Opis

Powieść historyczna bestsellerowej autorki Białej wilczycy

Listopad 1918. Stambuł znajduje się pod okupacją Aliantów, zwycięzców Wielkiej Wojny (I Wojny Światowej). Mieszkańcy obu brzegów Bosforu, żyjący między Zachodem a Orientem, są zmuszeni dokonywać bolesnych wyborów.

Leyla Hanim to młoda małżonka Selima, sekretarza sułtana Mehmeta VI. Jej teściowa, czerkieska niewolnica uwolniona z sułtańskiego seraju, wymaga od niej, by żyła w poszanowaniu pradawnych tradycji. Jednak wkrótce odwieczny porządek legnie w gruzach. Rezydencja Leyli i Selima zostaje zarekwirowana przez francuskiego oficera z rodziną. Major Louis Grenelle ulega pokusom kosmopolitycznego miasta, do którego, uciekając przed rewolucją, napływa rosyjska arystokracja. Turcy, którzy nie zgadzają się na rozpad swojego państwa, zaczynają stawiać opór. Leyla, zachęcona przez brata, angażuje się w walkę, pomimo strachu przed nieznanym i na przekór pozycji własnego męża. Przełomowym momentem w jej życiu okaże się spotkanie z Hansem Kästnerem, berlińskim archeologiem i lojalnym zwolennikiem Mustafy Kemala Atatürka. Anatolia staje się sceną zakazanej miłości.

Na drugim brzegu Bosforu to opowieść o młodej kobiecie, poznającej gorzki smak niezależności i swobody w zbuntowanej Turcji, która, odradzając się z popiołów Imperium Osmańskiego, stoi u wrót nowoczesnego świata.

Théresa Révay urodziła się w Paryżu. Studiowała literaturę na Sorbonie. Jest autorką przekładów z języka angielskiego i niemieckiego. Jej książki, przełożone na kilkanaście języków, to wyraz jej fascynacji historią XX-wiecznej Europy. Talent pisarski poparty solidną dokumentacją sprawiły, że Theresa Révay uznawana jest za jedną z najlepszych współczesnych autorek powieści historycznych. Nakładem Świata Książki ukazały się również: Biała wilczyca, Wszystkie marzenia świata i Ostatnie lato w Mayfair.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 497

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału L’autre Rive du Bosphore

Wydawca Grażyna Smosna

Redaktor prowadzący Tomasz Jendryczko

Redakcja Elżbieta Kobusińska

Korekta Jolanta Spodar Mirosława Kostrzyńska

Copyright © Belfond, un département de Place des Editeurs, 2013 Copyright © for the Polish translation by Magdalena Kamińska-Maurugeon, 2015

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Laguna

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

Mojemu bratu, Paulowi

Stambuł, listopad 1918

Dom został przeszukany od piwnicy po dach, przeczesano dziesiątki pomieszczeń, nawet skrzydło przeznaczone wyłącznie dla mężczyzn, nie zapomniano też o ulubionych skrytkach Ahmeta w ogrodzie. Nic z tego – syna Leyli nigdzie nie było. Młoda kobieta podniosła ręce do piersi, jakby się bała, że za moment wyskoczy jej serce.

Gęsta krata z cienkich deseczek maskująca okna domu tłumiła blade światło mglistego poranka. Wokół murów chroniących domostwo rozciągało się okupowane miasto, pełne strzelistych minaretów i labiryntów krętych uliczek, po których pospiesznie przemykali ludzie. Stambuł. Tak łatwo było się w nim zgubić nawet za dnia, w pełnym słońcu.

Ahmet, synku, gdzie jesteś? Leyla czuła, jak zasycha jej w gardle i ból ściska skronie. Lęk kobiety nie był bezpodstawny. Wiedziała, jak wygląda życie w tym rozgorączkowanym mieście, gdzie raz po raz wybuchały niszczące pożary i występowały trzęsienia ziemi, w mieście, którego nie oszczędzała ani nieprzyjazna przyroda, ani ludzkie okrucieństwo. To miasto, tak inne niż wszystkie, od wieków stanowiło cel różnych zakusów. To właśnie przerażało Leylę szczególnie. Przebiegł ją dreszcz, a stara służąca natychmiast okryła jej ramiona szalem. Naprzeciw stały dwie pobladłe kobiety. Służki, które źle wykonały swoje obowiązki.

– Tak nam przykro, Leyla Hanim* – szepnęła błagalnie stara niania Ahmeta, która teraz opiekowała się jego siostrą, małą Perihan, młodszą od niego o dwa lata.

Leyla podniosła dłoń, żeby uciąć te lamenty. Potrzebowała chwili na zastanowienie. Ani przez sekundę nie wątpiła, że jej syn wymknął się, żeby obejrzeć okręty wojenne aliantów, które niedawno zakotwiczyły w Bosforze. Cały Stambuł aż wrzał z oburzenia, odkąd wdarli się tu ci niewierni Anglicy, Francuzi, Włosi, a nawet Grecy, co było największym poniżeniem. Ale imperium osmańskie przegrało wojnę. Rozejm z Anglikami został podpisany 30 października. Potrzeba było długich lat, żeby zakończyć ten wielki konflikt, a Turcy walczyli jeszcze dłużej. Leyla od dziecka obserwowała uchodźców zbierających się na dziedzińcach meczetów, całe rodziny wygnane z różnych zakątków upadającego imperium. Miała wrażenie, że jej naród nigdy nie przestanie cierpieć.

– Muszę iść go poszukać – postanowiła, wstając.

– Pani, Leyla Hanim?! – wykrzyknęła wierna Feride.

– On ma tylko siedem lat, a ja jestem jego matką.

Ruszyła w stronę łaźni, a służące szybko zwinęły jedwabne narzuty i materac, rozkładane co wieczór na dywanie. Jedna z nich spryskała ciało Leyli chłodną wodą, potem szybko ją umyła i zaplotła włosy. Młoda kobieta przeganiała z głowy pełne niepokoju myśli. Ahmet był impulsywny – w przeciwieństwie do swojego ojca – ale inteligentny i samodzielny. Wiedziała, że nie będzie rozmawiał z nieznajomymi i że nie pójdzie za nikim obcym. Gdy zaspokoi swoją ciekawość, wróci do domu. Ale czy znajdzie drogę? Stambuł to istny labirynt! Leyla przyszła na świat w tym mieście, ale znała je słabo, rzadko chodziła po jego ulicach i nigdy całkiem sama. Kobiety takie jak ona, wykształcone w domu i wcześnie wydane za mąż, królowały w zamkniętym świecie, otoczonym murami. Życie na zewnątrz pociągało je, a jednocześnie przerażało. Leyla poczuła się bezradna na myśl o synku, który błądził po nieprzyjaznym i nawet jej mało znanym mieście. Poczuła wokół siebie puls stolicy, przeszywanej silnymi wiatrami od Bosforu. Było to miasto rozgorączkowane, kosmopolityczne, zamieszkane przez ludy mówiące wszystkimi językami świata, a w jego dzielnicach na drugim brzegu Złotego Rogu nawet czas był liczony inaczej. Poczuła puls niespokojnego miasta, które wkrótce miało zostać zalane przez tysiące obcych żołnierzy. Zacisnęła usta. Nie ma mowy, żeby zdradziła swoją rozpacz.

Ubraną Leylę spowito w chusty z czarnego jedwabiu. Jej spódnica sięgała kostek, peleryna ukrywała włosy i spływała aż do talii. Młoda kobieta po raz pierwszy poczuła, jak jej czarczaf zamienia się w zbroję.

– Kto ma pani towarzyszyć, Leyla Hanim? – zaniepokoiła się Feride, która sama była już za stara, by szybko chodzić po mieście.

– Jest mi to obojętne. Mogę iść nawet sama.

– Sama? – Stara kobieta omal się nie zakrztusiła, jej palce drżały, gdy niezdarnie pomagała swojej pani spinać czarną chustę zakrywającą twarz.

– Najważniejsze jest to, żeby znaleźć Ahmeta, prawda?

Leyla wybiegła z pokoju, a za nią służące szepczące rady i modlitwy. Musiały zaklinać los, odwrócić uwagę złych duchów, które wślizgnęły się do domu, by opętać młodego panicza. Było wcześnie, mieszkańcy jeszcze spali. Na szczęście! – szepnęła Leyla, pomyślawszy o teściowej, i zaniosła żarliwą prośbę do Boga, by syn odnalazł się, zanim Gülbahar Hanim dowie się o tym nieprzyjemnym zajściu.

W pokoju przeznaczonym dla dzieci spała malutka Perihan, leżała na plecach, zaciskając piąstki tuż przy twarzy. Leyla pochyliła się, żeby pogłaskać ją po policzku. Na podłodze pośród skłębionych koców tworzących posłanie Ahmeta dostrzegła jakiś podejrzany kształt, ale była to tylko zmyślnie ułożona poduszka. Chłopiec chciał w ten sposób uśpić czujność otoczenia. Bez trudu wymknął się potem przez bramę konaku, która pozostawała zawsze otwarta ze względu na żebraków przychodzących odpocząć w ogrodzie.

– Przestań się mazać! – nakazała młodej dziewczynie, której zadaniem była opieka nad Ahmetem. – Mój syn jest bardzo sprytny. Przechytrzył cię. Gdy go znajdę, każę mu ciebie przeprosić.

Odwróciła się na pięcie, pokonała galerię wychodzącą na jeden z wewnętrznych dziedzińców domu i zbiegła z dębowych schodów. W westybulu zderzyła się z Alim Agą, wysokim etiopskim eunuchem, sługą jej teściowej, który stał dumnie w swoim czarnym płaszczu i w fezie na głowie, przeszywając ją wzrokiem. Opierał się na lasce; miał zabandażowaną kostkę.

– Hanim Efendi, dokąd pani tak biegnie? Kazałem woźnicy poszukać małego. Pójdziemy poinformować pana.

– Dobrze wiesz, że o świcie wezwano go do pałacu. Nie będzie miał czasu, żeby się tym zająć. Ahmet nie mógł odejść daleko.

