Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 175 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na Dzikim Zachodzie - Karol May

Niespodziewanie na preriach Dzikiego Zachodu pojawia się Dżafar – Pers o arystokratycznym pochodzeniu.
Nikt nie wie, jaką misję ma do spełnienia ten tajemniczy cudzoziemiec.
Zostaje kilka razy porwany przez Komanczów pod wodzą sprytnego To-kej-chuna.
Old Shatterhand stara się uwolnić jeńca z rąk czerwonoskórych wojowników.
Jednocześnie jest zaintrygowany zagadkowym przybyciem Dżafara i celem jego podróży.

Seria Książka do plecaka zawiera starannie wybrane powieści autorstwa Hanny Ożogowskiej, Karola Maya, Aleksandra Dumasa, Thomasa Mayne Reida i Waltera Scotta. Jest przeznaczona zarówno dla młodych, jak i dojrzałych czytelników, którzy nie zapominają o spakowaniu książek przed wyjazdem na wakacje lub krótką weekendową podróż. Dwadzieścia jeden tytułów tej serii zadowoli nawet najbardziej wybrednych wędrowców. Z pewnością pochłoną ich opowieści o dawnym PRL-u, Dzikim Zachodzie, XVII-wiecznej Francji i XVIII-wiecznej Szkocji. Zafascynują opisy Himalajów, niekończących się prerii, francuskiego dworu Ludwika XIII, a także mrocznej atmosfery szkockiego zamku. Każda z książek jest doskonałym uzupełnieniem rozpoczętej podróży, stanowiąc jedną z jej ważniejszych atrakcji.

Opinie o ebooku Na Dzikim Zachodzie - Karol May

Fragment ebooka Na Dzikim Zachodzie - Karol May

KAROL MAY

Na Dzikim Zachodzie

ISBN: 978-83-7623-980-4

Wydawnictwo Zielona Sowa Kraków

Tytuł oryginałuIm Wilden Westen

Redaktor serii Iwona Misiak

Korekta Katarzyna Kierejsza

Ilustracja na okładce Edyta Stajniak

Układ typograficzny i projekt okładki Piotr Hreherowicz

Skład i łamanie Inter Line s.c.

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., 2009

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 30-404 Kraków, ul Cegielniana 4A tel./fax (012) 266-62-94 tel. (012) 266-62-92 www.zielonasowa.pl wydawnictwo@zielonasowa.pl

Bracia Snuffles

Większość moich czytelników zna Winnetou, wodza Apaczów, najszlachetniejszego spośród Indian, najlepszego i najwierniejszego mego przyjaciela. Wiadomo im zapewne, jaką zginął śmiercią. W głębokim kraterze góry Hancock, podczas walki z Siouksami plemienia Ogellallah, kula przeszyła mu piersi. Wyzionął ducha na moich rękach. Znieśliśmy jego zwłoki z góry Gros-Ventre i pogrzebaliśmy je w dolinie rzeki Metsur. Przypadł mi smutny obowiązek wyprawy na południe celem zawiadomienia Apaczów, że najwyższy ich i najsławniejszy wojownik nie żyje.

Jazdę tę dziś jeszcze ze zgrozą wspominam. Śmierć Winnetou poruszyła mnie do głębi. Stałem się innym człowiekiem. Znikła gdzieś beztroska i wiara we własne siły. Nie mogłem się zdobyć na najlżejszy uśmiech. Opuściła mnie radość życia. Szukałem samotności, unikałem ludzi. A gdy podczas samotnej, dalekiej wyprawy trzeba było zamienić kilka słów w jakimś forcie lub osadzie, starałem się, aby rozmowa trwała jak najkrócej. Ludzie, z którymi się od czasu do czasu stykałem, nie traktowali mnie jak równego sobie. Nie zwracali na mnie uwagi, nie dostrzegali mnie prawie, a gdy się z nimi rozstawałem, nie zawsze mówili „do widzenia!”. Przyczyną był mój wygląd zewnętrzny.

Ruszyłem z Winnetou w górę Hancock, aby oswobodzić kilku znanych nam osobiście settlerów [Settler (ang.) – osadnik; settlerów – osadników.], których Siouksowie plemienia Ogellallah wzięli do niewoli. Cel wyprawy został osiągnięty, ale przypłaciliśmy ją śmiercią Winnetou. Po pogrzebaniu zwłok część białych postanowiła zostać w dolinie rzeki Metsur i utworzyć tam kolonię. Pomagałem im w tym, dlatego nie od razu nie ruszyłem do Apaczów.

