Wydawca: MAG Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 391 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na fali szoku - John Brunner

Był najbardziej niebezpiecznym z żyjących zbiegów, ale nie istniał! Nickie Haflinger żył życiem dwudziestu różnych ludzi… ale, formalnie rzecz biorąc, w ogóle go nie było! Uciekł z Tarnover, zaawansowanego rządowego think tanku, w którym go wykształcono. Najpierw złamał swój kod tożsamości, a potem zwiał. Następnie rozpoczął poszukiwania czegoś, co pozwoli przywrócić zdrowy rozum oraz wolność osobistą zniewolonym przez komputery masom, i uratować stojący na skraju katastrofy świat. Nie dbał o to, jak to zrobi, ale rząd był tym bardzo zainteresowany. Dlatego nauczyciele z Tarnover sprowadzili go z powrotem do swych laboratoriów,gdzie Nickiego Hallingera czekał zupełnie nowy rodzaj edukacji!

"Brunner pisze o przyszłości tak, że czytelnik czuje się, jakby już w niej żył".

 - The New York Times Book Review

"Kiedy John Brunner powiedział mi, że ma zamiar napisać tę książkę, byłem zafascynowany… ale zadawałem sobie pytanie, czy komukolwiek może się to udać. Jednakże Brunner poradził sobie znakomicie. Bohater zmieniający osobowości, zwierzęta mające dusze, think tanki i osiedla uchodźców z katastrofy składają się na przyszłość tak wiarygodną, że nie potrafię o niej zapomnieć".

 - Alvin Toffler, autor „Szoku przyszłości”

"Brunner, jeden z najważniejszych pisarzy science fiction, podsuwa nam lustro ukazujące nasze przywary, ponieważ chce nas uratować przed nami samymi".

- SF Site

Opinie o ebooku Na fali szoku - John Brunner

Fragment ebooka Na fali szoku - John Brunner

Tytuł oryginału: The Shockwave Rider

Copyright © 1975 by John Brunner Copyright for the Polish translation © 2015 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska Korekta: Urszula Okrzeja Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń Projekt graficzny serii, projekt okładki oraz ilustracja na okładce: Dark Crayon Nazwa serii: Vanrad Redaktor serii: Andrzej Miszkurka

ISBN 978-7480-591-9

Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60 e-mail kurz@mag.com.plwww.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

podziękowania

Ludzie tacy jak ja, próbujący stworzyć fikcyjny opis przyszłości – obcego kraju, do którego, chcąc nie chcąc, wszyscy zostaniemy deportowani – nie tworzą swych domysłów w próżni. Wszyscy – a ja w tym konkretnym przypadku szczególnie – mamy do spłacenia dług wobec tych, którzy analizują bezkresne możliwości jutra w bardziej praktycznym celu... na przykład w wątłej, choć chwalebnej nadziei, że nasze dzieci mogą odziedziczyć świat, w którym wyobraźnia i zdolność przewidywania będą odgrywały większą rolę niż w tym, w którym obecnie żyjemy.

„Scenariusz” (używając modnego określenia) Na fali szoku w znacznej mierze wywodzi się z pobudzającej do myślenia książki Alvina Tofflera Szok przyszłości i z tego powodu jestem mu bardzo wdzięczny.

J. K. H. B.

księga pierwsza

myśl na dziś

Ustąp im o włos, a zamienią twoje życie w piekło.

tryb trywializacji danych

Mężczyzna siedzący na krześle z nagiej stali również był nagi, podobnie jak białe ściany pokoju. Jego ciało i głowę całkowicie wygolono, pozostawiając jedynie rzęsy. Maleńkie kawałki taśmy klejącej utrzymywały na miejscu czujniki ulokowane w kilkunastu punktach na skórze czaszki, na skroniach blisko kącików oczu, po obu stronach ust, na gardle, nad sercem, nad splotem słonecznym i nad każdym ważniejszym zwojem nerwowym, aż po kostki.

Od każdego czujnika odchodził cienki jak nić pajęcza przewód wiodący do jedynego – poza stalowym krzesłem oraz dwoma innymi, miękko wyściełanymi – obiektu składającego się na umeblowanie pokoju. Była to konsola analizy danych, szeroka na metr, a wysoka na pół metra. Na jej pochyłym blacie umieszczono liczne ekrany i światła sygnalne, dobrze widoczne z jednego z wyściełanych krzeseł.

Dodatkowo, na sterczących z oparcia stalowego krzesła wysuwanych prętach rozmieszczono mikrofony oraz trójwymiarową kamerę.

Mężczyzna z ogoloną głową nie był w pokoju sam. Towarzyszyły mu trzy inne osoby: młoda kobieta w gładkim białym kombinezonie, sprawdzająca lokalizację czujników; chudy, czarny mężczyzna w modnym, ciemnoczerwonym trzyczęściowym garniturze, mający na piersi plakietkę ze zdjęciem oraz nazwiskiem Paul T. Freeman; oraz biały mężczyzna masywnej budowy, w wieku około pięćdziesięciu lat. Miał granatowy garnitur, a plakietka informowała, że nazywa się Ralph C. Hartz.

Hartz kontemplował ten widok przez dłuższy czas, nim wreszcie się odezwał.

– A więc to jest cwaniaczek, który osiągnął więcej niż pozostali, zrobił to szybciej i wytrzymał dłużej – odezwał się wreszcie.

– Haflinger faktycznie dokonał imponujących osiągnąć – przyznał łagodnym tonem Freeman. – Widział pan jego akta?

– Oczywiście. Dlatego tu jestem. To może być atawistyczne pragnienie, ale miałem ochotę zobaczyć na własne oczy faceta, który zaprezentował tak zdumiewające bogactwo nowych osobowości. Chyba łatwiej byłoby zapytać, czym się nie zajmował. Projektant utopii, doradca stylu życia, delficki hazardzista, konsultant do spraw sabotażu komputerowego, racjonalizator systemów i Bóg wie co jeszcze.

– A także kapłan – dodał Freeman. – Dzisiaj przejdziemy do tej dziedziny. Na uwagę zasługuje jednak nie liczba różnych zawodów, którymi się parał, ale kontrast między kolejnymi wersjami jego osobowości.

– Z pewnością należało oczekiwać, że będzie się starał możliwie jak najskuteczniej zatrzeć za sobą ślady?

– Nie w tym rzecz. Fakt, że wymykał się nam tak długo, świadczy, że nauczył się żyć z odruchową reakcją na przeciążenie, a nawet panować nad nią do pewnego stopnia, za pomocą dostępnych w handlu uspokajaczy, które ludzie tacy jak pan czy ja mogliby przyjmować na przykład dla złagodzenia szoku związanego z przeprowadzką. W dodatku nie mógł ich brać zbyt wiele.

– Hmm... – zastanowił się Hartz. – Ma pan rację, to zdumiewające. Czy jesteście gotowi rozpocząć dzisiejsze testy? Nie mogę spędzić w Tarnover zbyt wiele czasu.

– Tak, proszę pana, wszystko jest przygotowane – odparła, nie podnosząc wzroku, dziewczyna w kombinezonie ze sztucznego tworzywa, po czym ruszyła ku drzwiom. Freeman wskazał krzesło Hartzowi i gość na nim usiadł.

– Czy dajecie mu zastrzyki albo coś w tym rodzaju? – zapytał z powątpiewaniem. – Sprawia wrażenie głęboko uspokojonego.