Leyla mówiła zdecydowanym tonem, ale spuściła chustę, żeby ukryć twarz, bo jej ciemne oczy zdradzały lęk. Ulice nie były bezpieczne. Od wielu miesięcy napływali tu uchodźcy zarówno z Anatolii Wschodniej, jak i z Tracji, z Rosji i z Grecji. Niektóre dzielnice zostały opanowane przez zorganizowane bandy złodziei, sprzedających potem łupy na czarnym rynku. Do rozmówców podeszły młode służące, sunące miękko pantoflami po marmurowej posadzce. Czarne stroje Alego Agi i Leyli były jak dziwne cienie pośród ich barwnych tunik z purpurowego i błękitnego weluru przetykanego złotą nitką.

Eunuch stał bez słowa, z cierpką miną, przeklinając w duchu swoją skręconą kostkę i wydarzenia, które wymykały mu się spod kontroli. Należał do starej szkoły seraju, wyznawał narzucane przez nią zasady postępowania i konwenanse, zgodnie z którymi kobieta powinna być chroniona przed światem zewnętrznym. Pojechał za swoją panią, Gülbahar Hanim, gdy sułtan oddał tę czerkieską niewolnicę za żonę pewnemu paszy, i otaczał ją niezmienną czcią od niemal czterdziestu lat. Choć tych dwoje twardą ręką rządziło całym domem, okropne zachodnie zwyczaje coraz mocniej podkopywały ich autorytet, a oni nie mogli nic na to poradzić.

Leyla skorzystała z chwili jego wahania, żeby wymknąć się do ogrodu. Smugi mgły osnuwały platany i obrośnięte mchem kamienie starej, bizantyjskiej fontanny. Gdy kobieta przeszła przez bramę, podmuch wiatru przykleił czarczaf do jej ciała. Stojący na wzniesieniach dom górował nad krętymi uliczkami, plątaniną tarasów, kopuł i drewnianych, poczerniałych ze starości domków, pośród których widać było strzeliste sylwetki cyprysów i minaretów. Niedaleko stąd ostatniej wiosny pożar strawił setki domków ciągnących się aż po morze Marmara; zostało z nich tylko pole zgliszczy. Niepokój Leyli wzmagała podniecająca świadomość, że jest całkiem sama. Młoda kobieta uważała, by nie poślizgnąć się na brukowych kamieniach, okrągłych jak otoczaki i lśniących od wilgoci. Była przekonana, że Ahmet poszedł w jakieś znajome miejsce. Tylko w jakie?

W uliczce, wzdłuż której ciągnęły się sklepiki, interesy załatwiano na zewnątrz. Klienci skarżyli się na brak cukru, na niesmaczny chleb, który nie był niczym innym, jak tylko mieszanką ciętej słomy i podłej mąki. Ciągle brakowało bulguru. Kiedy powrócą dostawy żywności godne swojej nazwy? Na niewielkim placyku w pobliżu fontanny zawzięcie dyskutowało kilka kobiet w chustach. Leyla zapytała, czy nie widziały Ahmeta, syna Selima Beja. Upomniały ją surowo, zdziwione, jak dziecko mogło wymknąć się z domu. Czy nie wie, że ludzie spodziewają się najgorszego? Niektórzy twierdzą, że Afrykanie z francuskich oddziałów nadziewają dzieci na dzidy, a potem zjadają. Od kilku dni po dzielnicy krążyły najbardziej niedorzeczne wierzenia i przesądy. Na wieść o tym, że chrześcijanie przywieźli ze sobą dzwony, bo chcą przejąć Hagię Sofię, wokół budowli, od kilku wieków pełniącej funkcję meczetu, zebrał się spanikowany tłum.

Leyla, uciekając przed krytycznymi uwagami kobiet, pocieszała się myślą, że nikt nie rozpoznał jej zasłoniętej ciemną chustą twarzy. Myliła się. Wprawne oko potrafiło odgadnąć status nieznajomej po jakości trzewików czy draperii szerokiej, czarnej satynowej chusty. Zresztą te kobiety często przychodziły do domu Selima Beja, gdzie nieraz już spotkały piękną Leylę Hanim. Muzułmańskie społeczeństwo należało do najbardziej demokratycznych. Wszyscy mężczyźni uznawani byli za synów Boga i za sługi sułtana. Tutaj pasza i żebrak rozmawiali ze sobą jak równy z równym, bez uniżenia i bez służalczości. Najbiedniejsze kobiety uczestniczyły w uroczystościach religijnych, ślubach czy ceremoniach obrzezania w udekorowanych wnętrzach najwspanialszych rezydencji. Ale choć biedni i bogaci żyli ze sobą w harmonii, naturalny wzajemny szacunek sprawiał, że każdy znał swoje miejsce.

Na skrzyżowaniu Leyla zawahała się przez chwilę i omal nie wpadła pod powóz zaprzężony w woły. Woziwody i wędrowni handlarze potrząsali dzwonkami i torowali sobie drogę wśród tłumu, a tragarze w haftowanych strojach, uginający się pod ciężarem dużych skrzyń, pokrzykiwali ochryple, żeby przechodnie ich przepuścili. Leyla poczuła, jak od tego gwaru kręci jej się w głowie. W przeciwieństwie do niej każdy szedł w określonym kierunku. Zwykle gdy opuszczała dom, jechała powozem z przyjaciółkami lub rodziną i nie musiała podejmować żadnych decyzji. Dziś próbowała znaleźć hammam, w którym teściowa spędzała często całe dnie i do którego dawniej zabierała Ahmeta. Jej syn zawsze miło wspominał te wędrówki z babcią. Jednak, gdy tam dotarła, okazało się, że nikt nie widział chłopca.

Pomyślała wówczas o spacerach, które jej syn odbywał z ojcem. W pogodne dni Selim lubił chodzić brzegiem morza Marmara i wzdłuż bizantyjskich murów. Czasem wstępował do kawiarni, żeby wypalić nargile. Ahmet czekał grzecznie, podczas gdy ojciec omawiał ze znajomymi sprawy tego świata. Chłopiec był bardzo dumny z tego, że zachowuje się jak mężczyzna. Tuż obok znajdowała się cukiernia; Leyla często prosiła Selima, by jednak nie przekarmiał synka słodyczami. Gdy zagadnęła dozorcę hammamu, mężczyzna wskazał jej miejsce, które mogłoby być tym, czego szukała.

Wiatr rozwiał poranną mgłę i odsłonił połacie błękitnego nieba. Młoda kobieta oddaliła się zdecydowanym krokiem, skręciła w prawo i jeszcze raz w prawo, schodząc ze wzgórza. Z powodu chusty nie widziała zbyt wiele. Wykręcała sobie kostki na niestarannie wybrukowanych uliczkach, usianych dziurami i rozpadlinami. Z trudem łapała oddech, miała wrażenie, że się dusi. Bardzo szybko spostrzegła, że, niestety, zabłądziła. Znów się zawahała, zawróciła. Drewniane domki o ścianach przeżartych przez korniki tłoczyły się pod wystającymi daszkami. Na osłoniętych kratami balkonach kryły się kobiety obserwujące bacznie tę zabłąkaną nieznajomą. Nagle nie wiadomo skąd zjawił się żebrak i ruchem nieznoszącym sprzeciwu wyciągnął w kierunki Leyli brudną dłoń. Kobieta z bijącym sercem dała mu monetę.

Poczuła, jak ogarnia ją zniechęcenie. Wytrwałość nie była mocną stroną Leyli. Nie brakowało jej odwagi ani zimnej krwi, ale miała pewną skłonność do nonszalancji. Ależ ze mnie idiotka! – pomyślała. Nigdy nie powinna rozpoczynać takiej przygody! Przecież nie potrafiła sama odnaleźć Ahmeta. Należało posłuchać Alego Agi i zaczekać w domu. Uważała, że instynkt macierzyński wskaże jej drogę, że nogi naprowadzą ją na ślad syna, który nagle, w cudowny sposób, zjawi się przed nią. Ale w tym labiryncie mogła dotrzeć jedynie do stosu cuchnących śmieci i żółtego psa, który leżał zwinięty w kłębek na ganku i patrzył na nią, warcząc.

Potknęła się na nierównych schodkach i otarła sobie dłoń, próbując przytrzymać się kamiennego murka. I nagle – co się często zdarzało w tym kapryśnym mieście – pomiędzy domami pojawił się prześwit i odsłonił widok na rozległy Bosfor i brzeg Azji. Zaskoczona Leyla dostrzegła, że morze zniknęło pod zwartą masą okrętów wojennych o długich, szarych kadłubach, których lufy wycelowane były w domy. Nieruchome i nieprzejednane, blokowały drogę parostatkom i łodziom pływającym od brzegu do brzegu Bosforu. Rozdrażniona Leyla odrzuciła chustę do tyłu. I wtedy zobaczyła, że nie śni: w mieście zacumowało około pięćdziesięciu okrętów, ich bandery łopotały na wietrze.

U stóp schodków zebrał się niewielki tłumek. Leyla przepchała się łokciami do pierwszego rzędu. Gapie byli milczący, przygnębieni. Nad ich głowami skrzeczały mewy. Stojący po jej prawej stronie starzec w wytartej stambouline, przybity, obserwował okręty na Bosforze.

– Aż do dziś miasto skapitulowało tylko dwa razy w ciągu całej swojej historii – oświadczył głucho. – W tysiąc dwieście czwartym roku, gdy krzyżowcy zrównali Bizancjum z ziemią, i w tysiąc czterysta pięćdziesiątym trzecim, kiedy Mehmed Zdobywca najechał Konstantynopol. A teraz spójrzcie tylko! Hańba i nieszczęście znów spadają na nas i nasze dzieci...

Ludzie instynktownie przylgnęli do siebie, ramię do ramienia, żeby dodać sobie wzajemnie otuchy. Na ich twarzach malowały się smutek i przygnębienie.

– Podobno greckie flagi łopoczą nad Perą – szepnęła zakwefiona kobieta.

