Wydawca: E-bookowo Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 148 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mysz - Andrzej Boruszewski

"Mysz", jak łatwo się domyślić, jest książką o kocie. Prócz głównego bohatera występuje w niej BMW (Banda Mądrego Wróbla), Babcia, Dziadek, Burak oraz kilka innych, mniej lub bardziej sympatycznych (i niesympatycznych) postaci. Przygoda Mysza, kota z własnym gabinetem, narodziła się w głowie autora po tym, jak pewnego razu jego kotka o imieniu Tosia wróciła ze spaceru tak odmieniona, że zachodziło podejrzenie, że jakaś uzurpatorka chce zająć jej miejsce. Co by było, gdyby to zdarzyło się naprawdę? Pomyślcie o tym, gdy wasz pupil przestanie przypominać siebie sprzed ucieczki z domu, w którym nie brakowało mu niczego prócz przygód, na które każdy kot chętnie zamieni nawet najwspanialszy gabinet.

Opinie o ebooku Mysz - Andrzej Boruszewski

Fragment ebooka Mysz - Andrzej Boruszewski

Mysz

Andrzej Boruszewski

© Copyright by Andrzej Boruszewski & e-bookowo

Grafika i projekt okładki: Justyna Stankowska

korekta: Hanna Mordań

© copyright by wydawnictwo e-bookowo 2013

ISBN 978-83-7859-184-9

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2013

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

W złotej klatce

Najchętniej by już wstał, wrzucił coś na ząb i poszedł na dwór, ale na to wszystko jest jeszcze za wcześnie. Oczywiście nie dla niego, tylko dla Dziadka, który wciąż chrapie, a także dla Babci, która wprawdzie nie chrapie, ale oddycha tak równo i tak cicho, że na pewno też jeszcze śpi. Nie chce ich budzić, więc leży spokojnie między nimi i rozmyśla. A raczej chce rozmyślać, tylko nie bardzo wie, o czym.

O czym mógłby porozmyślać o świcie? Na przykład o tym, dlaczego nazwali go Mysz. To akurat jest proste: bo jest kotem. Gdyby był kotką, nazwaliby go Mysza. No dobrze, ale dlaczego na przykład nie Pterodaktyl? Bo to za długo. Kotom daje się krótkie imiona. Dziadek dobrze wykombinował, dał mu imię dające do myślenia i się łatwe do zapamiętania. Co on by bez Dziadka zrobił… Nawet imienia by nie miał. A jak się nie ma imienia, to czy się istnieje? Pewnie tak, ale na pewno jakoś inaczej.

Ta myśl wydaje się Myszowi tak banalna, że aż ziewa. A potem wstaje, przeciąga się i delikatnie stąpając po miękkościach Babci, dochodzi do brzegu łóżka. Chwilkę siedzi na krawędzi, a potem, nie znalazłszy w głowie żadnego tematu do dalszych rozmyślań, zeskakuje na podłogę. Mógłby teraz z głośnym tupotem podbiec do okna, co być może obudziłoby Dziadka albo Babcię, ale na to jest zbyt dobrze wychowany. Podchodzi więc do okna dostojnie, po czym bezszelestnie wsuwa się za zasłonę, zadziera do góry łepek i patrzy na krawędź parapetu. Oceniając odległość, przymierza się kilka razy, żeby w końcu odbić się porządnie od podłogi i – jak co rano – wylądować na swoim ulubionym tarasie widokowym. I – jak co rano – spotyka go zawód. Rolety są jeszcze zasunięte. Prawą łapką odsuwa na bok materiał i widzi, że na dworze jest już całkiem jasno. Miauczy żałośnie i z wyrzutem, bo czuje się oszukany. O tej porze Dziadek nie powinien już chrapać, a Babcia powinna nakładać do miseczki jedzenie, a nie wylegiwać się, jakby nie miała obowiązków. To przez to, że wczoraj tak długo oglądali telewizję, a konkretnie jakiś stary serial.

– O czym dziś? – zapytała Babcia, kładąc się do łóżka.

– O kasztanach – odpowiedział Dziadek, który już tam leżał.