– Nie, to nie jest kwestia medykamentów – odparł Freeman, sadowiąc się wygodnie na swoim krześle naprzeciwko konsoli. – Oddziałujemy prądem na ośrodki ruchu. No wie pan, to jedna z naszych specjalności. Wystarczy przesunąć ten przełącznik, a obiekt odzyska świadomość, choć rzecz jasna nie zdolność chodzenia. W wystarczającym stopniu, by mógł udzielać szczegółowych odpowiedzi. Swoją drogą, zanim go uruchomię, powinienem w skrócie zrelacjonować ostatnie wydarzenia. Wczoraj przerwałem w chwili, gdy natrafiłem na coś, co wyglądało na szczególnie mocno obciążony obraz. Dlatego cofnę go do tej samej daty i znowu zaprezentuję tę wizję. Zobaczymy, co się stanie.

– Co to był za obraz?

– Dziewczynka w wieku około dziesięciu lat uciekająca co sił w nogach przez ciemność.

dla celów identyfikacji

Aktualnie nazywam się Arthur Edward Lazarus. Z zawodu jestem duchownym, mam czterdzieści sześć lat i żyję w celibacie. Jestem założycielem i właścicielem Kościoła Nieskończonej Intuicji. Budynek jest skonwertowanym (skuteczna konwersja to z pewnością najlepszy sposób na założenie Kościoła) kinem samochodowym w pobliżu Toledo w stanie Ohio. Stał pusty przez wiele lat, nie dlatego, że ludzie nie oglądają już filmów – nadal się je kręci, ponieważ zawsze są chętni na szerokooekranowe porno tego typu, które sprawia, że trójwymiarowy przekaz pirackich satelitów w mgnieniu oka zamienia się w śnieżenie – ale dlatego, że znajduje się na spornych ziemiach między terytorium protestanckiego szczepu Billykingów a Graalowcami, którzy są katolikami. Nikt nie chce, żeby wyszczepowano jego nieruchomość. Szczepy jednak z reguły szanują kościoły, a terytorium najbliższej muzułmańskiej grupy, Dzieci Dżihadu, znajduje się dziesięć mil dalej na zachód.

Rzecz jasna, mój kod zaczyna się od 4GH. Już od sześciu lat.

Notatka dla przyszłych osobowości: sprawdźcie, czy nastąpiła jakaś zmiana w statusie 4GH, a zwłaszcza, czy wprowadzono coś lepszego... takie komplikacje należy śledzić z najwyższą uwagą.

maher–shalal–hash–baz

Biegła, oślepiona smutkiem, pod niebem pyszniącym się tysiącem dodatkowych gwiazd. Każda z nich poruszała się po firmamencie szybciej niż minutowa wskazówka. Powietrze czerwcowej nocy drażniło jej gardło, bolały ją wszystkie mięśnie nóg, brzucha, a nawet rąk, lecz mimo to nadal pędziła tak szybko, jak tylko mogła. Było tak gorąco, że łzy cieknące jej z oczu natychmiast wysychały.

Czasami biegła po mniej więcej równej drodze, nieremontowanej od lat, lecz nadal nadającej się do użytku, w innych zaś chwilach przez rumowisko, być może pozostałe po fabrykach, których właściciele przenieśli działalność na orbitę, albo po domach mieszkalnych wyszczepowanych podczas jakiś dawnych zamieszek.

W ciemności przed nią majaczyły latarnie oraz oświetlone bilbordy przy autostradzie. Trzy znaki reklamowały kościół i oferowały darmowe delfickie doradztwo zarejestrowanym członkom kongregacji.

Rozejrzała się szaleńczo, zamrugała, by odzyskać jasność widzenia, i ujrzała monstrualną, wielobarwną kopułę, wyglądającą jak lampion wykonany z nadymki rozdętej tak bardzo, że zrobiła się większa od wieloryba.

* * *

Śledzący ją z dyskretnej odległości mężczyzna w elektrycznym samochodzie, kierujący się lokalizatorem ukrytym w papierowym fartuchu, który był wszystkim, co miała na sobie poza sandałami, stłumił ziewnięcie. Miał nadzieję, że tej akurat niedzieli pościg nie okaże się szczególnie długi ani nudny.

zyski na małych w brzuchu wielkiej ryby

Wielebny Lazarus nie tylko odprawiał w kościele nabożeństwa, lecz również w nim mieszkał. Jego domem była przyczepa parkingowa stojąca za kosmoramicznym ołtarzem – dawnym ekranem kinowym o wysokości dwudziestu metrów. Jak inaczej ktoś o powołaniu duchownego mógłby sobie zapewnić tak wiele prywatności i tak dużo miejsca?

Otoczony nieustannym szumem sprężarki nadmuchującej wielobarwną plastikową kopułę – trzysta na dwieście metrów szerokości i dziewięćdziesiąt wysokości – siedział sam za biurkiem w przednim przedziale przyczepy, który był jego maleńkim biurem, i liczył zyski z dzisiejszych datków. Czuł się zaniepokojony. Jego układ z coleyową grupą zapewniającą muzykę podczas nabożeństw opierał się na procencie od zysków, musiał jednak zagwarantować im tysiaka, a frekwencja spadała, odkąd kościół utracił wabik nowości. Dzisiaj zjawiło się zaledwie około siedmiuset osób. Kiedy wracali autostradą, nawet nie spowodowali korka.

Co więcej, po raz pierwszy od chwili założenia Kościoła przed dziewięcioma miesiącami, w datkach było więcej kuponów niż gotówki. Obrót tej ostatniej nie był już zbyt wielki – przynajmniej na tym kontynencie – pomijając strefy dotowanej rezygnacji, gdzie ludzie otrzymywali federalne dofinansowanie w zamian za obywanie się bez niektórych co kosztowniejszych dwudziestopierwszowiecznych gadżetów. Jednakże otwieranie połączenia z kredytowanymi federalnymi komputerami w niedzielę, gdy miały oficjalny dzień przestoju, wymagało dopłaty wykraczającej poza możliwości większości Kościołów, w tym również tego, którym kierował Lazarus. Dlatego wierni z reguły pamiętali o tym, by przynieść monety, banknoty albo książeczki z kuponami, które otrzymywali przy zapisie do kongregacji.

Kłopot z tymi kuponami – Lazarusa nauczyło tego smutne doświadczenie – polegał na tym, że gdy jutro odeśle je do banku, połowa wróci ze stemplem „nieważne”. Na im większą sumę opiewały, tym bardziej było to prawdopodobne. Niektóre mogły pochodzić od ludzi, którzy narobili już tak wiele bezsensownych długów, że komputery zabroniły im wydawania pieniędzy na wszystko poza towarami niezbędnymi do życia; każdy nowy Kościół z zasady przyciągał liczne ofiary szoku. Niektóre mogły jednak zostać unieważnione dopiero potem, na skutek rodzinnej kłótni.

– Skredytowałeś mu ile? Mój Boże, co ja zrobiłam, żeby zasłużyć na takiego pacana? Masz natychmiast unieważnić te kupony!

Niemniej niektórzy ludzie wykazali się nieświadomą hojnością. Zebrał stosik ponad pięćdziesięciu miedzianych dolarów, wartych trzysta dla każdej firmy elektronicznej, ponieważ rudy z planetoid były ubogie w dobre przewodniki elektryczności. Sprzedawanie gotówki na złom było nielegalne, ale wszyscy to robili, zapewniając, że na strychu kupionego od nieznajomych domu znaleźli stare rondle albo wykopali na podwórku bezużyteczne kable.

