Na dnie duszy - Anna Sakowicz - ebook + audiobook + książka

Na dnie duszy ebook i audiobook

Anna Sakowicz

4,2

Opis

Rozalia, Donata i Inga.

Trzy pokolenia kobiet żyjących w różnych czasach. Mają swoje rodziny, domy, codzienność. Każda z nich ma też swoje emocje, pragnienia, radości… Kiedy ich marzenia zderzają się z rzeczywistością, myślą, że tak musi być, że takie jest życie, że jest to, co jest.

Jednak z biegiem lat zauważają, że jest o wiele więcej. To, co naprawdę ważne, jest głęboko ukryte na dnie każdej duszy… Często zostaje tam na zawsze. A czasem trzeba je znaleźć i wydobyć za wszelką cenę i ze wszystkich sił. Nieważne bowiem, ile błędów popełniliśmy, ale że wciąż chcemy je naprawiać.

Pozornie zwyczajna historia, jakich wiele, a jednocześnie pełna niespodziewanych zwrotów akcji, dawnych tajemnic i zaskakujących wyborów.

Ta intrygująca opowieść pochłonie cię bez reszty i zadziwi niejeden raz! Bo dla każdego ta sama przeszłość wygląda inaczej…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 400

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 59 min

Lektor: Anna Sakowicz

Oceny
4,2 (66 ocen)
33
20
10
2
1

Popularność




To nonsens mówi rozsądek To jest, to co jest mówi miłość

(Erich Fried

Copyright for Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright for text © 2018 Anna Sakowicz

Edipresse Polska SA, ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73)

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Korekta: Edytorial.com.pl Izabela Jesiołowska, Grażyna Kompowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Zdjęcie na okładce: Nina Buday/Shutterstock, Wojciech Lisiński/Shutterstock

Skład: Perpetuum

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

e-mail: [email protected]

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN: 978-83-8117-466-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

WSPÓŁCZESNOŚĆ

Siedziała na stromym brzegu stawu, zapierając nogi o skąpe kępy traw. Widziała przed sobą daleko, za starymi lipami fragmenty zniszczonych zabudowań. Kilka miesięcy temu spłonęło gospodarstwo agroturystyczne. Chodziły plotki, że ktoś je podpalił. Różnie ludzie gadali. Jedni, że o długi poszło, drudzy, że konkurencja postanowiła oczyścić sobie rynek. Żadna z tych plotek pewnie niewiele miała wspólnego z rzeczywistością, bo śledztwo wykazało awarię instalacji. Ludzie jednak lubili sensacje, więc wymyślali atrakcyjniejsze wersje zdarzeń.

Jej wzrok przykuła duża niebieska ważka, która postanowiła przysiąść na jej największym palcu z siniakiem na paznokciu jako pamiątce po przypadkowym kopnięciu kamienia. Znieruchomiała, by nie spłoszyć owada. Przyglądała się jego kunsztownie zaprojektowanym skrzydełkom. Odruchowo złożyła dłonie jak do modlitwy. Spojrzała w niebo. Tylko ta bezkresna pustka rozciągająca się gdzieś daleko od chmur po jej serce dawała spokój. Potrzebowała odetchnąć.

Była zmęczona liczeniem i dodawaniem cyferek. Musiała pooddychać świeżym powietrzem. A to miejsce uwielbiała od dziecka. Niewiele się nad wodą zmieniło. Urosły drzewa i krzewy. Wydawało się jej, że oczko wody się trochę zmniejszyło, a w tle wyrosło sporo nowych domów. Teraz straszyło to nadpalone gospodarstwo, ale na pewno właściciele je odbudują i wszystko wróci do normy.

Poruszyła palcem. Ważka wzbiła się w powietrze, ale nie odleciała daleko. Usiadła na kamieniu i spoglądała na Ingę, jakby zastanawiała się, czego szuka tu ten człowiek. A człowiek siedział ze złożonymi dłońmi i mówił, nie otwierając ust. Niemy szept leciał w niebo jak niebieski owad, przysiadając od czasu do czasu na drzewach.

– Inga! – Usłyszała krzyk męża. Odwróciła się w kierunku, z którego dobiegał głos. Przymrużyła oczy, bo pod słońce trudno było dostrzec cokolwiek. Sylwetka mężczyzny zamajaczyła w oddali. – Inga! Twoja matka dzwoniła! Znów nie wzięłaś telefonu!

Ciężko wstała i machnęła do Karola, by wiedział, że go usłyszała. Powoli szła w jego kierunku. Trawa była już nagrzana od słońca. Miło pieściła bose stopy. Nigdy nad wodę nie zabierała ze sobą telefonu. Nie chciała, by ktoś zakłócał ten czas niepotrzebnymi rozmowami.

– Co tak wrzeszczysz? – spytała. – Stało się coś? – Spojrzała na niego uważniej. Coś w jego oku błysnęło. Od razu szybciej zabiło jej serce.

– Babcia – powiedział cicho. – Twoja babcia… zmarła.

Na chwilę jakby zatrzymał się czas. Inga próbowała analizować znaczenie wypowiedzianych przez męża słów. Babcia Rozalia? Nie była z nią zbyt emocjonalnie związana, a jednak coś boleśnie zakłuło w sercu. Tak niedawno jeszcze wydawało się, że jest nieśmiertelna. Chciała dożyć dziewięćdziesięciu pięciu lat. Wszyscy mieli pewność, że się jej uda. W całej rodzinie nie było nikogo tak skupionego na sobie jak ona. Inga zamyśliła się. We wspomnieniach pojawiły się obrazy babci próbującej wtrącać się we wszystko. Podobno nawet kiedy po ślubie córki wyprowadziła się pod Szczecin, to i tak starała się trzymać rękę na pulsie i kontrolować sytuację w rodzinie. Być może życie ją tak zahartowało, a może po prostu taka była.

– A jak mama? – spytała po chwili. – Płakała?

– Pociągała nosem – odparł. – Ale pewnie nikomu tak bardzo nie ulżyło, jak jej, choć to okrutne, co mówię. Cokolwiek by nie zrobiła, to jednak urodziła ją i wychowała. Rodzic to rodzic – dodał ze smutkiem w głosie.

– I pewnie nie zdążyły się pogodzić – westchnęła Inga. – Myślałam, że może pod koniec życia wybaczą sobie przeszłość.

– Chyba musiałoby piekło zamarznąć, żeby się pojednały. – Uśmiechnął się i przytulił żonę. – Chodź do domu.

Poszli w kierunku obejścia. Do nóg Ingi podbiegł kot i otarł się o jej łydki. Kobieta jednak zignorowała zwierzę i weszła do domu. Drzwi skrzypnęły, kiedy je za sobą zamykała. Potem usiadła na krześle przy stole i podparła głowę rękoma. Karol nic nie mówił. Włączył ekspres i po chwili dwie filiżanki napełniły się kawą. Miły aromat połechtał nos.

