół, wskoczyłem do samochodu i tak znalazłem się tutaj. Nawet nie zdążyłem wziąć prysznica. Teraz zapach potu z sali gimnastycznej mieszał się z wonią potu wywołanego strachem. Zwolniłem kroku.

Co się ze mną dzieje?

Przede wszystkim zapewne powinienem wziąć prysznic. Bez tego jestem do niczego. Zawsze. Jednak Chynna nalegała. „Teraz – błagała. – Zanim ktoś wróci do domu”. „Tak więc byłem tu, w szarej bawełnianej koszulce pociemniałej od potu i oblepiającej pierś, kierując się do tych drzwi.

Jak większość nastolatków, z którymi pracuję, Chynna miała poważne problemy i może właśnie to mnie zaalarmowało. Nie podobał mi się ton jej głosu w słuchawce, a to otoczenie bynajmniej mnie nie uspokoiło. Odetchnąłem głęboko i obejrzałem się za siebie. W oddali zobaczyłem kilka oznak nocnego podmiejskiego życia – oświetlenie domów, migotanie telewizora lub monitora komputerowego, otwarte drzwi garażu – lecz w tym zaułku ich nie było, żadnego dźwięku ani ruchu, tylko przyczajony mrok.

Mój telefon komórkowy zawibrował i o mało nie wyskoczyłem z butów. Pomyślałem, że to Chynna, ale nie, dzwoniła Jenna, moja była żona. Wcisnąłem klawisz połączenia.

– Cześć – rzuciłem.

– Mogę cię prosić o przysługę? – zapytała.

– W tym momencie jestem trochę zajęty.

– Potrzebna mi opiekunka do dziecka na jutrzejszy wieczór. Możesz przyjść z Shelly, jeśli chcesz.

– Shelly i ja, mamy… hm… kłopoty.

– Znowu? Przecież to doskonała kobieta dla ciebie.

– Mam problem z utrzymaniem doskonałych kobiet.

– Jakbym nie wiedziała.

Jenna, moja śliczna była, ponownie wyszła za mąż osiem lat temu. Jej nowy mąż, Noel Wheeler, jest powszechnie szanowanym chirurgiem. Pracuje charytatywnie w moim ośrodku pomocy dla młodzieży. Lubię Noela, a on lubi mnie. Ma córkę z poprzedniego małżeństwa, a z Jenną sześcioletnią córeczkę o imieniu Kari. Jestem chrzestnym Kari i obie dziewczynki nazywają mnie wujek Dan. Jestem ich etatową opiekunką.

Wiem, że to wszystko brzmi bardzo cywilizowanie i idealistycznie, i zapewne takie jest. W moim przypadku może to być po prostu kwestia wewnętrznej potrzeby. Nie mam nikogo innego – rodziców ani rodzeństwa – tak więc moja była żona jest dla mnie substytutem rodziny. Dzieciaki, z którymi pracuję, którymi się opiekuję, próbując je wspierać i ich bronić, są moim życiem, chociaż nie jestem pewny, czy moje starania w ogóle coś dają.

– Ziemia do Dana? – powiedziała Jenna.

– Przyjdę.

– Osiemnasta trzydzieści. Jesteś super.

Jenna cmoknęła w słuchawkę i rozłączyła się. Przez chwilę patrzyłem na telefon, wspominając dzień naszego ślubu. Popełniłem błąd, żeniąc się. Za bardzo zbliżam się do ludzi, jednak nie potrafię tego unikać. Niech ktoś zagra na skrzypkach i posmęci filozoficznie, że lepiej kochać i żałować, niż nie kochać i żałować, że się nie kochało. Mnie to raczej nie dotyczy. Ludzie mają w genach powtarzanie tych samych błędów, chociaż doskonale zdają sobie z tego sprawę. Tak było ze mną, biednym sierotą, który wspiął się na pierwsze miejsce w swojej klasie elitarnej szkoły, ale nigdy nie zdołał zapomnieć o tym, kim jest. To sentymentalne, ale chcę kogoś mieć. Niestety, nie jest mi to pisane. Jestem samotnikiem, który nie powinien być sam.

„Jesteśmy odpadami ewolucji, Dan…”.

Tego nauczył mnie mój przybrany ojciec. Był profesorem college’u i uwielbiał dysputy filozoficzne.

„Zastanów się, Dan. W całej historii ludzkości, co robili najsilniejsi i najbystrzejsi? Toczyli wojny. Zaprzestali tego dopiero w ostatnim stuleciu. Przedtem posyłaliśmy naszych najwybitniejszych na pierwszą linię frontu. Kto więc zostawał w domu i przedłużał gatunek, podczas gdy najlepsi ginęli na odległych polach bitewnych? Chromi, chorzy, słabi, łajdacy i tchórze, krótko mówiąc, najgorsi z nas. Dlatego jesteśmy genetycznym odpadem, Dan – w wyniku setek lat eliminowania wybitnych i pozostawiania kiepskich. Właśnie dlatego jesteśmy śmieciem – rezultatem odwiecznej selekcji negatywnej”.

Zignorowałem kołatkę i lekko zapukałem w drzwi. Uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Nie zauważyłem, że były tylko przymknięte.

To też mi się nie spodobało. Nie podobało mi się tu wiele rzeczy.

Jako dzieciak oglądałem dużo horrorów, co było dziwne, ponieważ ich nienawidziłem. Nie lubiłem, jak coś na mnie skakało. I nie znosiłem krwawych scen. Pomimo to oglądałem je, bawiąc się jakże przewidywalną głupotą głównych bohaterek. Teraz te obrazy przelatywały mi przez głowę, sceny, gdy jedna z wyżej wspomnianych bohaterek puka do drzwi, które uchylają się nieco, a ty krzyczysz do niej: „Uciekaj, ty skąpo odziana wywłoko!”, lecz ona tego nie robi, czego nie możesz zrozumieć, i dwie minuty później morderca rozbija jej czaszkę i wyjada mózg.

Powinienem natychmiast odejść.

Prawdę mówiąc, chciałem. Potem jednak przypomniała mi się rozmowa z Chynną, to, co powiedziała, i jej drżący głos. Westchnąłem, przysunąłem twarz do szpary w drzwiach i zajrzałem do przedsionka.

Ciemność.

Dość tej szpiegowskiej scenerii.

– Chynna?

Mój głos odbił się echem. Oczekiwałem ciszy. Taki powinien być następny krok, prawda? Brak odpowiedzi. Uchyliłem drzwi jeszcze trochę, ostrożnie zrobiłem krok do przodu…

– Dan? Jestem z tyłu. Wejdź.

Jej głos był stłumiony, daleki. To też mi się nie spodobało, ale w żadnym razie nie mogłem się teraz cofnąć. Wycofywanie się kosztowało mnie w życiu zbyt wiele. Przestałem się wahać. Już wiedziałem, co trzeba zrobić.

Otworzyłem drzwi, wszedłem do środka i zamknąłem je za sobą.

Ktoś inny na moim miejscu zabrałby pistolet albo jakąś inną broń. Zastanawiałem się, czy to zrobić. Jednak to nie w moim stylu. Teraz nie czas, żeby się tym martwić. „Nikogo nie ma w domu” – tak powiedziała mi Chynna. A gdyby nawet, no cóż, poradzę sobie z tym, jeśli będzie trzeba.

– Chynna?

– Wejdź do salonu, zaraz tam przyjdę.

Jej głos brzmiał… dziwnie. Zobaczyłem światło na końcu korytarza i ruszyłem w tym kierunku. Usłyszałem jakiś dźwięk. Przystanąłem i nasłuchiwałem. Odgłos płynącej wody. Może prysznica.

– Chynna?

– Przebieram się. Zaraz przyjdę.

