Na fali uczuć - Marion Lennox - ebook
Opis

Gdy syn doktor Kelly Eveldene uległ wypadkowi, musiała stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, którego przysięgła unikać do końca życia. Po spotkaniu z nim sprzed kilkunastu lat pozostał w niej głęboki uraz, on zaś nie mógł wybaczyć sobie swojego zachowania. By oczyścić sumienie, zaproponował Kelly, by na czas rekonwalescencji syna zamieszkała w jego domu. Nie dopuszczał do siebie myśli, że jej pragnie...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 161

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marion Lennox

Na fali uczuć

Tłumaczenie:

PROLOG

Wciśnięta w głęboki fotel w pozycji prawie embrionalnej siedziała w najodleglejszym kącie recepcji domu pogrzebowego. Wysuszone przez słońce, potargane włosy i ucięte nad kolanem i wystrzępione dżinsy jak wyjęte z pojemnika na niechcianą odzież, do tego podkrążone oczy i brudne bose stopy.

W normalnych okolicznościach Matt Eveldene patrzyłby na nią ze współczuciem, może nawet dałby jakieś drobne na coś do jedzenia. Ale nie tutaj. I nie tej dziewczynie. Wiedział o niej tyle tylko, że nazywa się Kelly Myers. Nie, Kelly Eveldene. Ma siedemnaście lat i jest wdową po jego bracie.

Na jego widok wstała. Było jasne, że przyszedł zidentyfikować ciało brata.

– T-to… straszne – wyjąkała, ale nie podeszła bliżej. Być może powstrzymał ją wyraz malujący się na jego twarzy, bo nie potrafił ukryć gniewu. Wręcz wściekłości.

Taka strata… Jessie, uwielbiany starszy brat, który śmiał się z nim, żartował, chronił przed atakami ze strony ojca, nie żyje, a miał dopiero dwadzieścia cztery lata. I nie wiadomo dlaczego dwa tygodnie przed śmiercią ożenił się z tą dziewczyną.

– Jakim cudem wzięłaś z nim ślub? – Zabrzmiało to brutalnie, ale nic innego nie przyszło mu do głowy. Od kilku lat nikt nie wiedział, co działo się z bratem. – Masz siedemnaście lat.

– To on chciał, żebyśmy się pobrali – odparła szeptem. – Uparł się. Nawet odnalazł mojego ojca i wymusił na nim zgodę. Bo ojciec jest moim prawnym opiekunem, chociaż… – Opadła na fotel, jakby zabrakło jej sił.

Ale nie był skłonny jej współczuć. Uwielbiał starszego szalonego brata, nade wszystko miłującego wolność, który mimo to rozjaśniał jego codzienną egzystencję. Tylko Jess potrafił tchnąć życie w ogromną, elegancką, z widokiem na słynną plażę Bondi rezydencję, gdzie królował wiecznie niezadowolony ojciec.

Ale nad swoim życiem Jess nie panował. Po raz ostatni Matt widział go na oddziale psychiatrycznym. Jess miał wtedy dwadzieścia dwa lata, a Matt osiemnaście. Stan brata go przeraził.

– Matt, nie mogę wrócić do domu – powiedział wtedy Jess. – Wiem, co ojciec o mnie myśli, a to zawsze pogarsza sytuację. Ten czarny pies, depresja… Może jak będziesz starszy, to zrozumiesz. Kiedy stąd wyjdę, wyniosę się z Australii. Polecę za falami. Nic nie działa na moją głowę tak kojąco jak pływanie na desce. Tego mi trzeba, jeżeli mam się uwolnić od narkotyków.

Potem były dwa lata sporadycznie dochodzących pocztówek, wycinków z gazet na temat jego sukcesów na zawodach oraz próśb, by rodzice nie próbowali się z nim kontaktować, dopóki się nie „odnajdzie”.

Odnalazł się teraz w kostnicy na Hawajach? Jess… Po raz ostatni widział go w roli wychodzącego z uzależnienia narkomana. A teraz stoi twarzą w twarz z dziewczyną, która mieni się jego żoną. Ledwie panował nad złością. Miał ochotę podciągnąć jej rękawy, by obnażyć ślady świadczące o nadużywaniu narkotyków, po czym daleko ją od siebie odepchnąć.

– Chciał zostać spopielony – powiedziała cicho. – I żeby jego prochy rozsypać z Diamond Head przy najlepszej fali. O zachodzie słońca. Jego przyjaciele…

Jasne. Tacy sami jak ta dziewczyna, ta…

Nie, tego nie powie. Żona Jessa! Ojciec ma rację: trzeba jej zapłacić i jak najszybciej pozbyć. Gdyby matka się o niej dowiedziała, może nawet sprowadziłaby ją do domu, a wtedy wszystko zaczęłoby się od nowa. „Proszę, idź na odwyk. Proszę, lecz się, proszę…”

Jest na to za młody. Ma dwadzieścia lat, a czuje się jak dziecko. Na jego miejscu powinien być ojciec. Dałby upust złości i zrobiłby to, co zlecił jemu. Ogarnęło go znużenie i poczucie bezradności.

– Stać cię na kremację? – zapytał, a ona pokręciła głową. Z jej oczu biła zaskakująca szczerość.