– Najlepsze są na placu Pigalle.

Dziadek bez sensu dodał, że Zuzanna najbardziej lubi je jesienią, a potem obydwu pochłonął film, czego skutkiem jest ich dzisiejsze lenistwo. Mysz jest za to na nich wściekły. Zeskakuje głośno z parapetu, szybko pokonuje firanę i jeszcze szybciej dobiega do łóżka. Bez litości wskakuje na Babcię, a następnie, depcząc po niej niemiłosiernie, dochodzi do jej twarzy i liże ją swoim szorstkim językiem po policzku. Babcia otwiera oczy i uśmiecha się do niego. Ale on dobrze wie, że to jeszcze nie koniec. Teraz Babcia będzie starała się go przytulić i poleżeć z nim w łóżku jeszcze jakiś czas, szepcząc mu do ucha jakieś słodkie androny. Nie ma innego wyjścia, niżdelikatnie, acz stanowczo wyswobodzić się z objęć kobiety i wskoczyć na Dziadka. Dziadek ten jego wyczyn kwituje szybkim i głośnym chrapnięciem, a potem milknie, co znaczy, że albo już się obudził, albo zrobi to zaraz. Nie chcąc przesadzić, Mysz schodzi z łóżka i idzie do pokoju zwanego „gabinetem kota”. Stanąwszy na krawędzi kuwety, nasłuchuje. Z pokoju nie dochodzą żadne głosy. Znaczy to, że dwunogi nie zamierzają jeszcze wracać do życia. Sytuacja staje się coraz bardziej irytująca, dlatego Mysz postanawia dać temu wyraz. To – jak zawsze – skutkuje.

– Czy on zawsze musi to robić tak głośno? – pyta Dziadek. – Czy nie może tej swojej kupy zakopywać ciszej?

– Głośno robi to tylko wtedy, gdy nie może się doczekać – odpowiada mu Babcia, wstając z łóżka.

– A ty musisz dawać się terroryzować Myszy?

– Nie Myszy, tylko Myszowi, i nie muszę, tylko chcę.

Potem, w kuchni, bardziej do siebie niż do Dziadka, dodaje: – Trzeba być starym dziwakiem, żeby kota nazwać Mysz. Chyba najpierw zrobię sobie kawy, inaczej się nie obudzę.

– Może i jestem stary, ale nie głuchy – odpowiada na to Dziadek, zupełnie ignorując uwagę o kawie, i też wstaje.

Babcia marudzi dalej :

– Jak można kotu dać na imię Mysz…

– Bo to kot! – krzyczy z pokoju Dziadek. – Gdyby to była…

– Tak, wiem – przerywa mu Babcia, nakładając do miseczki jedzenie. – Gdyby to była kotka, nazywałaby się Mysza.

Mysz na chwilę nieruchomieje. Czy ktoś niepowołany to słyszał? Ma nadzieję, że nie. Inaczej wydałoby się, że jego poranne rozmyślania na temat imienia nie są jego autorstwa. Bardzo by tego nie chciał, bo pragnął uchodzić za najmądrzejszego mieszkańca domu. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby wydało się, że autorem większość jego złotych myśli jest Dziadek. Wtedy za mądrzejsze od niego uznano by pewnie nawet te dwa głupie psy, które właśnie zaczęły szczekać.

– I czego to szczeka? – bez nadziei na odpowiedź pyta Babcia.

– Pewnie coś zobaczyły. Może zająca albo mysz.

– Mysz jest tutaj.

– Ale pani dowcipna od rana – mówi Dziadek, stając w drzwiach.

– Nie trzeba było tak głupio nazywać kota. Co zjesz na kolację?

– O siódmej rano chcesz mi kolację podawać?

– Oj, pomyliłam się, Panie Czepialski. Na śniadanie. Może być twaróg ze śmietaną? Zawsze przyczepić się musi.

– Może.

– Mógłbyś wreszcie noże naostrzyć.

– Proszę bardzo. Tylko żebyś potem nie żałowała.

– Dlaczego miałabym żałować? – dziwi się Babcia.

