Mythos - Stephen Fry - ebook + książka

Mythos ebook

Fry Stephen

4,0

Opis

Wkrocz do innego świata - do świata magii, chaosu, potworów i szalonych bogów - w fenomenalnym Mythosie Stephena Frya, bestsellerowej pozycji z listy „Sunday Timesa”.

"Fry bryka i hasa po życiu bogów starożytnej Grecji. Niezwykły talent gawędziarski…. Bogowie będą radzi."

"Times"

Odkryj porywającą nową wersję najwspanialszych greckich mitów i legend…

Nikt nie kocha, nie spiera się, nie pożąda i nie zwodzi z takim rozmachem, z takimi geniuszem jak greccy bogowie i boginie.

W pełnej życia nowej wersji mitów starożytnej Grecji przyglądamy się w zdumieniu narodzinom Ateny z rozpłatanej głowy wielkiego Zeusa, schodzimy za przerażoną Persefoną do mrocznego królestwa Podziemi, gdzie panuje samotność. Drżymy ze strachu, kiedy Pandora otwiera dzban pełen udręk i z radością śledzimy dzieje słynnego romansu Erosa i Pysche.

Mythos interpretuje starożytne mity z myślą o współczesnym czytelniku, pozostając jednocześnie zachwycająćo uniwersalną, głęboką opowieścią o ludzkim losie.

Jeśli oczarowała cię magia greckiej mitologii, zachwyci cię również ciąg dalszy gawęd Stephena Frya, HEROS - zbiór opowieści o śmiertelnikach, potworach i pełnych przygód wyprawach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 485

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Przed­mowa

PRZED­MOWA

Mia­łem szczę­ście, że kiedy byłem małym chłop­cem, tra­fi­łem na książkę Tales from Ancient Gre­ece. To była miłość od pierw­szego wej­rze­nia. Cho­ciaż bar­dzo podo­bały mi się mity i legendy innych kul­tur, przy tych grec­kich histo­riach jakoś moc­niej biło mi serce. Iskra, humor, tem­pe­ra­ment, namięt­ność, dba­łość o naj­drob­niej­sze szcze­góły i wia­ry­god­ność opi­sów zapie­rały mi dech w piersi już od pierw­szych stron. Mam nadzieję, że w was też roz­palą cie­ka­wość. Pew­nie zna­cie już nie­które z opo­wie­dzia­nych tu mitów, szcze­gól­nie jed­nak kie­ruję ten zbiór do czy­tel­ni­ków, któ­rzy ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkali się z boha­te­rami grec­kiej mito­lo­gii. Do lek­tury tej książki nie jest potrzebna żadna wie­dza, bo wszystko zaczyna się od pustego wszech­świata. Z pew­no­ścią nie jest wyma­gane żadne „wykształ­ce­nie kla­syczne” czy umie­jęt­ność roz­róż­nia­nia nek­taru od nimfy, saty­rów od cen­tau­rów, Mojr od Ery­nii. W grec­kich mitach nie ma abso­lut­nie nic uczo­nego i wydu­ma­nego. Grecka mito­lo­gia uza­leż­nia – jest cie­kawa, przy­stępna i zadzi­wia­jąco bli­ska ludz­kiemu doświad­cze­niu.

Ale skąd się wła­ści­wie wzięły mity sta­ro­żyt­nej Gre­cji? Z gma­twa­niny naszych dzie­jów można co prawda wysu­płać jedną, grecką nić, i prze­śle­dzić jej bieg, cofa­jąc się w cza­sie, ale jeśli sku­pimy się na poda­niach tylko jed­nej cywi­li­za­cji, ktoś może uznać, że zbyt swo­bod­nie pod­cho­dzimy do kwe­stii praw­dzi­wego źró­dła mitu uni­wer­sal­nego. Od zara­nia dzie­jów ludzie na całym świe­cie zasta­na­wiali się prze­cież, skąd się bie­rze potęga wul­ka­nów, pio­ru­nów, mor­skich fal i trzę­sień ziemi. Czcili i świę­to­wali rytm pór roku, pro­ce­sję ciał nie­bie­skich po noc­nym nie­bie i codzienny cud wschodu słońca. Zada­wali sobie pyta­nie, gdzie to wszystko miało swój począ­tek? Zbio­rowa nie­świa­do­mość wielu cywi­li­za­cji snuła opo­wie­ści o bogach roz­gnie­wa­nych, o bogach, któ­rzy umie­rali i odra­dzali się, o bogi­niach płod­no­ści, o boż­kach, demo­nach i duchach ognia, ziemi i wody.

Oczy­wi­ście Grecy nie byli jedy­nym ludem tka­ją­cym kobie­rzec legend i podań z prze­dziw­nych wąt­ków ludz­kiego życia. Z arche­olo­gicz­nego i pale­oan­tro­po­lo­gicz­nego punktu widze­nia bogo­wie Gre­cji pocho­dzą od ojców nieba i bogiń księ­życa oraz demo­nów z „rogu obfi­to­ści” Mezo­po­ta­mii – dzi­siej­szego Iraku, Syrii i Tur­cji. Babi­loń­czycy, Sume­ro­wie, Aka­do­wie i inne cywi­li­za­cje z tam­tego obszaru, które roz­kwi­tły dużo wcze­śniej niż cywi­li­za­cja Gre­ków, miały wła­sne mity stwo­rze­nia świata i ludowe poda­nia. Tro­piąc źró­dła tych opo­wie­ści, podob­nie jak języ­ków, w któ­rych je prze­ka­zy­wano, tra­fimy do Indii, a stam­tąd, podą­ża­jąc w kie­runku zachod­nim, do pre­hi­sto­rii, do Afryki i naro­dzin naszego gatunku.

Nie możemy jed­nak za każ­dym razem podą­żać bez końca za nicią ku uni­wer­sal­nym źró­dłom. Żeby opo­wie­dzieć jakąś histo­rię, musimy się gdzieś zatrzy­mać, by usta­lić począ­tek opo­wie­ści. W przy­padku mitów grec­kich nie stwa­rza to pro­ble­mów, bo prze­trwały, zacho­wu­jąc bogac­two szcze­gó­łów, ener­gię i barw­ność, które odróż­niają je od innych mito­lo­gii. Grec­kie mity usły­szeli i zacho­wali pierwsi poeci, dotarły do nas po nie­prze­rwa­nej linii, bie­gną­cej nie­mal od samego początku lite­ra­tury pisa­nej aż do dnia dzi­siej­szego. O ile mito­lo­gia grecka ma dużo wspól­nego z mitami chiń­skimi, irań­skimi, indyj­skimi, majań­skimi, afry­kań­skimi, rosyj­skimi, hebraj­skimi, nor­dyc­kimi i z opo­wie­ściami rdzen­nych Ame­ry­ka­nów, to jest zbio­rem dzieł uni­ka­to­wych, zbio­rem – jak ujęła to pisarka i mito­grafka Edith Hamil­ton – „twór­czo­ści wiel­kich poetów”. Grecy sta­no­wili pierw­szą kul­turę, w któ­rej powstały spójne opo­wie­ści, a wręcz lite­ra­tura o bogach, potwo­rach i hero­sach.

Linia grec­kich mitów śle­dzi powsta­nie rodzaju ludz­kiego i opi­suje nasze usilne sta­ra­nia o uwol­nie­nie się od boskich inter­wen­cji – od inge­ro­wa­nia bogów w nasze sprawy, od krzyw­dze­nia nas, od boskiej tyra­nii i bez­względ­nych rzą­dów nad naszym życiem i cywi­li­za­cją czło­wieka. Grecy nie płasz­czyli się przed swo­imi bogami. Byli świa­domi ich próż­no­ści i potrzeby, by ktoś zano­sił do nich bła­ga­nia i odda­wał im cześć. Wie­rzyli jed­nak, że ludzie są bogom równi. Ich mity poka­zują, że kto­kol­wiek stwo­rzył ten zadzi­wia­jący świat, pełen okru­cieństw, cudów, kapry­sów, piękna, obłędu i nie­spra­wie­dli­wo­ści, sam musi być okrutny, cudowny, kapry­śny, piękny, sza­lony i nie­spra­wie­dliwy. Grecy stwo­rzyli bogów na swój wła­sny obraz: wojow­ni­czych, ale myślą­cych, mądrych, ale sro­gich, kocha­ją­cych, ale zazdro­snych, czu­łych, ale okrut­nych, współ­czu­ją­cych, ale mści­wych.

Mythos zaczyna się z począt­kiem tej książki, ale nie koń­czy z jej koń­cem. Gdy­bym opi­sał też hero­sów takich jak Edyp, Per­se­usz, Teze­usz, Jazon i Hera­kles oraz szcze­góły wojny tro­jań­skiej, wyszłoby z tego tak cięż­kie tomisz­cze, że nawet tytan nie dałby rady go pod­nieść. Inte­re­suje mnie poza tym opo­wia­da­nie, a nie inter­pre­ta­cja opo­wie­ści czy bada­nie ludz­kich prawd i leżą­cych u ich pod­staw psy­cho­lo­gicz­nych wglą­dów. Mity są na tyle fascy­nu­jące, bogate w nie­po­ko­jące, zaska­ku­jące i śmieszne szcze­góły, są tak roman­tyczne, tra­giczne, bru­talne i zachwy­ca­jące, że mogą funk­cjo­no­wać jako samo­dzielne opo­wie­ści na wła­snych pra­wach. Jeśli pod­czas lek­tury będzie­cie się cały czas zasta­na­wiać, co inspi­ro­wało Gre­ków do stwo­rze­nia tego boga­tego, zło­żo­nego świata, peł­nego róż­no­rod­nych postaci i wyda­rzeń, i jeśli zadu­ma­cie się nad głę­bo­kimi praw­dami zawar­tymi w mitach – cóż, to bez wąt­pie­nia część przy­jem­no­ści.

Przy zanu­rza­niu się w świat grec­kich mitów wła­śnie o przy­jem­ność cho­dzi.

Ste­phen Fry

Świat grec­kich mitów

Bogo­wie olim­pij­scy

Począ­tek. Część pierw­sza

POCZĄ­TEK

CZĘŚĆ PIERW­SZA

Z cha­osu

Dzi­siaj począ­tek wszech­świata wyja­śnia się Wiel­kim Wybu­chem, jed­nym zda­rze­niem, które w ułamku chwili spo­wo­do­wało zaist­nie­nie całej mate­rii, budulca wszyst­kiego i wszyst­kich.

Sta­ro­żytni Grecy wyobra­żali to sobie ina­czej. Twier­dzili, że wszystko zaczęło się nie od wybu­chu, a od Cha­osu.

Czy Chaos był bogiem – boskim ist­nie­niem – czy też po pro­stu sta­nem nico­ści? A może Chaos był czymś bli­skim dzi­siej­szemu zna­cze­niu tego słowa? Strasz­nym bała­ga­nem, znacz­nie gor­szym niż w pokoju nasto­latka?

A może należy myśleć o Cha­osie jak o swego rodzaju wiel­kim kosmicz­nym roz­zie­wie? Zie­ją­cej prze­pa­ści, zie­ją­cej próżni?

Czy życie i wszelką sub­stan­cję Chaos wydo­był z niczego, czy też je sobie wyśnił, wyzio­nął albo w inny spo­sób wycza­ro­wał, tego nie wiem. Nie było mnie przy tym. Was też nie było. A jed­nak w pewien spo­sób byli­śmy, bo były tam wszyst­kie kawa­łeczki, z któ­rych się skła­damy. W każ­dym razie Grecy uwa­żali, że to wła­śnie Chaos potęż­nym odbi­ciem z trzewi, wiel­kim wzru­sze­niem ramion, czkawką, wymio­tami czy kasz­lem zapo­cząt­ko­wał długi łań­cuch stwo­rze­nia, na któ­rego dru­gim końcu zna­la­zły się peli­kany i peni­cy­lina, robaki i ropu­chy, lwy mor­skie, lwy, morsy, dzieci i kwiaty, mor­der­stwo, sztuka, miłość, nie­pew­ność, śmierć, sza­leń­stwo i ciastka.

Jak­kol­wiek było, dzi­siaj nauka jest zgodna, że wszystko zdąża z powro­tem do Cha­osu. Ten nie­unik­niony los zwie się entro­pią, czę­ścią wiel­kiego cyklu od Cha­osu do porządku i z powro­tem do Cha­osu. Wasze spodnie były kie­dyś nie­upo­rząd­ko­wa­nym zbio­rem ato­mów, które w jakiś spo­sób zespo­liły się w mate­rię. Owa mate­ria z kolei na prze­strzeni eonów upo­rząd­ko­wała się w mate­rię oży­wioną, a ta powoli ewo­lu­owała w kwiat bawełny, z któ­rego osta­tecz­nie powstała piękna tka­nina na waszych zgrab­nych nogach. Przyj­dzie czas, że roz­sta­nie­cie się ze swo­imi spodniami – mam nadzieję, że jesz­cze nie teraz – a te zgniją na wysy­pi­sku śmieci albo zostaną spa­lone. W obu przy­pad­kach ich mate­ria w końcu zosta­nie uwol­niona, by stać się czę­ścią atmos­fery naszej pla­nety. A kiedy słońce wybuch­nie, zabie­ra­jąc ze sobą każdą cząstkę tego świata, w tym rów­nież te ze spodni, wszyst­kie skła­dowe atomy powrócą do zim­nego Cha­osu. Oczy­wi­ście los waszych spodni będzie rów­nież waszym losem.

Zatem Chaos, który wszystko zapo­cząt­ko­wał, jest rów­nież Cha­osem, który wszystko zakoń­czy.

Praw­do­po­dob­nie jed­nak nasuwa się wam pyta­nie: „No dobrze, ale kto lub co było jesz­cze przed Cha­osem?”. Albo: „Kto lub co było jesz­cze przed Wiel­kim Wybu­chem? Prze­cież coś musiało być”.

