Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 425 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na gigancie - Peter May

Pięciu nastolatków z marzeniami. 
Pięć dekad strachu.
Jedna mroczna prawda.


„Uciekliśmy w pięciu tamtej brzemiennej w skutki nocy. Miało nas wrócić tylko trzech”.


Glasgow, 1965 rok. Jack Mackay nie wyobraża sobie nudnego, przewidywalnego życia. Ma tylko jedno marzenie: zostać znanym muzykiem. Ale nie zrealizuje go, jeśli zostanie w rodzinnym mieście. Wszystko, co ważne w branży muzycznej, dzieje się w Londynie – tam są Rolling Stonesi, Beatlesi, The Who… Jackowi udaje się przekonać kolegów z zespołu, by uciec z domu i szukać szczęścia w stolicy.

Glasgow, 2015 rok. Sześćdziesięciosiedmioletni Jack nie ma odwagi spojrzeć wstecz na swoje szare, pełne niepowodzeń życie. Wciąż nękają go obrazy tego, co wydarzyło się przed pięćdziesięciu laty. Nie może uciec od dręczących go wspomnień.

Londyn, 2015 rok. Nad ciałem martwego mężczyzny w nędznym mieszkaniu na East Endzie stoi bezlitosny zabójca. Nie odczuwa wyrzutów sumienia.

To, co pięć dekad temu zaczęło się jako niewinna pogoń nastolatków za marzeniami, dziś stało się koszmarem na jawie.

Opinie o ebooku Na gigancie - Peter May

Fragment ebooka Na gigancie - Peter May

O książce

„Uciekliśmy w pięciu tamtej brzemiennej w skutki nocy. Miało nas wrócić tylko trzech”.

Glasgow, 1965 rok. Jack Mackay nie wyobraża sobie nudnego, przewidywalnego życia. Ma tylko jedno marzenie: zostać znanym muzykiem. Ale nie zrealizuje go, jeśli zostanie w rodzinnym mieście. Wszystko, co ważne w branży muzycznej, dzieje się w Londynie - tam są Rolling Stonesi, Beatlesi, The Who... Jackowi udaje się przekonać kolegów z zespołu, by uciec z domu i szukać szczęścia w stolicy.

Glasgow, 2015 rok. Sześćdziesięciosiedmioletni Jack nie ma odwagi spojrzeć wstecz na swoje szare, pełne niepowodzeń życie. Wciąż nękają go obrazy tego, co wydarzyło się przed pięćdziesięciu laty. Nie może uciec od dręczących go wspomnień.

Londyn, 2015 rok. Nad ciałem martwego mężczyzny w nędznym mieszkaniu na East Endzie stoi bezlitosny zabójca. Nie odczuwa wyrzutów sumienia.

To, co pięć dekad temu zaczęło się jako niewinna pogoń nastolatków za marzeniami, dziś stało się koszmarem na jawie.

PETER MAY

Ceniony szkocki pisarz i scenarzysta. Zanim wydał swoją pierwszą powieść, utrzymywał się z dziennikarstwa; pisywał dla „The Scotsman” i „Glasgow Evening Times”. W wieku 21 lat zdobył tytuł Szkockiego Dziennikarza Roku. W 1978 roku zaczął pracować dla BBC. Jest autorem kilkuset scenariuszy do seriali i widowisk telewizyjnych. Ten etap kariery zawodowej zakończył w 1996 roku i poświęcił się wyłącznie pisaniu książek. Jego dorobek literacki obejmuje ponad 20 powieści kryminalnych. Największą sławę przyniosła mu trylogia „Wyspa Lewis”; otwierająca ją książka Czarny dom była nominowana do Barry Award i Macavity Award, a druga – Człowiek z wyspy Lewis – została wyróżniona m. in Grand Prix des Lecteurs. Kolejne powieści, m.in. Wyspa powrotów, ugruntowały pozycję Petera Maya w czołówce światowych autorów kryminałów.

Tego autora

WYSPA POWROTÓWNA GIGANCIE

Trylogia WYSPA LEWIS

CZARNY DOMCZŁOWIEK Z WYSPY LEWISJEZIORO TAJEMNIC

Tytuł oryginału:

RUNAWAY

Copyright © Peter May 2015

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Jan Kabat 2017

Redakcja: Grażyna Dziedzic

Zdjęcie na okładce: Mr Doomits/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka

Skład: Laguna

ISBN 978-83-6578-177-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Ewa Szałańska, 88em.eu

Dla Janis

Ruchliwy palec pisze, a napisawszy,Podąża dalej: ni twa pobożność, ni rozumNie zatrzymają go w wersu połowie,Ni wszelkie twe łzy nie zmyją ani słowa.

Rubajjat Omara Chajjama

PROLOG

Londyn

Budzi się zlany zimnym potem ze snu pełnego ciemności i krwi. Spędziwszy życie jako ktoś inny na obcej ziemi, zastanawia się, kim jest teraz. Ten człowiek, który gaśnie zbyt szybko, o czym wie doskonale. Życie zmarnowane dla utraconej miłości. Życie, które upłynęło w mgnieniu oka.

Trzy minione tygodnie od chwili powrotu na to wybrzeże wydają się najdłuższe w owym życiu. Dziwne, że ból i strach rozciągają czas poza wyobrażalne granice, podczas gdy szczęście dobiega niemal końca, nim się jeszcze zacznie. I z dawno zapomnianej przeszłości, zagubionej w pyle szkolnej kredy i ciepłym mleku, powraca wrażenie względności. Trzymaj dłoń na rozgrzanym piecu przez minutę, a wyda się ona godziną. Siedź z ładną dziewczyną przez godzinę, a wyda się ona minutą.

Przybył tu drogą morską. Promem z Calais. Symboliczna reminiscencja tamtego dnia, tak dawno temu, kiedy w wiosennej mgle sterował łodzią ku obcemu brzegowi. Chwila niepokoju przy kontroli paszportowej. Serce omal mu nie zamarło, gdy urzędnik imigracyjny otworzył jego paszport. Ale obejrzał dokument tylko pobieżnie. Ponieważ, oczywiście, nikt go już nie szukał. Po tylu latach? On, stary człowiek, blady, z kropelkami potu na czole, został przepuszczony bez problemu. Oto, kim jest. Kimś obcym, tu i teraz.

W małym, nędznym pokoiku, który wynajmuje, jest ciem- no i gorąco, zaciągnięte zasłony odgradzają go od świateł miasta i uporczywego mamrotania ruchu ulicznego wdzierającego się w jego sny. Skąpe resztki iluminacji formują cienie, a on uświadamia sobie po raz pierwszy, że coś go obudziło. Szósty zmysł ostrzega go nagle, że nie jest w tym pokoju sam.

Wystraszony siada na łóżku.

– Kto tam?

Przez chwilę panuje cisza.

A potem z ciemności dobiega głos, słowa niczym rękawice bokserskie, które wymierzają mu miękkie ciosy w głowę.

– Spokojnie, mój przyjacielu. Najwyższy czas, byśmy porozmawiali. – Brzmi to łagodnie, prawie pocieszająco.

Domyśla się natychmiast, kto to jest.

– Jak mnie znalazłeś?

Tamten się uśmiecha. Można to niemal wyczuć.

Potem znowu ten głos, protekcjonalny, niemal karcący.

– Simonie, Simonie. Wystarczyło cię śledzić, kiedy wyszedłeś z restauracji. – Oddech. – Jak, u licha, zdołałeś się ukrywać tyle czasu?

– Czego chcesz? Czy nie dałem do zrozumienia, o co chodzi?

– Dałeś, wyraźnie.

– Więc o czym tu mówić?

Od cieni odrywa się kształt postaci ludzkiej i nagle nad nim majaczy.

– O śmierci, oczywiście.

Simon raczej słyszy, niż dostrzega ruch. Szelest bawełny. A potem czuje na szyi miękki, chłodny dotyk sznura, który zaciska się z niespodziewaną szybkością i zajadłością. Brakuje czasu, by krzyknąć. Jego ręce chwytają nadgarstki napastnika, ale natychmiast pojawia się świadomość, że jest zbyt słaby, by cokolwiek powstrzymać. Mimo wszystko nie zaprzestaje walki. Nie po to tu wrócił. Jednakże wszelka siła, jaka mu jeszcze pozostała, nieubłaganie zanika. W odległości kilku centymetrów widzi twarz. Resztki światła w pokoju odbijają się w znajomych niegdyś oczach. Okrutnych teraz, przepełnionych nienawiścią. Czuje na twarzy oddech niczym tchnienie wieczności. Nim pojawi się czerń, by na zawsze stłumić jasność i życie.

Bezwładna postać uwolniona przez zabójcę osuwa się na łóżko, krucha od podeszłego wieku, ale cięższa o brzemię śmierci. Trzask włącznika, który rozlega się w ciemności, wydaje się ogłuszający, a światło, które pada teraz na łóżko, mogłoby przyprawić o szok, jak martwy człowiek.