– Jeśli im na to pozwolimy, ci przeklęci Grecy będą tańczyć na naszych grobach! – uniósł się jakiś młody chłopak.

Leyla przywykła do widoku statków i żaglowców pływających po Bosforze, cieśninie, którą musiały pokonać, by dotrzeć do Morza Czarnego. Latem oglądała je z tarasu swojego yali: sunęły spokojne i majestatyczne, tak wyraźne, iż wydawało się, że wystarczy wyciągnąć rękę, by je musnąć. Jednak dziś ta masa najeżona działami, które w każdej chwili mogły zacząć pluć ogniem i doprowadzić do rozlewu krwi, budziła jej przerażenie.

– Oni nas nienawidzą – lamentowała zakwefiona kobieta. – Będą nam zadawać wszelkie możliwe cierpienia. I nie ma nikogo, kto stanąłby w naszej obronie.

– Ależ jest przecież Jego Wysokość! – obruszył się mężczyzna w zielonym turbanie, nauczyciel Koranu z pobliskiego meczetu.

– A cóż on może zrobić? Ma związane ręce – upierał się nastolatek. – Nie uda nam się nic załatwić, to pewne.

– Przepraszam, czy nie widzieliście może małego chłopca, całkiem samego? – zapytała głośno Leyla. – Mój syn zniknął dziś rano. Myślę, że on też chciał zobaczyć flotę. Jest taki duży – pokazała dłonią – ma ciemne włosy i jasne oczy.

Odwrócił się do niej starzec w długim płaszczu. Miał błękitne oczy Turków, których krew od wieków mieszała się z krwią ludów Kaukazu. Wyglądał, jakby współczuł zaniepokojonej młodej matce.

– Czy ma w zwyczaju tu przychodzić? – zainteresował się.

– Nie wiem... Czasem tylko towarzyszy swojemu ojcu podczas wizyt w kawiarni, która być może jest właśnie tą tutaj, obok cukierni. Ale nie jestem pewna...

Leyla poczuła się nagle całkiem bezradna i bliska łez.

– Ależ pani krwawi! – zawołał mężczyzna na widok jej obtartej ręki.

Nakazał jej usiąść na jednym z kawiarnianych taboretów ustawionych wzdłuż ściany i poprosił właściciela, by przyniósł wodę i mydło. Bardzo delikatnie sam oczyścił rankę.

– Mam pomysł, jak znaleźć pani syna – powiedział w końcu, sprawdziwszy, czy skaleczenie nie krwawi.

Zgodziła się pójść z nim, zdziwiona, że tak swobodnie rozmawia z nieznajomym. Spuściła chustę na twarz, tak żeby nikogo nie szokować, chociaż rewolucja młodoturków i kolejne wojny przez ostatnie dziesięciolecie rozluźniły surowe zasady określające zachowanie kobiet.

Przeszli przez zniszczony cmentarz. U stóp cyprysów ciągnęły się marmurowe groby; ozdobione turbanami z łuszczącą się farbą, poddawały się upływowi czasu. Bujna roślinność zawładnęła tym miejscem. Cmentarze były częścią życia codziennego mieszkańców Stambułu, bogatych i biednych. Odwiedzano je całymi rodzinami albo w towarzystwie przyjaciół, aby dotrzymać towarzystwa zmarłym, organizować pikniki, spacerować, a dzieci czuły się tu jak u siebie. Nieznajomy wskazał Leyli drzewo w głębi parku – stuletni platan tuż przy balustradzie górującej nad Bosforem. Zawołał dwóch chłopców siedzących na gałęzi i zapytał, czy nie widzieli małego Ahmeta. Skrzacie twarzyczki umazane kurzem pochyliły się tuż nad nim. Niestety, dzieci nie widziały nikogo. Starzec rzucił im monetę, którą jeden z chłopców złapał w powietrzu. Twarze dzieci rozjaśniły się w uśmiechach.

– Gdy byłem mały, też przychodziłem tu, żeby liczyć statki – powiedział starzec, starając się usprawiedliwić tę nieudaną próbę. – Proszę się nie martwić, mały Ahmet uczy się życia, a życia nie wolno się bać.

I po raz ostatni spojrzał na smutną paradę zwycięzców.

– Może pani być pewna, że i to minie – oświadczył.

Leyla, nadal pełna lęku, miała do siebie pretensję o tę nikłą nadzieję, jaką wzbudziła w niej ta jałowa wyprawa. Pozostało jej już tylko jedno – wrócić do domu i zaalarmować Selima, który na pewno będzie wściekły. Zadrżała. Jej mąż miał spokojny charakter, ale czasem zdarzały mu się napady zimnego gniewu, które budziły w Leyli największy strach.

* Słowa napisane kursywą zostały objaśnione na końcu książki.

Na dziedzińcu honorowym pałacu Yildiz, zastawionym samochodami i kolasami, rozlegały się poirytowane głosy wydające sprzeczne rozkazy, które tylko wzmagały panujące wokół zamieszanie. Sułtański personel, zazwyczaj nieporuszony, tym razem czuł się wyraźnie podekscytowany, co Selim Bej uznał za zachowanie niestosowne. Młoda sekretarka sułtana była w złym humorze. Panująca na dworze atmosfera lęku i podejrzliwości źle wpływała na jej nerwy. Minęły zaledwie cztery miesiące, odkąd książę Vahdettin przejął tron po swoim bracie, stając się sułtanem Mehmedem VI, lecz perspektywy, jakie się przed nim rysowały, nie wydawały się radosne. Koniec panowania, akurat na mnie padło – pomyślał Selim z pewną goryczą. Choć sprawiał wrażenie zdystansowanego, jego ambicje wzrosły w ostatnich latach, dodając jego życiu blasku, czego dawniej tak mu brakowało. Książę, któremu służył od trzech lat, nareszcie wstępował na tron, a teraz to wszystko, niestety, wymykało mu się z rąk.

Selim został wezwany o świcie przez doradcę, by podsumować obecną sytuację, jeszcze bardziej katastrofalną, niż przewidywano. Mężczyźni rozmawiali w salonie, którego ściany obłożone były złoto-białą boazerią, a jego wątpliwą ozdobę stanowiły nieświeże draperie i zakurzona porcelana. Jesienna wilgoć już przenikała przez mury. Brakowało węgla, a zapowiadała się ciężka zima. Lokaje w liberiach przynieśli im kawę i poczęstowali papierosami. Selim stał odwrócony plecami do okna. Wolał nie psuć sobie i tak już nie najlepszego humoru i nie patrzeć na Bosfor, zastawiony angielskimi pancernikami z lufami wycelowanymi w sułtański pałac. Okoliczności trudne, poniżenie absolutne: bezwarunkowa kapitulacja rzucała na kolana imperium, które traciło swoje terytoria niczym energię życiową po okrutnej klęsce pod Sarikamis na początku wojny. Zwykli ludzie wyglądali na przybitych, ale w środowisku związanym z władzą każdy myślał tylko o jednym: jak uratować własną skórę. Jego Wysokość zastanawiał się też, jak utrzymać tron, co wcale nie wydawało się oczywiste w tygodniu, w którym abdykacje cesarzy Niemiec i Austrii były niczym pierwsze upadające kostki w upiornej grze w domino.

Selim musiał się zmierzyć z lawiną złych wiadomości. Zwycięzcy dzielili między sobą Stambuł. Włosi stacjonowali w Üsküdar, na brzegu azjatyckim, Anglicy w europejskich dzielnicach Pera i Galata, a Francuzi w starym Stambule. Grecy osiedli w dzielnicy Fanarion, gdzie panowała atmosfera szczerej radości, odkąd ich krążownik Averof zacumował w pobliżu pałacu Dolmabahçe. Ale najgorsze miało dopiero nadejść: żeby zakwaterować alianckich żołnierzy i urzędników w mieście, w którym roiło się od uchodźców, wyniszczonym przez pożary, miała nastąpić rekwizycja prywatnych domów. Dowiedziawszy się, że jego rezydencja zostanie oddana do dyspozycji francuskiego oficera, Selim zbladł. Natychmiast pomyślał o swojej matce. Wątpił, żeby z własnej woli ugięła się przed rozkazami okupantów.

Wyszedł na ulicę i zawołał fiakra. Niósł poufne dokumenty do przekazania generałowi Mustafie Kemalowi, który właśnie wrócił z Aleppo. Z westchnieniem opadł na miękkie siedzenie, zdjął fez i przeczesał włosy ręką. Dzień zaczął się źle i to raczej się nie zmieni.

Gondola kołysała się między kołami, a Selim poczuł się jak łupinka orzecha niesiona przez fale. Po obu stronach ulicy przesuwały się domostwa wezyrów, wzniesione w ubiegłym wieku na zadrzewionym wzgórzu w pobliżu nowych sułtańskich pałaców, po tym, jak władca zrezygnował z mieszkania w Topkapi na rzecz bardziej nowoczesnego komfortu. Bramy i kraty były pozamykane. Najwyraźniej ich właściciele grali na zwłokę.

Trzydziestopięcioletni Selim uważał, że nie jest dobrze, iż musi myśleć o swojej przyszłości i o przyszłości swojego kraju. Obywatel imperium osmańskiego nie powinien martwić się o jutro. Wie, że znajduje się w stanowczych, lecz miłościwych rękach Boga, który poprowadzi go pomiędzy przeszkodami na drodze efemerycznego życia. Mieszkańcy Zachodu niesłusznie pogardzali tym, co uważali za poddawanie się woli Bożej, choć tak naprawdę chodziło o zbawienne oderwanie się od ziemskich przymusów. Zdarzało się jednak Selimowi, że budził się w nocy zdjęty poczuciem, iż to wszystko nie ma żadnego sensu. Schodził wtedy do ogrodu i spacerował po nim boso, jak gdyby chciał lepiej połączyć się z ziemią.