Cóż, nie było nic. Musimy przy­jąć, że nie było żad­nego „przed”, ponie­waż jesz­cze nie było czasu. Nikt nie naci­snął włącz­nika czasu. Nikt nie krzyk­nął „Już!”. A ponie­waż czas musiał się dopiero poja­wić, okre­śle­nia czasu takie jak „przed”, „pod­czas”, „kiedy”, „wtedy”, „po obie­dzie” i „w zeszłą środę” nie nio­sły żad­nego zna­cze­nia. Nie do ogar­nię­cia, ale tak to było. Grec­kie słowo kosmos ozna­cza „wszystko, co jest fak­tem”1 i co my nazwa­li­by­śmy dziś wszech­świa­tem. I w tam­tej chwili – cho­ciaż „chwila” jest okre­śle­niem czasu i nie ma tu na razie żad­nego sensu (podob­nie jak „na razie”) – w tam­tej chwili kosmos jest Cha­osem i wyłącz­nie Cha­osem, bo Chaos jest jedy­nym fak­tem. Na razie jest prze­cią­ga­niem się, stro­je­niem instru­men­tów przez orkie­strę…

Ale już za chwilę sprawy gwał­tow­nie przy­śpie­szą.

Pierw­sze poko­le­nie

Z bez­kształt­nego Cha­osu nie­spo­dzie­wa­nie wyło­niły się dwa twory: Ereb i Nyks. Ereb był mro­kiem, a Nyks była nocą. Z miej­sca zaczęły spół­ko­wać, a jaśnie­ją­cymi owo­cami ich związku byli Hemera – dzień i Eter – świa­tło.

W tym samym cza­sie – ponie­waż wszystko musi dziać się jed­no­cze­śnie aż do poja­wie­nia się czasu, który potrafi roz­dzie­lać wyda­rze­nia – Chaos wydał dwa kolejne twory. Były to Gaja – zie­mia i Tar­tar – głę­bo­kie pod­ziemne jaski­nie i jamy.

Chyba wiem, co ze zdzi­wie­niem myśli­cie. Że choć cał­kiem miło to brzmi – Dzień, Noc, Świa­tło, Jaski­nie, Jamy – nie są to prze­cież żadni bogo­wie i bogi­nie ani nawet nie istoty oży­wione. Poza tym, myśli­cie, skoro nie ma czasu, nie ma rów­nież żad­nej histo­rii, żad­nej opo­wie­ści. Bo w opo­wie­ściach musi być prze­cież „Pew­nego razu” i „Odtąd”.

Macie rację. To, co wyło­niło się z Cha­osu na samym początku, było pier­wot­nymi, pod­sta­wo­wymi zasa­dami, pozba­wio­nymi jakiej­kol­wiek barwy, cha­rak­teru i oso­bo­wo­ści. Były to bóstwa pier­wotne, Pierw­sze Poko­le­nie boskich istot, od któ­rych pocho­dzą wszy­scy bogo­wie, herosi i wszyst­kie potwory z grec­kich mitów. Ist­nieli sobie zadu­mani, trwali u pod­staw wszyst­kiego… cze­kali.

Mil­cząca pustka tego świata wypeł­niła się, kiedy Gaja sama z sie­bie zro­dziła dwóch synów2. Pierw­szym był Pon­tos – morze, a dru­gim Ura­nos – niebo, lepiej nam znany jako Ura­nus, co od wie­ków jest źró­dłem wiel­kiej rado­ści dzieci od lat dzie­wię­ciu do dzie­więć­dzie­się­ciu3. Hemera i Eter rów­nież się roz­mno­żyli, a z ich związku zro­dziła się Talassa, żeń­ska odpo­wied­niczka Pon­tosa, morza.

Ura­nos, który wolał, by jego imię wyma­wiać wła­śnie jako „Ura­nos”, sam był nie­bo­skło­nem i nie­bio­sami, ponie­waż – na samym początku – pier­wotne bóstwa zawsze były tym, co repre­zen­to­wały i czym rzą­dziły†4. Można powie­dzieć, że Gaja była zie­mią pełną wzgórz i dolin, roz­pa­dlin i gór, ale potra­fiła też zebrać się w formę, która umiała cho­dzić i mówić. Chmury Ura­nosa-nieba kłę­biły się nad nią i pły­nęły, ale rów­nież potra­fiły się złą­czyć w roz­po­zna­walny dla nas oży­wiony kształt. To wszystko działo się u zupeł­nego zara­nia dzie­jów. Bar­dzo nie­wiele spraw było jesz­cze wtedy usta­lo­nych i nie­zmien­nych.

Dru­gie poko­le­nie

Ura­nos-niebo pokrył wszę­dzie swoją matkę Gaję-zie­mię. Pokrył Gaję w obu zna­cze­niach tego słowa: jak niebo do dzi­siaj pokrywa zie­mię i jak ogier pokrywa klacz. A kiedy tego doko­nał, stało się coś nie­zwy­kłego. Ruszył czas.

Coś jesz­cze się wtedy poja­wiło – jak to nazwać? Oso­bo­wość? Dra­ma­tyczne napię­cie? Indy­wi­du­al­ność? Cha­rak­ter, wszyst­kie jego cechy i rysy, roz­terki i pasje, lęki i fascy­na­cje? Można powie­dzieć, że poja­wiło się zna­cze­nie. Zapłod­nie­nie Gai spra­wiło, że zaist­niało zna­cze­nie, myśl wykieł­ko­wała w kształt. Nie­biań­ska sperma zasiała seman­tykę i semio­lo­gię. Zosta­wię tego typu roz­wa­ża­nia oso­bom lepiej zna­ją­cym się na rze­czy, nie­mniej był to donio­sły moment. Gaja, poprzez stwo­rze­nie Ura­nosa i zwią­zek z nim – ze swoim synem, a teraz rów­nież mężem – roz­wi­nęła wstęgę życia, która odtąd pro­wa­dzi przez histo­rię rodzaju ludz­kiego aż do nas samych, do was i do mnie.

Zwią­zek Ura­nosa z Gają był od początku udany i płodny. Naj­pierw przy­szło na świat dwa­na­ścioro krzep­kich, zdro­wych dzieci – sze­ścioro płci męskiej i sze­ścioro żeń­skiej. Chłop­cami byli Oke­anos, Kojos, Krios, Hype­rion, Japet i Kro­nos. Dziew­czynki nato­miast to Teja, Temida, Mne­mo­zyne, Fojbe, Tetyda i Rea. Ta dwu­nastka miała być Dru­gim Poko­le­niem boskich istot, a ich imiona miał oto­czyć nimb chwały.

Kiedy w rze­czy­wi­stość wkradł się czas, ruszył zegar – zegar histo­rii kosmosu, który tyka do dzi­siaj. Być może odpo­wiada za to ktoś z tej dwu­nastki. Jesz­cze się temu przyj­rzymy.

Ura­nos i Gaja, nie do końca usa­tys­fak­cjo­no­wani dwa­na­ścior­giem pięk­nych lato­ro­śli, wydali na świat kolejne potom­stwo – dwa wyjąt­kowe, ale też wyjąt­kowo nie­uro­dziwe zbiory tro­jacz­ków. Naj­pierw poja­wiło się trzech cyklo­pów, jed­no­okich olbrzy­mów. Naj­star­szy z nich miał na imię Bron­tes, grzmot5, po nim naro­dził się Ste­ro­pes, bły­ska­wica, a następ­nie Arges, jasność. Ura­nos dzięki cyklo­pom zyskał teraz cał­kiem nowy zestaw środ­ków wyrazu i mógł zapeł­nić nie­biosa jasnymi bły­ska­wi­cami i hukiem grzmo­tów. Cheł­pił się tym wystaw­nym wido­wi­skiem. Dru­gie rodzeń­stwo tro­jacz­ków zro­dzo­nych przez Gaję wywo­ły­wało w Ura­nosie silny dreszcz obrzy­dze­nia, podob­nie jak we wszyst­kich, któ­rzy na nie patrzyli.

Może naj­tak­tow­niej będzie stwier­dzić, że dru­gie tro­jaczki sta­no­wiły eks­pe­ry­ment gene­tyczny, któ­rego ni­gdy nie należy powta­rzać, były ślepą uliczką gene­tyki. Każdy z nowo­rod­ków – heka­ton­chej­rów†6 – miał bowiem pięć­dzie­siąt głów, sto rąk, był odra­ża­jący, mio­tał się wście­kle i zio­nął taką żądzą nisz­cze­nia, jak nic, co dotąd powo­łano do życia. Tro­jaczki nosiły imiona Kot­tos, czyli wście­kły, Gyges, czyli ten o dłu­gich koń­czy­nach, oraz Ajga­jon, czyli koza mor­ska, cza­sem zwany rów­nież Bria­re­osem, peł­nym wigoru. Gaja ich kochała. Ura­nosa ich widok odrzu­cał. Chyba naj­więk­szym prze­ra­że­niem napa­wała go myśl, że on, pan nie­bios, mógł spło­dzić takie ohydz­two. Nie­na­wiść prze­waż­nie jed­nak rodzi się z lęku i moim zda­niem w przy­padku Ura­nosa tak wła­śnie było.

Pełen odrazy prze­klął heka­ton­chej­rów.

– Za to, że sta­no­wi­cie znie­wagę dla moich oczu, ni­gdy wię­cej nie ujrzy­cie świa­tła!

Wście­kle krzy­cząc te słowa, wepchnął ich razem z cyklo­pami z powro­tem do łona Gai.

Zemsta Gai

Zapewne słusz­nie zasta­na­wia­cie się, co to wła­ści­wie zna­czy „wepchnął ich z powro­tem do łona Gai”. Zda­niem nie­któ­rych ozna­cza to, że zako­pał heka­ton­chej­rów w ziemi. Wtedy, u zara­nia dzie­jów, boska toż­sa­mość była płynna i trudno okre­ślić, w jakim stop­niu bóg był osobą, a w jakim wła­snym atry­bu­tem. Nie ist­niały wtedy jesz­cze wiel­kie litery. Gaja, Matka Zie­mia była gają, zie­mią jako taką, podob­nie jak oura­nos, niebo, i Ura­nos, Ojciec Niebo, byli jed­nym i tym samym.

Z pew­no­ścią jed­nak, odpy­cha­jąc trzech heka­ton­chej­rów, wła­sne dzieci, oraz tak okrut­nie i hanieb­nie obcho­dząc się z żoną, Ura­nos popeł­nił pierw­szą zbrod­nię. Zbrod­nię ele­men­tarną, za którą nie mogła omi­nąć go kara.

Strasz­liwe cier­pie­nie Gai było nie do znie­sie­nia. W jej wnę­trzu, razem z trójką sza­le­ją­cych heka­ton­chej­rów, któ­rzy wyma­chi­wali w jej łonie trzy­stoma rękami i ude­rzali stu pięć­dzie­się­cioma gło­wami, rosła też nie­na­wiść, naj­strasz­liw­sza, nie­prze­jed­nana nie­na­wiść do Ura­nosa, syna, któ­rego zro­dziła, i męża, z któ­rym spro­wa­dziła na świat nowe poko­le­nie. I niczym bluszcz owi­ja­jący się wokół drzewa w Gai rósł plan zemsty.

Na­dal cier­piąc doj­mu­jący ból, jaki w łonie zada­wali jej roz­wście­czeni heka­ton­chej­ro­wie, Gaja udała się na Otrys, wielką górę spo­glą­da­jącą na region Ftio­dyty w dzi­siej­szej środ­ko­wej Gre­cji. Ze szczytu Otrysu widać rów­ninę Magne­zji, się­ga­jącą aż do błę­kitu zachod­nich wód Morza Egej­skiego, któ­rego fale roz­cho­dzą się po Zatoce Malij­skiej i czule opły­wają roz­rzu­cone z rzadka – spo­ra­dycz­nie – wyspy zwane Spo­ra­dami. Gaja cier­piała jed­nak zbyt wielki ból, zbyt potężna sza­lała w niej furia, by mogła podzi­wiać jeden z naj­bar­dziej malow­ni­czych wido­ków świata. Na szczy­cie Otrysu zabrała się do pracy nad bar­dzo nie­zwy­kłym i prze­ra­ża­ją­cym dzie­łem, jakie wyku­wała z gór­skiej skały. Pra­co­wała dzie­więć dni i dzie­więć nocy, aż stwo­rzyła przed­miot, który potem ukryła w skal­nej roz­pa­dli­nie.

Po skoń­czo­nej pracy udała się w odwie­dziny do swych dwa­na­ściorga pięk­nych, sil­nych dzieci.

– Czy zabi­jesz swo­jego ojca Ura­nosa i będziesz pano­wać ze mną nad kosmo­sem? – zapy­tała każde z nich po kolei. – Odzie­dzi­czysz po nim niebo, a wtedy całe dzieło stwo­rze­nia będzie nasze wspólne.

Zapewne wyobra­żamy sobie, że Gaja – Matka Zie­mia – jest miękka, cie­pła, szczo­dra i dobro­tliwa. Cóż, cza­sem jest, ale pamię­taj­cie, że w środku nosi ogień. Cza­sem potrafi być bar­dziej okrutna, bez­względna i prze­ra­ża­jąca niż najbar­dziej roz­sza­lałe morze.