Dłonie w lateksowych rękawiczkach rozwiązują i rozkładają na wciąż ciepłej pościeli brezentowe zawiniątko. W zestawie pięciu błyszczących, sterylnych skalpeli odbija się blask lampki. Materiał koszuli nocnej Simona na jego lewym przedramieniu zostaje podwinięty, jeden ze skalpeli starannie wybrany. Wszystko to dokonuje się z niezachwianą pewnością człowieka, który wie, że ma mnóstwo czasu.

Uważnie, z doskonale wyćwiczoną biegłością, zabójca zaczyna wycinać kawałek skóry z przedramienia. Niewiele jest krwi, która mogłaby splamić łóżko. Serce już dawno porzuciło wszelkie próby jej tłoczenia w szybko stygnące ciało Simona.

2015

ROZDZIAŁ 1

Glasgow

I

Jack wysiadł z autobusu przy końcu Battlefield Road i prześladowany złym przeczuciem, podniósł głowę ku ciemniejącemu niebu. Dostrzegł posępną sylwetkę brudnego od dymu szpitala Wiktorii, który wznosił się na wzgórzu nad polem bitewnym, gdzie Maria, królowa Szkotów, została niegdyś pokonana przez Jakuba IV, i przeszedł go dreszcz.

Wiedział, że właściwie nie potrzebuje już laski. Odzyskał siły, a rokowania po przebyciu niegroźnego zawału były dobre. Dieta, którą mu zalecono, obniżyła poziom cholesterolu, a codzienne spacery – jak twierdzono – zapewniały więcej korzyści niż godzina na siłowni.

Mimo wszystko przywykł ufać swej lasce, jak staremu przyjacielowi. Lubił dotyk mosiężnej rączki w kształcie sowy, przylegającej do wnętrza dłoni; zapewniała równowagę i dawała poczucie pewności. Była niezmienna, w przeciwieństwie do wszystkiego, co go otaczało.

Zniknęła stara szkoła Queen’s Park, opuszczona, a potem strawiona przez pożar i w końcu zburzona. Tak jak The Battlefield Rest, ze swoimi zielonymi i kremowymi płytami i wieżą zegarową, niegdyś kiosk z prasą i poczekalnia tramwajowa, teraz włoska restauracja. Biblioteka Langside wzniesiona z czerwonego piaskowca, ostatni dar Carnegiego, wciąż stała na swoim miejscu, ale sam szpital – w jego przypadku pełen wspomnień z lat dzieciństwa i tych niedawnych – miał być niebawem zamknięty na rzecz – nowego Southern General.

Kiedy był dzieckiem, usunięto mu tutaj migdałki. Wciąż pamiętał zapach gumy, gdy położono mu maskę na twarzy, żeby go uśpić na sali operacyjnej, i smugę światła w nocy pod drzwiami dwuosobowego pokoju, tajemnicze cienie sunące tam i z powrotem na korytarzu jak mroczne demony nawiedzające jego młodą wyobraźnię.

Lecz kiedy wszedł do obskurnego i pomalowanego na zielono holu i odetchnął przygnębiającą szpitalną wonią środków antyseptycznych, niemal przytłoczyło go jedno tylko wspomnienie – śmierć matki.

Te ciemne zimowe wieczory, które spędzał przy jej łóżku, gdy czasem cierpiała, a czasem była prawie nieprzytomna, a raz nawet leżała we własnych odchodach. I wreszcie noc, gdy zjawił się i zobaczył, że jej łóżko jest puste. Siostra oddziałowa powiedziała mu, że przeniesioną ją do innego budynku.

Upłynęło trochę czasu, nim ją znalazł. A wtedy miał wrażenie, że wkroczył na scenę, na której ma się rozegrać jakiś koszmarny finał dramatu. Przepastna sala wiktoriańska, chaos łóżek i parawanów, smugi światła ledwie przenikające mrok. Chwyciła go za rękę, przerażonego jękami i krzykami niewidocznych pacjentów.

– Przenieśli mnie tutaj, żebym umarła – wyszeptała. A po chwili: – Nie chcę odejść w samotności.

Siedział przy niej tak długo, jak mu pozwolono. Potem czas odwiedzin dobiegł końca i powiedzieli mu, że musi się zbierać. Chciała, żeby z nią został. Widział ją wtedy po raz ostatni; odwrócił się i dojrzał w jej oczach strach.

Nazajutrz rano pod jego drzwiami zjawił się policjant. W szpitalu zawieruszyli numer telefonu – jak zwykle, ilekroć go zostawiał w recepcji. Matka zmarła w nocy. Sama, tak jak się obawiała, co zrodziło w nim uporczywe poczucie winy, którego nigdy się nie pozbył.

•  •  •

Dowiedział się, że Maurie ma raka, choć w gruncie rzeczy nie widzieli się od lat. I gdy zadzwonił rabin, by poinformować, że Maurie chce go widzieć, Jack dowiedział się przy okazji, że jego stary przyjaciel doznał też poważnego zawału serca. Nie był jednak przygotowany na spotkanie z cieniem człowieka wspartego na poduszkach szpitalnego łóżka.

Maurie zawsze miał skłonność do nadwagi, nawet jako nastolatek. Potem, dzięki dostatniemu życiu, które zapewniała przynależność do palestry Glasgow – i biznes radcy prawnego, który pozwolił mu zdobyć małą fortunę – lekka nadwaga przerodziła się w otyłość.

Teraz na jego kościach wisiała jedynie skóra, krągła niegdyś twarz wydawała się koszmarnie wychudzona, czaszka upstrzona plamkami starości była na skutek chemioterapii całkowicie pozbawiona włosów. Wyglądał o dwadzieścia lat starzej od Jacka, który zbliżał się do siedemdziesiątki. Jakby Maurie należał do poprzedniego pokolenia.

Jego brązowe oczy wciąż jednak płonęły intensywnością, która przeczyła wyglądowi. Do rąk i twarzy miał podłączone rurki, ale sprawiał wrażenie, że jest tego nieświadomy, kiedy ożywiony nagle przybyciem przyjaciela, dźwignął się do pozycji siedzącej. Jack dostrzegł w jego uśmiechu dawnego Mauriego. Figlarnego, bystrego, zarozumiałego. Urodzonego showmana, pewnego siebie i przebojowego na scenie, człowieka, który wie, że ma wspaniały głos i że bez względu na to, ilu ich jest w zespole, to właśnie on skupia na sobie wzrok widowni.

Przy nogach łóżka siedziały dwie pielęgniarki i oglądały Coronation Street.

– Idźcie, idźcie – zwrócił się do nich niecierpliwie. – Mamy tu do omówienia prywatne sprawy.

Jack był poruszony tym, jak słabo brzmi ten niegdyś mocny głos.

– Zamknij drzwi – nakazał mu Maurie, kiedy obie wyszły. – Płacę za tę cholerną telewizję, a one oglądają ją częściej ode mnie.

Uwielbiał odgrywać żyda, ale nigdy nie traktował tego poważnie. Albo tak się Jackowi wydawało. „Mój naród”, o którym zawsze mówił z szelmowskim błyskiem w oku. Cztery tysiące lat historii robiło jednak swoje. Jack dorastał w konserwatywnej protestanckiej rodzinie, w południowej części Glasgow, więc kiedy zaczął bywać w domu Mauriego, wydał mu się on dziwny i egzotyczny. Karp na słodko i maca. Nauka wiary po lekcjach, synagoga w niedzielę i bar micwa, gdy żydowski chłopiec osiągał pełnoletniość. Świece płonące w menorze, dwie w oknie w wigilię szabatu i osiem podczas święta chanuki. Mezuza przytwierdzona do drzwi.

Relacje Mauriego z rodzicami sprowadzały się do tego, że im głośniej, tym skuteczniej, co początkowo Jacka szokowało. Miał wrażenie, że bezustannie toczą ze sobą wojnę – zawsze krzyczeli – nim uświadomił sobie, że to u nich normalne.

Maurie uśmiechnął się szeroko.

– Nie zmieniłeś się ani trochę.

– Kłamca!

Przyjaciel Jacka przestał się uśmiechać i chwycił go za nadgarstek zadziwiająco mocnymi palcami.

– Musimy wrócić – oznajmił przyciszonym głosem.

Jack zmarszczył czoło.

– Wrócić… dokąd?

– Do Londynu.

– Do Londynu? – Nie miał pojęcia, o czym przyjaciel mówi.

– Jak wtedy, kiedy byliśmy młodymi chłopakami.

Upłynęła dłuższa chwila, nim do zaskoczonego Jacka dotarło, o co chodzi.

– Maurie, od czasu naszej ucieczki do Londynu minęło cholernych pięćdziesiąt lat.

Ale Maurie tylko mocniej zacisnął kościste palce na jego nadgarstku, sprawiając mu niemal ból. Oczy spoglądały pewnie, przykuwając wzrok przyjaciela, a w głosie pobrzmiewała władcza nuta.

– Flet nie żyje.