– Kiedy pogrzeb? – spytała, gdy mąż postawił przed nią kawę. – Mówiła mama?

– W czwartek – odparł i usiadł naprzeciwko. – Pojedziemy chyba w środę, co?

– Tak. – Zamyśliła się. Dziwnie będzie nocować w mieszkaniu babci, kiedy jej już tam nie ma. Puste ściany. Mama z tatą są tam od kilku dni. Pojechali od razu, gdy dowiedzieli się, że seniorce się pogorszyło. Może jednak zdążyły pomówić o przeszłości i sobie wybaczyły?

Inga nie przepadała za babką. Już w dzieciństwie trudno było jej złapać z nią kontakt. Zawsze była oschła dla wnuków. Sadzała ją i jej młodszego brata Pawła na wersalce i kazała modlić się dwa razy dziennie. Przepytywała z formułek. Potem zabierała dzieci do kościoła. Ustawiała w kolejce po amerykańskie dary. A każda wizyta z rodzicami kończyła się jedną wielką awanturą i pakowaniem walizek w popłochu i nerwach. Wzdrygnęła się na to wspomnienie.

Wreszcie spokój, pomyślała. Może mama też stanie się przez to inna? Inga nie znała żadnej innej matki ani córki, które tak bardzo by się nie lubiły. Niby wiedziała, że przeszłość miały trudną, ale i tak nie potrafiła tego usprawiedliwić.

– Ewa jeszcze nie wie – powiedział Karol, przerywając jej wspomnienia. – Powinna zaraz być. – Spojrzał na zegarek. Córka za chwilę skończy lekcje. Pół godziny zajmie jej dojazd do domu.

– Dziwne – westchnęła Inga. – Nawet nie chce mi się płakać.

– Pewnie oswoiłaś się z tą myślą. Osiemdziesiąt osiem lat to jednak taki wiek, że śmierci można się spodziewać każdego dnia. Sporo przeżyła. A już od dwóch lat ciągle powtarzała, że idzie na tamten świat.

– Ile dobrych rzeczy zrobiła? – spytała, choć nie oczekiwała odpowiedzi.

Karol doskonale znał babcię Ingi. Nigdy nie przepadał za tą kobietą, choć musiał przyznać, że ona zawsze miała specyficzny stosunek do mężczyzn. Można by rzec – poddańczy. Wychowana została w patriarchacie, nauczona bezwzględnego posłuszeństwa, wiedziała, że przed mężczyzną trzeba trzymać nisko głowę, a mimo wszystko zawsze stawiała na swoim i potrafiła tak sobie go owinąć wokół palca, że nie zauważał, kiedy stery wypadały mu z rąk. Wkurzała go ta pozorna uległość, bo nieraz słyszał, jaka potrafiła być okrutna wobec własnej córki i wnuczki, ale one przecież były dziewuchami, jak zawsze mawiała, a dziewuchom nie należy się szacunek. Dziewucha jest do roboty i usługiwania.

***

Minęli tablicę z napisem „Stargard”. Zawsze był to Stargard Szczeciński, a teraz dziwnie wyglądała ta jednowyrazowa nazwa. Inga pomyślała, że jest jakby kaleka albo opuszczona. Nie wiedziała nawet, kiedy to zmieniono. Dla niej pewnie i tak pozostanie na zawsze po staremu. Zbyt mocno wryło się w pamięć. Zresztą nie przypuszczała, żeby przyjeżdżała tutaj po pogrzebie babki. Może od czasu do czasu na cmentarz, bo Rozalia po śmierci swojego męża powtarzała, że chce spocząć u jego boku. Nie było tu żadnej rodziny, a przyjaciele z dzieciństwa dawno temu rozjechali się po Polsce. Zupełnie obce miasto, kojarzące się jedynie z bardzo różnymi wspomnieniami z przeszłości.

Inga pamiętała kościoły, do których gnała ją babcia, i Miedwie, gdzie zabierał ją drugi mąż Rozalii. Najprzyjemniejsze jednak wspomnienie z tego miasta wiązało się grupą dzieciaków, do której dołączyli z Pawłem. Miała wtedy może z dziesięć lat, jej brat siedem, kiedy wreszcie udało się poznać rówieśników z babcinego osiedla. Teraz pozostały obrazy wspólnych zabaw na trzepaku albo wypraw do amfiteatru czy na poligon wojskowy. Oczywiście Rozalia nie miała pojęcia, jak spędzały czas jej wnuki. Wierzyła, że grzecznie bawiły się na podwórku. Nigdy jej nie dziwiły siniaki na kolanach, brudne spodnie czy rozczochrane fryzury. Akceptowała to, że Inga z Pawłem zadawali się z dzieciakami sąsiadów.

Zamyśliła się na chwilę, bo o mało co nie wyrzuciła całkowicie z pamięci kilku cudownych wakacji, podczas których rozrabiała z rówieśnikami z Zawadzkiego! Tak! To był czas, który warto było przechować w pamięci, był jakby po drugiej stronie lustra. Z jednej znajdowała się babcia ze swoimi porządkami, z drugiej osiedlowa banda dająca całkiem niezły azyl. I był oczywiście jeszcze dziadek, jakby na pograniczu tych dwóch światów.

Inga nie miała okazji poznać biologicznego ojca matki – Juliana Konopki. Słyszała o nim wiele, bo babcia zawsze swojej córce wypominała, że jest jak Konopka, ale go nie spotkała. Za to Aleksandra kochała.

– Babciu, a masz jakieś zdjęcie z moim prawdziwym dziadkiem? – spytała kiedyś jako mała dziewczynka, bo była ciekawa jego osoby.

– A co ty nie wiesz, jak dziadek wygląda? – fuknęła na nią babka. Potem pokazała na Aleksandra siedzącego z gazetą w kuchni. Ale Inga już wtedy wiedziała, że Aleksander Zdunek to drugi mąż babci, ojczym jej matki. Pobrali się dość późno, więc mężczyzna nie miał zbyt dużego pola do popisu jako opiekun Donaty, ale dla małej Ingi był dziadkiem. Takim, jakiego można sobie wymarzyć. Sam nie miał dzieci, więc całą ojcowsko-dziadkową miłość przelał na nią i Pawła, a wcześniej na pasierbicę. Uwielbiał rozpieszczać swoje przybrane wnuki. Babcia była typem po­licjanta i dyktatora, za to on to uosobienie dobroci. Równoważyli się.

– Ale ja bym chciała zobaczyć, czy jestem podobna do dziadka – upierała się Inga.