A mówiąc o morzach, pierw­szymi z jej dzieci, które Gaja pró­bo­wała prze­cią­gnąć na swoją stronę, byli Oke­anos i jego sio­stra Tetyda7. Oboje jed­nak byli aku­rat zajęci nego­cjo­wa­niem wła­snego udziału w oce­anach z Talassą, pier­wotną bogi­nią morza. Wszy­scy z tego poko­le­nia nady­mali się wtedy i prę­żyli muskuły, usi­łu­jąc usta­lić mię­dzy sobą obszary kom­pe­ten­cji i strefy wpły­wów. War­czeli, uja­dali i badali nawza­jem swoją siłę i prze­wagę jak szcze­niaki w kojcu. Oke­ano­sowi na przy­kład przy­szedł do głowy pomysł stwo­rze­nia mor­skich pły­wów i prą­dów, które mia­łyby opły­wać cały świat jak wielka słona rzeka. Tetyda lada chwila miała uro­dzić mu dziecko – w owych cza­sach oczy­wi­ście nie było to grze­chem, bo roz­mna­ża­nie się nie byłoby moż­liwe bez spół­ko­wa­nia w kazi­rodz­twie. Tetyda nosiła w łonie Nilosa, czyli Nil, a potem miała uro­dzić inne rzeki oraz przy­naj­mniej trzy tysiące oke­anid, czyli mor­skich nimf, atrak­cyj­nych bogi­nek, poru­sza­ją­cych się z równą łatwo­ścią po suchym lądzie, jak i w mor­skich wodach. Oke­anos i Tetyda mieli już dwie doro­słe córki: Kli­mene, będącą kochanką Japeta, oraz sprytną i mądrą Metydę, która jesz­cze ode­gra w pew­nych wyda­rze­niach nie­zwy­kle donio­słą rolę8. Oboje żyli szczę­śli­wie na oce­anicz­nej fali, zatem żadne z niech nie widziało powodu, by poma­gać matce w zabi­ciu ich ojca Ura­nosa.

Gaja udała się więc do swo­jej córki Mne­mo­zyne, która była aku­rat bar­dzo zajęta posia­da­niem trud­nego do wymó­wie­nia imie­nia. Mne­mo­zyne wyda­wała się bar­dzo płytką, głu­piutką, nie­świa­domą istotą, która nic nie wie­działa, a rozu­miała jesz­cze mniej. Ale pozory myliły, bo z każ­dym dniem sta­wała się coraz bystrzej­sza, coraz wię­cej wie­działa i umiała. Jej imię zna­czy „pamięć” (stąd „mne­mo­tech­nika”). Kiedy odwie­dziła ją matka, świat i kosmos były jed­nak jesz­cze bar­dzo młode, Mne­mo­zyne nie miała więc zbyt wielu oka­zji, by posze­rzyć wie­dzę i doświad­cze­nie. Z bie­giem lat dzięki swo­jej umie­jęt­no­ści gro­ma­dze­nia nie­skoń­czo­nej liczby infor­ma­cji i doświad­czeń zmy­sło­wych miała stać się mądrzej­sza nie­mal od wszyst­kich istot. W przy­szło­ści miała zostać matką dzie­wię­ciu muz, które jesz­cze spo­tkamy.

– Chcesz, żebym pomo­gła ci zabić Ura­nosa? Ale prze­cież ojciec-niebo raczej nie może umrzeć?

– No to go obalmy albo oka­leczmy… Należy mu się.

– Nie pomogę ci.

– Dla­czego?

– Wiem, że ist­nieje jakiś powód. Powiem ci, kiedy go odkryję i zapa­mię­tam.

Dopro­wa­dzona do roz­pa­czy Gaja poszła wtedy do Tei, która ze swoim bra­tem Hype­rio­nem rów­nież two­rzyła sta­dło. W odpo­wied­nim cza­sie miała uro­dzić Heliosa – słońce, Selene – księ­życ i Eos – jutrzenkę. Oboje mieli więc w per­spek­ty­wie cał­kiem sporo obo­wiąz­ków rodzi­ciel­skich, dla­tego nie oka­zali żad­nego zain­te­re­so­wa­nia pla­nami pozby­cia się Ura­nosa przez matkę.

Gaja zała­mała ręce. Jej pozba­wione ikry i cha­rak­teru potom­stwo nie chciało wypeł­nić, jak jej się wyda­wało, swego boskiego prze­zna­cze­nia. Odrazą napeł­nił ją poza tym widok wła­snych dzieci roz­ko­cha­nych w sobie nawza­jem i przy­wią­za­nych do domo­wych pie­le­szy. Ruszyła więc do Fojbe, naj­bar­dziej inte­li­gent­nej z całej dwu­nastki, istoty o nie­zwy­kle wni­kli­wym umy­śle. Już od naj­młod­szych lat znać było, że Fojbe ma dar prze­po­wiedni.

– Och, nie, Matko Zie­mio – odparła, gdy usły­szała plan Gai. – Nie mogę wziąć udziału w takim spi­sku. Nic dobrego z niego nie wynik­nie. A poza tym jestem brze­mienna…

– A niech cię szlag – zaklęła wście­kle Gaja. – Z kim? Pew­nie z Kojo­sem?

Miała rację, brat Fojbe, Kojos, był zaiste mał­żon­kiem swo­jej sio­stry. Gaja, coraz bar­dziej roz­gnie­wana, ruszyła dalej, by zło­żyć wizytę pozo­sta­łemu potom­stwu. Z pew­no­ścią któ­reś z nich będzie umiało sta­wić czoło wyzwa­niu? Odwie­dziła Temidę, która w przy­szło­ści miała być wszę­dzie uzna­wana za ucie­le­śnie­nie spra­wie­dli­wo­ści i mądrej rady9, a Temida mądrze pora­dziła matce, by nie krzyw­dziła Ura­nosa. Gaja wysłu­chała uważ­nie mądrej rady i – tak jak robimy wszy­scy, śmier­telni i nieśmier­telni – zigno­ro­wała ją. Posta­no­wiła za to spraw­dzić siłę cha­rak­teru swo­jego syna Kriosa, który pojął za mał­żonkę Eury­bię, córkę Gai i Pon­tosa.

– Zabić ojca? – Krios wpa­try­wał się w matkę z nie­do­wie­rza­niem. – Ale… Jak to…? Zna­czy… dla­czego? Zna­czy…?

– Co będziemy z tego mieli, matko? – zapy­tała Eury­bia, znana z tego, że serce miała z kamie­nia.

– Och, po pro­stu świat i wszystko, co w nim ist­nieje – odparła Gaja.

– Do podziału z tobą?

– Do podziału ze mną.

– Nie! – odparł Krios. – Odejdź, matko.

– Warto się nad tym zasta­no­wić – zauwa­żyła Eury­bia.

– To zbyt nie­bez­pieczne – upie­rał się Krios. – Zabra­niam.

Gaja odwró­ciła się na pię­cie i bur­cząc wście­kle, ruszyła do swo­jego syna Japeta.

– Jape­cie, chłop­cze uko­chany. Zniszcz potwora Ura­nosa i rządź razem ze mną!

Oke­anida Kli­mene, która uro­dziła Jape­towi dwóch synów, a w łonie nosiła kolej­nego, wystą­piła naprzód.

– Jaka matka może pro­sić o taką przy­sługę? Zabić wła­snego ojca to dla syna naj­prze­raź­liw­sza zbrod­nia. Cały kosmos by krzy­czał.

– Muszę się zgo­dzić z Kli­mene, matko – przy­tak­nął Japet.

– Prze­kli­nam was i wasze dzieci – wyce­dziła Gaja.

Prze­kleń­stwo z ust matki jest strasz­nym cię­ża­rem. Zoba­czymy jesz­cze, jaki los spo­tka dzieci Japeta i Kli­mene, Atlasa, Epi­me­te­usza i Pro­me­te­usza.

Rea, popro­szona przez matkę jako jede­na­sta z rodzeń­stwa, odparła, że nie weź­mie udziału w jej pla­nie, ale – wzno­sząc w górę ręce, żeby zatrzy­mać wście­kły potok prze­kleństw z ust Gai – zasu­ge­ro­wała, że pomysł oba­le­nia ojca może się spodo­bać jej bratu Kro­no­sowi, ostat­niemu z dwu­nastki sil­nych, pięk­nych dzieci Gai. Ona sama sły­szała wie­lo­krot­nie, jak Kro­nos prze­kli­nał Ura­nosa i jego rządy.

– Naprawdę?! – wykrzyk­nęła Gaja. – Tak mówisz? No, a gdzie jest Kro­nos?

– Pew­nie wałęsa się gdzieś po pie­cza­rach Tar­taru. Świet­nie się z Tar­ta­rem doga­dują. Obaj są posępni. Zmienni w nastro­jach. Sza­leni. Wspa­niali. Okrutni.

– Na nie­biosa, nie mów mi tylko, że się kochasz w Kro­no­sie…

– Szep­nij mu o mnie dobre słowo, mamo, pro­szę! Z niego jest taki marzy­ciel. Te jego czarne oczy pełne bły­ska­wic. Te brwi jak dwa pio­runy. Te dłu­gie chwile, gdy zapada w mil­cze­nie…

Gaja zawsze myślała, że dłu­gie okresy mil­cze­nia jej naj­młod­szego potomka wyni­kają po pro­stu z nie­zbyt bystrego inte­lektu, ale roz­sąd­nie powstrzy­mała się od tej uwagi. Zapew­niła Reę, że oczy­wi­ście powie o niej Kro­no­sowi wiele cie­płych słów, i pośpie­szyła w dół, hen, aż do pie­czar Tar­taru, żeby odna­leźć syna.

Gdyby z nie­bios zrzu­cić kowa­dło z brązu, spa­da­łoby na zie­mię dzie­więć dni. Gdyby to kowa­dło zrzu­cić z ziemi, kolejne dzie­więć dni lecia­łoby do Tar­taru. Innymi słowy zie­mia znaj­duje się poło­wie drogi mię­dzy nie­bem a Tar­ta­rem. Czyli Tar­tar jest tak samo odle­gły od ziemi, jak zie­mia od nieba. Tar­tar był wtedy głę­bo­kim, prze­past­nym miej­scem. Ale nie był też po pro­stu miej­scem – pamię­taj­cie, że Tar­tar rów­nież był pier­wot­nym stwo­rem, zro­dzo­nym z Cha­osu w tym samym cza­sie co Gaja. Kiedy zatem Gaja zbli­żyła się do niego, przy­wi­tali się, jak przy­stoi człon­kom rodziny.

– Gaju, przy­ty­łaś.

– A ty wyglą­dasz okrop­nie.

– Czego tu w ogóle szu­kasz, tak głę­boko pod zie­mią?

– Ucisz się na chwilę, to ci powiem…

Te zgryź­liwe wymiany zdań nie powstrzy­mają ich w przy­szło­ści od spół­ko­wa­nia i wyda­nia na świat Tyfona – naj­strasz­niej­szego, naj­bar­dziej krwio­żer­czego ze wszyst­kich potwo­rów10. Ale na razie Gaja nie była w nastroju do amo­rów ani do dal­szych zgryź­li­wo­ści.

– Posłu­chaj. Mój syn Kro­nos… jest tu gdzieś?

Jej brat wydał zre­zy­gno­wany jęk.

– O, na pewno gdzieś tu jest. Powiedz mu, żeby lepiej zosta­wił mnie w spo­koju. Całe dnie nic, tylko cią­gle kręci się gdzieś w pobliżu i z roz­dzia­wioną gębą wpa­truje się we mnie cie­lę­cym wzro­kiem. Chyba się we mnie zako­chał czy coś. Zaczął się cze­sać tak samo jak ja i bez prze­rwy tęsk­nie pod­piera drzewa i skały. Wygląda na nie­szczę­śli­wego i nie­zro­zu­mia­nego, jakby pozo­wał komuś do obrazu, czy jak? Kiedy nie spo­gląda za mną smęt­nie, wpa­truje się w tam­ten stru­mień lawy. O, wła­śnie go tam widzę, patrz. Idź i prze­mów mu do rozumu.

Gaja poszła do syna.

Sierp

Żeby nie było wąt­pli­wo­ści, Kro­nos (czy też Cro­nus, jak cza­sem lubił się sno­bi­stycz­nie przed­sta­wiać) raczej nie był zbo­la­łym, wraż­li­wym emo-mło­dzień­cem, jakim odma­lo­wali go Rea i Tar­tar. Był naj­sil­niej­szym przed­sta­wi­cie­lem nie­wy­obra­żal­nie potęż­nej rasy. Ow­szem, był przy­stojny chmurną urodą i rze­czy­wi­ście kapry­śny i pełen humo­rów. Gdyby wtedy ist­niały te przy­kłady, porów­ny­wano by go może do naj­głę­biej zamy­ślo­nego Ham­leta, do Jakuba11 w chwi­lach wiel­kiej melan­cho­lii, albo do Kon­stan­tego z Mewy z domieszką Mor­ris­seya. Było w nim też jed­nak coś z Mak­beta i cał­kiem sporo z Han­ni­bala Lec­tera – jak zresztą jesz­cze zoba­czymy.

Kro­nos jako pierw­szy odkrył, że mil­czące zamy­śle­nie czę­sto brane jest za oznakę siły, mądro­ści i wład­czo­ści. Był naj­młod­szy z dwu­nastki rodzeń­stwa i od dzie­ciń­stwa nie­na­wi­dził ojca. Zabój­cza zazdrość i żale do Ura­nosa już go wręcz zatru­wały i mąciły mu zmy­sły, ale dotąd uda­wało się ukry­wać przed wszyst­kimi, jak bar­dzo nie­na­wi­dzi ojca. Przed wszyst­kimi oprócz uwiel­bia­ją­cej go sio­stry Rei, jedy­nej z całej rodziny, z którą Kro­nos czuł się swo­bod­nie i był sobą.

Kiedy z Gają pięli się z powro­tem w górę z głę­bin Tar­taru, matka sączyła mu w ucho jesz­cze wię­cej jadu, a Kro­nos słu­chał uważ­nie.

– Ura­nos jest okrutny. Opę­tał go szał. Boję się o nas oboje, uko­chany synu. Chodź, chłop­cze, chodź. – Gaja pro­wa­dziła Kro­nosa na górę Otrys.

Pamię­ta­cie dziwny, prze­ra­ża­jący twór, który wykuła z kamie­nia i ukryła w gór­skiej roz­pa­dli­nie? Teraz zapro­wa­dziła tam Kro­nosa i poka­zała mu swoje dzieło.

– Pod­nieś. No, śmiało.