Na publicznych tablicach delfickich wysoką pozycję zajmowała obecnie przepowiednia, że następne dolary będą plastikowe, a ich trwałość wyniesie rok, góra dwa lata. No cóż, im bardziej rzeczy się zmieniają, tym bardziej stają się biodegradowalne...

Wsypał pieniądze do wytapiarki, nie licząc ich, ponieważ ważny był jedynie ciężar sztaby, którą w ten sposób uzyska. Potem zajął się drugim zadaniem, które musiał wykonać, nim zakończy pracę – analizą delfickich formularzy wypełnionych dziś przez członków kongregacji. Było ich znacznie mniej niż w kwietniu. Wtedy spodziewałby się tysiąca czterystu albo tysiąca pięciuset, dziś zaś otrzymał zaledwie połowę tej liczby. Niemniej nawet siedemset formularzy plus garść opinii to było znacznie więcej niż mogła zgromadzić większość indywidualnych osób, zwłaszcza jeśli dopadła je ostra depresja albo jakiś inny kryzys związany ze stylem życia.

Z definicji wszyscy członkowie jego kongregacji byli ofiarami kryzysów związanych ze stylem życia.

Formularze były zestawami prostych zdań przedstawiających w streszczeniu jakiś problem natury osobistej. Pod wszystkimi z nich umieszczono wolną przestrzeń, na której każdy płacący członek kongregacji powinien zaproponować jego rozwiązanie. Dziś na formularzach umieszczono dziewięć pozycji, co było smutnym kontrastem w porównaniu z pięknymi dniami wiosny, gdy był zmuszony kontynuować formularz na drugiej stronie. Z pewnością rozeszły się już wieści, mówiące: „Dzisiaj kazał nam wydelfować dziewięć zadań, więc w następną niedzielę będziemy...?”.

Jak się nazywa przeciwieństwo kuli śniegowej? Kula odwilżowa?

Choć jego wybujałe nadzieje spełzły na niczym, był zdeterminowany nadal robić swoje. Był to winien samemu sobie, tym, którzy regularnie uczestniczyli w jego nabożeństwach, a nade wszystko tym, których szczere krzyki bólu dziś podsłuchał.

Punkt A na liście zlekceważył. Wymyślił ten problem jako atrakcyjną przynętę. Skandal tego rodzaju z pewnością mógł sprawić, że media w końcu przyciągną uwagę ludzi. Przynęta była niejasną nadzieją, że pewnego dnia, już wkrótce, zauważą jakiegoś newsa i będą mogli powiedzieć sobie nawzajem: „Hej, ten kawałek o dziobaku, którego zastrzelili za dobieranie się do własnej córki. Pamiętasz, jak kalkulowaliśmy to w kościele?

Więź z dniem wczorajszym, słaba, ale cenna.

Przeczytał z ironią to, co wykombinował: Jestem czternastoletnią dziewczyną. Mój ojciec jest ciągle pijany ipróbuje się do mnie podłączyć, ale marnuje tyle kredytu na gorzałę, że nie starcza dla mnie na opłatę, kiedy wychodzę, iskonfiskowali mój...

Odpowiedzi były nudne i przewidywalne. Dziewczyna powinna się zwrócić do sądu z wnioskiem o uznanie za pełnoletnią; albo natychmiast powiedzieć o wszystkim matce; albo donieść anonimowo na ojca; albo postarać się, by zablokowano mu kredyt; albo zwiać z domu i zamieszkać w noclegowni dla nastolatów... i tak dalej.

– Boże! – zawołał w pustkę. – Gdybym zaprogramował komputer, by kierował moim konfesjonałem, ludzie dostawaliby lepsze rady!

Nic w tym projekcie nie toczyło się zgodnie z jego nadziejami. Nawet w najmniejszym stopniu.

Co więcej, następny punkt opisywał prawdziwą tragedię. Jak jednak można było pomóc jeszcze młodej, trzydziestoparoletniej kobiecie posiadającej dyplom inżyniera elektronika, która podpisała sześciomiesięczny kontrakt i poleciała na orbitę, by poniewczasie się przekonać, że padła ofiarą osteokalcjolizy – utraty wapnia oraz innych substancji mineralnych w kościach w warunkach zerowego przyciągania – musiała rzucić pracę i teraz groziło jej połamanie kości, gdy tylko się potknie. Cech nadał jej status łamiącej kontrakty bez prawa do apelacji. Nie mogła wystąpić do sądu o przywrócenie praw, ponieważ bez pracy nie miała pieniędzy na prawnika, a nie mogła znaleźć pracy, dopóki cech nie przywróci jej praw... i tak dalej.

Wnaszym nowym wspaniałym świecie mamy mnóstwo nowych wspaniałych nieszczęść!

Złożył z westchnieniem formularze w stertę i położył ją pod obiektywem skanera domowego komputera, celem konsolidacji i werdyktu. Dla tak niewielu nie warto było płacić za korzystanie z publicznej sieci. Do pomruku sprężarki przyłączył się szelest plastikowych palców sortera papieru.

Komputer był kupiony z drugiej ręki i już prawie przestarzały, ale z reguły nadal działał. Dlatego, pod warunkiem, że urządzenie nie będzie miało złej nocy, kiedy nieśmiałe dzieciaki, zaniepokojeni rodzice, zdrowe, lecz z jakiegoś powodu nieszczęśliwe średniolaty oraz zagubieni, zdesperowani staruszkowie wrócą po swą porcję duchowej pociechy, każde z nich otrzyma koło ratunkowe z papieru, pachnący staromodnym absolutnym autorytetem certyfikat z nagłówkiem wydrukowanym na imitacji złotego listka, potwierdzającym, że to autentyczna, legalna delficka porada oparta na wkładzie co najmniej ___set* osób (* wstaw liczbę, dokument nie jest ważny, jeśli całkowita liczba nie przekracza dziewięćdziesięciu dziewięciu) przekazany pod przysięgą/zdeponowany w obecności dorosłych świadków/potwierdzony pieczęcią notarialną** (** niepotrzebne skasować) __ (dnia) __ (miesiąca) 20__ (roku).

To był tylko marny, prowizoryczny pomnik upadku jego wspaniałego projektu stworzenia prywatnej puli krzyżowej analizy wpływów i znalezienia punktu oparcia, z którego będzie mógł poruszyć Ziemię. Wiedział już, że wybrał niewłaściwe podejście, ale gdy wspominał chwilę przybycia do Ohio, nadal czuł lekką tęsknotę.

Niemniej jego działania mogły przynajmniej uratować garstkę ludzi przed narkotykami, samobójstwem albo morderstwem. Nawet jeśli nie zdołał osiągnąć nic więcej, jego delfickie certyfikaty wywierały podświadome wrażenie: Jednak się liczę, bo tu jest napisane, że nad moim problemem zastanawiały się setki ludzi!

Odniósł też parę sukcesów na publicznych tablicach delfickich, korzystając z nieświadomych rad kolektywu.

* * *

Zakończył pracę na dziś i przeszedł do mieszkalnej części przyczepy, przekonał się jednak, że wcale nie chce mu się spać. Zastanawiał się, czy nie połączyć się z kimś i nie zagrać w fechtunek, ale przypomniał sobie, że ostatni z miejscowych przeciwników, z którymi skontaktował się po przybyciu tutaj, niedawno się wyprowadził, a była już dwudziesta trzecia – za późno, by odszukać innego gracza, korzystając z pomocy Komisji Fechtunkowej stanu Ohio.