– Nie. Miałam nadzieję, że mi pomożesz…

Miałby pomóc kobiecie, która patrzyła, jak jego brat podąża drogą samozniszczenia? Nawet jeżeli sprawia wrażenie… Nie, nie myśl o tym, jak wygląda. Załatw sprawę i spływaj.

– Zabieram brata do domu – oznajmił. – Rodzice pochowają go w Sydney.

– Proszę…

– Nie. – Boże, Jess… Chciał być sam, bo czuł, że zaraz się udusi. Jak ojciec może tego od niego wymagać?

Być może chce go ukarać za to, że kochał brata. Dosyć tego. Musi wyjść. Sięgnął po książeczkę czekową, dziewczyna tymczasem siedziała, tępo patrząc przed siebie. Podał jej czek, a raczej chciał to zrobić. Nie wyciągnęła ręki, więc go położył na jej brudnym kolanie.

– Ojciec założył bratu polisę ubezpieczeniową. Mimo że mamy wątpliwości co do ważności waszego ślubu, ojciec uznał, że możesz mieć jakieś roszczenia. Ten czek ma ten ruch uprzedzić. Dostajesz go pod warunkiem, że nie będziesz się kontaktować z moimi rodzicami, że nigdy nie powiesz naszej matce, że Jess miał żonę, że będziesz trzymać się od nas z daleka. Teraz i zawsze.

– Chciałam napisać do waszej matki.

– Jest tysiąc powodów, dla których nie wolno ci się z nią kontaktować – ostrzegł ją. – Przede wszystkim miała dużo zmartwień, więc należy jej oszczędzić przejmowania się twoim zmarnowanym życiem. Ojciec postanowił nic jej nie mówić o ślubie, a ja go rozumiem.

Gdy zacisnęła powieki, jakby ją spoliczkował, poczuł, że jego gniew słabnie. Tak nie można, uznał. Ta dziewczyna ma problemy, ale Jess też nie umiał pokierować życiem. Nie powinien się na niej wyżywać.

– Skorzystaj z tych pieniędzy – dodał, czując, że musi wyjść jak najprędzej. – Zacznij nowe życie.

– Nie chcę twojego czeku.

– To jest twój czek – warknął – nie mój. Oczekuję od ciebie jako wdowy… – zaakcentował to słowo, jak zrobiłby to ojciec – że podpiszesz zgodę na wywóz ciała. Chcę zabrać go do domu.

– On by nie chciał…

– On nie żyje, a my musimy go pochować. To prawo jego matki.

Nagle dziewczyna zgięła się wpół, łapiąc się za brzuch. Zaskoczony chciał ją podtrzymać, ale się opanowała. Podniosła głowę i rzuciła mu lodowate spojrzenie.

– Zabieraj go do domu. Oddaj matce.

– Dziękuję.

– Nie dziękuj. Lepiej odejdź.

– Nie musimy się więcej spotykać. Powodzenia, panno Myers. – Kurczę, tak by to powiedział ojciec. Już nie czuł się jak dziecko, a jak stuletni starzec.

– Jestem Kelly Eveldene – syknęła. – Dla ciebie i reszty świata.

– Ale nie dla moich rodziców.

– No nie. – Spochmurniała. – Jess by nie chciał jeszcze bardziej krzywdzić matki. Jeśli nie chcecie jej powiedzieć, to nie mówcie. – Spuściła głowę, a on poczuł, że pragnąłby wziąć ją w ramiona i utulić niczym zranione dziecko.

Ale to nie dziecko. Ta dziewczyna jest członkiem grupy, która zniszczyła jego brata. Narkotyki, deska, narkotyki, deska… Zawsze tak było.

Wychodź, nic z tą dziewczyną cię nie łączy. Czek zwalnia cię od wszelkiej odpowiedzialności.

Czyż nie tak powiedział ojciec?

– Podpisz dokumenty. I nie wpuść sobie w żyłę całej wartości tego czeku.

– Wracaj do Australii – wycedziła przez zęby. – Już rozumiem, od czego Jess uciekał.

– To nie ma żadnego…

– Gadaj zdrów. Podpiszę te kwity. Spadaj.

Nie ruszyła się z miejsca jeszcze długo po jego wyjściu. Recepcjonistka wolałaby się jej pozbyć. To zrozumiałe. Ale jest wdową. Dom pogrzebowy zorganizuje transport zwłok do Australii, a to sporo kosztuje, więc musi być grzeczna, nawet jeśli Kelly psuje wystrój wnętrza.

Powinna się umyć. Co więcej, przebrać, coś zjeść i się wyspać, ale ze zmęczenia nie miała siły się ruszyć. Ostatnie dni były koszmarne. Czuła, że depresja Jessa się pogłębia, ale nie zdawała sobie sprawy, że tak bardzo. Jednak kiedy zniknął, zaczęła przeczuwać najgorsze. A teraz… Siedziała tu tyle czasu i czekała. Nie na niego, na jego ojca. Nie spodziewała się faceta parę lat od niej starszego.

Matt Eveldene. Co to za nazwisko?

Popatrzyła na lśniącą obrączkę, którą Jess wsunął jej na palec ledwie dwa tygodnie temu.

– Teraz będziesz bezpieczna – powiedział. – Tylko tyle mogę zrobić, ale ona cię ochroni.