Czarne oczy Kro­nosa roz­iskrzyły się, kiedy patrzył na prze­dziwny wytwór mat­czy­nych rąk i powoli zaczy­nał rozu­mieć, czym jest ten przed­miot.

Był to sierp, ogromny pół­księ­życ. Jego wygięte ostrze Gaja wykuła z ada­man­tynu – mie­szanki sza­rego krze­mie­nia, gra­nitu, dia­mentu i ofio­litu. Ada­man­tyn zna­czy „nie­ustę­pliwy”, a powstały z niego sierp był ide­al­nie ostry. Mógł prze­ciąć dosłow­nie wszystko.

Kro­nos pod­niósł sierp lekko jak piórko. Ważył go chwilę w dłoni, badał cię­żar, chwyt, zamach­nął się nim raz czy dwa. Gaja uśmiech­nęła się, sły­sząc, jak sierp ze świ­stem tnie powie­trze.

– Kro­no­sie, synu mój – rze­kła – musimy się wstrzy­mać i zacze­kać, aż Hemera i Eter zanu­rzą się wodach na zacho­dzie, a Ereb i Nyks będą gotowi skryć świat w ciem­no­ściach…

– Chcesz powie­dzieć, że mamy cze­kać do wie­czora? – Kro­nos był nie­cier­pliwy. Bra­ko­wało mu roman­ty­zmu i zro­zu­mie­nia poezji.

– Tak. Do sza­rej godziny. Wtedy twój ojciec przyj­dzie do mnie jak zawsze. Lubi…

Kro­nos prze­rwał jej krót­kim ruchem głową. Nie chciał pozna­wać szcze­gó­łów miło­snych igra­szek rodzi­ców.

– Scho­waj się tutaj, w tej roz­pa­dli­nie, gdzie ukry­łam sierp. Kiedy usły­szysz, że Ura­nos mnie pokrywa, że coraz gło­śniej ryczy z roz­ko­szy i namięt­nie jęczy, zadaj cios.

Noc i Dzień, Świa­tło i Mrok

Jak prze­wi­działa Gaja, po dwu­na­stu godzi­nach zabawy Hemera i Eter – Dzień i Świa­tło – zmę­czyli się i powoli ode­szli na zachód, zanu­rza­jąc się w morzu. W tym samym cza­sie Nyks zsu­nęła swój czarny woal i razem z Ere­bem zarzu­cili go na cały świat jak migo­tliwą czarną ser­wetę.

Kiedy Kro­nos z sier­pem w dło­niach cze­kał w roz­pa­dli­nie, wszel­kie stwo­rze­nie wstrzy­mało oddech. Mówię „wszel­kie stwo­rze­nie”, bo Ura­nos, Gaja i ich dzieci nie byli jedy­nymi isto­tami, które zdą­żyły się roz­mno­żyć. Inni też wyda­wali na świat liczne potom­stwo, w czym zde­cy­do­wa­nie wie­dli prym Ereb i Nyks. Mieli wiele dzieci, część strasz­nych, część prze­ślicz­nych, a jesz­cze inne – godne podziwu. Widzie­li­śmy już, jak Nyks uro­dziła Ere­bowi Hemerę i Etera. Ale potem, już bez pomocy Ereba, wydała na świat Morosa, czyli Wyrok, który miał siać naj­więk­szy postrach ze wszyst­kich bóstw. Wyrok przy­cho­dził do wszel­kiego stwo­rze­nia, śmier­tel­nego i nieśmier­tel­nego, ale zawsze pozo­sta­wał w ukry­ciu. Nawet nie­śmier­telni lękali się Wyroku i jego wszech­po­tęż­nego, wszech­wie­dzą­cego pano­wa­nia nad kosmo­sem.

Po Moro­sie przy­szło na świat całe stadko potom­stwa, jedno po dru­gim, jak potężna inwa­zja z powie­trza. Naj­pierw poja­wiła się Apate, Zdrada, którą Rzy­mia­nie nazy­wali Fraus (i od niej pocho­dzą angiel­skie słowa fraud, frau­du­lent i fraud­ster12). Prze­mknęła szybko na Kretę i tam cze­kała sto­sow­nej chwili. Następny uro­dził się Geras, Sta­rość. Wcale nie był sie­ją­cym postrach demo­nem, jak go sobie dzi­siaj wyobra­żamy. Cho­ciaż Geras zabie­rał jędr­ność, mło­dość i gib­kość, Grecy uwa­żali, że odpła­cał z nawiązką, prze­ka­zu­jąc dosto­jeń­stwo, mądrość i powa­ża­nie. Rzy­mia­nie nazy­wali go Senec­tu­sem, a jego imię ma wspólny rdzeń ze sło­wami „senior” i „senat”. W następ­nej kolej­no­ści przy­szły na świat upiorne bliź­nięta: Oizys (łaciń­ska Mise­ria), bogini nie­doli, przy­gnę­bie­nia i trosk, oraz jej okrutny bra­ci­szek Momos, zło­śliwe uoso­bie­nie szy­der­stwa, pogardy i obwi­nia­nia†13.

Dla Nyks i Ereba była to dopiero roz­grzewka. Ich kolejne dziecko, Eris (Discor­dia), Nie­zgoda, odpo­wia­dało za wszel­kie waśnie, podziały, bójki, potyczki, walki, bitwy i wojny. To Eris zło­śli­wie ofia­ro­wała w ślub­nym pre­zen­cie legen­darne jabłko nie­zgody, które stało się przy­czyną wojny tro­jań­skiej, choć do tego wiel­kiego zbroj­nego star­cia miało dojść dopiero w dale­kiej przy­szło­ści. Sio­stra Nie­zgody, Neme­sis, ucie­le­śniała Odwet, bez­względną siłę kosmicz­nej spra­wie­dli­wo­ści, która karze butną, nad­mierną ambi­cję – wadę cha­rak­teru nazy­waną przez Gre­ków hubris. Neme­sis miała cechy wspólne ze wschod­nim poję­ciem karmy, a dzi­siaj uży­wamy jej imie­nia dla okre­śle­nia nie­uchron­nego odwró­ce­nia losu, jaki pew­nego dnia spo­tka ludzi wynio­słych i złych – ta wła­śnie siła spro­wa­dzi na nich upa­dek. Można powie­dzieć, że Hol­mes był neme­sis Moriarty’ego, Bond – Blo­felda, a Jerry – Toma14.

Ereb i Nyks wydali na świat także Cha­rona, który miał zyskać wąt­pliwą sławę z chwilą przy­ję­cia obo­wiąz­ków prze­woź­nika zmar­łych. Uro­dził im się też Hyp­nos, per­so­ni­fi­ka­cja Snu. Jak rów­nież One­roi – tysiące ist­nień, które miały tkać senne marze­nia i przy­no­sić je śpią­cym. Pośród tych One­roi, któ­rych imiona znamy, byli Fobe­tor, bóg kosz­ma­rów sen­nych, oraz Fan­ta­sos, odpo­wie­dzialny za senne fan­ta­zje. Obaj dzia­łali pod nad­zo­rem syna Hyp­nosa, Mor­fe­usza, któ­rego samo imię przy­wo­dzi na myśl mor­fo­wa­nie, płynną zmianę kształ­tów w świe­cie snów†15. „Mor­fina”, „fan­ta­zja”, „hip­no­tyczny”, „onej­ro­man­cja” (sztuka inter­pre­ta­cji snów) oraz wiele innych słow­nych pochod­nych grec­kich bóstw snu prze­trwało w naszym języku. Brat Snu, Tana­tos, Śmierć, przy­niósł nam słowo „euta­na­zja”, czyli „dobra śmierć”. Rzy­mia­nie nazy­wali go Mors i to od niego pocho­dzą angiel­skie słowa mor­tals, mor­tu­aries i mor­ti­fia­tion‡16.

Te nowo zro­dzone istoty, potwor­nie obrzy­dliwe i prze­ra­ża­jące, odci­snęły na wszel­kim stwo­rze­niu nie­unik­nione piętno, tak już bowiem jest, że gdy świat daje nam coś god­nego uwagi, zawsze chowa w zana­drzu okrutne tego prze­ci­wień­stwo.

Były jed­nak trzy uro­cze wyjątki17: piękne sio­stry Hespe­rydy – nimfy zachodu, córy wie­czoru. Codzien­nie obwiesz­czały bli­skie nadej­ście swo­ich rodzi­ców, Ereba i Nyks, ale czy­niły to, roz­ta­cza­jąc nad świa­tem cie­pły, złoty zmierzch, a nie budzącą lęk czarną noc. Ich porę ope­ra­to­rzy fil­mowi nazy­wają „złotą godziną”, kiedy świa­tło jest naj­pięk­niej­sze i naj­bar­dziej urze­ka­jące.

Takie zatem potom­stwo mieli Nyks i Ereb, któ­rzy wła­śnie okry­wali zie­mię ciem­no­ścią nocy, a Gaja leżała, cze­ka­jąc na swo­jego męża, z nadzieją, że to już ostatni raz. Kro­nos zaś zer­kał z ukry­cia w mroku roz­pa­dliny na zbo­czu góry Otrys i mocno zaci­skał dło­nie na wiel­kim sier­pie.

Ura­nos wyka­stro­wany

Naresz­cie Gaja i Kro­nos usły­szeli od zachodu łoskot cięż­kich kro­ków i poczuli, jak trzę­sie się od nich zie­mia. Zadrżały liście na gałę­ziach. Kro­nos jed­nak trwał nie­wzru­szony w swo­jej kry­jówce. Był gotów.

– Gaju! – ryk­nął Ura­nos, nad­cho­dząc. – Przy­go­tuj się! Dzi­siaj spło­dzimy coś znacz­nie lep­szego od stu­rę­kich mutan­tów i jed­no­okich dzi­wa­deł…

– Chodź do mnie, wspa­niały mój synu, boski mężu! – odkrzyk­nęła Gaja, poka­zu­jąc, że jest gotowa na swa­wole, co Kro­no­sowi wydało się w bar­dzo złym guście.

Po budzą­cych grozę odgło­sach boskich mla­sków, jęków i lubież­nych klap­sów zorien­to­wał się, że ojciec pró­buje cze­goś w rodzaju gry wstęp­nej.

W swo­jej mrocz­nej niszy Kro­nos wziął pięć głę­bo­kich odde­chów. Ani przez moment nie zasta­na­wiał się nad moral­no­ścią swo­ich zamia­rów, był sku­piony wyłącz­nie na tak­tyce i na wybra­niu odpo­wied­niej chwili. Nabrał głę­boko powie­trza, pod­niósł olbrzymi sierp, szybko wyszedł z kry­jówki i sta­nął obok rodzi­ców.

Ura­nos, który wła­śnie miał się poło­żyć się na ciele Gai, zasko­czony pode­rwał się na równe nogi i ryk­nął gniew­nie. Kro­nos pod­szedł do niego opa­no­wa­nym kro­kiem, wziął wielki zamach i z impe­tem opu­ścił sierp. Ostrze zakre­śliło w powie­trzu wielki łuk i równo odcięło geni­ta­lia Ura­nosa.

Cały kosmos usły­szał osza­lały wrzask boga nieba, krzyk bólu, cier­pie­nia i wście­kło­ści – naj­gło­śniej­szy i naj­bar­dziej prze­ra­ża­jący dźwięk w całej krót­kiej histo­rii stwo­rze­nia. Wycie Ura­nosa napeł­niło lękiem wszyst­kie żywe istoty.

Z nie­god­nym okrzy­kiem triumfu Kro­nos pochwy­cił ocie­ka­jące krwią tro­feum, nim upa­dło na zie­mię.

Zwi­ja­jąc się z nie­wy­obra­żal­nego bólu, Ura­nos zawył:

– Kro­no­sie, mój nik­czemny potomku, naj­nik­czem­niej­szy z całego stwo­rze­nia! Naj­po­dlej­sza z istot, potwor­niej­sza niż budzący wstręt cyklopi i odra­ża­jący heka­ton­chej­ro­wie, tymi oto słowy prze­kli­nam cię. Niech twe dzieci spro­wa­dzą na cie­bie upa­dek, jak ty spro­wa­dzi­łeś na mnie.

Kro­nos spoj­rzał na leżą­cego ojca. Czarne oczy syna były ide­al­nie puste, ale usta wykrzy­wił mu zły uśmiech.

– Nie masz już mocy, żeby mnie prze­kli­nać, tato. Twoją moc trzy­mam w rękach.

Bawił się, pod­rzu­ca­jąc przed ojcem swój prze­ra­ża­jący łup – roze­rwany, lepki od krwi, śli­ski od ciek­ną­cego nasie­nia. Ze śmie­chem zamach­nął się i cisnął geni­ta­lia Ura­nosa hen, daleko. Pole­ciały przez grec­kie rów­niny i jesz­cze dalej, nad okryte ciem­no­ścią morze. Kro­nos, Ura­nos i Gaja, cała ich trójka, patrzyli, jak organy Ura­nosa zni­kają im z oczu nad wodami.

Kro­nos zdzi­wił się, gdy spoj­rzał znowu na matkę i zoba­czył, że Gaja w prze­ra­że­niu zakryła usta dło­nią. Z jej oczu pły­nęły łzy.

Kro­nos wzru­szył ramio­nami. Nic go to nie obcho­dziło.

Ery­nie, giganci i meliady

W tym cza­sie roz­mna­ża­nie się było jedy­nym celem pier­wot­nych bóstw, które zamiesz­ki­wały wszel­kie dzieło stwo­rze­nia. Nie­śmier­telni poświę­cali się temu z całą ener­gią, a świat został obda­rzony zadzi­wia­jącą mocą płod­no­ści. Glebę pobło­go­sła­wiła taka żyzność, że nawet zasa­dzony ołó­wek okryłby się kwie­ciem. Tam więc, gdzie spa­dła boska krew, życie wręcz musiało wyro­snąć.

