Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski

Na dobre i bez złego? Jak rozpalić miłość w małżeństwie ebook

Michel Martin-Prével  

4 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 147

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Na dobre i bez złego? Jak rozpalić miłość w małżeństwie - Michel Martin-Prével

W każdym małżeństwie „pogoda bywa zmienna” i okresy pełnej harmonii przeplatają się z trudnymi chwilami. Kłopot pojawia się wtedy, gdy do codziennego życia coraz śmielej wkrada się rozdrażnienie, niezrozumienie, dystans i czujemy, że szala zaczyna przechylać się na złą stronę. Autor podpowiada, jak przezwyciężyć kryzys i sprawić, by wspólne życie dawało satysfakcję i radość. Pomaga skonfliktowanym małżonkom nawiązać dialog, odnaleźć to, co ich pierwotnie łączyło, i pielęgnować codzienną intymność. Pokazuje, jak twórczo podejść do różnic i pokochać „niezgodność charakterów”. Wreszcie – dzieli się głębokim przekonaniem, że związek można odbudować, a miłość rozpalić na nowo.

Opinie o ebooku Na dobre i bez złego? Jak rozpalić miłość w małżeństwie - Michel Martin-Prével

Fragment ebooka Na dobre i bez złego? Jak rozpalić miłość w małżeństwie - Michel Martin-Prével

Tytuł oryginału

Quand l’amour cherche à renaître. Dans le couple

© EDITIONS DES BEATITUDES, S.O.C., 2017

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2018

Redaktor prowadzący

Lidia Kozłowska

Redakcja

Paulina Jeske-Choińska

Korekta

Agnieszka Czapczyk, Paulina Jeske-Choińska

Projekt okładki do serii

Radosław Krawczyk

Redakcja techniczna i opracowanie okładki

Justyna Nowaczyk

Fotografia na okładce

Pixabay.com

ISBN 978-83-7906-205-8

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I, 2018

ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62, faks 61 850 17 82

www.wdrodze.pl sprzedaz@wdrodze.pl

Wprowadzenie

Gdy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: „Nie mają wina” (…) „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.

(J 2,3–5)1

W każdym małżeństwie „pogoda bywa zmienna” i, co zupełnie normalne, okresy pełnej harmonii przeplatają się z trudnymi chwilami. Daje się odczuć brak wina. Niepostrzeżenie z upływem czasu utrwalają się złe przyzwyczajenia, w dialogu pojawia się dystans, rozdrażnienie, niezrozumienie. Żywsze kłótnie wybuchają z powodu chwilowego zmęczenia albo wydarzenia odsłaniającego głęboki brak, który uwił sobie gniazdo w małżeńskim łożu. Wychodzą na jaw rozczarowania, stopniowo górę bierze utrata szacunku wobec współmałżonka. Wtedy w sposób naturalny pojawiają się nowe obiekty zainteresowania. Niekiedy wszystko przekształca się w permanentny czyściec, pociągając za sobą cierpienie zarówno małżonków, jak i dzieci, które, jak to się często mówi, wszystko czują.

Są też klasyczne kryzysy. Po pierwszym, który wynika z faktu, że młodzi małżonkowie „muszą nauczyć się pogodzić różnice”2, przychodzi kolejny, związany z pojawieniem się dzieci, potem z okresem ich dojrzewania, wreszcie następuje kryzys pustego gniazda i starość. Są też kryzysy głębsze, wynikające z wewnętrznych zmian osobowościowych, jak kryzys wieku średniego, albo z odnawiania się starych ran z dzieciństwa, które odbijają się na małżeństwie.

Kiedy dzieci opuszczą już rodzinne gniazdo, małżonkowie, zwykle około sześćdziesiątki, a więc w „trzecim wieku”, stają naprzeciwko siebie w sytuacji granicznej: muszą przejść od funkcjonowania w licznej rodzinie do życia we dwoje, a nie czują już porywów pierwszej miłości. Odejście dzieci z domu odsłania jakość więzi rodzinnych i albo uwydatnia wzajemną bliskość małżonków, albo przyspiesza ich oddalanie się od siebie. Trzeba wtedy ponownie uczyć się życia razem, we dwoje, bez pośredników, niekiedy z utrwalonymi przez rutynę przyzwyczajeniami, problemami zdrowotnymi, niepokojami co do przyszłości dorosłych dzieci.

Potrzeba wielkiej odwagi i jasności umysłu, aby wobec tych komplikacji rozważać odbudowę życia małżeńskiego i rodzinnego; droga wydaje się ogromnie trudna.