Służył w pułku, w którym niczym się nie wyróżniał, nie będąc żołnierzem ani pod względem temperamentu, ani ambicji, i musiał przyznać z pewnym rozdrażnieniem, że nie odznacza się też większą odwagą. Gdyby jego ojciec jeszcze żył, na pewno by go zbeształ. Ów pasza umarł jako generalny gubernator prowincji Aydin. Zaszczytne funkcje pełnione w imperium przyniosły mu pieniądze i sławę. Ponieważ przekazywanie dóbr nie należało do kultury ich narodu, Selim nie zyskał w związku z tym niczego, może poza kompleksem niższości, który odczuwał w momentach takich jak ten, gdy był całkiem bezradny.

Powóz utknął w gigantycznym korku na Grande-Rue w dzielnicy Pera. Tylko tramwaj sunął majestatycznie, podzwaniając. Z obawy, żeby się nie spóźnić, Selim wysiadł na środku ulicy, między automobilami i wojskowymi ciężarówkami, i ruszył w dalszą drogę pieszo. Zwykle podobała mu się witalność europejskiej dzielnicy, która przypominała mu studenckie lata w Paryżu, ale tego dnia poczuł, że coś mu przeszkadza. Wśród mężczyzn w miękkich filcowych kapeluszach i dam w dopasowanych kostiumach odsłaniających kostki niewielu było ludzi w strojach orientalnych. Czerwony fez stanowił rzadki widok. Rozpierzchł się nawet tłumek wędrownych sprzedawców, pchających zwykle wózki ozdobione talizmanami. Pod murami przemykało się kilku Niemców. Dostali miesiąc na opuszczenie miasta. W oknach dużych, kamiennych budynków wisiały angielskie i francuskie flagi. Wystawy kramów zdobiły biało-niebieskie draperie. Z braku flagi jeden ze sklepikarzy wywiesił na wystawie suknię w greckich barwach narodowych.

Była to dzielnica ambasad, eleganckich restauracji, jak również zagranicznych banków, dbających o rachunki imperium, które samo nie było w stanie kontrolować własnych finansów. Krwiopijcy – oburzał się dawniej jego ojciec, mówiąc o zagranicznych urzędnikach osmańskiego Długu Publicznego. Sam unikał tych miejsc jak zarazy. Nastoletni Selim ukrywał przed nim, że gra w karty pod lamperiami imponującego gmachu Büyük Kulüp na zaproszenie azjatyckich przyjaciół albo włóczy się po kabaretach pobliskiej Galaty.

Jednak dziś zafrapował go kontrast pomiędzy tą ekscytacją a smutnym milczeniem Stambułu. Muzułmańskie rodziny wieczorami skrywały się w domach. Ciemne uliczki stawały się niebezpieczne, a w ostatnim wołaniu muezina na modlitwę brzmiała nutka rozpaczy. Europejska Pera, wybudowana na wzniesieniu z dominującą starą wieżą genueńską, rozbłyskiwała światłami i patrzyła z góry na swoją rywalkę, obojętna na wątłe minarety i majestatyczne kopuły, drewniane domki, dla których groźna była nawet jedna iskra, na tajemnicze ogrody, fontanny i wodotryski, na pachnące targi i cienie cmentarzy.

Antagonizmy pomiędzy różnymi mieszkańcami Stambułu datowały się nie od wczoraj. Wzajemne urazy trwały już od wielu wieków. To zagadkowe miasto, zakorzenione w Europie, przez ponad tysiąc lat ucieleśniało nadzieje chrześcijańskiego imperium, ale sercem i duchem było orientalne, a bliskość Azji zawsze stanowiła źródło nieodpartej fascynacji. Stambuł cechowała wielonarodowość. Zawsze brakowało tu miejsca dla rozsądku, wygrywały namiętność i przesada.

Selim wyszedł z jednej z uliczek i zatrzymał się przed pięknym gmachem Pera Palace, zbudowanym z białego kamienia. Przyjęto go tam mniej uprzejmie niż zwykle. Drogę zagrodził mu z miną pełną wyższości żołnierz w mundurze barwy khaki. Selim nie zdziwił się, że angielskie dowództwo przywłaszczyło sobie ten charakterystyczny hotel, który górował nad Złotym Rogiem, i urządziło tam swoją prowizoryczną kwaterę główną. Brytyjczycy mieli wyostrzony zmysł komfortu. Mężczyzna stłumił odruch zniecierpliwienia i wyjaśnił, że jest sekretarzem jego cesarskiej mości i że go oczekują.

Mustafa Kemal siedział w zacisznym salonie, ozdobionym obrazami młodych mistrzów orientalistów, jedwabnymi tapetami i perskimi dywanami. Bohater Gallipoli, jedyny dowódca armii osmańskiej, któremu nie można było przypisać żadnej klęski, rozmawiał z zachodnim dziennikarzem, ubranym w kraciastą marynarkę. Selim pozostał w drzwiach, trzymając w ręku przesyłkę z cesarską pieczęcią. A może jeszcze mam stanąć na baczność? – pomyślał rozdrażniony. Każda minuta wydawała się mu wiecznością. Umierał z pragnienia i zastanawiał się, czy byłoby źle widziane, gdyby na kilka chwil wymknął się do baru.

– Selimie Beju, miło pana widzieć. Mam nadzieję, iż nie ma mi pan za złe, że kazałem panu czekać.

Mustafa Kemal miał przenikliwe spojrzenie i kpiący wyraz twarzy. Choć honorowy adiutant sułtana był od Selima niższy o głowę, emanował niezwykłą siłą i witalnością.

– Nie chcę panu przeszkadzać, Ekscelencjo. Chciałem tylko przekazać dokumenty od Jego Wysokości. Czeka na pana po modlitwie, zgodnie z umową.

Oficer wsunął kopertę do kieszeni, po czym poprosił Selima, by usiadł. Nie śmiał odmówić. Mustafa Kemal był stałym bywalcem tego hotelu, ale Selim zastanawiał się, jak może znosić obecność wrogich oficerów, a wręcz swobodnie czuć się w ich towarzystwie. Lecz czy ten Macedończyk z Salonik, syn skromnego osmańskiego urzędnika, później handlarza drewnem, gdziekolwiek czuł się nie u siebie? Karierowicz pełen pychy – zirytował się Selim, niezbyt dobrze wspominający ich pierwsze spotkanie, które miało miejsce podczas podróży następcy tronu do Berlina. Już wówczas dawał o sobie znać trudny charakter tego oficera. Mówi się, że Turcy są na bakier z dyscypliną, ale on był wyjątkowo butny. Nie wahał się mówić tego, co myśli ani księciu Vahdettinowi, ani pruskim marszałkom, twierdząc, że nie mają oni żadnych szans na wygranie wojny, a ich obietnice są tylko mydleniem oczu. Selima zaskoczyła zuchwałość tego mężczyzny, niewiele starszego niż on sam. Nawet dowództwo armii dziwiło się, że ktoś tak młody wygrywa najtrudniejsze bitwy.

W kręgach wtajemniczonych mówiono o niemal mistycznym związku, łączącym Mustafę Kemala i jego żołnierzy. O jego niezwykłej odwadze. O wytrwałości, tym bardziej godnej podziwu, że cierpiał na nawracające schorzenia nerek. Jasne, zaczesane do tyłu włosy odsłaniały kanciastą twarz o regularnych rysach, wysokich kościach policzkowych, prostym nosie i wydatnej żuchwie. Ale największy respekt budziły jego oczy: kocie, barwy lodowatego błękitu. Mustafa Kemal poczęstował Selima papierosem, a kelner przyniósł im oliwki oraz raki. Dowódca był znany z tego, że nie odmawia sobie małych przyjemności.

– Zatem miał pan rację, generale. Niemcy nie wygrali wojny.

– Powtarzałem to od tysiąc dziewięćset czternastego roku – odpowiedział, krzywiąc się z goryczą, jak gdyby dokonywał przeglądu porażek imperium. – Podpisaliśmy akt kapitulacji, bo armia nie była w stanie dłużej walczyć. Mogliśmy przegrać wszystko. Ale serce tureckiej ojczyzny nadal jest w naszych rękach. To najważniejsze.

– I zawdzięczamy to panu, Ekscelencjo – powiedział Selim uniżonym tonem. – Bohatersko bronił pan pozycji frontu za Aleppo, walcząc z natarciem Arabów i Anglików.

– I nie cofnąłbym się choćby o jedną, dodatkową piędź ziemi! Tu już nie chodziło o obronę nieodwołalnie straconych ziem arabskich, lecz o naturalne granice naszej nation.

Mówił donośnym głosem oratora. „Cesarska” maniera, z jaką po francusku wypowiedział słowo nation, naród, nie umknęła uwagi Selima. Była to kość niezgody pomiędzy takimi osobistościami jak Mustafa Kemal a niektórymi ludźmi z bliskich kręgów sułtana. Koncepcja równie nowa, co abstrakcyjna. W języku tureckim nie istniało słowo, którym można by ją nazwać. A mężczyźni tacy jak on chętnie nadawali znaczenie wszystkiemu, co go jeszcze nie miało.

– Teraz musimy tylko porozumieć się z Anglikami, w oczekiwaniu na traktat pokojowy – podjął rozmowę Selim, fałszywie uradowanym tonem. – Na szczęście to porządni ludzie. Udowodnili nam to w trudnych sytuacjach w ciągu wielu stuleci.

– Czyżby? – zapytał ironicznie Mustafa Kemal. – Niestety, mają niemiły zwyczaj niszczenia naszych okrętów wojennych, a admirał Calthorpe już nie dotrzymał słowa, ponieważ są tu, w murach naszego miasta. Myli się pan, mój drogi, Anglia ma cele, które nie są naszymi celami. Musi chronić drogę do Indii, kontrolować rynek ropy naftowej i utworzyć z kalifatu terytorium powiernicze. To jedyny sposób, by kontrolować Egipt i ludność muzułmańską jej kolonii. Kapitulacja, do której doszło w ciągu kilku godzin, otwiera drogę wszelkiego rodzaju inwazjom. Można zostawić w rękach obcych tylko niewiele znaczące terytoria, ale w przeciwieństwie do tego, co uważa Jego Wysokość i jego niekompetentni doradcy, uległość nie wróży niczego dobrego.