Wiedziała, że jest bardzo chory. Nie powinna była za niego wychodzić, ale się bała. Jess ją przygarnął, a ona do niego przylgnęła. Za słabo, bo ostatecznie wylądowała w tym okropnym miejscu.

– Gdyby coś mi się stało, to rozsypiesz moje prochy nad morzem? – zapytał tydzień temu, a jakby minął rok.

Tu też zawiodła. Dała się Mattowi zdominować.

Jaki ojciec, taki syn? Jess jej mówił, jakim potworem jest ich ojciec. Przygotowała się na spotkanie z Henrym, ale pojawienie się Matta zbiło ją z tropu. Zawiodła.

– Przepraszam – szepnęła w stronę drzwi, za którymi leżał Jess. – Przepraszam.

Nic więcej nie mogła zrobić. Wstała i odetchnęła głębiej, zastanawiając się, czy wystarczy jej sił, by wyjść i wsiąść do autobusu, by uciec z tego miejsca. Znowu poczuła mdłości, ale nie miała siły wymiotować.

– Pani Eveldene… – odezwała się recepcjonistka.

– Słucham.

– Upadł pani czek. – Wyszła zza biurka, podniosła go i podała Kelly. Przy okazji zerknęła na sumę. – Oo! Chyba lepiej go nie gubić.

Z rękami w kieszeniach stał bez ruchu przed domem pogrzebowym, czekając, aż zapanuje nad złością i smutkiem. Jess, jego kochany starszy brat. Jess, wychudzony, zimny, w kostnicy. Czuł, jak wzbiera w nim wściekłość, ale wiedział jednocześnie, że tylko ona może wyciszyć rozpacz. Gdyby dopuścił do głosu złość, zawróciłby, chwycił tę ćpunkę i tak by nią potrząsnął, że aż by jej zęby zadzwoniły. Tylko co by to dało?

Bo to tylko śmieć, który się przyczepił do i tak zmarnowanego życia Jessa. Nieoczekiwanie jego myśli pobiegły do tej dziewczyny, jej pełnych rozpaczy oczu. Kolejne życie do zmarnowania. Ale te oczy, ten błysk gniewu… To coś więcej niż strata, pomyślał. Jest tam coś, co Jess kochał, może nawet piękno, które dostrzegł pod maską buntu. Mógłby spróbować pomóc.

Aha, tak jak próbował pomagać Jessowi. Bezcelowe, bezcelowe, bezcelowe. Dał jej pieniądze.

– Nie zmarnuj wszystkiego – powiedział na głos. Do nikogo, do dziewczyny w budynku za plecami, do jaskrawego słońca Hawajów. Złudna nadzieja, tak jak wszelkie nadzieje, jakie pokładał w bracie.

Dosyć. Pora zająć się swoimi sprawami, pora zapomnieć o pięknym elfie w tym upiornym budynku, pora towarzyszyć nieżyjącemu bratu w drodze powrotnej do domu. Pora żyć dalej.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

To najwspanialsza praca pod słońcem. Ale nie tym razem. Doktor Kelly Eveldene była lekarzem turnieju International Surf Pro-Tour. Od czterech lat pełniła funkcję kierownika zespołu medycznego towarzyszącego gwiazdom światowego surfingu. Znała się na tym, była lubiana, znała żargon i znała tylu surferów z dawnych czasów, że nie mogła marzyć o lepszym zajęciu.

Było jednak kilka minusów. Tego roku mistrzostwa świata zawodowców przeniosły się do Australii. Nie była tym zachwycona, ale Australia jest wielka. Eveldenowie mieszkali w Sydney, a zawody miały się odbyć w Gold Coast w Queenslandzie. Szansa, że natknie się na… kogokolwiek, była minimalna.

Henry Eveldene, jej były teść, okazał się biznesowym potentatem, a jego nazwisko należało do nader rzadkich. Ale dwie nierzucające się w oczy osoby o takim samym nazwisku nie powinny ściągnąć na siebie jego uwagi.

Drugim powodem do niepokoju był fakt, że Jess miał po raz pierwszy startować w kategorii juniorów. Miał siedemnaście lat i jak ojciec nie rozstawał się z deską. Nie powstrzymałaby go i nawet nie próbowała. Jej syn jest niesamowity. Ale teraz miała skrupuły.

Jak zawsze podczas zawodów siedziała w namiocie sędziowskim na cyplu. Przy brzegu dyżurowali ratownicy medyczni na skuterach wodnych. Gdyby coś się stało, w kilka sekund znalazłaby się na plaży, by udzielić pomocy przywożonym poszkodowanym.

W tej pracy zdarzają się ponure chwile, ale na tym poziomie profesjonalizmu rzadko miała do czynienia z prawdziwymi dramatami. Najczęściej zajmowała się ranami, stłuczeniami, otarciami i oparzeniami słonecznymi. Miała też okazję łączyć to z surfowaniem. Wymarzona praca.

Ale teraz Jess bierze udział w zawodach. Miał trzydzieści minut na pokazanie sędziom, co potrafi. Pierwsza fala, którą złapał, dobrze się zapowiadała, ale się spłaszczyła. Nie dała mu szansy. Jess wiedział, że otrzymał niską notę, więc ruszył na płyciznę, wezwał skuter i od razu został wywieziony w morze.