Wchodźcie przez ciasną bramę, bo szeroka jest brama i przestronna droga, która prowadzi do zguby, i liczni są ci, którzy tędy wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, i jakże nieliczni są ci, którzy ją znajdują! (Mt 7,13–14)

Pojawia się wtedy pokusa łatwego rozwiązania: lekarstwem na wszystko ma stać się separacja. Wielu ludzi obiera dziś drogę pozornie szeroką i łatwą: rozwód. A tymczasem jego konsekwencje uśmiercają dotychczasowe życie, przynosząc dojmujące poczucie klęski, cierpienie dzieci, rozpad rodziny i tkanki społecznej wokół niej: teściów, przyjaciół, jak również komplikacje finansowe i materialne.

Prawdziwa praca rozeznania przyczyn trudności, ułożenie ich w porządku ważności, powrót do wydarzeń bolesnych będą niełatwe, zwłaszcza jeżeli małżonkowie mają zamiar dokonać tej analizy samodzielnie. A jednak jest to jedyna droga, wprawdzie wąska, ale pewna, prowadząca do życia. Pokonamy ją lepiej i łatwiej, jeżeli osoba postronna, nazywana doradcą małżeńskim, ściśle neutralna i dyskretna, pomoże małżonkom znaleźć ich własne rozwiązania, działając wobec każdego z nich jak lustro i pozwalając dotrzeć do istoty problemu. Taka osoba z zewnątrz, psycholog, ksiądz lub ktoś z doświadczeniem, potrafi pomóc małżonkom rozmawiać z sobą, wybaczyć sobie i otrzymać od Pana, który ich niegdyś złączył, łaskę odnowy życia małżeńskiego.

Skoro dziś na Zachodzie rozwodzi się połowa par małżeńskich, a spośród tych, które jeszcze są razem, ponad połowa znosi wspólne życie z rezygnacją – oznacza to, że tylko 20% potrafi na dłuższą metę pielęgnować swoje szczęście. Jak to się zatem dzieje, że niektórym się ta sztuka udaje, choć życie we dwoje jest dalekie od modelu wielkiej spokojnej rzeki? Na czym polega ich sekret, tym bardziej że coraz wyższa średnia życia przedłuża dziś do ponad pięćdziesięciu lat trwanie małżeństwa? Takie pary przeszły przez próby i nieporozumienia, stosując, jak się wydaje, następujące zasady: oboje potrafią spokojnie mówić o swoich potrzebach, znajdują czas na rozmowę ze sobą, rezygnują z prób wpływania na współmałżonka za pomocą nakazów, umieją przyznać sobie nawzajem uzasadnioną autonomię, regularnie sobie wybaczają i dbają o zapewnienie sobie momentów intymności w życiu prywatnym.

Są szczęśliwi mimo nieporozumień, które traktują jako drugorzędne. Każdy przebyty kryzys wzmacnia ich związek. Rozwody nie oszczędzają małżeństw katolickich, ale są wśród nich rzadsze (tylko 17% zamiast 45% w całości populacji francuskiej). Natomiast wśród małżeństw regularnie praktykujących, które codziennie modlą się razem, odbywają rekolekcje i zachowały wiarę, procent rozwodów jest bardzo niewielki. Oznacza to, że sposoby przeciwdziałania, skuteczne i poważne, istnieją. Coraz częściej szuka się ich po stronie propozycji przedstawianych przez chrześcijan. Papież Franciszek przypomina, że „szczególnie pilna wydaje się posługa wobec tych osób, których małżeństwo się rozpadło”3.

Jeżeli porozumienie w małżeństwie staje się trudne, a sens dalszego trwania związku wydaje się coraz bardziej problematyczny, trzeba zdecydować się na rozmowę we dwoje, aby rozwiązać kryzys i wrócić do źródeł. Przyrzeczenie małżeńskie musi znowu odnaleźć właściwy sens, trzeba wyartykułować i przebaczyć sobie wzajemne zranienia, a nasza miłość powinna odnaleźć nową dynamikę. Zanim zaczniemy myśleć o separacji, pomyślmy najpierw o powrocie do podstaw tego, co jednoczy.

W tej książce będziemy w sposób realistyczny, integralny i uporządkowany rozważać różne etapy niezbędne małżeństwu w procesie jego rekonstrukcji. Schemat 1 pokazuje przebieg rekonstrukcji pary małżeńskiej.