Choć Ura­nos był mor­dercą, typem okrut­nym, zachłan­nym i nisz­czą­cym, był też mimo wszystko panem stwo­rze­nia. Oka­le­cza­jąc go i pozba­wia­jąc męsko­ści, jego syn popeł­nił naj­strasz­niej­szą zbrod­nię prze­ciw kosmo­sowi.

Może wcale nie powinno dzi­wić to, co stało się potem.

Wyka­stro­wany Ura­nos leżał w wiel­kiej kałuży krwi, która roz­lała się z jego oka­le­czo­nego kro­cza. Gdy lepka wil­goć wsią­kła w zie­mię, wyło­niły się z niej żywe istoty.

Z prze­siąk­nię­tej krwią gleby jako pierw­sze wydo­stały się Ery­nie, które my będziemy nazy­wać Furiami – Alekto (bez­względ­ność), Megajra (szał zazdro­ści) i Tyzy­fona (zemsta). Być może te mściwe istoty wyło­niły się z ziemi za sprawą nie­świa­do­mego pra­gnie­nia Ura­nosa. Od chwili ich chto­nicz­nych naro­dzin – czyli naro­dzin z ziemi – już po wsze czasy miały karać naj­więk­sze, naj­strasz­niej­sze zbrod­nie. Furie nie­ustę­pli­wie ści­gały odtąd zło­czyń­ców i nie spo­częły, aż winni zapła­cili w pełni za swoje występki. Ery­nie sie­kły wino­waj­ców okrut­nymi meta­lo­wymi biczami, odry­wa­jąc ciało od kości. Grecy z typową dla sie­bie iro­nią nazy­wali te mści­cielki Eume­ni­dami (łaska­wymi).

Po nich z gleby wyszli Giganci. Zawdzię­czamy im, oprócz syno­nimu olbrzyma, przed­ro­stek „giga”. Giganci, choć z pew­no­ścią dys­po­no­wali kolo­salną siłą, wcale nie byli isto­tami więk­szej postury niż ich przy­rod­nie rodzeń­stwo18.

Na sam koniec ze strasz­li­wego bólu i upadku Ura­nosa zro­dziły się meliady, pełne wdzięku nimfy, mające peł­nić rolę straż­ni­czek jesionu, któ­rego kora wydzie­lała słodką, lecz­ni­czą mannę†19.

Kiedy wszyst­kie te istoty wyło­niły się nie­ocze­ki­wa­nie z prze­sią­kłej krwią ziemi, Kro­nos wpa­try­wał się w nie z odrazą, a potem prze­go­nił je, groź­nie wyma­chu­jąc sier­pem. Następ­nie zwró­cił się do Gai.

– Przy­rze­kłem ci, Matko Zie­mio – powie­dział – że uwol­nię cię od potwor­nego bólu. Nie ruszaj się teraz.

Wziął jesz­cze jeden zamach sier­pem i roz­ciął ciało Gai. Z jej boku wypa­dli cyklopi i heka­ton­chej­ro­wie. Kro­nos spoj­rzał na oboje swo­ich rodzi­ców, zakrwa­wio­nych, dyszą­cych i war­czą­cych wście­kle jak zra­nione zwie­rzęta.

– Nie będziesz już wię­cej pokry­wał Gai – zwró­cił się do ojca. – Ska­zuję cię na wieczne wygna­nie pod zie­mię, w mroki nawet głęb­sze niż Tar­tar. Na te otchła­nie zacho­waj swoje złe humory i żyj tam na wieki wyka­stro­wany i bez­silny.

– Prze­li­czy­łeś się – wyce­dził Ura­nos. – Dosię­gnie cię zemsta. Prze­kli­nam twoje życie, niech się cią­gnie w nie­skoń­czo­ność, powoli i bez­li­to­śnie, niech ci będzie prze­raź­li­wym cię­ża­rem, któ­remu nie będzie końca, aż po wsze czasy. Twoje wła­sne dzieci obalą cię, tak jak…

– Jak ja cie­bie, tak, wiem. Prze­ko­namy się.

– Cie­bie, braci two­ich i sio­stry, prze­kli­nam was wszyst­kich, wytę­ża­cie siły, ale wybu­jałe ambi­cje dopro­wa­dzą was do upadku.

„Wytę­ża­jący siły”, czyli tytani – taki tytuł rezer­wu­jemy dziś dla Kro­nosa, jego jede­na­ściorga rodzeń­stwa oraz więk­szo­ści ich potom­stwa. Choć Ura­nos użył okre­śle­nia „tytani” jako obe­lgi, los chciał, że przez wieki słowo to nabrało dosto­jeń­stwa i god­no­ści. Rów­nież dzi­siaj nikt nie obra­ziłby się, gdyby go nazwano tyta­nem.

Na prze­kleń­stwa ojca Kro­nos tylko pogar­dli­wie się uśmiech­nął i sier­pem zapę­dził oka­le­czo­nego Ura­nosa do Tar­taru, razem z dopiero co uwol­nio­nymi swo­imi braćmi-mutan­tami. Hekan­to­chej­rów i cyklo­pów uwię­ził w pie­cza­rach, ale ojca ukrył jesz­cze głę­biej, jak naj­da­lej od swo­jego nie­bie­skiego domi­nium20.

Głę­boko pod powierzch­nią ziemi, która kie­dyś go kochała, kipiąc gnie­wem, wście­kło­ścią i marząc o zemście, całą swoją furię i boską moc Ura­nos prze­lał w złoża pew­nej pod­ziem­nej kopa­liny. Miał nadzieję, że któ­re­goś dnia ktoś ją wydo­bę­dzie i spró­buje okieł­znać pro­mie­niu­jącą z niej nie­wy­czer­paną ener­gię. Oczy­wi­ście było to wyklu­czone. Bo zbyt nie­bez­pieczne. Rasa na tyle nie­roz­ważna, by pró­bo­wać uwol­nić moc uranu, musiała się dopiero naro­dzić, prawda?

Z mor­skiej piany

Powróćmy teraz do wiel­kiego łuku na nie­bo­skło­nie zato­czo­nego przez odcięte gonady Ura­nosa. Pamię­ta­cie, że Kro­nos cisnął klej­noty ojca daleko przez morze.

Teraz możemy się im przyj­rzeć. Spa­dają w pobliżu joń­skiej wyspy Kithira, roz­bry­zgują wodę, odbi­jają się od niej, aż w końcu opa­dają i czę­ściowo toną w falach. Wloką za sobą wiel­kie sznury nasie­nia jak wstążki latawca. Tam, gdzie ude­rzyły w wodę, powierzch­nia morza toczy wście­kłą pianę. Cała woda wrze i kipi. Coś się z niej wynu­rza. Z ojco­bój­czej kastra­cji, z tej grozy, z cho­rej ambi­cji musi chyba powsta­wać coś nie­wy­obra­żal­nie ohyd­nego, coś strasz­nego, budzą­cego prze­ra­że­nie i wstręt, jakaś zapo­wiedź wojny, roz­lewu krwi, cier­pie­nia?

Wir krwi i spermy burzy się, buzuje i bul­go­cze. W roz­bry­zgach mor­skiej wody i nasie­nia z fal wyła­nia się czu­bek głowy, potem czoło, a w końcu twarz. Ale co to za twarz?

Tak pięk­nego obli­cza świat jesz­cze nie widział. To nie tylko twarz bajecz­nej istoty – to Piękno we wła­snej oso­bie. Cała jego postać w pełni nabrała już teraz kształtu z mor­skiej piany. Po grecku słowa „z piany” można oddać mia­nem Afro­dyta, i tak brzmi imię istoty, która w tej wła­śnie chwili unosi się nad roz­bry­zgami kro­pel. Stoi skrom­nie na dużej muszli, na jej war­gach błąka się łagodny uśmiech. Afro­dyta powoli scho­dzi na ląd na jed­nej z plaż Cypru. Gdzie tylko jej stopa dotknie ziemi, tam roz­kwi­tają kwiaty i wirują roje motyli. Wokół jej głowy fru­wają ptaki, wyśpie­wu­jąc pełne zachwytu, rado­sne trele. Miłość i Piękno dosko­nałe wła­śnie przy­były na zie­mię i świat już ni­gdy nie będzie taki sam.

Rzy­mia­nie nazwali ją Wenus, a jej naro­dziny i przy­pły­nię­cie do brzegu Cypru na wiel­kiej muszli naj­pięk­niej przed­sta­wił Bot­ti­celli na swoim nie­za­po­mnia­nym obra­zie.

Zostawmy Afro­dytę urzą­dza­jącą się na Cyprze i wróćmy do Kro­nosa, który wyru­szył teraz w drogę powrotną na powierzch­nię ziemi z mrocz­nych pie­czar Tar­taru.

Rea

Kiedy Kro­nos dotarł na górę Otrys, na szczy­cie cze­kała na niego jego sio­stra Rea. Widok chmur­nie pięk­nego brata z ocie­ka­ją­cym krwią sier­pem w dłoni bez­gra­nicz­nie ją zachwy­cił.

Kro­nos w pełni usta­no­wił swoją wła­dzę: nikt z jego braci-tyta­nów i sióstr-tyta­nek nie ośmie­lał się już pod­wa­żać jego decy­zji. Jego ojciec został pozba­wiony wszel­kiej mocy, a Gaja wyco­fała się do swo­jej dzie­dziny i w żad­nych innych wyda­rze­niach nie brała odtąd udziału. Odkryła, że wcale jej nie cie­szy krwawe oba­le­nie Ura­nosa, choć sama do niego dopro­wa­dziła. Co prawda nie utra­ciła swo­jej siły, auto­ry­tetu i wyso­kiego sta­tusu Matki Ziemi i przod­kini wszech­rze­czy, ale nie szu­kała już kon­taktu z innymi i nie łączyła się w pary. Teraz panem był Kro­nos. Po wystaw­nej uczcie, pod­czas któ­rej śpie­wano, a wła­ści­wie ryczano pozba­wione melo­dii hymny pochwalne opie­wa­jące jego wiel­kie doko­na­nia – pozba­wie­nie męsko­ści i oba­le­nie Ura­nosa – Kro­nos zwró­cił się do spło­nio­nej, drżą­cej Rei i odcią­gnął ją na bok, żeby upra­wiać z nią miłość.

Rea znowu nie posia­dała się ze szczę­ścia. Ode­grała swoją rolę i pomo­gła uwiel­bia­nemu bratu osią­gnąć pano­wa­nie nad wszel­kim stwo­rze­niem. A teraz się połą­czyli. Co wię­cej, z cza­sem poczuła w łonie ruchy dziecka. Dziew­czynki, była tego pewna. Jej szczę­ścia nie prze­sła­niał naj­mniej­szy cień.

Kro­nos nato­miast… zawsze posępny, stał się teraz jesz­cze bar­dziej ponury. Coś go gnę­biło. W gło­wie nie­ustan­nie sły­szał słowa ojca: „Twoje wła­sne dzieci obalą cię, jak ty oba­li­łeś mnie”.

Mijały tygo­dnie i mie­siące, a pełen złych prze­czuć Kro­nos przy­glą­dał się, jak brzuch Rei rośnie i nabrzmiewa.

„Twoje wła­sne dzieci… Twoje wła­sne dzieci…”.

Gdy nad­szedł dzień roz­wią­za­nia, Rea legła w niszy na górze – w tej samej skal­nej roz­pa­dli­nie, w któ­rej Gaja scho­wała sierp i gdzie ukrył się Kro­nos. Tam uro­dziła piękną dziew­czynkę, któ­rej nadała imię Hestia.

Led­wie wyrze­kła imię córki, zja­wił się Kro­nos, wyrwał nie­mowlę z ramion matki i połknął je w cało­ści. Zaraz potem odwró­cił się i odszedł, nawet bez czkawki. Zosta­wił Reę wstrzą­śniętą do gra­nic.

Dzieci Rei

Kro­nos był teraz panem ziemi, morza i nieba, a sierp sta­no­wił sym­bol jego wła­dzy. Jego berło. Od Gai Kro­nos prze­jął zie­mię, od Ura­nosa – niebo. Pano­wa­nie nad morzem zagar­nął dla sie­bie, rzu­ca­jąc straszne groźby wobec Pon­tosa i Talassy oraz swo­jego rodzeń­stwa, Oke­anosa i Tetydy. Nie ufał nikomu i rzą­dził samot­nie.

Na­dal jed­nak znaj­do­wał przy­jem­ność w spół­ko­wa­niu z Reą, a ona dalej go przyj­mo­wała, kocha­jąc bez­na­dziej­nie i wie­rząc, że popeł­niona przez niego potwor­ność, pożar­cie pier­wo­rod­nej córki, była występ­kiem, który już się nie powtó­rzy.

Nie miała jed­nak racji. Chłopca imie­niem Hades, ich kolejne dziecko, Kro­nos pożarł w taki sam spo­sób. A potem kolejną dziew­czynkę, Deme­ter. Potem Posej­dona, dru­giego syna, i jako ostat­nią – trze­cią córkę, Herę. Wszyst­kie dzieci połknął w cało­ści i gładko, jak my prze­ły­kamy ostrygę czy łyżkę kon­fi­tur.

Kiedy Kro­nos pożarł Herę, swoje piąte dziecko, miłość Rei do męża zmie­niła się w nie­na­wiść. Kiedy tej samej nocy chwy­cił żonę i znowu z nią legł, Rea przy­się­gła sobie, że jeśli będzie brze­mienna, Kro­nos ni­gdy nie dosta­nie jej szó­stego dziecka. Ale jak niby mia­łaby temu zapo­biec? Jej mąż był wszech­mocny.

Pew­nego ranka Rea obu­dziła się i poczuła znane sobie mdło­ści. Była przy nadziei. Boska intu­icja pod­po­wie­działa jej, że szó­stym dziec­kiem będzie chło­piec.