Potem przez dziesięć niekończących się minut leżał na desce, czekając na falę, a czas leciał. W końcu od północnego wschodu zaczęła budować się wymarzona wysoka fala. Kelly widziała, jak jej syn zastyga w oczekiwaniu. Proszę…

Powinna być bezstronna. Jest tu służbowo!

Ale nie była bezstronna. Nie była sędzią. W tej chwili nawet nie była lekarzem. Była matką Jessiego.

Złapał falę, która zaczęła się nad nim wznosić, obiecując długi popisowy ślizg. Idealna fala? Podszedł wysoko, wykonał kilka ewolucji, po czym znowu podszedł wyżej. Ale…

Od południa wznosiła się druga fala, która mogła przeciąć się z tą najlepszą z fal. Zmora surferów.

Jess jej nie zauważy, pomyślała, ale może to nieważne. Może ten intruz opadnie, nim dotrze do jego fali. A nawet jeżeli się przetną, Jess powinien gładko przejść do następnego manewru. Nagle…

Na tej drugiej fali ktoś był. W wygrodzonej strefie mieli prawo przebywać wyłącznie zawodnicy, ale na południe od niej zainstalowała się grupka młodych amatorów deski. Najwyraźniej jeden z nich, żółtodziób, na widok budującej się za nim fali nie mógł się oprzeć pokusie, ale zabrakło mu wyobraźni, że ta fala wyniesie go do strefy zawodów.

Sędziowie zerwali się na równe nogi.

– Z drogi! Z drogi! – ryczał przez megafon jeden z nich, ale surferzy byli zbyt skoncentrowani, by go usłyszeć.

Jess znajdował się w szmaragdowym tunelu nieświadomy, że tuż za nim…

Nie, nie tuż za nim. Fale już się zderzyły, wzbijając tuman białej piany. Deska żółtodzioba wystrzeliła w powietrze na całą długość linki, po czym opadła.

Gdzie jest Jess?! Ta siła przy tej prędkości…

– Kelly, leć! – wrzasnął stojący obok sędzia.

Gnała jak wicher. To nie lekarz rzucił się w morze, by sprawdzić, co stało się dwóm surferom, a przerażona matka Jessa.

– Matt, jesteś potrzebny na ratunkowym. Złamanie podudzia z niedokrwieniem. Jeśli mamy uratować nogę, trzeba działać błyskawicznie.

Koniec spokojnego wtorkowego popołudnia Matta Eveldene’a, chirurga ortopedy w szpitalu Gold Coast Central. Pogoda była piękna, a trzy przecznice od szpitala odbywały się zawody najlepszych surferów.

W porze lunchu Matt zszedł na promenadę. Przez chwilę podziwiał wyczyny młodych surferów, zastanawiając się jednocześnie, ilu z nich ryzykuje przyszłość, tak igrając z losem. Nikt inny się tym nie przejmował. Wszyscy jak zauroczeni obserwowali zawodników. Tego dnia nawet pacjenci zapomnieli o dolegliwościach. Przeprowadził wszystkie zabiegi, ale ponad połowa zapisanych w poradni odwołała wizytę. Może będzie mógł wcześniej wyjść do domu?

Niestety. Beth, na dyżurze w izbie przyjęć, nie wzywałaby go, gdyby nie było to konieczne.

– Dwóch nastolatków… – relacjonowała, spiesząc obok niego. – Zderzyli się na fali. Młodszy to miejscowy. Ma czternaście lat, ze wstrząśnieniem mózgu i podejrzeniem złamania ręki. Więcej obaw budzi ten drugi, siedemnastolatek ze Stanów, uczestnik zawodów. Ma złamanie otwarte kości udowej. Podejrzewam też zatrzymanie dopływu krwi. Wezwałam już Caroline.

Caroline Isram była chirurgiem naczyniowym.

– Żeby uratować nogę, potrzebujemy was obojga – powiedziała Beth. – Ach, i wiesz co?

– Co takiego?

– Taki dziwny zbieg okoliczności. Nosi nazwisko Eveldene.

– To przypadek. Nie znam żadnego siedemnastoletniego surfera o tym nazwisku.

Siedziała przy łóżku syna, trzymając go za rękę. Już samo to, że na to przystał, świadczyło, że bardzo cierpi, mimo że otrzymał niezwykle silny środek przeciwbólowy. Trzymała go za rękę, by się nie poruszył. Jego noga z minuty na minutę traciła kolor.

Boże, oby w tym szpitalu znaleźli się dobrzy chirurdzy. I żeby się pospieszyli.

– Ortopeda już tu idzie – szepnęła. – Lekarka z izby przyjęć mówi, że to najlepszy chirurg w całej Australii. Postawi cię na nogi i będzie dobrze. – Oby.

– Ale przepadną mi zawody.

Zawody to nasz najmniejszy problem, pomyślała. Jess może stracić nogę. Boże, niech ten facet okaże się dobry.

Gdy zasłona się rozsunęła, już i tak koszmarny dzień stał się jeszcze gorszy.

Po raz ostatni Matt widział swojego brata Jessa na oddziale odwykowym. Był wychudzony i przerażony. Ten chłopak na łóżku… to Jess. Na moment znieruchomiał. Spoglądał na łóżko, a Jess wpatrywał się w niego. Potargany blondyn. Piwne oczy pełne bólu. Mimo resztek maści cynkowej na nosie i wargach piegi jak u Jessiego.