– Nie mam żadnych zdjęć – odparła. – Wszystkie spaliłam. Po co mi patrzeć na tego skurczybyka?! Mało to mi krwi napsuł?! – Babka się zdenerwowała i temat uznała za zakończony. Inga więc nigdy nie zobaczyła, jak wyglądał. Mogła sobie wyobrażać tylko, że mama była do niego podobna, bo to Rozalia podkreślała na każdym kroku. I chyba to podobieństwo było największym przekleństwem Donaty.

Inga i Paweł mieli więc od strony matki tylko jednego prawdziwego dziadka, który był drugim mężem ich babci. Aleksander Zdunek zmarł jednak dwanaście lat temu jako bardzo schorowany człowiek. To on zabrał babcię na drugi koniec Polski, ponieważ został przeniesiony służbowo do jednostki wojskowej w Stargardzie Szczecińskim. Babcia początkowo odmawiała, opierała się, mówiąc, że na zachodzie to sami Ukraińcy i jej noga tam nie postanie. Jednak nagle, nie wiadomo dlaczego, zgodziła się przyjąć oświadczyny Olka i z dnia na dzień spakowała się i wyjechała, pozostawiwszy niewielki dom jedynej córce i jej mężowi. Nikt nie wiedział, skąd ta nagła zmiana.

Dla Donaty był to jednak niezwykły prezent. Razem z mężem mieszkali w sąsiednim miasteczku na stancji, ledwo wiążąc koniec z końcem, a tu nagle szast-prast jej matka oświadcza, że wychodzi za mąż i wyprowadza się w Szczecińskie. Donata i Stanisław Orłowscy mogli rozpocząć wygodne życie w małym domku na wsi.

***

Karol skręcił z alei Żołnierza w lewo. Wjechał w uliczkę pomiędzy blokami pamiętającymi lata sześćdziesiąte. Samochodem trochę zarzuciło, bo droga była niezwykle zniszczona i pełna kolein. Ponadto umiejętnie musiał manewrować między samochodami, czasami miał wrażenie, że zahaczy lusterkiem o inne auto.

– Pewnie jak zwykle parking będzie załadowany – stwierdziła Inga.

– O rany, ale się poodgradzali – zawołała z tylnego siedzenia Ewa. – Zobacz, mamo! Blok odgradza się płotem od drugiego bloku! Paranoja!

– Po upadku komuny w Polakach odezwało się silne poczucie posiadania – skomentował z przekąsem Karol.

– Ale jakoś u nas tego nie ma.

– I całe szczęście.

– Twoja babka mówiła, że tu są wspólnoty – dodał mężczyzna. – Te wspólnoty chyba jednak mają więcej wspólnego z głupotą. Zamiast współpracować, to się odgradzają od siebie.

– Jak to było? – zastanowiła się Ewa. – Szlachcic na zagrodzie…

– Cholera – westchnął Karol, przerywając dyskusję. – Nie wiem, gdzie zaparkujemy! Tu nie ma nawet jak obrócić!

– To jedź na to osiedle za blokami, Letnie, tam jest więcej miejsc. My wysiądziemy, a ty do nas dojdziesz. A kiedyś tu były takie pustki – westchnęła. – Podczas jednych ferii zimowych jeździliśmy tu na łyżwach. A tam, gdzie jest Letnie, były ogródki działkowe. Podkradaliśmy truskawki jako dzieciaki…

– Nie ma innego wyjścia. Jadę – odpowiedział, nie zwracając uwagi na wspomnienia żony.

Zatrzymał samochód i wysiadł, by wyjąć z bagażnika niewielką walizkę i torbę podróżną. Inga zau­ważyła na parkingu samochód brata. Rejestracja inna niż zachodniopomorska od razu przyciągnęła wzrok. Wszyscy pewnie byli już na miejscu. Poczuła lekki skurcz w żołądku. Nie lubiła rodzinnych spotkań.

***

– No nareszcie jesteś! – krzyknęła matka na jej widok i od razu chwyciła córkę w ramiona. Potem oderwała się od niej i nerwowo zaczęła pocierać dłonie, żeby zaraz zniknąć w łazience i starannie je umyć. Inga uśmiechnęła się pobłażliwie. Doskonale znała swoją mamę. Bała się bakterii i po każdym dotyku dokładnie się myła. Nieraz mówiła jej, że powinna pójść na terapię, bo to nerwica natręctw i można by zacząć to leczyć. Matka jednak twierdziła, że nic jej nie jest i że nie ma nic złego w tym, że lubi czystość.

– Ciocia! Ciocia!

Z pokoju nagle wypadło dwóch dziesięciolatków. O mało jej nie przewrócili.

– Ewa! Wujek! – przekrzykiwali się i po chwili ściskali każdego członka rodziny. Inga uwielbiała swoich bratanków. Z Pawłem i jego żoną Iwoną różnie bywało. Czasami ich stosunki były tak napięte, że wystarczyła chwila nieuwagi, a wszystko eksplodowało wielką awanturą. Nieraz zastanawiała się, dlaczego właśnie tak wyglądały ich dorosłe relacje. Przecież w dzieciństwie byli idealnym rodzeństwem. Kochali się bardzo. Kiedy urodził się Paweł, Inga miała trzy lata. Doskonale pamiętała ten dzień. Pojechała z tatą do szpitala, by zobaczyć swojego braciszka. Pielęgniarka wyniosła malucha na korytarz. Był szczelnie owinięty. A z białego kokonu wyglądała jego twarzyczka.

– Będziesz się opiekować braciszkiem? – spytała pielęgniarka, prezentując jej mały cud narodzin. Indze zabrakło wtedy tchu. Jak to możliwe, że z mamy brzucha wyszedł taki śliczny dzidziuś? Bała się go dotknąć, by nie zrobić mu krzywdy, ale już wtedy wiedziała, że jako starsza siostra jest odpowiedzialna za malucha. Bo kto go nauczy, jak bawić się lalkami i układać klocki? Musiała mu opowiedzieć, jak się zachować, by nie denerwować mamy. Bo mama łatwo się denerwowała, a potem zawsze lała wodę w umywalce i szorowała dłonie. Czasami też płakała. Kto miał o tym opowiedzieć Pawełkowi? Oczywiście, że ona, tata przecież ciągle był w pracy. Musiał zarabiać pieniądze i nie można mu było przeszkadzać. No, chyba że spał, to wtedy Inga wdrapywała się na kanapę i przytulała do niego.

Teraz trzeba będzie zrobić trochę miejsca dla brata. Zmartwiła się wtedy, że kanapa jest za wąska i czy w ogóle da sobie radę jako siostra, ale pielęgniarka powiedziała, że Inga wygląda na dużą dziewczynkę, więc z pewnością dobrze zaopiekuje się młodszym braciszkiem.

– Udusicie mnie! – krzyknęła Ewa. Na jej szyi zawisło właśnie dwóch kuzynów.