Rea zeszła z Otrysu i ruszyła na poszu­ki­wa­nia swo­jej matki i ojca. Cho­ciaż sama przy­czy­niła się do ich upadku, na­dal, jak każda córka, ufała w mądrość i dobrą wolę rodzi­ców. Wie­działa poza tym, że ich gniew na nią był niczym przy żywej nie­na­wi­ści, jaką pałali do Kro­nosa.

Przez trzy dni wołała Gaję i Ura­nosa, a jej głos niósł się po wzgó­rzach i pie­cza­rach świata.

– Matko Zie­mio, Ojcze Nie­bie, usłysz­cie swą córkę i przyjdź­cie jej z pomocą! Syn, który was oka­le­czył i wygnał, stał się naj­strasz­niej­szym potwo­rem, naj­bar­dziej krwio­żer­czym zwy­rod­nial­cem na świe­cie. Pożarł już pię­cioro waszych wnu­ków. Noszę w łonie jesz­cze jedno dziecko, gotowe rychło przyjść na świat. Pokaż­cie, jak je oca­lić. Pokaż­cie, bła­gam, a wycho­wam je, by czciło was po wsze czasy.

Głę­boko pod zie­mią roz­legł się potworny łoskot. Zie­mia zatrzę­sła się pod sto­pami Rei. Dobiegł ją strasz­liwy ryk Ura­nosa, ale wśród tego krzyku Rea usły­szała też łagodny głos matki Gai.

Razem, we troje, uknuli zmyślny plan.

Zamiana

Aby wpro­wa­dzić ten plan w życie, Rea udała się na Kretę. Chciała tam poroz­ma­wiać z kozą Amal­teą. Po krze­pią­cym spo­tka­niu z Amal­teą spo­tkała się też z miesz­ka­ją­cymi na wyspie melia­dami, łagod­nymi, dobro­tli­wymi nim­fami rodzą­cego mannę jesionu. Jeśli pamię­ta­cie, meliady wyło­niły się z ziemi prze­siąk­nię­tej krwią Ura­nosa razem z Furiami i gigan­tami. Zado­wo­lona z obrotu spraw na Kre­cie Rea wró­ciła na górę Otrys, żeby przy­go­to­wać się do naro­dzin dziecka.

Kro­nos widział już teraz, że żona jest brze­mienna, i wyglą­dał tego dnia, kiedy w spo­koju będzie mógł pożreć szó­stego potomka. W gło­wie dźwię­czała mu nie­ustan­nie prze­po­wied­nia Ura­nosa, a nie zamie­rzał w żad­nym razie ryzy­ko­wać. Kro­nos, ten pra-Sta­lin, wpa­dał w coraz więk­szą para­noję, bo despo­tów i uzur­pa­to­rów zawsze nisz­czy obłędny lęk.

Gaja powie­działa Rei o pew­nym kamie­niu, który leżał na wzgó­rzu nie­opo­dal Otrysu – o gła­zie z czy­stego magne­tytu21, aku­rat odpo­wied­nio dużym dla ich celów. Kamień był gładki i miał kształt wiel­kiego ziarna fasoli.

Ran­kiem Kro­nos lubił prze­cha­dzać się po Gre­cji od jej krańca do krańca. Odwie­dzał przy tym każ­dego brata-tytana i sio­strę-tytankę, pozor­nie po to, by uzgad­niać z nimi różne sprawy, a tak naprawdę, żeby spraw­dzać, czy prze­ciw niemu nie knują. Kiedy Rea była pewna, że Kro­nos jest aku­rat na wybrzeżu, w odwie­dzi­nach u Oke­anosa i Tetydy, poszła na opi­sane przez Gaję miej­sce, odna­la­zła kamień i zabrała go do sie­bie, na górę Otrys. Plan powoli się urze­czy­wist­niał.

Pew­nego dnia, kiedy Kro­nos prze­by­wał gdzieś na tyle bli­sko, by mógł ją usły­szeć, ale dosta­tecz­nie daleko, by powrót zajął mu tro­chę czasu, Rea udała, że roz­po­czął się poród. Jej coraz gło­śniej­sze krzyki roz­dzie­rały powie­trze, potem zapa­dła nagle chwila ciszy, aż w końcu roz­legł się uda­wany, naj­le­piej, jak potra­fiła, płacz nie­mow­lę­cia chwy­ta­ją­cego pierw­szy oddech.

Kro­nos oczy­wi­ście się zja­wił. Na Reę padł jego cień.

– Oddaj mi dziecko – naka­zał.

– Panie mój i mężu. – Rea posłała mu bła­galne spoj­rze­nie. – Naprawdę nie pozwo­lisz mi tego dziecka zatrzy­mać? Spójrz na nie, takie słod­kie, takie nie­winne. Takie nie­groźne.

Śmie­jąc się gbu­ro­wato, Kro­nos wyrwał zawi­niątko z ramion Rei i połknął je w cało­ści razem z beci­kiem. Tra­fiło gładko do żołądka jak inne pożarte dzieci. Kro­nos ude­rzył się w pierś raz, potem drugi, bek­nął gło­śno i odszedł, zosta­wia­jąc zroz­pa­czoną żonę w stru­mie­niach łez.

Gdy się odda­lił, Rea prze­stała pła­kać. Szloch ustą­pił miej­sca ledwo tłu­mio­nemu wybu­chowi rado­ści i śmie­chu.

Kiedy Rea w końcu opa­no­wała emo­cje, wstała z posła­nia, zeszła z góry i ruszyła na Kretę tak szybko, jak tylko mogła z brzu­chem tuż przed roz­wią­za­niem.

Kre­teń­skie dzie­cię

Poród na Kre­cie prze­biegł łatwo. Pod tro­skliwą opieką kozy Amal­tei oraz meliad Rea przy­go­to­wała się do naro­dzin syna w bez­piecz­nym schro­nie­niu w jaskini na zbo­czu góry Ida. Tam na świat przy­szedł nie­ziem­sko piękny chło­piec. Dała mu imię Zeus.

Podob­nie jak wcze­śniej Gaja, która z pomocą naj­młod­szego potomka, Kro­nosa, zemściła się na swoim synu i mężu, Ura­no­sie, tak teraz Rea przy­się­gła, że wychowa naj­młod­szego syna, by dopro­wa­dził do upadku jej męża i brata Kro­nosa. Żądza krwi, zachłan­ność i zbrod­nia, które nazna­czyły począ­tek świata, miały się powtó­rzyć w kolej­nym poko­le­niu, zata­cza­jąc strasz­liwe koło.

Rea wie­działa, że musi wró­cić na Otrys, nim Kro­nos zauważy jej nie­obec­ność i zacznie coś podej­rze­wać. Z melia­dami posta­no­wiły, że koza Amal­tea wykarmi dziecko tłu­stym, odżyw­czym mle­kiem, nimfy nato­miast będą mu dawać słodką, pożywną mannę, która sączyła się z ich jesionu. W ten spo­sób młody Zeus będzie mógł zdrowo rosnąć na Kre­cie i nabie­rać sił. Rea miała go odwie­dzać tak czę­sto, jak będzie mogła, żeby go uczyć sztuki zemsty.

Tak brzmi naj­le­piej znana wer­sja tej histo­rii, ist­nieje jed­nak wiele wer­sji opo­wie­ści o tym, w jaki spo­sób Zeus zdo­łał unik­nąć odkry­cia przez potęż­nego Kro­nosa, boga ziemi, nie­bios i morza. Jedna z nich głosi, że nimfa imie­niem Ada­man­tea zwie­siła Zeusa w beciku z drzewa na linie. Zawie­szony mię­dzy zie­mią, morzem i nie­bem, pozo­sta­wał poza zasię­giem wzroku swo­jego ojca. Obraz to godny Dalego – dzie­cię, w przy­szło­ści naj­po­tęż­niej­sza ze wszyst­kich istot, ślini się, gawo­rzy i gru­cha, zawie­szone mię­dzy żywio­łami, nad któ­rymi kie­dyś będzie spra­wo­wać rządy.

Przy­sięga posłu­szeń­stwa

Kro­nos nie miał poję­cia, że na Kre­cie dora­sta jego syn, kar­miony mle­kiem kozy i manną, i że z każ­dym dniem staje się coraz sil­niej­szy. Zeus nauczył się cho­dzić, mówić i rozu­mieć ota­cza­jący go świat. Kro­nos tym­cza­sem wezwał na Otrys swoje rodzeń­stwo – tyta­nów i tytanki – aby odno­wić z nimi przy­sięgę wier­no­ści i posłu­szeń­stwa.

– Teraz ten świat należy do nas – rzekł im. – Los nie dał mi dzieci, chciał bowiem, abym jako bez­dzietny władca lepiej spra­wo­wał rządy. Ale wy czyń­cie swój obo­wią­zek. Roz­mna­żaj­cie się! Zapeł­nij­cie świat rasą tyta­nów. Wycho­waj­cie dzieci na bez­względ­nie mi posłuszne, a ja nadam wam zie­mie i pro­win­cje we wła­da­nie. A teraz pokłoń­cie się przede mną.

Tytani nisko pochy­lili głowy, a Kro­nos mruk­nął z zado­wo­le­niem – tylko w taki spo­sób umiał wyra­żać wiel­kie szczę­ście. Zdo­łał oto ujść przed mściwą prze­po­wied­nią ojca. Naresz­cie mogła nastać trwa­jąca po wsze czasy era tyta­nów.

Mło­dzie­niec z Krety

Kro­nos pomru­ki­wał z zado­wo­le­nia, ale Moros, uoso­bie­nie Prze­zna­cze­nia i Zguby, zawsze się uśmie­chał na widok nad­mier­nie pew­nych sie­bie wład­ców tego świata. Wie­dział, że na Kre­cie rośnie silny i zdrowy Zeus. Syn Kro­nosa sta­wał się powoli naj­mo­car­niej­szym i naj­pięk­niej­szym mło­dzień­cem na całym świe­cie – pro­mie­niał taką urodą, że patrze­nie na niego spra­wiało innym ból22. Dzięki dobro­czyn­nej mocy koziego mleka i pożyw­nej man­nie miał mocne kości, gładką cerę, błysz­czące oczy i lśniące włosy. Z chłopca, grec­kiego pais, zmie­nił się w nasto­latka, ephe­bos, potem w mło­dzieńca, kouros, a następ­nie, jak powie­dzie­li­by­śmy dzi­siaj, stał się god­nym uwagi peł­no­let­nim męż­czy­zną†23. Jego brodę i policzki pora­stał miękki puch, zaczątki potęż­nej, impo­nu­ją­cej brody, która w przy­szło­ści miała stać się jego zna­kiem roz­po­znaw­czym. Biła od niego pew­ność sie­bie i ota­czała go natu­ralna aura wła­dzy, wła­ściwa uro­dzo­nym przy­wód­com. Prę­dzej wybu­chał śmie­chem niż zło­ścią, ale kiedy coś go wzbu­rzyło, jego gniew budził lęk w każ­dej żywej isto­cie.

Od małego umiał się cie­szyć życiem‡24, ale miał też siłę cha­rak­teru, która wzbu­dzała respekt nawet u jego matki. Nie­któ­rzy zaświad­czali wręcz, że dzięki mleku Amal­tei nabrał z bie­giem lat nad­zwy­czaj­nych umie­jęt­no­ści. Do dzi­siaj prze­wod­nicy na Kre­cie zaba­wiają tury­stów opo­wie­ściami o impo­nu­ją­cej sile mło­dego Zeusa. Opo­wia­dają (jakby sami byli tego świad­kami), jak to Zeus w dzie­ciń­stwie, bawiąc się ze swoją uko­chaną kozią mamką, nie­świa­domy wła­snej siły odła­mał jej jeden róg. Za sprawą boskiej mocy Zeusa, potęż­nej już u małego chłopca, odła­many róg w jed­nej chwili napeł­nił się przy­sma­kami – świe­żym chle­bem, warzy­wami, owo­cami, wędli­nami i wędzoną rybą. Co wię­cej, te wyborne spe­cjały ni­gdy się nie wyczer­py­wały, choć czę­sto po nie się­gano. W ten wła­śnie spo­sób poja­wił się na świe­cie słynny Róg Obfi­to­ści.

Wytrwała matka Zeusa odwie­dzała Kretę, kiedy tylko mogła wymknąć się czuj­nemu Kro­no­sowi.

– Ni­gdy nie zapo­mi­naj o zbrod­niach swo­jego ojca. On pożarł two­ich braci i sio­stry. Cie­bie też pró­bo­wał zjeść. To twój wróg.

Zeus słu­chał, jak Rea opi­sy­wała smutny los świata pod rzą­dami Kro­nosa.

– Twój ojciec rzą­dzi stra­chem. Nie rozu­mie, co to wier­ność i zaufa­nie. Tak nie można, Zeu­sie.

– Ale prze­cież wła­śnie dzięki temu jest silny.

– Nie! Jest przez to słaby. Tytani są jego rodziną, to jego bra­cia i sio­stry, bra­tan­ko­wie i sio­strze­nice. Już teraz część z nich zaczyna sar­kać na jego rządy tyrana. Gdy przyj­dzie czas, wyko­rzy­stasz ich żal i nie­chęć.

– Tak, matko.

– Praw­dziwy przy­wódca zawiera soju­sze. Praw­dzi­wego przy­wódcę inni podzi­wiają, ufają mu.

– Tak, matko.

– Praw­dzi­wego przy­wódcę kochają.

– Tak, matko.

– Oj, dwo­ru­jesz ze mnie, ale mam rację.

– Tak, m…

Rea dała mu klapsa.

– Nie żar­tuj sobie. Bystry jesteś, jak widzę. Ada­man­tea twier­dzi, że inte­li­gentny z cie­bie chło­piec, ale poryw­czy. Podobno mar­nu­jesz zbyt wiele czasu na ści­ga­nie wil­ków, draż­nie­nie owiec, wspi­na­nie się na drzewa i uwo­dze­nie jesio­no­wych nimf. Pora, byś ode­brał wła­ści­wie wykształ­ce­nie. Masz już szes­na­ście lat i nie­długo musisz zacząć dzia­łać.