Mój strój myśliwski był do tego stopnia zniszczony, że musiałem postarać się o inny. Na Dzikim Zachodzie nie ma sklepów z ubraniem, trzeba więc było zadowolić się propozycją pewnego settlera, który ofiarował mi strój własnego wyrobu. Był to ubiór z niebieskiego płótna: settler wykonał go na warsztacie tkackim, przykroił i przyfastrygował. Oczywiście, o linii kroju nie mogło być mowy. Spodnie przypominały podwójną rurę, kamizelka – worek bez rękawów, marynarka – wór z rękawami. Ubranie było uszyte na człowieka o zupełnie innej figurze, niż moja. Nietrudno więc sobie wyobrazić, jak w nim wyglądałem; nie byłem ani odrobinę podobny do westmana [Westman (ang.) – człowiek Zachodu.]. W dodatku milczałem jak zaklęty i z trwogą patrzyłem na ludzi. Więc pojawienie się Old Shatterhanda nie wywoływało zwykłego efektu.

Po upływie dwóch tygodni przybyłem w okolice North Canadian River [North Canadian River (ang.) – Rzeka Północno-Kanadyjska.]. Droga prowadziła przez szeroką, płaską prerię, na której rosły kępy drzew i krzewów. Trzeba było zaostrzyć czujność, gdyż te drzewa i krzewy zasłaniały widok. W każdej chwili należało się spodziewać spotkania z nieprzyjacielem, chodziły bowiem pogłoski, że wśród Komanczów, których linie sięgały aż do prerii, wybuchły poważne niepokoje.

Około południa dotarłem do strumienia, którego świeża, czysta woda musiała zwabić każdego wędrowca. Wybrawszy miejsce, z którego roztaczał się daleki widok, zsiadłem z konia, napiłem się krynicznej wody i wyciągnąłem się pod cienistym drzewem.

Po jakimś kwadransie ujrzałem dwóch jeźdźców. Stwierdziwszy, że to biali, nie ruszałem się z miejsca. Zbliżali się po tej samej linii, po której przybyłem; jechali po moich śladach. Widziałem, że mi się bacznie przypatrują. Siedzieli na mułach, a byli zupełnie jednakowo ubrani. Gdy się zbliżyli, zauważyłem, że podobieństwo rozciąga się również na postacie i rysy twarzy. Nie ulegało wątpliwości, że to bracia, jeśli nie wręcz bliźnięta.

Byli bardzo wysokiego wzrostu, a przy tym straszliwie wychudzeni. Mimo woli nasuwało się przypuszczenie, iż od tygodnia głodują. Za to cerę mieli zdrową. Siedzieli mocno na swych mułach. Z bliska zauważyłem, że jeden różnił się od drugiego jedynie nieznaczną blizną, przecinającą lewy policzek. Nie można powiedzieć, by byli pięknościami, gdyż najbardziej wystającą część twarzy mieli niezwykle rozwiniętą. Byli to posiadacze nieprawdopodobnych nosów! Można się śmiało założyć, że takich nosów nie ma w całych Stanach. Aby opisać wielkość, kształt i kolor, trzeba je widzieć. Mimo tych trąb jerychońskich nie byli brzydalami. Przeciwnie, wyraziste, wygolone twarze wzbudzały sympatię. Kąty ust uśmiechały się radosnym beztroskim uśmiechem; jasne oczy patrzały w świat przenikliwie. Ubrani byli w wygodne ciemnoszare wełniane bluzy i spodnie. Nogi tkwiły w mocnych sznurowanych kamaszach, na głowach mieli kapelusze o szerokich rondach, z ramion zwisały szerokie koce, podobne do nieprzemakalnych płaszczów. Za skórzanymi pasami tkwiły sztylety i rewolwery. Ponadto uzbrojeni byli obaj jeźdźcy w długie dalekonośne karabiny.