– Bo będą tak ostre, że od samego patrzenia można się będzie skaleczyć, więc będziesz musiała nimi kroić z zamkniętymi oczami, a to, jak wiadomo, może się źle skończyć – odpowiada Dziadek, po czym udaje się do łazienki.

Babcia w odpowiedzi wzdycha i z politowaniem kręci głową, ale także leciutko się uśmiecha.

Po drodze Dziadek podnosi z podłogi piłeczkę, ulubioną zabawkę Mysza, i rzuca ją w stronę pokoju. Piłka szybko turla się przez cały korytarz, a potem przez cały pokój, żeby odbić się od ściany i wpaść w kocie łapy. Mysz ogląda się za siebie – Dziadka już nie ma. Szkoda, bo to znaczy, że na następny rzut trzeba będzie zaczekać, aż wyjdzie z łazienki. A właściwie dobrze się składa, bo Babcia właśnie kładzie do miseczki kawałek szynki, i miałby dylemat, co wybrać – smakołyk czy zabawkę, bo przecież nie da się mieć ciastka, gdy się je zje.

Powiedzenie o ciastku usłyszał kiedyś od Dziadka i dobrze je sobie zapamiętał, bo było o jedzeniu i było bardzo mądre. Nie przepuszcza teraz okazji, żeby jego znajomością pochwalić się przed przelatującą muchą i wypowiada je na głos. Przez chwilę korci go, żeby zamiast się przed nią chwalić, pacnąć ją łapą, ale wczoraj nadszarpnął nieco swoją reputację i musi ją teraz mozolnie odbudowywać i być grzecznym kotem.

Z tym nadszarpnięciem to było tak. Siedział sobie spokojnie na tarasie widokowym, czyli na parapecie, i obserwował żabę za oknem, gdy nagle poczuł jakiś dziwny, wewnętrzny niepokój, a potem zobaczył – a może mu się tak tylko wydało – dwoje oczu, czających się w zaroślach rosnących za płotem. W tych oczach było tyle dzikości i tyle zła, że uciekając, zapomniał, że jest na parapecie, przez co spadł z niego na podłogę. Huku narobił takiego, że – tego był pewien – wszystkie oczy natychmiast skierowały się w jego stronę. Poczuł się, jakby, oświetlony reflektorem, był na scenie, i właśnie pomylił się w najważniejszej kwestii w sztuce. Co z tego, że pozbierał się bardzo szybko i pełen godności podszedł do łóżka, żeby jednym skokiem zająć na nim miejsce? Co z tego, że jak tylko to miejsce zajął, od razu ziewnął, jakby cała ta żenująca sytuacja nie jego dotyczyła? Co z tego, skoro mleko, jak mawiają dwunogi, już się rozlało?

Na samo wspomnienie tego zawstydzającego zdarzenia robi mu się głupio. Na szczęście Dziadek wychodzi z łazienki i idzie słać łóżko. Szarpanie się z prześcieradłem, kołdrą i poduszkami przynajmniej na jakiś czas pozwoli zapomnieć o wstydliwych chwilach kociego życia.

Gdy łóżko jest już posłane, do pokoju wkracza Babcia. Nie sama, lecz z pysznościami. Niestety, nie dla niego. Dziadek jak zawsze pilnuje, żeby nawet powąchać nie mógł tego, co Babcia przygotowała na śniadanie dla siebie i swego męża. Mysz próbuje przyłączyć się do porannej uczty, ale bardzo szybko okazuje się, że do wspólnego stołu wciąż nie będzie dopuszczany. Kiedyś, a było to chyba z rok temu, udało mu się ukraść z kanapki szynkę i uciec z nią do kuchni, ale od tamtego czasu Dziadek tak pilnuje jedzenia, jakby jego życie zależało od tego, czy wszystko zje sam, czy też coś z tego dostanie się także kotu.