Jego usta zacisnęły się w surową linię. Selimowi nie podobał się obcesowy sposób, w jaki mówił o władcy, ale wiedział, że wiąże się to z ich sporem. W lipcu Mustafa Kemal poprosił o stanowisko dowódcy sztabu generalnego, a następnie ministra wojny. Mehmed VI, który nieufnie traktował tego niepokornego oficera, nie wyraził na to zgody. Generał nie potrafił ukryć swojej frustracji.

– Padyszach myśli skrycie o tym, by rzucić się w ramiona aliantów – ciągnął Mustafa Kemal. – To błąd. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby przemówić mu do rozsądku.

– A czego pan naprawdę oczekuje? – uniósł się Selim. – Jego Wysokość jest świadom niebezpieczeństwa, które zagraża imperium. Chce jak najlepiej dla swoich poddanych, nawet tych żyjących w najdalszych zakątkach kraju. Nic nie wskazuje na to, by było tak i w pańskim przypadku.

Mustafa Kemal wbił w niego twarde, kpiące spojrzenie.

– Ależ imperium jest już martwe, mój drogi. Martwe i pogrzebane. Nie zauważył pan tego?

Selim poczuł, jak przeszywa go dreszcz. W swoim życiu starał się dążyć do zachowania równowagi. Opierał się na dwóch bezpiecznych filarach: wierze w jedynego Boga i w „zawsze triumfującą” osobę sułtana kalifa. Myśl, że ktoś może podnieść rękę na jednego czy na drugiego, wydawała mu się godna pogardy.

Mustafa Kemal rozsiadł się wygodniej w fotelu i założył nogę na nogę. Przewidując rozmowy z parlamentarzystami, ubrał się po cywilnemu; nosił garnitur w europejskim stylu, ze stójką, i gustownie zawiązany krawat, tymczasem Selim miał na sobie zapięty pod szyję turecki surdut, proste spodnie i fez ozdobiony złotym pomponem. Młody sekretarz poczuł się nagle żałosny i nie na miejscu.

– Należy wrócić do korzeni – nalegał oficer. – Kocham swój kraj, Selimie Beju, niech pan w to nie wątpi ani przez sekundę. Kocham jego ludzi i kocham jego ziemię. Jeśli chcemy, by Turcja żyła, powinniśmy skupić się na naturalnych granicach i na tym, co stanowi jej istotę. To kwestia przetrwania – mówił żarliwie. – Ja nie pozwolę umrzeć mojej ojczyźnie.

Dawniej wygnano by go na kraniec imperium albo ucięto mu głowę – pomyślał zażenowany Selim. – Dokąd doprowadzi go ten przerost ambicji? Selim, który nawykł do skrywanych intencji dworzan, do kwiecistego stylu służącego woalowaniu swoich prawdziwych myśli, jednym słowem: do praktykowania sztuki kłamstwa, był zaskoczony taką szczerością. Determinacja Mustafy Kemala była imponująca. Ten mężczyzna miał w sobie coś, co sprawiało, że wydawał się nieprzejednany. Selim rozumiał teraz lepiej podejrzliwość padyszacha i jego skrytą obawę, że Mustafa Kemal stanie na czele zbuntowanych żołnierzy. Nie zdarzyłoby się to po raz pierwszy. Armia od zawsze opowiadała się za postępem i rewolucją. Oficerowie czytali teksty Woltera i inspirowali się epoką Oświecenia. Co stało generałowi na przeszkodzie, by spróbować jeszcze raz?

Mustafa Kemal odłożył papierosa na znak, że ich rozmowa dobiega końca. Zanim wstał, spojrzał na Selima z zimnym uśmiechem.

– Dla mnie ta kapitulacja nie jest końcem – powiedział, wyciągając rękę. – Jest początkiem.

Trudno było stwierdzić, czy to obietnica, czy groźba.

W ogrodzie parowała wilgoć, uwalniając woń ziemi i roślinności. Kot wylegiwał się na słońcu, na brzegu studni. Gdy tylko Leyla podeszła do drzwi haremlika, podbiegły do niej młode służące wyczekujące jej powrotu. Feride podeszła znacznie wolniej, poprawiając chustę na włosach. Z ich niepewnych min Leyla odgadła, że jej syn jeszcze się nie zjawił.

– Jest pani proszona, Leylo Hanim – szepnęła Feride, zdejmując jej czarczaf.

Nie zdziwiło to Leyli. To raczej nieprawdopodobne, by jej teściowej umknęło cokolwiek, co działo się w domu. Gdy służąca otrzepywała z kurzu jej suknię, zauważyła, że w niewielkim salonie przeznaczonym dla gości znajduje się kilka tobołków z kolorowego jedwabiu, w których zawinięte były bagaże pań przybyłych z wizytą. W tureckim domu nigdy dość przyjaciółek i krewnych w podróży, przybywających bez zapowiedzi i zatrzymujących się na czas nieokreślony.

Wyglądam pewnie jak wariatka – pomyślała, przygładzając niesforny kosmyk. Najchętniej wrzeszczałaby z niepokoju i bezradności, ale wzięła się w garść i poprosiła Feride, żeby przyprowadziła jej córkę. Z salonu dobiegały ożywione głosy. Leyla ruszyła tam niechętnie i z pewną obawą.

– Nareszcie jesteś! – krzyknęła Gülbahar Hanim, siedząca ze skrzyżowanymi nogami na sofie w alkowie, otoczona przyjaciółkami, które na widok Leyli odłożyły gazety i robótki ręczne.

Teściowa podniosła się lekko i ruszyła w stronę synowej. Dół jej czerwonej, welurowej sukni, haftowanej w kwiaty i spiętej złotym paskiem, omiatał podłogę. Chusta z przejrzystego muślinu zdobiła włosy kobiety, a kolczyki wirowały przy każdym kroku. Leyla ukłoniła się z szacunkiem, ucałowała jej rękę i podniosła ją do czoła.

– Śmiertelnie się niepokoiłam! – kontynuowała swoją przemowę Gülbahar Hanim. – Zabraniam ci narażać mnie na takie zdenerwowanie! Wyszłaś sama, nic mi nie mówiąc. Odnalazłaś przynajmniej małego?

Leyla w milczeniu spuściła wzrok.

– Niech Bóg Miłościwy przyjdzie nam z pomocą! Trzeba przeczesać całe miasto. Niech Ali Aga poinformuje mojego syna, natychmiast! To niedorzeczne. Cóż temu Ahmetowi strzeliło do głowy?

– Przez ostatnie nieszczęścia dzieci ciągle mają koszmary – lamentowała jedna z jej przyjaciółek. – Może chłopiec się czegoś przestraszył?

– Nigdy w życiu! – oburzyła się Gülbahar Hanim. – Mój wnuk niczego się nie boi. Kilka żałosnych okrętów by go nie przeraziło.

Siedząc w kucki na poduszkach, według pierwszeństwa obowiązującego w ich przyjaźni, kobiety nie przestawały rozmawiać o zniknięciu Ahmeta i spoglądały na Leylę z politowaniem. Młoda matka milczała z szacunku dla teściowej, u której mieszkała i której silnego charakteru nie przestała się obawiać.

Gdy w wieku szesnastu lat opuściła rodziców, by poślubić nieznajomego młodego mężczyznę, Leyla czuła przerażenie na myśl o tej kapryśnej postaci. Kobieta królowała w swoim salonie, znanym ze wspaniałych różowo-purpurowych kobierców z Buchary i kolekcji wazonów z chińskiego celadonu, gdzie starała się zachować zwyczaje i splendory seraju, w którym spędziła dzieciństwo, i odrzucała wszelką nowoczesność, na dobre wdzierającą się w życie zamożnych rodzin. Pomimo finansowej zapaści kraju osobisty majątek teściowej pozostawał bardzo duży dzięki szczodrości sułtana Abdülhamida II, który zapewnił jej porządne wiano, gdy oddawał ją ojcu Selima, a ten ostatni zgodnie z muzułmańską etykietą zniósł jej status niewolnicy, zanim ją poślubił. Początkowo Leyla miała kłopot z dostosowaniem się do wymogów tradycyjnego życia i do niezaprzeczalnej władzy teściowej, ponieważ sama pochodziła ze światłej rodziny, ale Selim dał jej do zrozumienia, że jako jego małżonka musi się poddać obowiązującym w domu zasadom. Leyla musiała czekać do bolesnego porodu i narodzin Ahmeta, żeby poznać łagodniejszą stronę charakteru teściowej.

Maszrabijje cięły blask słońca na mozaikę niewielkich, jaśniejących rombów. W salonie o suficie malowanym w delikatne kwiatowe wzory panowała ponura atmosfera. Kobiety, ponieważ nie mogły uczestniczyć w poszukiwaniach, czuły się bezużyteczne. Bezustannie omawiały wyrzeczenia, na jakie musiały zdobywać się przez lata wojny, narzekały na szczury na ulicach, niedostatek materiałów na ubrania, przykre przerwy w dostawach bieżącej wody i brak drewna na opał, a przecież zbliżała się zima. Wszystkie miały na sobie aksamitne, bogato haftowane entari z koronkowymi kołnierzami albo bolerka i spodnie spięte srebrną klamrą, jak gdyby gardziły najnowszą modą, wychwalaną przez kobiece magazyny, które zresztą skwapliwie przeglądały. Słodycze na pewno ukoiłyby ich nerwy, jednak cukier stał się towarem luksusowym. Nawet dobra kawa była nie do dostania, musiały zadowalać się niesmaczną podróbką z jęczmienia i ciecierzycy. Na pocieszenie kobiety paliły cienkie papierosy skręcane z czystego tytoniu i wieszały psy na sklepikarzach, którzy sprzedawali towary po zbyt wygórowanych cenach, i na zarabiających na czarnym rynku. Gülbahar Hanim przytakiwała, przesuwając paciorki różańca, który postukiwał między jej pierścionkami.

