Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 401 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na falach uniesień - Shana Galen

Zemsta, to jedyne, czego pragnie Bastien, markizde Valère. Przemierzając morza swym korsarskim okrętem, zawzięcie ściga wroga.

Jego plany może jednak pokrzyżować odważna dziewczyna żądna… jego głowy.

Raeven, córka brytyjskiego admirała, od dzieciństwa pływająca z ojcem po morzach, jest przekonana, że Bastien jest winien śmierci jej narzeczonego. Już nieraz stawała oko w oko z niebezpieczeństwem, lecz teraz czeka ją największe - pojedynek z groźnym korsarzem. Gdy jednak skrzyżuje z nim szpadę, spotka ją wielka niespodzianka…

Opinie o ebooku Na falach uniesień - Shana Galen

Fragment ebooka Na falach uniesień - Shana Galen

Strona redakcyjna

Redakcja stylistyczna

Barbara Nowak

Korekta

Joanna Egert-Romanowska

Hanna Szamalin

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia na okładce

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

The Rogue Pirate’s Bride

Copyright © 2012 by Shana Galen

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4900-1

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Obu matkom: mojej mamie, Nancy,

i mojej teściowej, Cheryl.

Cóż ja bym bez Was zrobiła?

1

Francja, rok 1802

To on — szepnął Percy. — Jestem prawie pewien.

Raeven Russell spojrzała na niego. Bladą, piegowatą twarz Percy’ego pokrywała cienka warstewka potu, a jasne, niemal białe włosy sterczały na wszystkie strony, jakby kilkakrotnie rozwichrzył je dłonią, co zresztą zapewne zrobił. Percy Williams był płatnikiem na statku Jego Królewskiej Mości „Władca” i chociaż Raeven wiedziała, że ją wprost uwielbia, wiedziała również i to, że wszelkie postępowanie niezgodne z regułami ustalonymi przez jej ojca budzi w nim odrazę.

Nachyliła się ku niemu i objęła go swobodnie ramieniem, ponieważ nieraz widywała, że robią tak mężczyźni.

— Wyglądasz na zdenerwowanego — wyszeptała. — Ludzie zaczną się zastanawiać, dlaczego.

— Bo naprawdę jestem zdenerwowany — syknął. — Ty się chcesz po prostu dać zabić.

— To moja sprawa. — Odsunęła się od niego, patrząc badawczo na mężczyzn wokół niej. Który z nich jest Kordem? Niejeden mógł nim być.

Stanęła w męskiej pozie — nogi rozstawione, ręce wsparte na biodrach — wpatrzona we wnętrze obskurnej tawerny w Breście. Portowe tawerny są na całym świecie takie same, pomyślała, obserwując uważnie tłum gości. Pełno w nich marynarzy spragnionych wina i kobiet, kapitanów werbujących nowych członków załogi, barmanek opędzających się od zbyt nachalnych gości i ladacznic pragnących zwabić każdego mężczyznę z brzęczącą monetą w kieszeni.

Nie wiedziała, dlaczego czuje się tu tak swojsko. Z pewnością przecież nie należała do ludzi z tej sfery i zadała sobie sporo trudu, żeby przebrać się za mężczyznę, a potem się wymknąć z ojcowskiego statku i wślizgnąć do łodzi wiozącej członków załogi na ląd.

Gdyby ojciec wiedział, gdzie ona jest... Pokiwała głową. Już słyszała jego tubalny głos: „Córka brytyjskiego admirała powinna się zachowywać z godnością stosowną do jej społecznej pozycji”.

Jakaż jednak była ta pozycja? Matka Raeven zmarła kilka dni po jej urodzeniu, a ona sama od czwartego roku życia — odkąd ostatni krewni dali sobie spokój z wychowaniem niepoprawnej dziewczynki — żeglowała razem z ojcem. Nie po raz pierwszy była w tawernie. I nie po raz pierwszy wymykała się cichaczem z ojcowskiego statku „Władca”.

Po raz pierwszy za to udało się jej odnaleźć kapitana Korda. Po sześciu miesiącach poszukiwań tego łajdaka i mordercy bliska była spotkania się z nim twarzą w twarz.

— Jeśli twój ojciec się o tym dowie, zapłacę za to głową. — Percy głośno przełknął ślinę, a ona stłumiła śmiech.

— W takim razie wkrótce po mnie staniesz przez obliczem Stwórcy. Wstawię się u Niego za tobą.

Spojrzał na nią ze zgrozą, co — jak przypuszczała — oznaczało, że nie uważa jej za zbyt dobrego orędownika.

— Wolałbym trochę dłużej pożyć na tym świecie — mruknął.

— Całkowicie się z tobą zgadzam. A teraz powiedz mi, który to z nich, ale nie patrz na niego ani nie wskazuj mi go ręką.

— Siądźmy przy szynkwasie — zaproponował Percy. — Stamtąd lepiej go zobaczysz i mniej się będziemy rzucać w oczy.

— Doskonale.

Pamiętając, kogo udaje, podeszła tam śmiałym krokiem i wsparła się o bar, usiłując nadać sobie wojowniczy wygląd. Percy zamówił mocne piwo, ona również, choć nie miała zamiaru go pić. Musiała być całkowicie trzeźwa.

Kiedy szynkarz odszedł, Percy, patrząc w swój kufel, powiedział półgłosem:

— Widzisz tego mężczyznę w najdalszym kącie?

Raeven powiodła najpierw z wolna wzrokiem po całej tawernie, nim zatrzymała go na wskazanym miejscu.

— Ubrany jest jak dżentelmen, w strój marynarski — dodał Percy. — Biały halsztuk, szerokie spodnie.

Teraz go dostrzegła i skinęła głową.

— Dżentelmen i pirat. Jedno drugiemu przeczy.

— Chodzą słuchy, że to były markiz, a jego rodzina uciekła z Francji podczas rewolucji.

Spojrzała na niego podejrzliwie.

— Nie próbuj mi wmawiać, że wierzysz w te bzdury. Wszyscy piraci wymyślają romantyczne brednie. Jeśli ktoś podaje się za księcia, nie znaczy to, że nie może być złodziejem lub mordercą.

— Jasne, że w to nie wierzę. Powtarzam ci tylko, co o nim mówią.

Poznała jednak po tonie jego głosu, że tak nie jest, a gdy przyjrzała się uważniej Kordowi, zrozumiała dlaczego. Było w nim istotnie coś z arystokraty. Nie chodziło tu tylko o strój — w końcu każdy się może ubrać jak ktoś dobrze urodzony — ale o sposób bycia. Siedział przy stole plecami do ściany, tak że mógł obserwować drzwi tawerny. Już z tego mogła wywnioskować, że nie jest głupi. Jakiś inny mężczyzna siedział naprzeciw niego, a Kord z pewnym roztargnieniem słuchał, co tamten mówi. Założył ręce na piersi, a wyraz jego twarzy świadczył o umiarkowanym zaciekawieniu. Stała przed nim szklanka z jakimś napojem, ale Raeven nie zauważyła, żeby z niej pił. Nie widziała też przy nim żadnej dziewki ulicznej.