Ekran do gry w fechtunek pozostał więc zwinięty w tubie, razem z pisakiem świetlnym i licznikiem punktów. Lazarus pogodził się z myślą o godzinie poświęconej wyłącznie trójwymiarowi.

Pod wpływem nagłego impulsu przesadnej hojności, jeden z pierwszych członków jego kongregacji ofiarował mu odrażająco drogi prezent – monitor, który po zaprogramowaniu zgodnie z gustem właściciela natychmiast wyszukiwał kanał nadający odpowiednie programy. Mężczyzna osunął się na krzesło i włączył urządzenie. Ekran się zaświecił i w następnej chwili Lazarusa poproszono, by doradził jamajskiej opozycji, co ma zrobić w sprawie szalejącego na wyspie głodu, by móc w następnych wyborach pozbawić władzy partię rządzącą. Obecnie większość opinii skupiała się wokół sugestii, że powinni kupić towarowy sterowiec i transportować nim kontenery z syntetyczną żywnością do regionów, które najpoważniej ucierpiały. Nikt dotąd nie wskazał, że tak duży sterowiec kosztowałby siedmiocyfrową sumę, a Jamajka jak zwykle była bankrutem.

Nie dzisiaj! Nie mogę już znieść więcej głupoty!

Ale gdy odrzucił tę propozycję, ekran zgasł. Czy na niezliczonych kanałach trójwymiaru rzeczywiście nie było nic więcej, co zainteresowałoby wielebnego Lazarusa? Wyłączył monitor i przeszedł na ręczne przestawianie kanałów.

Najpierw znalazł coleyową grupę. Muzycy mieli pomalowane na niebiesko twarze i pióra we włosach. Nie grali na instrumentach, lecz krążyli wokół niewidzialnych snopów słabych mikrofal, prowokując zaburzenia, przekształcane przez komputer w dźwięki... mogące stać się muzyką, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Byli sztywni, niezgrabni i mieli kiepską koordynację. Jego amatorska grupa, złożona z niedawnych licealistów, lepiej sobie radziła z utrzymywaniem tonacji i wyszukiwaniem akordów.

Przełączył kanał i trafił na skandalizujący biuletyn nadający oszczercze, niemożliwe do udowodnienia – ale z uwagi na komputerową redakcję niedające podstaw do pozwu o zniesławienie – plotki, mające uspokoić ludzi, zapewniając ich, że świat rzeczywiście wygląda tak fatalnie, jak im się zdaje. W El Paso wymieniano nazwisko burmistrza po aresztowaniu człowieka prowadzącego nielegalną pulę delficką. Przyjmował on zakłady o liczbę ofiar śmiertelnych, połamanych kończyn oraz wybitych oczu podczas meczów hokejowych i futbolowych. To nie pula jako taka była sprzeczna z prawem, lecz fakt, że przekazywała wygrywającym zakłady mniej niż wymagane ustawą pięćdziesiąt procent pieniędzy. No cóż, z pewnością wymieniono nazwisko burmistrza, i to nie raz. Natomiast w Wielkiej Brytanii sekretarz Rady Oczyszczenia Rasy poprosił księżniczkę Shirley i księcia Jima, by wspólnie stali się jej patronami, ponieważ oboje słynęli ze stanowczych opinii na temat imigracji na tę nieszczęsną wyspę. Biorąc pod uwagę, jak szybko nędza wyganiała mieszkańców ze wszystkich okolic kraju, poza położonymi najbliżej kontynentu, trudno się było spodziewać, by miało to zaimponować Australijczykom i Nowozelandczykom. Czy było prawdą, że atak rakietowy na turystyczne hotele na Seszelach, do którego doszło w ubiegłym tygodniu, sfinansowała konkurencyjna sieć hoteli, a nie separatystyczna Partia Wyzwolenia Seszeli?

Do diabła z tym.

Na następnym kanale znalazł jednak cyrk. Tak przynajmniej wszyscy to nazywali, choć oficjalna nazwa brzmiała „kompleks nauczania przez doświadczenie, opartego na nagrodach i karach”. Trafił na gwiazdę tej dziedziny, być może najpopularniejszą ze wszystkich. Człowiek ten działał z Quemadurze w stanie Kalifornia, wykorzystując jakieś dotąd nieodwołane miejscowe prawo, pozwalające mu korzystać z żywych zwierząt. Sześć otwierających szeroko oczy z przerażenia dzieciaków stało w kolejce do szerokiej najwyżej na pięć centymetrów kładki, biegnącej nad wielkim basenem, w którym roiło się od niespokojnych aligatorów. Podochoceni rodzice głośno dopingowali swe latorośle. Wyraźny czerwony napis w rogu ekranu głosił, że każdy krok postawiony przez dziecko na kładce przed wpadnięciem do wody będzie wart tysiąc dolarów. Ponownie przełączył kanał, tym razem z drżeniem.

Sąsiedni kanał powinien być pusty, ale nie był. Przejął go chiński piracki satelita, starający się dotrzeć do emigrantów mieszkających na środkowym zachodzie Stanów Zjednoczonych. Podobno w pobliżu Cleveland istniał chiński szczep. A może to było Dayton? Ponieważ nie znał języka, przełączył się na kolejny kanał, na którym natrafił na reklamy. Następny był poświęcony doradztwu stylu życia. Wiedział, że prowadzi on prywatne kliniki dla klientów, których stan się pogorszył, zamiast się poprawić, po zastosowaniu się do zakrojonych na szeroką skalę sugestii, których im udzielono. Drugi oddział był przeznaczony dla ofiar środka euforyzującego, który reklamowano jako nieuzależniający, co okazało się nieprawdą. Agencja Żywności i Leków pozwała sprzedającą go firmę, ale – jeśli wierzyć plotkom – producenci dotarli do sędziego i przemówili mu do ręki, co pozwoliło im zachować zyski pod warunkiem, że dobrowolnie wycofają produkt z rynku, nim dojdzie do procesu. Opieka nad kilkuset tysiącami nowych uzależnionych spadła na barki niedofinansowanej, przeciążonej Federalnej Służby Zdrowia.

Potem był kolejny piracki kanał, sądząc po akcencie, australijski. Dziewczyna w kostiumie składającym się z sześciu strategicznie rozmieszczonych kulek mówiła:

– Znacie to? Gdyby wszyscy ludzie dotknięci kryzysem stylu życia położyli się jeden obok drugiego... mogliby tak sobie leżeć, ale nie zostałby nikt, kto pomógłby im wstać.

To przywołało na jego twarz słaby uśmieszek. Ponieważ rzadko udawało mu się złapać australijski show, miał ochotę pooglądać go przez chwilę, lecz nagle usłyszał przenikliwy dźwięk dzwonka.

Ktoś był w konfesjonale przy głównym wejściu. O tak późnej porze zapewne ktoś zdesperowany.

No cóż, już od chwili założenia Kościoła zdawał sobie sprawę, że będą mu zawracać głowę o każdej porze dnia i nocy. To była jedna z nieuniknionych złych stron tego zajęcia. Wstał z westchnieniem i zgasił ekran.

Notatka dla przyszłych osobowości: poświęcenie odrobiny czasu trójwymiarowi może być dobrym pomysłem. Zachowajcie kontakt z mediami. Czy kapłaństwo wyczerpało już niewielki zasób wystawienia na widok publiczny, na jaki może sobie pozwolić posiadacz kodu 4GH w danym okresie? A jeśli nie, ile mi zostało?