– Nie martw się, Leylo, moje dziecko – powiedziała nagle z uśmiechem równie nieoczekiwanym, co poniżającym. – Jestem pewna, że nic mu się nie stało. Czuję to – dodała dramatycznym tonem, przyciskając rękę do serca.

Po raz kolejny teściowa zaskakiwała Leylę. Młoda kobieta spodziewała się wymówek, a tymczasem Gülbahar Hanim próbowała ją pocieszyć. To było tym bardziej zaskakujące, że z wnukiem łączyło ją głębokie porozumienie, znacznie mocniejsze niż z małą Perihan.

Jedno ze skrzydeł drzwi otworzyło się z trzaskiem i do salonu wbiegła energiczna dziewczynka o czarnych, potarganych loczkach. Okryła pocałunkami dłonie Leyli, po czym rzuciła się jej w ramiona.

– Moja ukochana mamusiu, nie było cię dziś rano, gdy się obudziłam – poskarżyła się, układając buzię w podkówkę.

Leyla przytuliła twarz do szyi córeczki. Skóra dziewczynki pachniała mlekiem, cynamonem, niewinnością, najpiękniejszymi aromatami dzieciństwa. To małe, ciepłe ciałko chroniło Leylę przed wszystkimi nieszczęściami. Gdyby mogła, nigdy nie wypuściłaby go z uścisku.

– Znalazłaś Ahmeta? – zapytała Perihan.

Leyla spojrzała w jej duże ciemne oczy, tak bardzo podobne do jej własnych. Perihan nie potrafiła dochować tajemnicy, co bardzo irytowało jej brata.

– Nie, skarbie. Masz jakiś pomysł, gdzie mógłby się ukryć?

Dziewczynka zaczęła kręcić się niespokojnie, jakby czuła zakłopotanie. Gülbahar Hanim złapała ją za ramię.

– Odpowiedz matce, źrenico mego oka – nakazała.

– Mówił tylko, że wuj Orhan niedługo wróci i że chce mu zrobić niespodziankę.

– Orhan? – zdziwiła się Leyla.

Jej dziewiętnastoletni brat studiował archeologię w Berlinie. Zgłosił się na ochotnika do armii, ale ku wielkiej uldze Leyli nie został przyjęty ze względu na bardzo wrażliwe płuca. Rodzeństwo było sobie bardzo bliskie. Leyla opiekowała się nim, odkąd ich rodzice zginęli w katastrofie morskiej w pobliżu Wysp Książęcych. Powrót Orhana był zapowiadany, ale jak dotąd młodzieniec nie podał konkretnej daty. Leyla poczuła wzruszenie na myśl, że Ahmet włóczy się po dworcu Sirkedji, pośród gotowych do wyjazdu oddziałów.

– Muszę tam iść – powiedziała.

– Zostaniesz tutaj! – nakazała Gülbahar. – Dość już się, nieszczęsna, nabiegałaś po mieście... Wyślemy Nedima, woźnicę. Często bywa na dworcach. I to natychmiast! – dodała, klaszcząc w dłonie.

Perihan skorzystała z okazji, by pozdrowić przyjaciółki swojej babci. Całowała je w ręce i słuchała komplementów, którym zawsze towarzyszył zwrot do Boga, by chronił ją przed złym spojrzeniem. Dziewczynka, ubrana w jedwabną sukienkę z aksamitnym kołnierzykiem, obsypana pocałunkami przez damy pachnące olejkiem różanym, tuliła się do ich obfitych biustów. Nie można dopuścić, by stała się próżna – pomyślała Leyla, zdając sobie sprawę, że ta bezgraniczna swoboda wkrótce się skończy. Za kilka miesięcy Perihan pójdzie do szkoły przy meczecie, z chłopcami i dziewczynkami w jej wieku. Nauczy się tam pisać i czytać w języku tureckim, pozna kilka pojęć z zakresu geografii i zacznie czytać Koran po arabsku. Później o jej wykształcenie zadbają cudzoziemskie guwernantki. Jednak już teraz Leyla chciała, by jej córka wiedziała, że życie składa się również z obowiązków. Ma jeszcze na to czas – obruszała się Gülbahar Hanim, gdy słyszała, jak Leyla strofuje córkę. – Te zagraniczne książki, które ciągle kupujesz, podsuwają ci dziwne pomysły...

Jedna z kobiet zaczęła nagle płakać. Inne wyciągnęły w jej stronę chusteczki, szepcząc słowa pocieszenia. Łkając, kobieta powiedziała, że ona nigdy nie będzie miała wnucząt, bo jej syn zginął w bitwie pod Sarikamis w pierwszych miesiącach wojny, gdy źle wyposażona turecka armia została zdziesiątkowana przez Rosjan w dramatycznych okolicznościach podczas srogiej zimy. Kolejne bitwy następowały jedna po drugiej. Nazwa Gallipoli budziła silne reakcje. Ciężkie próby, przez jakie musieli przechodzić przetrzebieni przez dyzenterię żołnierze w okopach, w palącym słońcu, bez słodkiej wody, ostrzeliwani przez alianckie okręty wojenne, napawały smutkiem osierocone matki. Ale przynajmniej ich synowie zginęli bohaterską śmiercią w walce o chwalebne zwycięstwo.

Zbita z tropu Perihan też zaczęła płakać. Leyla wzięła ją w ramiona. Jak można żyć bez kogoś, kto jest częścią nas? Znów zmroziła ją myśl o nieobecności Ahmeta.

Teściowa zażądała, by przyniesiono śniadanie. Stara kuzynka, która przyjechała tu zeszłej wiosny i nie zamierzała wyjeżdżać, ruszyła do kuchni, żeby przekazać polecenie kucharce. Gdy Selim poprosił matkę, by ograniczyła nieco swoje wydatki, ponieważ od wielu miesięcy nie otrzymał pensji od państwa, Gülbahar Hanim zmierzyła go wzrokiem, unosząc jedną brew, co nadawało jej twarzy wyraz pełen wyższości. Nie zajmowała się rachunkami. Myśl o ograniczeniu wydatków nigdy nie przyszłaby jej do głowy. W takim razie sprzedam szmaragd – odparła. – Jak zmniejszyć liczbę dań, skoro nigdy nie wiem, na co będę miała ochotę? Patrząc na bezradną minę męża, Leyla pomyślała, że ta ekstrawagancja zasługuje, jeśli nie na szacunek, to przynajmniej na jakąś formę uznania. W tych niepewnych czasach optymizm teściowej i jej ślepa wiara w opatrzność bywały czasem pomocne.

Ali Aga oświadczył, że woźnica pojechał na dworzec, a pan wrócił już z pałacu i oczekuje matki i żony. Gülbahar Hanim natychmiast ruszyła szybko, z wysoko podniesioną głową, do sąsiedniego salonu. Leyla musiała się spieszyć, żeby dotrzymać jej kroku.

Selim stał na tle okien otwartych na ogród. Bosfor w oddali skrzył się w słońcu, a porośnięte drzewami wzgórza na azjatyckim brzegu płonęły kolorami jesieni. Mężczyzna skłonił się matce, ucałował jej dłoń i przycisnął do czoła w geście pełnego wdzięczności pozdrowienia.

– Mam dla was złą wiadomość – powiedział poważnie.

– Boże Wszechmogący, coś złego stało się Ahmetowi! – krzyknęła Gülbahar Hanim, wytrzeszczywszy oczy, po czym z gracją padła zemdlona do stóp swojego syna.

– Co jej się stało? – zaniepokoił się Selim.

– Ahmet zniknął dziś rano – wyjaśniła Leyla, pomagając mu zanieść matkę na jedno ze stojących pod ścianą krzeseł. – Prawdopodobnie poszedł zobaczyć pancerniki, ale nie możemy go znaleźć.

Selim odsunął się, a Leyla klepała lekko policzki teściowej.

– Co za przeklęty dzień! – zrzędził, uspokojony faktem, że matka szybko wraca do siebie.

– O czym chcesz powiedzieć? – zapytała Leyla.

Selim skulił ramiona jak dziecko przyłapane na gorącym uczynku.

– Nasz dom został zarekwirowany przez francuskiego oficera, niejakiego kapitana Louisa Gardelle’a. Mamy czterdzieści osiem godzin na wyprowadzkę.

Krzyk Gülbahar Hanim usłyszały nawet jej przyjaciółki czekające ze śniadaniem.

Teraz, gdy matka wróciła do swoich apartamentów, twarz Selima przybrała zacięty wyraz, a jego spojrzenie zastygło nieruchomo. Leyla milczała. W ciągu niemal dziesięciu lat wspólnego życia nauczyła się zostawiać mężowi inicjatywę podczas rozmów na delikatne tematy, żeby dostosować się do jego nastroju i unikać konfliktów. Dziś jednak była tak wstrząśnięta, że posłuszeństwo kosztowało ją wiele wysiłku. Mój syn nie jest idiotą, znajdzie drogę do domu, w jego wieku zachowałbym się tak samo – zrzędził Selim. Jego obojętność raniła Leylę. Miała mu za złe, że nie wyjechał na poszukiwanie Ahmeta, liczyło się samo wyjście z domu, nawet gdyby nie przyniosło rezultatów. Nie wątpiła w miłość, jaką mąż obdarzał ich dziecko, ale wiedziała też, że Selim nie jest w gorącej wodzie kąpany. Był rozsądny i zrównoważony, nie lubił zaskakujących sytuacji, dlatego źle się czuł, odkąd obce wojska zaczęły okupować miasto. Jednak spokój przypomina czasem obojętność. Leyla zaczęła modlić się, by znaleziono Ahmeta na dworcu.

– Będziemy musieli przeprowadzić się do yali – powiedział nagle Selim.

– Wszyscy się tam nie pomieszczą, w dodatku z powodu wilgoci nie przetrwamy zimy.

Drewniana willa stojąca po stronie azjatyckiej była własnością Leyli. Z tymi ścianami wiązały się najpiękniejsze wspomnienia młodej kobiety. Po nagłej śmierci rodziców Leyla i Orhan wspólnie odziedziczyli dom, ale to ona była jego gospodynią. Przeprowadzała się tam wiosną, gdy tylko zaczynały kwitnąć judaszowce, i zostawała aż do października, gdy gwałtowne ulewy i zimne wiatry znad Morza Czarnego zapowiadały zbliżającą się jesień.