Dotąd nie spotkałem tej pary, ale słyszałem o niej nieraz. Wiedziałem, kogo mam przed sobą. Pomyłka była wykluczona. Nikt nie widział tych nieodłącznych towarzyszy oddzielnie i nikt nie znał ich nazwisk. Ze względu na potężne nosy nazywano ich po prostu „dwaj Snuffles”. Ten z blizną zwał się Jim Snuffle, drugi – Tim Snuffle [Snuffle (ang.) – wąchać.]. Jak widać, nawet imiona mieli podobne. Ale nie koniec na tym! Muły ich również wabiły się prawie identycznie: Jim nazywał swojego Polly, Tim na swego wołał Molly. Mimo że w ostatnich czasach unikałem towarzystwa, spotkanie tej pary nie sprawiło mi przykrości. Byli to ludzie z gruntu uczciwi i tak pociągający, że perspektywa odbycia w ich towarzystwie szmatu drogi przedstawiała się wcale przyjemnie. Nie zauważyli mego konia, ukrytego za krzakami, ani mnie, gdyż leżałem w gęstej, wysokiej trawie. Zbliżali się coraz bardziej, wpatrzeni wciąż w moje ślady. Odległość dzieląca nas nie przekraczała dwudziestu kroków. Wreszcie zauważyli, że ślady, za którymi jadą, urywają się nagle. Zdumieni, zatrzymali swe muły. Ten z blizną zawołał:

– Do licha! Ślady się skończyły! Widzisz, stary Jimie?

– Yes! – skinął drugi. Ale gdzie jest ta kanalia?

– Ulotnił się jak kamfora!

– Ktoś musiał go sprzątnąć, mój stary Jimie. Nie widzę śladów.

– To fałsz, oto ślady kopyt, prowadzą w kierunku krzaków. Łotr z pewnością się tam schował.

– Nie. Zwróć swój błogosławiony wzrok w tym kierunku, a zobaczysz, że zsiadł z konia i poszedł ku wodzie, gdzie…

Urwał. Wodząc wzrokiem za śladami, wreszcie mnie ujrzał.

– Do stu tysięcy diabłów! – zawołał po chwili. – Leży w trawie i nie rusza się. Czyż sądzi, że na Dzikim Zachodzie nie znają prochu i noża? Wypoczywa sobie jak u siebie w domu na kanapie; zapomniał, że na tym brzegu Missisipi Komanczowie podkradają się po łup jak wilki. Chodź, obudzimy go.

Skierowali muły w moją stronę. Patrzyłem na nich szeroko otwartymi oczami, nie mogli więc mieć żadnych wątpliwości, że nie śpię. Ten z blizną rzekł:

– Good Day [Good Day (ang.) – dzień dobry.]! Ale z pana nieostrożny człowiek. Ślady widać na trzy mile! Rozkłada się pan na trawie czerwonoskórym na cel. Z pewnością nie jesteś westmanem!

Miał wybitnie nosowy głos, któremu też zawdzięczał przezwisko Snuffle. Obrzucił mnie badawczym, ale życzliwym spojrzeniem, które wytrzymałem z całym spokojem, i ciągnął dalej:

– No i cóż, nie odpowie pan?

– Owszem, nie chciałem jednak przeczyć – odparłem.

– Przeczyć? Ciekaw jestem, do czego miałoby się to odnosić?

– Sądzicie naprawdę, że czerwoni nakryliby mnie tak łatwo?

– Oczywiście!

– Oho! Gdybym pierwszego z nich zobaczył, wpakowałbym mu kulę w łeb, zanim zdążyłby się zorientować, w jakim miejscu leżę. Przecież sami ujrzeliście mnie dopiero wtedy, gdy dzieliło nas zaledwie parę kroków. Mogłem więc was sprzątnąć o wiele łatwiej, niż się wam to obecnie zdaje.

Spojrzał zdziwiony na swego brata i rzekł doń:

– Ten człowiek ma rację, prawda, Tim? Mówi jak z książki, choć nie wygląda na szpaka. Mógł nas istotnie sprzątnąć, oczywiście gdybyśmy byli wrogami i gdyby… gdyby był westmanem.

– Yes, ale nie jest westmanem – orzekł Tim stanowczo, patrząc na mnie z przyjaznym politowaniem. – Musi to być zabłąkany settler.

– Tak, to widać. Trzeba się nim zająć i skierować na odpowiednią drogę. Zabłąkał się na Dalekim Zachodzie. Perspektywa niewoli u Komanczów nie należy do przyjemności. Spocznijmy na chwilę.

Zeskoczył z muła, usiadł obok mnie i gdy brat poszedł za jego przykładem, zapytał protekcjonalnym tonem:

– Sądzę, że nie będziemy panu przeszkadzać, hę?

– Preria stoi dla każdego otworem, sir.

– Oho, to brzmi tak, jakby nasza rada i pomoc była obojętna.