Wszedłem do słabo oświetlonego salonu. Zauważyłem pokrętło ściemniacza i zacząłem się zastanawiać, czy ustawić jaśniejsze światło, ale w końcu zostawiłem je w spokoju. Moje oczy bardzo szybko przyzwyczajały się do półmroku. Tandetne drewniane panele wyglądały na zrobione z czegoś bardziej zbliżonego do plastiku niż rosnącego w lesie. Dwa portrety klownów z ogromnymi kwiatami w klapach wyglądały jak trofea z jakiejś szczególnie nędznej wyprzedaży likwidowanego motelu. Na barku stała otwarta gigantyczna butelka niemarkowej wódki.

Wydawało mi się, że usłyszałem szept.

– Chynna?! – zawołałem.

Żadnej odpowiedzi. Stanąłem i nasłuchiwałem kolejnego szeptu. Nic.

Ruszyłem na tyły domu, tam, skąd dobiegał szum wody.

– Zaraz przyjdę – powiedział kobiecy głos. Przystanąłem i przeszedł mnie dreszcz. Ponieważ teraz znalazłem się bliżej, więc lepiej słyszałem. I właśnie dlatego wydał mi się bardzo dziwny.

Ponieważ nie brzmiał jak głos Chynny.

Targały mną trzy różne uczucia. Pierwszym był strach. To nie Chynna. Wynoś się z tego domu. Drugim ciekawość. Jeśli to nie Chynna, to kto, do diabła, i co się tu dzieje? Trzecim znów strach. Dzwoniła do mnie Chynna, więc co się z nią stało?

Nie mogłem teraz tak po prostu uciec.

Zrobiłem krok, zamierzając wejść, i właśnie wtedy to wszystko się stało.

Reflektor zaświecił mi w oczy, oślepiając mnie. Zatoczyłem się do tyłu, zasłaniając ręką twarz.

– Dan Mercer?

Zamrugałem. Kobiecy głos. Rzeczowy. Głęboki. Dziwnie znajomy.

– Kto to?

Nagle w pokoju pojawili się inni ludzie. Mężczyzna z kamerą. Drugi z czymś wyglądającym na mikrofon na drążku. I ta kobieta o znajomym głosie, oszałamiająco piękna, z kasztanowymi włosami i w garsonce.

– Wendy Tynes, Eyewitness News. Po co tu przyszedłeś, Dan?

Otworzyłem usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Rozpoznałem tę kobietę z programu telewizyjnego, która…

– Dlaczego prowadziłeś przez Internet rozmowy o seksualnym charakterze z trzynastoletnią dziewczynką, Dan? Mamy zapis tych kontaktów.

…zastawia pułapki na pedofilów i nagrywa ich, żeby pokazać całemu światu.

– Czy przyszedłeś tu, żeby uprawiać seks z trzynastoletnią dziewczynką?

Nagle świadomość tego, co się tu dzieje, zmroziła mnie do szpiku kości. W pokoju zaroiło się od ludzi. Może byli to producenci programu. Drugi kamerzysta. Dwaj policjanci. Kamery zbliżały się do mnie. Światła stały się jeszcze jaśniejsze. Krople potu spływają mi po czole. Zaczynam coś mamrotać, zaczynam zaprzeczać.

Jednak jest już za późno.

Dwa dni później program wchodzi na antenę. Cały świat widzi.

I życie Dana Mercera, co w jakiś sposób przeczuwałem, podchodząc do tych drzwi, rozsypuje się w gruzy.

• • •

Kiedy Marcia McWaid po raz pierwszy zobaczyła puste łóżko córki, nie przestraszyła się. Strach przyszedł później.

Obudziła się o szóstej rano, wcześnie jak na niedzielny ranek, czując się po prostu wspaniale. Ted, jej mąż od dwudziestu lat, spał obok niej. Leżał na brzuchu, obejmując jej talię. Lubił spać w podkoszulku, ale bez spodni. Bez niczego. Goły od pasa w dół. „Żeby mój mały miał trochę swobody” – mawiał z kpiącym uśmiechem. A Marcia, naśladując śpiewny głosik ich nastoletniej córki, odpowiadała: „zet-de-i”, czyli „za dużo informacji”.

Wyślizgnęła się z jego objęć i boso zeszła do kuchni. Zaparzyła sobie filiżankę kawy w nowym ekspresie marki Keurig. Ted kochał gadżety – ci chłopcy i ich zabawki – ale ten nawet do czegoś się przydawał. Wystarczyło wziąć saszetkę i włożyć ją do ekspresu – i proszę, jest kawa. Żadnych wyświetlaczy, dotykowych paneli czy bezprzewodowego podłączania. Marcia uwielbiała ten ekspres.

Niedawno skończyli przybudówkę – dodatkowy pokój i łazienka oraz wystrzałowa kuchnia z przeszklonym kącikiem śniadaniowym. Ten kącik zapewniał mnóstwo porannego słońca i dlatego stał się ulubionym miejscem Marcii. Wzięła kawę oraz gazetę i usadowiła się na krześle przy oknie, siadając na podwiniętych nogach.

Kawałeczek nieba.

Zaczęła czytać gazetę i popijać kawę. Za kilka minut będzie musiała zacząć realizować plan dnia. Ryan, jej trzecioklasista, o ósmej rano ma mecz koszykówki. Ted był trenerem jego drużyny. Ta już drugi sezon z rzędu nie wygrała żadnego meczu.

– Dlaczego twoje drużyny nigdy nie wygrywają? – zapytała go Marcia.

– Wybieram dzieciaki na podstawie dwóch kryteriów.

– Jakich?

– Czy ojciec jest miły, a matka seksowna.

Udała, że go policzkuje, i może trochę by się tym przejęła, gdyby nie widziała wystających za boczną linią matek i nie wiedziała na pewno, że żartował. Ted był wspaniałym trenerem, nie w kwestii strategii, ale podejścia do chłopców. Oni go uwielbiali, a także jego niechęć do rywalizacji, więc nawet nieudolni zawodnicy, którzy zwykle zniechęcali się i rezygnowali w trakcie sezonu, przychodzili co tydzień. Ted sparafrazował tytuł piosenki Bon Joviego You Give Losing a Good Name. Dzieciaki śmiały się i oklaskiwały każdy celny rzut, a kiedy jest się w trzeciej klasie, tak powinno być.

Czternastoletnia córka Marcii, Patricia, miała próbę szkolnego przedstawienia, będącego skróconą wersją musicalu Nędznicy. Wprawdzie grała w nim niewielką rólkę, lecz ciężko pracowała. Najstarsza, Haley, uczennica klasy maturalnej, prowadziła „ćwiczenia kapitańskie” dziewczęcej drużyny lacrosse. Ćwiczenia kapitańskie były nieoficjalnymi porannymi treningami prowadzonymi według wytycznych dostarczonych przez szkołę. Krótko mówiąc, bez trenerów czy nauczycieli, luźne spotkania pod przewodnictwem kapitanów, żeby zawodnicy mogli sobie pograć, jeśli chcieli.

Jak większość rodziców z przedmieść Marcia kochała sport i go nienawidziła. Nie potrafiła traktować go obojętnie, chociaż wiedziała, że w całym procesie kształcenia jest stosunkowo mało ważny.

Pół godziny spokoju przed rozpoczęciem dnia. Tylko tyle potrzebowała.

Skończyła pierwszą filiżankę, zaparzyła sobie drugą i zabrała się do części gazety poświęconej modzie. W domu nadal było cicho. Weszła na górę, żeby popatrzeć na swoje pociechy. Ryan spał na boku, twarzą do drzwi, tak że z łatwością mogła dostrzec, jak bardzo jest podobny do ojca.

Pokój Patricii był obok. Ona też spała.

– Kochanie?

Patricia się poruszyła, być może coś wymamrotała. Jej pokój, tak samo jak pokój Ryana, wyglądał, jakby ktoś rozmieścił laski dynamitu w strategicznie wybranych szufladach, wysadzając je w powietrze: część rzeczy padła na podłogę, inne bezwładnie zawisły w połowie drogi, udrapowane na komodzie jak polegli na barykadzie podczas rewolucji francuskiej.