Muszę to sprawdzić. Muszę.

* * *

Nadał swej twarzy dobrotliwy wyraz i otworzył trójwymiarowe połączenie z konfesjonałem. Czuł się zaniepokojony. Dla garstki wtajemniczonych nie było nowiną, że w zeszłotygodniowej potyczce między Billykingami a Graalowcami padło siedmiu zabitych, a ci drudzy byli do przodu. Tego należało się spodziewać. Byli bardziej bezwzględni. Billykingowie z reguły tylko okaleczali jeńców i pozwalali im wrócić do domu o własnych siłach, natomiast Graalowcy mieli w zwyczaju wiązać ich, kneblować i porzucać w jakichś dogodnie ulokowanych ruinach, by tam umarli z pragnienia.

Znaczyło to, że nocny gość może potrzebować porady, a być może nawet pomocy medycznej. Mógł to też być ktoś, kto chciał zbadać kościół z myślą o zrównaniu go z ziemią. W końcu według obu szczepów był on haniebnym pogańskim przybytkiem.

Na ekranie zobaczył jednak dziewczynkę, prawdopodobnie za małą, by mogli ją przyjąć do któregoś ze szczepów. Na pierwszy rzut oka mogła mieć najwyżej dziesięć lat. Włosy miała rozczochrane, oczy czerwone od płaczu, a na brudnych policzkach ślady spływających łez. Dziecko, które zapewne przeceniło swe umiejętności udawania osoby dorosłej, przerażone i zagubione w ciemności... ojej! Nie! Coś więcej. Coś znacznie gorszego. Zauważył, że dziewczynka trzyma w ręce nóż, a na jego ostrzu i na jej zielonym fartuszku są plamy tak czerwone, że mogą pochodzić od świeżej krwi.

– Słucham, mała siostro? – odezwał się neutralnym tonem.

– Ojcze, muszę się wyspowiadać, bo pójdę do piekła! – załkała. – Załatwiłam mamę! Poszatkowałam ją na kawałki! Chyba ją zabiłam! Na pewno to zrobiłam!

Wydawało się, że czas się zatrzymał na długą chwilę. Potem, z całym spokojem, na jaki potrafił się zdobyć, powiedział to, co trzeba było powiedzieć... ponieważ, choć sam konfesjonał był nienaruszalny, wideofon, podobnie jak wszystkie tego typu urządzenia, był podłączony do miejskiej sieci policyjnej, a co za tym idzie również do niestrudzonych federalnych monitorów w Canaveral. Albo gdzieś. Było ich już tak wiele, że nie mogły wszystkie znajdować się w tym samym miejscu.

Notatka dla przyszłych osobowości: dobrze byłoby się dowiedzieć, gdzie one są.

– Moje dziecko – rzekł głosem chropowatym niczym papier ścierny, jak zwykle zdając sobie sprawę z ironii zawartej w tych słowach – możesz ulżyć swej duszy, dzieląc się ze mną spoczywającym na niej ciężarem. Muszę cię jednak ostrzec, że tajemnica spowiedzi nie obowiązuje, gdy mówisz do mikrofonu.

Wpatrywała się w jego obraz z taką intensywnością, że przez chwilę wyobrażał sobie, że widzi siebie z jej punktu widzenia – szczupły, ciemnowłosy mężczyzna ze złamanym nosem, noszący czarną kamizelkę oraz biały kołnierzyk ozdobiony małymi, pozłacanymi krzyżami. W końcu potrząsnęła głową, jakby dopiero co przeżyta groza całkowicie wypełniła jej umysł, nie pozostawiając miejsca na żaden nowy szok.

Delikatnie wytłumaczył jej wszystko po raz drugi. Tym razem załapała.

– To znaczy, że wezwie pan łapsów? – wycisnęła z siebie z trudem.

– W żadnym wypadku. Ale z pewnością i tak już cię szukają. A ponieważ przyznałaś się przez mikrofon do popełnianego czynu... rozumiesz?

Na jej twarzy pojawił się wyraz rozpaczy. Wypuściła nóż, który upadł na ziemię z wychwyconym przez mikrofony brzękiem, cichym jak dzwoneczki. Po paru sekundach znowu się rozpłakała.

– Zaczekaj – rzekł. – Zaraz do ciebie przyjdę.

chwila wytchnienia

Nad wzgórzami wokół Tarnover dął ostry wiatr, niosący ze sobą zapach zimy oraz zrywający z drzew czerwone i złote liście. Niebo było jednak czyste, a słońce świeciło jasno. Hartz, stojący w kolejce w najlepszej z dwudziestu restauracji ośrodka, pełnej staromodnego luksusu, obejmującego nawet wystawianie za szkłem porcji podgrzanych potraw, podziwiał widok za oknem.

– Tu jest pięknie – odezwał się po dłuższej chwili. – Naprawdę pięknie.

– Hę? – Freeman odciągał skórę na skroniach ku potylicy, jakby chciał wycisnąć ze swej głowy przemożne zmęczenie. Nagle zerknął w stronę okna. – Tak – zgodził się. – Chyba ma pan rację. Ostatnio nie mam zbyt wiele czasu, by to zauważać.

– Wygląda pan na zmęczonego – przyznał Hartz ze współczuciem w głosie. – Wcale mnie to nie dziwi. To ciężka robota.

– I czasochłonna. Dziewięć godzin dziennie w trzygodzinnych odcinkach. To nużące.

– Ale ktoś musi to robić.

– Tak, ktoś musi.

jak hodować delfiny

Robi się to mniej więcej tak.

Najpierw trzeba znaleźć liczną – bardzo liczną, jeśli to możliwe – grupę ludzi, którzy nie posiadają żadnego formalnego wykształcenia, jeśli chodzi o kwestię, o którą chcemy ich zapytać, i w związku z tym nie jest prawdopodobne, by pamiętali poprawne odpowiedzi, lecz mimo to uczestniczą w kulturze, do której odnosi się pytanie. Potem pytamy ich o to, ilu ludzi ich zdaniem zmarło podczas wielkiej epidemii grypy po pierwszej wojnie światowej albo ile bochenków chleba inspektorzy EWG uznali za niezdatne do spożycia w czerwcu roku 1970.

O dziwo, gdy skonsoliduje się ich odpowiedzi, wyniki z reguły skupiają się wokół prawdziwych liczb zanotowanych w almanachach, wykazach i danych statystycznych.

Można by pomyśleć, że poniższy paradoks jest prawdziwy: choć nikt nie wie, co jest grane, wszyscy wiedzą, co jest grane.

* * *

Jeśli ta metoda sprawdza się w odniesieniu do przeszłości, czemu by nie wykorzystać jej do przewidywania przyszłości? Trzysta milionów ludzi z dostępem do zintegrowanej północnoamerykańskiej sieci danych to wielka liczba potencjalnych konsultantów.

Niestety, większość panicznie się boi straszliwego cienia dnia jutrzejszego. Jak najłatwiej zwabić ludzi, którzy po prostu nie chcą wiedzieć?

Na niektórych działa chciwość, na innych nadzieja. Jeśli zaś chodzi o pozostałych, większość i tak nigdy nie będzie miała żadnego wpływu na sprawy świata.

Jak to mówią, na codzienne potrzeby wystarczą...

pora na kamień młyński

Już miał otworzyć hermetycznie zamknięte drzwi przyczepy i wyłączyć alarm, lecz nagle się zawahał.