– Bardzo jestem wdzięczny, ale nie potrzeba mi ani rady, ani pomocy.

– Nie? – zapytał, ściągając brwi i obrzucając mnie badawczym spojrzeniem. – A więc nie zboczył pan z drogi?

– Nie.

– Hm! Dziwne! Stawiam mego muła przeciw młodej kozie, że nie jesteś pan westmanem. Skądże pochodzisz?

– Z Niemiec.

– Hm, to bardzo prawdopodobne. Dowodzi tego strój i ubiór. Sądzę, że wolno zapytać, co tu pan robi i jak się nazywa?

– Dlaczegóż by nie? Skoro jednak przybyłem tu pierwszy, i do pytań powinienem mieć pierwszeństwo.

– Do licha! Jaki formalista z tego człowieka! Nie będziemy więc ukrywać, że jesteśmy westmanani, i to najprawdziwszymi westmanami, a nie żadnymi poszukiwaczami padliny, których gromady niepokoją starą prerię. Jak się zwiemy? Sądzę, że prawdziwe nazwiska nie będą pana interesować; wystarczy, jeżeli powiem, że ze względu na nosy cały świat nazywa nas „parą Snuffles”. Przydomek to nieco irytujący, ale przyzwyczailiśmy się do niego. Teraz, skoro pan wie, kim jesteśmy i jak się nazywamy, zechciej odpowiedzieć na moje pytanie.

– Bardzo chętnie – odparłem, posługując się jego słowami. – Nie będę również ukrywać, że jestem westmanem, i to westmanem najprawdziwszym, a nie poszukiwaczem padliny, których gromady niepokoją starą prerię. Jak się nazywam? Sądzę, że prawdziwe nazwisko nie będzie was interesować; wystarczy, jeżeli powiem, że cały świat zwie mnie Old Shatterhandem.

Jim Snuffle skoczył na równe nogi i zawołał:

– Old Shatterhand? Do licha! Mamy więc zaszczyt z najsławniejszym…

Nie skończył, gdyż brat Tim przerwał:

– Brednie! Nie pozwól z siebie kpić, stary Jimie! Przypatrz się tylko dobrze temu człowiekowi. Jakże można go porównać z Old Shatterhandem!

Jim usłuchał wezwania brata. Przyjrzawszy mi się dokładnie, rzekł tonem pełnym rozczarowania:

– Well [Well (ang.) – dobrze.], masz rację, stary Timie! Człowiek ten nie jest Old Shatterhandem; zdawało mi się tylko. Tak mu daleko do Old Shatterhanda, jak zwykłemu niedźwiedziowi do niedźwiedzia grizzly.

Po tych słowach usiadł.

– Możecie mym słowom wierzyć lub nie wierzyć. Prawdy nie zmienicie.

– Pshaw [Pshaw (indian.) – phi.] – roześmiał się ironicznie. – Nie podawaj się za Old Shatterhanda. Wiem lepiej, kim pan jesteś.

– No?

– Jesteś pan wesołkiem. Chciałeś nas wodzić za nasze długie nosy. Ale to się nie uda! Gdy przed chwilą wypowiedział pan imię Old Shatterhanda, tak byłem zaskoczony, żem zapomniał, iż znam tego sławnego strzelca osobiście.

– Ach! Znasz go, Mr. Snuffle?

– Tak. Widzieliśmy go kiedyś w Fort Clark nad Missouri.

– W Fort Clark? Nie wiadomo mi, by tam był kiedykolwiek.

– Wierzę, gdyż jestem przekonany, że zna pan Old Shatterhanda tylko z nazwiska. Otóż muszę panu powiedzieć, że jest to ogromny, barczysty mężczyzna i ma kruczą brodę, sięgającą aż do pasa. Winnetou, nim został jego przyjacielem, zadał mu toporem cios w czoło, od którego ślad pozostał dotychczas.

– Cios toporem w czoło? Wielki, barczysty mężczyzna o czarnej brodzie? Hm. W takim razie ktoś naprawdę wywiódł was w pole. Old Shatterhand nie był nigdy w Fort Clark. Człowiek, któregoście przed chwilą opisali, pochodzi z Iowa, nazywa się Stoke i jest zastawiaczem sideł. Niejednokrotnie podawał się za Old Shatterhanda, aż wreszcie został zdemaskowany.

– Przez kogóż to?

– Przez prawdziwego Old Shatterhanda.

– Ach! Więc przez pana? Jakże się to stało? Jestem bardzo ciekaw.