Duchów nie ma. Są. To Jessie.

– To nasz chirurg ortopeda, doktor Eveldene – oznajmiła Beth. – Matt, to twój pacjent, Jessie Eveldene. Jess mieszka na Hawajach, przyleciał tu na zawody. Ma siedemnaście lat. A to jego mama Kelly. Udzieliła mu na plaży pierwszej pomocy. Przywróciła częściowo krążenie, założyła długą szynę i podała środek przeciwbólowy.

Matt miał wrażenie, że się przesłyszał. Poczuł mętlik w głowie. Jakie jest prawdopodobieństwo, że chłopak o tym nazwisku trafi do tego szpitala? Że będzie podobny do Jessa? To surfer, a oni mają wiele wspólnych cech. Spłowiałe od słońca włosy, maść cynkowa na twarzy, ale… Piwne oczy chłopaka wpatrywały się w niego tak jak kiedyś oczy Jessa. Uwolnij mnie od bólu.

Skup się na leczeniu. To nie jest twój starszy brat, tylko dzieciak zagrożony amputacją. Odsłoniwszy nogi, siłą woli powstrzymał grymas. Stopa blada, tętno ledwie wyczuwalne, przerywane. Niebezpiecznie słaby.

– Zrobiliśmy już prześwietlenie – odezwała się Beth. – Kość jest pęknięta w kilku miejscach. Matt, tutaj jest potrzebna twoja ręka.

Niewątpliwie. Z rany sterczały odłamki kości.

– Dzięki Bogu Jess ma wspaniałą mamę – ciągnęła Beth. – Jest lekarzem ekipy surferów. Wypłynęła po nich skuterem wodnym i ustawiła mu nogę, jak tylko wrócili na brzeg. Czas bez dopływu krwi to kilka minut.

Jest szansa na uratowanie nogi. Dzięki tej kobiecie.

Przeniósł na nią wzrok.

Kelly? To nie może być ta sama Kelly, którą spotkał lata temu. Wykluczone. Ich spojrzenia się spotkały. W jej oczach wyczytał ból i strach, ale też… niezłomną wolę.

Kelly. Kobieta, której wtedy zarzucił…

– Dobra robota. – Nic więcej nie przyszło mu do głowy. Ale jeśli jest szansa uratować nogę, muszą brać się do roboty. – Beth, USG! Powiedz Caroline, że to priorytet. Przepływ krwi słaby. Jess… – Ledwie przeszło mu to przez gardło. – Jess, trzeba tę nogę poskładać i zapewnić dopływ krwi do palców stopy. Bez operacji, i to zaraz, się nie obejdzie.

Chłopak pokiwał głową.

– Rozumiem. Czy ktoś może zrobić mi zdjęcie, żebym je wrzucił na Facebooka?

– Nie ma sprawy – odparła Beth, matka kilkunastolatków. Na pierwszym miejscu: Facebook, na drugim: naprawić nogę. Sięgnęła po komórkę. – Zrobię zdjęcie pod warunkiem, że twoja mama pozwoli. Ale zaraz potem jazda na salę operacyjną, a tam zrobią wszystko, żebyś znów był piękny.

– Jeśli mama się zgodzi – rzucił Matt.

Matka Jessa. Lekarz odpowiedzialny za zdrowie surferów podczas mistrzostw świata.

Kelly Eveldene, ta niedożywiona bidula skulona w fotelu w recepcji domu pogrzebowego, którą poznał osiemnaście lat temu? Nie pora na wspomnienia. Krążenie w nodze się pogarsza, w każdej chwili jakiś odłamek kości może ograniczyć je jeszcze bardziej. Albo przebić naczynie krwionośne.

– Macie moją zgodę – odrzekła Kelly niepewnym głosem. – Jeżeli ty, Jessie, nie masz nic przeciwko temu.

Jaka matka zwraca się w ten sposób do swojego dziecka? Gra na zwłokę. Trzymając syna za rękę, czeka na jego decyzję. Jessie. Z trudem zbierał myśli. Może powinien się wycofać, przekazać chłopaka innemu chirurgowi. Potrafi zdobyć się na dystans? Oczywiście. Musi. Transport do Brisbane to strata dwóch godzin.

Na stole operacyjnym będzie skomplikowana układanka z kawałków kości, wszystko inne przestanie się liczyć. Nie będzie zwracał uwagi na sprawy osobiste.

– Matt, mamą Jessiego jest Kelly Eveldene – dodała Beth. – Lekarz medycyny ratunkowej na Hawajach.

– My już się znamy – oznajmiła Kelly, a on poczuł się jeszcze bardziej skołowany.

– To nie jest przypadkowa zbieżność nazwisk? – zdziwiła się Beth. – Matt…

Koniec czczej gadaniny. Przeszłość należy do historii, zwłaszcza że stopa robi się coraz chłodniejsza.

– Jess, zabieramy cię na operację – zwrócił się do chłopca. – Twoja noga leży pod kątem grożącym zatrzymaniem krążenia. Będę cię operował z doktor Isram, chirurgiem naczyniowym. We dwoje mamy szansę to naprawić. Wyrażasz zgodę? A twoja mama?