Jack znów poczuł się zdezorientowany. Czy słowa Mauriego były skutkiem leków?

– Kto to jest?

– Wiesz przecież! – oznajmił z uporem Maurie. – Oczywiście, że wiesz. Pomyśl, na litość boską! Pamiętasz. Simon Flet. Aktor.

Jack nagle poczuł, jak wraca mu pamięć, zimna i przygnębiająca. Wspomnienia pogrzebane od tak dawna, że ta nagła ekshumacja wydała się niemal przerażająca. Potrzebował chwili, by się otrząsnąć.

– Ale Flet nie żyje pewnie od lat.

Maurie pokręcił głową.

– Trzy tygodnie temu. – Wyciągnął z wysiłkiem rękę i wyjął z szafki przy łóżku złożony egzemplarz szkockiego „Heralda”, a potem przycisnął gazetę do piersi przyjaciela. – Zamordowany. Uduszono go w jakiejś obskurnej norze na londyńskim East Endzie.

Przypominało to otwarcie grobu z dawno pochowanymi zwłokami; woń nagłego nieprzyjemnego wspomnienia sprawiła, że Jack zacisnął zęby, jakby bał się odetchnąć skażonym powietrzem.

Maurie nachylił się ku niemu, zniżając głos niemal do szeptu.

– To nie Flet zabił tego młodego zbira.

Jack nie krył przerażenia.

– Owszem, on – powiedział.

– Nie! Tylko ja widziałem, co się stało. Więc tylko ja wiem.

– Ale… Maurie, jeśli to prawda, dlaczego nigdy o tym nie mówiłeś?

– Bo nie było potrzeby. Uważałem, że to sekret, który zabiorę ze sobą do grobu. – Maurie dźgnął palcem gazetę. – Ale to zmienia wszystko. Wiem, kto w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym popełnił morderstwo. I jestem cholernie pewien, kto zabił biednego Simona Fleta. – Wziął głęboki oddech, który zdawał się drżeć w jego krtani, jakby tkwił w niej uwięziony motyl. – Co oznacza, że muszę tam wrócić, Jack. Nie mam wyboru. – Przez chwilę spoglądał gdzieś w dal, zagubiony w jakimś smutnym wspomnieniu. Potem znów skupił cały swój żal na Jacku. – Nie pozostało mi wiele czasu… a ty będziesz musiał mnie tam zabrać.

II

W kącie pokoju, oparta o ścianę, stała gitara akustyczna. Gibson. Po warstwie kurzu na pasku Jack mógł się jednak zorientować, że Dave już od dawna na niej nie grał. Była tam po prostu, jak przypomnienie straconej młodości i zawiedzionych ambicji zrodzonych w epoce marzeń.

Dave stracił na wadze i Jack domyślił się, że dawny przyjaciel prawie nie jada. Choć się zarzekał, że nie pije, Jack czuł zapach alkoholu. Cały pokój śmierdział zastarzałym alkoholem.

Dave zauważył, że Jack patrzy na gitarę.

– Dojrzewa z upływem lat – powiedział, spoglądając na nią. – Starzeje się jak dobre wino.

– Kiedy ostatni raz grałeś?

– Och…

Jack zorientował się, że Dave chce skłamać, ale po chwili jakby się rozmyślił.

– Jakiś czas temu – odparł i przesunął smętnie kciukiem po niezrogowaciałych koniuszkach palców lewej dłoni. – Zdumiewające, jak szybko miękną. – Popatrzył na Jacka, nieogoloną twarz wykrzywił smętny uśmiech. – I jak szybko stają się wrażliwe na ból, gdy znów się zaczyna.

Jack rozejrzał się po pokoju. Firanki za zaciągniętymi do połowy zasłonami. Pojedyncze łóżko przy ścianie. W rogu telewizor. Dwa wytarte fotele przy starym, wykładanym płytkami kominku. Kiedyś była to sypialnia rodziców Dave’a. Dom odziedziczony wraz ze śmiercią jego owdowiałej matki, wybrany jako miejsce, w którym doczekałby się własnej rodziny. Dom pełen mrocznych, brutalnych wspomnień, których nie wymazałoby nawet powołanie na świat nowego życia. Dom skazany na smutek. Żona, która odeszła w poszukiwaniu szczęścia, syn podrzucony jak kukułcze jajo. Dave zmagający się z nałogiem w ścianach pokoju, z którego miał być niebawem usunięty na dobre, w co Jack nie wątpił. Do domu starców albo ośrodka z całodobową opieką, jak on.

Dave nachylił się w fotelu i spojrzał na niego w zamyśleniu.

– Więc Maurie nie pociągnie już długo?

– Nie wydaje mi się. Wyglądał okropnie, Dave. Naprawdę koszmarnie.

– Jak sobie wyobraża tę podróż do Londynu?

– Chce, żebyśmy go zawieźli – wyjaśnił Jack.

Dave parsknął ponurym śmiechem.

– Tak, akurat się do tego nadajemy! – Przez chwilę wydawało się, że jego blade, suche wargi wykrzywią się w ironicznym grymasie. – Nie kapuję, dlaczego mówi nam dopiero teraz, że to nie Flet zabił tego faceta.

Jack wyjął zwinięty egzemplarz „Heralda”.

– To przez tę historię z morderstwem Fleta.

Usłyszeli, jak ktoś otwiera, a potem zamyka drzwi wejściowe; po chwili w korytarzu załomotały ciężkie kroki. Drzwi pokoju Dave’a otworzyły się i na progu stanęła kobieta w średnim wieku. Dyszała ciężko, patrząc na obu wściekłym wzrokiem. Jack pomyślał, że kiedyś mogłaby być atrakcyjna, gdyby nie te usta ułożone w podkowę, wyraz jej osobowości. Z drugiej strony, kto inny wyszedłby za syna Dave’a? Była w starannie wyprasowanych czarnych spodniach i krótkiej szarej kurtce zarzuconej na białą bluzkę. Jej twarz przywodziła na myśl zsiadłe mleko.

Skupiła spojrzenie na Davie.

– Wróciłeś – zauważyła sucho.

– Spostrzegawczość zawsze stanowiła twoją mocną stronę.

Zacisnęła złośliwe usta.

– Znalazłam twój zapas.

Jack dostrzegł, jak bardzo ta wiadomość rozczarowała jego przyjaciela. Dave starał się jednak tego nie okazywać.

– Skąd wiesz, że to nie było Donniego?

– Nie obchodzi mnie, czyje to było. Wszystko wylądowało w zlewie. – Uniosła kąciki ust w nieznacznym uśmiechu i zerknęła na Jacka. – Byłabym zadowolona, gdybyś nie sprowadzał tu kumpli od kieliszka.

Jack zjeżył się, wstał i wsunął gazetę do kieszeni.

– Może powinniśmy kontynuować tę rozmowę gdzie indziej, Dave. Paskudnie tu cuchnie.

Dave dźwignął się z fotela.

– Tak, masz rację. Ktoś jej powinien powiedzieć, żeby nie nosiła nylonów. – Skrzywił się, patrząc na synową. – A następnym razem, jak zechcesz wejść do mojego pokoju, to, kurwa, pukaj, dobra?

•  •  •

Pojechali autobusem do Queen’s Park. Jack miał umówioną wizytę u stomatologa i nie chciał się spóźnić.

– Cholernie daleko jeździsz do tego dentysty – zauważył Dave.

– Rodzinna tradycja sięgająca całe pokolenie wstecz. Jego ojciec leczył zęby mojemu ojcu. No i nazwisko, które zawsze mnie śmieszy. Listerine.

– Ha! – Dave się roześmiał. – To tak, jakby elektryk nazywał się Amper.

Wysiedli przy Shawlands Cross i Dave zaproponował, żeby poszli do baru Corona. Jack jednak skierował go na drugą stronę ulicy, do parku, sugerując, by posiedzieli nad stawem, gdzie nikt nie będzie im przeszkadzał.

Znaleźli wolną ławkę przy ścieżce prowadzącej do ołowianoszarego stawu, gdzie ojciec Jacka bawił się niegdyś jako chłopiec. Czasem pływały tam kaczki, ale tego dnia, o dziwo, widać było głównie mewy. Może zwiastowały nadciągającą burzę.

Był wczesny kwiecień, ale wiatr wciąż przynosił chłód; obaj mężczyźni okrywali się starannie zimowymi płaszczami i szalikami. Dave nosił wełnianą czapkę z daszkiem. Naciągał ją głęboko na czoło, kryjąc wyraziste niegdyś rysy, które rozmyły się i nabrały żałobnego wyrazu. Luźna skóra na chudej twarzy. Włosy Jacka, choć całkowicie srebrzyste, wciąż były bujne i starannie ułożone, a próżność nie pozwalała mu nosić kapelusza psującego fryzurę. Dave był wysoki, o dobre siedem centymetrów wyższy od przyjaciela; siedząc obok siebie na ławce, stanowili osobliwą parę. Jak podpórki na książki, pomyślał Jack, w którego pamięci odezwał się na chwilę refren piosenki.