Mysz rozmyśla o tym, siedząc na parapecie kuchennego okna i patrząc na podwórze. Wkrótce się na nim znajdzie, ale najpierw odbędzie się cały ten poranny cyrk. Wypuszczone z kojca psy wylewnie przywitają się z Dziadkiem, a potem podbiegną do okna i będą przy nim podskakiwać, popiskiwać i poszczekiwać, żeby każdy widział, jak im śpieszno do ludzkiego jedzenia. Babcia wtedy otworzy okno i szyba przestanie dzielić Mysza od tych dwóch głodomorów. Podczas gdy jemu z ogona zrobi się szczotka do czyszczenia butelek, a na grzbiecie stanie mu irokez, Babcia rzuci psom smakołyki. Ogon i sierść wrócą do normy dopiero wtedy, gdy kobieta zamknie okno. Potwory jeszcze wiele razy do niego podbiegną, ale spotkanie z nimi przez szybę już nie wywoła w Myszu takich emocji.

Większy potwór, o imieniu Kora, wygląda na takiego, z którym być może można by się było dogadać, gdyby im pozwolono spróbować. Jednak drugiemu, nazywanemu Biała z powodu umaszczenia, bardzo źle patrzy z oczu i bardzo niepokojąco cieknie z pyska, co jest zaprzeczeniem teorii, że dobry bohater zawsze występuje w białym stroju. Z Białą Mysz wolałby się nie spotkać. Chyba że przez szybę albo wysoki płot, za którym Dziadek zamknie potwory, gdy już nasypie im do dwóch oddzielnych misek jedzenie i naleje wody do jednej wspólnej, a one posprawdzają ogrodzony teren wokół domu. Za ogrodzenie nie wolno im wychodzić, ale Kora czasami ucieka, gdy zobaczy po drugiej stronie jakiegoś psa, kota, zająca albo jakiekolwiek inne zwierzę. Gdy to robi, Biała natychmiast donosi o tym Dziadkowi, głośno piszcząc i wyjąc. Dziadek wtedy przybiega i mocno się denerwuje, widząc Korę po drugiej stronie ogrodzenia. Bardzo nie lubi, gdy ona to robi. Chwali za to obydwa psy, gdy zagryzą szczura, co się czasami zdarza. Gdy jakiegoś wywęszą, marne są jego szanse, by ujść przed nimi z życiem. Zwłaszcza Biała nienawidzi wszystkiego, co się rusza i Mysz nie raz widział, jak szybko doganiała gryzonia i rozprawiała się z nim, jak to Dziadek mówi, na amen. Widowisko było zarazem ekscytujące, jak i odrażające. Od patrzenia na nie Myszowi robiły się wielkie oczy, a z gardła dobywał się odgłos przerażenia, który Babcia mylnie brała za objaw podziwu i zazdrości, bowiem Myszowi ani w głowie było zagryzać jakiekolwiek zwierzę. Zawsze zdecydowanie wolał je żywe, by móc się z nimi bawić – najczęściej w ganianego albo w chowanego. Na te zabawy liczy i teraz, gdy niecierpliwie czeka na powrót Dziadka. Bo dopóki Dziadek nie zamknie potworów i nie wróci z dworu, on ten cały dziki świat będzie oglądał jedynie przez szyby okien. Co najwyżej może pobawić się z pająkiem, który właśnie wyjrzał zza mikrofalówki.

– Cześć, co u ciebie?

– Po staremu – odpowiada pająk i nieco się cofa.

– Zbyt towarzyski to ty nie jesteś.

– Bo życie mi jeszcze nie zbrzydło.

– Przecież wiesz, że bym cię nie zjadł.

– Ale delikatny nie jesteś. Kiedy ostatnim razem bawiłeś się z żabą, to potem kulała. O koniku polnym nie wspomnę, ten nawet nie wyszedł z domu o własnych siłach.

– Co ty opowiadasz!? – oburza się Mysz. – Ja niedelikatny? Babcia mówi, że jestem najdelikatniejszym stworzeniem na Ziemi.

– A co może wiedzieć o delikatności taki gruboskórny dwunóg?

– No, no, uważaj – syczy Mysz, bo bardzo nie lubi, gdy się źle mówi o Babci. – Zresztą – dodaje – ofiary muszą być. Tak mówi Dziadek.

– Jesteś z tej samej bandy, co on i ta stara – odpowiada na to pająk i czmycha za mikrofalówkę.