W końcu na nią spojrzał. Kelly Eveldene to wychudzona narkomanka, która była z jego bratem, gdy ten umierał. Ta kobieta nią nie jest. Wysoka, szare oczy, lśniące kasztanowe włosy ściągnięte w kok, markowe dżinsy, biała bluzka oraz identyfikator o treści: „Dr Kelly Eveldene, dyrektor medyczny Pro Surf”.

My już się znamy.

– Jest pan naszym dalekim krewnym? – zapytał nieśmiało Jess. – Bo to rzadkie nazwisko.

– Możliwe – odrzekł, unikając wzroku Kelly. – Ale tym zajmiemy się po operacji. Jeżeli wyrażasz zgodę.

– Doktor Beth powiedziała, że jest pan dobry.

– Bo jestem. – Nie czas na fałszywą skromność.

– Będę mógł potem surfować?

Te słowa przywołały wspomnienie sprzed lat, jak podczas śniadania Jess wykrzyczał ojcu: „Interesuje mnie tylko deska, nie rozumiesz?!”. Wróciwszy ze szkoły, Jess znalazł swoją deskę za domem, porąbaną na kawałki. Nie pora na wspominki ani choćby na ułamek krytycyzmu.

– Zrobię co w mojej mocy – obiecał, wbrew sobie spoglądając chłopcu prosto w oczy. – Jess, nie ukrywam, że to jest paskudne złamanie, ale myślę, że będziesz mógł wyczyniać na desce wszystkie możliwe akrobacje.

– Dziękuję. – Jess ścisnął dłoń matki. – Zgadzam się, ale najpierw zróbcie mi zdjęcie dla Facebooka.

Mimo że była lekarzem już od dziewięciu lat, po raz pierwszy znalazła się po drugiej stronie drzwi bloku operacyjnego. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak trudne jest takie czekanie. Jess leży na stole operacyjnym , zaś jego przyszłość zależy od Matta Eveldene’a.

Wybrała medycynę ratunkową, ale całe dzieciństwo spędziła na desce, więc po studiach do niej wróciła. To surferzy pomagali jej w najtrudniejszych chwilach, więc było naturalne, że lgnęła do tego środowiska. Widziała niejeden wypadek. Jeszcze przed ukończeniem specjalizacji walczyła o obecność lekarza podczas zawodów.

Na stażu spędziła wiele godzin w szpitalach i naoglądała się urazów, jakich doznają surferzy, więc zdawała sobie sprawę, że lekarze nie są cudotwórcami.

Teraz czekała, aż te drzwi się otworzą. Od trzech godzin. Jak Jess sobie poradzi z pooperacyjnym osłabieniem mięśni? Albo wręcz z utratą kończyny? Lepiej o tym nie myśleć. Serce by mu pękło.

Operuje go Matt. Która to zła wróżka sprawiła, że jest chirurgiem akurat tam, gdzie Jess miał wypadek? Nie powinien tkwić w Sydney ze swoją koszmarną rodziną? Gdyby wiedziała, że jest tutaj, nigdy by tu nie przyjechała.

Złamała obietnicę, zjawiając się w Gold Coast?

„Trzymaj się od nas z daleka”.

Zrealizowała czek, co oznaczało, że akceptuje jego warunki. Ale to była polisa Jessa. Ten czek uratował jej życie. Nie, nie, to Jess ją uratował. Jej piękny opalony surfer, który ją przygarnął, gdy znalazła się na dnie, który sprawił, że po raz pierwszy poczuła się bezpieczna. Nękany przez demony, którym odważnie stawiał czoło.

– Skarbie, razem sobie poradzimy – mówił. – Twoje parszywe dzieciństwo, mój czarny pies… We dwoje z tym wygramy.

Ale czarny pies okazał się zbyt duży i agresywny, bo w ostatecznym rozrachunku jej uczucie nie wystarczyło, by tę bestię powstrzymać. Noc, kiedy Jess umarł…

Przestań o tym myśleć. Niedługo przyjdzie ci skonfrontować się z jego bratem i być może wrócić do przeszłości, ale tylko na chwilę, dopóki nie wyjaśnisz, że złamałaś obietnicę nieświadomie. Gdy tylko stanie się to możliwe, znikniesz z Jessem z jego życia.

Ratowanie nogi Jessa wymagało wysiłku chirurga ortopedy, chirurga naczyniowego, anestezjologa oraz czterech wykwalifikowanych pielęgniarek.

– Ten, kto go opatrywał na plaży, znał się na rzeczy – zauważyła Caroline, kobieta w średnim wieku znana z szorstkości i nieskłonna do pochwał. – Ta arteria jest tak poszarpana, że aż dziw bierze, że krew nią płynęła.

Pracowała powoli, w skupieniu, ponieważ od tego zależało, czy kończyna odzyska sprawność. W tym samym czasie Matt usuwał odłamki kości, dopóki nie wróciło prawidłowe krążenie. Potem miał się zająć naprawą tkanki mięśniowej. Jeżeli Caroline wykonała dobrą robotę, jeżeli jemu uda się złożyć nogę tak, by miała odpowiednią długość, jeżeli tkanka nie jest za bardzo uszkodzona, być może chłopak… Nie jakiś chłopak. Jess.