W takim razie omawiał jakiś interes. Bardziej sprzyjałoby jej zamiarom, gdyby pił lub znajdował się w towarzystwie ladacznicy, ale nie był jej dany luksus dogodnego wyboru chwili ataku.

Spojrzała znów na Percy’ego.

— Jest przystojny — zauważyła i ujrzała, że płatnik unosi brwi. — Nie spodziewałam się tego.

To, co o nim słyszała, raczej nie dotyczyło wyglądu. Kapitan Kord znany był z tego, że działał dyskretnie i zręcznie, potrafił też sprawnie się wymykać pogoni. Mówiono, oczywiście z przesadą, że obrabował już ze sto statków, ale gdyby nawet w grę wchodziła jedna czwarta tej liczby, byłby to i tak nie lada rekord. Rzecz jasna, utrzymywał, że jest kaprem, a Raeven wiedziała, że pływa pod banderą Hiszpanii i ma list kaperski wydany przez władze tego kraju. Kaprowie niewiele się jednak według niej różnili od piratów. Ani jedni, ani drudzy nie powinni byli atakować statków brytyjskiej floty wojennej. Ani zabijać jej oficerów.

Poczuła, że rośnie w niej gniew, i głęboko nabrała tchu, żeby się uspokoić. Nie mogła sobie pozwolić na wzburzenie. Musiała trzymać uczucia na wodzy. Nie wolno jej również ulegać odruchom godnym pensjonarki. Owszem, on był przystojny. Ciemne włosy, zaczesane do tyłu, spływałyby mu na ramiona, gdyby nie związał ich starannie na karku. Twarz miał stanowczą, kanciastą, podbródek mocno zarysowany, ale pełne wargi łagodziły nieco wrażenie surowości. Oczy jednak nie kłamały. W tym człowieku nie było cienia słabości. Nie mogła z daleka dojrzeć ich koloru, ale pod uniesionymi ironicznie brwiami wydawały się bystre, zimne i pełne wyrachowania.

Był godnym przeciwnikiem, a ona dziś rozleje jego krew.

— Nie podoba mi się twoje spojrzenie — mruknął Percy. — Teraz, kiedy już go sobie obejrzałaś, widzisz chyba, że nie możesz się z nim mierzyć. Nie jest ułomkiem.

Raeven wyprostowała się, żeby wyglądać na trochę wyższą. Dobrze wiedziała, że jest nieduża, ale siła i wzrost to nie wszystko. Była drobna, lecz szybka i bezwzględna.

— Owszem, mogę rzucić mu wyzwanie — odparła, przesuwając dłonią po lekkiej szpadzie u boku. — Czekam tylko, aż skończy swoją rozmowę.

Gdyby jednak zbytnio się przeciągała, musiałaby ją przerwać. Chciała, żeby już było po wszystkim.

— Nie sądzę, żeby to było mądre. Może gdybyśmy poczekali...

— Nie będę czekać! — parsknęła. — Czekałam już sześć miesięcy. Zbyt długo.

— Timothy by nie chciał...

Jej groźne spojrzenie sprawiło, że urwał.

— Timothy nie żyje, a jego morderca siedzi tu sobie, gawędzi i popija wino. Timothy pragnąłby sprawiedliwości.

Wiedziała, że Percy w następnym zdaniu przeciwstawiłby sprawiedliwość zemście, a tego nie chciała słuchać. Odwróciła się więc energicznie od szynkwasu i podeszła prosto do stołu Korda. Musiała w tym celu jedynie przejść przez tawernę, a jednak trwało to na tyle długo, że serce zaczęło jej boleśnie łomotać w piersi. Próbowała się uspokoić, nabierając tchu, ale przyszło jej to z trudem. Dłonie miała spocone, kilkakrotnie zgięła i rozprostowała palce, by je rozluźnić.

Kiedy stanęła przed stołem Korda, ten spojrzał przelotnie na nią, a potem na mężczyznę siedzącego naprzeciw niego. Nim zdołała otworzyć usta, stanął przy niej jakiś inny mężczyzna.

— Odejdź stąd, chłopcze. Kapitan jest teraz zajęty.

Ten mężczyzna był wysoki, kościsty, z rudą czupryną i bladą, piegowatą twarzą. Miał na sobie porządne ubranie, a przemówił do niej płynną francuszczyzną, chociaż z obcym akcentem. Anglik, pomyślała, i nie ze społecznych nizin. Zapewne oficer Korda.

Nie ruszyła się jednak z miejsca.

— Myślę, że kapitan wysłucha, co mam do powiedzenia.

Powiedziała to prosto do Korda, ten jednak nie zwracał na nią uwagi.

— Powiem mu, że chcesz z nim porozmawiać... — I tu mężczyzna popełnił błąd, chwytając ją za ramię, bo Raeven zrewanżowała mu się szybkim szturchańcem w brzuch. Mężczyzna stęknął z zaskoczeniem i cofnął się o krok.

— Masz jakiś kłopot, Maine? — spytał Kord swobodnym tonem, unosząc brwi z nieco wymuszonym uśmiechem. Najwyraźniej Raeven nie wydała mu się groźna. — Czy to ten chłopak ci go sprawia?

Kord również odezwał się po francusku, ale mówił płynnie, ze swobodą. Widać władał tym językiem od urodzenia, pomyślała, i to z wytwornym akcentem. Nic dziwnego, że podawał się za byłego francuskiego markiza.

— Nie, kapitanie — odparł Maine, który znów wystąpił naprzód. — Usunę go z pańskiej drogi.

Raeven chwyciła za mały sztylet zawieszony u pasa.

— Jeśli mnie dotkniesz jeszcze raz, posiekam ci rękę na kawałki. — Spojrzała Kordowi w oczy. — Chcę z tobą mówić.

— Proszę bardzo. — Uniósł szklankę i upił nieco wina. — Najpierw musisz jednak zachowywać się nieco uprzejmiej. Przyjdź tu, kiedy nauczysz się już być cierpliwym.

Jednym błyskawicznym ruchem okrążyła stół, wyrwała zza pasa sztylet i przytknęła mu go tuż poniżej podbródka.

— Ty mi będziesz mówić o cierpliwości? — spytała, wciskając czubek ostrza w smagłą skórę, tak że ukazała się na niej kropelka krwi. — Czekałem sześć długich miesięcy, żeby poderżnąć ci gardło.