– Patricio? Za godzinę masz próbę.

– Już się obudziłam – jęknęła dziewczynka, a jej głos świadczył o tym, że wcale tak nie jest.

Marcia poszła do następnego pokoju, należącego do Haley, i zajrzała do środka.

Łóżko było puste.

A także zaścielone, jednak to nie było żadnym zaskoczeniem. W przeciwieństwie do pokoi rodzeństwa pokój Haley był schludny i czysty, idealnie uporządkowany. Jak wystawa salonu meblowego. Na podłodze nie leżały ubrania, a wszystkie szuflady były zamknięte. Trofea – a było ich wiele – stały w idealnych rzędach na czterech półkach. Czwartą półkę Ted powiesił niedawno, po tym gdy drużyna Haley wygrała wakacyjny turniej we Franklin Lakes. Haley mozolnie podzieliła trofea na cztery półki, nie chcąc, by na nowej stało tylko to jedno. Marcia nie wiedziała dlaczego. Zapewne Haley nie chciała, by wyglądało na to, że oczekuje kolejnych, ale głównym powodem była jej niechęć do wszelkiego nieładu. Wszystkie trofea ustawiała w idealnie równych odstępach, zmniejszając je w miarę zdobywania kolejnych nagród – najpierw co dziesięć centymetrów, potem siedem, potem cztery. Haley lubiła równowagę. Była dobrą dziewczyną i chociaż było to cudowne, ambitne, zabawnie skore do rywalizacji dziecko, które bez przypominania odrabiało lekcje i nie chciało, by ktoś o nim źle myślał, miało charakter graniczący z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi, co niepokoiło Marcię.

Teraz zastanawiała się, o której Haley przyszła do domu. Haley nie musiała wracać o wyznaczonej godzinie, ponieważ była odpowiedzialna, przed maturą, i nigdy tego nie wykorzystywała. Zmęczona Marcia poszła spać o dwudziestej drugiej. Ted, w stanie ustawicznej „gotowości”, wkrótce podążył za nią.

Marcia już miała pójść dalej i zapomnieć o sprawie, gdy coś, nie wiedziała co, kazało jej nastawić pranie. Ruszyła do łazienki Haley. Młodsze dzieci, Ryan i Patricia, uważały, że „pojemnik” to eufemistyczne określenie podłogi lub wszystkich innych miejsc, lecz Haley oczywiście obowiązkowo i nabożnie co wieczór wkładała noszone przez cały dzień ubranie do kosza na brudną bieliznę. I właśnie wtedy Marcia poczuła, że w jej piersi zaczyna formować się kamień.

Kosz był pusty.

Kamień w piersi rósł, gdy Marcia sprawdzała szczoteczkę do zębów Haley, a potem umywalkę i prysznic.

Wszystko suche jak piasek.

Kamień w piersi rósł, gdy zadzwoniła do Teda, starając się ukryć strach w głosie. Narastał, gdy pojechali na ćwiczenia kapitańskie i dowiedzieli się, że Haley nie przyszła. Narastał, gdy dzwoniła do przyjaciółek córki, podczas gdy Ted rozsyłał e-maile – i nikt nie wiedział, gdzie jest Haley. Narastał, gdy zadzwonili na policję, która – wbrew protestom Marcii i Teda – uważała, że Haley uciekła z domu, żeby upuścić sobie trochę pary. Narastał, gdy po czterdziestu ośmiu godzinach sprawą zajęło się FBI. Narastał, gdy po tygodniu nadal nie natrafiono na ślad córki.

Jakby zapadła się pod ziemię.

Minął miesiąc. Nic. Potem dwa. Nadal ani słowa. Aż w końcu, po ponad dwóch miesiącach, przyszła wiadomość i ten kamień, który rósł w piersi Marcii, który nie pozwalał jej oddychać i spać po nocach, przestał rosnąć.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

TRZY MIESIĄCE PÓŹNIEJ

– Czy przysięga pani mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, tak dopomóż Bóg?

Wendy Tynes powiedziała, że tak, zajęła miejsce na podium i się rozejrzała. Miała wrażenie, że jest na scenie, do czego była przyzwyczajona jako reporterka wiadomości telewizyjnych i w ogóle, ale tym razem czuła się nieswojo. Zobaczyła rodziców ofiar Dana Mercera. Cztery pary. Byli tutaj codziennie. Z początku przynosili zdjęcia swoich dzieci, oczywiście niewinnych, i trzymali je w górze, ale sędzia im tego zabroniła. Teraz siedzieli w milczeniu, patrząc, i to w jakiś sposób było jeszcze bardziej przygnębiające.

Ławka była niewygodna. Wendy zmieniła pozycję, skrzyżowała, a potem wyprostowała nogi i czekała.

Flair Hickory, znakomity prawnik obrony, wstał i Wendy po raz kolejny zadała sobie pytanie, jak Dana Mercera było na niego stać. Flair jak zawsze miał na sobie szary garnitur w różowe prążki, różową koszulę i takiż krawat. Przeszedł przez salę w sposób, który łagodnie można by nazwać „teatralnym”, a w istocie bardziej przypominał coś, co mógłby zrobić ekstrawagancki pianista Liberace, gdyby odważył się naprawdę zaszaleć.

– Pani Tynes – zaczął z zachęcającym uśmiechem. Taki miał styl. Był gejem, owszem, ale wygrywał to w sądzie jak Harvey Fierstein w skórzanych motocyklowych spodniach grający jazzmana Lizy’ego. – Nazywam się Flair Hickory. Dzień dobry pani.

– Dzień dobry – odpowiedziała.

– Pracuje pani przy realizacji tego sensacyjnego tabloidowego programu telewizyjnego zatytułowanego Przyłapani na gorącym uczynku, prawda?

– Sprzeciw – powiedział oskarżyciel, prokurator Lee Portnoi. – To program telewizyjny. Nie ma dowodów popierających twierdzenie, iż ten program jest sensacyjny bądź tabloidowy.

Flair się uśmiechnął.

– Czy chciałby pan, żebym przedstawił dowód, panie Portnoi?

– To nie będzie konieczne – rzekła sędzia Lori Howard głosem, który już zdradzał zmęczenie. Zwróciła się do Wendy: – Proszę odpowiedzieć na pytanie.

– Już nie pracuję przy realizacji tego programu – powiedziała Wendy.

Flair udał zdziwionego.

– Nie? Jednak pracowała pani?

– Tak.

– Cóż więc się stało?

– Program został zdjęty z anteny.

– Z powodu niskiej oglądalności?

– Nie.

– Naprawdę? Zatem dlaczego?

– Wysoki Sądzie – odezwał się Portnoi – wszyscy znamy powody.

Lori Howard skinęła głową.

– Proszę dalej, panie Hickory.

– Zna pani mojego klienta, Dana Mercera?

– Tak.

– I włamała się pani do jego domu, prawda?

Wendy starała się wytrzymać jego spojrzenie i nie wyglądać na winną, cokolwiek, do licha, to oznaczało.

– To niezupełnie ścisłe określenie, nie.

– Nie? Cóż, moja droga, chcę mieć pewność, że jesteśmy tak dokładni, jak to tylko możliwe, zatem cofnijmy się w czasie, dobrze?

Przeszedł przez salę, jakby to był wybieg dla modelek w Mediolanie. Miał nawet czelność uśmiechnąć się do rodzin ofiar. Większość z nich demonstracyjnie na niego nie patrzyła, lecz jeden z ojców, Ed Grayson, przeszywał go wzrokiem, co najwidoczniej Flaira nie peszyło.

– W jaki sposób poznała pani mojego klienta?

– Nawiązał ze mną kontakt na czacie.

Brwi Flaira uniosły się pod niebo.

– Naprawdę? – Jakby była to najbardziej fascynująca rzecz, jaką ktokolwiek powiedział. – Jakiego rodzaju czacie?