– Tak czy inaczej, część służby będzie musiała zajmować się Francuzami – ciągnął Selim. – Ali Aga zostanie, żeby czuwać nad domem. Musimy wszystko zostawić – dodał, kontemplując wykaligrafowaną złotymi literami koraniczną surę, zawieszoną na ścianie.

Znajdowali się w dużym salonie o złoconych sztukateriach, tym, w którym podejmowano zagranicznych gości i który oddzielał od siebie oba skrzydła domu. Jedne drzwi prowadziły do części zwanej selamlik, drugie – do domu kobiet, do którego wstęp miał tylko Selim. Wiele rodzin nie przestrzegało już tradycyjnego podziału domu, ale on był do tego przywiązany. Był to także jego kurtuazyjny sposób, by ochronić się przed wszędobylskością matki.

Selim zmarszczył brwi. To gwałt! – krzyknęła kilka minut temu Gülbahar Hanim, a potem oświadczyła, że opuści ten dom tylko raz, gdy jej dusza trafi w ręce Allaha Miłościwego. Na pewno nie zostawi swojego domu niewiernym. Selim wiedział, że jest zdolna wywołać skandal. Jaka byłaby reakcja władz okupacyjnych? Czy mogliby uwięzić niepokorną kobietę? Na samą myśl o tym poczuł, jak oblewa się zimnym potem. Rodzina nigdy by się nie pozbierała po takim dyshonorze.

– Czy naprawdę nie ma innego rozwiązania? – zapytała Leyla łagodnie. – Spotkałeś się z tym oficerem? Może to jakiś rozsądny człowiek?

– Okupanci nigdy nie są rozsądni – obruszył się.

– Ale przecież ty lubisz Francuzów. Znasz ich sposób myślenia. Poza tym jesteś sekretarzem padyszacha – nie dawała za wygraną Leyla. – Dlaczego nie mógłbyś poprosić tego kapitana Gardelle’a, żeby wprowadził się gdzie indziej? Umiesz użyć siły perswazji, jeśli tylko chcesz.

Leyla, cierpliwa i kierująca się intuicją, obserwowała emocje malujące się na twarzy swojego męża. Zwykle umiała wpływać na jego decyzje, maskując inteligencję udawaną pokorą.

– Nie mam czarodziejskiej mocy! Nie potrafię wymusić niczego na administracji sił okupacyjnych. Z tego, co wiem, miasto zostało podzielone na sektory, i tę dzielnicę przyznano Francuzom. Łudzę się, że nie będziemy tego żałować.

– A yali?

– Brzeg azjatycki kontrolują Włosi. Ale ja się nie martwię. Włosi są wściekli na sposób, w jaki są traktowani od zakończenia wojny. Ich brytyjscy sojusznicy obiecali im terytoria, których nie otrzymają, więc nie wykazują się zbytnią inicjatywą, co działa na naszą korzyść.

Leyla niechętnie pomyślała o wyprowadzce. Będą musieli zabrać materace i pościel. Klejnoty, oczywiście, oraz zimowe ubrania. Ulubioną porcelanową lalkę Perihan. Kilka kuchennych przyrządów. Zapasy żywności na pierwsze miesiące. Najtrudniej będzie poradzić sobie nie tyle z przedmiotami, ile z nastrojami ludzi. A moje książki? – pomyślała nagle Leyla. Trzeba będzie zostawić bibliotekę. Jej jedyne wytchnienie. Ale dopóki dzieci będą całe i zdrowe, ona będzie szczęśliwa w każdym miejscu.

Odległe nomadzkie korzenie Turków, mocniej wczepione w ich dusze, niż można by przypuszczać, czyniły z nich ludzi, którzy nie boją się zaczynać życia od nowa. Anatolijski wieśniak nie był organicznie przywiązany do swojego kawałka ziemi, a osmański urzędnik przemierzający imperium – do kruchych murów. Niewiele domów w Stambule przekazywano z pokolenia na pokolenie. Leyla wiedziała, czym jest utrata domu.

Tamtej nocy alarmujący krzyk strażników nocnych obudził gwałtownie całą jej rodzinę. Rodzice zebrali siły, mama wzięła na ręce Orhana, który był wówczas niemowlęciem. Gdy wyszli na zewnątrz, silny zapach palącego się drewna sprawił, że nie mogli oddychać. Iskry tańczyły na czarnym niebie, a w głębi ulicy płonęły cyprysy. W zamęcie krzyków i rżenia koni mieszkańcy uciekali w przeładowanych powozach. Ojciec niósł na ramieniu tobołek i ściskał dłoń Leyli aż do bólu, gdy chwiejnie schodzili ze wzgórza. Częste pożary doprowadzały do rozpaczy mieszkańców Stambułu. Za każdym razem w popiół obracały się tysiące mieszkań. W plątaninie uliczek i drewnianych domów tragedia była nieunikniona. Ofiary chroniły się na jakiś czas w meczetach, u krewnych lub przyjaciół. Gdy mijała pierwsza rozpacz i dezorientacja wynikająca z utraty znajomych przedmiotów, ludzie, nie mając innego wyjścia, musieli godzić się na swój los ze stoickim spokojem. Rodzina Leyli straciła wszystko w ciągu kilku godzin. Pół roku później jej ojciec kupił yali.

– Moja matka tego nie zniesie – lamentował Selim, krążąc po salonie.

– Ależ owszem, zniesie. Jest silniejsza, niż myślisz.

Prawo islamu nakazywało synowi opiekować się matką. Leyla chętnie na to przystawała, żałując jednakże, że teściowa nie jest cichą staruszką, która zadowala się chrupaniem słodyczy i hołubieniem wnuków. Żywotna Gülbahar Hanim rządziła otoczeniem, nie wychodząc poza bramę posiadłości, a Leyla, patrząc na nią, odnosiła czasem wrażenie, że sama ma sto lat. Teściowa siedziała na honorowym miejscu, przyjmowała gości, zezwalała lub nie na wykonanie tej czy innej pracy... Nikt, aż do dziś, nie pomyślał o tym, by ingerować w obowiązujące tradycje.

– Będzie tu mieszkał sam czy przyjedzie z rodziną? – zapytała lekko Leyla, wygładzając zagniecenia na żółtej, jedwabnej tunice.

– A skąd mogę wiedzieć? Nie mam dostępu do dokumentów francuskiego dowództwa!

– Obiło mi się o uszy, że oficerowie wprowadzają się do miasta z żonami i dziećmi.

Zamknięte w domach muzułmanki były świetnie poinformowane o tym, co się dzieje w mieście. Odwiedzały się, spotykały w hammamach, słuchały starych niań, plotkarek i wieszczek – zawsze chętnie podejmowano te biedne kobiety przy bogatych stołach. Czasem bywały świadkami historii miłosnych, równie romantycznych, jak bardzo źle widzianych. Znając najświeższe wiadomości, panie domu subtelnie wpływały na decyzje swoich mężów lub synów. Ich sekretna władza, podsycana wielowiekową konspiracją, odznaczała się niebezpieczną wręcz skutecznością.

– Jeśli ma dzieci, może zrozumie, jak trudno jest wyprowadzić się z domu w środku zimy – nalegała Leyla. – Wkrótce przyjedzie też Orhan, a on ma takie delikatne płuca. Nie, naprawdę... to byłoby nie do zniesienia.

Selim zapalił papierosa, a jego żona ucieszyła się w duchu na widok niezdecydowania malującego się na twarzy męża. Często w jego obecności miewała dziwne uczucie wyobcowania. Nie pomyślał o tym, by ją pocieszyć, gdy dowiedział się o zniknięciu Ahmeta. Rzadko zdarzały się chwile, w których Leyla czuła, że łączy ich porozumienie serc i umysłów. Mężczyźni używają nas tylko do osiągnięcia własnej przyjemności – skarżyła się jej kuzynka Zeynep z pewną pogardą. Czy można było nie przyznać jej racji? Czasem zdarzało się Leyli żałować, że z mężem łączyły ją tylko wydarzenia życia codziennego i stosunki intymne.

– Dom jest duży – powiedziała. – Trzydzieści pokoi. Dwa szczelnie oddzielone od siebie skrzydła. Może kapitan i jego żona zgodzą się zamieszkać w selamliku, a Orhan, wuj Mehmed i ty przeniesiecie się na naszą stronę?

W tym domu mieszkali rozmaici członkowie rodziny. Ich liczba zmieniała się zależnie od życiowych perypetii. Kuzynki czy stary, cierpiący na artretyzm wuj z Anatolii zjawiali się bez zapowiedzi. W okresie pokoju i dobrobytu takie wizyty były elementem radosnej harmonii panującej w domu. Jednak zapowiadane rekwizycje mogły położyć kres serdecznej gościnności Turków, już i tak ukróconej przez kilka lat wojny.

– Nie będę się poniżał i prosił ich o jakiekolwiek względy!

– Tutaj w grę wchodzi zdrowie twoich dzieci. Nie chodzi o żadne względy – to twój obowiązek jako ojca rodziny... A matka na pewno będzie ci wdzięczna.

Selim się odwrócił. Żona patrzyła na niego nieporuszona. Zawsze imponowała mu swą dumą. Leyla potrafiła godzinami czytać albo haftować, ale w przeciwieństwie do kobiet z rodziny, które rozsiadały się na kanapach, jej drobna sylwetka była zawsze wyprostowana, jakby gotowa do ucieczki. Łabędzia szyja i cienkie przeguby emanowały naturalną elegancją. Selim uwielbiał kontemplować prosty nos, krągłe policzki i pełne usta żony, słuchać jej głosu i śmiechu. Czasem zaskakiwała go żarliwość tej kobiety. Ruchy Leyli nie były powściągliwe jak u większości kobiet Orientu. Już w dniu ich ślubu poruszyła go żywiołowość młodej dziewczyny o ciemnych kędziorach z wplecionymi w nie srebrnymi nitkami. Patrzyła na niego mądrymi oczami z zadziwiającą pewnością siebie.