— Czy to wszystko? — spytał, odstawiając szklankę na stół. Z irytacją spostrzegła, że nawet nie drgnęła mu ręka. — Są tacy, którzy czekają na to dłużej.

— Zabiję cię — powiedziała, patrząc mu w oczy. Były kobaltowo błękitne, okolone gęstymi, ciemnymi rzęsami.

Kord uniósł brwi.

— Nie sądzę.

Powinna była to dostrzec, zauważyć błysk jego oczu lub zaciśnięcie ust, ale on niczym nie zdradził tego, co miał zamiar zrobić. Nim zdołała zareagować, przygniótł jej nadgarstek do stołu tak mocno, że sztylet okazał się bezużyteczny. Patrzyła, jak Kord powoli wstaje, i nigdy nie czuła się tak mała, jak w tym momencie. Zdała sobie sprawę, że w tawernie zapadła głucha cisza, a goście delektują się wręcz tą sceną.

Percy przerwał ciszę.

— Kapitanie, chłopak za dużo wypił. Jest młody. Jeśli to panu nie wadzi, zabierzemy go zaraz na statek.

Raeven ujrzała w wyobraźni szereg marynarzy ojca z tyłu za nią i Percy’ego pośrodku, z rękami rozłożonymi w pojednawczym geście. Nie odrywała wzroku od Korda. Widziała, jak wzruszył ramionami i zamienił spojrzenie z jednym ze swoich ludzi. Może jeszcze poklepie ją po ramieniu i puści wolno? Za nic! To była jej ostatnia szansa. Ojciec zapewne zauważył już jej nieobecność i mogą upłynąć miesiące, a nawet lata, nim zyska kolejną sposobność konfrontacji z Kordem.

— Ty tchórzu! — powiedziała na tyle głośno, by usłyszała ją cała tawerna. — Boisz się walki ze mną? Ze zwykłym chłopcem?

Ujrzała na jego twarzy najpierw zaskoczenie, a potem irytację.

— Chłopcze, zrozum, nie mam ochoty cię zabijać.

Roześmiała się.

— A czemu sądzisz, że zdołałbyś to zrobić? Jestem dobry w walce na szpady. Bardzo dobry. I wyzywam cię na pojedynek!

Oderwała od niego wzrok i rozejrzała się po tawernie, chcąc mieć pewność, że każdy ją usłyszał.

Sama zaś usłyszała, jak Percy mruczy pod nosem:

— No i dopięłaś swego.

Rzeczywiście dopięła swego. Kord nie mógł się uchylić od jawnego wyzwania.

Usłyszała prychnięcie i spojrzała ponownie na Korda.

A jeśli mógł?

— Wracaj na swój statek, chłopcze. Nie mam czasu, żeby się bawić w pojedynek z tobą. Wróć, kiedy ci się wąs zacznie sypać. — Kord przeciągnął palcem po jej policzku, nim zdołała cofnąć głowę. — I kiedy pocałujesz się z jakąś ładną dziewczyną.

Z tymi słowami uwolnił jej rękę i odepchnął ją od siebie.

Raeven obróciła się wokół własnej osi i porwała za szpadę. Nie zdziwiło jej, że on też wyciągnął swoją i stanął ponownie przed nią.

— Głupi smarkaczu, czy naprawdę chcesz, żebym cię zabił?

— To ja cię najpierw zabiję, podły piracie!

Zadała pierwszy cios, ale on odparował go łatwo, a ciężar jego broni sprawił, że omal nie utraciła równowagi. Znajdowała się w kącie, podczas gdy on miał swobodę manewru. Musiała go odeprzeć, by zyskać więcej miejsca. Była szybka i zwinna, lecz te jej atuty wymagały otwartej przestrzeni.

Potknęła się o stołek, ale odrzuciła go kopnięciem. Niewiele tym zyskała, było to już jednak coś i nie nastąpiło ani o moment za wcześnie. Kord skorzystał wszakże z jej chwilowego rozproszenia uwagi, żeby zadać pchnięcie, a ona o mało nie spóźniła się z zablokowaniem go.

Cios nie wyrządził Raeven szkody poza lekkim draśnięciem. Kord igrał sobie z nią, wciąż nie biorąc jej wyzwania na serio. Czemu to ją tak rozdrażniło? Przekona się, jak bardzo było poważne, kiedy wypruje mu flaki.

— Wracaj na swój statek, enfant... — powiedział z aroganckim uśmiechem, który odsłonił rząd białych zębów. Z jakiegoś dziwnego powodu poczuła jeszcze większą irytację. Ten człowiek powinien mieć jakąś skazę: zepsute zęby albo inny brak fizyczny. Jakikolwiek! — ...nim przestaniesz mnie bawić.

— Och, ja dopiero zaczynam cię bawić, piracie.

Udała, że chce opuścić szpadę, ale uniosła ją w ostatniej chwili, zaczepiając o rękaw jego surduta i rozcinając piękną tkaninę. Doskonaliła ten chwyt całymi latami, nie zaskoczyło jej zatem, że wyszedł jej dobrze i tym razem. Zaskoczyło ją za to, że Kord, choć powinien był spojrzeć ze zdumieniem na rozdarty surdut, zdołał się obronić, gdy wymierzyła mu cios prosto w szyję. Ostrza obu szpad zderzyły się ze sobą, a zgrzyt metalu o metal zabrzmiał donośnie w ciszy tawerny.

— A co, teraz się nie śmiejesz, łajdaku? — wycedziła.

Kord był silny i musiała wytężyć wszystkie siły, by powstrzymać jego szpadę od zniszczenia jej własnej.

— Czy myślisz, że twoja nędzna salonowa sztuczka zrobiła na mnie wrażenie, enfant? — spytał. — Jesteś mi teraz winien dziesięć funtów za zniszczony surdut.

— Dziesięć funtów! Śmiechu warte. — Odparowała jego cios, przesuwając się w prawo. Czuła za sobą przytłaczające ją ściany. Musiała wydostać się z tego kąta. Kord odstąpił w tył, trzymając się po jej prawej stronie, a ona czuła już, że zwycięstwo jest blisko. Gdyby tylko zdołała zajść go z drugiej strony...

Spojrzał na jej pożyczony strój z wyraźną pogardą.

— Zapewniam cię, że zapłacisz te dziesięć funtów za wyrządzoną mi szkodę. — Zmrużył oczy, a jej przebiegł dreszcz po plecach. — W taki czy inny sposób.

— Będziesz musiał wydrzeć tę forsę z mojej zimnej i martwej dłoni, podły piracie.