– Na czacie, w którym uczestniczyły dzieci.

– I pani też uczestniczyła w tym czacie?

– Tak.

– Pani nie jest dzieckiem, pani Tynes. Chcę powiedzieć, że może nie jest pani w moim typie, ale nawet ja widzę, że jest pani dość atrakcyjną młodą kobietą.

– Sprzeciw!

Sędzia Howard westchnęła.

– Panie Hickory?

Flair uśmiechnął się i przepraszająco pomachał ręką. Tylko jemu uchodziły takie numery.

– No cóż, pani Tynes, kiedy uczestniczyła pani w tym czacie, udawała pani nieletnią dziewczynkę, zgadza się?

– Tak.

– I brała udział w rozmowach mających zachęcić mężczyzn do uprawiania z panią seksu, zgadza się?

– Nie.

– Jak to?

– Zawsze czekałam, aż zrobią pierwszy krok.

Flair pokręcił głową i mlasnął.

– Gdybym dostawał dolara za każdym razem, gdy to mówiłem…

Po sali sądowej przetoczył się głośny śmiech widzów.

– Mamy zapisy tych rozmów, panie Hickory – przypomniała sędzia. – Możemy je przeczytać i wyciągnąć własne wnioski.

– Doskonała uwaga, Wysoki Sądzie, dziękuję.

Wendy zastanawiała się, dlaczego nie ma tu Dana Mercera, lecz to zapewne było oczywiste. To wstępne przesłuchanie dowodowe, tak więc jego obecność nie była obowiązkowa. Flair Hickory miał nadzieję, że nakłoni sąd do odrzucenia okropnego, obrzydliwego, niesmacznego materiału dowodowego, który policja znalazła w komputerze Mercera i w jego domu. Gdyby mu się to udało – choć wszyscy się zgadzali, że ma niewielkie szanse – sprawa wytoczona Danowi Mercerowi zapewne by upadła i ten chory zboczeniec wyszedłby na wolność.

– A przy okazji – Flair odwrócił się do Wendy – skąd pani wiedziała, że to mój klient prowadzi z panią te rozmowy?

– Z początku nie wiedziałam.

– Och tak? I myślała pani, że z kim rozmawia?

– Nie znałam nazwiska. W tym rzecz. Na tamtym etapie wiedziałam tylko, że to jakiś facet propagujący seks z nieletnimi dziewczętami.

– Skąd pani to wiedziała?

– Przepraszam?

Flair nakreślił w powietrzu cudzysłów.

– „Propagujący seks z nieletnimi dziewczętami”, jak to pani ujęła. Skąd pani wiedziała, że właśnie to robiła osoba biorąca udział w konwersacji?

– Jak powiedziała pani sędzia, panie Hickory, proszę przeczytać zapisy rozmów.

– Och, zrobiłem to. I wie pani, do jakiego doszedłem wniosku?

To zelektryzowało Lee Portnoia.

– Sprzeciw. Nie obchodzi nas, do jakich wniosków doszedł pan Hickory. Nie on składa zeznanie.

– Podtrzymany.

Flair wrócił do swojego biurka i zaczął przeglądać notatki. Wendy spojrzała na galerię. To podtrzymywało ją na duchu. Ci ludzie tyle wycierpieli. Wendy pomagała im znaleźć sprawiedliwość. Mogła udawać obojętność lub twierdzić, że to tylko jej praca, ale to dużo dla niej znaczyło – dobro, które czyniła. Jednak kiedy napotkała spojrzenie Eda Graysona, zobaczyła coś, co jej się nie spodobało. Coś jakby gniew. Albo wyzwanie.

Flair odłożył papiery.

– No cóż, pozwoli pani, że ujmę to w taki sposób, pani Tynes: gdyby przeciętna rozsądna osoba przeczytała te zapisy, czy mogłaby zdecydowanie i bez cienia wątpliwości stwierdzić, że jedną z uczestniczek tych rozmów była atrakcyjna, trzydziestosześcioletnia reporterka…

– Sprzeciw!

– …czy może uznać, iż pisała je trzynastoletnia dziewczynka?

Wendy otworzyła usta, zamknęła je i czekała.

– Może pani odpowiedzieć – rzekła sędzia Howard.

– Udawałam trzynastoletnią dziewczynkę.

– Ach – westchnął Flair. – Któżby nie chciał nią być?

– Panie Hickory – ostrzegła go sędzia.

– Przepraszam, Wysoki Sądzie, nie mogłem się oprzeć. No cóż, pani Tynes, gdybym tylko przeczytał treść tych rozmów, nie wiedziałbym, że pani udawała, prawda? Myślałbym, że naprawdę jest pani trzynastoletnią dziewczynką.

Lee Portnoi rozłożył ręce.

– Czy mamy tu jakieś pytanie?

– Już je zadaję, mój słodki, więc słuchaj. Czy te wiadomości były pisane przez trzynastoletnią dziewczynkę?

– To pytanie już padło i otrzymaliśmy na nie odpowiedź, Wysoki Sądzie.

– Chodzi o proste „tak” lub „nie” – powiedział Flair.

– Czy autorką tych wiadomości była trzynastoletnia dziewczynka?

Sędzia Howard skinieniem głowy zezwoliła na odpowiedź.

– Nie – przyznała Wendy.

– W istocie, jak pani powiedziała, udawała pani trzynastoletnią dziewczynkę, zgadza się?

– Zgadza się.

– Iz tego, co pani wiedziała, wynikało, że osoba, z którą pani rozmawiała, udaje dorosłego mężczyznę pragnącego seksu z nieletnią. Równie dobrze mogła pani rozmawiać z zakonnicą albinoską chorą na półpasiec, zgadza się?

– Sprzeciw.

Wendy spojrzała Flairowi w oczy.

– Zakonnica albinoska chora na półpasiec nie pojawiła się w domu dziewczynki, pragnąc seksu.

Jednak Flair nie dał się zbić z tropu.

– A co to był za dom, pani Tynes? Ten, w którym umieściła pani swoje kamery? Niech mi pani powie, czy mieszkała tam jakaś dziewczynka?

Wendy milczała.

– Proszę odpowiedzieć na pytanie – ponagliła ją sędzia.

– Nie.

– Jednak pani tam była, zgadza się? Może ktoś rozmawiał z panią na tym internetowym czacie… a w tym momencie nie wiemy, kto to był… może oglądał pani program… – Flair wypowiedział to w taki sposób, jakby słowo „program” miało nieprzyjemny smak. – I postanowił udawać, żeby spotkać atrakcyjną trzydziestosześcioletnią gwiazdę telewizji. Czy to nie jest możliwe?

Portnoi wstał.

– Sprzeciw, Wysoki Sądzie. Te kwestie rozstrzygnie sąd.

– Racja – rzekł Flair. – Możemy tam omówić tę oczywistą sprawę podstępnej prowokacji. – Znowu odwrócił się do Wendy. – Pozostańmy przy nocy z siedemnastego na osiemnastego stycznia, dobrze? Co się zdarzyło po tym, jak spotkała pani mojego klienta w swoim domu pułapce?

Wendy spodziewała się, że prokurator zaprotestuje przeciwko słowu „pułapka”, ale widocznie uznał, że zgłosił już dość sprzeciwów.

– Pański klient uciekł.

– Po tym, jak wyskoczyliście na niego z kamerami, reflektorami i mikrofonami, zgadza się?

Znów zaczekała na sprzeciw, zanim odpowiedziała:

– Tak.

– Niech mi pani powie, pani Tynes, czy w taki sposób reaguje większość mężczyzn, którzy przychodzą do pani domu pułapki?

– Nie. Najczęściej zostają i próbują się tłumaczyć.

– I większość tych mężczyzn jest winna?

– Tak.

– Jednak mój klient postąpił inaczej. Interesujące.

Portnoi znowu wstał.