Podobnie jak droga zbawienia prowadziła od stworzenia do upadku, a potem do zbawienia, tak i małżeństwo przeżywa swój szczęśliwy okres budowy, relację bardzo ludzką, na którą składa się łatwość komunikacji, stopniowe poznawanie drugiego człowieka, aby stworzyć JEDNO i delektować się harmonią spotkania. Ale stwierdzenie, że jest nas DWOJE, dwie różne osoby, co potwierdzają zakłócające wzajemną relację nieporozumienia, prowadzi do zaakceptowania drugiego człowieka jako różnego ode mnie i niedającego się do mnie sprowadzić. Prawda wiele zyskuje na tej grze kryzysów i pojednań.

DROGA

ŚRODKI

CELE

Stworzenie

z Ojcem

Komunikacja

StanowićJEDNO

Moje oczekiwania

To, co wiem o innym

Dialog

Znajomość innego

Pozwolić się kochać

Znaleźć PRAWDĘ

Zbawienie

z Synem

Przebaczenie

PozostaćDWOJGIEM

Rany osobiste

Konflikty

Nadzieja na przebaczenie

Akceptacja innego

Znaleźć drogę do innego

Odnaleźć POKÓJ

Zmartwychwstanie

z Duchem Świętym

Intymność

Stać sięTROJGIEM

Życie wiary

Życie uczuciowe

Projekt rodzinny

Nowa miłość innego

Spotkać Boga

Znaleźć JEDNOŚĆ

Schemat 1: Program drogi

„Trzeci wiek” pary małżeńskiej jest okresem zmartwychwstania: powtarzamy nasze „tak” drugiemu człowiekowi, odnajdujemy nowy rodzaj intymności we TROJE, umieszczając Innego, Pana, w centrum naszego małżeństwa. Z pełnym szacunkiem dla każdej z osób budujemy jedność taką, jak przeżywana w relacjach wewnętrznych Trójcy (szacunek dla różnic i jedność woli).

Zrekonstruować siebie to zawsze poznać się lepiej, aby bardziej kochać siebie samego i umieć kochać innego. Czasownik „poznać” ma w Biblii znaczenie „kochać” i określa nie tylko akt seksualny.

Aby się poznać, trzeba się porozumiewać. Znajomość drugiego człowieka wymaga nawiązania z nim kontaktu. Ale jak się z sobą kontaktujemy? Dokonaliśmy ogromnego postępu w zakresie środków technicznych: esemesy, maile, wszelkiego rodzaju telefony, Skype…, a mimo to niedostatki naszej komunikacji są bardzo liczne. Dobra komunikacja wymaga przejrzystości, życzliwości i umiejętności słuchania. Te warunki są niezbędne, żeby wyrazić siebie poprzez swoje potrzeby i najgłębsze aspiracje, ale także usłyszeć innego i wszystko to, co nosi w sobie. Te same warunki musimy także spełnić, aby przyjąć do wiadomości nasze zranienia i ponownie odczytać je w duchu miłosierdzia.

To kolejna próba stworzenia JEDNEGO z DWÓCH. Do tego dochodzi zjednoczenie w Bogu, budowanie uczuciowej i duchowej liturgii, aby stworzyć związek we TROJE.

Gdy decydujemy się pracować nad pojednaniem, zaczynamy od lęku i troski, jak przed jakimś złem, chorobą, operacją chirurgiczną. Jezus jest stale z nami na tej drodze!

Życie małżeńskie biblijnych par (Adam i Ewa, Abraham i Sara, Mojżesz i Sefora, Dawid i Batszeba, Ozeasz i jego niewierna żona, Tobiasz i Sara, Zachariasz i Elżbieta, Józef i Maria…) było bardzo burzliwe albo pełne prób, a Bóg wydatnie je wszystkie wspomagał. Dawid jest dobrym przykładem człowieka, który wprawdzie łatwo ulegał namiętnościom, ale potrafił zdobyć się na determinację w okazaniu skruchy i zadośćuczynienie.

Miłość jest tak krucha, jak życie, jak wino, które może zmienić się w ocet! „Nie mają wina”… (J 2,3).

Proszę, nowe wino czeka w kadziach, w obfitości. Chodźcie z nich czerpać!

Pytania, które należy sobie postawić

Czy czuję, że sprawa mnie dotyczy, jako jednego z pary przeżywającej trudności, utratę sensu?