Choć spocona i zdyszana, zdołała jednak sprawić, że przesunął się nieco na prawo. Ich szpady nadal blokowały się nawzajem, lecz wiedziała, że Kord czekał tylko na właściwy moment, by dokonać pchnięcia. Przeniosła ciężar ciała na pięty, gotowa do obrony.

Słyszała wokół siebie okrzyki tłumu, a także to, że ludzie robią zakłady; czuła, że ją obserwują. Ciekawa była, czy ktokolwiek stawia na nią.

— Wiem, że nie zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni — rzekł Kord — ale czy mogę wiedzieć, dlaczego wciąż nazywasz mnie łajdakiem i piratem, skoro nie jestem ani jednym, ani drugim? To raczej nieuprzejme.

— Już ja ci pokażę nieuprzejmość! — Raeven odskoczyła szybko w tył, gdy jego szpada przecięła ze świstem powietrze tuż przed jej twarzą. Nim jednak Kord zdołał ponownie ją unieść, zrobiła fintę w lewo i go okrążyła.

Udało się! Teraz miała otwartą przestrzeń za plecami.

Jednakże Kord, szybciej niż się spodziewała, obrócił się wokół własnej osi, wpychając ją, chwiejnie wspartą na nogach i słaniającą się, prosto w tłum. Jeden z mężczyzn złapał ją za ramiona i pchnął znów do przodu. Zrobiła unik i wywinęła kozła, podczas gdy szpada Korda świsnęła ponad nią.

To już nie była błaha potyczka. Kord w końcu zaczął traktować walkę serio.

Zerwała się na nogi i robiąc błyskawiczny obrót, odparowała cios jego szpady. Oba ostrza otarły się o siebie, gdy sama zadała cios i odparowała zadany przez niego, a on postąpił tak samo. Zdała sobie sprawę, że był dobrym szermierzem, bo dorównywał jej, zadając pchnięcie za pchnięciem. Musiał się uczyć szermierki, nie polegał wyłącznie na swoim instynkcie. Ona też się jej jednak uczyła i w myśli wyliczała całą listę ofensywnych manewrów.

Ale ten sfrustrowany mężczyzna blokował każdy z jej ataków. Całkiem jakby wiedział, co ona uczyni, zanim jeszcze coś zrobiła. Najgorsze było to, że zaczęła się męczyć. Gdy opuszczała ojcowski statek, wręcz buzowało w niej podniecenie i chęć zemsty. Teraz Kord systematycznie zużywał jej rezerwy. Bronił się, ale nie atakował. Raeven zaś widziała, że on nawet się nie zadyszał.

Tłum wznosił okrzyki po każdym z ich kolejnych ruchów i Raeven wyraźnie czuła, że gapie biorą jej stronę. Ale i Kord miał swoich zwolenników. Gdyby go zabiła — nie, gdy już go zabije — musi być gotowa na odparcie następnego ataku.

— Niech cię diabli porwą! — zaklęła, gdy po kolejnym gwałtownym wypadzie obydwoje nadal krążyli tylko wokół siebie.

— Nie tego wieczoru. — Znów się uśmiechnął, ale Raeven dostrzegła kropelki potu nad jego górną wargą. A więc i on nie był z żelaza. Zmęczył się.

Była to jej ostatnia myśl, nim ją zaatakował. Bez ostrzeżenia i z wielką finezją wykonał zwrot, mierząc ostrzem prosto w jej serce. Odparowała oczywiście to pchnięcie, ale o mały włos jej nie dosięgło. A potem Kord znów zaatakował, spychając ją ku gapiom i napierając na nią, tak że nie miała wyboru i musiała się bronić krótkimi, urywanymi ruchami zamiast szerokich i dużo skuteczniejszych.

— Nie zwyciężysz — powiedział, gdy cofnęła się pod jego naporem.

— W takim razie zginę, próbując zwyciężyć — syknęła przez zaciśnięte zęby i przypuściła na niego atak, żeby tego dowieść. Sprawiło jej satysfakcję, gdy odskoczył gwałtownie na bok, by uniknąć ostrej stali jej ostrza.

— A z jakiego powodu zginiesz? — spytał, rewanżując się ciosem za cios, ona zaś musiała walczyć o utrzymanie pozycji.

— Z zemsty. — Uniosła szpadę wysoko, a potem ją opuściła i znów uniosła. Zadała silny cios, on również, a potem przez długą chwilę mierzyli się wzrokiem.

— Szlachetny motyw. Czym na nią zasłużyłem?

Raeven otwarła usta i zamknęła je zaraz, niepewna, czy chce mu odpowiedzieć, czy też nie. Wreszcie odparła:

— Zabiłeś mojego... przyjaciela.

— Wątpię. Zabiłem dużo mniej ludzi, niż głoszą plotki, którym dałeś wiarę.

Gniew wezbrał w niej niczym fala przypływu. Natarła na niego ostro.

— Ośmielasz się drwić ze mnie?

Jego odpowiedzią był szybki, triumfalny uśmiech i ledwie uświadomiła sobie, co zamierzał zrobić, kiedy uniósł szpadę i szybkim atakiem zmusił ją do cofnięcia się.

W tawernie rozległy się okrzyki zachęty.

Wpadła w złość, czując tuż za sobą pokiereszowaną belkę, i usiłowała ją wyminąć, lecz ostrze Korda przygwoździło do drewna jej rękaw.

Znalazła się w pułapce.

Prawe ramię, w którym trzymała szpadę, zostało unieruchomione, miała jednak dość przytomności umysłu, by przełożyć broń do lewej ręki i zadać nią cios. Nigdy jednak nie walczyła dobrze tą ręką, w przeciwieństwie do niektórych mistrzów szermierki, którzy umieli posługiwać się obydwiema, i Kord łatwo uniknął jej ostrza.

— Pobiłem cię — rzekł, podchodząc tuż do niej. — Przyznaj to sam, enfant, a puszczę cię wolno.

— Prędzej zadławię się własną krwią, kiedy poderżniesz mi gardło.

Kord uniósł brwi. Najwyraźniej nie spodziewał się tak desperackiej odpowiedzi.

— No cóż, powiem wyraźnie, że nie chcę zyskać reputacji mordercy dzieci. — Spojrzał na nią z namysłem. — Ale pozostaje jeszcze sprawa tych dziesięciu funtów, które jesteś mi winien. — Rzucił okiem na swój podarty surdut, a Raeven podwoiła wysiłki, chcąc się oswobodzić. Rękaw w żaden sposób nie chciał się jednak rozedrzeć. Gdyby miała na sobie koszulę z cienkiego lnu, jaką nosił Kord, już byłaby wolna. Ale gruby samodział nie poddawał się łatwo.

— Nie mam dziesięciu funtów, będziesz więc musiał mnie zabić.