W głowie mu się to nie mieściło.

– Chyba się udało – mruknęła Caroline. – Odzyskuje kolor, porządne tętno… Matt, już jest twój.

Nie. Ten chłopak nie jest jego.

Drzwi się otworzyły. Matt Eveldene zmęczonym gestem zsunął z twarzy maskę i ściągnął czepek z czarnych włosów. Jak to możliwe, skoro Jess był blondynem? – przeszło jej przez myśl. Jest wyższy od Jessa, mocniej zbudowany, bardziej… surowy, ale mimo to podobieństwo było zauważalne. I podobny do jej syna.

Stryj Jessa. Rodzina?

Nie, jej rodzina to syn. Nikt więcej.

– Udało się – powiedział krótko.

Poczuła, że krew odpływa jej z twarzy. Przez chwilę się jej przyglądał, po czym usiadł obok. Jako lekarz, który traktuje ją jak matkę? Okej. To lepsze niż poprzednim razem, kiedy potraktował jak dziwkę i narkomankę.

Operacja się udała. Siedzieli milcząc, we dwoje w pustej poczekalni. Tylko ona i ten człowiek.

– Co to znaczy, że się udała? – wykrztusiła w końcu.

– Caroline musiała zrobić implant, żeby ratować arterię, ale jest zadowolona. Puls jest miarowy, przepływ krwi w normie. Wstawiłem pręt tytanowy. Słyszałaś o gwoździach chirurgicznych? Było za mało tkanki kostnej, żeby naprawić to w inny sposób. Były dwa złamania: nad kolanem i poniżej stawu biodrowego, więc wystarczył jeden gwóźdź, bez płytek – relacjonował chłodno. – Ma kilka brzydkich ran, ale je widziałaś. Za wszelką cenę musimy wystrzegać się infekcji. Poza tym Caroline obawia się skrzepów. Chłopak musi być hospitalizowany co najmniej przez tydzień, dopóki krążenie się nie unormuje. Potem czeka go odpoczynek i rehabilitacja w warunkach, w jakich z pewnością nie zrobi sobie krzywdy.

– Będzie niepocieszony – westchnęła. – Dopiero za pół roku będzie mógł stanąć na desce.

– Pół roku to nie całe życie – zauważył. – Będzie miał kilka interesujących blizn. W zależności od tego, jak będzie rósł, może zajść potrzeba przedłużenia kończyny, ale ten gwóźdź da się przedłużyć. Jeżeli urośnie mniej niż trzydzieści centymetrów, obejdzie się bez tego.

Więc będzie pływał. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo była spięta. Poczuła, że siły ją opuszczają. Matt wyciągnął w jej stronę rękę, jakby chciał jej dotknąć… ale ją cofnął. Zrobiłby to, gdybym była zwyczajną matką pacjenta, pomyślała. Dodałby jej otuchy.

Ale nie mnie. Nieważne. Zrobił, czego od niego oczekiwała, i to wystarczy. Podnosiła się z krzesła, gdy znowu wyciągnął ramię i tym razem jej dotknął. Ale nie by podnieść ją na duchu.

– Musimy porozmawiać – powiedział. – Uważam, że należy mi się wyjaśnienie.

– Co ci się ode mnie należy? – prychnęła.

– Jessie ma syna.

– No to co?

– Mój brat miał syna, więc rodzice zostali dziadkami. Nie sądzisz, że powinniśmy o tym się dowiedzieć?

– Pamiętam pewną rozmowę – wycedziła. – „Nie kontaktuj się z moimi rodzicami. Nie pisz. Nie informuj naszej matki, że wzięliście ślub. Trzymaj się od nas z daleka”. Powiedziałeś, że jest mnóstwo powodów, dla których mam się z wami nie kontaktować.

– Gdybyś powiedziała, że jesteś w ciąży…

– O ile dobrze pamiętam, nic nie chciałeś wiedzieć. Brzydziłeś się mnie…

– Ćpałaś.

Odetchnęła głęboko, by zapanować nad wzburzeniem.

– Naprawdę? Tak? Narkomanka? Sam doszedłeś do takiego wniosku. Na jakiej podstawie?

Przegarnął włosy palcami. Grał na zwłokę, a ona poczuła, że jej gniew topnieje. Wróciła do teraźniejszości. Ten człowiek uratował jej synowi nogę. Powinna zdobyć się na trochę wyrozumiałości.

– No nie… Tak myślałem, kiedy Jess umarł. Zdaję sobie sprawę, że trochę bezpodstawnie.

Zalała ją fala goryczy.

– Nie czytałeś raportu z sekcji zwłok?

– Nie zapominaj, że po raz ostatni widziałem Jessa żywego na odwyku dla narkomanów.

– Lata całe przed śmiercią.

– Powiedział ci o tym?

– Był moim mężem. Oczywiście, że mi o tym mówił.

– Miałaś siedemnaście lat.

– I byłam w beznadziejnej sytuacji, a on miał lat dwadzieścia cztery i też był w takiej sytuacji. – Pokręciła głową. – Przepraszam, ale nie muszę tego słuchać. Wtedy nie chciałeś niczego się o mnie dowiedzieć i teraz też daj spokój. Jestem ci wdzięczna za uratowanie mojemu synowi nogi. Podejrzewam, że będziemy się widywali, dopóki jest w szpitalu, ale postaram się schodzić ci z drogi. Teraz muszę przywieźć rzeczy Jessa z hotelu, ale najpierw chcę go zobaczyć. Już się wybudził?