– Ej, dzieciaki! – zawołał Paweł. Po chwili wyszedł do przedpokoju, by przywitać się z rodziną. Jego żona wciąż siedziała na kanapie w dużym pokoju i nie miała zamiaru wstawać. Nie lubiła Ingi od początku. Głupia wsiowa gęś, która uważała się za nie wiadomo co. Uśmiechnęła się jednak sztucznie i pomachała jej na powitanie, gdy ich spojrzenia się spotkały.

– Wchodźcie. – Tata zapraszał do środka. – Siadajcie. Zaraz mama poda obiad i coś do picia. Pewnie jesteście zmęczeni po podróży.

– Nie – odparł Karol. – Jechało się dobrze, choć tirów mnóstwo.

– Umyjcie ręce i siadajcie do stołu – zakomunikowała Donata. Oczywiście mycie dłoni to podstawa. Pewnie sama zrobiła to już dzisiaj przynajmniej kilkanaście razy. Jej fobia nasilała się w stresujących sytuacjach, a śmierć matki niewątpliwie do takich należała.

Inga, Karol i Ewa zajęli miejsca. Po chwili na stole pojawiły się półmiski z parującymi potrawami. Atmosfera jak podczas zwyczajnego rodzinnego spotkania. Jakby wszyscy zapomnieli, w jakim celu się tu spotkali.

– O której pogrzeb? – spytała wreszcie Ewa, powodując, że trzeba było wrócić do rzeczywistości.

– Jutro o dwunastej – jęknęła Donata. – Rodzeństwo mojej mamy ma być rano. – Po chwili usiadła przy stole. Wytarła dłonie w papierową serwetkę. Potem zrobiła to samo z widelcem i nożem. Inga przyglądała się jej nerwowym ruchom. Znała je od lat.

– Po pogrzebie wracacie z nami czy jeszcze tu zostaniecie? – wtrącił Karol. – Bo my chcieliśmy wyjechać od razu w piątek.

– Nie wiem. Nie chcę teraz o tym myśleć.

– Byłam z mamą załatwić stypę – odezwała się Iwona.

Inga spojrzała na jej zawsze niezadowoloną minę, jakby ciągle z pretensją do świata, że nie dostrzega jej porażającej urody i inteligencji. Nie odezwała się jednak, słuchała, co bratowa miała do powiedzenia. Oczywiście lokal nie spełniał jej wymagań estetycznych, ale jak się ma mało kasy, to czego wymagać. Wzruszała co chwilę ramionami i w charakterystyczny sposób prychała.

Inga nieraz zastanawiała się nad tym, co jej brat widział w tej kobiecie. Może gdyby się uśmiechała częściej, to nawet można by ją uznać za ładną, ale te jej miny, ciągłe pretensje do świata i wymagania wobec innych od razu odrzucały. Paweł jednak patrzył na żonę z niezaprzeczalnym podziwem.

Pewnie mu coś dodaje do żarcia, pomyślała Inga. Niemożliwe, żeby mój młodszy braciszek pokochał taką nadętą babę.

Z zamyślenia wyrwała ją jednak mama.

– Pomożesz mi po obiedzie popakować babci rzeczy w worki? Jutro nie będzie do tego głowy, a tak to w piątek zawieziemy to, co jeszcze się nada, do Ogniska Brata Alberta.

– Jasne, nie ma sprawy – odparła Inga. Wiedziała też, gdzie znajduje się ten ośrodek w Stargardzie. Była tam chyba dwa razy jako mała dziewczynka. Taszczyła wtedy z babcią jakieś ubrania. Potem po śmierci dziadka Olka rodzice zawozili tam też i jego rzeczy.

Ognisko Brata Alberta położone było daleko od osiedla babci. Jechały wtedy autobusem. Wysiadły przy rondzie. Niedaleko znajdowało się wówczas więzienie. Pamiętała, że przechodziły koło czerwonego budynku sądu. Zrobiło to na niej duże wrażenie, bo akurat milicjanci prowadzili kogoś w kajdankach. Babcia mówiła, że groźnych przestępców na przesłuchania przywożą właśnie zakutych, żeby nie zrobili nikomu krzywdy.

A kilkaset metrów dalej znajdowało się schronisko, gdzie zostawiły pudełko z rzeczami. Zapamiętała też dawną nazwę tej willowej ulicy. Bieruta. Początkowo myślała, że na tabliczce jest błąd, bo przecież powinno być poprawnie – diabeł Boruta. Czytała legendę o Borucie. Doskonale to pamiętała. Babcia wtedy, dławiąc się ze śmiechu, wyjaśniła:

– Wiesz, diabeł niejedno ma imię.

Inga rzadko widziała, żeby babcia się uśmiechała, dlatego tak dobrze zapamiętała ten dzień. Oczywiście, gdy była starsza, wiedziała już, kim był Bierut. Po przełomie nazwę ulicy zmieniono na Krasińskiego i już z diabłami się jej nie kojarzyła.

– A w zakładzie pogrzebowym i z księdzem wszystko załatwione? – spytał Karol.

– Tak – odparł Paweł. – Gdybyście wcześniej przyjechali, mielibyście szansę pomóc.

– Podejrzewam, że doskonale daliście sobie radę bez nas – odgryzł się.

– Ale wiecie, ja nie wiem, jak oni domkną trumnę – odezwała się Donata. Patrzyła nieobecnym wzrokiem w talerz. Grzebała widelcem w ziemniakach. Drżały jej dłonie, głos się łamał. – Ona miała takie podkurczone nogi. O tak, jakoś… – Pokazała ręką. – Ja nie wiem, czy ta trumna się domknie. Ona zawsze narzekała na bóle w stawach, a teraz jak to wieko będą domykać, to będą uciskać na jej nogi… A jak oni ją połamią? Stasiu, dlaczego ona miała takie podkurczone te nogi, co? Przecież umarła na łóżku. Powinna mieć proste… Ona… – mówiła, a Ingę coś ścisnęło w żołądku na dźwięk powtarzanego słowa. Nie mogła uwierzyć, że Donata ani razu nie użyła wyrazu „mama”.

– Ciii… – Mąż przytulił żonę i lekko zakołysał. – Będzie dobrze. Nic jej nie połamią.

Inga odsunęła talerz. Nie była w stanie niczego przełknąć. Patrzyła na mamę, która wydawała się rozsypywać w objęciach męża. Była w tym momencie taka krucha i bezradna. Całe życie Donata nie potrafiła się z matką dogadać. Zawsze się kłóciły. Nie było spotkania, żeby nie doszło do awantury. Powinno być jej więc lżej. Chyba. Przecież nie tęskniły za sobą, nie przytulały się, nie wymieniały czułościami. Nic. Inga słyszała zawsze, jak jedna na drugą narzeka. Babka powtarzała jak mantrę, że Donata jest jak Konopka, a Donata chciała zawsze być po prostu córką swojej matki, nieważne jakiego ojca. Co za różnica, czy Konopka, czy Więcek, czy Zdunek? Chciała, by ją kochano, żeby w końcu nie trzeba było prze­pychać się przez życie łokciami w pojedynkę, by wiedzieć, że obok jest mama, która opatrzy kolano i wytrze zasmarkany nos.