Czy doświadczyłem tych symptomów i czy rozpoznałem się w wielu opisach?

Czy jestem świadomy, że nie poradzę sobie z tym o własnych siłach, bo czuję się bezsilny i jestem pewny, że to zależy także od mojego współmałżonka?

Czyżbym się pomylił?

Tym, co prawdopodobnie fałszuje w życiu wszystko, jest przekonanie, że mówimy prawdę, ponieważ mówimy to, co myślimy.

Sacha Guitry

Każdy człowiek ma trzy charaktery: ten, który ma, ten, który pokazuje, i ten, który uważa, że ma.

Alphonse Karr

Cechą charakterystyczną miłości jest to, że zmuszona jest wierzyć pod groźbą osłabienia.

André Gide

Wątpliwości są dopuszczalne zawsze. Zresztą prowadzą one niekiedy do wzmocnienia wiary w drugiego człowieka, pod warunkiem że potrafimy pozostać otwarci na wszystkie możliwe rozwiązania. Jeżeli obiekcje dotyczą przyczyny powstania i celu istnienia związku, są groźne, natomiast jeżeli prowadzą do zmiany sposobu i warunków funkcjonowania w życiu małżeńskim – są naturalne. Zacznijmy zatem od postawienia sobie dobrych pytań o podstawy naszego porozumienia, zamiast roztrząsać motywy nieporozumienia.

Czy moje aspiracje osobiste są zaspokojone?

Co myślę o moim związku? Jaka jest prawdziwa stawka naszego wspólnego życia? Czy nasze małżeństwo jest wyłącznie poszukiwaniem ochrony dla mnie lub dla drugiego małżonka, czy służy jedynie zaspokojeniu naszego pociągu fizycznego? Czy jest środkiem do celu, czy celem samo w sobie? Co chcemy przeżyć? Wątpliwości są rzeczą normalną, od czasu do czasu trzeba je formułować. Są oznaką, że powinniśmy od nowa zastanowić się nad podstawą naszego wzajemnego przywiązania. Przynajmniej połowa rozwodów, które widzimy wokół nas, przypomina o tym, że miłość nie jest podtrzymywana automatycznie – przez kogo zresztą miałaby być podtrzymywana? – ale że wymaga pracy. Rzeczywistość jest taka, że pomimo przeciwności, mimo różnych czynników, które poważnie zagrażają małżeńskiej wierności, połowa par małżeńskich nadal trzyma się doskonale. Inne dane statystyczne pozwalają stwierdzić, że trzech czwartych rozwodów można by uniknąć, ich przyczyny opierają się bowiem w znacznym stopniu na przedwczesnej rezygnacji z prób utrzymania związku, chyba że chodzi o jakiś proces, impuls medialny i prawny, który zaskakuje samych zainteresowanych. Gdy ustanie zamęt związany z przeprowadzeniem procedury prawnej rozwodu, rozwiedzeni sami bywają zaskoczeni tym, że pozwolili na doprowadzenie do końca separacji, której wszystkich konsekwencji psychologicznych, finansowych, rodzinnych i duchowych wcześniej nie byli w stanie ocenić.

Trzy czwarte rozwodów orzeka się teraz na żądanie kobiet, które są w dzisiejszych czasach bardziej niezależne i mogą rozważać życie samodzielne. Przede wszystkim jednak są często bardziej świadome pogorszenia się relacji w swoim związku i trzeźwo oceniają przyczyny i skutki wywołane jego złym funkcjonowaniem. Czy ta ich pewność jest wystarczającym usprawiedliwieniem dla rozstania?

Zbyt często zaniedbujemy mówienie o swoich potrzebach i regularne ich formułowanie. Niesłusznie sądzimy, że po tylu wspólnie przeżytych latach drugi człowiek zna je bardzo dobrze. Tymczasem w naszym życiu następuje tak wiele zmian, ulegamy tylu najróżniejszym emocjom! Powinniśmy zakładać, że o naszych potrzebach będziemy musieli mówić przez całe życie.

Dobrze jest przy tym umieć odróżniać obiektywne potrzeby, zarówno fizyczne, emocjonalne, relacyjne, jak i intelektualne, duchowe, od pragnień, bardziej subiektywnych i często ambiwalentnych, niemających jeszcze dobrze zdefiniowanego kształtu, które mogą wyrażać albo bardzo wysokie aspiracje, albo tendencje grzeszne czy podejrzane.