— A może... — tu Kord uśmiechnął się triumfalnie — zrobię z ciebie nowego chłopca okrętowego. Myślę, że nadawałbyś się do tego. Cieszyłoby mnie, gdybyś codziennie wylewał mój nocnik.

Tłum ryknął śmiechem, ale Raeven to nie rozbawiło.

— Nigdy! — Jeszcze raz spróbowała pchnąć go szpadą, ale wyrwał jej broń z ręki. Zacisnęła pięści. Jeśli utraci szpadę, ciężko to odpokutuje. Ojciec kazał ją wykonać specjalnie dla niej, a nie kosztowała tanio.

— No, no! — Kord uśmiechnął się szeroko do tłumu, który bawił się doskonale. — Musisz nabrać trochę lepszych manier. A zaczniemy od tego, że powinieneś zdjąć czapkę, kiedy do mnie mówisz. — Sięgnął po nią.

— Nie!

Ale było już za późno. Nim zdołała coś powiedzieć, zerwał jej nakrycie głowy i oniemiał na widok masy czarnych loków, które się spod niej wymknęły. Wprawdzie Raeven upięła je ciasno, ale szpilki wypadły z włosów, kiedy siłą zdarł z nich czapkę. Kord spojrzał najpierw na czapkę, potem na Raeven, wreszcie raz jeszcze na czapkę. Na chwilę odebrało mu mowę. Później wyciągnął powoli rękę, owinął sobie pasmo jej włosów wokół dwóch palców i pociągnął.

— Au!

Podszedł tuż do niej, zajrzał jej w twarz i pokiwał głową.

— Co ze mnie za dureń. Nie mogę uwierzyć, że nie zauważyłem tego wcześniej.

Spostrzegła, że błękitne oczy przyjrzały się jej uważnie, jakby z uznaniem. Potem jego wzrok powędrował niżej, a Raeven poczuła, że twarz zaczyna ją palić.

— No tak, jestem kobietą — powiedziała i się wyprostowała. Spostrzegła kątem oka, że gapie przyglądają się jej to ze wzgardą, to znów z rozbawieniem. — Co nie znaczy, że nie umiem się bić. — Spojrzała w oczy Kordowi, nie zwracając uwagi na to, że oblewa ją gorąco. — Ani że nie chciałam cię zabić.

Kord uniósł brwi i spojrzał na jej szpadę, którą trzymał w dłoni, a potem na swoją, wciąż jeszcze tkwiącą w belce. Tłum wybuchnął śmiechem.

— Niech to wszyscy diabli! — Po raz kolejny usiłowała uwolnić ramię, ale i tkanina, i stal trzymały się mocno.

— Cóż to za język u kobiety. Naprawdę musisz nabrać lepszych manier. — Sięgnął ku jej twarzy, ale szarpnęła gwałtownie głową. Powiódł jednak delikatnie palcem wzdłuż policzka Raeven. Poczuła jeszcze większe gorąco, gdy dotknął jej skóry. Dlaczego? Przecież był zabójcą. Zabił Timothy’ego. — Sądzę, że mógłbym cię zatrudnić jako dziewczynę okrętową — rzekł z błyskiem w oku. — Choć twoje obowiązki mogłyby wyglądać nieco inaczej.

Kilku gości tawerny zarechotało, a ona kątem oka dostrzegła, że ludzie jej ojca mają dość niewyraźne miny. Nie chciała, żeby ruszyli jej na ratunek. Raczej da się porwać Kordowi, później zaś mu ucieknie, niż na to pozwoli. Dostrzegła spojrzenie Percy’ego i pokręciła przecząco głową. Jego blada twarz zbladła jeszcze mocniej. Wyglądał na kogoś, kto gotów jest liczyć się z taką możliwością.

Spojrzała znów na Korda. Przyglądał się jej. Czy widział, że wymieniła spojrzenia z Percym? Wątpliwe. Nawet jeśli tak, to nic sobie z tego nie robił.

— Będę twoją dziewczyną okrętową — powiedziała cicho, zduszonym głosem, pochylając się ku niemu. Kord jednak pokiwał tylko głową.

— Już widzę, jak wylewasz mój nocnik... tuż po poderżnięciu mi gardła.

Uśmiechnęła się triumfująco.

— Dobrze mnie znasz.

— Na tyle dobrze, żebym się nie odwracał do ciebie tyłem. — Skinął na swoich ludzi. — Maine, proszę dopilnować, żeby znalazła się na pokładzie „Cienia” w mojej kabinie. Nietknięta.

Wyrwał swoją szpadę z belki, uwalniając jednak Raeven dopiero wtedy, gdy jego człowiek chwycił ją za ramię. Mogłaby wprawdzie walczyć, lecz Kord oddawał się dobrowolnie w jej ręce. A ona chciała go zabić. Nieświadomy niebezpieczeństwa, jakie mu groziło, odwrócił się i poszedł ku wyjściu.

— Pożałujesz tego, Kord! — krzyknęła za nim. — I to pod niejednym względem!

Machnął tylko ręką, nie patrząc za siebie. Najwyraźniej lekceważył sobie zagrożenie z jej strony.

— Idziemy — powiedział Maine, popychając ją ku przodowi. Percy w jednej chwili znalazł się tuż przy niej i syknął jej do ucha:

— Nie mogę pozwolić, żeby cię porwali! Twój ojciec mnie zabije. — Wskazał gestem na „Władcę”. — Wszystkich nas zabije.

— Jeśli się w to wtrącisz, ja zabiję ciebie — syknęła również w odpowiedzi. — Znajdę się z powrotem na naszym statku jeszcze przed brzaskiem. Wiesz przecież, że potrafię uciec każdemu i z każdego miejsca. — Percy nie wyglądał na przekonanego. — A poza tym — dodała — jeśli teraz się w to wdasz, wszyscy się dowiedzą, kim jestem. Jak myślisz, czy mój ojciec chciałby, żeby cały Brest wiedział, że jego córka biła się na szpady w tawernie?

— Wolałby to chyba od porwania i... hm... nastawania kapitana Korda na jej cnotę.

— Dość tego gadania! — Maine znów pchnął Raeven w przód, oddzielając ją od Percy’ego. Ludzie Korda powstrzymali admiralskiego oficera.

Raeven zawołała przez ramię:

— Daj mi sześć godzin! Jeśli nie wrócę do tego czasu, wiesz, co masz robić!

Maine wypchnął ją prosto w chłodną, mroczną noc. Nagle zdała sobie sprawę, że znalazła się sam na sam z półtuzinem marynarzy Korda.

Przebiegł ją dreszcz, gdy przyjrzała się po kolei każdemu z tych oberwańców. Jeden z nich, z kolczykiem w uchu i twarzą pokrytą tatuażami, mrugnął do niej. Raeven przygryzła wargę.