– Dla pana Hickory’ego to może być interesujące. Dla pozostałych z nas jego prawnicze kruczki…

– Tak, dobrze, wycofuję – powiedział Flair, jakby robił mu grzeczność. – Spokojnie, tu nie ma ławy przysięgłych. Nie uważa pan, że nasza pani sędzia przejrzy moje „prawnicze sztuczki” bez pańskiej pomocy? – Poprawił spinkę przy mankiecie koszuli. – Zatem, pani Tynes, włączyła pani kamery i światła, po czym wyskoczyła pani z mikrofonem, a Dan Mercer uciekł. Czy tak?

– Tak.

– I co pani zrobiła?

– Kazałam mojej ekipie podążać za nim.

Flair udał wstrząśniętego.

– Czy pani ekipa to funkcjonariusze policji, pani Tynes?

– Nie.

– Czy sądzi pani, że osoby prywatne powinny ścigać podejrzanych bez pomocy funkcjonariuszy policji?

– Był z nami policjant.

– Och, proszę – mruknął ze sceptyczną miną Hickory.

– Pani program to zwyczajne szukanie sensacji. Najgorszego rodzaju tabloid…

Wendy mu przerwała:

– Spotkaliśmy się już wcześniej, panie Hickory.

To powstrzymało jego tyradę.

– Czyżby?

– Kiedy byłam asystentką reżysera programu Aktualna sprawa. Zaangażowałam pana jako eksperta komentującego proces Roberta Blake’a oskarżonego o morderstwo.

Odwrócił się do widowni i nisko się skłonił.

– A więc, panie i panowie, ustaliliśmy fakt, że jestem medialną dziwką. Celny cios. – Kolejny wybuch śmiechu. – Mimo to, pani Tynes, czy próbuje pani powiedzieć sądowi, że organy ścigania aprobowały pani dziennikarskie manipulacje w stopniu skłaniającym je do współpracy?

– Sprzeciw.

– Zezwalam.

– Ależ, Wysoki Sądzie…

– Odrzucony. Niech pan siada, panie Portnoi.

– Współpracujemy z policją i prokuraturą – wyjaśniła Wendy. – To dla nas bardzo ważne, aby nie łamać prawa.

– Rozumiem. Zatem działała pani razem z organami ścigania, tak?

– Niezupełnie, nie.

– A zatem jak, pani Tynes? Czy zastawiła pani tę pułapkę na własną rękę bez wiedzy i współpracy organów ścigania?

– Nie.

– No dobrze. Czy kontaktowała się pani z policją i biurem prokuratora przed tamtą nocą siedemnastego stycznia w związku z osobą mojego klienta?

– Tak, kontaktowaliśmy się z biurem prokuratora.

– Cudownie, dziękuję. Powiedziała pani, że kazała swojej ekipie ścigać mojego klienta, zgadza się?

– Nie użyła takiego sformułowania – odezwał się Portnoi. – Powiedziała „podążać”.

Flair spojrzał na niego jak na natrętnego owada.

– Tak, dobrze, niech będzie… „ścigać”, „podążać”, możemy przedyskutować różnicę innym razem. Kiedy mój klient uciekł, pani Tynes, dokąd się pani udała?

– Do jego miejsca zamieszkania.

– Dlaczego?

– Doszłam do wniosku, że prędzej czy później Dan Mercer się tam zjawi.

– Zatem czekała tam pani na niego, w jego miejscu zamieszkania?

– Tak.

– Czy pozostała pani na zewnątrz?

Wendy się skrzywiła. Dochodzili do sedna. Spojrzała na twarze widzów, popatrzyła w oczy Eda Graysona, którego dziewięcioletni syn był wczesną ofiarą Dana Mercera. Czuła na sobie jego ciężki wzrok, gdy powiedziała:

– Zobaczyłam zapalone światło.

– W domu Dana Mercera?

– Tak.

– To dziwne. – Głos Flaira ociekał sarkazmem. – Nigdy nie słyszałem, by ktoś zostawił zapalone światło, wychodząc z domu.

– Sprzeciw!

Sędzia Howard westchnęła.

– Panie Hickory.

Flair nie odrywał wzroku od Wendy.

– I co pani zrobiła, pani Tynes?

– Zapukałam do drzwi.

– Czy mój klient otworzył?

– Nie.

– Czy ktokolwiek otworzył?

– Nie.

– I co zrobiła pani wtedy, pani Tynes?

Wendy starała się nie wiercić, opisując swoje poczynania.

– Wydawało mi się, że w środku coś się poruszyło.

– Wydawało się pani, że coś się poruszyło – powtórzył Flair. – O rany, czy może pani wyrażać się jeszcze bardziej niejasno?

– Sprzeciw!

– Cofam pytanie. Co pani wtedy zrobiła?

– Nacisnęłam klamkę. Drzwi nie były zamknięte. Otworzyłam je.

– Naprawdę? Dlaczego pani to zrobiła?

– Byłam zaniepokojona.

– Zaniepokojona czym?

– Zdarzały się przypadki, gdy pedofile robili sobie krzywdę, kiedy ich przyłapano.

– Istotnie? Zatem martwiła się pani, że w wyniku zastawionej przez panią pułapki mój klient może popełnić samobójstwo?

– Coś w tym rodzaju, tak.

Flair przycisnął dłoń do piersi.

– Jestem wzruszony.

– Wysoki Sądzie! – krzyknął Portnoi.

Flair znów zbył go machnięciem ręki.

– Zatem chciała pani ratować mojego klienta?

– Gdyby była taka potrzeba, chciałam go powstrzymać.

– Na antenie używała pani takich słów, jak: „zboczeniec”, „psychol”, „zdeprawowany”, „potwór” i „śmieć”, opisując tych, których pani łapie, zgadza się?

– Tak.

– Jednak dzisiaj zeznaje pani, że była gotowa włamać się do jego domu… w istocie złamać prawo… aby ratować życie mojego klienta?

– Chyba można tak powiedzieć.

– Jakże szlachetnie.

Jego głos nie tylko ociekał sarkazmem, ale brzmiał jak marynowany w nim przez wiele dni.

– Sprzeciw!

– To nie była szlachetność – wyjaśniła Wendy. – Chcę, by ci ludzie zostali postawieni przed sądem, aby rodzina otrzymała zadośćuczynienie. Samobójstwo to łatwe wyjście.

– Rozumiem. I co się stało, gdy włamała się pani do domu mojego klienta?

– Sprzeciw – powiedział Portnoi. – Pani Tynes powiedziała, że drzwi nie były zamknięte…

– Tak, dobrze, weszła, włamała się, cokolwiek zadowoli szanownego pana. – Flair podparł się pod boki. – Byle przestał pan przerywać. Co się stało, pani Tynes, po tym jak pani weszła… – znów powiedział to z bezgranicznym sarkazmem – do domu mojego klienta?

– Nic.

– Mój klient nie próbował zrobić sobie krzywdy?

– Nie.

– Co robił?

– Nie było go.

– W rzeczy samej, czy ktokolwiek był w środku?

– Nie.

– A to „poruszenie”, które może pani widziała?

– Nie wiem.

Flair skinął głową.

– Zeznała pani, że pojechała do domu mojego klienta niemal natychmiast po tym, jak uciekł, a pani ekipa zaczęła go gonić. Czy naprawdę sądziła pani, że zdążyłby wrócić do domu i szykować się do popełnienia samobójstwa?

– Mógł znać najkrótszą drogę i miał przewagę. Tak, uważałam, że zdążyłby.

– Rozumiem. Jednak myliła się pani, nieprawdaż?

– Co do czego?

– Mój klient nie udał się prosto do domu, prawda?

– Nie do domu, zgadza się.

– Jednak pani weszła do domu pana Mercera, zanim przybył tam on sam albo policja, zgadza się?

– Tylko na krótką chwilę.

– Jak długo trwa krótka chwila?

– Nie jestem pewna.