– Pokaż – powiedział Dave, wkładając okulary w rogowych oprawach, po czym rozłożył gazetę.

Jack stuknął palcem w artykuł u dołu pierwszej strony i Dave zaczął głośno czytać. Tak jak kazano im robić w klasie, kiedy siedzieli rzędami, czytając po kolei fragmenty jakiegoś nudnego podręcznika do historii, jakby na tym miała polegać nauka.

– Zamordowany po pięćdziesięciu latach spędzonych w ukryciu. – Dave podniósł wzrok znad nagłówka. – Pięćdziesiąt lat! Wystarczy szybko wymówić, a wydaje się, że minęło jak z bicza trzasł. – Znowu skupił uwagę na gazecie. – Gwiazdora filmowego z lat sześćdziesiątych, Simona Fleta, który zniknął w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym po tym, jak zatłukł na śmierć człowieka podczas narkotykowej imprezy w londyńskiej dzielnicy West End, znaleziono martwego w Stepney w wynajętym pokoju.

Odkrycia dokonano dwa tygodnie temu, kiedy najemczyni była zmuszona włamać się do pokoju. Ciało siedemdziesięcioczteroletniego mężczyzny, zaginionego od pół wieku, leżało na łóżku. Został uduszony. Policja twierdzi, że nie żył już od tygodnia.

Jego tożsamość potwierdziły jednak dopiero wczoraj badania DNA.

Po zabójstwie w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym Flet uciekł z domu w Kensington, należącego wówczas jak i obecnie do doktora Cliffa Roberta, który w dowód uznania za zasługi na polu medycyny ma otrzymać w tym roku tytuł szlachecki.

Choć przypuszczano, że Flet utonął podczas próby ucieczki do Francji na pokładzie małego jachtu cumującego na jednej z przystani w Portsmouth, nigdy nie znaleziono jego ciała ani łódki. Przez dziesiątki lat uporczywie pojawiały się pogłoski, że rzekomo żyje, wraz z doniesieniami z całego świata, że był „widziany”. Tajemnica zaginionego aktora wzbudzała jeszcze większą ciekawość niż zniknięcie prawie dziesięć lat później lorda Lucan i była wielokrotnie opisywana.

Dave nachylił się w stronę Jacka; jego twarzy wyrażała głębokie powątpiewanie.

– Jak to możliwe?

– Co?

– DNA. W tamtych czasach tego nie było. Skąd wzięliby próbkę DNA Fleta, nawet gdyby wiedzieli, kogo ma dotyczyć test? – Milczał przez chwilę. – I skąd, do cholery, mieliby o tym wiedzieć?

Jack wziął gazetę do ręki. Grzebał przez moment w kieszeniach, potem cmoknął poirytowany.

– Daj mi swoje okulary.

Dave zsunął je z nosa, ale ich nie oddał.

– Zaraz. Masz większą głowę ode mnie. Wygniesz mi oprawkę.

Jack wyrwał mu okulary i nasadził na nos. Powiódł wzrokiem po artykule i zaczął głośno czytać:

– Początkowo policja nie mogła w żaden sposób ustalić tożsamości denata. Śledczych zaintrygował jednak niewielki płat skóry wycięty z lewego przedramienia. Doszli do wnios- ku, że zabójca próbował usunąć jakiś znak szczególny. Przesłuchania właścicielki domu i innych lokatorów ujawniły, że ofiara miała na tym przedramieniu mały tatuaż w kształcie drozda. To z kolei zaowocowało intensywnymi poszukiwaniami w kartotekach dotyczących spraw badanych obecnie, jak i niewyjaśnionych. Okazało się w końcu, że wystarczyło poszukać po prostu w internecie, by znaleźć wzmiankę o podobnym tatuażu w artykule napisanym dziesięć lat wcześniej, a dotyczącym tajemniczego zniknięcia aktora Simona Fleta.

Spojrzał na Dave’a.

– Przypominasz sobie, żebyś go kiedykolwiek widział? Chodzi mi o tatuaż.

Posępność na twarzy Dave’a dowodziła, że sobie przypomniał; skinął głową.

Jack czytał dalej:

– To z kolei doprowadziło policję do domu młodszej siostry Fleta, Jean, nadal żyjącej. Wciąż miała kosmyk włosów brata, odcięty przez jego matkę, gdy był niemowlęciem, i zachowany dla potomności, co było w tamtych czasach modne. Badania porównawcze DNA potwierdziły tożsamość denata.

Zdjął okulary, a Dave chwycił je czym prędzej, po czym włożył, by sprawdzić, czy ze szkłami jest wszystko w porządku.

– No tak! Wykrzywiłeś mi oprawkę!

Ale Jack nie słuchał. Spoglądał ponad wodą i ruchem ulicznym na Pollokshaws Road na szeregowe domy z piaskowca.

– Wiesz, urodziłem się tam.

Dave podążył za jego wzrokiem.

– Hę?

– Marywood Square. W prywatnej klinice położniczej. Tak to się wtedy załatwiało. Zaledwie kilkaset metrów od Springhill Gardens, gdzie dorastał mój tata. – Jack znów powiódł spojrzeniem wzdłuż ulicy, w stronę kwartału czerwonych kamienic czynszowych skupionych wokół zarośniętego ogrodu. – Zabawne. Kiedy poszedłem odwiedzić wczoraj Mauriego, przypomniałem sobie, jak wycinali mi migdałki w szpitalu Wiktorii. – Popatrzył na Dave’a. – Ale pamiętam też, jak ojciec mi opowiadał, że jemu migdałki wyciął lekarz, który przyszedł do nich do domu i zrobił to na kuchennym stole. Wyobrażasz sobie? Teraz to pachnie średniowieczem.

Dave sapnął zniecierpliwiony.

– Co to ma wspólnego z tym? – Stuknął palcem w artykuł.

Jack wzruszył ramionami.

– Nic. Po prostu… gdzie one się podziały, Dave?

– Co się podziało?

– Lata. Marzenia. – Z bladym uśmiechem odwrócił się do przyjaciela. – Nigdy nie myślałem, że się zestarzeję, Dave. Nigdy nie czułem się stary. Tak naprawdę. Zawsze byłem w głębi serca chłopcem. Aż do teraz. – Po chwili w jego bladoniebieskich oczach pojawiło się skupienie. – Co zrobimy?

– Chodzi ci o Mauriego?

Jack skinął głową.

– Może obaj powinniśmy się z nim spotkać. Nie może oczekiwać, że ruszymy w idiotyczny pościg za cieniem, bo na łożu śmierci coś sobie uroił.

– Nie – przyznał Jack, uśmiechając się. – Nie byłoby to zbyt odpowiedzialne, prawda?

Z pobliskiej podstawówki wylał się strumień dzieci wprost na zimne popołudnie; ich krzyki i śmiechy wznosiły się ponad hałasem ruchu ulicznego na Pollokshaws Road. Przy wodzie zebrała się grupka młodych ludzi, którzy próbowali złapać coś w sieć, nad ich głowami furkotały gołębie. Wokół placyku zabaw, w cieniu wciąż nagich drzew, stały matki z wózkami, a czerwień piaskowca kamienic czynszowych odcinała się ostro i wyraźnie od chłodnego błękitu nieba.

Jack i Dave ruszyli ku bramie parku. Dwóch starszych mężczyzn, ludzkie cienie, które przeżyły już swoje życie i nie mają się czym pochwalić, niewidoczne dla dzieci i ich młodych matek. Na skrzyżowaniu Pollokshaws Road i Balvicar Street uścisnęli sobie ręce i Dave skierował się w stronę przystanku, żeby złapać autobus do domu. Jack miał już niewiele czasu przed wizytą u dentysty, ale stał jeszcze przez chwilę, przyglądając się, jak przyjaciel mija przystanek i przechodzi przez ulicę, zmierzając do New Regent Bar. Znużony, odwrócił się w końcu ku Victoria Road.

III

Jack wysiadł z autobusu za Derby Café przy Netherlee. „Tallie”, jak się mówiło, kiedy byli dziećmi – jakaś zniekształcona forma słowa „Italian”, ponieważ wszystkie kafejki prowadzili wówczas Włosi. Derby, Boni’s przy Clarkston i jeszcze jedna przy Busby, nazwa wyleciała mu z głowy. Robili najlepsze lody. Pojedyncze orzechowe i podwójne, wafle i rożki. Zastanawiał się przez chwilę, czy określenie „Tallie” uznano by w dzisiejszych czasach za politycznie poprawne.

Minął szereg sklepów i znalazł się niedaleko szkoły podstawowej. Parking był prawie pusty, ale na trawie dzieciaki grały w piłkę, ich podniesione głosy płynęły między gałęziami gołych drzew, które dopiero puszczały pączki. Jakby na zasadzie kontrastu, parking przy domu opieki całodobowej był zajęty niemal do ostatniego miejsca. Niewielu pensjonariuszy miało samochody, ale w budynku zawsze przebywał personel, a także odwiedzający.