W co ona się wpakowała?

2

Sébastien nigdy dotąd nie był aż tak bardzo zadowolony, że wychodzi z tawerny. Zwykle chętnie do jakiejś wstępował, ale podczas tej podróży nic nie było takie jak zwykle.

A już najmniej ta dziewczyna. Dziewczyna? Przejechał dłonią po włosach i przypomniało mu to krągły zarys jej pośladków.

Nie, nie dziewczyna. Kobieta.

Merde! Co właściwie — tu przypomniał sobie furię bijącą z jej zielonych oczu — kazało tej dziewczynie — nie, kobiecie! — zaatakować go? Mówiła, że wyzwała go na pojedynek z zemsty. Ale co on jej mógł zrobić? Nigdy jej przedtem nie widział. Przecieżby pamiętał.

Ça alors! A to dopiero! Jak mógł nie spostrzec, że ten chłopak to wcale nie chłopak? Rzęsy okalające zielone oczy były o wiele za gęste i za długie. Żaden chłopak takich nie ma. Ani takiej skóry. Ani pośladków.

Żeby choć raz spojrzał na jej pośladki... no, przynajmniej do chwili, kiedy zrozumiał, że to nie on, tylko ona.

Szedł wzdłuż nabrzeża, zmierzając do miejsca, gdzie czekał jego statek, „Cień”. Mieli odbić od brzegu wraz z pierwszym odpływem, a on chciał dopilnować załadunku towaru. Wprawdzie ufał całkowicie swoim ludziom, ale ten ładunek był bardzo cenny i właśnie dlatego wnoszono go na statek pod osłoną nocy. Wyciągnął zegarek i zaklął, widząc, która jest godzina. Powinien był już teraz znajdować się na pokładzie, gdyby ta dziewczyna nie zmusiła go do pojedynku. Cały incydent wydawał mu się groteskowy, dopóki nie zniszczyła mu surduta. Wtedy postanowił dać smarkaczowi nauczkę.

W sumie zaś, jak uznał, właśnie on otrzymał nauczkę, choć na pozór wyglądało inaczej. Natrętny smarkacz okazał się piękną kobietą, i to piękną kobietą mającą zamiar go zabić. Cóż miał z tym począć? Cóż miał począć z nią? Nie potrzebował wcale chłopca okrętowego, a już na pewno żadnej dziewczyny okrętowej. Dostarczyła mu tylko rozrywki tą próbą uśmiercenia go, nie mówiąc już o ponętnym tyłeczku.

A był to rodzaj rozrywki, którego nie potrzebował. Nigdy nie potrzebował brać siłą kobiety do łóżka i nie zamierzał także teraz tego robić. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że gdy zerwał jej z głowy tę szkaradną czapkę, poczuł do pięknej nieznajomej niezwykły wprost pociąg.

No cóż, może nie skończy się to w łóżku, choć z czasem dałaby się chyba do tego przekonać. Niejeden raz mówiono mu, że dla własnego dobra nie powinien być aż tak szarmancki, ale ona przynajmniej go trochę zabawi i nie pozwoli stracić czujności. Nic tak nie wyostrza u mężczyzny instynktów, jak perspektywa przebudzenia się z nożem wbitym w szyję. No i, choć nie bardzo chciał się do tego przyznać, ta dziewczyna okazała się równą mu partnerką.

Angielka! Jej francuski był ledwie poprawny, nie potrafiła ukryć silnego angielskiego akcentu. Kto by pomyślał, że Angielka może mieć tak ognisty temperament? Nie on! Angielki zawsze mu się wydawały chłodne i sztywne. Może będzie musiał co nieco zmienić swoją opinię...

Będzie na to dość czasu później. Na razie powinien zrozumieć, dlaczego tak na niego nastawała. Nie miał żadnych związków z Anglią. Flota brytyjska była prawdziwą plagą — czasami go ścigała, czasami nękała — ale radził sobie z tym dość łatwo.

Niestety, teraz Anglia podpisała z Francją traktat pokojowy, więc Anglicy mieli więcej czasu, żeby go nękać. Ale i tak o wiele bardziej wolał Anglię od Francji.

Złościło go, że zawinął właśnie do Brestu. Poprzysiągł sobie, że nigdy nie wróci do Francji, i gdyby w jakiś inny sposób mógł nabyć ten towar, toby tak zrobił, ale nie było takiej możliwości. I oto znów stanął na francuskiej ziemi. Przyjrzał się jej, zaskoczony, że nie jest zlana krwią. Bóg jeden wie, jak wiele jej widział podczas rewolucji. Jego własna rodzina padła ofiarą żądnych krwi wieśniaków i teraz był jedynym żyjącym członkiem rodu de Valère.

Może jednak ten ród musiał wymrzeć? Nigdy nie używał swego nazwiska, Harcourt, ani nie posługiwał się tytułem markiza de Valère. Był kapitanem Kordem, człowiekiem bez przeszłości, i to mu odpowiadało.

Widać już było dziób żaglowca i Bastien się uśmiechnął. Ze swymi trzema wysokimi masztami i osiemnastoma działami „Cień” był pięknym statkiem — jedyną rzeczą w jego życiu, która nigdy go nie zawiodła, i jedyną, na którą mógł liczyć. Wybawił go wiele razy z kłopotów, pozwolił mu się wzbogacić i dobrze służył jego celom. Serce w nim rosło za każdym razem, gdy na niego patrzył, i czuł się wtedy wolny. Chciał jak najprędzej znaleźć się na jego pokładzie, podnieść żagle i popłynąć gdzieś daleko.

Skrzynie z ładunkiem wisiały teraz nad pokładem, wciągane przez kilku członków załogi, a jego bosman, Ridley, wydawał rozkazy i kierował całą operacją. Ridley spostrzegł go i kiwnął ku niemu ręką. Bastien odpowiedział mu takim samym gestem i zatrzymał się, patrząc na towar znikający w ładowni. Jak się spodziewał, Ridley doskonale sobie ze wszystkim radził. Ten barczysty, ciemnoskóry mężczyzna był równie sprawny jak zdyscyplinowany, a także budził lęk. Bastien wolałby stwierdzić, że nie bał się go ani przez chwilę, ale prawda wyglądała inaczej. Kiedy się po raz pierwszy zetknęli, Ridley napędził mu niemało strachu. No cóż, tak czasami bywa.

Nie chodziło tu o jego tatuaże ani o liczne kolczyki. To sposób, w jaki Ridley, wysoki niczym dąb, patrzył na człowieka z góry, sprawiał, że jeżyły się włosy na karku.