Bardzo dobrze, jeżeli potrafimy określić potrzeby realne, naprawdę konieczne, wyrażone i potwierdzone przez doświadczenie, i odróżnić je od przelotnych pragnień lub niewłaściwie zidentyfikowanych pokus. Analiza tego rodzaju może zostać dokonana wspólnie przez oboje małżonków albo przez każde z nich oddzielnie, bądź też z pomocą osoby trzeciej. Rozmowa na ten temat stanowi już podstawę dobrego dialogu, bo utrudnia koncentrowanie się na gwałtownych narzekaniach pod adresem drugiego współmałżonka. Pozwala za to zwrócić uwagę na siebie, poznać siebie lepiej, docenić swoje najbardziej szlachetne aspiracje.

Kim jestem?

Jaki więc jest Boży plan wobec mojej osoby? Streszcza się on w pragnieniu, abym kochał i był kochany. Jest prawdą, że przygoda małżeńska ściśle wiąże się z tym podwójnym powołaniem: kochać drugiego człowieka i czuć się kochanym. W naszych czasach upatrujemy szczęścia w miłości. W innych epokach wiązało się ono z honorem, sprawiedliwością, darem z siebie. Dzisiaj, mimo nieco zbyt dużego udziału pierwiastka emocjonalnego, szczęście w miłości kojarzy się zawsze z wzajemnością: chcemy kochać, aby być kochanym, albo być kochanym, aby kochać. Jest oczywiste, że potrzebujemy miłości, ale zdarza się, że większym szczęściem jest kochać niż być kochanym. „Szczęście polega bardziej na dawaniu niż na braniu” (Dz 20,35). Nawet jeżeli to musi więcej kosztować!

Stwierdzono przy tym, że jeżeli nie potrafimy kochać siebie samych, trudno nam kochać innego człowieka. Nasze dorastanie do wieku dojrzałego przebiega według znanego schematu: jako małe dziecko jesteśmy kochani, jako nastolatki przeżywamy stadium gorączkowych poszukiwań, jak kochać samego siebie, aby wreszcie odkryć radość kochania drugiego człowieka. Toteż szacunek dla siebie jest etapem koniecznym, aby uwolnić się z miłosnej zależności i spełnić jako osoba ludzka, składając dar z samego siebie, nazywany miłością altruistyczną. Potrafimy tym pełniej kochać drugiego człowieka, im bardziej czujemy się zdolni do kochania siebie samych. Nie ma to nic wspólnego z egoizmem, poszukiwaniem siebie dla siebie ani też z brakiem względów dla siebie, aby lepiej służyć innemu.

Przeżywanie miłości rodzicielskiej jako daru z siebie jest oczywiście łatwiejsze, bo uczucie dla dziecka jako owocu własnego łona jest bardziej naturalne i spontaniczne. Natomiast w małżeństwie traktowanie miłości jako daru jest większym wyzwaniem, kształtuje się z pewnym trudem i wymaga dodatkowego wysiłku.

Na początku, podczas pierwszych spotkań, odnosi się wrażenie tak upragnionej, bo wpisanej w ludzkie ciało, komplementarności, nienasycone pragnienie związku z płcią przeciwną. Odczuwamy pragnienie rozpoznania w innym istoty podobnej sobie: „Ta wreszcie jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała” (Rdz 2,23), poznania drugiego człowieka w biblijnym znaczeniu tego terminu, narodzenia się dla drugiego, przez drugiego i w drugim. Chcemy być dla niego kimś znaczącym, być kochanym, aby także on stał się kimś dla siebie, kochać go dla jego dobra. Miłość od pierwszego wejrzenia może wynikać z uczucia zachwytu: „nareszcie jest!”. On albo ona jest jak ja! Czy to podobieństwo, które oczekuje na rozwinięcie, czy kontrast, który trzeba zharmonizować? Nieświadomość funkcjonuje w oparciu o pozycję, w jakiej znajdowaliśmy się w stosunku do ojca i matki, o podobieństwo albo przeciwieństwo, w obydwu przypadkach w odniesieniu do rodziców, którzy nas wychowywali. Niektórzy utrzymują, że „ten, kogo poszukujemy, to ktoś o rysach charakteru dominujących u osoby, która nas wychowywała… Zakochaliście się, bo wasz stary umysł pomylił waszą partnerkę z waszymi rodzicami”4. Czy zawierając małżeństwo, dążymy do tego, aby uleczyć stare rany dzieciństwa albo usunąć wpływ otoczenia z tego okresu? Czy chodzi przy tym o odnalezienie Edenu, odtworzenie pierwotnego poczucia pełnej jedności niemowlęcia z matką, uproszczony obraz wszechświata? Popęd przywiązania, stereotyp naszej zdolności do komunikowania się z samym Bogiem, opisana przez św. Augustyna ludzka zdolność do uczestniczenia w Boskiej naturze capax dei5, otwarta na Boga, kieruje nas ku niezbędnej odmienności, bo „nie jest dobrze, by człowiek był sam” (Rdz 2,18).