– Miała takie podkurczone nogi – szeptała Do­nata.

– Ciii, Natuś… Będzie dobrze – odpowiadał mąż.

DONATA (PRZESZŁOŚĆ)

Donata w za dużym płaszczyku z trudem wchodziła pod niewielkie wzniesienie. Za kilkadziesiąt metrów zobaczy budynek szkoły. Z nerwów ścisnęło ją w żołądku, a poły płaszczyka zaplątały się między nogami, o mało co się nie przewróciła.

W dłoni trzymała węzełek sznurówki. Tak związywała rano dwie książki. Sama! Nauczyła się już dawno robić ładne kokardy. Podobno miała zręczne paluszki. Pani w szkole też ją chwaliła. Najgorsi byli jednak chłopcy. Janek z Michałem cały czas jej dokuczali. Czasami łapała się na tym, że życzyła im najgorszego.

– Niech ich pokręci – szeptała pod noskiem.

Koleżanek zbyt wielu nie miała. Siedziała z piegowatą Basią, która ze wszystkich w klasie była najmilsza.

– Złodziejskie nasienie! Złodziejskie nasienie! – krzyknął na jej widok Janek i pobiegł korytarzem.

Miała ochotę mu przyłożyć. Kiedyś to zrobi, tak sobie obiecała. Była wściekła na niego i na innych, że się z niej wyśmiewali tylko dlatego, że była córką Konopki. W miasteczku niestety prawie wszyscy się znali. Doskonale wiedzieli, kim jest jej ojciec. Nikogo nie obchodziło, że z nim nie mieszkała i że łączyło ich jedynie to nieszczęsne nazwisko! Kiedyś je zmieni, będzie nazywała się tak jak matka, która od zawsze nosiła panieńskie, sprowadzając oczywiście na siebie kolejne plotki w miasteczku. Zaczęto gadać, że Donata jest bękartem, a Rozalia kobietą lekkich obyczajów.

Donata jako dziecko niewiele z tego rozumiała, ale wiedziała, że to nie jest dobre, bo matka zawsze się wściekała, a jej też nie było przyjemnie, gdy na przykład wuj Leon ją przezywał. To nie było dobre. To było złe, choć nie rozumiała tego słowa. Za to doskonale wiedziała, co to jest złodziejskie nasienie. To ktoś taki jak ona – córka złodzieja. Julian Konopka w czasie wojny był szabrownikiem i nie bardzo rozumiał, że w czasach pokoju można by żyć uczciwie. Kradł, co się dało, co chwilę więc trafiał do więzienia. Potem wychodził i zaczynał od nowa. Wszyscy w miasteczku go znali, na nieszczęście Donaty.

Tego dnia nawet Basia zapytała ją szeptem:

– Natka, a jak to jest być tym nasieniem?

Dziewczynka się zdenerwowała. Miała ochotę przyłożyć koleżance za tych wszystkich, którzy jej dokuczali. Spojrzała jednak na piegowatą twarz Basi. Zobaczyła, jak ta mruży oczy i z ciekawością się jej przygląda.

– Nie jestem żadnym nasieniem – burknęła. – Nie mam ojca.

Nawet nie skłamała, bo odkąd jej mama rozstała się z Julianem, widziała go zaledwie kilka razy. Tatuś nie bardzo interesował się córką. Miał inne zmartwienia i, jak się okazało, dwoje innych nieślubnych dzieci. Chętnie więc dzielił się swoim złodziejskim nasieniem, a że urodę miał godną pochwały, korzystały z niego panny i mężatki nie tylko w najbliższej okolicy. O czym oczywiście Donata jako dziecko nie wiedziała.

Kiedy wróciła do domu, matka była w złym humorze. Twierdziła, że źle się czuje, ma jakieś bóle, a przez to była nerwowa. Akurat gotowała zagraj, ulubioną zupę dziecka. Pachniało wyśmienicie. Donata czuła, jak jej burczy w brzuchu. Usiadła więc do stołu w oczekiwaniu na obiad.

– Ciesz się, bo nagotowałam na trzy dni – rzuciła Rozalia. – Nic lepszego nie będzie.

– Ja lubię zagraj.

– Pewnie! – parsknęła matka. – Ty wszystko lubisz.

– A to źle? – spytała.

– I jeszcze pyskujesz, smarku jeden?! – wrzasnęła. – Jesteś dokładnie taka sama jak ten skurczybyk. Konopka jesteś!

Donata spuściła głowę. Zachlipała. Potem pociągnęła nosem. Nie chciała być taka jak tata! Pragnęła być Więckiem!

WSPÓŁCZESNOŚĆ

No dobra – zarządziła Iwona. – Jeżeli mamy pakować te starocie w worki, to teraz.

– Może tak jednak więcej szacunku, co? – Inga burknęła z nadzieją, że bratowa jej nie usłyszy. Nie lubiła się z nią wdawać w słowne przepychanki. Po pierwsze, była bardzo słaba w takiej werbalnej szermierce, po drugie, nie było po temu ani czasu, ani okoliczności. Niestety Iwona usłyszała jej odpowiedź i nie zamierzała puścić tego mimo uszu.

– Podobno nie lubiliście swojej babki – warknęła. – Chyba nie będziemy tu odgrywać żalów i smutków jak po stracie ukochanej osoby.

Szwagierka rzuciła jej mordercze spojrzenie.

– No, ty to na pewno nie musisz niczego odgrywać. A my z Pawłem spędziliśmy tu kilka fajnych wakacji – dodała. – Pamiętasz naszą bandę?

Paweł spojrzał na nią zdziwiony pytaniem. Oczywiście to wspomnienie dziecięcych zabaw na osiedlu babki było niezwykle przyjemne, ale teraz wydorośleli, więc nie było potrzeby wracać do przeszłości.

– Taa – mruknął. – Dawne dzieje. I tak wszyscy się rozjechali.

– Prawda – westchnęła. – Szkoda, że nie da się powtórzyć pewnych momentów.

Inga chwyciła jeden z worków zostawionych przez mamę na stole. Zauważyła, że do pokoju zajrzał jej ojciec. Zmierzył wzrokiem obie kobiety i syna, a po chwili wycofał się do drugiego pokoju. Stamtąd dobiegały głośne rozmowy bliźniaków z Ewą. Dzieci nie bardzo się przejmowały tym, że właśnie jutro pochowają ich prababkę. Korzystały z okazji, by nacieszyć się starszą kuzynką.