– Tak, matko.

Oke­anida i elik­sir

Rea popro­siła swoją przy­ja­ciółkę Metydę, mądrą, piękną córkę Tetydy i Oke­anosa, żeby przy­go­to­wała jej syna do nie­uchron­nych wyda­rzeń.

– Jest mądry, ale krnąbrny i poryw­czy. Naucz go cier­pli­wo­ści, chy­tro­ści oraz pod­stępu.

Metyda zauro­czyła chłopca już przy pierw­szym spo­tka­niu. Zeus ni­gdy wcze­śniej nie widział podob­nej pięk­no­ści. Tytanka była nieco drob­niej­szej budowy niż pozo­stali człon­ko­wie jej rasy, ale miała wdzięk i powagę. Była zwinna jak łania, sprytna jak lis, silna jak lew i łagodna jak gołę­bica – wszyst­kie te cechy two­rzyły postać, któ­rej uroda i mądrość cał­ko­wi­cie zawró­ciły chłopcu w gło­wie.

– Legnij ze mną.

– Nie. Pój­dziemy się przejść. Mam ci dużo do powie­dze­nia.

– Tutaj. Na tra­wie.

Metyda uśmiech­nęła się i ujęła jego dłoń.

– Sporo pracy przed nami, Zeu­sie.

– Ale ja cię kocham.

– W takim razie zro­bisz, o co pro­szę. Kiedy ktoś kogoś kocha, czyni wszystko, żeby go zado­wo­lić, prawda?

– A ty mnie nie kochasz?

Metyda roze­śmiała się, cho­ciaż w głębi serca dosto­jeń­stwo i cha­ry­zma, jakie biły od tego śmia­łego, przy­stoj­nego mło­dzieńca, osza­ła­miały ją i zdu­mie­wały. Jej przy­ja­ciółka Rea popro­siła jed­nak, by go wykształ­ciła, a Metyda ni­gdy nie zawo­dziła tych, któ­rzy jej zawie­rzyli.

Przez rok uczyła Zeusa, jak zaglą­dać w serca i oce­niać inten­cje innych. Jak uży­wać wyobraźni i rozumu. Jak znaj­do­wać w sobie siłę do stu­dze­nia emo­cji, zanim podej­mie się jakie­kol­wiek kroki. Jak ukła­dać plany i skąd wie­dzieć, kiedy jakiś plan należy zmie­nić albo porzu­cić. Jak pozwa­lać gło­wie, by rzą­dziła ser­cem, i jak ser­cem zdo­by­wać uczu­cia innych.

Upar­cie nie zga­dzała się, by zna­jo­mość z Zeu­sem prze­kształ­ciła się w zwią­zek dwóch ciał.

Ale młody bóg poko­chał ją przez to jesz­cze bar­dziej. A Metyda, cho­ciaż ni­gdy mu tego nie wyznała, odwza­jem­niała jego miłość. Dla­tego kiedy tylko byli bli­sko sie­bie, w powie­trzu wokół nich sypały się skry.

Pew­nego dnia Zeus zoba­czył, że Metyda stoi nad wiel­kim gła­zem i ude­rza w jego pła­ską powierzch­nię małym, zaokrą­glo­nym kamie­niem.

– A co ty tam znowu robisz?

– Miaż­dżę ziarna gor­czycy i krysz­tałki soli.

– Że też się nie domy­śli­łem.

– Dzi­siaj – cią­gnęła Metyda – koń­czysz sie­dem­na­ście lat. Jesteś już gotów, by wyru­szyć na Otrys i wypeł­nić swoje prze­zna­cze­nie. Nie­długo zjawi się tu Rea, ale naj­pierw muszę dokoń­czyć przy­go­to­wa­nia, bo… coś mi przy­szło do głowy.

– Co jest w tym słoju?

– Mie­szanka soku z maku i siar­czanu mie­dzi posło­dzona syro­pem z manny, który dosta­łam od meliad, naszych jesio­no­wych przy­ja­ció­łek. Wsy­pa­łam razem wszyst­kie skład­niki i potrzą­snę­łam, żeby wymie­szać. O, tak.

– Nie rozu­miem.

– Patrz, przy­szła już twoja matka. Ona ci wszystko opo­wie.

Metyda słu­chała, jak Rea obja­śnia Zeu­sowi plan. Matka i syn spoj­rzeli sobie głę­boko w oczy, wes­tchnęli i zło­żyli przy­sięgę, syn matce, a matka synowi. Byli gotowi.

Powtórne naro­dziny pię­ciorga

Była pół­noc. Świat skry­wała gęsta tka­nina, którą Ereb i Nyks zarzu­cili na zie­mię, morze i niebo, kiedy dzienna prze­chadzka Hemery i Etera dobie­gła końca. W roz­pa­dli­nie wysoko na górze Otrys pan wszech­rze­czy ner­wowo prze­cha­dzał się tam i z powro­tem. Bił się w pierś, nie­spo­kojny i nie­szczę­śliwy. Kro­nos był teraz naj­bar­dziej nie­obli­czal­nym, wybu­cho­wym i zgorzk­nia­łym tyta­nem z całej dwu­nastki. Wszech­wła­dza nie dawała mu zado­wo­le­nia. Odkąd Rea – bez żad­nych wyja­śnień – zabro­niła mu wstępu do mał­żeń­skiego łoża, cier­piał na bez­sen­ność. Bez koją­cego snu jego humory i dole­gli­wo­ści tra­wienne, już przed­tem mu doku­cza­jące, teraz jesz­cze się pogłę­biły. Po pożar­ciu ostat­niego z dzieci zaczął cier­pieć na refluks żołąd­kowy, któ­rego nie miał po wcze­śniej­szej piątce. I jak tu się cie­szyć wszech­wła­dzą, kiedy żołą­dek ści­skają bole­ści, a myśli błą­dzą po omacku w gęstej mgle bez­sen­no­ści?

Kiedy jed­nak nie­spo­dzie­wa­nie usły­szał cichy, słodki głos Rei, nucą­cej pod nosem, gdy wspi­nała się po zbo­czu góry na szczyt, w jego sercu zapa­no­wał stan, który można od biedy nazwać szczę­ściem. Naj­ład­niej­sza z sióstr i naj­droż­sza żona! To cał­kiem natu­ralne, że pożar­cie sze­ściorga dzieci wypro­wa­dziło ją tro­chę z rów­no­wagi. Z pew­no­ścią jed­nak rozu­mie, że nie miał wyj­ścia. Jest tytanką, wie, co to powin­ność i prze­zna­cze­nie. Kro­nos zawo­łał do niej:

– Reo?!

– Kro­no­sie! Tak późno, a ty jesz­cze nie śpisz?

– Spę­dzi­łem bez­sen­nie wię­cej dni i nocy, niż mógł­bym zli­czyć. Hyp­nos i Mor­fe­usz cał­kiem mnie opu­ścili. W mych myślach pełno skor­pio­nów, droga żono. – Mak­bet, kolejny mor­derca cier­piący na brak snu i tra­piony przez ponure prze­po­wied­nie, wiele lat póź­niej wypo­wie­dział te same słowa.

– Psst, kochany. Czyż spryt i zręcz­ność tytanki nie poko­nają zwy­kłych demo­nów snu? Wszystko, co Hyp­nos i Mor­fe­usz mogą uczy­nić, by ulżyć twemu obo­la­łemu ciału, uspo­koić goni­twę myśli, ukoić zra­nio­nego ducha, ja rów­nież potra­fię, bo mam coś słod­kiego i cie­płego.

– Twe słod­kie, cie­płe usta! Twe słod­kie, cie­płe uda! Twoja słodka, cie­pła…

– Wszystko w swoim cza­sie, nie bądź taki nie­cier­pliwy! Naj­pierw zobacz, jaki mam dla cie­bie dar. Uro­czego chłopca, który będzie twoim pod­cza­szym.

Zza skały wyło­nił się Zeus. Jego piękne obli­cze roz­ja­śniał pro­mienny uśmiech. Skło­nił się i ofia­ro­wał Kro­no­sowi wysa­dzany klej­no­tami puchar. Tytan zachłan­nie chwy­cił kie­lich.

– Ładny chło­piec, bar­dzo ładny. Póź­niej mogę spró­bo­wać i jego – stwier­dził. Obda­rzył Zeusa peł­nym uzna­nia spoj­rze­niem i wychy­lił dusz­kiem zawar­tość pucharu. – Ale, Reo, cie­bie jedną kocham.

Było zbyt ciemno, by Kro­nos mógł dostrzec unie­sioną w pogar­dli­wym nie­do­wie­rza­niu brew Rei.

– Mnie jedną kochasz? – wyce­dziła. – Kochasz? Mnie? Ty? Ty, który pożar­łeś wszyst­kie moje uko­chane dzieci oprócz jed­nego? Ty śmiesz mówić mi o miło­ści?

Kro­nos czknął nie­pew­nie. Działo się z nim coś bar­dzo dziw­nego. Zmarsz­czył brwi i usi­ło­wał się sku­pić. Co takiego mówiła Rea? Bo chyba nie to, że prze­stała go kochać? Jego myśli spo­wi­jała teraz jesz­cze gęst­sza mgła niż zazwy­czaj, a w żołądku czuł nara­sta­jący prze­wrót. Co się z nim działo? Och, powie­działa coś jesz­cze. Coś kom­plet­nie bez sensu.

– Jak to pożar­łem wszyst­kie twoje dzieci „oprócz jed­nego”? – zapy­tał nie­pew­nie, wal­cząc z mdło­ściami. – Pożar­łem je wszyst­kie. Pamię­tam dokład­nie.

Dono­śny młody głos prze­ciął nocną ciszę niczym cię­cie batem.

– Mylisz się, ojcze!

Kro­nos wal­czył z coraz sil­niej­szymi nud­no­ściami. Zdu­miony dostrzegł, że młody pod­cza­szy wyszedł z kręgu cie­nia i idzie ku niemu.

– Kim… kim… kim ty… uuuueeeah!

Wymioty nie do opa­no­wa­nia nie pozwo­liły Kro­no­sowi dokoń­czyć. Silny skurcz wypchnął z jego trzewi wielki kamień. Płótno, któ­rym głaz był owi­nięty, już dawno roz­pu­ściły w żołądku kwasy. Osłu­piały Kro­nos wpa­try­wał się w kamień, blady jak trup. Trudno mu było jed­nak sku­pić wzrok. Zanim pojął, na co patrzy, z prze­ra­że­niem poczuł nie­omylną zapo­wiedź kolej­nej fali wymio­tów. Dłu­giej fali.

Zeus zwin­nie sko­czył naprzód, pod­niósł głaz, który wypadł z brzu­cha Kro­nosa, i cisnął go w dal z wiel­kim zama­chem, tak jak kie­dyś jego ojciec rzu­cił geni­ta­lia Ura­nosa daleko od miej­sca kaźni – tego samego, w któ­rym się teraz we troje zebrali. Póź­niej zoba­czymy jesz­cze, gdzie kamień upadł i co się dalej stało.

Mie­szanka soli, gor­czycy i wymiot­nicy w trze­wiach Kro­nosa na­dal zmu­szała go do nie­prze­rwa­nych tor­sji25. Jedno po dru­gim zwró­cił pię­cioro pożar­tych dzieci. Pierw­sza wypa­dła Hera†26, potem Posej­don, Deme­ter, Hades, a ostat­nia Hestia, zanim zdjęty bole­ściami, dyszący i wyczer­pany Kro­nos w końcu padł.

Jeśli sobie przy­po­mi­na­cie, elik­sir Metydy zawie­rał też pewną ilość soku mako­wego, który natych­miast zaczął dzia­łać nasen­nie. Kro­nos ostatni raz gło­śno mruk­nął, odwró­cił się na drugi bok i zapadł w bar­dzo głę­boki sen.

Zeus wzniósł zwy­cię­ski okrzyk. Pochy­lił się nad chra­pią­cym ojcem, żeby chwy­cić jego wielki sierp i zadać ostatni, śmier­telny cios łaski. Zamie­rzał jed­nym ruchem odciąć Kro­no­sowi głowę i trium­fal­nie poka­zać ją światu w nie­za­po­mnia­nym geście, który arty­ści przed­sta­wia­liby potem po wsze czasy. Ale sierpa, wyku­tego dla Kro­nosa przez Gaję, nie można było użyć prze­ciw niemu.

Mimo swo­jej kolo­sal­nej siły Zeus nie potra­fił sierpa unieść. Pró­bo­wał, ale miał wra­że­nie, że ostrze jest spo­jone z zie­mią.

– To Gaja dała sierp Kro­no­sowi i tylko ona może mu go ode­brać – rze­kła Rea. – Niech i tak będzie.

– Ale ja muszę go zabić – upie­rał się Zeus. – Muszę nas pomścić.

– Chroni go jego Matka Zie­mia. Nie wywo­łuj jej gniewu. Jesz­cze będziesz jej potrze­bo­wał. Przyj­dzie czas, że zemsta będzie twoja.

Zeus zre­zy­gno­wał z prób pod­nie­sie­nia sierpa. Co prawda nie mógł ściąć głowy ojcu, który leżał i chra­pał jak niedź­wiedź, i jego cier­pli­wość została przez to wysta­wiona na wielką próbę, ale matka miała rację. To mogło zacze­kać. Na razie było wiele innych powo­dów do świę­to­wa­nia.

