Myśli o nas, was, sobie, Tobie - Przemysław Piątek - ebook

Myśli o nas, was, sobie, Tobie ebook

Przemysław Piątek

0,0
14,13 zł

lub
Opis

Zaprezentowane teksty autor pisał od dawna. Poznaj je, poznaj autora. Przy okazji poznaj siebie. Czy nie siedzisz czasem samotnie? Czy nie napadają Cię demony? Jeśli tak, zobacz, co nas odwiedza. Jeśli nie, zobacz, co możesz przeżywać

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 36




Przemysław Piątek

Myśli o nas, was, sobie, Tobie

© Przemysław Piątek, 2019

Zaprezentowane teksty autor pisał od dawna. Poznaj je, poznaj autora. Przy okazji poznaj siebie. Czy nie siedzisz czasem samotnie?

Czy nie napadają Cię demony?

Jeśli tak, zobacz, co nas odwiedza.

Jeśli nie, zobacz, co możesz przeżywać

ISBN 978-83-8189-331-2

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Kim jestem?

Metafizyczno — liryczny ezoteryk,

epileptyk własnych słów

skryty pod płaszczem metafor świata stworzonego dnia ósmego

na feniksie własnych marzeń świat przemierzam, raz upadam,

gdy upadnę to najniżej, by z dnia powstać, otrzepać się z popiołu

i lecieć dalej, szukać siebie i własnego znoju.

Serce me krwią z bólu często zalane,

zranione ja ptaszę od pisklęcia

blizny na mym ciele mocnym szwem pozszywane,

to jednak jakoś funkcjonuję

i chociaż psychicznie o kulach chodzę,

rehabilitacji nadejdzie kres i zdrowo spojrzę na świat.

Chociaż nie patrzę Ci nigdy w oczy,

zawsze masz wrażenie, że tak jest.

A nie patrzę w nie, gdyż nie lubię patrzeć na pustkę.

Boisz się mnie, to wiem.

Lecz nie bałaś się, gdy wbijałaś mi nóż w serce.

I teraz gdy płyniesz swoim galeonem przez ocean,

z daleka omijasz tę rozbitą przez Ciebie łajbę.

A Ty?

Kim Ty jesteś? Czy może nie tylko elementem czyjejś gry?

A może tylko pomocnikiem kogoś i ukrywasz się w cieniu?

Nie bój się świat(ł)a, wyjdź z cienia.

Zdejmij tę cholerną maskę,

ukrytą pod tabu społeczeństwa,

ukrytą pod moralnością społeczności, której nie akceptujesz,

odważ się być sobą,

pokaż mi swoją prawdziwą twarz,

nie chcę znać Twoich aktorskich ról,

chcę Ciebie, chcę poznać Ciebie.

Gdzie żyję?

Dżungla globalna, to miejsce mojego życia,

chociaż tak naprawdę egzystencji,

żyję tak naprawdę, gdy umysł spokojny,

a w tym szumie i świście

umieram powoli,

chociaż czy można umierać,

gdy tak naprawdę nigdy się nie żyło?

Umarło twoje ciało,

którego dusza była więźniem,

teraz dusza wolna i spokojna,

a ciało gnije w ziemi.

Uciekaj stąd ma duszo,

opuść to brudne ciało,

oddaję Ci dziś Twą wolność,

którą niesłusznie Ci zabrano.

Gdybym mógł wybrać,

ucieklibyśmy stąd…

ale nie mogę,

więc otwierając swoje ciało,

wypuszczę Cię przez żyły

i leć wolna, pięknie żyj

Dlaczego stoi tu krzyż?

Czy krzyża nie można przestawić?

A czemu ona tańczy naga,

dlaczego odzienia nie przyodziała?

I muzyka taka straszna,

czy sam diabeł komponował?

Dym z tej świecy Cię przysłoni,

weź latarkę do swej dłoni.

A tych krzyży będzie tu do woli,

bo to moje miejsce

i nie zaglądaj przez me okno,

bo nie Twoje terytorium,

mój kształt bólu sformowany,

przez lata powiększany.

Zatańczysz?