– No cóż, musiała pani sprawdzić wszystkie pomieszczenia, mam rację? Upewnić się, że nie wisi na pasku na jakiejś belce, zgadza się?

– Sprawdziłam tylko to pomieszczenie, w którym paliło się światło. Kuchnię.

– Co oznacza, że musiała pani co najmniej przejść przez salon. Niech mi pani powie, pani Tynes, co pani zrobiła po ustaleniu, że mojego klienta nie ma w domu?

– Wyszłam na dwór i czekałam.

– Na co?

– Aż zjawi się policja.

– Zjawiła się?

– Tak.

– I miała nakaz przeszukania domu mojego klienta, zgadza się?

– Tak.

– I chociaż rozumiem, że kierowały panią szlachetne pobudki, kiedy włamała się pani do domu mojego klienta, to czy jednocześnie choć trochę nie martwiła się pani o to, czy zastawiona pułapka spełni swoje zadanie?

– Nie.

– Od programu z siedemnastego stycznia dokładnie zbadała pani przeszłość mojego klienta. Czy poza tym, co policja znalazła w jego domu tamtej nocy, odkryła pani jakieś inne solidne dowody jego nielegalnych poczynań?

– Jeszcze nie.

– Uznam to za „nie”. Krótko mówiąc, bez dowodów znalezionych przez policję podczas przeszukania nie miałaby pani niczego, co wiązałoby mojego klienta z jakimkolwiek przestępstwem, zgadza się?

– Pojawił się tamtej nocy w tamtym domu.

– W domu pułapce, gdzie nie mieszkała żadna nieletnia dziewczynka. Tak więc w istocie, pani Tynes, ta sprawa i pani… hm… reputacja opiera się wyłącznie na materiałach znalezionych w domu mojego klienta. Bez nich niczego nie macie. Zatem miała pani sposobność oraz istotny powód, by podrzucić te obciążające dowody, nieprawdaż?

Lee Portnoi zerwał się na równe nogi.

– Wysoki Sądzie, to śmieszne. Ten spór powinna rozstrzygnąć ława przysięgłych.

– Pani Tynes przyznała się do nielegalnego wtargnięcia do domu bez nakazu – zauważył Flair.

– Doskonale – prychnął Portnoi. – Zatem oskarżcie ją o włamanie, jeśli myślicie, że zdołacie to udowodnić. I jeśli pan Hickory chce przedstawiać absurdalne teorie ozakonnicach albinoskach lub podrzuconych dowodach, to jego prawo, ale podczas procesu. Przed ławą przysięgłych. A wtedy będę mógł przedstawić dowody wykazujące, jak absurdalne są jego teorie. Od tego mamy sale sądowe i procesy. Pani Tynes jest osobą prywatną, a osoby prywatnej nie obowiązują przepisy funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości. Nie można odrzucić plików komputerowych i zdjęć, Wysoki Sądzie. Zostały znalezione podczas legalnego przeszukania z podpisanym nakazem. Niektóre z tych obrzydliwych zdjęć były ukryte w garażu i za regałem z książkami i pani Tynes w żaden sposób nie mogła ich podrzucić w ciągu tej krótkiej chwili lub nawet kilkunastu minut, jakie może spędziła w tym mieszkaniu.

Flair pokręcił głową.

– Wendy Tynes włamała się do tego domu ze szczególnych, w najlepszym razie, powodów. Zapalone światło? Jakiś ruch? Proszę. Ponadto miała istotny powód oraz sposobność, aby podrzucić dowody, a wiedziała, że dom Dana Mercera zostanie wkrótce przeszukany. To gorsze niż owoce zatrutego drzewa. Wszelkie dowody znalezione w tym domu powinny być wykluczone.

– Wendy Tynes jest osobą prywatną.

– To nie daje jej carte blanche. Mogła z łatwością podrzucić tam laptop i te fotografie.

– Ten argument może pan przedstawić ławie przysięgłych.

– Wysoki Sądzie, znalezione materiały są skrajnie szkodliwe dla mojego klienta. Zgodnie z jej własnym zeznaniem, pani Tynes jest najwyraźniej kimś więcej niż osobą prywatną. Kilkakrotnie zapytałem ją o jej powiązania z prokuraturą. Sama przyznała, że była ich agentem.

Słysząc to, Lee Portnoi poczerwieniał.

– To śmieszne, Wysoki Sądzie. Czy każdy reporter pracujący nad programem o przestępstwie jest teraz uważany za przedstawiciela prawa?

– Wendy Tynes sama przyznała, że współpracowała ściśle z pańskim biurem, panie Portnoi. Mogę kazać stenografowi odczytać tę część o obecności policjanta i kontaktach z biurem prokuratora.

– To nie czyni z niej przedstawiciela prawa.

– To tylko semantyka i pan Portnoi o tym wie. Bez Wendy Tynes jego biuro nie miałoby niczego obciążającego mojego klienta. Cała sprawa, wszystkie przestępstwa, o które jest teraz oskarżony mój klient, wyrosły z pułapki zastawionej przez panią Tynes. Bez jej udziału nie zostałby wystawiony żaden nakaz.

Portnoi przeszedł przez salę.

– Wysoki Sądzie, być może to pani Tynes przedstawiła tę sprawę mojemu biuru, lecz rozumując w ten sposób, każdy świadek lub osoba przychodząca ze skargą byłaby uznawana za agenta…

– Dość już usłyszałam – ucięła sędzia Howard. Uderzyła młotkiem w pulpit i wstała. – Ogłoszę werdykt rano.

2

– No cóż – powiedziała Wendy do Portnoia na korytarzu. – Kiepsko.

– Sędzia nie odrzuci dowodów.

Wendy nie była tego taka pewna.

– W pewnym sensie dobrze się stało – stwierdził Portnoi.

– Jak to?

– Ta sprawa jest zbyt poważna, żeby odrzucić zebrane dowody – rzekł, wskazując prawnika obrony. – Flair tylko zdradził nam, jaką strategię zastosuje podczas procesu.

Przed nimi Jenna Wheeler, była żona Dana Mercera, odpowiadała na pytania konkurencyjnej reporterki telewizyjnej. Pomimo obciążających go dowodów Jenna niezłomnie popierała byłego męża, twierdząc, że zarzuty przeciwko niemu zostały spreparowane. To stanowisko, z punktu widzenia Wendy zarówno godne podziwu, jak i naiwne, uczyniło Jennę w mieście kimś w rodzaju pariasa.

Jeszcze dalej Flair Hickory konferował z kilkoma dziennikarzami. Uwielbiali go, oczywiście, tak jak Wendy, kiedy robiła reportaże ze spraw, w których bronił. On nadał zupełnie nową jakość określeniu „błyskotliwy”. Teraz jednak, kiedy stała się obiektem jego pytań, zrozumiała, że jest nie tylko błyskotliwy, ale także bezlitosny.

Ściągnęła brwi.

– Flair Hickory nie wygląda na głupca.

Flair sprawił, że zauroczeni dziennikarze się roześmiali, poklepał kilku po plecach. Kiedy w końcu został sam, zdziwiona Wendy zobaczyła, że podchodzi do niego Ed Grayson.

– Oho – mruknęła.

– Co?

Wskazała ruchem głowy. Portnoi podążył wzrokiem za jej spojrzeniem. Grayson, postawny mężczyzna o krótko ostrzyżonych siwych włosach, stanął przed Flairem Hickorym. Popatrzyli na siebie. Grayson przysuwał się coraz bliżej do Flaira, lecz ten się nie cofał.

Portnoi zrobił kilka kroków w ich stronę.

– Panie Grayson?

Stali bardzo blisko siebie, twarzą w twarz. Grayson odwrócił głowę w kierunku prokuratora i przeszył go wzrokiem.

– Wszystko w porządku? – zapytał Portnoi.

– Jak najbardziej – odparł Grayson.

– Panie Hickory?

– Jesteśmy kumplami. Tak tylko sobie przyjacielsko gawędzimy.