– Bardzo prosto i jasno. Było to w Fort Randall, również nad Missouri. Przybyłem tam dla zakupienia amunicji i zastałem w knajpie gromadę ludzi, którzy z ogromnym zainteresowaniem słuchali jego przechwałek. Zapytałem, czy jest istotnie Old Shatterhandem. Gdy odpowiedział, że tak, oświadczyłem, że jestem jedynym człowiekiem, który ma do tego imienia prawo. Ponieważ nazwał mnie kłamcą, postarałem się o dowód świadczący o prawdzie.

– Dowód? Jaki?

– Walnąłem go pięścią w łeb tak mocno, że się zwalił jak długi.

– Well! Czy byłbyś pan łaskaw pokazać nam tę pięść?

– Oto jest.

Pokazałem mu swoją rękę. Ujął ją w dłoń, obmacał dokładnie i rzekł z uśmiechem:

– Jest pan istotnie niezwykłym wesołkiem. Przecież to kobieca ręka. Takie miękkie ręce miała nasza nieboszczka ciotka. Wiem o tym doskonale, bo częstowała mnie często policzkami, ale ani jeden nie powalił mnie na ziemię. Tymi palcami potrafi pan powalić człowieka?

– Nawet tak, że nie wstanie.

– Well! Bądź pan łaskaw zaaplikować mi takie uderzenie. Chciałbym poznać stan nieprzytomności. Musi to być wspaniałe uczucie – roześmiał się znowu.

– Tego nie możecie wymagać, Mr. Snuffle. Dla pana potrzebowałbym dwóch uderzeń.

– Jak to?

– Jednego w głowę, drugiego zaś w nos.

– Ach tak! Nieźle pan się wykręcił, ale to nie pomoże. Gdybyś był naprawdę Old Shatterhandem, uderzyłbyś mnie teraz, gdyż Old Shatterhand nie pozwoliłby, by go bezkarnie nazywano wesołkiem.

– Zwłaszcza gdy to miano oznacza kłamcę – dodałem spokojnie. – Ponieważ był pan łaskaw użyć mniej drastycznego terminu, nie mogę spełnić pańskiego życzenia.

– Znowu świetna wymówka! Czy nie wie pan, jakie strzelby posiada Old Shatterhand?

– Niedźwiedziówkę i sztucer Henry’ego. Muszę dodać, że z powodu deszczu, który padał nocy ubiegłej, okryłem sztucer pokrowcem.

Jim Snuffle wskazał na leżącą obok mnie strzelbę i zapytał:

– Nie zechce pan chyba twierdzić, że stara, zdemontowana armata to niedźwiedziówka Old Shatterhanda?

– Owszem, twierdzę.

– W takim razie można by nazwać armatę z czasów Waszyngtona zwykłym rewolwerem kieszonkowym! A ta dubeltówka w pokrowcu – to zdaniem pana sztucer Henry’ego?

– Tak.

– Pokaż no pan! Jestem bardzo ciekaw.

– Czy tamten Old Shatterhand z Fort Clark pokazywał wam swoją broń?

– Nie. Jakże byśmy śmieli niepokoić takiego człowieka!

– Ale mnie niepokoicie bez skrupułów! Czy miał przy sobie niedźwiedziówkę i sztucer?

– Nie wiem i wcale o tym nie pomyślałem. Zapewniam pana, że to prawdziwy Old Shatterhand. Szeroki kapelusz, surdut myśliwski ze skóry elków, koszula myśliwska ze skóry jeleniej, skórzane spodnie w wysokie buty. Spójrz pan teraz na siebie! Jedynie kapelusz mógłby zdobić strzelca lub westmana; reszta garderoby zalatuje oborą lub królikami. A poza tym najważniejsze: Old Shatterhanda nie ma w tych okolicach.

– Dlaczego?

– Ponieważ znajduje się w górach Gros-Ventre.

– Jesteście tego pewni?

– Tak. Z pewnością pan nie wie, co w górach zaszło. Słyszał pan kiedyś o Winnetou?

– O wodzu Apaczów? Cóż wam o nim wiadomo?

– Wiemy, że zginął. Siouksowie plemienia Ogellallah zabili go w górach Hancock; Old Shatterhand ściga ich, by pomścić śmierć sławnego przyjaciela. Oświadczam wam, że żaden z nich nie ujdzie z życiem. Old Shatterhand nigdy nie przelewa krwi bez potrzeby, lecz w tym wypadku nie spocznie, dopóki nie zmiecie z powierzchni ziemi ostatniego z pośród tych łotrów. Czy pan twierdzi nadal, że jesteś Old Shatterhandem?