– Daj mu jeszcze chwilę. Dostał sporą dawkę środków znieczulających. – Znowu przegarnął włosy, jakby szukał słów. W końcu je znalazł. – Nie brałaś?

– Wiesz co? Lata temu miałam ochotę cię uderzyć, ale byłam na to zbyt zmęczona, zrozpaczona. Teraz znów mam ochotę cię uderzyć. Nie wahałabym się, gdybyś nie operował Jessa, naprawdę.

– Wyglądałaś…

– Jak kobieta, której umarł mąż. – Jej głos niebezpiecznie złagodniał. – Miałam siedemnaście lat, byłam w dwunastym tygodniu ciąży, dwadzieścia cztery godziny spędziłam przy człowieku, który przegrał walkę ze śmiercią. Potem siedziałam w domu pogrzebowym, czekając na was. Bałam się, że nie zareagujecie na mojego esemesa. W końcu zjawiłeś się ty, więc pomyślałam, że będzie dobrze. Prosiłam tylko o to, czego chciał Jess, ale mnie olałeś. A teraz… teraz znowu mówisz, że wyglądałam jak ćpunka?

Zapadło milczenie. Przez lata tłumiła te emocje i nawet nie przychodziło jej do głowy, że będzie miała sposobność dać im upust. Gdzieś w Sydney, w rodzinnym grobowcu, spoczywają prochy Jessa. Zawiodła w tej jedynej sprawie, o którą ją poprosił. Nie przeciwstawiła się jego bliskim.

Powinna nie znosić tego faceta. Może nawet go nie lubi, ale sprawiał wrażenie wstrząśniętego. Poczuła… że nie jest w stanie czuć cokolwiek.

– Idę po rzeczy Jessa – oznajmiła, zdobywając się na rzeczowy ton. – To dziesięć minut stąd. Wrócę, zanim się na dobre obudzi. Jego koledzy też się niepokoją. Jess ma wielu przyjaciół, jesteśmy jak rodzina. Dzięki za to popołudnie, Matt. I żegnaj. Uważam, że nie ma już nic, o czym moglibyśmy rozmawiać.

Nieprawda. Schodziła ze wzgórza w stronę hoteli usytuowanych wzdłuż plaży, gdzie zatrzymała się większość surferów, zdając sobie sprawę, że sprawa na tym się nie skończy. Dlaczego Jess jest tak podobny do ojca? Dlaczego nadała mu jego imię?

Dlaczego zatrzymała jego nazwisko?

– Bo tylko tyle mi po nim zostało – powiedziała na głos. Była szczęśliwa, że jej syn ma na imię Jess, że kocha fale, że patrząc na niego, widzi jego ojca.

Mąż jej opowiadał o rodzinie, zwłaszcza o ojcu.

– Kelly, on nad wszystkim musi mieć kontrolę. Wszystko ma być tak, jak on chce. Nie podobało mu się, że surfuję. Nie podobało mu się nic, co sprawiało mi przyjemność, a kiedy zachorowałem, zarzucił mi, że jestem mięczakiem. Depresja? Pozbieraj się, powtarzał mi raz po raz. Weź się w garść. Nie dałem rady. I dlatego sięgnąłem po narkotyki.

Opowiadał też o swoim bracie.

– Matt to jedyna dobra strona mojej rodziny. Gdyby coś mi się stało, możesz na niego liczyć. On ci pomoże.

Ha, pomógł. Pomyślała z goryczą o czeku. Rzucił go jej z pogardą, ale mimo to wszystko mu zawdzięcza.

Może Jess bezpodstawnie wierzył, że Matt jest fajnym facetem, ale w końcu na coś się przydał. Zapomnij o nim. Masz inne zmartwienia. Na przykład to, że zawodnicy pojadą w dalszą trasę. Musisz wziąć urlop, poszukać jakiegoś mieszkania i wymyślić, co zrobić, by Jess się nie załamał, jak się dowie, że wypadł z gry.

Czuł się, jakby dostał obuchem w łeb. Wjechał na dach do szpitalnej kawiarni z widokiem na ocean. Oparty o barierkę usiłował zrozumieć, co się przed chwilą stało.

Jessie ma syna. W pewnym sensie jego brat nie umarł. Gdyby zadzwonił do matki z tą informacją, przyleciałaby najbliższym samolotem. Głęboko przeżyła śmierć Jessiego i nigdy się z nią nie pogodziła. Matt martwił się o nią, ale nie na tyle, by zostać w Sydney, nie na tyle, żeby być blisko ojca.

Powinien jej powiedzieć? Musi. Ale wtedy dowie się też ojciec. W tym sęk. Można walczyć o opiekę nad siedemnastolatkiem? Chyba nie. Ale znając ojca, czuł, że ten by spróbował. Albo jeszcze gorzej, zapomniałby o niechęci do starszego syna i przelałby ją na Kelly i wnuka.

Myśl, że ojciec mógłby pomiatać Kelly…

Tak jak on ją zastraszył…