Podczas gdy kobiety z dzielnicy przychodziły podziwiać obwieszoną klejnotami pannę młodą w haftowanej sukni, Selim dostrzegł przysłaną do domu starą walizkę pełną książek. Jego siostry zaczytywały się we francuskich romansach, które wprawiały je w melancholijny nastrój, natomiast Leyla, pochodząca z rodziny oświeconych reformatorów, czytała książki filozoficzne i historyczne zarówno po niemiecku, jak i po francusku. Gdy została matką, zaczęła studiować amerykańskie prace na temat wychowania dzieci, co jej mężowi wydawało się bardzo niestosowne.

Ahmet przychodził na świat długo, poród był ciężki i trwał wiele godzin. Wezwano francuskiego lekarza, by ratował życie matki i dziecka. Selim poczuł się wstrząśnięty na myśl, że mógłby stracić żonę. Przeraziła go intensywność tego uczucia. Włóczył się po ogrodzie, pełen lęku i obaw. Nie był w stanie pozostać pod jednym dachem z cierpiącą żoną. Odkrył w sobie bezbronność, o której nie wiedział. Zastanawiał się, czy potrafiłby się pozbierać, gdyby Leyla zmarła. Jednak nigdy nie przyznał się przed nią do tego, co uznawał za słabość charakteru.

Leyla wbijała w niego podczernione oczy. Jak zwykle w obliczu jej wyjątkowego spokoju, zawierającego w sobie wielką siłę, Selim poczuł determinację i jak zwykle zmienił zdanie.

– Masz rację – powiedział wreszcie z uśmiechem. – Twój pomysł wydaje mi się świetny. Zobaczę, co się da zrobić.

Podszedł do niej, wziął ją za rękę i skłonił, by wstała. Sięgała mu do ramienia. Miał ochotę ją przytulić, ale nie zrobił tego. Wdychał tylko zapach żony i myślał o tym, że bardzo jej pragnie i że tak będzie zawsze.

– A Ahmet? – spytała zaniepokojona.

– Nie martw się. Mężczyźni potrzebują czasem wymknąć się spod oka kobiet – zażartował.

Leyla nie potrafiła ukryć zniecierpliwienia.

– Ahmet nie jest mężczyzną, Selimie. Jest dzieckiem.

GLOSARIUSZ

Aga: tytuł nadawany wyższemu urzędnikowi cywilnemu lub wojskowemu w dawnej Turcji, również starszym mężczyznom.

Alafranga: zachodnie maniery.

Angora: miasto w środkowej Anatolii, przemianowane na Ankarę, stolica Turcji od 29 października 1923 roku.

Bajram: trzydniowe święto kończące okres ramazanu (patrz niżej).

Bej: pan.

Calfa: byłe niewolnice, intendentki lub opiekunki nowicjuszek w cesarskim seraju bądź konaku (patrz niżej).

Czarczaf: długa szata z kwadratowego kawałka tkaniny, używana jako płaszcz.

Efendi: tytuł grzecznościowy.

Entari: długa, osmańska suknia z rozcięciem z przodu, szerokimi rękawami i dekoltem, często spięta paskiem.

Fatwa: decyzja lub dekret wydany przez specjalistę od prawa islamskiego.

Feradże: długi do kostek płaszcz z szerokimi rękawami.

Gavour: w imperium osmańskim przydomek nadawany nie-muzułmanom.

Hammam: łaźnia publiczna w Turcji.

Hanim albo Hanim Efendi: pani; wyraz szacunku.

Haremlik: skrzydło domu zarezerwowane dla kobiet.

Karagöz: turecki teatr cieni.

Konak: duży, drewniany dom w mieście.

Pasza: wysoki tytuł nadawany generałom i gubernatorom prowincji, w imperium osmańskim uznawany za zaszczytny.

Padyszach: tytuł sułtana.

Raki: tradycyjny alkohol aromatyzowany anyżem, najczęściej wytwarzany z winogron.

Ramazan: ramadan.

Saraili: kobiety z cesarskiego seraju, dawne niewolnice, zwykle pochodzenia czerkieskiego.

Selamlik: skrzydło domu zarezerwowane dla mężczyzn.

Tanzimat: epoka reform przeprowadzonych w imperium osmańskim w latach 1839–1876.

Temenah: gest pozdrowienia.

Yali: drewniany dom na brzegu Bosforu.

Zarf: kubek, zwykle srebrny, do którego wkłada się filiżankę z kawą.

PODZIĘKOWANIA

Proszę, żeby zechcieli przyjąć moje podziękowania następujący mieszkańcy Stambułu:

Pani Geneviève Perrin, która jako pierwsza poznała temat tej powieści, która dodawała mi otuchy i z którą przemierzałam stambulskie uliczki.

Pan Sébastien de Courtois.

Państwo Faruk Sarc, którzy kilkakrotnie i serdecznie mnie podejmowali.

Siostra Monique Harisboure ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Syjonu i pan Yann de Lansault, dyrektor liceum francuskiego Notre-Dame-de-Sion.

Pani Pinar Dost-Niygo, z Francuskiego Instytutu Badań nad Anatolią.

Księżna Hadelin de Liedekerke Beaufort.

Pan John Scott i pan Michel Hornsby.

Pani Alev Komili.

Pani Mihda Bilgisin, za serdeczną gościnę nad Bosforem.

Państwo Mehmet Iksel.

Pan Metin Fadillioğlu.

Pan Ahmet Sel.

Pan Ahmet Soysal, za cenne wskazówki.

Z całego serca dziękuję też paryżanom, którzy poświęcili mi swój czas i chętnie dzielili się ze mną swoimi wspomnieniami oraz entuzjazmem. Są to:

Pan Emmanuel Szurek, za to, że zatrzymał się przy moim stole w Bibliotece Narodowej.

Pani Aude de La Conté i pan Philippe Godoÿ.

Pani Ghislaine de Coulomme la Barthe i Jego Ekscelencja pan Gürcan Türkoğlu, ambasador Turcji przy UNESCO.

Pani Béatrice Jaulin i pan Alexandre Jevakhoff.

Panna Sybille d’Halloy, za jej przyjacielską obecność, również w Stambule.

Pan Jean-François Coulomb des Arts.

Pani François Bacot i księżna Henri de Montrichard.

Pani Nour Gorani Haggag.

Pani Alexis Corneille i pani Guilhem du Repaire.

Pan Hervé de Rocquigny, za wspomnienia o yali swojej babci, Pani Cosme, z domu Apikian, urodzonej w w Kanliçy, za wspomnienie o swoim wuju, kapitanie statku Robercie Cosme.

Pan Paul de Sinety.

Generał Bernard Thorette.

Pan Paul Révay, za wsparcie, jakiego udziela mi przy każdej z moich literackich przygód.

Dziękuję pani Juliette Joste z wydawnictwa Belfond za wysłuchanie.

A także pani Magali Brénon z tego samego wydawnictwa za jej uważne spojrzenie.

Chciałabym wreszcie podziękować panu Frédéricowi Lapeyre, księgarzowi z księgarni Tome 7 w Paryżu, oraz przy okazji wszystkim księgarzom, którzy wspierają mnie od dziesięciu lat.

OD AUTORKI

W pracy nad tą powieścią korzystałam z wielu cennych dzieł historyków, pamiętnikarzy i literatów. Wśród nich chciałabym wymienić szczególnie te książki, które kreślą portrety osmańskich i tureckich kobiet. Ich autorami są: Ikbal Elif Mahir, Halide Edip, Hester Donaldson Jenkins, Fanny Davis, Véra Dumesnil, Demetra Vaka, Marc Hélys, Leyla Hanim, Grace Ellison, Bernard Caporal, Marcelle Tynaire, Lucy Garnett, Nilüfer Göle.

Próbując opisać tamtą epokę, czerpałam inspirację z dzieł, których autorami są: Philip Mansel, Nul Bilge Criss, Giles Milton, a także Berthe Georges-Gaulis, Norbert de Bischoff, Jean-Paul Garnier, François Georgeon, Paul Dumont, Claude Farrère, Yakup Karaosmanoğlu, Irfan Orga, Jacques Fontelroye, Jean Deny, Paul Morand, Pierre Benoit, Ahmet Hamdi Tanpïnar, Roland Bareilles, Alan Duben i Cem Behar, Arnould de Liedekerke, Ayşe Kulin, Bernard Lewis, Pierre Nayral de Bourgon, H.G. Dwight, Edgar Pech, Justin McCarthy, Margaret MacMillan, Jean-François Solnon, Alaeddine Haïdar, Stéphane Yerasimos, oraz biografowie Mustafy Kemala Atatürka: Patrick Kinross, Andrew Mango, Jacques Benoist-Méchin i Georges Daniel.

Pragnąc poznać relacje pomiędzy Niemcami a imperium osmańskim, studiowałam prace następujących autorów: Michel Korinman, Ulrich Trumpener, Liman von Sanders, Hans Lührs, Christopher Sykes, Sean McMeekin, a także dzieła dotyczące Hattusy i archeologii autorstwa Andreasa Schachnera, Barry’ego Unswortha, Rainera Vollkommera.

Losy białych Rosjan na wygnaniu w Konstantynopolu poznałam dzięki autorom takim jak: Nicolas Ross, Jak Deleon, Essad Bej, Alexandre Jevakhoff.

Pierwszy z dwóch hetyckich sfinksów, przewiezionych do Berlina w czasie pierwszej wojny światowej, został oddany Turcji w 1924 roku, drugi w 2011.

Niniejsza powieść nie powstałaby, gdyby nie dzieła historyków, socjologów i pamiętnikarzy, a także wspomnienia i rady osób, które spotkałam w czasie swoich podróży. Choć opisane w niej okoliczności są prawdziwe, stworzone przeze mnie postacie ewoluują w sposób swobodny. Wszelkie błędy czy nieścisłości obciążają tylko autora.