Grayson przeniósł spojrzenie na Wendy, której znów nie spodobało się to, co zobaczyła w jego oczach.

– Cóż, jeśli już skończyliśmy, panie Grayson… – powiedział Hickory.

Grayson nie odpowiedział. Hickory odwrócił się i odszedł. Grayson podszedł do Portnoia i Wendy.

– Czy mogę coś dla pana zrobić? – zapytał Portnoi.

– Nie.

– Mogę spytać, o czym rozmawiał pan z panem Hickorym?

– Może pan. – Grayson spojrzał na Wendy. – Myśli pani, że sędzia kupiła pani bajeczkę, pani Tynes?

– To nie była bajeczka.

– Ale także nie cała prawda, czyż nie?

Ed Grayson odwrócił się i odszedł.

– Co to było, do diabła? – spytała Wendy.

– Nie mam pojęcia – odparł Portnoi. – Nie przejmuj się nim. Ani Flairem. Jest dobry, ale nie wygra tej rundy. Jedź do domu, zrób sobie drinka, będzie dobrze.

Wendy nie pojechała do domu. Skierowała się do swojego studia telewizyjnego w Secaucus w New Jersey z widokiem na kompleks sportowy Meadowlands. Ten widok bynajmniej nie był uspokajający: bagna i mokradła wypierane przez nieustanną rozbudowę. Sprawdziła pocztę elektroniczną i znalazła wiadomość od szefa, kierownika produkcji Vica Garretta. Ta wiadomość, chyba najdłuższa, jaką Vic kiedykolwiek wysłał pocztą elektroniczną, brzmiała: Przyjdź do mnie natychmiast.

Była piętnasta trzydzieści. Jej syn Charlie, uczeń ostatniej klasy liceum w Kasselton, powinien być już w domu. Zadzwoniła na jego komórkę, ponieważ nigdy nie odbierał, gdy dzwonił telefon stacjonarny. Charlie zgłosił się po czwartym dzwonku swoim zwyczajowym powitaniem:

– Co?

– Jesteś w domu?

– Taak.

– Co robisz?

– Nic.

– Masz jakieś lekcje do odrobienia?

– Trochę.

– Odrobiłeś?

– Odrobię.

– Dlaczego nie teraz?

– Mam mało zadane. Zajmie mi to góra dziesięć minut.

– O to mi chodzi. Jeśli to tylko trochę, to odrób je i miej to z głowy.

– Później.

– A co robisz teraz?

– Nic.

– Więc po co czekać? Dlaczego nie odrobisz lekcji teraz? Nowy dzień, ta sama rozmowa. Charlie w końcu powiedział, że zabierze się do tego „za minutkę”, co oznaczało „jeśli powiem »za minutkę«, to może przestaniesz się czepiać”.

– Pewnie wrócę do domu koło siódmej – powiedziała Wendy. – Chcesz, żebym kupiła jakąś chińszczyznę?

– Bamboo House.

– W porządku. Nakarm Jerseya o czwartej.

– Dobrze.

– Nie zapomnij.

– Uhm.

– A lekcje?

– Cześć.

Klik.

Odetchnęła głęboko. Charlie był teraz siedemnastolatkiem, maturzystą i wrzodem na tyłku. Właśnie zakończyli polowanie na college, czynność, którą rodzice z przedmieść wykonują z bezwzględnością mogącą wywołać rumieniec wstydu na twarzy despoty z Trzeciego Świata, uzyskując akceptację uczelni Franklin & Marshall w Lancaster w Pensylwanii. Jak każdy nastolatek Charlie był przestraszony i zdenerwowany tą ogromną zmianą w swoim życiu, ale nie tak jak jego matka. Charlie, jej piękny, chimeryczny, męczący syn, był wszystkim, co miała. Już od ośmiu lat byli sami, samotna matka i jedynak, radzący sobie na tym wielkim białym przedmieściu. Czas szybko mijał, oczywiście, jak to zawsze jest z dziećmi. Wendy nie chciała, żeby Charlie opuścił dom. Patrzyła na niego co wieczór, widziała tę męczącą doskonałość i tak jak to robiła, od kiedy skończył cztery latka, w duchu marzyła, żeby pozostał właśnie taki, w tym wieku, ani o dzień starszy czy młodszy, aby jej piękny syn jeszcze trochę przy niej został.

Ponieważ wkrótce będzie sama.

Na ekranie monitora pojawił się następny e-mail. Znowu od szefa: Którą część „przyjdź do mnie natychmiast” pozostawiłem do dowolnej interpretacji?

Wcisnęła „odpowiedz” i wystukała: „Idę”.

Ponieważ gabinet Vica znajdował się po drugiej stronie korytarza, cała ta korespondencja wydawała się bezsensowna i irytująca, ale taki jest ten nasz świat. Ona i Charlie często przesyłali sobie krótkie wiadomości tekstowe, chociaż oboje byli w domu. Zbyt zmęczona, by krzyczeć, pisała: Czas do łóżka albo Wyprowadź Jerseya, albo zawsze aktualne: Dość siedzenia przy komputerze, poczytaj książkę.

Kiedy zaszła w ciążę, Wendy była dziewiętnastoletnią studentką drugiego roku na Uniwersytecie Tufts. Poszła na prywatkę w miasteczku uniwersyteckim, za dużo wypiła i spiknęła się z Johnem Morrowem, doskonałym sportowcem, rozgrywającym u progu kariery, który w słowniku Wendy Tynes byłby idealną definicją „faceta nie w jej typie”. Uważała się za liberalną podziemną dziennikarkę, noszącą ciasne jak opaska uciskowa czernie, słuchającą wyłącznie alternatywnego rocka, chodzącą na wieczorki poezji zaangażowanej i wystawy Cindy Sherman. Jednak serce nie wie, co to rock alternatywny, poezja zaangażowana i wystawy. W końcu naprawdę polubiła tego przystojnego sportowca. No wiecie. Z początku nie było to nic poważnego. Spiknęli się i zaczęli ze sobą chodzić, choć nie były to prawdziwe randki, ale też nie przypadkowe spotkania. Trwało to chyba z miesiąc, zanim Wendy stwierdziła, że jest w ciąży.

Jako zdecydowanie nowoczesna kobieta Wendy przez całe życie słyszała, że decyzja o tym, co się teraz stanie, należy tylko i wyłącznie do niej. Oczywiście, mając przed sobą jeszcze dwa i pół roku studiów oraz perspektywę kariery w dziennikarstwie, nie mogła wybrać gorszej chwili, ale to tylko upraszczało sprawę. Zadzwoniła do Johna i powiedziała: „Musimy porozmawiać”. Przyszedł do jej ciasnego pokoiku, a ona poprosiła go, żeby usiadł. John wybrał puf i zabawnie wyglądało, jak próbował usadowić na nim swoje metr dziewięćdziesiąt pięć jeśli nie wygodnie, to przynajmniej bezpiecznie. Wyczuwając po tonie jej głosu, że to coś poważnego, John próbował zachować powagę i utrzymać równowagę, przez co wyglądał jak chłopczyk udający dorosłego.

– Jestem w ciąży – oznajmiła Wendy, zaczynając przemowę, którą ćwiczyła w myślach przez ostatnie dwa dni. – Decyzja o tym, co się teraz stanie, należy do mnie i mam nadzieję, że ją uszanujesz.

Przechadzała się po pokoiku, nie patrząc na niego i starając się mówić jak najbardziej obojętnym tonem. Zakończyła przygotowaną przemowę, dziękując mu za przyjście i życząc wszystkiego najlepszego. Potem wreszcie zaryzykowała i zerknęła na niego.

John Morrow tylko spoglądał na nią ze łzami w najbardziej niebieskich oczach, jakie w życiu widziała.

– Ale ja cię kocham, Wendy – powiedział.