Może zatańczysz dla mnie dzisiaj,

chociaż może wolisz ze mną?

Lecz pamiętaj, tancerzem nie jestem

wolę Ci akompaniować,

poczekaj, poczekaj,

wezmę me organy.

Już do taktu Ci przygrywam,

więc taniec swój szaleńczy zaczynaj,

taniec śmierci czy morderstwa?

Daj mi poczuć piękno bólu,

Ty posmakuj ból piękna,

zaplanujmy dość szaleństwa,

pluj, sycz, pchnij,

tak jak lubisz,

teraz, teraz dźgnij…

Powstań

Powstań mnichu, odczaruj ten kamień,

wskocz do oka,

zatop się w nim,

wynurz tylko szpicę

ile można udawać,

że nie jest się człowiekiem,

czy ta klątwa wieczna twa,

czy tylko obojętność na światy dwa?

Wzrok

A więc patrzysz znów tak obojętnie,

czy w twych oczach nie ma nic dogłębnie?

Tylko kukła jakby żywa,

marionetka sterowana

Zacznij sama w końcu żyć,

odetnij pępowinę strachu,

nawet najpiękniejszy ptak kiedyś uczył się latać,

nawet największy dom wpierw miał fundamenty

Tracę dech

Sił mi brak, powietrza złapać nie mogę,

pętla na szyi się zaciska,

upadnę, rozbiję głowę,

nie patrz na tę śmierć z bliska.

Odejdź, biegnij, wołaj,

tylko ze mną tu nie konaj.

Daj mi tylko wody łyk,

proszę, nie, apsik!

Orszak po mnie nadchodzi,

nie patrz, to tylko zaszkodzi.

Biorę moje łachmany

i pukamy w nieba bramy

Martwa klasa

nikt już ręki nie podnosi,

nikt gąbką już nie rzuca,

tylko cisza się unosi,

nauczyciel się zasmuca

W martwej klasie nikt się nie kłóci,

nikt tu siebie nie wyzywa,

i choć ten czas się nie odwróci,

woźny wciąż na przerwę wzywa.

Lecz tamtych uczniów już nie ma,

otworzyły im się bramy nieba,

nauczyciel w pustej sali jednak czeka,

a, że stała się ta zbrodnia,

nigdy się ich nie doczeka

Pogoda

Nie ma zimy, nie ma lata,

nie ma wiosny, ni jesieni,

chmury mają swego kata,

nigdy świat się nie rozbieli.

Słońca dawno nie widzieli,

Księżyc chowa swoje oblicze,

nocy ciemnych już nie zliczę,

czy ta ciemność zabierze cośmy mieli?

Trawa czerwona, ziemia spalona,

woda czarna, biel bezbarwna,

nie mamy już ratunku

dla naszego ludzkiego gatunku

Oczy

Spójrz w me oczy, spójrz uczciwie,

patrz namiętnie i troskliwie,

otwórz usta, piękne usta

mów, mów mową, która nie będzie pusta

Wiesz, że paraliż mnie tak trzyma,

że ruszam tylko swymi oczyma,

gdybym mógł się jednak poruszyć,

wolałbym Ci wiernie służyć,

lecz w tej okoliczności przyczynie

dostrzegam swój udział,

bo gdym młody był myślałem o wyczynie,

lecz wózka nie chciałem na przydział

Już nie

Już nie ćpamy, nie pijemy,

nie palimy, nie kradniemy.

Są ku szczęściu ładniejsze drogi,

mimo że inny człowiek jest nam wrogi.

Czas nastał oczyszczenia,

czas krzyża swego niesienia,

I pokutę czas poczynić,

by się złem więcej nie winić

Ścieżkę swoją wyprostować,

do moralnych zasad się stosować.

Trzech żeglarzy

Trzej żeglarze do rejsu już przygotowani,

wypoczęci, napici, spakowani

Pierwszy, najstarszy brodę ma siwą,

płynęła razem z nim niejedną niwą.

Na spotkanie z morzem czeka pokornie,

bo poruszanie się idzie mu opornie.

Nastał świt, czas wypływu