– Tak.

– W takim razie może pan nam opowie, co się stało w górach Hancock?

– Przeżyłem to wszystko. Szkoda słów.

– Well! Znowu niezła wymówka, albo pan oszalał i popuszcza wodze imaginacji. Jeżeli tak jest istotnie, musimy się panem zająć, aby ci się nie przywidziało, żeś sułtanem tureckim, lub cesarzem chińskim. A może pan żartuje po prostu? W takim razie jesteś pożądanym towarzyszem. Jeżeli udajesz się w tę samą drogę co my, zabierzemy pana chętnie ze sobą.

– Naprawdę? Chcecie mi okazać ten zaszczyt?

– Mniejsza o zaszczyt. Po prostu lubimy się pośmiać. Skąd pan przybywa?

– Z gór Gros-Ventre.

– Well! Dobra odpowiedź. Dokąd pan podąża?

– Do Apaczów.

– Do licha! Czegóż pan od nich chce?

– Zawiadomię ich o śmierci Winnetou.

– Człowieku, świetnie grasz swoją rolę! Jeżeli jednak zaprawdę żywisz ten zamiar, szkoda narażać się na niebezpieczeństwa podróży, gdyż nie ulega wątpliwości, że Apaczowie wiedzą o śmierci Winnetou.

– Racja. Nie mogłem wyruszyć od razu, pewne okoliczności zatrzymały mnie, więc wieść o śmierci przyjaciela podążyła przede mną. Mimo to muszę przedsięwziąć tę wyprawę, ponieważ chcę, aby Apaczowie dowiedzieli się o wszystkim od naocznego świadka.

– Od naocznego świadka! Pyszna z pana figura! Będziemy się cieszyć, jeśli zechcesz nam towarzyszyć. Przeprawimy się przez Canadian River, potem zaś mamy zamiar ruszyć do Santa Fé. Drogi nasze częściowo się zbiegają. Czy będzie pan nam towarzyszyć?

– Owszem, podobacie mi się, messieurs [Messieurs (fr.) – panowie.].

– Well! A więc sprawa załatwiona. Musimy jednak wiedzieć, jak pana mamy nazywać.

– Old Shatterhand.

– Człowieku, tego nie możesz od nas wymagać! Nie chcemy wycierać sobie gęby tym nazwiskiem. Wyszukaj sobie inne przezwisko!

– Obstaję przy tym.

– Więc my panu wyszukamy. Ponieważ jesteś Niemcem, będziemy pana nazywać Mr. Germanem do chwili, aż nam raczysz wyjawić swe prawdziwe nazwisko. Zgoda?

– Nie mam nic przeciw temu.

– Zgadzasz się również, stary Timie?

– Dobrze, nazwij go, jak chcesz.

– A więc, Mr. German, pojedziesz pan z nami? Czy wiesz, co to znaczy?

– Nie przypuszczam, aby to było coś niezwykłego.

– Oho! Musimy się przedostać przez terytorium Komanczów, którzy znowu podnieśli broń przeciw białym. Twierdzą, że zostali oszukani przy jakichś dostawach. Może mają rację. Jeżeli nas pochwycą, będziemy zgubieni.

– Jeżeli nas pochwycą, będziemy głupcami.

– Well, wcale nieźle! Miejmy nadzieję, że pan będzie rozsądny nie tylko w słowach i nie pozwoli się schwytać. No, odpoczęliśmy i możemy ruszyć w drogę. Sprowadź pan swego konia, sir!

– Zjawi się sam.

Gwizdnąłem. Zza krzaków wyszedł mój wierzchowiec. Na widok wspaniałego karego rumaka oniemieli na chwilę. Wreszcie Jim zawołał:

– Do licha, skąd taki wierzchowiec u pana?

– To dar Winnetou.

– Daj pan spokój! Winnetou darowałby panu takiego rumaka? Wyznam szczerze, że to wydaje mi się podejrzane. Taki człowiek właścicielem tak wspaniałego wierzchowca! Miejmy nadzieję, że nie spotkamy właściciela i że nie powieszą nas jako koniokradów.

– Nie martw się, Mr. Snuffle! Nie jestem koniokradem. Z tego, że mnie słucha, możecie wnioskować, że jest moją własnością.