– Hipokrytka – prychnęła Iwona. Inga postanowiła jednak to zignorować. Policzyła w myślach do dziesięciu. Potem starała się nie patrzeć w kierunku bratowej.

– Mamo! – krzyknęła. – Zaczynam od szafy!

Z łazienki dobiegła ją niewyraźna odpowiedź. Wzięła to za przyzwolenie. Po chwili obok niej pojawili się mężczyźni. Każdy wziął jeden z worków i zabrał się do przetrząsania szafek i szuflad. Inga poczuła na plecach zimny dreszcz.

Przypominamy hieny, pomyślała. Zawahała się przed otwarciem szafy. Może to za wcześnie? Może jednak powinni poczekać, aż babcię pochowają?

– Co się dzieje? – Usłyszała nad sobą cichy głos Karola. Stała z dłonią opartą o drzwi mebla i wahała się, czy powinna to robić.

– Zastanawiam się, czy nie za wcześnie to sprzątanie…

– Myślisz, że dwa dni później byłoby lepiej?

– Nie wiem. Może.

– Czy babci robi to różnicę?

– Nie… – zastanowiła się. – Ale jakoś tak głupio.

– Takie jest życie. Nic nie poradzisz. – Odsunął jej dłoń z drzwi szafy. Otworzył ją i złapał za pierwsze wieszaki, by ściągnąć z nich sukienki babki. Włożył je do worka. Bez namaszczenia i żadnych rytuałów, ale też nie zrobił tego tak, jakby wrzucał tam śmieci.

Inga przyjrzała mu się. Karol nie przypominał hieny. Negatywne skojarzenie uleciało. Kucnęła więc, by zebrać babcine rzeczy z dolnej półki. Przeglądała je i jedne wkładała do worka, inne, nieprzydatne odkładała na stosik pod ścianą. Chcieli przecież zawieźć te ubrania potrzebującym, musieli więc wybrać to, co się nadawało.

– Mam nadzieję, że tu nie ma moli. – Usłyszała głos Iwony. – Jezu, jakie to wszystko stare! Aż się lepi pod palcami. Obrzydlistwo.

– Nie przesadzaj, skarbie – zwrócił jej uwagę Paweł.

– O, nie! W gaciach to ty sobie grzeb! – zawołała z obrzydzeniem, kiedy otworzyła szufladę z bielizną.

– Odejdź – warknęła na nią Inga. – Ja to poprzeglądam. Bielizny osobistej raczej nikomu nie oddamy. Ale jakiś szacunek do rzeczy babci się należy, nie?!

– No tak, bo przecież zmarła wasza ukochana babunia – zakpiła.

– Paweł – zdenerwowała się. – Może niech ta twoja złośliwa żona idzie do dzieciaków, co? Albo mamie pomoże w kuchni?

Brat Ingi nie zdążył nic powiedzieć. I może dobrze, bo pewnie i tak stanąłby po stronie żony i broniłby jej przed siostrą. Iwona fuknęła coś pod nosem, odwróciła się na pięcie i poszła do teściowej, której właśnie spadł jakiś garnek i narobił huku.

– Ty, a co to? – Nagle Paweł podsunął coś Indze pod nos. – Babcia napisała testament?

Na słowo „testament” wszyscy w pokoju wyprostowali się i patrzyli w kierunku mężczyzny. Nawet Iwona zatrzymała się w progu i spoglądała pytająco. Paweł zamachał papierową teczką.

– Co? – zdziwiła się Inga. – Przecież miała tylko jedną córkę, po co jej byłby testament? – spytała z lękiem. Przez myśl jej przeszło, że może babcia postanowiła jeszcze po śmierci upokorzyć jej matkę i mieszkanie przepisała na kościół lub inną instytucję. Nie! Nie zrobiłaby tego. – Zobacz, co jest w środku.

Podszedł do nich ojciec. Zaglądał im przez ramię, gdy Paweł pociągał już za jasne sznureczki przy teczce z napisem „testament”. Mężczyzna wyjął ze środka dokument. Pieczątki potwierdzały to, co było na stronie tytułowej. Niewątpliwie seniorka, przeczuwając koniec, spisała ostatnią wolę. Dziwne, bo nigdy nikomu o tym nie mówiła. A może po śmierci męża wpadła na ten pomysł? Natknęła się wtedy pewnie na jakieś biurokratyczne problemy związane z przepisaniem całego mieszkania na siebie.

– Jezu… – stęknął Paweł i podał dokument ojcu. Ten z niedowierzaniem spojrzał w miejsce, które wskazywał jego syn.

– Natka! – zawołał. – Nata!

DONATA (PRZESZŁOŚĆ)

Donata czuła, jak burczy jej w brzuchu. Nie zjadła dzisiaj śniadania, bo mama wstała bardzo wcześnie do pracy. Jej nastawiła budzik. Musiała sama ubrać się, wyjść i zamknąć za sobą dokładnie mieszkanie. To było niezwykle odpowiedzialne zadanie. Dziewczynka poczuła się dorosła. Pod noskiem mamrotała jakąś wyliczankę, by dodać sobie otuchy. Mama dzień wcześniej pięć razy tłumaczyła, że jak zgubi klucze, to jej nogi z tyłka powyrywa. Dziecko doskonale wiedziało, że to nie są słowa rzucone na wiatr. Rozalia szybko wybuchała gniewem, często bywała rozdrażniona. Czasami krzyczała przez sen. Natka nie lubiła, kiedy mama tak się zachowywała, starała się więc jej nie prowokować i zawsze być posłuszną.

Kiedy siłowała się z zamkiem, usłyszała, że za drzwiami mieszkania naprzeciwko ktoś rozmawia. Dotarły do niej kobiece głosy. Wzdrygnęła się przestraszona.

Kilka dni temu z korytarza dobiegały odgłosy przeprowadzki. Meble uderzały o ściany, a mama komentowała, że chyba obok nich zamieszkają dwie wiedźmy, bo takie chude. Natka ich jeszcze nie widziała. Trochę się bała tych nowych sąsiadek, więc zaraz po tym, jak zamknęła drzwi mieszkania i upewniła się, że zrobiła to dobrze, zbiegła szybko po schodach. Na wszelki wypadek nie oglądała się za siebie.

Tego dnia zapomniała zrobić sobie kanapkę. Teraz siedziała w szkolnej ławce i trudno było się jej skupić na tym, co pokazywała nauczycielka. Uczyli się litery o dwóch brzuszkach. To była poważna sprawa. Natka chciałaby już czytać samodzielnie. Nie mogła się doczekać, kiedy pozna następne literki. Kiedyś mama przeczytała jej jedną historię. Bardzo się jej spodobała. Prosiła mamę, by zrobiła to jeszcze raz, ale ta później powtarzała, że nie ma czasu. Dziewczynka więc przeglądała obrazki i przypominała sobie to, co mama wcześniej czytała. Starała się rozpoznać w literach kształty domów i krasnoludków, ale niestety nie umiała.