Jack poczuł, jak zamiera w nim serce, kiedy w drzwiach bloku z czerwonej cegły zobaczył córkę i zięcia. Nie wyglądali na szczególnie zadowolonych i byli już niemal przy swoim fordzie mondeo, kiedy go dostrzegli. Ich syn – wnuk Jacka, Ricky – opierał się plecami o bagażnik samochodu; bez reszty pochłonięty nintendo 3D – jak zwykle zresztą – stukał z furią w klawiaturę. Nawet z tej odległości Jack mógł dosłyszeć głupie dźwięki płynące po parkingu.

Susan była kochaną dziewczyną, ale tak jak jej matka, niezbyt asertywną. W związku zdecydowanie dominował Malcolm. Nigdy się nie lubili, on i Jack.

Jack nie miał pojęcia, po kim Ricky odziedziczył swoje cechy. Ktoś, z mroków historii genetycznej, przekazał mu skłonność do otyłości. Nie pochodził on od rodziców ani dziadków, ale chłopak walczył i bezustannie przegrywał z kilogramami. Miał znaczną nadwagę i nosił największe i najobszerniejsze spodnie od dresu i koszule, jakie tylko dało się znaleźć, ale nawet w nie ledwie się mieścił. Jakby tytułem rekompensaty był obdarzony ilorazem inteligencji równie przekraczającym skalę jak ta wagowa. Przemknął bez najmniejszego wysiłku przez szkołę, a potem uniwersytet, otrzymując dyplom z wyróżnieniem w dziedzinie matematyki i informatyki; studia ukończył rok przed wyznaczonym terminem, tylko po to, by stwierdzić, że jest bezrobotny i – ponieważ nadwaga pozbawiała go pewności siebie – że nigdy nie znajdzie zatrudnienia. Wycofał się więc w nocny świat gier komputerowych, a większość dnia przesypiał.

– Gdzie się podziewałeś, u diabła? – Malcolm nigdy nie przebierał w słowach.

Jack się uśmiechnął.

– Ciebie też miło widzieć.

– Tato, wiesz przecież, że zawsze cię odwiedzamy w piątek po południu. – Susan była bardziej pojednawcza, ale w jej słowach wyczuwało się cień pretensji.

– Miałem wizytę u dentysty. Zapomniałem. Przepraszam.

– Cześć, dziadku. – Ricky nie uniósł nawet głowy.

– No cóż, dobrze, że jesteś – powiedziała Susan i zerknęła nerwowo w stronę męża. – Mamy przynajmniej trochę czasu na filiżankę herbaty.

– Będzie mi miło – odparł Jack, ale choć bardzo się starał, nie potrafił ukryć sarkazmu w głosie.

Wjechał na pierwsze piętro windą, podczas gdy jego rodzina weszła schodami. Gdyby był sam, też by tak zrobił, ale chciał mieć chwilę dla siebie przed nadciągającą burzą, którą wyczuwał. Przyszło mu do głowy, że właśnie dlatego nad stawem w Queen’s Park zbierały się mewy. Tak czy inaczej, schody były powodem, dla którego się tu znalazł. W pierwszych miesiącach po zawale schody w domu stały się poważnym problemem. Malcolm i Susan wpisali go na listę oczekujących na dom opieki. Zainstalowanie krzesełka dźwigowego byłoby zbyt kosztowne, oznajmił Malcolm. I obniżyłoby cenę nieruchomości.

Mieszkali u Jacka od chwili, gdy bank przejął ich dom; Malcolm, straciwszy zatrudnienie w dużej firmie ubezpieczeniowej, pozostawał jakiś czas na bezrobociu. Miał to być układ tymczasowy, ale dwa lata później wciąż u niego siedzieli, choć zięć znalazł sobie nową pracę. Tymczasem prędzej, niż ktokolwiek oczekiwał, zwolniło się mieszkanie w ośrodku opieki całodobowej w Netherlee i Jack przeprowadził się do niego z salonu na parterze, gdzie sypiał. Teraz był pewien, że jego bliscy liczą dni do momentu, aż będą mogli przejąć po nim spadek. Myśl, że czekają, aż umrze, nie była dla niego przyjemna, ale – do diabła! – nie zamierzał się dostosować do ich życzenia. W każdym razie nie w najbliższym czasie.

Stali pod drzwiami jego mieszkania na końcu korytarza; Jack słyszał elektroniczne piski dobywające się z Nintendo Ricky’ego.

– Może powinieneś to trochę ściszyć, synu – powiedział. – Mieszkają tu starsi ludzie, którzy nie lubią hałasu.

Wnuk popatrzył na niego z irytacją i włożył do uszu słuchawki.

Kiedy weszli do środka, Jack nastawił w kuchni czajnik, starając się jak najdłużej odwlec chwilę konfrontacji. Gdy wrócił do pokoju, Susan siedziała niepewnie na szezlongu, a Malcolm stał przy oknie, patrząc ponuro ponad trawnikiem na sąsiedni blok. Ricky rozwalał się na kanapie, wciąż pochłonięty tą swoją grą.

Malcolm odwrócił się i popatrzył na Susan. Znak, by zabrała głos.

– Tato, dzieci pani Rodgers znowu dzwoniły.

Jack o tym wiedział, bo Fiona mu powiedziała.

– Zamierzają nalegać, żebyś trzymał się z dala od ich matki. Jeśli tego nie zrobisz, złożą oficjalną skargę i poproszą, żeby cię usunięto z ośrodka.

– To niezwykle chrześcijańskie z ich strony – powiedział Jack, wiedząc, że bliscy Fiony chodzą do kościoła, choć ona określała siebie jako „byłą katoliczkę”.

– Fiona powiedziała im, że zamierzacie wymienić swoje mieszkania na jedno większe.

– To odrażające, Jack. – Malcolm skrzywił twarz w stosownym grymasie, by dać do zrozumienia, o co mu chodzi.

– Naprawdę? – Jack poczuł wściekłość. – W jakim to wieku dobrowolny seks między dwojgiem dorosłych ludzi przestaje być czymś naturalnym i staje się odrażający?

– Tato… – Susan nie kryła zakłopotania.

– Nie. Powiedz mi. W wieku czterdziestu, pięćdziesięciu, sześćdziesięciu lat? A w jakim ty jesteś wieku, Malcolm? Wciąż pieprzysz moją córkę?

– Tato! – Tym razem Susan była zszokowana i zerwała się na równe nogi.

– Dosyć, Jack – rzucił ostrzegawczym tonem zięć.

– Nie, nie dosyć! Jak śmiesz przychodzić tutaj i mówić mi, z kim mogę albo nie mogę sypiać? Fiona i ja nie jesteśmy parą nastolatków, a wy nie jesteście moimi pieprzonymi rodzicami.

– Tato, na litość boską, nie mów tak w obecności chłopca!

Jack omal nie wybuchł.

– Chłopca?! Ten chłopiec nawet, kurwa, nie słucha!

W tym momencie wszyscy spojrzeli na Ricky’ego.

Upłynęła chwila, nim dotarło do niego, co się dzieje; przestał grać i obrócił się w ich stronę zaskoczony.

– O co chodzi? – spytał.

ROZDZIAŁ 2

I

Po dwóch nocach spędzonych w szpitalu Jack zapragnął być pacjentem dochodzącym. Hospitalizacja po zawale, choć krótka, nie była niczym przyjemnym. Pomijając tych kilka pierwszych krytycznych godzin, wylądował na oddziale geriatrycznym, gdzie miał wracać do zdrowia. Wtedy to po raz pierwszy dotarło do niego, że jest „stary”. I po raz pierwszy zobaczył siebie takiego, jak widzieli go inni. Pan w słusznym wieku, o przyprószonych siwizną włosach, dość krzepki jeszcze, ale mający najlepsze lata już za sobą. Wszechobecna woń uryny i bezsenne noce wypełnione zawodzeniem i kocią muzyką pacjentów cierpiących na demencję sprawiły, że z samego rana się wypisał. Był zdecydowany kontynuować rekonwalescencję w domu.

Kiedy spotkali się z Dave’em przy Battlefield Rest, wyczuł u niego alkohol – w oddechu, który kłębił się wokół głowy przyjaciela w zimnym nocnym powietrzu niczym dym. Trudno było uwierzyć, że to już kwiecień.

– Wiesz, jadąc dziś wieczorem autobusem, uświadomiłem sobie, że w tym miesiącu mija dokładnie pięćdziesiąt lat – powiedział.

Dave nie zrozumiał.

– Od czego?

– Od naszej ucieczki do Londynu.

– Naprawdę? – Dave zdjął czapkę i podrapał się po głowie. – Jezu, gdybym wiedział wtedy to, co wiem teraz… – Uchwycił spojrzenie Jacka i na jego twarzy pojawił się na chwilę uśmiech, smutny i jednocześnie pełen rozbawienia. – Pewnie byłbym wciąż pijany.