– To mnie nieco zbija z tropu. Człowiek, który posiada takiego konia, nie jest z pewnością zwykłym włóczęgą. Ale prawdziwy westman nie obwiesza swego ciała płóciennymi płachtami, które z niego spadają. Jesteś pan dla mnie zagadką.

– Może. Nie łamcie sobie głowy; rozwiązanie przyjdzie samo przez się.

– Jeśli łaska, niech się to stanie jak najszybciej, Mr. German. Uważałem was za greenhorna [Greenhorn (ang. ) – żółtodziób.], ale pojawienie się wierzchowca wywołało we mnie szereg refleksji. Na szczęście, ma pan szczery wyraz twarzy, więc spróbujemy! A więc na koń i jazda!

Jak już nadmieniłem, spotkanie z braćmi nie było mi niemiłe; teraz zaczynało mnie to bawić. Obydwaj poczciwcy nie chcieli żadną miarą uwierzyć, że jestem Old Shatterhandem. Moje obejście zdezorientowało ich zupełnie, ponadto do wątpliwości przyczynił się również mój strój. Byli przekonani, że jestem fantastą lub człowiekiem niezupełnie normalnym, jeśli nie koniokradem!

Gdyśmy ruszyli w drogę, zachowywałem się jak człowiek niezbyt dobrze obeznany ze siodłem. To potwierdzało jeszcze bardziej ich wątpliwości i zaczęli po cichu wymieniać zdania pod moim adresem, obserwując mnie przy tym bacznie.

Gdybym im pokazał sztucer Henry’ego, nastroje zmieniłyby się od razu. Bawiło mnie jednak, że się z mego powodu niepokoją i zaczynają żałować propozycji wspólnej jazdy.

Przed wieczorem zatrzymaliśmy się na nocleg u skraju lasu. Niebezpieczeństwo grożące ze strony Komanczów wymagało wystawienia warty. Zwróciłem ich uwagę, by ustalili porządek czuwania. Odpowiedzieli, że mogę spać spokojnie przez całą noc, gdyż rozdzielą wartę między siebie. Wskazywało to, że nieufność ich względem mnie wzrosła. W innych okolicznościach byłbym im dał dowód, że jestem istotnie tym, kim się mienię; podczas ostatnich kilku nocy jednak, ze względu na konieczność baczenia na wroga, nie spałem prawie zupełnie, więc postanowiłem skorzystać z nęcącej propozycji. Spałem do rana jak kamień, trzymając w rękach obydwie strzelby.

Gdyśmy rano wyruszyli, od Beaver-Creek dzieliły nas cztery godziny jazdy. Przez cały czas byłem równie milczący jak wczoraj. Obydwaj bracia nie starali się o podtrzymywanie rozmowy. Najchętniej byliby się mnie pozbyli.

Po jakichś dwóch godzinach, gdyśmy się znaleźli na małej, otwartej sawannie, ukazał się na horyzoncie jakiś jeździec, zdążający w naszym kierunku. Gdy nas ujrzał, skierował konia na prawo, aby zniknąć nam z oczu. Obudziło to podejrzenie Jima:

– Nie chce się z nami spotkać. Nie ulega wątpliwości, że to biały. Z pewnością widzi również, że nie jesteśmy Indianami. Dlaczego gardzi nami, mój stary Timie?

– Ponieważ w tych stronach nie można ufać nikomu, nawet białym – odparł Tim.

– Pokażemy mu, że nam ufać można. Może dowiemy się od niego, skąd przybywa i czy natrafił na ślady Komanczów. Zboczmy w jego stronę!

Jeździec zobaczył, żeśmy ruszyli ku niemu. Gdyby zboczył jeszcze bardziej, obudziłby w nas jeszcze większe podejrzenie. Poszedł więc po rozum do głowy i ruszył w naszą stronę.

Po niedługiej chwili ujrzałem, że dosiada świetnego konia. Stwierdziłem również ze zdumieniem, że koń ma typ uprzęży zupełnie nieznany w Ameryce. Siodło i wędzidło przypominały kosztowne uprzęże perskie, zwane reszma. Imitacja była bardzo skromna i nie ulegało wątpliwości, że robił ją człowiek nieznający oryginału. Mimo to uderzył mnie sam fakt napotkania w Ameryce perskiej reszmy.