Chciała się roześmiać, ale zamiast tego zaczęła płakać, a John zsunął się z tego przeklętego pufa, uklęknął i od razu jej się oświadczył, a Wendy śmiała się i płakała, i chociaż prawie wszyscy im to odradzali, pobrali się. Nikt nie dawał temu małżeństwu szans, ale dziewięć następnych lat było pasmem szczęścia. John Morrow był czuły, troskliwy, kochający, przystojny, zabawny, mądry i opiekuńczy. Był jej bratnią duszą ze wszystkimi tego zaletami. Charlie urodził się, kiedy była na przedostatnim roku Tufts. Dwa lata później John i Wendy zebrali dość pieniędzy, by kupić skromny domek przy ruchliwej ulicy w Kasselton. Wendy dostała pracę w lokalnej stacji telewizyjnej, John pisał doktorat z psychologii. Ich życie biegło prostym torem.

A potem, jakby ktoś pstryknął palcami, John umarł. Teraz w skromnym domku była tylko Wendy z Charliem i wielka pustka dorównująca tej w jej sercu.

Zapukała do drzwi Vica i zajrzała do pokoju.

– Dzwoniłeś?

– Słyszałem, że skopali ci tyłek w sądzie – powiedział jej szef.

– Wsparcie. Dlatego tu pracuję. Ze względu na wsparcie, jakie tu mam.

– Potrzebujesz wsparcia, kup sobie biustonosz.

Wendy ściągnęła brwi.

– Chyba rozumiesz, że to nie ma sensu.

– Tak, wiem. Dostałem od ciebie notatkę… skreśl to, dużo identycznych notatek… ze skargami na przydzielane zadania.

– Jakie zadania? W ciągu ostatnich dwóch tygodni kazałeś mi obstawiać otwarcie herbaciarni i pokaz męskich szalików. Po prostu zleć mi znowu coś choć pozornie poważnego.

– Zaczekaj.

Vic przyłożył dłoń do ucha, jakby chciał lepiej usłyszeć. Był małym mężczyzną z ogromnym brzuchem. Jego twarz można by nazwać łasicowatą, gdyby ktoś znalazł tak brzydką łasicę.

– Co? – zapytała.

– Czy właśnie doszliśmy do tej części, w której rozpoczynasz płomienną tyradę przeciwko niesprawiedliwemu traktowaniu kobiet w zdominowanym przez mężczyzn zawodzie i mówisz, że traktuję cię tylko jako ucztę dla oczu?

– Czy ta płomienna tyrada pomoże mi dostać lepsze zlecenie?

– Nie. Jednak wiesz, co mogłoby w tym pomóc?

– Gdybym pokazała na antenie głębszy dekolt?

– Podoba mi się twój sposób myślenia, ale nie, nie dziś. Dzisiaj odpowiedź brzmi: skazanie Dana Mercera. Musisz stać się bohaterką, która przygwoździła chorego pedofila, a nie nadgorliwą reporterką, która pomogła mu wyjść na wolność.

– Pomogła mu wyjść na wolność?

Vic wzruszył ramionami.

– Gdyby nie ja, policja nawet nie wiedziałaby o Danie Mercerze.

Vic udał, że przyciska skrzypce do ramienia, zamknął oczy i zaczął grać.

– Nie bądź dupkiem – prychnęła.

– Powinienem zawołać paru kolegów do grupowego uścisku? Może wzięlibyśmy się za ręce i chóralnie zaśpiewali Kumbaya?

– Może później, gdy skończycie zbiorowo walić konia.

– Och.

– Czy ktoś wie, gdzie się ukrywa Dan Mercer? – zapytała.

– Nie. Od dwóch tygodni nikt go nie widział.

Wendy nie miała pojęcia, co o tym myśleć. Wiedziała, że Dan się wyprowadził, ponieważ grożono mu śmiercią, ale wydawało się dziwne, że nie pojawił się dziś w sądzie. Już miała zadać następne pytanie, gdy zabrzęczał interkom Vica.

Podniósł palec, uciszając ją, i wcisnął guzik.

– Co tam?

– Przyszła do pana Marcia McWaid – powiedziała recepcjonistka.

To uciszyło ich oboje. Marcia McWaid mieszkała niedaleko Wendy, jakiś kilometr od niej. Trzy miesiące temu jej nastoletnia córka Haley – koleżanka z klasy Charliego – prawdopodobnie wymknęła się z domu przez okno sypialni i nigdy nie wróciła.

– Jest coś nowego w sprawie jej córki? – spytała Wendy.

Vic pokręcił głową.

– Wprost przeciwnie.

To oczywiście było znacznie gorsze. Przez dwa lub trzy tygodnie zniknięcie Haley McWaid było sensacją – porwana lub zbiegła z domu nastolatka – godną Wiadomości i przewijania na pasku na ekranie oraz dywagacji pożałowania godnych „ekspertów” odtwarzających to, co mogło się jej przydarzyć. Jednak żadna sensacja, nawet największa, nie przetrwa długo bez pożywki. Bóg wie, że stacje telewizyjne się starały. Poruszyły wszystkie plotki, od handlu żywym towarem po satanistów, lecz w tym biznesie brak nowych wiadomości to w istocie zła wiadomość. Żałosna jest ta nasza krótka pamięć i można winić media, ale to widzowie dyktują, co pozostaje na antenie. Jeśli ludzie coś oglądają, zostaje. Jeśli nie, stacje zaczynają szukać nowej błyskotki, która przykuje kapryśną uwagę publiczności.

– Chcesz, żebym z nią porozmawiała? – zapytała Wendy.

– Nie, sam to zrobię. Za to biorę taką kasę.

Vic wyprosił ją z gabinetu. Wendy ruszyła korytarzem. Gdy się odwróciła, zobaczyła Marcię McWaid przed drzwiami Vica. Wendy nie znała Marcii, ale kilkakrotnie widziała ją w miasteczku, jak to zwykle bywa, w Starbucks, na parkingu przed szkołą lub w miejscowej wypożyczalni kaset. Banałem byłoby stwierdzenie, że ta urocza mama, której niemal zawsze towarzyszyło któreś z jej dzieci, teraz wydawała się starsza o dziesięć lat. Marcia wcale się nie postarzała. Nadal była atrakcyjną kobietą wyglądającą dokładnie na swoje lata, lecz wydawała się poruszać w zwolnionym tempie, jakby nawet mięśnie jej twarzy były pokryte melasą. Marcia McWaid odwróciła się i napotkała spojrzenie Wendy. Ta skinęła głową, próbując się uśmiechnąć. Po chwili Marcia weszła do gabinetu Vica.

Wendy wróciła za swoje biurko i podniosła słuchawkę telefonu. Myślała o Marcii McWaid, tej idealnej matce z miłym mężem i piękną rodziną, i o tym, jak szybko i łatwojej to wszystko odebrano, jak szybko i łatwo wszystko to może być odebrane. Zadzwoniła do Charliego.

– Co?

Jego zniecierpliwiony głos ją uspokoił.

– Odrobiłeś już lekcje?

– Za minutkę.

– W porządku. Nadal chcesz chińszczyznę z Bamboo House?

– Czy już o tym nie rozmawialiśmy?

Rozłączyli się. Wendy usiadła i położyła nogi na biurku. Wyciągnęła szyję i spojrzała na paskudny widok za oknem. Jej telefon znowu zadzwonił.

– Halo?

– Wendy Tynes?

Kiedy usłyszała ten głos, nogi same opadły jej na podłogę.

– Tak?

– Tu Dan Mercer. Muszę się z tobą zobaczyć.

3

Wendy nie odzywała się przez chwilę.

– Muszę się z tobą zobaczyć – powtórzył Dan Mercer.

– Czy nie jestem dla ciebie trochę za dojrzała, Dan? No wiesz, jestem już dostatecznie dorosła, żeby mieć miesiączkę i piersi.

Wydawało jej się, że usłyszała westchnienie.

– Cyniczna z ciebie kobieta, Wendy.