Bastien spotkał go w tawernie mało się różniącej od tej, którą właśnie opuścił. Ridley szukał pracy i Bastien go zatrudnił. Początkowo zastanawiał się, czy włączyć go do załogi „Cienia”, ale jakże miał odmówić komuś, kto wyglądał niczym Lewiatan? Nie chcąc zniechęcać budzącego strach olbrzyma, Bastien podkreślił, że nie jest piratem. Powiedział: „Jestem kaprem. Mam hiszpański list kaperski”.

Ridley uśmiechnął się, ukazując jeden złoty ząb pośród mnóstwa białych.

— Jasne, kapitanie Kord. W takim razie ja będę zwał pana kaprem, a pan niech mi mówi... Ridley.

Bastien nawet i teraz nie wiedział, jak brzmi jego prawdziwe nazwisko. Nie dbał zresztą o to. Bosman był jednym z najlepszych marynarzy, jakich kiedykolwiek miał. Mógłby go nawet nazywać Marią, gdyby Ridley sobie tego życzył.

Bastien skinął na załogę, żeby kontynuowała pracę, wszedł po trapie na pokład statku i mimo kołysania zdołał utrzymać równowagę. Połowę towaru już załadowano. Zajrzał do ładowni. Wciąż jeszcze było tam sporo wolnego miejsca. Resztę załaduje się w ciągu jakiejś godziny, a potem zaczną się przygotowania do odpłynięcia. Celem była Almeria, hiszpański port nad Morzem Śródziemnym. Tam wyładuje towar, zainkasuje pieniądze i przygotuje „Cień” do jeszcze ważniejszego zadania — zatopienia „Syreny”.

Nic by mu bardziej nie odpowiadało od posłania statku Jourdaina na dno oceanu, prócz zatopienia Jourdaina razem z nim.

— Kapitanie — mruknął Ridley, stając koło niego, z oczami nadal utkwionymi w ładunku.

— Wszystko wydaje się w jak najlepszym porządku, Ridley.

— Tak jest, kapitanie — odparł Ridley, patrząc teraz ku nabrzeżu. — Ale to chyba nie ostatnia część ładunku?

Bastien uniósł brwi i podążył za wzrokiem Ridleya. W ostatniej chwili zdołał stłumić przekleństwo. Maine z wysiłkiem wlókł ku statkowi czarnowłosą diablicę, szamocząc się z nią przez cały czas. Choć eskortowało ją aż sześciu mężczyzn, każdemu z nich zdołała pokazać, co potrafi. Kopała, wyrywała się i, jeśli go słuch nie mylił, przeklinała, kiedy ją ciągnęli wzdłuż nabrzeża.

Merde. W co on się wpakował?

Chrząknął niepewnie i spojrzał na Ridleya. Przysiągłby, że dostrzega skrywany uśmieszek na jego pozornie obojętnej twarzy.

— Końcowy dodatek — wycedził przez zęby, podczas gdy załoga wciągająca na pokład prawdziwy ładunek przerwała pracę, przyglądając się Raeven wnoszonej na trap.

— Widzę. Gdzie ona ma się znaleźć?

Bastien chrząknął ponownie.

— Maine dostał polecenie, żeby ją umieścić... w mojej kajucie. To nowa... dziewczyna okrętowa.

Teraz brwi Ridleya uniosły się nieznacznie.

— Nie będzie się pokazywać na pokładzie... — Bastien usiłował ukryć zakłopotanie, gdy Maine ciągnął Raeven za sobą. Dostrzegła przelotnie Bastiena i sypnęła wyzwiskami. Gdzie się ich, u licha, nauczyła? — ...a więc nie wejdzie wam w drogę — dodał Bastien głośno.

— To dobrze. — Ridleyowi należało oddać sprawiedliwość. Patrzył na kapitana, a nie na scenę rozgrywającą się przed nim. — Lepiej będzie, jak wrócę do pracy.

— I dobrze zrobisz — mruknął Bastien.

Na pokładzie było już spokojniej. Widocznie dziewczynę wpakowano, gdzie trzeba, i załadunek można było podjąć od nowa. Bastien postanowił, że on również powinien wziąć się do roboty. Skierował się ku swojej kajucie, ale po chwili zastanowienia uznał, że lepiej będzie znaleźć sobie jakieś zajęcie na pokładzie. Nie musi iść od razu do kajuty. Może spojrzeć na mapy i dokonać wpisu w dzienniku okrętowym za jakiś czas.

Żeby tylko jego rzeczy przetrwały w jednym kawałku.

Merde. Chyba nie da się uniknąć spotkania z nią. Zaczerpnął głęboko powietrza i poszedł poskromić tę dziką bestię.

Stanął przy schodni — schodach łączących na statku dwa pokłady — i zaniepokoił się. W jego kajucie było bardzo cicho. O wiele za cicho.

Kusiło go, żeby odszukać Maine’a, podoficera sprawującego pieczę nad przyrządami nawigacyjnymi i sygnalizacją, którego nazywano kwatermistrzem, i przekonać się, czy zaprowadził tam czarnowłosą piekielnicę, jak mu polecił. Znał jednak Maine’a zbyt dobrze. Dziewczyna tam była.

Spojrzał na swój surdut i rozdarty rękaw. Ach, tak. Dziewczyna okrętowa musi naprawić szkodę, nawet gdyby miało to wiele kosztować ich oboje. Z pewnością ją będzie kosztować znacznie więcej.

Pouczy dziewczynę o jej obowiązkach, tak żeby mogła zacząć je wypełniać.

Otwarł drzwi kajuty, zobaczył, że lampa się świeci, i rozejrzał się wokoło. Jak na kajutę kapitańską była nieduża, ale nie dostrzegł w niej dziewczyny. Wodził wzrokiem po czystym, uporządkowanym wnętrzu: koja, skrzynie, biurko...

Gdzież do diabła była? Czyż mogła się tu schować? Gdzie? W skrzyni?

Wszedł do środka i zbyt późno zdał sobie sprawę, że to błąd. Uchylił się na tyle szybko, by uniknąć najgorszego, ale i tak poczuł potężne uderzenie w głowę ciężkim przedmiotem. Przez chwilę przed oczami migotały mu białe gwiazdki na czarnym tle. Potem zdołał ją złapać.

Znów się na niego zamierzyła, niech to diabli! Chce go rąbnąć jeszcze raz!

Chwycił ją jednak za nadgarstek i wykręcił gwałtownie. Krzyknęła, a on wymamrotał:

— Rzuć to.

— Nie!

Czarne tło nieco pojaśniało i widział teraz jej twarz. Miała zawziętą minę, a zielone oczy przypominały ocean podczas burzy. Ścisnął jej rękę jeszcze mocniej i ujrzał, że zagryzła usta, ale nie rzuciła trzymanego w niej świecznika.