Jeździec, ubrany w strój strzelców Zachodu, był stuprocentowym Amerykaninem. Przez ramię zwisała strzelba, za pasem tkwił rewolwer, nóż i… Nie chciałem wierzyć własnym oczom, gdym ujrzał długi, perski handżar, którego trzon był wykładany srebrem. Skąd się ta broń wzięła u westmana?

Pozdrowił nas z ponurą miną i zatrzymał konia. Odpowiedziawszy na ukłon, Jim Snuffle rzekł:

– Czy pan weźmie nam za złe, jeżeli zatrzymamy go na chwilę? Komanczowie wyleźli ze swych nor, trzeba się więc mieć na baczności i zważać, czy w okolicy nie ma nieprzyjaciół. Przybywa pan z nad Beaver-Creek?

– Istotnie – odparł zapytany, wyprostowując swój długi tułów i potrząsając szerokimi ramionami. – Jeżeli chcecie się czegoś dowiedzieć, śpieszcie się, gdyż nie mam czasu.

– Będę się streszczać. Jaką drogą pan jechał po tamtej stronie Creek?

– Ruszyłem od Antelope-Buttes.

– Natrafił pan na ślady Komanczów?

– Nie.

– Czy po tamtej stronie doszło już do starcia?

– Nic o tym nie słyszałem. Czy to już wszystko? Spieszno mi, panowie!

– Tak. Pana rzeczowe odpowiedzi wyczerpują sprawę. Dziękuję, sir, i życzę szczęśliwej podróży!

Obydwaj bracia byli zadowoleni z relacji nieznajomego. Nie mógłbym tego powiedzieć o sobie. Poza obcą uprzężą i handżarem zaniepokoił mnie wielki pośpiech przybysza. Wydawało mi się rzeczą nieprawdopodobną, by sam przybył z Antelope-Buttes. Gdy więc chciał ruszyć w dalszą drogę, zbliżyłem się doń na koniu i rzekłem:

– Jeszcze chwilę, sir! Cóż za dziwna uprząż zdobi tego konia? Nigdy za Zachodzie takiej nie widziałem.

– To nie pana sprawa – burknął brutalnie, usiłując mnie wyminąć. Nie ustępowałem jednak z drogi. Ciągnąłem dalej:

– Racja, nic mi do tego. Ale jestem człowiekiem ciekawym i chciałbym wiedzieć.

– Ustąp pan z drogi! – fuknął. – To uprząż meksykańska! No, a teraz jedź do wszystkich diabłów!

Spiął konia, aby zatoczyć dookoła mnie łuk. Dałem koniowi ostrogi i znów znalazłem się obok niego.

– Mylisz się, sir. Nie jest to uprząż meksykańska, lecz perska. Czy wolno spytać, skąd pochodzi egzotyczny sztylet, który tkwi za pasem pana?

– Nie, o to pytać nie wolno. Jakim prawem…

Nie dokończył, gdyż Jim wtrącił z niechęcią:

– Co też panu strzeliło do głowy? Zostaw tego gentlemana w spokoju. Nie dopuszczę do bójki bez powodu.

Nie zwracając na te słowa uwagi, rzekłem do nieznajomego:

– Ten sztylet to po prostu perski handżar. Żądam wyjaśnienia, skąd pochodzi. Wierzchowiec, którego pan dosiada, jest obcą własnością.

– Jak śmiesz mnie posądzać o kradzież? – ryknął. – Chcesz, żebym ci wpakował kulkę w łeb?

– Do tego nie dojdzie – odparłem z całym spokojem. – Zechciej się pan przyjrzeć swoim butom i ostrogom. Czy harmonizują z orientalnymi strzemionami? Koń nie jest pana własnością. Komuś go ukradł?

– Odpowiem ci na to kulą, kanalio!

Wyrwał rewolwer zza pasa. Zanim zdążył wziąć mnie na cel, wymierzyłem w jego skroń cios tak potężny, że wypuścił lejce i zwalił się z konia. Zeskoczyłem ze swego wierzchowca, aby zrewidować jego kieszenie. Widząc to, Jim Snuffle również zsiadł z konia, podbiegł i chwytając mnie za ramię, zawołał:

– Na Boga, człowieku, zachowujesz się jak zwyczajny zbój! Jeżeli nie zostawisz tego podróżnego w spokoju, walnę pana kolbą w łeb.

Nie wiem, czy był gotów wykonać swój zamiar. Dość, że odsunąłem go od siebie gwałtownym ruchem i oświadczyłem kategorycznie:

– Pięść moja