– Otwórzcie zeszyty – powiedziała nauczycielka. – Będziemy rysować szlaczki.

Donata wyprostowała się w ławce. Lubiła szlaczki! Starała się je robić jak najpiękniej. Nie odrywała za często ręki, umiejętnie nabierała atrament i pani kilka razy ją za to pochwaliła. Nie zrobiła ani jednego kleksa!

Siedząca koło niej koleżanka jak zawsze zachlapała zeszyt i umorusała sobie palce. Nauczycielka kilka razy podchodziła do niej i pokazywała, jak trzymać obsadkę ze stalówką.

Natce znów coś zaburczało w brzuchu. Skuliła się lekko, nie chciała, żeby ktoś to usłyszał.

– Ej – syknął kolega z ławki obok. Dziewczynka spojrzała w jego kierunku, a łobuz chlapnął w nią atramentem. Krzyknęła. Nauczycielka od razu odwróciła się w jej stronę i upomniała, żeby się dzieciaki nie wygłupiały. Klasa zaczęła się śmiać, bo Natka miała atrament na policzku i kołnierzyku szkolnego fartuszka, który matka niedawno kupiła za pieniądze odłożone specjalnie na szkolne wydatki. Serce załomotało w drobnej piersi. Spuściła głowę i z jeszcze większą zaciętością rysowała szlaczki. Nie pozwoliła spłynąć łzom. Zacisnęła paluszki na obsadce.

Atrament nie chciał się zmyć. Na twarzy pozostał jej niebieski ślad, na kołnierzyku duża plama. Wracając po szkole do domu, płakała. Nienawidziła chłopaków ze swojej klasy. Szczególnie tego wrednego Jaśka.

– Mamo, mamo – zawołała od progu i płaczliwym tonem poskarżyła się na kolegę.

Rozalia spojrzała na to swoje, pożal się Boże, dziecko. Widziała w nim podobieństwo do Konopki, chociaż starała się za wszelką cenę tego nie dostrzegać. To było jednak silniejsze od niej.

– Aleś się upaprała!

– To nie ja – zapłakała. – To ten głupi Jasiek.

– Jesteś niezdarą – skomentowała matka. – To ja od ust sobie odejmuję, żeby ci fartuch kupić, a ty po kilku dniach już go zniszczyłaś?!

– To nie ja – broniła się.

– Jak nie ty?! A kto ma upaprany kołnierz? Ja?

– Mamo… – zachlipała. A Rozalia nagle chwyciła ją i zdzieliła ręką w tyłek. Raz, drugi i trzeci. Zapiekło. Natka zaczęła płakać. Nie wiedziała jednak, że matka nie biła jej, ale Juliana Konopkę.

– Następnym razem nie daj się ochlapać, bo złoję skórę pasem!

WSPÓŁCZESNOŚĆ

Donata idealnie wymytą i prawie wydezynfekowaną dłonią sięgnęła po dokument. Jego opieczętowane strony wzbudziły w niej niezdefiniowane napięcie. Niemalże oczekiwała fizycznego bólu mającego za chwilę przeszyć jej ciało. Wystarczyło zetknąć opuszki palców z kartkami, które stały się nagle ważnym rekwizytem w grze, w jaką wszyscy zostali wciągnięci w momencie śmierci Rozalii. Jej matka nigdy nie wspominała o testamencie. Ani jednym słowem się nie zdradziła, że przygotowuje córce taką niespodziankę.

– Rany – jęknęła.

– A testamentu nie odczytuje prawnik? – spytała Ewa. – W filmach amerykańskich to zawsze jest jakiś gościu w garniaku.

Nikt jednak się nie zaśmiał, nikt nie raczył też odezwać się słowem. Oczy wszystkich były wyczekująco wpatrzone w Donatę, w której dłoniach drżała biała kartka. Kobieta przeskakiwała wzrokiem po literach, pędząc do ostatniej kropki. Wreszcie opadła na fotel i podała dokument mężowi.

– No mówcie, bo zaraz zwariuję – rzuciła Iwona, jakby sprawa mogła dotyczyć jej osoby. – Co tam jest?

– Słuchajcie – zaczął Stanisław i również usiadł. Inga miała wrażenie, że z matki i ojca uszło nagle powietrze. Chwyciła więc kartkę i zaczęła głośno czytać. Rodzina słuchała z uwagą, choć z jednych ust wyrywały się lekceważące prychnięcia.

– Rozumiecie coś z tego? – spytała po wybrzmieniu ostatniego zdania.

– Babcia przepisała mieszkanie na mamę – powiedział rzeczowo Paweł. – To było oczywiste, bo nie miała więcej dzieci, ale że tobie daje jakieś swoje dzienniki? – Spojrzał uważniej na siostrę. – Po co? A ten tekst tutaj, że przeprasza za przyszłość? Chyba coś się babce pomieszało, bo za przeszłość powinna jednak przeprosić swoją córkę.

– No, ale podzieliła między nas też swoją biżuterię – dodała Iwona. – Zbyt dużego majątku to ona się raczej nie dorobiła.

– Czy ty naprawdę musisz gadać tylko o kasie? – zdenerwowała się Inga.

– Słuchajcie. Uspokójmy się – wtrącił Stanisław. – I tak trzeba zgodnie z zaleceniem babci pójść do tego notariusza i odebrać klucz do skrytki bankowej. Nie wiemy dokładnie, co tam jest. Nikt z nas raczej nie pamięta, żeby babcia w ogóle posiadała drogą biżuterię, więc nie ma co się ekscytować. Zaraz zadzwonię do tego prawnika i się wszystkiego dowiem.

– Tombaku chyba tam nie trzymała, co? – zakpiła Iwona.

– Dla mnie to wszystko dziwne… – zamyśliła się Inga. Skrytka bankowa i babcia pasowały do siebie jak pięść do nosa. Co prawda, nikt z rodziny nigdy nie pałał wielką miłością do staruszki, bo wyrządziła wiele krzywd swojej córce, ale chyba by wspomniała coś o testamencie czy też swoim skarbie. O ile jakiś skarb w ogóle istniał.

– O rany – zapiszczały bliźniaki. – Prababcia może była szefem mafii!

– Jak w filmie, nie? – Uśmiechnęła się Ewa. – Nie wiedziałam, że w Polsce można mieć sejf w banku. Każdy może sobie taki wykupić?

– Tak – odparła Inga. Jako księgowa wiele nasłuchała się od swoich klientów. Wiedziała, że sporo osób wynajmuje skrytki bankowe. Nie można było przecież trzymać wszystkich kosztowności w domu. Jak kogoś było stać na brylanty, to i na sejf w banku. – To nawet nie jest takie drogie w skali roku. Kilkaset złotych chyba.