Niedziela. Całkiem niezłe datki, choć może nie rekordowe. (Powęszył. Gorące powietrze. Z wytapiarki).

Mimo młodego wieku mogła być dobrą aktorką.

Wyobraził sobie atak. Szczepowcy obrabują kościół i znikną przed przybyciem łapsów, zostawiając tylko nieletnią dziewczynkę, niemuszącą się obawiać dochodzenia i zanoszącą się histerycznym śmiechem ze swego udanego „kawału”.

Dlatego przed wyłączeniem alarmu uaktywnił całą elektronikę w kościele, pomijając tylko system coleyowy oraz automatyczne wózki do zbiórki pieniędzy. Kiedy okrążał podstawę ołtarza (były ekran), wnętrze brzucha wieloryba, jakim była kopuła, wyglądało tak, jakby szalał w nim pożar. Światła rozbłyskiwały wszystkimi kolorami tęczy i kilkoma dodatkowymi, a trójwymiarowy przekaźnik nad jego głową nie tylko wyświetlał na ekranie jego twarz o monstrualnych rozmiarach, lecz również rejestrował wszystkie szczegóły na urządzeniu do nagrywania ukrytym pod całym jardem betonu. Gdyby go zaatakowano, nagranie będzie dowodem.

Co więcej, miał pistolet... ale przecież nigdy się z nim nie rozstawał.

Te środki ostrożności, choć niezbyt imponujące, stanowiły maksimum tego, czego oczekiwano od kapłana. Gdyby posunął się dalej, federalne komputery mogłyby go uznać za potencjalnego paranoika. Były czułe na tym punkcie, odkąd zeszłego lata jakiś rabin zaminował wejście do swojej szul i zapomniał wyłączyć system odpalający przed bar micwą.

Federalne komputery z reguły były przychylne ludziom o silnych przekonaniach religijnych. W ich przypadku rzadziej podnosiły alarm. Istniały jednak pewne granice, nie wspominając już o wyjątkowych przypadkach.

Przed kilku laty takie zabezpieczenia można byłoby uznać za wystarczające, ale obecnie ich słabość przyprawiała mężczyznę o drżenie, gdy szedł pozbawionym ścian przejściem, zdefiniowanym przez ślady czarnej gumy, pozostawione z biegiem lat przez opony samochodów. Rzecz jasna, otaczający kopułę płot był pod napięciem, pomijając tylko niezbędną furtkę prowadzącą do konfesjonału, który z kolei był odporny na wybuchy i miał zapas powietrza na wypadek ataku gazowego, ale i tak...!

Notatka dla przyszłych osobowości: następnym razem wybierzcie rolę, która pozwoli mi na skuteczniejszą ochronę przed śmiercią lub kalectwem. Prywatność jest w porządku, potrzebowałem jej, kiedy tu przybyłem. Ale tym gmachem nie może zarządzać tylko jeden człowiek. Nie jestem w stanie sprawdzać każdego drżącego cienia, by się upewnić, że jakiś zręczny złodziej nie wykorzysta go jako zasłony!

Skoro już o tym mowa, rozglądam się wkoło, posługując się gołym okiem. W wieku czterdziestu sześciu lat??? Z pewnością wśród trzystu milionów ludzi znajdzie się garstka takich, którzy nigdy w życiu nie kupili soczewek korekcyjnych, ale z reguły dlatego, że nie mogli sobie na nie pozwolić. Przypuśćmy jednak, że Biuro do spraw Zdrowia albo jakiś farmaceutyczno-medyczny koncern dojdzie do wniosku, że nienoszących okularów ludzi średniolatów jest tak niewielu, że warto ich szczegółowo przebadać. Przypuśćmy, że w Tarnover dojdą do wniosku, że w grę musi wchodzić jakiś czynnik genetyczny? Brr.

Notatka dla przyszłych osobowości, czerwoną kursywą: trzymajcie się bliżej chronologicznego wieku!

* * *

W tej właśnie chwili pogrążony w zamyśleniu mężczyzna wszedł do konfesjonału i zorientował się, że za kuloodporną szybą grubości trzech centymetrów nie widzi małej dziewczynki w sukience zbryzganej krwią.

Zewnętrzną część budki zajmował muskularny blondyn z niebieską wstążką w gęstych, kręconych włosach. Miał na sobie modną, różowo-karminową koszulę, a na jego twarzy widniał przepraszający uśmieszek.

– Wybacz, że zakłócono twój spokój, ojcze – rzekł nieznajomy. – Miałem szczęście, że mała Gaila tu trafiła... swoją drogą, nazywam się Shad Fluckner.

Dziobak wyglądał za młodo, by mógł być ojcem dziewczynki. Miał może ze dwadzieścia pięć lat. Góra dwadzieścia sześć. Ale z drugiej strony, w kongregacji były też kobiety, które wyszły za mąż po raz trzeci lub czwarty, niekiedy za mężczyzn o całe dwadzieścia lat od nich młodszych. Ojczym?

W takim przypadku czemu się uśmiechał? Czy dlatego, że wykorzystał to dziecko, które guzik go obchodziło, by uwolnić się od bogatej, ale upierdliwej starszej żony? W tym konfesjonale przyznawano się już do bardziej plugawych czynów.

– To znaczy, że jest pan spokrewniony z... Gailą, tak? – zapytał nieco mętnym głosem.

– Nie prawnie, ale po wszystkim, przez co razem przeszliśmy, można powiedzieć, że jestem dla niej kimś bliższym niż legalna rodzina. Rozumie ojciec, pracuję w firmie Antytrauma. Rodzice Gaili, bardzo rozsądnie, podpisali zgodę na pełną terapię, gdy tylko zauważyli oznaki dewiacyjnego zachowania. W zeszłym roku wyleczyliśmy ją z rywalizacji między rodzeństwem. To był klasyczny przypadek zazdrości o penisa skierowanej przeciwko młodszemu bratu. Obecnie pracujemy nad kompleksem Elektry. Jeśli szczęście będzie nam sprzyjało, na jesień powinniśmy ją podnieść do poziomu Poppei... aha, swoją drogą, gadała coś o wzywaniu łapsów. Nie musi się pan przejmować. Jest zapisana w pamięci policyjnych komputerów na liście przypadków do ignorowania.

– Powiedziała mi... – wykrztusił powoli i wysiłkiem – ...że pchnęła nożem własną matkę. Zabiła ją.

– Och, z pewnością jest przekonana, że tak właśnie się stało! Podświadomie pragnęła to uczynić już od chwili, gdy matka ją zdradziła, pozwalając, by przyszła na świat. Oczywiście to fikcja. Nafaszerowaliśmy ją skotofobiną i zamknęliśmy w ciemnym pokoju, by wymazać pragnienie powrotu do macicy, daliśmy jej falliczną broń, by zdegradować ślady zazdrości o charakterze seksualnym, a potem wpuściliśmy do niej anonimową towarzyszkę. Kiedy uderzyła, włączyliśmy światło, by jej pokazać zakrwawione ciało matki leżące na podłodze, a potem daliśmy jej szansę ucieczki. Rzecz jasna, przez cały czas ją śledziłem. Nie chcielibyśmy, by spotkało ją coś złego.

Lekko znudzony ton Flucknera sugerował, że dla niego to tylko kolejne nudne rutynowe zadanie. Jednak, gdy zakończył swą relację, rozpromienił się, jakby nagle nasunął mu się jakiś pomysł. Wyciągnął z kieszeni magnetofon.