– Tak, to bardzo prawdopodobne. – Jack ujął go za ramię. – Chodź, zobaczymy, co Maurie ma do powiedzenia.

•  •  •

Maurie wyglądał gorzej niż poprzedniego wieczoru. Leżał z na wpół zamkniętymi oczami, skóra przypominała barwą i fakturą kit, ręce spoczywały na pościeli, kłykcie uschniętych dłoni wydawały się wielkie. Przy nogach łóżka siedziały trzy pielęgniarki, które tego wieczoru oglądały The Street, bardziej zajęte pustą rozmową niż tym, co działo się na ekranie.

– Jezu! – zawołał Jack. – Zbiera mu się piana na ustach!

Wszystkie zerwały się na równe nogi i odwróciły przerażone; Maurie uniósł powieki, wyraźnie zmieszany.

– Wcale nie! – Najstarsza pielęgniarka obrzuciła oskarżycielskim spojrzeniem Jacka, a ten wzruszył ramionami.

– No cóż, mogło się tak stać, a wy nic byście nie zrobiły, prawda? – Otworzył drzwi. – Czy zechcą panie…? Musimy porozmawiać z obecnym tu panem Cohenem.

Popatrzyły na niego gniewnie i wyszły niechętnie. Jack zamknął za nimi drzwi. Dave gapił się na Mauriego z pełnym szoku niedowierzaniem.

– Jasna cholera, stary, coś ty pił? Wyglądasz gorzej ode mnie.

Na wargach chorego pojawił się wymuszony uśmiech.

– No cóż… – odparł. – Tylko wątroba mi jeszcze funkcjonuje. – Usiadł z trudem. – Dobrze cię widzieć, Dave. Wciąż grasz?

Dave zerknął na Jacka.

– Nie tak często, jak bym chciał, Maurie. A ty wciąż śpiewasz?

– Jak skowronek. – Własne słowa wzbudziły w Mauriem śmiech, który przeszedł w kaszel. Usłyszeli, jak bulgocze mu w piersi flegma i nie wiadomo, co jeszcze.

– Nie możesz jechać do Londynu. Nie dasz rady – zauważył Dave.

– Dam radę.

– Tak, jasne. – Dave przysunął sobie krzesło i nachylił się nad przyjacielem. – Odbiło ci, kurwa. Nie możemy jechać do Londynu. – W chwilach napięcia nerwowego twardniał mu akcent. – Nie mamy forsy ani transportu, a ty nie możesz chodzić. Nie zajedziemy daleko.

– Mam pieniądze – odparł Maurie.

– No to się ciesz, bo ja nie. – Dave popatrzył na Jacka, który obserwował ich, stojąc z drugiej strony łóżka, potem znów skierował smutne oczy na Mauriego. – To zwariowany pomysł, człowieku. Daj sobie spokój.

Maurie pokręcił głową.

– Nie. – Spoglądał to na jednego, to na drugiego. – Jeśli nie zgodzicie się ze mną jechać, zapłacę komuś, żeby mnie zawiózł.

– Podaj powód, dla którego mielibyśmy to zrobić – poprosił Dave.

– Bo to słuszne. Nawet jeśli potrzebowałem pięćdziesięciu lat, żeby to zrozumieć.

– Jack mówi, że według ciebie to nie Flet zabił tamtego faceta.

Maurie skinął głową.

– Więc kto?

Stary, chory człowiek odetchnął głęboko.

– Musicie mi zaufać.

– Dlaczego? – syknął Dave.

Maurie wydawał się dotknięty tym powątpiewaniem.

– Bo przyjaźnimy się od ponad pięćdziesięciu lat. – Złapał z trudem oddech. – Co macie w tej chwili do stracenia? Ile czasu upłynie, nim wylądujesz w domu opieki tak jak Jack? Albo na sali pooperacyjnej? Ile czasu upłynie, nim wszyscy będziemy martwi jak cholera?

Wyrażenie głośno tego wszystkiego, o czym żaden z nich nie śmiał nawet pomyśleć, poskutkowało pełną refleksji ciszą. Maurie jeszcze jednak nie skończył.

– A ja odejdę przed wami. Wszystkie smutki i żale mojego życia spiętrzone jak debety na koncie. Jedyna pociecha, że nie mam dzieci, które musiałyby się za mnie wstydzić. Zatuszować dziedzictwo okrytego hańbą ojca. Wyrzuconego z palestry za oszustwo i skazanego na półtora roku więzienia. Chryste, własna rodzina ledwie raczy ze mną rozmawiać.

Na jego twarzy pojawiła się nagle jeszcze bardziej niezdrowa barwa. Zniszczone serce z trudem pompowało krew do głowy.

– Spokojnie, Maurie – powiedział Jack.

Maurie obrócił na niego błyszczące oczy.

– A czym ty się możesz pochwalić, Jack? Że przez czterdzieści lat liczyłeś pieniądze innych ludzi? Miałeś kiedyś talent.

Jack starał się odgrodzić od bólu, jaki sprawiały mu słowa Mauriego. Już dawno wzniósł mury obronne przed własną porażką.

– Wielu ludzi ma jakiś talent, Maurie. Ale to nie wystarcza. Powinieneś wiedzieć o tym lepiej niż ktokolwiek.

Maurie nie wytrzymał jego spojrzenia i powędrował wzrokiem ku jakiejś odległej przeszłości, istniejącej tylko w jego pamięci.

– Anielski głos, jak mówiono. – Potem wrócił raptownie do teraźniejszości, patrząc wyzywająco na obu przyjaciół. – Ale nie ma sensu żałować tego, czego nie da się już zmienić. I dopóki oddycham, mogę zrobić parę rzeczy.

– Na przykład? – rzucił Dave.

– Po pierwsze skończyć z tą cholerną chemioterapią. Jest gorsza niż pieprzona choroba i nie pomaga mi. Przeżyję więc resztę swoich dni na środkach przeciwbólowych i nie będę tęsknił za rzyganiem co pięć minut. – Urwał na chwilę. – I zrobię to, co należało zrobić pięćdziesiąt lat temu. Nawet jeśli nie mogę tego zmienić, spróbuję chociaż to naprawić. – Popatrzył na nich z gniewną zawziętością. – No i? Nie baliśmy się, uciekając z domu w wieku siedemnastu lat. A mieliśmy wtedy wszystko do stracenia. – Parsknął pozbawionym wesołości śmiechem. – I do spieprzenia. – Potem znów się skupił. – To może być nasza ostatnia szansa, żeby coś zrobić. Cokolwiek! – Podniósł wyczekująco wzrok, patrząc to na jednego, to na drugiego.

•  •  •

Zimne nocne powietrze na parkingu przyprawiało o szok po dusznej szpitalnej atmosferze.

Jack odetchnął głęboko.

– To szaleństwo, Dave.

Ten pokręcił głową.

– Nie. Szaleństwem była ucieczka do Londynu, kiedy mieliśmy siedemnaście lat. To coś znacznie gorszego. – Popatrzył z powagą na przyjaciela, a potem szeroki uśmiech zamazał lata widoczne na jego twarzy.

– Będziemy potrzebować transportu – powiedział Jack. – I kogoś, kto poprowadzi samochód. Mnie wciąż nie wolno. – Zerknął na Dave’a.

– Tak, wiem. A mnie nie wolno ufać.

Niebo w górze migotało czarnym aksamitem, nad Langside College wznosił się pomiędzy pełnią i trzecią lub pierwszą kwadrą księżyc. W powietrzu rozbrzmiewały odgłosy ruchu ulicznego.

– Dave… zrobię to tylko wtedy, kiedy obiecasz, że nie będziesz pił. Przynajmniej do czasu, aż sprawa się zakończy.

Dave wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Żaden problem. Jestem człowiekiem ze stali. Żelazna wola.

Jack popatrzył na niego sceptycznie i westchnął, potem spojrzał na brzydki budynek szpitala, który nad nimi majaczył.

– I musimy wykombinować, jak wyciągnąć stamtąd Mauriego.

II

Siedział długi czas w ciemności. Światło latarni na parkingu wpadało przez okno i malowało na podłodze długie poszatkowane smugi. Niewiele zabrał ze sobą z domu, który przez niemal trzydzieści siedem lat dzielił z Jenny. Skórzany fotel z podnóżkiem. Dwuosobową rozkładaną kanapę mogącą pełnić funkcję łóżka dla gości, którzy nigdy się nie zjawiali. Biblioteczkę pełną książek, które czytał za młodu, kiedy w głowie roiło się od idei, a całe pokolenie wierzyło, że potrafi zmienić świat. Ależ było naiwne!

Na ścianie, naprzeciwko okna, wisiała oryginalna akwarela Russella Flinta. Dziewczyna na plaży z chustą na głowie i wielka sieć rybacka na drągu. Wspaniałe światło na piasku odsłoniętym niedawno przez odpływ. Obraz pochodził z domu jego rodziców – jeden z dwóch stanowiących dumę i radość matki. A przecież musiały stanowić bezustanne przypomnienie jej własnych zmarnowanych ambicji.