W świe­tle gwiazd nad szczy­tem Otrysu on i jego pię­cioro oswo­bo­dzo­nych braci i sióstr śmiali się, tupali, pohu­ki­wali i wyli z zachwytu. Ich matka też się śmiała i kla­skała z rado­ści na widok pro­mie­nie­ją­cych synów i córek w tak dobrym zdro­wiu i takich szczę­śli­wych, naresz­cie wol­nych i goto­wych upo­mnieć się o swoje dzie­dzic­two. Każde z pię­ciorga rodzeń­stwa po kolei objęło Zeusa, teraz ich naj­star­szego, choć naj­młod­szego wie­kiem brata, ich zbawcę i przy­wódcę. Przy­się­gli mu wier­ność i odda­nie na wieki. Razem mieli oba­lić odra­ża­jącą rasę Kro­nosa i usta­no­wić nowy porzą­dek…

Mimo swo­jego pocho­dze­nia nie zamie­rzali nazy­wać się tyta­nami. Mieli być bogami. Tymi naj­waż­niej­szymi.

Począ­tek. Część druga

POCZĄ­TEK

CZĘŚĆ DRUGA

Star­cie tyta­nów

Kro­nos spał na skale na szczy­cie góry Otrys. Pozo­stali tytani nie wie­dzieli jesz­cze, że Zeus ura­to­wał swo­ich braci i sio­stry, ale gdyby doszły ich te wie­ści, zapewne odpowie­dzieliby wście­kłym roz­le­wem krwi. Pod osłoną nocy Rea i jej sze­ścioro potom­stwa wymknęli się i ucie­kli jak naj­da­lej od kra­iny tyta­nów.

Zeus dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że wojna jest nie­unik­niona. Wie­dział, że musi zabić ojca, bo Kro­nos nie spo­cznie, póki jego dzieci żyją. Lepiej niż kie­dy­kol­wiek sły­szał teraz głos, który od dzie­ciń­stwa szep­tał mu do ucha – cichy, uparty głos Morosa, mówiący, że prze­zna­cze­niem Zeusa są rządy nad świa­tem.

Krwawy, okrutny i sie­jący znisz­cze­nie kon­flikt, który wybuchł w następ­stwie tych wyda­rzeń, histo­rycy nazy­wają tyta­no­ma­chią27. Cho­ciaż więk­szość szcze­gó­łów tej dzie­się­cio­let­niej wojny pozo­staje nie­znana, wiemy, że od potęż­nej siły i gigan­tycz­nej ener­gii uwol­nio­nej przez wal­czą­cych tyta­nów, bogów i potwo­rów góry zio­nęły ogniem, a zie­mia trzę­sła się i pękała. Wiele wysp i lądów powstało w tych bitwach. Całe kon­ty­nenty prze­su­wały się, zmie­niały kształt, a spora część zna­nego nam dzi­siaj świata zawdzię­cza formę sej­smicz­nym wstrzą­som wojen­nej pożogi, która dosłow­nie zatrzę­sła zie­mią.

Jest nie­mal pewne, że w walce bez­po­śred­niej mło­dzi bogo­wie musie­liby ustą­pić przed połą­czo­nymi siłami tyta­nów. Tytani byli potęż­niejsi, bez­względni i wal­czyli zażar­cie. Wszy­scy oprócz synów Kli­mene, czyli Pro­me­te­usza i Epi­me­te­usza, sta­nęli po stro­nie Kro­nosa. Mieli znaczną prze­wagę liczebną nad nie­wielką grupką samo­zwań­czych bogów, powsta­łych prze­ciwko nim pod przy­wódz­twem Zeusa. Podob­nie jed­nak jak Ura­nos, który zapła­cił wysoką cenę za uwię­zie­nie cyklo­pów i heka­ton­chej­rów we wnętrz­no­ściach Gai, tak Kro­nos miał teraz zapła­cić za zamknię­cie ich w pie­cza­rach Tar­taru. Było to, jak się okaże, sporą pomyłką.

Mądra i sprytna Metyda dora­dziła Zeu­sowi, by zszedł w głąb pod­ziemi i uwol­nił trzech jed­no­okich oraz trzy­stu stu­rę­kich braci. Zeus ofia­ro­wał im wol­ność już na zawsze w zamian za wspar­cie w walce z Kro­no­sem i tyta­nami. Cyklo­pów i heka­ton­chej­rów nie trzeba było długo nakła­niać. Rów­nież giganci posta­no­wili sta­nąć po stro­nie Zeusa i oka­zali się męż­nymi, nie­ustę­pli­wymi wojow­ni­kami28.

W ostat­niej, roz­strzy­ga­ją­cej bitwie zacie­kle wal­czący i bez­li­to­śni heka­ton­chej­ro­wie mistrzow­sko połą­czyli siły z cyklo­pami i ich groźną elek­tryczną mocą. Oczy­wi­ście ich wiel­kim atu­tem była też liczebna prze­waga głów i rąk, jaką dawali stron­ni­kom Zeusa. Jeśli pamię­ta­cie, imiona cyklo­pów brzmiały: Jasność, Bły­ska­wica i Grzmot – Arges, Ste­ro­pes i Bron­tes. Ci uta­len­to­wani rze­mieśl­nicy, mistrzo­wie burz, wykuli pio­runy i zło­żyli je Zeu­sowi w darze, by uży­wał ich jako broni. Zeus nauczył się ciskać nimi z wielką pre­cy­zją i roz­bi­jał wro­gów w proch. Pod jego przy­wódz­twem heka­ton­chej­ro­wie uno­sili skały i wście­kle mio­tali nimi w prze­ciw­ni­ków, cyklopi nato­miast nękali tyta­nów ośle­pia­ją­cymi bły­ska­wi­cami i prze­ra­ża­ją­cymi grzmo­tami. Sto rąk każ­dego heka­ton­chejra pod­no­siło skały i ciskało, pod­no­siło i ciskało, pod­no­siło i ciskało niczym osza­lałe, młó­cące powie­trze kata­pulty, aż w końcu pora­nieni i pobici tytani zwró­cili się do bogów o wstrzy­ma­nie ognia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Angiel­ski ory­gi­nał „eve­ry­thing that is the case” (niem: Die Welt ist alles, was der Fall ist), nawią­zuje do pierw­szego zda­nia dzieła Ludwiga Wit­t­gen­ste­ina Trac­ta­tus logico-phi­lo­so­phi­cus. Pol­skiego wyra­że­nia „wszystko, co jest fak­tem” uży­łam za auto­rem prze­kładu trak­tatu Wit­t­gen­ste­ina, Bogu­sła­wem Wol­nie­wi­czem (przyp. tłum.). [wróć]

2. Sztuka dzie­wo­ródz­twa, czyli par­te­no­ge­nezy, do dzi­siaj ist­nieje w natu­rze. U mszyc, nie­któ­rych jasz­czu­rek, a nawet u reki­nów jest to dość powszechny spo­sób wyda­wa­nia na świat potom­stwa. Bra­kuje wtedy jed­nak róż­no­rod­no­ści genów, którą zapew­nia dwoje rodzi­ców, i podob­nie mają się sprawy w przy­padku grec­kich bogów. Ci inte­re­su­jący zro­dzili się z dwojga rodzi­ców, nie z jed­nego. [wróć]

3. W języku pol­skim funk­cjo­nuje jedy­nie forma Ura­nos, nato­miast po angiel­sku imię „Ura­nus” wyma­wia się nie­mal iden­tycz­nie jak „your anus” czyli „twój odbyt” (przyp. tłum.). [wróć]

4. † Oura­nos do dzi­siaj jest grec­kim sło­wem ozna­cza­ją­cym niebo. [wróć]

5. Od Bron­tesa wziął swoją nazwę bron­to­zaur, grzmiący jasz­czur. A być może rów­nież sio­stry Brontë, powie­ścio­pi­sarki z York­shire. Ich ojciec zmie­nił nazwi­sko z Brunty na Brontë, zapewne po to, by jego irlandz­kie nazwi­sko wybrzmie­wało odpo­wied­nio dono­śnie, a może na cześć admi­rała Nel­sona, mia­no­wa­nego księ­ciem Brontë – księ­stwo leżało na zbo­czach Etny i według powszech­nej opi­nii brało nazwę od śpią­cych pod zie­mią cyklo­pów. [wróć]

6. † Heca­ton zna­czy „sto”, a che­ria – „ręce” (stąd „chi­ro­prak­tor”, czyli ktoś, kto leczy dłońmi). [wróć]

7. Tetydą pale­on­to­lo­dzy nazy­wają wiel­kie pra­dawne morze, które było przod­kiem Morza Śród­ziem­nego. [wróć]

8. Ponie­waż oke­anid było jakieś trzy tysiące, wymie­nia­nie ich wszyst­kich byłoby bez­ce­lowe, nawet gdy­by­śmy znali ich imiona. Warto jed­nak przed­sta­wić Kalipso, Amfi­trytę oraz mroczną, budzącą grozę Styks, która – podob­nie jak jej brat Nilos – miała zostać bóstwem bar­dzo zna­czą­cej rzeki. Jesz­cze jedna oke­anida zasłu­guje na wzmiankę, ale tylko ze względu na swoje imię – Doris. Oke­anida Doris. Póź­niej pojęła za męża boga morza Nereusa i zro­dziła mu wiele nereid, przy­ja­znych nimf mor­skich. [wróć]

9. Temida stała się póź­niej per­so­ni­fi­ka­cją prawa, spra­wie­dli­wo­ści i oby­czaju – mores, zasad, które rzą­dzą wła­ści­wym zacho­wa­niem i nale­ży­tym prze­bie­giem spraw. [wróć]

10. Od imie­nia Tyfona pocho­dzi cho­roba tyfus oraz groźny tro­pi­kalny sztorm, taj­fun. Póź­niej poznamy dwoje odra­ża­ją­cych dzieci Tyfona spło­dzo­nych z Echidną, pół kobietą, pół wężem mor­skim. [wróć]

11. W ory­gi­nale: Jaques. Cho­dzi naj­pew­niej o postać z Jak wam się podoba Szek­spira (przyp. tłum.). [wróć]

12. Ang. fraud – oszu­stwo, defrau­da­cja, frau­du­lent – fał­szywy, oszu­kań­czy, fraud­ster – oszust (przyp. tłum.). [wróć]

13. † Momos (Momus dla Rzy­mian) miał być póź­niej czczony jako duch prze­wodni gatunku satyry, lite­ra­tury w poło­wie poważ­nej, w poło­wie komicz­nej. W kilku swo­ich baj­kach opi­sał go Ezop. Momos jest też boha­te­rem zagi­nio­nej sztuki Sofo­klesa. [wróć]

14. Rzy­mia­nie, być może w spo­sób mylący, nazy­wali Neme­sis Invi­dią, co po łaci­nie ozna­cza „zazdrość”. [wróć]

15. † Postać Snu w Sand­ma­nie Neila Gaimana znana jest także jako Mor­fe­usz. Sta­no­wiła inspi­ra­cję dla postaci Mor­fe­usza gra­nego przez Law­rence’a Fish­burne’a w Matrik­sie sióstr Wachow­skich. [wróć]

16. ‡ (Ang). odpo­wied­nio: śmier­tel­nicy, kost­nice i umar­twia­nie. Pol­skie słowa „mar­twy”, „umie­rać”, tak jak łaciń­skie mor­tuus, „mar­twy” i mors, „śmierć”, dzielą wspólny rdzeń z pra­in­do­eu­ro­pej­skim sło­wem mar, „umie­rać” (przyp. tłum.). [wróć]

17. A może nawet cztery wyjątki. Hyp­nos też jest cał­kiem niczego sobie. Im dłu­żej czło­wiek żyje, tym więk­szą czuje do niego sym­pa­tię. A skoro mowa o dłu­gim życiu – może i Geras nie jest aż taki odpy­cha­jący. Zatem pięć. [wróć]

18. Nazwa „giganci” odnosi się nie do ich roz­miaru, ale do chto­nicz­nego pocho­dze­nia – powstali z ziemi, byli „zro­dzeni z Gai”. Imię Gai, które póź­niej­sza greka zre­du­ko­wała do Ge, na­dal można odna­leźć w nazwach nauk przy­rod­ni­czych jak „geo­lo­gia” i „geo­gra­fia”. Póź­niej­sze stu­dia śro­do­wi­skowe przy­wró­ciły jej pełne imię – mam na myśli przede wszyst­kim Jamesa Love­locka i jego popu­larną „Hipo­tezę Gai”. [wróć]

19. † Cukry jesionu man­no­wego, który do dzi­siaj rośnie w połu­dnio­wej Euro­pie, dały nazwę dzi­siej­szemu sło­dzi­kowi, man­ni­to­lowi. [wróć]

20. Oba­lony Ura­nos może przy­naj­mniej zna­leźć pocie­sze­nie w tym, że na jego cześć nazwano pla­netę Uran – zgod­nie ze zwy­cza­jem nazy­wa­nia pla­net imio­nami rzym­skich bogów. [wróć]

21. Obszar cen­tral­nej Gre­cji, gdzie wznosi się Otrys, do dzi­siaj nosi nazwę Magne­zji. To stąd pocho­dzą słowa „magnez”, „magnes” i oczy­wi­ście „magne­tyt”. Jak rów­nież „man­gan”, przez pomyłkę w zapi­sie. [wróć]

22. Czę­sto tak bywa w przy­padku wyjąt­kowo atrak­cyj­nych osób. Jeste­śmy zobo­wią­zani do prze­pra­sza­nia albo odwra­ca­nia wzroku, bo przy wybit­nej uro­dzie inni czują się nie­swojo. [wróć]

23. † W jakim wieku matki odsta­wiają nie­śmier­tel­nych od piersi i kiedy dokład­nie bogo­wie uczą się cho­dzić, mówić i osią­gają doro­słość – to sprawa dys­ku­syjna. Według nie­któ­rych źró­deł Zeus wyrósł z nie­mow­lę­cia na mło­dzieńca w ciągu jed­nego roku. Dla bogów czas naj­wy­raź­niej bie­gnie ina­czej niż dla śmier­tel­ni­ków, podob­nie jak dla psów wzglę­dem ludzi, albo na przy­kład dla słoni i much. Naj­le­piej po pro­stu nie sku­piać się zbyt­nio na mitycz­nej osi czasu i nie trak­to­wać jej zbyt dosłow­nie. [wróć]