– Ojcze, nasz wydział do spraw public relations ucieszyłby się z wszelkich przychylnych komentarzy na temat naszych metod, jakie mógłby ojciec wygłosić. Słowa płynące z ust duchownego mają szczególną wagę. Może powiedziałby ojciec coś o tym, że lepiej pozwolić, by dzieci dawały ujście swym gwałtownym impulsom w kontrolowanej sytuacji, zamiast popełniać podobne przestępstwa w realnym życiu, co zagroziłoby ich nieśmiertelnym...

– Tak jest, mam do powiedzenia coś, co może pan nagrać! Jeśli istnieje coś bardziej odrażającego niż wojna, to właśnie to, czym zajmuje się wasza firma. Wojna przynajmniej wiąże się z pasją, a wasze poczynania są starannie wykalkulowane, i to raczej przez maszyny niż przez ludzi!

Fluckner odsunął nieco głowę, jakby się bał, że duchowny może go uderzyć przez szybę.

– Próbujemy zaprząc naukę w służbę moralności – bronił się. – Z pewnością rozumie ojciec...

– Rozumiem, że po raz pierwszy w życiu widzę kogoś, kogo powinienem przekląć. Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Idź ode mnie w ciemność wieczną!

Twarz Flucknera w jednej chwili pokryły czerwone plamy.

– Pożałujesz tych słów – warknął z wściekłością w głosie. – Masz na to moje słowo! Znieważyłeś nie tylko mnie, lecz również tysiące porządnych obywateli, którzy ufają w to, że moja firma ocali ich dzieci przed ogniem piekielnym. Zapłacisz za to!

Odwrócił się na pięcie i odszedł.

światło i moc korumpują

– Pewnie, że Gaila czuje się dobrze! Cóż mogłoby bardziej ucieszyć dziecko, niż odkrycie, że matka, którą świadomie kocha, lecz podświadomie jej nienawidzi, żyje, mimo że została zabita? Jakiego silniejszego wzmocnienia mogłaby pani jej udzielić? Rozmawialiśmy o tym już wiele razy!

Musiał otrzeć czoło, licząc na to, że letni upał wytłumaczy maskę potu zasłaniającą mu twarz.

– Czy mogę skorzystać z pani telefonu? Wolałbym być sam, jeśli pani pozwoli. Lepiej, żeby rodzice nie wiedzieli zbyt wiele o naszych metodach.

* * *

W nasłonecznionym pokoju, gdzie odbijające się od tafli podpodłogowego basenu światło tworzyło plamki blasku padające bezładnie na ekumeniczny zestaw złożony z krucyfiksu, Buddy oraz bogini Kali o sześciu rękach przyozdobionej różami, Shad Fluckner wpisał kod departamentu anonimowej denuncjacji Kontynentalnej Mocy i Światła.

Gdy tylko usłyszał odpowiedni ton, wprowadził kod Kościoła Nieskończonej Intuicji, a następnie szereg symboli oznaczających „oszukańcze wykorzystanie datków na cele dobroczynne” i „konto zablokowane do chwili decyzji sądu”, a na koniec „zawiadomić wszystkie komputery sprawdzające zdolność kredytową”, pozbawiając w ten sposób duchownego zdolności kredytowej.

To powinno załatwić sprawę. Otrzepał z satysfakcją dłonie i wyszedł z pokoju. Powiązanie donosu z nim było w praktyce niemożliwe. Pracował dla Mocy i Światła już od dwóch lat, a coroczna rotacja personelu wynosiła tam sześćdziesiąt pięć procent. Oznaczało to, że fałszywe dane mogło wprowadzić pół miliona ludzi.

Zanim wielebny Lazarus upora się z labiryntem połączonych ze sobą komputerów oceniających zdolność kredytową i dorwie tasiemca, który przed chwilą się narodził, może już stać się głodującym obdartusem.

Dobrze mu tak.

podłączony, ale nie w czasie rzeczywistym

Podczas krótkiej przerwy w zabiegach, gdy pielęgniarka spryskiwała aerozolem gardło obiektu, Hartz spojrzał na zegarek.

– Nawet jeśli to czasochłonna robota, z pewnością z reguły nie posuwacie się naprzód aż tak powoli – mruknął. – Mniej niż dzień na dzień.

Freeman odsłonił zęby w swym nawykowym uśmiechu czaszki.

– Gdyby tak było, nadal wypytywałbym go o okres, kiedy był doradcą stylu życia. Proszę jednak nie zapominać, że gdy już się dowiedzieliśmy, gdzie musimy szukać, byliśmy w stanie zapisać wszystkie dane dotyczące jego poprzednich osobowości. Wiemy, co robił, ale musimy się teraz dowiedzieć, co przy tym czuł. W niektórych przypadkach powiązanie między kluczowym wspomnieniem a wyjątkowo silną reakcją obiektu łatwo jest dostrzec. Miał pan szczęście, że natrafiliśmy dziś na jedną z takich więzi.

– Fakt, że identyfikował się z tą uciekającą panicznie dziewczynką? Analogia do życia ściganego zbiega, jakie sam wiódł?

– Jest w tym coś więcej. Obawiam się, że znacznie więcej. Rozważmy klątwę, którą rzucił na tego Flucknera. Zastanówmy się, co ją sprowokowało. Z pewnością zgadza się to z poglądami wielebnego Lazarusa, musimy jednak sprawdzić, w jakim stopniu odzwierciedla jego prawdziwą osobowość. Siostro, jeśli już pani skończyła, chciałbym wznowić pracę.

dzień przeprowadzki, zachmurzony i upalny

Bezwzględnie muszę nauczyć się panować nad gniewem w obliczu podobnej zniewagi dla ludzkości...

Co to, do licha?

Z nagłym westchnieniem wyrwał się z głębokiego jak śpiączka snu. Poprzedniej nocy nie mógł zasnąć przez długie godziny. Groźba Flucknera niosła się echem w jego pamięci, aż wreszcie postanowił wziąć tabletkę. Minęło wiele czasu, nim do jego nadal zmąconego umysłu przeniknął fakt o najwyższym znaczeniu.

Buczenie sprężarki umilkło.

Przetoczył się na drugi bok i włączył podświetlany zegar z niezależnym źródłem mocy, stojący obok łóżka. Była godzina 7:45. Mimo to za oknami przyczepy panowała nieprzenikniona ciemność, choć słońce musiało już stać wysoko na niebie, prognozy zapowiadały utrzymanie się ładnej pogody, a plastikowa membrana dachu była półprzezroczysta, jeśli ją dobrze naciągnąć.

Znaczyło to, że odcięto moc i kopuła się zapadła. Całe dwadzieścia dwie i pół tony.

Był nagi i czuł się straszliwie bezbronny, postawił jednak nogi na podłodze i pomacał wkoło ręką w poszukiwaniu najbliższej lampy, by potwierdzić swe podejrzenia. Ciemność go przytłaczała. Co gorsza, czuł już smród, zapewne pochodzący od brudu, smaru i cuchnącej wody pokrywających kopułę. Gdy była rozciągnięta, tworzyły one niezauważalnie cienką warstwę, ale teraz skupiły się niczym odpady na ścianach rury kanalizacyjnej.

Zgodnie z jego przewidywaniami, światło się nie zapaliło.