C’est des conneries! Co za świństwo! Świecznik był mosiężny i musiał ważyć z kilogram. Naprawdę chciała go zabić. Poczuł wściekłość, a głowa dała mu się znów we znaki. Wykręcił jej ramię. Złośnica nie poddawała się, przycisnął ją więc do drzwi, które skutkiem tego zatrzasnęły się z hukiem.

W jej oczach zalśniły łzy, ale nadal trzymała kurczowo świecznik.

— Rzuć go.

— Nie! — wyszeptała z trudem.

Pokiwał głową.

— Mon Dieu! Czy zawsze jesteś taka uparta?

— Niektórzy nazwaliby to wytrwałością — syknęła przez zęby.

Przyparł ją do drzwi, chwycił za dłoń, w której tkwił wzniesiony ku górze świecznik, i zablokował drugą rękę. Potem puścił ją, szybkim ruchem wydarł jej z garści świecznik i odrzucił za siebie. Upadł z łomotem na podłogę w tejże chwili, gdy zamierzyła się na niego pięścią. Złapał jednak i za nią, a potem z uśmiechem przygniótł ją ponownie do drzwi, trzymając mocno za obie ręce.

— Ja też mogę być wytrwały.

Patrzył jej prosto w oczy i powoli docierało do niego, że ich ciała czują wzajemnie swoje ciepło.

— Tylko sobie nie myśl, że... — parsknęła.

— O czym mam nie myśleć? — spytał ironicznie, ale jego ciało wiedziało. Coraz mocniej czuł ciepło jej skóry, miękkie zaokrąglone kształty napierające na jego muskularny tors i słodki, czereśniowy zapach jej włosów. Czegoś tu jednak brakowało...

Gdzież się podziały jej piersi? Spojrzał na jej białą koszulę. Była zupełnie płaska. Znowu zajrzał jej w oczy.

— Obwiązałaś je? Sprytny pomysł.

— Nabrałeś się na niego, piracie.

Bastien westchnął.

— Czy musimy do tego wracać? Już ci powiedziałem, że nie jestem piratem. Mam list kaperski od...

— Nie dbam o to, pod jaką flagą pływasz. Wiem, kim jesteś. I co zrobiłeś. A teraz mnie puść!

Odepchnęła go z całej siły. Dał się zaskoczyć. Był jednak o wiele masywniejszy od niej i dużo silniejszy. Przywrócił jej poprzednią pozycję, która mu się zresztą dość podobała, zwłaszcza że pozwalała widzieć zielone oczy, bez wątpienia najpiękniejszy jej rys... w każdym razie najpiękniejszy, który mógł dostrzec w tej chwili. Nos był trochę zanadto zadarty, wargi trochę za małe — może się zresztą tylko wydawały takie, bo je mocno zaciskała — a podbródek zbyt ostro zakończony. Ale oczy miała olśniewające. Nigdy jeszcze nie widział tak jaskrawozielonych. Przywodziły mu na myśl bujne pastwiska albo szmaragdy.

Doprawdy, zaczął myśleć niczym kiepski poeta. Dość tego.

— Czy masz jakieś imię? — spytał.

— Co? — zdumiała się. — Nie.

— A mówisz, że jestem łajdakiem. Dobrze, w takim razie będę cię nazywał dziewczyną okrętową.

— Tylko spróbuj! — prychnęła.

— Musisz się przecież jakoś nazywać. No, bo jakże mam na ciebie wołać, żebyś przyszła?

Usta jej drgnęły. Zaśmiała się z niedowierzaniem.

— Och, rozczarujesz się.

— Zobaczymy. — Rozejrzał się po kajucie. — A twoim pierwszym zadaniem, dziewczyno okrętowa, będzie... wylewanie mojego nocnika.

Uśmiechnęła się błogo, a przynajmniej mógł się domyślać, że to miał być błogi uśmiech.

— Oczywiście — mruknęła. — Puść mnie tylko, a zaraz go wyleję. — Zmrużył oczy. — Wahasz się? — spytała, unosząc brwi. — Boisz się czegoś?

— Nie. Po prostu... martwię się.

Było już późno, a do niego zaczęło docierać, że może przyjdzie mu się z nią szamotać przez całą noc. A jeśli ją teraz puści, może narobić mu nie wiadomo jakich szkód. Obejrzał się przez ramię, sprawdzając, czy nie ma w pobliżu jakiegoś przedmiotu, którym mogłaby mu zadać cios, gdy nagle poczuł, że zmieniła pozycję.

Za późno.

Przeniknął go ból i odruchowo sięgnął ku swojej goleni, w którą go dotkliwie kopnęła. Błyskawicznie, kocim ruchem, wyślizgnęła mu się i okrążyła go. Rzucił się ku niej i złapał ją za łokieć. Z przekleństwem wyrwała mu się, cofnęła w stronę koi i runęła na ziemię. Patrzył bezradnie, jak jej nogi splątały się z jego własnymi i wciągnęły go na nią.

Najpierw dotarła do niego myśl, że jej ciało jest zaskakująco miękkie. Nie miał jednak czasu na myślenie. Unieruchomił jej pięść, odległą ledwie o centymetr od jego szczęki, i — jeszcze raz — chwycił ją za nadgarstek. Miał tyle rozumu, żeby złapać także za drugi, nim zdołała go uderzyć.

— Weszło ci to w krew — syknął z irytacją.

— Złaź ze mnie zaraz, łajdaku!

Musiał jej przyznać, że rzucała się jak drapieżna ryba na haczyku. Kopała go, wierzgała. Jedno z jej kolan znalazło się niebezpiecznie blisko jego pachwiny. Miał już tego dość. Bezlitośnie przygwoździł jej ręce do podłogi i w końcu siadł na niej okrakiem.

— Spójrz na mnie — powiedział.

Nadal się z nim szamotała, a czarne włosy zakryły jej całą twarz. Ścisnął ją kolanami i znów zepchnął jej ręce w dół.

— Spójrz na mnie, ty mała diablico!

Zesztywniała w pół ruchu i rzuciła mu pełne wściekłości spojrzenie. Ujrzał w jej wzroku dziką nienawiść. Tak wielką, że nie mógł jej wzbudzić tym, co robił w kilku ostatnich minutach. Wzbudził w niej nienawiść o wiele wcześniej.

— Uspokój się.

— Złaź... ze... mnie...

— Zrobię to, jeśli się uspokoisz.

Zacisnęła zęby.

— Uspokoję się, jeśli zleziesz ze mnie.

— Mon Dieu, ależ jesteś nieznośna.

— To tylko początek.

Pokiwał głową.

— Nie wystawiaj mnie na próbę, ma belle.