Doświadczenie miłości

Miłość przynosi człowiekowi trzy doświadczenia. Najpierw samotność: wobec potrzeby wspólnoty tkwiącej w człowieku, który jest istotą społeczną, relacyjną, rani ona mocno jego uczuciowość. Następnie wrażliwość, właściwą człowiekowi – jedynej istocie żywej, której rozwój trwa tak długo: powoduje ona nieuniknione błędy wzrostu i zranienia ze strony własnego środowiska rodzinnego, które budzą silną potrzebę współczucia, otoczenia opieką. Człowiek staje też wobec rozpoznania nagości, z czego wynika ten rodzaj wstydu, który Adam odkrywa w swojej upadłej naturze i wyraża następująco: „Zląkłem się, gdyż jestem nagi, i ukryłem się” (Rdz 3,10). Wreszcie doświadczenie słabości, rozumianej jako słabość moralna polegająca na zbyt częstym powtarzaniu tego samego grzechu. Przynosi to rozczarowanie zarówno wobec drugiego człowieka, jak i wobec siebie, i powoduje, że wołamy z prośbą o odkupienie: „Boże, bądź miłosierny dla mnie grzesznego” (Łk 18,13).

W tych trzech doświadczeniach wykorzystujemy swoje trzy fundamentalne zdolności. Po pierwsze – inteligencję, która tak skutecznie współdziała przy poznawaniu innego człowieka i samego siebie; posługuje się rozumem i wiarą, dwoma skrzydłami poznania, niekiedy zaburzanymi przez pamięć i wyobraźnię. Po drugie – wolę, prawdziwy napęd miłości i czynnik jej wrastania, który może wprawdzie osłabnąć, ale nie znika nigdy. Wreszcie uczuciowość, tak bogatą, a jednocześnie tak kruchą, siedzibę przyjemności, radości, uczuć szczęścia, ale także ich przeciwieństw: smutku, gniewu, cierpienia. Miłość odwołuje się głównie do uczuciowości, ale jej odgałęzienia obejmują także inteligencję i wolę, bo zaczyna się od poznania rozumowego i jest napędzana przez wolę!

Schemat 2: Wzrastanie miłości

Schemat 2 przedstawia proces wzrastania miłości, jej historię, od momentu zaręczyn przez całe życie małżeństwa. Wiara w drugiego człowieka i rozum współdziałały, inicjując poznanie go w prawdzie. Miłość rodzi się w ten sposób z pogłębiającego się stopniowo poznania; jego narzędziem jest inteligencja, która rozpoznaje, wyobraża sobie, przypomina, i wola, która popycha do działania. Toteż miłość przejawia się w postaci czułości, fizycznej i duchowej, w formie służenia drugiemu człowiekowi, co stanowi jej normalny wyraz, oraz jako zdolność przebaczania albo miłosierdzie, które tak dobrze leczą jej słabości. Te trzy efekty miłości: czułość, gotowość do służenia i przebaczenie, są miarą miłości zrównoważonej i żywej, rzeczywis-tej i płodnej. Kiedy jednej z tych trzech cech brakuje, można powiedzieć, że dzieje się coś niebezpiecznego, co trzeba szybko poprawić.

Małżeństwo z miłości nie jest magicznym błogosławieństwem, moralną rękojmią, ale nadzieją, którą trzeba nieustannie zasilać, szkołą miłości. Oczywiście nie zostaliśmy stworzeni jedno dla drugiego, ale po to, abyśmy jedno dzięki drugiemu stawali się lepsi. Czy drugi człowiek jest w moim życiu celem, czy też środkiem, aby nauczyć się kochać miłością wieczną, boską agape, w której tak długo trzeba się szkolić? Odpowiedź, jaką dał swojej żonie Bismarck, jest dobrze znana:

– Madame, musi pani wiedzieć, że poślubiłem panią nie dlatego, że ją kochałem, ale po to, żeby panią kochać!

Wzrastanie pary małżeńskiej