Strajk? Mało prawdopodobne. Choć robotnicy w kluczowych gałęziach przemysłu nadal byli w stanie sparaliżować automatyczny system energetyczny w całym kraju, zawsze czekali z podjęciem akcji na nadejście śniegu i mrozu. Wyłączenie prądu z powodu przeciążenia sieci? Niewiele badziej prawdopodobne. Latem nie zdarzyło się to od roku 1990. Ludzie najwyraźniej oduczyli się uważać, że elektryczność jest darmowa jak powietrze.

Od roku 1990 dorosło całe nowe pokolenie... i on również się do niego zaliczał.

Stopienie rdzenia reaktora?

Po trzech zeszłorocznych katastrofach, na delfickich tablicach najwięcej pieniędzy stawiano obecnie na to, że do następnej tego typu awarii upłyną co najmniej dwa lata. Mimo to sięgnął po swe jedyne radio na baterię. Zgodnie z prawem, w każdej konurbacji liczącej sobie ponad milion mieszkańców nadal musiała działać monofoniczna stacja radiowa nadająca wyłącznie wiadomości, ostrzegająca mieszkańców przed zamieszkami, szczepowymi meczami albo katastrofami. Baterie były już bliskie wyczerpania, ale uniósł odbiornik do ucha i zorientował się, że spiker mówi o rekordowych stawkach zakładów o liczbę ofiar w dzisiejszym meczu futbolowym. Gdyby doszło do awarii reaktora, ostrzeżenia przed skażeniem nadawano by bez chwili przerwy.

Co, do licha... Hmm, Fluckner?

Poczuł dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Uświadomił sobie, że wpatruje się chciwie w niewyraźny blask tarczy zegarka, jakby otaczająca go ciemność symbolizowała macicę (echa Gaili i innych podobnych do niej, skazanych na dorastanie nie jako ludzie, lecz jako muły, bękarcie potomstwo skrzyżowania freudowskiej psychoanalizy z behawioryzmem), a to tajemnicze światło zapowiadało, że wkrótce wyjdzie stąd w nowy, niezwykły świat.

Z ukłuciem rozczarowania przyznał, że to z pewnością prawda.

Choć pod kopułą śmierdziało, powietrze przynajmniej nie było przesycone dwutlenkiem węgla. Nie bolała go głowa, czuł tylko lekkie mdłości. To go trochę uspokoiło. Odnalazł na oślep drogę do przestrzeni mieszkalnej, gdzie miał wielką lampę na baterię, na wypadek nagłej awarii. Jej baterie ładowały się automatycznie z sieci i nadal miały wiele mocy. Gdy jednak włączył lampę, w jej żółtawym blasku wszystko wokół wydało mu się nieznajome i groźne. Kiedy nią poruszył, po gładkich metalowych ścianach przemknęły cienie, wierne kopie tych, w których nocą dopatrywał się nastolatów służących Baronowi Samediemu, Świętemu Mikołajowi lub nawet bogini Kali.

Spryskał twarz wodą ze środkowego kranu w umywalce. To mu w niczym nie pomogło. Woda powinna być lodowata, ale prąd wyłączono już tak dawno, że zrobiła się letnia. Nadal nieodświeżony, otworzył drzwi przyczepy i wyjrzał na zewnątrz. Daleko za wdzięcznym łukiem spadłego na ołtarz plastiku dostrzegł światełko sugerujące, że ma szansę uciec stąd bez niczyjej pomocy.

Wolałby jednak odzyskać dopływ prądu.

Wytapiarka w jego gabinecie była zimna. Czekała w niej sztabka miedzi, gotowa do wyjęcia. Domowy komputer, który miał do wykonania trudniejsze zadanie, dał się zaskoczyć przed jego ukończeniem. Czwarta – nie, to była piąta – z dzisiejszych ocen delfickich sterczała z niego jak blady, sztywny język, w pełni ostemplowana przez jego automatyczną pieczęć notarialną. To jednak nie było w tej chwili ważne. Musiał się przekonać, czy Fluckner (bo kto inny miałby powód i możliwości zdyskredytować go w ciągu jednej nocy?) zdołał odciąć również jego połączenie telefoniczne.

Odpowiedź brzmiała „tak”. Słodki, nagrany głos poinformował go, że zawieszono jego kredyt telefoniczny do chwili rozstrzygnięcia pozwu, który zapewne doprowadzi do zajęcia wszystkich jego aktywów. Jeśli chce wznowienia usług, musi dostarczyć świadectwo korzystnego werdyktu sądowego.

Pozew? Jaki pozew? Z pewnością w tym stanie nie można nikogo pozwać za rzucenie klątwy?

Nagle uświadomił sobie prawdę i omal się nie roześmiał. Fluckner uciekł się do jednej z najstarszych znanych sztuczek. Wypuścił do kontynentalnej sieci samopowielającego się tasiemca, zapewne wyposażonego w nagłówek grupy denuncjacyjnej „pożyczony” od jakiejś dużej korporacji. Tasiemiec przenosił się z węzła na węzeł za każdym razem, gdy tylko ofiara spróbowała użyć swego kodu kredytowego. Zabicie podobnego robaka wymagało wielu dni pracy. Niekiedy nawet tygodni.

Chyba że ofiara była w stanie unieważnić oryginalne polecenie, a w tym przypadku tak właśnie było. Każdy posiadacz kodu 4GH...

Rodzący się w nim śmiech ucichł nagle. A co, jeśli od chwili, gdy poprzednio korzystał z kodu, ograniczono jego możliwości bądź nawet unieważniono go całkowicie?

Można to było sprawdzić tylko w jeden sposób. Maszyna cierpliwie czekała, aż dostarczy wymagane zaświadczenie. Wpisał do telefonu swój pełen kod i dodał standardową serię oznaczającą „błąd wejścia spowodowany nadużyciem w złej wierze”. Dodał do niego polecenie przekazania numeru referencyjnego domniemanego pozwu.

Po kilku sekundach usłyszał normalny sygnał.

Do tej chwili wstrzymywał nieświadomie oddech, a teraz wypuścił powietrze z płuc z westchnieniem, które wydało mu się straszliwie głośne w niezwykłej ciszy panującej pod kopułą. (Ile znajomych szumów umilkło w nocy? Komputer, automat z chłodzoną wodą, terma, klimatyzator, monitor alarmowy... i tak dalej. Ludzie rzadko pamiętali, ile elektrycznych urządzeń posiadają. On z pewnością tego nie pamiętał).

Bezzwłocznie wysłał odwetowego tasiemca, ścigającego tego, którego stworzył Fluckner. To powinno rozwiązać jego bieżący problem w ciągu trzech do trzydziestu minut, zależnie od tego, czy uda mu się uprzedzić nieuniknione przy poniedziałku przeciążenie sieci. Bardzo w to wątpił. Według ostatnich raportów krążyło w niej obecnie tak wiele robaków i przeciwrobaków, że maszynom polecono przyznawać im niski priorytet, chyba że chodziło o nagłe przypadki medyczne.

No cóż, przekona się, gdy tylko zapalą się światła.

Nadszedł już czas, by wielebny Lazarus popełnił samobójstwo. Wzmocniwszy się szklanką letniego erzacu soku pomarańczowego – obrzydliwie słodkiego, ale nieszkodzącego bezpośrednio na metabolizm; zawsze zwracał uwagę na to, jakich firm produkty kupuje – zaczął rozważać szczegóły swego następnego wcielenia.

* * *

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

księga druga

księga trzecia