W zacienionym kącie połyskiwał milcząco duży telewizor kupiony do tego mieszkania; tylko czerwone światełko zdradzało, że tu jest. Pod ścianą obok drzwi do kuchni niewiele większej od WC stał stół z opuszczanym blatem.

To była jego przestrzeń. To były jego rzeczy. To było jego życie. Wszystko pomniejszone, by mogło się zmieścić w granicach tych czterech ścian.

Nienawidził przyznawać tego sam przed sobą, ale czuł się samotny. Tęsknił za Jenny. Choć nigdy nie była miłością jego życia, przywykł do niej. Zawsze łączyła ich przyjaźń; wiedli wspólnie bardzo zwykłą egzystencję. Egzystencję jak wiele innych, polegającą na podążaniu przez morze przeciętności, by w końcu zniknąć bez śladu. I właśnie to Jenny zrobiła przed dziewięciu laty, pochłonięta przez nowotwór.

Wstał z fotela i podszedł sztywno do biblioteczki pod oknem. Dlaczego wszystko ostatnio tak bolało? Jej zdjęcie stało w rzeźbionej ołowianej ramce, prezencie od Susan. Wziął je do ręki i obrócił do światła; uśmiech Jenny napełnił go smutkiem. Przesunął delikatnie opuszkami palców po szkle, jakby wciąż mógł jej dotknąć. Ale to, co wyczuł, było zimne i twarde.

Na fotografii miała zapewne czterdzieści kilka lat. Już wtedy farbowała pewnie włosy, ale iluzja młodości i tak była przemożna. Sam zrobił to zdjęcie i zawsze poruszała go miłość w jej oczach. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek sobie uświadomiła, że on jej nie odwzajemnia. Nie do końca. Ale czym jest miłość? Bo czy nie czuł się zdruzgotany, kiedy utracił Jenny?

Odstawił ostrożnie zdjęcie na biblioteczkę i obrócił zegarek w stronę światła wpadającego przez okno. Nadszedł czas, by jej powiedzieć.

Dwa raz się upewnił, że ma klucze w kieszeni, nim zamknął drzwi i ruszył jak najciszej w głąb korytarza. Jego kroki odbijały się nieznacznym echem od ścian i oszklonej klatki schodowej, kiedy wspinał się na drugie piętro. Drzwi jej mieszkania znajdowały się na samym końcu, a duże okna wychodziły na szkołę.

Zapukał delikatnie i czekał w gęstej nocnej ciszy, oddychając głęboko dla złapania tchu. Nie słyszał jej, dopóki nie otworzyła i nie wyjrzała z niepokojem na zewnątrz. Kiedy go zobaczyła, jej uśmiech rozświetlił ciemność, po czym otworzyła drzwi szerzej, żeby go wpuścić. Od razu zauważył, że się uczesała. Prześwitująca koszula nocna pod rozchylonym szlafrokiem sięgała niemal podłogi. Gdy dotarła do niego woń jej perfum, poczuł znajome pożądanie. Coś, co nigdy nie przemija. Wraz z pragnieniem osoby, z którą można się dzielić zanikającym coraz bardziej życiem.

Zamknęła drzwi i odwróciła się do niego wyczekująco. Wziął ją w ramiona i przyciągnął do siebie; poczuł jej ciepło i miękkość. Opierał przez chwilę głowę na jej ramieniu, potem pocałował ją w szyję i odsunął się, by na nią spojrzeć. Coś w jego oczach i zachowaniu było bardziej wymowne niż słowa, i uśmiech na jej twarzy przygasł. Kobiecy instynkt.

– Co się stało?

Wziął się w garść.

– Słuchaj, Fiona, muszę na jakiś czas wyjechać.

Uderzyła go myśl, że tak naprawdę to tylko historia, która się powtarza.

Pół wieku później.

1965

ROZDZIAŁ 3

I

Trudno teraz sobie przypomnieć wszystko to, co skłoniło mnie do ucieczki. Ale przeważył głównie fakt, że wylali mnie ze szkoły. No i, oczywiście, zawsze mi zarzucano, że sprowadzam innych na manowce. Ale tak naprawdę było inaczej.

Urodziłem się tuż po wojnie – przedstawiciel pokolenia „wyżu demograficznego”, jak się zwykło to potem określać. I dorastałem w Glasgow w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, dwie dekady, które zmieniły swą barwę z sepii na psychodeliczną pstrokaciznę, gdy przeszedłem niepostrzeżenie z wieku dziecięcego w lata młodzieńcze.

Mieszkaliśmy w południowej części przedmieść Clarkston, niegdysiejszej wiosce włączonej do dzielnicy Eastwood w East Renfrewshire, ale włączonej już w obręb rozrastającego się szkockiego centrum przemysłowego. Pamiętam tramwaje i dźwigi na rzece Clyde, kiedy jeszcze budowano tam statki. Pamiętam okopcone dymem kamienice czynszowe z piaskowca, które zmieciono z powierzchni ziemi w latach powojennych, jeszcze przed odkryciem techniki piaskowania, i wspaniały czerwony albo miodowy kamień kryjący się pod warstwą brudu. Mieszkania, które, poddane renowacji, wciąż są w użytku, podczas gdy te zbudowane na ich miejscu już dawno zburzono.

Mam czasem ochotę dorwać tych planistów i architektów, żeby skręcić im kark.

Mój ojciec uczył angielskiego i matematyki w szkole we wschodniej części dzielnicy. Dorastał w kamienicach czynszowych w części południowej, naprzeciwko Queen’s Park. Jego ojciec był przed pierwszą wojną artystą ulicznym, ale podczas tego światowego konfliktu wstąpił do Królewskich Sił Powietrznych i wyszkolił się na fotografa. Mam gdzieś wciąż album z jego zdjęciami, które robił, leżąc na kruchym kadłubie maszyny i kierując swój nieporęczny aparat ku okopom w dole. Wczesny wywiad lotniczy. Okopy wyglądały jak pęknięcia w wyschniętym błocie. Trudno było uwierzyć, że siedzieli w nich jacyś ludzie. Po wojnie otworzył atelier fotograficzne przy Great Western Road.

Przypuszczam, że tata przejął od niego poglądy religijne i polityczne. Mój ojciec był ateistą i socjalistą w okręgu wyborczym, który stanowił wówczas matecznik konserwatystów. Sądzę, że za sprawą osmozy przejąłem od niego jedno i drugie.

Matka natomiast była żarliwą członkinią Kościoła Szkocji. I choć nigdy się do tego nie przyznała, zawsze podejrzewałem, że w duchu jest toryską. Nic dziwnego, skoro jej ulubionym szmatławcem był szkocki „Daily Express”.

Współczułem jej jednak. Miała niezwykły talent do rysowania i malowania, lecz jej ojciec, mimo żarliwych błagań nauczyciela córki, nie chciał słyszeć o jakiejkolwiek szkole artystycznej. To, że kobieta poświęcała się karierze artystycznej, uchodziło w tamtych czasach za coś niestosownego.

Zgłosiła się więc do pracy w administracji państwowej. Na egzaminie wstępnym osiągnęła najlepszy wynik w całym Glasgow. Ale oczywiście, ponieważ była kobietą, nagrodzono ją funkcją telefonistki. Jakby tego mało, gdy wyszła za mojego ojca, wręczono jej wymówienie. Zamężnym kobietom nie wolno było pracować w administracji państwowej.

Rysowała jednak i malowała dalej – wspaniale cieniowane portrety i akwarelowe pejzaże – ale z upływem lat coraz mniej. Zawsze dostrzegałem w niej przekonanie, że prawdziwe życie w jakiś sposób ją ominęło. Choć wiele cech odziedziczyłem po ojcu, od matki być może przejąłem poczucie porażki. I jeśli miała nadzieję na sukces, niejako za pośrednictwem kogoś innego, czyli mnie, to musiałem stanowić dla niej źródło dalszego rozczarowania.

W 1965 roku nic na to oczywiście nie wskazywało. Odkrywałem po prostu swój talent i, podobnie jak rówieśnicy, zostałem porwany przez falę zmian, która przetaczała się przez cały kraj. Jej siłą napędową była muzyka, jak księżyc rządzący pływami. Stonesi, Beatlesi, Who, Kinksi. Ekscytująca, gwałtowna, romantyczna, przełomowa muzyka, która rozpalała wyobraźnię i sprawiała, że wszystko wydawało się możliwe.

Fala ta zmiotła też wszelkie pozostałości wojny. Kartki na żywność, służbę wojskową (choć po drugiej stronie Atlantyku wciąż obowiązywała), stary nudny BBC Light Programme, krótkie męskie fryzury, kołnierzyki i krawaty. Na Morzu Północnym piracka stacja nadawała rock and rolla. Każdy osobnik obdarzony choć iskierką talentu muzycznego chciał łapać za gitarę i grać.