Mysz pobiegłby za nim i być może nawet pacnąłby go łapką sprawiedliwości, gdyby nie przyszła pora na następny stały punkt dnia. Dziadek zamknął psy i wraca do domu, żeby teraz wypuścić na spacer jego. Nie mogąc się doczekać, Mysz skrobie łapkami w drzwi wyjściowe, a gdy się wreszcie otwierają, szybko wychodzi na zewnątrz, żeby zaraz potem stanąć na schodach i rozejrzeć się wokoło. Nie zauważywszy nic podejrzanego, schodzi dwa schodki. Wygląda na to, że nie czyha na niego żadne niebezpieczeństwo, więc biegnie ku najbliższym krzakom. Chowa się w nich i teraz stamtąd obserwuje okolicę.

– Co dzień to samo – kracze na dachu znudzona wrona. – W Indian się bawisz, czy boisz się, że cię jakaś ropucha napadnie? Taki duży kot, a taki dziecinny. Pióropusz sobie załóż i fajkę pokoju zapal. Tylko uważaj, żebyś sobie noska nie przypalił.

– Spadaj – kwituje krótko zaczepki ptaszyska Mysz.

– Chciałbyś.

– Byle kogo nie jadam.

– A ja z byle kim nie gadam – odcina się wrona i odlatuje.

Ponieważ okolica wygląda na spokojną, Mysz wychodzi spod krzaka i udaje się w kierunku tarasu, który jest z drugiej strony domu. Latem drzwi na taras są przeważnie otwarte przez cały dzień i może wychodzić i wracać, kiedy tylko mu się podoba, ale teraz, jesienią, jest na to zbyt zimno, więc dostać się na niego może tylko od zewnątrz. W tym celu musi przejść obok kojca psów. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby stamtąd uciekły, ale zawsze przechodzi tamtędy z największą ostrożnością i z niemałym strachem w sercu. Psy podnoszą alarm, gdy tylko go widzą. On wtedy stroszy ogon i gna co sił na taras. Nie inaczej jest i teraz. Biegnąc, zastanawia się, czy spotka tam wylegującą się w resztkach jesiennego słońca jaszczurkę, która być może zostawi mu swój ogon do zabawy. Nie myli się. Jest tam, gdzie ostatnim razem – choć może nie ta sama, bo czy ogony tak szybko odrastają? Znowu zostawia mu ogon i ucieka w wysoką trawę, którą Dziadek już dawno powinien był skosić.

– O, dzięki! – krzyczy za nią wesoło na pożegnanie, a potem bawi się ogonem, dopóki ten zupełnie nie przestaje się ruszać. Wtedy kilka razy macha na boki swoim, jakby chciał sprawdzić, czy jego nadal jest czynny, a potem siada, żeby się zastanowić, jak spożytkować resztę czasu, którymu został do niedobrowolnego powrotu do domu. Bo że Dziadek wkrótce po niego przyjdzie, to pewne.

Decyduje się na szaleńczy krok: podejdzie do ogrodzenia, za którym zamknięte są potwory Kora i Biała. Nie wie, skąd mu się wzięło tyle odwagi i ochoty na takie wariactwo, ale skłamałby, gdyby powiedział, że mu się ten stan nie spodobał. Przeciwnie, z lubością rozkoszuje się odkrytą w sobie chęcią do ryzykownych figli.

Zaczyna od niby to bezcelowego krążenia po trawniku, ale psy nie dają temu wiary. Kładzie się więc w trawie i zaczyna ostrożnie skradać się w ich stronę. Szybko rozumie, że to też jest bezcelowe, bo potwory go widzą. Zmienia taktykę: prostuje się, jeży na grzbiecie, i pewny wrażenia, jakie robi na wszystkich, którzy teraz na niego patrzą, kroczy w stronę psów. Na ten widok, prawdopodobnie zdumione jego bezprzykładną odwagą, Biała i Kora milkną i zastygają w bezruchu. Podchodzi więc pod samo ogrodzenie, siada i pyta:

– Oszołomione i zmieszane?

– Kot! Kot! Wrrredny kot!

– Jaki bezczelny! Jaki wrrredny!

Psy