– Ale że babcia? – nie dowierzał Paweł. – Przecież ona niczego nigdy nie miała poza tym mieszkaniem. Nawet samochodu się z dziadkiem dorobili na krótko. Czym oni jeździli? Syrenką czy dużym fiatem?

– W tamtych czasach to były świetne auta, nie każdego było na nie stać – skomentował Stanisław.

– Widzisz, jaka niespodzianka? – burknęła Inga.

– Ale czekajcie – zawahał się nagle. – Babcia jednak wykupiła to mieszkanie z dziadkiem – powiedział i przeciągnął wzrokiem po zgromadzonych.

– No, a co to zmienia? – wzruszyła ramionami Iwona, jakby przeczuwając, że zaraz wszystko przepadnie.

– Dużo. Przecież dziadek Olek nie był z nami spokrewniony, tak? A naszej mamy nigdy nie adoptował. A z tego wynika, że babcia nie może całego mieszkania przepisać, komu chce, przecież po Olku może dziedziczyć jego rodzeństwo.

– Puknij się w łeb – rzuciła Inga. – Dziadek nie miał rodzeństwa. A zresztą babcia musiała uregulować to chyba po jego śmierci.

– No tak, ale kogoś chyba miał, więc…

– Proponuję jednak nie spekulować – wtrącił ojciec. – Musimy i tak pójść do prawnika.

– Dobra. – Donata uniosła dłonie. – Jak my się zachowujemy? Moja mama jeszcze niepochowana, a my tylko o pieniądzach mówimy?! Trzeba się pomodlić za jej duszę, a nie takie dyrdymały gadać! – Otarła łzę, która próbowała spłynąć po policzku. Po chwili zerwała się z miejsca i pobiegła do łazienki. Pewnie właśnie szorowała dłonie. Pocierała je mocno, aż palce zrobiły się czerwone. Potem spojrzała w lustro. Była podobna do matki. Miały te same oczy. Wielkie, ciemne… I te rzęsy… Tak samo też marszczyły czoło. I włosy. Kruczoczarne. Olek też miał takie, więc spokojnie mogła uchodzić za jego córkę, szkoda, że tak późno pojawił się w życiu jej matki.

– Zdenerwowałeś mamę – Inga rzuciła w stronę brata. Ten jednak nie zwracał na to uwagi. Jeszcze raz dokładnie czytał ostatnią wolę babci. Szukał czegoś pomiędzy słowami, gdyby mógł, przecedziłby je przez sito, by pozbyć się prawniczego bełkotu i wydobyć jedynie esencję przekazu.

– Pewnie u notariusza są wszystkie dokumenty – powiedział jakby sam do siebie. – Kto by pomyślał, że babka była taka przezorna?

– Mógłbyś jednak okazać trochę szacunku, jutro pogrzeb – zgromił go ojciec. Zabrał mu dokumenty i po chwili cała rodzina wróciła do pakowania rzeczy w worki. Tylko on zamknął się w sypialni babki i zadzwonił do notariusza, by umówić ich na spotkanie.

Ewa ściągnęła z wieszaka stary płaszcz babci, zobaczyła dwa mole, które przestraszone brakiem kryjówki, poleciały w głąb mieszkania. Nastolatka wzdrygnęła się na widok owadów i z obrzydzeniem odrzuciła płaszcz.

DONATA (PRZESZŁOŚĆ)

Mamo – odezwała się dziewczynka. Kiedy jednak Rozalia nie reagowała, podeszła bliżej i szarpnęła ją za ramię. – Mamuś, mamuś…

– Co chcesz? – mruknęła, nie odwracając się do dziecka. Czasami miała ochotę, żeby po prostu zniknęło. Nie zapraszała go na świat, nie pragnęła wychodzić za mąż i wyjeżdżać z domu rodzinnego. Mogłaby teraz siedzieć nad rzeką i spoglądać w niebo… Albo poszłaby do kościoła… Dlaczego ojciec nie pozwolił jej wstąpić do klasztoru? Szeptałaby teraz słowa modlitwy wracające do niej echem odbitym od grubych murów. Marianka by była z nią, zapomniałyby o tym złu, które wtargnęło nagle w ich życie.

Zamiast tego dostała męża złodzieja, który spełnił obowiązek małżeński, naznaczył świat swoimi genami i ulotnił się niczym kamfora. Dostała też córkę, z którą nie bardzo wiedziała, co począć. Starała się ją kochać, nie chciała przecież grzeszyć, ale to było tak trudne, tak boleśnie rozdzierające od wewnątrz, że nie potrafiła tego robić tak, jakby pragnęła. A pragnęła przecież. To było jej dziecko, z jej trzewi wydarte, z jej krwi! Ale jak miała na nie patrzeć i przestać widzieć tego cholernego Konopkę?

Nie chciała odwrócić twarzy. Nie chciała spojrzeć w dobrze znane rysy. Skuliła się jeszcze bardziej i naciągnęła kołdrę na głowę.

– Mamuś…

– Co?! – wrzasnęła rozdrażniona. – Czego ty ciągle ode mnie chcesz?!

Gwałtownie odwróciła się do dzieciaka. Spojrzała w ciemne oczy. Zapłakane. Coś ścisnęło ją w żołądku. Dziewczynka stała w koszuli nocnej, miała bose stopy i rozpuszczone włosy.

– Zesikałam się – powiedziała z płaczem.

– Zaszczałaś łóżko?!

Rozalia wyskoczyła z pościeli. Rzuciła się do wersalki, na której wcześniej spała jej córka. Odsunęła kołdrę i ujrzała niewielką plamę. Zdenerwowała się. Od razu zaczęły jej drżeć ręce. Złapała małą za ucho i przyciągnęła do siebie.

– Co ty zrobiłaś?

– Nie wiem – zaszlochała Natka. – To samo tak… Ja nie chciałam. Mamo… przepraszam…

Trzymała dziewczynkę w silnym uścisku. Chwilę się wahała. Nie wiedziała, jak ją ukarać. Szukała dobrego rozwiązania. Dzieciak musiał się nauczyć, że nie można szczać w łóżko! Dziewucha miała siedem lat, a moczyła się w nocy. Czas najwyższy wybić jej to z głowy!

– Do kąta! – krzyknęła, odpychając ją od siebie. – Do kąta!

Donata doskonale znała tę komendę. Opuściła powieki, by nie płakać. Wiedziała, że mama jeszcze bardziej się zdenerwuje i będzie musiała brać krople na serce. Potem jej powie, że przez nią się rozchoruje i umrze.

– Twarzą do ściany!

Natka zacisnęła piąstki. Po chwili wykonała polecenie.