Pragnąłem desperacko znaleźć się w jakimś zespole. Stać na scenie, grać na gitarze i śpiewać o miłości i stracie, o świecie, który przesuwał się pod moimi stopami. W mojej głowie cały czas rozbrzmiewała muzyka i upłynęło niewiele czasu, nim wśród rówieśników znalazłem ludzi podobnie myślących i podobnie utalentowanych.

Nie zawsze jednak darzyłem muzykę miłością. Kiedy miałem sześć lat, rodzice posyłali mnie na lekcje fortepianu prowadzone przez niezamężną damę, pannę Hale, która mieszkała w bliźniaku niedaleko Tinker’s Field, pięć minut drogi od naszego domu. Nienawidziłem tego. Pamiętam, że siedziałem w mrocznym pokoju od frontu, wygrywając na pianinie nuty, podczas gdy z ulicy dobiegał gwar dzieci na huśtawkach. C, D, E, F. A teraz skala chromatyczna. I jeśli się pomyliłem, dostawałem po łapach trzydziestocentymetrową linijką, nawet kiedy stukałem w klawisze.

Nie wytrwałem tam długo.

Następnie posłano mnie do Szkoły Muzycznej Ommera przy Dixon Avenue, dokąd musiałem jechać dobre dwadzieścia pięć minut autobusem. Tak wielka była determinacja moich rodziców, żebym grał. Przez cztery lata jeździłem tam i z powrotem w każdy wtorek wieczorem. Po ciemku, w upa- le i deszczu, zupełnie sam. Dzieciakom nie pozwalano na to w tamtych czasach. Pamiętam bardzo wyraźnie, jak pewnego zimowego wieczoru siedziałem w kawiarni przy Victoria Road i czekając na autobus, popijałem czekoladowy napój gazowany z lodami i oglądałem Pana Magoo na czarno-białym telewizorze zawieszonym wysoko na ścianie. Obok mnie usiadł jakiś mężczyzna, a kiedy mu powiedziałem, że muszę zaczekać jeszcze chwilę na autobus, zaproponował, że odwiezie mnie do domu. Ale zostałem wcześniej sumiennie ostrzeżony. Powiedziałem więc o wszystkim właścicielowi kawiarni, włoskiemu dżentelmenowi, który poinformował tego mężczyznę bez ogródek, że ma się wynosić. Włoch stał potem w drzwiach swojego lokalu i patrzył, jak wsiadam do autobusu; robił tak od tej pory w każdy wtorek.

Jednakże ciągnące się latami sobotnie poranki trawione na wkuwaniu teorii, na ćwiczeniach w lodowatych pokojach w porze zimowej albo też podczas ciepłych letnich wieczorów, kiedy inne dzieciaki bawiły się na ulicy, w końcu zrobiły swoje. Oświadczyłem rodzicom, że nienawidzę muzyki. Przestałem chodzić na lekcje i nigdy więcej ich nie podjąłem.

A potem pojawili się Beatlesi. Pamiętam pierwszy singiel, który stał się hitem. Love Me Do. W październiku 1962 roku dotarł do siedemnastego miejsca na liście przebojów i zmienił moje życie. Mogę sobie tylko wyobrazić konsternację rodziców, kiedy sześć miesięcy po tym, jak porzuciłem lekcje gry na fortepianie, sprzedałem swój kilt i kolejkę elektryczną, żeby kupić gitarę, a potem grałem na niej, aż krwawiły mi palce.

I jest rzeczą zdumiewającą, jak bardzo podobne umysły się przyciągają. W połowie 1963 roku grałem już w zespole. Wszyscy chodziliśmy do tej samej szkoły średniej i mieliśmy zaledwie po piętnaście lat. Dwaj chłopcy, których znałem jeszcze z podstawówki, całkowicie nieświadomi swojego talentu muzycznego. Pozostali byli przyjaciółmi Mauriego.

Maurie był jednym z tych dwóch przyjaciół z dzieciństwa. Drugim był Luke Sharp.

Jeśli chodzi o pochodzenie, różnili się wręcz diametralnie. Ojciec Mauriego odniósł sukces jako biznesmen. Jego pradziadek przybył do Glasgow na przełomie wieków wraz z falą imigrantów żydowskich z kontynentu. Rodzina osiedliła się w nędznej dzielnicy Gorbals i rozwinęła lukratywny interes w handlu dywanami; wystarczyły dwa pokolenia, by jej przedstawiciele przestali chodzić boso po ulicach i kupili wolno stojący dom na zamożnych południowych przedmieściach Williamwood.

Rodzice Luke’a byli z kolei świadkami Jehowy i kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się istnym cudem fakt, że mógł się do nas przyłączyć. Zaliczał się do tych rzadkich osobników, którzy są obdarzeni nadzwyczajnym słuchem muzycznym. Wystarczyło, by czegoś raz wysłuchał, a potem siadał do fortepianu i to grał. Posyłano go na lekcje gry na fortepianie, żeby mógł akompaniować do Pieśni Królestwa świadków Jehowy podczas ich zgromadzeń. Choć w gruncie rzeczy nie potrzebował żadnych lekcji. A kiedy akurat nie grał albo nie ćwiczył, większość wieczorów i weekendów spędzał z rodzicami, którzy wlekli go od drzwi do drzwi, głosząc słowo boże. Dowiedziałem się z czasem, że szczerze tego nienawidził.

Tylko w szkole mógł uprawiać muzykę, jaką lubił. Bywał w sali muzycznej, gdzie grał jazz i bluesa, ale również wprawiał w zdumienie kierownika tej sali, grając ze słuchu najbardziej skomplikowane fugi Bacha.

Był niemal geniuszem. Przez trzy lata z rzędu osiągał w szkole najlepsze wyniki i gdyby dotrwał do końca, zasłużyłby na miano prymusa. Dzisiaj uchodziłby za człowieka cierpiącego na autyzm.

Jego grę usłyszałem po raz pierwszy podczas przerwy na lunch. Jakiś ragtime’owy kawałek z repertuaru Scotta Joplina. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z czymś takim. Zdumiewający leworęczny rytm, podkreślony złożoną, dźwięczną melodią wygrywaną prawą ręką. Przyciągany jej brzmieniem, dotarłem do sali muzycznej na końcu korytarza, gdzie ćwiczył. Patrzyłem na niego, zahipnotyzowany ruchem jego palców tańczących po klawiaturze. Kiedy skończył, odwrócił się zaskoczony i zobaczył mnie w drzwiach.

– Nie wiedziałem, że grasz na fortepianie – powiedziałem.

Uśmiechnął się.

– Nigdy nie słuchałeś Pieśni Królestwa.

Nie miałem wtedy pojęcia, o czym mówi, ale poczułem nagły impuls.

– Chcesz grać w zespole? – spytałem.

Słyszałem nieraz, że twarz może się rozjaśnić. Twarz Luke’a dosłownie zabłysła.

– Tak. – Nie okazał najmniejszego wahania. – Na czym grasz?

– Na gitarze.

– Śpiewasz? – zapytał.

Zrobiłem kwaśną minę.

– Nie za dobrze.

Roześmiał się.

– Ja też nie. Może poprosimy Mauriego?

– Mauriego? Mauriego Cohena?

Nie mogłem uwierzyć, że chodzi mu o pulchnego żydowskiego chłopca, który uczęszczał z nami do jednej klasy w podstawówce.

– Ma zdumiewający głos – zapewnił Luke. – Był na przesłuchaniach do Opery Szkockiej. Chcą go zaangażować.

– Więc nie będzie chciał z nami śpiewać.

– Może zechce. Rodzice nie zgadzają się na tę operę. Uważają, że odciągnie go od nauki. Wiążą z nim określone plany.

Maurie, kiedy go poprosiliśmy, od razu się zgodził. Zresztą o wiele bardziej interesował go pop niż opera. Uważał, że rodzice prędzej ustąpią, jeśli potraktują to jako jego hobby, a nie drogę do kariery. Koniec końców, to jego ojciec kupił nam większość sprzętu.

Pierwszą próbę zaplanowaliśmy tydzień później po lekcjach, w jednej z sal muzycznych. Ja miałem grać na gitarze akustycznej, Luke na fortepianie, Maurie był odpowiedzialny za wokal. Opracowaliśmy listę piosenek, których zamierzaliśmy się uczyć. Maurie nabazgrał słowa w notatniku. Ale pojawił się z chłopcem, którego nie znałem, choć widywałem go na boisku szkolnym i korytarzach. Gość z biedniejszej części Thornliebank. Wysoki i przystojny, z czupryną kręconych kasztanowych włosów.

– To jest Dave Jackson – przedstawił go Maurie. – Dobry gitarzysta, ale chce grać na basowej. – Zwrócił się do chłopaka, który trzymał nieśmiało swój instrument w futerale. – Powiedz im dlaczego, Dave. – Uśmiechnął się. – No dalej!

Dave wyglądał na zażenowanego.

– Czytałem gdzieś, że niska częstotliwość gitary basowej przyprawia dziewczyny o krzyk.

Wszyscy parsknęliśmy śmiechem.

Z wyjątkiem Luke’a.